Wojna według Karskiego - Tomasz Łubieński - ebook
Opis

Opowieść o życiu Jana Karskiego, legendarnego kuriera z czasów II wojny światowej, który wchodził do warszawskiego getta i obozu w Izbicy Lubelskiej, przedostawał się przez granicę górami i dotarł nawet do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdał Rooseveltowi relację z sytuacji w okupowanej Polsce i eksterminacji Żydów. Ale oprócz rysu biograficznego autor przedstawia poglądy bohatera książki między innymi na wojnę, Holokaust i Polskę, tę przedwojenną, wojenną i powojenną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 171

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Korekta: Jolanta Spodar

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN: 978-83-244-1044-6 (EPUB); 978-83-244-1044-6 (MOBI)

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Copyright © by Tomasz Łubieński

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18

00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

1

Jan Kozielewski-Karski urodził się w mieście Łodzi, na kilka miesięcy przed I światową wojną. To znaczy wcale nie tak dawno temu, bo skutki tej wielkiej wojny przeżywamy do dzisiaj. Przede wszystkim w postaci kolejnej, o ćwierć wieku zaledwie późniejszej wojny światowej II. Która poprzedziła i uformowała naszą lekkomyślną epokę: międzynarodowy pokój zamiast na rozbrojeniu opiera się raczej na chwiejnej równowadze, nieprzyjaznych dla siebie, wzajemnie odstraszających się sił. Tyle co do następstw historycznego czasu, w którym Karski się rodzi. A co się tyczy miejsca urodzenia przyszłego bohatera, miasto Łódź to na tle innych miast polskich miasto wyjątkowe. Nie stoczono tutaj żadnych osławionych bitew. Nie powstały w Łodzi drugorzędne nawet, historyczne zabytki, z wyjątkiem eklektycznych pałaców fabrykanckich oraz osiedli robotniczych, z których najstarsze budowały rodziny Scheiblerów i Grohmanów w pobliżu swoich fabryk i pałaców, wiążąc w ten sposób załogi z właścicielami.

To miasto wyrasta w pośpiechu, można by powiedzieć, nigdzie i z niczego, chaotycznie i dynamicznie. Na obszarze kilku, potem kilkunastu dość przypadkowych wsi. Nad zasobnymi wówczas w wodę (zbudowano tam piętnaście młynów wodnych) potrzebną dla przemysłu rzeczkami Łódką (stąd w herbie miasta łódka z wiosłem), Jasieniem, Olechówką, Nerem, Brzozą. W sumie doliczono się ich ponad dziewiętnastu. Większość z nich płynie dziś pod ziemią. I trochę podobnie jak to się działo onegdaj i dzieje właściwie nadal w Ameryce, każdy do Łodzi skądś przybywał. Zostawiał za sobą, raczej już na dobre, inne, swoje uprzednie życie. Decydując się na ryzykowną, ale obiecującą łódzką przyszłość, łódzki los. Więc zamieszkali w Łodzi od dawna, czyli od zawsze, to znaczy od wczoraj, Polacy, Żydzi, Niemcy, Rosjanie. A także pojedynczo awanturnicy przemysłu włókienniczego z całej Europy. Wszyscy, co samo przez się zrozumiałe, różnili się pod każdym względem. To biedni, to bogaci. Raz szczęściarze, raz pechowcy. Wyzyskiwacze, więc również wyzyskiwani. Jedni bez drugich nie mogą istnieć, wiadomo. W 1939 roku miasto Łódź ma sześćset tysięcy mieszkańców. Sto lat wcześniej osada Łódź liczyła ich sześciuset.

Taka praktyczna łódzka lekcja bezwzględnej, emocjonującej demokracji pobierana we wczesnej łódzkiej szkole życia przyda się Karskiemu. Kiedy w kilka dziesiątków lat później rozczarowany Europą, która, gdyby nie Ameryka, rady nie dałaby sobie ze swoimi zbrodniczymi utopiami, faszyzmem i komunizmem, decyduje się zostać Amerykaninem. I w Ameryce, także dzięki swoim najwcześniejszym łódzkim doświadczeniom, łatwiej się odnajdzie. Bo też do amerykańskiego stylu życia jest Karski dobrze predysponowany. Budując swoją karierę politologa i historyka współczesnej dyplomacji na bardzo prestiżowym katolickim uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. Stając się cenionym ekspertem od komunizmu dla agend rządu amerykańskiego, znajduje Karski jeszcze fantazję i energię, aby zająć się remontowaniem i sprzedawaniem starych domów. Bo zdaje sobie trzeźwo sprawę, że w Stanach Zjednoczonych Ameryki intelektualiście, humaniście, weteranowi wojny światowej, który co więcej, zasłużenie stał się od niedawna posiadaczem upragnionego amerykańskiego obywatelstwa, tym bardziej wypada być niezależnym finansowo. I tę swoją ambicję zawdzięcza Karski także niełatwemu łódzkiemu życiu w domu, gdzie się wychował. Jest najmłodszy spośród ośmiorga dzieci skromnego rzemieślnika, parającego się kaletnictwem: ojciec wcześnie go odumiera. Wychowa matka religijnie i najstarszy brat Marian politycznie.

Kozielewscy, takie nic specjalnie nieznaczące nazwisko (Karski to jedno z nazwisk przybranych przez naszego bohatera w czasie wojny, które pozostanie z nim na zawsze), mieszkają w dzielnicy, która nie posiada jeszcze kanalizacji. Biedna i brudna wspominana jest bez zbytniego sentymentu, ale też bez snobistycznej zgrozy z punktu widzenia obywatela zachodniego świata, którym, z czasem, w wersji amerykańskiej, miał się stać Karski. W każdym razie wydaje się, że z całej podróży życia po różnych lądach i morzach, którą sądzone było odbyć Karskiemu, nie zatrzymał dla siebie jakiegoś pejzażu, który uznałby za godniejszy wspominania. Być może dlatego, że widział ich zbyt wiele, tłoczyły się jeden ciekawszy i piękniejszy od drