Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 335 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wrócę po ciebie - Guillaume Musso

Przewrotna powieść z morałem i zaskakującym zakończeniem. Współczesna bajka o tym, jak naprawić krzywdy, które człowiek uczynił sobie i innym. Jej bohaterowie to troje ludzi, kobieta, mężczyzna i dziecko, połączonych skomplikowanymi więzami miłości. Przeznaczenie doprowadzi ich na krawędź życia i śmierci...

Ethan jest znanym psychoterapeutą, człowiekiem sukcesu. Bogaty i szczęśliwy, dla kariery poświęcił życie rodzinne i miłość. Pewnego ranka budzi się swoim jachcie u boku nieznajomej piękności. Nie pamięta wydarzeń poprzedniego wieczoru. To dopiero początek serii zaskakujących wydarzeń. W gabinecie czeka na niego przestraszona nastolatka, niezapowiedziana pacjentka. Chwila nieuwagi i dziewczynka popełnia samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Tajemniczy taksówkarz zabiera Ethana na uroczystość ślubna kobiety, która kochał i porzucił przed kilkoma laty. Ethan zdaje sobie sprawę , że nadal darzy ją uczuciem, ale jest już za późno, by cokolwiek zmienić. Opuszcza przyjęcie, zostaje napadnięty i trafia do szpitala. Tam, w szpitalnym pokoju, ginie od kul mordercy. Ostatkiem świadomości wspomina ukochaną. Następnego dnia budzi się na jachcie u boku pięknej rudowłosej kobiety. I znowu jest 31 października. Czy los da mu druga szansę? Czy dowie się, kto pragnął jego śmierci? Czy odzyska Celine? Ma dwanaście godzin, by coś zmienić...

Opinie o ebooku Wrócę po ciebie - Guillaume Musso

Fragment ebooka Wrócę po ciebie - Guillaume Musso

O książce

Ethan jest znanym psychoterapeutą, człowiekiem sukcesu. Bogaty i szczęśliwy, dla kariery poświęcił życie rodzinne i miłość. Pewnego ranka budzi się na swoim jachcie u boku nieznajomej piękności. Nie pamięta wydarzeń poprzedniego wieczoru. To dopiero początek serii zaskakujących wydarzeń. W gabinecie czeka na niego przestraszona nastolatka, niezapowiedziana pacjentka. Chwila nieuwagi i dziewczynka popełnia samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Tajemniczy taksówkarz zabiera Ethana na uroczystość ślubną kobiety, którą kochał i porzucił przed kilkoma laty. Ethan zdaje sobie sprawę, że nadal darzy ją uczuciem, ale jest już za późno, by cokolwiek zmienić. Opuszcza przyjęcie, zostaje napadnięty i trafia do szpitala. Tam, w szpitalnym pokoju, ginie od kul mordercy. Ostatkiem świadomości wspomina ukochaną. Następnego dnia budzi się na jachcie u boku pięknej rudowłosej kobiety. I znowu jest 31 października. Czy los daje mu drugą szansę? Czy dowie się, kto pragnął jego śmierci? Czy odzyska Céline? Ma dwanaście godzin, by coś zmienić…

GUILLAUME MUSSO

Autor od lat utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Jego druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, sprzedała się we Francji w nakładzie pół miliona egzemplarzy. W 2008 r. miał premierę film nakręcony na jej podstawie, z Johnem Malkovichem, Evangeline Lilly i Romainem Durisem w rolach głównych. W planach są trzy następne ekranizacje prozy Musso. Pisarz robi światową karierę. Łączny nakład jego powieści Uratuj mnie, Będziesz tam?, Ponieważ cię kocham, Wrócę po ciebie, Kim byłbym bez ciebie?, Papierowa dziewczyna, Telefon od anioła, 7 lat później…, Jutro, Central Park i Ta chwila – przełożonych na 36 języków, przekroczył 20 milionów egzemplarzy.

www.guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILA

WkrótceDZIEWCZYNA Z BROOKLYNU

Tytuł oryginału:JE REVIENS TE CHERCHER

Copyright © XO Éditions, Paris, 2008All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2010

Redakcja: Hanna Machlejd-Mościcka

Zdjęcie na okładce: Anna Subbotina/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-416-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em.eu

Wzrastałem między książkami, zdobywając niewidzialnych przyjaciół na rozpadających się kartkach, którymi jeszcze dziś pachną mi dłonie…

Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru

PrologTeraz albo nigdy

Nikt ci nic nie da.Trzeba brać samemu.

Dialog z filmu Infiltracja Martina Scorsese

Człowiek często spotyka przeznaczenie, idąc drogami, którymi przed nim ucieka.

La Fontaine

Wyobraźcie sobie…

Nowy Jork.

Gwarny Times Square.

Krzyki, śmiechy, muzyka.

Zapach popcornu, hot dogów, dymu.

Neony, billboardy, świetliste reklamy na ścianach wieżowców.

Korki, taksówki, syreny policyjne, klaksony.

Tłum, który napiera, potrąca. Nieprzerwany strumień turystów, ulicznych handlarzy, kieszonkowców.

*

Jesteś ziarnkiem piasku w tym tłumie.

Masz dwadzieścia trzy lata.

Dwa metry przed tobą idą chodnikiem twoja dziewczyna i twój najlepszy przyjaciel. Dziewczyna nazywa się Marisa. Spotykacie się od pierwszej klasy college’u, macie się pobrać pod koniec miesiąca. Z Jimmym znacie się jeszcze dłużej: wychowywaliście się razem w robotniczej dzielnicy na południu Bostonu.

Dziś są twoje urodziny. Marisa i Jimmy zorganizowali mały wypad na Manhattan, żeby ci sprawić frajdę. Przyjechaliście z Bostonu starym rozpadającym się mustangiem.

Kończysz zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale wydaje ci się, że dokładnie wiesz, jaka będzie twoja przyszłość. Wydaje ci się beznadziejna.

No cóż, wróżkom nie za bardzo spieszyło się nad twoją kołyskę. Mimo że rodzice całe życie ciężko harowali, nie zarobili wystarczająco dużo pieniędzy, żebyś mógł pójść na studia. Po skończeniu szkoły pracujesz z Jimmym na różnych budowach. Twoja codzienność to worki z cementem, rusztowania, pot i reprymendy majstra.

A jak spędzasz wolny czas? Po pracy wpadasz na piwo albo idziesz z Marisą do centrum handlowego, a dwa razy w tygodniu grasz z kolegami w kręgle.

*

Teraz jesteś trochę oszołomiony i z głową zadartą do góry pozwalasz prowadzić się tłumowi, zahipnotyzowany światłami reklam. Na migających ekranach widzisz reklamy samochodów, za których kierownicą nigdy nie usiądziesz, zegarki warte dziesięć twoich pensji, ubrania noszone przez piękne kobiety, których nigdy nie spotkasz.

A twoja przyszłość? Małżeństwo bez wielkiego uczucia, dwójka lub trójka dzieci, ciężka harówka, żeby zwrócić pożyczkę za domek na przedmieściach, który nigdy ci się nie podobał.

No i kręgle, piwo oraz nieustające przebudowywanie świata podczas dyskusji z Jimmym. Niestety, skończy się na dyskusjach.

*

Masz dopiero dwadzieścia trzy lata, ale już wyznaczoną przyszłość, która ci nie odpowiada. Od dawna czujesz się inny niż ludzie, którzy cię otaczają. Nie żebyś pogardzał rodziną czy przyjaciółmi. Chodzi o co innego: poniżenie z powodu biedy odbierasz jako permanentny afront. Zupełnie inaczej niż Marisa czy Jimmy, którzy lubią powtarzać, że może są biedni, ale przynajmniej szczęśliwi.

Ale czy naprawdę tak czują?

Trudno uwierzyć, że po drugiej stronie muru życie ma taki sam smak jak twoje.

*

Wciąż idziesz szeroką ulicą, anonimowy członek ogromnego tłumu. Jimmy i Marisa odwracają się co chwila i dają ci znaki, sprawdzając, czy się nie zgubiłeś, ale ty rozmyślnie starasz się zostać trochę w tyle.

Od kilku miesięcy prawie w sekrecie kupujesz książki. Czujesz nieodparte pragnienie wyniesienia się ponad swoje środowisko i zbudowania życia na innych zasadach niż te, na których oparli je twoi przyjaciele. Na iPodzie zastąpiłeś rap i soul Mozartem i Bachem. A kiedy jesteś w pracy, mimo żartów kolegów podczas przerwy śniadaniowej przerzucasz strony „New York Timesa”.

*

Powoli zapada wieczór. Wciąż obserwujesz ruchliwą ulicę. Z eleganckiego hotelu wychodzi młoda para. Oboje wsiadają do błyszczącego czerwonego kabrioletu. Wyglądają jak wyjęci wprost z reklamy luksusowej odzieży, w uśmiechu pokazują białe zęby i mają w sobie elegancję dzieci z dobrych rodzin.

Cieszą się wszystkim, czego ty nigdy nie będziesz miał.

Żyjesz w kraju, w którym chętnie się powtarza, że sukces w życiu człowieka zależy od niego samego, a mimo to nie całkiem czujesz się na swoim miejscu. Często w nocy przychodzi ci do głowy, co by było, gdyby uciec, zacząć wszystko od nowa, pójść na studia… Zrealizować choć częściowo własny amerykański sen.

Ale żeby to zrobić, musiałbyś zerwać ze swoim środowiskiem, z rodziną, rzucić narzeczoną, rozstać się z przyjaciółmi, a bardzo dobrze wiesz, że to jest niemożliwe.

Czy naprawdę niemożliwe?

*

Stojący na rogu Pięćdziesiątej Ulicy stary sprzedawca hot dogów nastawia radio na zaprogramowaną wcześniej rockandrollową stację. Na ulicy rozlegają się głośne dźwięki standardu Elvisa Presleya It’s Now or Never.

Teraz albo nigdy.

Przechodzisz obok kiosku z gazetami. Rzucasz okiem na pierwszą stronę „New York Timesa”. W głowie masz gonitwę myśli.

„Pewnego dnia moje zdjęcie znajdzie się na pierwszej stronie tej gazety! Za piętnaście lat zobaczę w niej swoją twarz. Przysięgam!”.

Czy zdajesz sobie sprawę, na co się porywasz? Czy wiesz, że od teraz aż do śmierci każdej nocy będziesz myślał tylko o tym?

O dniu, w którym skończyłeś ze swoim dotychczasowym życiem.

O dniu, w którym opuściłeś wszystkich, którzy cię kochali.

O dniu, w którym w nadziei zdobycia głównej wygranej straciłeś wszystko, co miałeś dotychczas.

Teraz albo nigdy.

Zagubiony w tłumie korzystasz z zielonego światła, żeby przejść na drugą stronę ogromnej alei.

Ani Marisa, ani Jimmy nic nie zauważyli.

Teraz albo nigdy.

Dokładnie za trzydzieści sekund twoja dziewczyna odwróci się i zobaczy, że zniknąłeś.

Zniknąłeś. Na zawsze.

Dokładnie za trzydzieści sekund zacznie się twoje drugie życie, największe i najdziwniejsze wyzwanie losu.

*

Staniesz się kimś innym.

Prolog 2Koniec jednej miłości

Ja ciebie kochałam, ty byłeś we mnie zakochany. To nie to samo.

Fragment dialogu z filmu Kobieta z sąsiedztwa François Truffaut

Dziesięć lat później

Mała kawiarnia na West Sidzie, między Broadwayem a Amsterdam Avenue.

Wnętrze urządzone szykownie, ale bez ostentacji. Wygodne fotele z ciemnej skóry, długi bar błyszczący chromami. W powietrzu unosi się delikatny zapach cynamonu, wanilii i miodu.

Naprzeciw ciebie siedzi młoda kobieta w uniformie stewardesy.

Céline Paladino.

Rękawem ociera łzy, które płyną z jej zielonozłotych oczu.

Znacie się ponad rok. Romans transatlantycki, odbywający się w rytm lotów Paryż — Nowy Jork. Céline przebywa tę trasę co dwa tygodnie.

To miłość, której nie planowałeś. Dziwne zauroczenie, które przeszło w stan łaski i pogrążyło cię w świecie dotąd tobie nieznanym.

Powinieneś być najszczęśliwszym z mężczyzn.

Ale ty nie jesteś zwyczajnym mężczyzną.

Od początku wiesz, że pewnego dnia ją stracisz.

Ten dzień nadszedł dzisiaj.

Jeśli w miarę upływu czasu jesteś coraz bardziej zakochany, czujesz się jednocześnie coraz słabszy. A do tego nie wolno ci dopuścić. Nie wiesz jeszcze, że można być czułym i silnym jednocześnie.

A poza tym jesteś przekonany, że ten romans opiera się na nieporozumieniu: jeśli Céline cię kocha, to dlatego, że tak naprawdę cię nie zna. Któregoś dnia oczy jej się otworzą i zobaczy, że jesteś po prostu zwykłym skurwysynem z przerostem ambicji.

Nie to jest jednak najważniejsze.

Najważniejszy jest ten wewnętrzny głos, który wciąż ci mówi, że jeśli kochasz Céline, powinieneś ją opuścić, ponieważ przyszłość z tobą naraża ją na niebezpieczeństwo.

Skąd to przekonanie? Nie wiesz, ale jest tak głębokie, że nie możesz go zlekceważyć.

Patrzysz więc na Céline po raz ostatni. Na jej czekoladowy torcik kapią łzy.

Gdy wchodziła do kawiarni, w której zwykle się spotykaliście, promieniała szczęściem na wiadomość, którą miała ci zaanonsować: została przeniesiona do biur linii lotniczych na Manhattanie. Wreszcie będziecie mogli zamieszkać razem, mieć dzieci…

Słysząc to, zesztywniałeś. Zamieszkać razem? Nie jesteś na to gotowy. Dzieci? Jak z rękawa wyciągnąłeś tysiąc argumentów przeciw: to spowoduje, że przestaniecie ze sobą sypiać, obarczy was dodatkowymi obowiązkami, a w ogóle, co to za pomysł, żeby wszystko kręciło się wokół rodziny…

Céline przyjmuje cios dzielnie, ale zamiera. Zapada ciężka cisza. To dla ciebie za wiele, nie możesz znieść jej rozpaczy, chcesz wstać z fotela i wziąć ją w ramiona. Wtedy znów słyszysz wewnętrzny głos:

„Jeśli z nią zostaniesz, ona umrze!”.

Więc starasz się nie patrzeć jej w oczy. Zwracasz spojrzenie na uciekających przed deszczem przechodniów.

— To koniec? — pyta Céline, wstając.

Słowa nie przechodzą ci przez gardło. Kiwasz tylko głową.

*

Dwa tygodnie później wracasz do tej kawiarni. Jeden z kelnerów wręcza ci kopertę. Rozpoznajesz pismo Céline. Chcesz otworzyć list, ale powstrzymujesz się. Wracasz do domu, czując, że ciężko ci będzie znieść dramat, do którego sam doprowadziłeś. Wkładasz do kartonowego pudła kilka osobistych rzeczy Céline, które zostawiła u ciebie i które noszą jeszcze jej ślad: kilka sztuk ubrań, kosmetyczkę, buteleczkę perfum Cacharel, kieszonkowe wydanie Pięknej i bestii, zbiorek wierszy Aragona, CD z piosenkami Niny Simone, jakąś reprodukcję Modiglianiego, amerykański afisz z filmu Serce jak lód, grzebyk z szylkretu, japoński czajniczek do herbaty, no i jej ostatni list, nieotwarty…

Wychodzisz na ulicę, na której stoi niewielki budynek, w którym mieszkasz, w Greenwich Village, tuż za Uniwersytetem Nowojorskim. Wrzucasz pudło do śmietnika na chodniku po przeciwnej stronie ulicy, starając się zachować obojętny wyraz twarzy.

Jednak w nocy wychodzisz z domu na zimno, po ten list. Nigdy go nie otworzysz, ale będziesz zawsze miał go przy sobie, da ci złudzenie obecności Céline.

Może to dowód na to, że nie jesteś takim skurwysynem, na jakiego wyglądasz.

*

Mijają lata.

Rok, dwa, pięć lat…

Wspinasz się po drabinie społecznej i osiągasz to, o czym marzyłeś: jesteś sławny, jeździsz sportowymi samochodami, podróżujesz pierwszą klasą, spotykasz się z modelkami, występujesz w telewizji…

Z czasem wmówisz sobie, że zapomniałeś o Céline.

*

Ale bez niej będziesz zawsze samotny.

Część pierwszaUciec

1Tego dnia…

Nasi prawdziwi wrogowie to my sami.

Bossuet

ManhattanSobota, 31 października 20077:59:57

Luksusowy jacht zacumowany przy brzegu rzeki Hudson. Ethan Whitaker korzysta z trzech ostatnich sekund snu.

Śpi głęboko zawieszony we mgle krainy marzeń, którą lada chwila będzie musiał opuścić, żeby przeżyć koszmarny dzień.

7:59:58

Już tylko dwie sekundy.

W tym momencie jeszcze się nie zaczęła dziwaczna podróż, która poprowadzi go w tajemnicę i w cierpienie. Sekretna, samotna pielgrzymka, która go jednocześnie zniszczy i odrodzi, która skonfrontuje go z tym, czego się zawsze najbardziej bał, z tym, czego najbardziej żałował, oraz z tym, czego w najbardziej szalony sposób pragnął.

Czy wiecie, na co naprawdę was stać?

A jeśli nie wiecie, co bylibyście gotowi poświęcić, żeby się tego dowiedzieć?

*

7:59:59

Ostatnia sekunda przed przebudzeniem.

Ostatnia sekunda przed Przebudzeniem.

A gdyby się okazało, że wszyscy gonimy za czymś, co od dawna jest w naszym posiadaniu?

*

8:00

Ethan gwałtownie drgnął na odgłos budzika.

Wyciągnął rękę i kilka dobrych sekund macał wokoło dłonią, zanim udało mu się przerwać coraz głośniejszy brzęk. Zwykle dźwięk budzika zachęcał go do działania, ale dziś było odwrotnie. Długo dochodził do siebie. Czuł się, jakby miał gorączkę, brakło mu tchu jak po intensywnym wysiłku. W gardle czuł suchość, jakby nie pił od wielu dni. Czuł mdłości i przeszywający ból w całym odrętwiałym ciele. Chciał otworzyć oczy, ale szybko z tego zrezygnował: powieki miał zlepione, głowa mu pękała i miał wrażenie, że ktoś wwierca mu w czaszkę niewidoczne wiertło.

Cóż to takiego robił wczoraj wieczorem, za co trzeba aż tyle zapłacić?

Starał się uspokoić gwałtowne bicie serca. Nadludzkim wysiłkiem otworzył oczy. Przez okrągłe okna małego jachtu wpadało łagodne światło, podkreślając błyszczącymi refleksami jasny ton boazerii. Kabina, w której leżał, była przestrzenna i bardzo wygodna, zajmowała całą szerokość łodzi. Urządzona była luksusowo, nowoczesny design i technologia. Wielkie łóżko, zastosowanie high-tech w architekturze wnętrza, surowa linia mebli.

Ethan leżał z podwiniętymi nogami, zwrócony twarzą do okna. Nagle poczuł, że nie jest w łóżku sam. Gwałtownie odwrócił się i zamrugał oczami.

Kobieta.

No, przynajmniej.

Damska sylwetka owinięta była satynowym prześcieradłem, spod którego wystawało jedynie nagie ramię obsypane drobnymi piegami.

Ethan nachylił się nad nią. Owalna delikatna twarz, w części zasłonięta długimi kasztanowymi pasmami włosów rozsypanymi na poduszce.

Czy ja ją znam?

Nękany straszliwą migreną Ethan starał się przypomnieć sobie, kim ona może być i w jakich okolicznościach wylądowała u niego w łóżku, ale…

Nic z tego.

W głowie miał pustkę. Jego pamięć zachowywała się jak program, który nie otwiera się mimo wpisania dobrego hasła. Zdenerwował się i postarał skupić. Pamiętał, że wyszedł z pracy pod wieczór, wpadł na drinka do Socialisty, nowego modnego baru na West Street. Atmosfera tam przypominała Hawanę z lat czterdziestych. Wypił jedno mojito, potem drugie, trzecie… A potem pustka. Żeby nie wiem jak się wysilał, dalej już nic nie pamiętał.

Cholera!

Przez chwilę miał ochotę obudzić ślicznotkę, żeby mu odświeżyła wspomnienia, ale zrezygnował, gdy pomyślał, że z pewnością by się pokłócili.

Wyszedł po cichu z łóżka i niepewnym krokiem ruszył wąskim korytarzykiem do łazienki. Kabina prysznica wyłożona była płytkami z egzotycznego drewna i urządzona tak jak sauna. Przekręcił kurek na pozycję oznaczoną „hammam” i prawie natychmiast oszklone pomieszczenie wypełniło się ciepłą, wilgotną parą.

Przyłożył ręce do głowy i zaczął sobie masować skronie.

Tylko nie wpadaj w panikę!

Ta chwilowa utrata pamięci nieco wytrąciła go z równowagi. Nienawidził myśli, że zrobił coś, co wymknęło się spod jego kontroli. Zwłaszcza że w każdej książce, którą napisał, na każdej konferencji i w każdym programie telewizyjnym powtarzał, że w życiu najważniejsze jest poczucie odpowiedzialności i panowanie nad jego biegiem.

Róbcie państwo tak, jak mówię, ale nie róbcie tego, co ja robię…

Powoli się uspokoił. Biorąc pod uwagę kaca, jaki go męczył, nie trzeba było być wróżką, żeby odtworzyć sobie przebieg wczorajszego wieczoru: zrobił pewnie rundkę po barach, ot co. Zbyt wiele alkoholu, a może nie tylko alkoholu. A dziewczyna? Pewnie jakaś modelka spotkana w dyskotece, którą musiał poderwać, kiedy jeszcze był w miarę przytomny.

Popatrzył na zegarek. Było dość późno. Zakręcił dopływ pary i puścił na siebie strumień lodowatej wody, mając wątłą nadzieję, że szok termiczny przywróci mu pamięć.

*

Gdy znalazł się z powrotem w sypialni, tajemnicza nieznajoma wciąż mocno spała. Przez chwilę stał nieruchomo, zafascynowany kontrastem między białością jej skóry a miedzianymi refleksami we włosach. Wytarł się ręcznikiem, spoglądając na damskie fatałaszki rozrzucone na podłodze: bielizna od Victoria’s Secret, czarna wycięta suknia od D&G, ozdobiona kryształkami para pantofli od Jimmy’ego Choo…

Wszystko z najwyższej półki.

Coś tu jednak się nie zgadzało. Dziewczyna była zbyt piękna, miała zbyt dużo klasy, żeby nie pamiętał, jak ją poznał.

Na fotelu leżała kopertowa torebka z monogramem. Bez zapału zajrzał do środka. Nie było w niej żadnego dokumentu z nazwiskiem, nawet prawa jazdy, które poinformowałyby go, kim jest śpiąca królewna. Tylko okulary przeciwsłoneczne, puderniczka, dwa studolarowe banknoty i mała złożona kopertka, która mogła zawierać kokainę. Zdenerwował się i zamknął torebkę.

A jeśli to call girl?

Musiał wziąć pod uwagę taką ewentualność. Nie to, żeby wątpił w swoje uwodzicielskie zdolności. Wiedział, że umie czarować kobiety. Ale nie wtedy, kiedy był kompletnie pijany, nie o czwartej nad ranem i nie tak, żeby w ogóle o tym nie pamiętać.

Z tym że…

Od czasu, kiedy stał się znany i często występował w telewizji, a także odkąd mieszkał na jachcie, na jaki mógł sobie pozwolić wyłącznie milioner, nie musiał bardzo się wysilać, żeby zdobyć kobietę. Była to jedna z dobrych stron popularności, zdawał sobie z tego sprawę, mimo że niekiedy trochę go to smuciło.

Tak czy inaczej, jeśli ta kobieta jest „profesjonalistką”, trzeba jej zapłacić. Ile to może kosztować? Tysiąc dolarów? Pięć tysięcy? Dziesięć? Nie miał zielonego pojęcia.

Po zastanowieniu wybrał rozwiązanie pośrednie i wsunął do koperty cztery banknoty po pięćset dolarów.

Kopertę położył w widocznym miejscu na stoliku nocnym. Nie było czym się chwalić, niestety, ale tak się stało. Takie jest życie. Wolałby porozmawiać, usprawiedliwić się, ale było dość późno i postanowił potraktować to jako wymówkę. Nie miał czasu na rozmowy. Zresztą już od paru lat nie miał czasu na dyskusje z kobietami. Kiedyś faktycznie był taki ktoś… Ktoś zupełnie inny. Ale to było bardzo dawno temu. Wyrzucił z pamięci obraz tej kobiety. Dlaczego akurat teraz pomyślał o niej, po wielu latach, odkąd postanowił wymazać ją ze swego życia? Znów popatrzył na zegarek i szybko wbiegł po schodach na górny pokład przekonany, że skutecznie wywinął się z całej tej nieprzyjemnej historii.

*

Salon, z wielkimi panoramicznymi oknami, w którym stała kremowa skórzana kanapa, tak jak pozostałe pomieszczenia na jachcie był elegancki i jasny. Mała jadalnia umeblowana sprzętami z litego dębu i lakierowanego szkła przylegała do całkowicie wyposażonej kuchni, prostej i funkcjonalnej.

Ethan wziął do ręki flakon z wodą toaletową, który stał na półce między dwoma zdjęciami. Na jednym widać było Ethana w towarzystwie Baracka Obamy, na drugim właściciel jachtu stał obok Hillary Clinton. Skropił się płynem pachnącym po męsku tytoniem i wyprawioną skórą. Był dumny z tego, że jest mężczyzną. Odrzucał aktualną tendencję niektórych mężczyzn, odkrywających w sobie kobiece cechy.

Co za głupoty.

Tego ranka miał wziąć udział w ważnym programie NBC. Musiał wyglądać dokładnie tak jak człowiek, którego obraz cierpliwie budował przez lata, czyli widzowie powinni w nim dostrzec od razu pełnego zrozumienia dla ludzkiej natury terapeutę, rzetelnego zawodowo, luźnego w obyciu, kogoś między Freudem, Matką Teresą i George’em Clooneyem.

Otworzył szafę i wyjął swój ulubiony garnitur: był to garnitur od Prady, z mieszanki wełny i jedwabiu, do którego dopasował koszulę typu Oxford i parę butów od Santoniego.

Zawsze mieć na sobie ubrania za co najmniej cztery tysiące dolców.

To była reguła, jeśli chciało się uchodzić za prawdziwie eleganckiego.

Stanął przed lustrem, zapiął jeden guzik w marynarce — rada Toma Forda, aby natychmiast wyglądać na o dziesięć kilo szczuplejszego — i wydął nonszalancko usta, w taki sposób, jak to uczynił, pozując rok wcześniej dla „Vogue’a”, do numeru poświęconego osobistościom nowojorskim. Z kolekcji zegarków wybrał model Hamptons, a na koniec wyjął z szafy płaszcz burberry.

W głębi duszy wiedział, że cały ten luksus nic nie znaczy i że jest nawet trochę śmieszny. Ale przecież mieszkał na Manhattanie! Trzeba było dbać o wygląd zewnętrzny, zwłaszcza że dziś wszystko kończy się na pozorach.

Wszedł do kuchni i ugryzł kawałek bajgla, po czym wyszedł na pokład. Bryza znad Zatoki Nowojorskiej rozwiała mu włosy. Włożył na nos okulary przeciwsłoneczne, leciutkie, wygodne, po czym przez chwilę podziwiał wstający dzień.

Maleńki port w North Cove był nieznany większości ludzi. Ta prześliczna enklawa, dwa kroki od Battery Park i Ground Zero, leżała w samym sercu miasta. Otoczony czterema wieżami z granitu i szkła port World Financial Center był dokładnie naprzeciw eleganckiego centrum handlowego ozdobionego wielką szklaną ścianą, za którą znajdował się zimowy ogród pełen wielkich palm.

Z iPodami na uszach grupa biegaczy w najmodniejszych sportowych strojach kończyła właśnie rundkę, patrząc na Ellis Island i Statuę Wolności. Ethan zapalił papierosa trochę im na przekór, jednocześnie zacierając ręce, żeby się nieco ogrzać. Mimo wszystko wiatr był silny, ale Ethan lubił takie rześkie jesienne poranki. Popatrzył w niebo. Zobaczył samotną dziką gęś, która leciała dość nisko. Poczytał to sobie za dobrą wróżbę.

Prawda, że poranek był dziwny, ale teraz Ethan poczuł przypływ energii. Był gotów zacząć nowy dzień, który z pewnością okaże się piękny.

— Dzień dobry, panie Whitaker! — przywitał go strażnik portowy, kiedy Ethan wszedł na niewielki parking.

Ale Ethan mu nie odpowiedział. Stał jak wrośnięty w ziemię przed swoim samochodem — ostatnim modelem dwudrzwiowego maserati, czarnosrebrnym pociskiem wyglądającym niczym drapieżne zwierzę. Był załamany, samochód wyglądał strasznie. Cały przód wgnieciony, lewy błotnik powykrzywiany, felga kompletnie zniszczona, drzwi porysowane.

„To niemożliwe!”.

Nie przypominał sobie, żeby miał wypadek. Ostatnim razem, kiedy wysiadł z samochodu, karoseria błyszczała jak brylant, co podkreślało jeszcze jego opływową linię.

Znów poczuł dreszcze. Coś poważnego musiało się stać tej nocy. Coś, czego w ogóle nie pamiętał.

„Denerwujesz się bez sensu, jak zwykle. Upiłeś się i wjechałeś na barierkę, to wszystko”.

W poniedziałek odda wóz do warsztatu i auto będzie jak nowe. „Wyskoczy” z kilkudziesięciu tysięcy dolarów i już. Pieniądze na szczęście nie stanowiły problemu.

Ethan otworzył drzwiczki samochodu, usiadł za kierownicą i od razu poczuł się bezpiecznie, jak w wygodnym futerale zrobionym z egzotycznego drewna i z delikatnej włoskiej skóry. Przez chwilę słodki zapach luksusu wydawał się go uspokajać, ale nie trwało to długo. Zrobiło mu się żal, że nie obudził młodej rudej kobiety, która spała obok niego w łóżku. Jeśli się zastanowić, była to może jedyna osoba, która wiedziała, co stało się poprzedniego wieczoru.

Ethan zawahał się. Może wrócić na jacht? Ale zrezygnował. Czy naprawdę chciał wiedzieć? Nie był tego zbyt pewien. To była przeszłość, a od piętnastu lat nauczył się natychmiast o niej zapominać.

Przekręcił kluczyk w stacyjce i właśnie miał wyjechać z parkingu, kiedy oczami wyobraźni znów zobaczył jak przez mgłę sylwetkę kobiety w łóżku. Przyszło mu do głowy coś okropnego. A jeśli ta młoda osoba o kasztanowych włosach…

„…a jeśli ona nie żyje?”.

Nie, to był absurd. Dlaczego przyszło mu do głowy coś takiego? Dziś rano przecież wyraźnie czuł łagodny, ciepły powiew jej oddechu. Był tego prawie pewien.

„Prawie, ale niezupełnie pewien…”.

Zacisnął pięści i opadł na kierownicę.

„Mówisz głupstwa!”.

Znów wracała do niego stara obsesja, która rozwijała się w nim stopniowo, w miarę odnoszenia sukcesu i powiększania się stanu jego konta w banku. Obsesja strachu, że straci w jednej chwili to, do czego dochodził przez piętnaście lat.

„Przestań się zamartwiać tymi głupimi wymysłami!”.

Rozkaz, który wydał sam sobie, podziałał jak wstrząs elektryczny i Ethan prawie natychmiast odsunął od siebie złe myśli. Uspokoił się.

Tym razem naprawdę wyjechał z parkingu, przyciskając prawie do deski pedał gazu, głównie, żeby usłyszeć wysokie obroty 400 koni wspaniałego motoru V8.

Czeka go z pewnością doskonały dzień.

Był tego pewien.

Wielki dzień.

*

Szalony dzień.

2Zagoniony mężczyzna

Dobrze wiem, przed czym uciekam,ale nie wiem, czego szukam.

Montaigne

ManhattanSobota, 31 października8:53

Akordy gitary Jimiego Hendriksa, doskonale brzmiące w jedenastu głośnikach samochodu, wdarły się w głuchy, uspokajający odgłos pracującego motoru.

Wciąż wciskając gaz do dechy, Ethan przeciął jak strzała dzielnicę biznesową, w której w tygodniu panował monstrualny ruch, a która obecnie, w sobotni ranek, była kompletnie wyludniona. Kierował się do centrum miasta.

Niewiele było trzeba, aby wróciła mu pewność siebie. Szybki samochód, błękitne niebo, odbłyski słońca na ścianach szklanych wieżowców: wszystko wokół na wyścigi starało się uczynić Nowy Jork wspaniałym miastem.

A Ethan uwielbiał Nowy Jork.

„Miasto, w którym człowiek czuje się jak u siebie, kiedy pochodzi znikąd”.

Jednak tego ranka wyczuwał coś dziwnego. Ulice wyglądały sztucznie jak dekoracja filmowa. To nie był normalny Nowy Jork. Ethan zmarszczył brwi. Popatrzył na przechodniów, na budynki. Nie, nie zauważył niczego niezwykłego.

Nerwowo podregulował radio, żeby znaleźć jakąś lokalną stację.

…Na Manhattanie tysiące kierowców taksówek przerwało tego ranka pracę na czterdzieści osiem godzin, żeby zaprotestować przeciwko projektowi rady miejskiej, która chce wprowadzić obowiązkowy nawigator GPS i terminale kart bankomatowych…

Oto więc, czego mu brakowało, dlaczego mógł jechać tak płynnie: taksówki! Manhattan nagle bez chmary żółtych samochodów wyglądał, jakby stracił duszę.

…według taksówkarzy jest to zamach na ich prywatne życie. Obawiają się, że wprowadzenie tych systemów jako obowiązkowych narazi ich na koszty i umożliwi władzom ciągłą kontrolę nad ich przemieszczaniem się. Według TATA Com.ltd strajkuje prawie sto procent taksówkarzy, powodując poważne perturbacje. Na lotniskach Kennedy’ego i Newark, jak również na Pennsylvania Station kolejki są coraz dłuższe…

Ethan rzucił okiem na zegar na tablicy rozdzielczej i skrzywił się. Miał brać udział w nagraniu na żywo słynnego porannego programu „Saturday in America”. Był to program renomowany, który w przedpołudniowych godzinach weekendu oglądało ponad sześć milionów widzów. Za każdym razem, gdy brał w nim udział, sprzedaże jego książek i DVD biły rekordy, a lista oczekujących na staże i konferencje, jakie organizował, była coraz dłuższa.

Tak słynną postacią stał się w mediach prawie z dnia na dzień trzy lata temu. Nawet jeśli czasem ludzie zwracali się do niego per „panie doktorze”, Ethan nie był żadnym lekarzem. Miał zamiar studiować medycynę w Seattle, ale po czterech latach studiów zrozumiał, że jeśli o niego chodzi, nie tędy droga. Szkoły medyczne były drogie i trwały zbyt długo. Zresztą wcale nie interesowało go środowisko lekarskie. Nie za bardzo również widział siebie jako zwykłego internistę, leczącego przez całe życie jakieś katary i migreny.

Natomiast to, co wydało mu się od razu niezwykle atrakcyjne, dotyczyło bezpośrednio lub w przybliżeniu psychologii. Szybko zdał sobie sprawę, że miał „gadane” i że los obdarzył go darem perswazji. Dlaczego więc nie wykorzystać własnego talentu, zajmując się tym, co naprawdę go pasjonowało, czyli skomplikowanymi meandrami ludzkiej duszy? Ale ponieważ był pragmatykiem, a nade wszystko pragnął sukcesu, postanowił wynaleźć coś, na co byłaby moda. Zauważył w książkach i w mediach, że ludzie zaczynają się interesować nowymi tematami, jak: rozwój osobisty, ewolucja wewnętrzna, jak być szczęśliwym, jak żyć lepiej, jak mieć szacunek dla samego siebie… Zrozumiał, że rozwijające się nowe dziedziny psychologii są okazją, którą powinien chwycić w locie. Przerwał studia i otworzył mały gabinet psychoterapii na granicy Morningside Heights i wschodniego Harlemu.

Przez lata leczył tam zwykłych ludzi cierpiących na depresje, nałogi, artretyzm i bóle pleców. Teraz, z perspektywy czasu, wiedział, jak bardzo ważny był dla niego ten okres. Kontakt z przeciętnymi ludźmi z tamtych dzielnic wiele go nauczył. Był drogocennym dodatkiem do nabytej wiedzy z psychologii, zmusił go do czytania, do brania udziału w seminariach różnych „przewodników duchowych”, „trenerów” organizujących ludziom życie i innych guru rozwoju osobistego. Na podstawie tej wiedzy, czerpanej z rozmaitych źródeł, zbudował własną metodę bazującą na pomysłach zarówno wypróbowanych, jak i nowatorskich. Stosował technikę pozytywnego myślenia, terapię behawioralną, sofrologię, zabawę w odgrywanie ról, teatr, psychodramę, luminoterapię, akupunkturę, komunikację afektywną… Jako jeden z pierwszych na Manhattanie zaproponował metodę walk and talk polegającą na zmuszaniu pacjentów do zwierzeń podczas spacerów po Central Parku. Nieważne, że niektóre z jego metod nie miały solidnej bazy naukowej. Skoro okazały się skuteczne, nie było powodu, żeby ich nie stosować.

Cztery lata temu w jego życiu wydarzyło się coś niesamowitego. Pewnego wieczoru, gdy zamykał gabinet, zjawiła się u niego tajemnicza kobieta z około dziesięcioletnim chłopczykiem. Mimo że miała na głowie chustkę, a na nosie ciemne okulary, Ethan od razu rozpoznał Lorettę Crown, producentkę i animatorkę słynnego talk-show, który nosił jej nazwisko. Jak ta Afroamerykanka, jedna z najbogatszych i najbardziej wpływowych kobiet show-biznesu wylądowała w jego skromnym gabinecie w Harlemie? Okazało się, że stało się to za sprawą jej gosposi, którą kilka miesięcy wcześniej Ethan trzema seansami akupunktury wyleczył z chronicznych migren. Gosposia zaczęła o tym opowiadać i jej słowa doszły do pracodawczyni.

Loretta przyszła po poradę w sprawie synka, który dwa lata wcześniej w tragicznych okolicznościach utracił ojca i od tej chwili cierpiał na nerwicę pourazową. Jak do tego doszło? Otóż podczas przejażdżki łodzią ojciec ustąpił synowi, który marzył o tym, żeby choć na chwilę stanąć przy sterze. Ojciec w tym czasie zaczął zwijać żagle. Nagły podmuch wiatru pozbawił go równowagi, wpadł do wody, a chłopiec, nie wiedząc, co zrobić, żeby zatrzymać żaglówkę, rzucił się za nim do zimnego Atlantyku. Godzinę później, gdy wyłowiła ich straż przybrzeżna, okazało się, że tylko dziecko przeżyło.

Od czasu tego okropnego wypadku chłopca męczyło ogromne poczucie winy, miał ataki niepokoju, koszmarów i dręczących flashbacków, które kazały mu wciąż przeżywać wszystko na nowo. Kiedy matka przyprowadziła go do Ethana, chłopiec cierpiał na bezsenność, miał gorączkę, nie mógł się skoncentrować i od miesięcy nie chodził do szkoły.

Loretta Crown była z nim u najsłynniejszych psychologów Wschodniego Wybrzeża, ale ani antydepresanty, ani betablokery, ani hipnoza nie uwolniły dziecka od jego problemów.

Ethan miał szczęście i intuicję. Kilka seansów „ruchów gałki ocznej”1, które poprowadził z chłopcem, umożliwiły dziecku przeżyć jeszcze raz ten straszny moment, w ten sposób oczyszczając pamięć, że mózg „strawił” wreszcie przeżytą tragedię.

Gdy jej syn wyzdrowiał, Loretta Crown z wdzięczności postanowiła pomóc Ethanowi. Namówiła go do tego, aby napisał książkę o swoich doświadczeniach terapeuty, a potem zaprosiła do swego programu. Występowała w telewizji już ponad dwadzieścia lat. Była królową talk-show i prawdziwą instytucją. Jej program był nadawany na ponad stu pięćdziesięciu lokalnych kanałach, wszystkich należących do związków zawodowych. W dni wysokiej oglądalności patrzyło na nią ponad piętnaście milionów widzów, z czego osiemdziesiąt procent stanowiły kobiety. Tak jak Larry King była ikoną kultury masowej i miała poważny wpływ na decyzje milionów widzów. Kiedy zareklamowała książkę Ethana, znalazła się ona błyskawicznie na pierwszym miejscu list bestsellerów. Nastąpiły liczne artykuły w prasie, po których zaczęto go zapraszać do innych audycji radiowych i telewizyjnych. W niecałe pół roku stał się tak popularny, że gdy tylko w telewizji robiono program dotyczący psychologii, zawsze go zapraszano.

Ethan chwycił piłkę w locie i stał obecnie na czele małego imperium finansowego. Hojnie dzielił się doświadczeniami w książkach, na konferencjach, organizując niezwykle kosztowne staże, zakładając strony internetowe, wydając DVD, audiobooki, kalendarze zen czy CD z ćwiczeniami relaksacyjnymi. Niedawno wiele uniwersytetów zaproponowało mu nawet, aby zrobił serie „wykładów o szczęściu”, które stały się bardzo modne na wielu wydziałach, odkąd młody psycholog, Tal Ben Shakar, spopularyzował ten temat w Harvardzie.

Będąc na wizji, Ethan wzbudzał powszechne zaufanie. Miał przyjemną aparycję, charakteryzowała go pewność siebie, ale nie arogancja. Nigdy nie aspirował do pozycji „duchowego guru”, przez co jeszcze bardziej był wiarygodny. To, co mówił, dopracowane i pełne zdrowego rozsądku, świetnie trafiało do przekonania miotanego setkami wątpliwości współczesnego człowieka. Zachęcał ludzi, aby starali się leczyć metodami naturalnymi i unikając antydepresantów, nawet jeśli on sam jechał przez cały czas na prozacu. Głosił zalety prostego sposobu życia, warunkowanego umiarkowaną konsumpcją, mimo że sam żył w ostentacyjnym luksusie. Podkreślał wagę rodziny, przyjaciół, aktywności społecznej, choć był kompletnym samotnikiem.

Zróbcie tak, jak mówię…

*

Wjeżdżając na Broadway, Ethan wrzucił niższy bieg. Choć było już późno, chciał przejechać przez Times Square: ostatni porachunek z przeszłością. Dziś mijało piętnaście lat od momentu, kiedy zrezygnował ze swego dawnego życia, zamierzając stać się kimś zupełnie innym.

Zatrzymał się przed Marriottem, powierzył klucze człowiekowi, który zajmował się parkowaniem samochodów, ale nie wszedł do hotelu, tylko przeszedł na drugą stronę ulicy.

Times Square był prawie pusty. Pośrodku ulicy grupa Japończyków na lekkim gazie robiła sobie zdjęcia, wykrzykując co chwila yatta! — słowa z ich ulubionego serialu telewizyjnego.

Ethan zapalił papierosa. Dystrybutor z prasą stał wciąż w tym samym miejscu, jak w jego wspomnieniach. Wsunął monetę i wyciągnął egzemplarz „New York Timesa”. Rozłożył gazetę i wyjął strony Art & Culture zaczynające się od jego wielkiego zdjęcia i tytułu:

Psycholog, który uwiódł Amerykę

Artykuł miał się ukazać za tydzień, ale dzięki znajomościom Ethan przyspieszył jego publikację, żeby nastąpiła dokładnie w dzień jego prywatnej rocznicy. Przebiegł artykuł oczami: autor wyrażał się o nim bardzo przychylnie i tekst brzmiał jak konsekracja.

*

Ethan zacisnął pięść i uderzył nią w metalową ściankę kabiny telefonicznej. Ha, udało mu się! Dotrzymał danej sobie obietnicy: dokładnie po piętnastu latach jego zdjęcie znalazło się na pierwszej stronie „New York Timesa”! Osiągnął szczyt, startując z niczego, a jak mówią mieszkańcy Nowego Jorku, „Jeśli udało ci się tutaj, uda ci się wszędzie!”.

Po drugiej stronie ulicy dwóch robotników zmieniało szybę w wystawie Virgin Megastore. Patrząc na nich, Ethan zobaczył siebie sprzed piętnastu lat, kiedy pracował na budowie z Jimmym. Po raz pierwszy tak naprawdę uświadomił sobie przebytą drogę. Ta sama ulica, przez którą przebiegł piętnaście lat temu. Piętnaście metrów dzieliło go od przeciwległego chodnika, piętnaście lat od sławy. Wspomnienia zaczęły go osaczać. Odepchnął je.

Oczywiście, żeby dojść do tego, do czego doszedł, musiał poświęcić wszystko, także przyjaciół. Jednak gra była warta świeczki.

Patrząc na sznur samochodów płynący na południe, poczuł melancholię. To jednak dziwne, że nie ma z kim podzielić się tak wielkim sukcesem…

Na sekundę pojawiła się przed nim wizja: wpatrzone w niego zielone oczy Céline. Dziewczyna zamrugała i wizja znikła. Serce Ethana zabiło szybciej. Poczuł się zagubiony.

„Weź się w garść! Życie jest piękne! Masz wszystko, czego pragniesz. A dobrze wiesz, że dziś wszyscy są samotni. W naprawdę ciężkich momentach człowiek jest sam. Jest sam, kiedy kończy się miłość; jest sam, kiedy rano wdziera się do jego domu policja; jest sam, siedząc naprzeciw lekarza który mu oznajmił, że ma raka; jest sam, kiedy zdycha…”.

Ethan zrobił wysiłek, żeby odegnać te myśli. Żeby uniknąć przygnębienia, pojawiającego się regularnie po wielkim sukcesie, powinien za wszelką cenę wyznaczyć sobie na nadchodzące lata nowy cel. Zastanowił się przez chwilę. Polityka? Już kilka razy namawiano go, aby współpracował z radą miejską. Jeśliby się naprawdę w to wciągnął, z pewnością mógłby zostać kiedyś merem Nowego Jorku. Nie teraz, ale podczas następnych wyborów, za osiem lat.

Oto o czym myślał, kiedy w kieszeni zawibrował mu blackberry. To producentka NBC denerwowała się, że go jeszcze nie ma.

*

Ethan przeszedł pieszo kilka przecznic, które dzieliły go od Rockefeller Center. Idąc Piątą Aleją, skręcił między ulicami Czterdziestą Dziewiątą i Pięćdziesiątą i wszedł do Channel Gardens, wysadzanego kwiatami przejścia prowadzącego do Tower Plaza. Wiatr szarpał flagami i deformował doskonałą symetrię tryskającej z fontann wody. Program dzisiejszego ranka wyjątkowo nagrywano nie w studio GE Building, ale w plenerze, z publicznością, na słynnej esplanadzie, dwa kroki od ślizgawki, pod wzrokiem promiennego Prometeusza z brązu.

Ethan ledwo miał czas zajrzeć do charakteryzatorni, kiedy już musiał stanąć na planie przed Madeline Devine, gwiazdą dziennika porannego. Wywiad z nim miał trwać pięć minut i zaplanowano go na moment przypadający między koncertem Jamesa Blunta transmitowanym na żywo a wiadomościami na temat tajemniczego zniknięcia Alyson Harrison, skandalizującej spadkobierczyni koncernu Green Cross, znanej ze swego trybu życia.

Koniec przerwy na reklamę. Będą na wizji za trzydzieści sekund. Madeline Devine, w jasnym obcisłym kostiumie, po raz ostatni przegląda notatki. Twarz lalki, zęby jak z porcelany i blond włosy zebrane w koczek na karku. Charakteryzatorka przypudrowała ją po raz ostatni i oto prezenterka, wymuskana i elegancka, oznajmiła:

— Nasz następny gość będzie mówił przede wszystkim o inteligencji emocjonalnej i szacunku dla samego siebie. Jego rady pomagają nam przeżyć ciężkie chwile i patrzeć na życie tylko od dobrych stron. Jego książki znajdują się na listach bestsellerów i obiecują nam wyjawienie tych cech naszej osobowości, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy. Drodzy państwo, pozwólcie, że przedstawię: Ethan Whitaker!

Ethan podszedł do fotela przy akompaniamencie oklasków. Niełatwo zwrócić na siebie uwagę publiczności, gdy występuje się zaraz po Jamesie Bluncie, ale już on wie, jak dać sobie radę. Ten jego nieodparty urok…

Plan „Saturday in America” miał w założeniu pokazywać przytulne wnętrze. Przed każdym gościem stał kubek z gorącą kawą, a na środku stołu koszyk ze świeżymi bułeczkami i owocami. Miało to wyglądać jak śniadanie w gronie dobrych znajomych. Madeline Devine zaczęła swoją kwestię przyjacielskim tonem. „Saturday in America” nadawano w porze największej oglądalności i jego skuteczność opierała się na wzajemnym porozumieniu realizatorów i uczestników, dlatego Ethan wiedział, że może nie obawiać się pytań pułapek. Najważniejsze: być przekonującym i się uśmiechać. Rozluźnił się i swobodnie przygotował na dziesiątki razy wypróbowany już dialog.

Prezenterka: W pańskich książkach i wykładach podkreśla pan często konieczność pozytywnego nastawienia do życia…

Ethan: To prawda. We własnym interesie musimy wyrzucać z siebie negatywne myśli, widzieć szklankę raczej do połowy pełną niż w połowie pustą. Aby to osiągnąć, powinniśmy pozbyć się uprzedzeń wobec siebie samych, one przeszkadzają nam iść do przodu. Wyeliminujmy zwątpienie z wachlarza naszych pojęć! Nie wolno nam myśleć „chciałbym”, musimy myśleć „chcę!”. Nie: „mógłbym”, ale „mogę!”.

Przez ciągłe powtarzanie tych samych zdań Ethan czuł się jak jakaś maszyna.

Prezenterka: Nie trzeba mylić pojęcia przyjemności z pojęciem szczęścia, prawda?

Ethan: Prawda. Poszukując zwykłej przyjemności, nie zdobędziemy trwałego szczęścia. Prawdziwe szczęście buduje się, zwracając się ku bliźniemu, dając z siebie wszystko w trwałym związku, angażując się w przyjaźń, w miłość, uczestnicząc w różnych akcjach charytatywnych… Indywidualizm to iluzja. Dopiero gdy staramy się uszczęśliwić drugą osobę, sami możemy osiągnąć szczęście.

Tyle pięknych zdań, a żadne z nich nie odnosiło się do niego! Ach, jak łatwo było odgrywać profesora, dzielić się z ludźmi tymi perełkami mądrości! Zastosować to wszystko we własnym życiu, to zupełnie inna sprawa…

Ethan: Żyjemy w społeczeństwie coraz bogatszym, ale niekoniecznie coraz szczęśliwszym.

Prezenterka: Dlaczego pan tak mówi?

Ethan: Nie wie pani, Madeline, że nasz kraj konsumuje trzy czwarte światowej produkcji antydepresantów?

Prezenterka: Czy jest metoda na wyjście z tej spirali?

Ethan: Tak, należy żyć na co dzień bardziej sensownie.

Prezenterka: To znaczy?

Ethan: Madeline, czy nigdy pani nie miała wrażenia, że własne życie wymyka się pani z rąk? Że świat, w którym pani żyje, jest nic niewart? Żyjemy w świecie, w którym nasze pragnienia zależą od reklamy, nasza konsumpcja od tego, co ma lub czego nie ma nasz sąsiad, a nasze myśli od tego, co widzimy w telewizji.

Coraz częściej Ethan był znużony, uczestnicząc w tym medialnym cyrku, ale czy mógł zrobić inaczej, kiedy sukces kształtowała konkurencja i wizerunek, jaki się miało w oczach publiczności?

Prezenterka: Czy jest jakaś recepta na szczęście?

Ethan: Musimy mieć odwagę się zmienić, odważyć zagrać główną rolę w sztuce naszego własnego życia, spróbować poznać siebie samego.

Prezenterka: Czy wszyscy mogą osiągnąć szczęście?

Ethan: Myślę, że przeznaczenie nie istnieje. Ponosimy stuprocentową odpowiedzialność za to, co nam się przydarza. Myślę również, że każdy człowiek ma w sobie zdolność do osiągnięcia szczęścia i że powinien tę zdolność rozwijać.

Ethan zamrugał oczami, maskując ziewnięcie, rezultat nieprzespanej nocy. Musi się bardziej skoncentrować. Nie lubił programów na żywo, bo najmniejsze potknięcie mogło okazać się fatalne. Jeśli udane wystąpienie w telewizji mogło człowieka wynieść na szczyt, to nieudane mogło złamać jego karierę. Przez kilka chwil ot tak, dla zabawy, zaczął wyobrażać sobie najgorsze sytuacje: co by się stało, gdyby wymsknęło mu się coś niestosownego na temat mniejszości etnicznych, kobiet, religii czy seksu? Co by się stało, gdyby powiedział na przykład: „Wie pani, Madeline, wczoraj wieczorem zaliczyłem call girl i byłem tak zalany, że wracając do domu, skasowałem swój samochód…”. Przez dzień czy dwa ten fragment wywiadu szedłby bez przerwy w telewizji, na YouTube i Dailymotion, rujnując jego wiarygodność jako psychologa terapeuty. Stałby się znów częścią anonimowej masy biedaków. Zrobił wysiłek i postarał się skupić. Rzucił okiem na monitor — jego błękitna koszula bardzo dobrze wyglądała na ekranie, a dzięki kremowi samoopalającemu miało się wrażenie, że właśnie wrócił z wakacji — i z przekonaniem powiedział:

Ethan: Musimy nauczyć się żyć chwilą obecną. Jeśli za często myślimy o przeszłości, męczymy siebie samych wyrzutami sumienia i rozżaleniem. Jeśli zbyt wiele oczekujemy od przyszłości, zaczynamy żyć w świecie iluzji. Jedyne, co jest naprawdę warte naszego trudu, to żyć pełnią życia tu i teraz…

Prezenterka: Ostatnia rada dla naszych widzów?

Ethan: Pospieszcie się, zacznijcie żyć, kochać, bo nie wiadomo, ile jeszcze czasu zostało wam na liczniku życia. Zawsze wydaje nam się, że mamy czas, ale to nieprawda. Któregoś dnia uświadomimy sobie, że przekroczyliśmy punkt, z którego nie ma powrotu, ale będzie już za późno.

Prezenterka: Punkt, z którego nie ma powrotu?

Ethan: Moment, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że nie może już zawrócić. Że definitywnie przegapił swoją szansę…

*

Ethan siedział przed lustrem. Charakteryzatorka zmywała mu podkład. Był zadowolony ze swego wystąpienia: udało mu się zakończenie, ten „punkt, z którego nie ma powrotu”… Interesujący pomysł, który może uda mu się rozwinąć podczas jednego z seminariów… czy w jakiejś książce.

Madeline Devine przyszła mu pogratulować. Potrzebowała kilku dodatkowych ujęć Ethana na żywo, żeby umieścić je na stronie internetowej programu „Saturday in America”.

— Idealnie byłoby sfilmować pana w swoim gabinecie, jeśli to panu nie przeszkadza.

Ethana zirytowała ta propozycja, ale nie dał tego po sobie poznać. Nie miał najmniejszej ochoty, żeby dzisiejszego ranka ktoś za nim łaził.

— Frank może z panem pójść — zaproponowała Madeline, wskazując na jednego z kamerzystów. — W godzinę wszystko będzie gotowe.

Ethan zawahał się. Nie mógł odmówić Madeline Devine, nie mógł odmówić NBC. To był biznes i tak jak mówił Warhol: good business is the best art. Z drugiej strony nie planował spędzić dzisiejszego ranka w swoim gabinecie. W głowie miał wciąż obraz tajemniczej i groźnej rudej kobiety. Pragnął jak najszybciej znaleźć się z powrotem na jachcie i przekonać się, że łóżko jest puste.

— No to co, Ethanie, zgadza się pan?

Postanowił odpowiedzieć: „Nie, Madeline, nie dziś rano”. Ale zamiast tego usłyszał, jak mówi:

— Oczywiście, niech pani powie Frankowi, żeby za mną jechał.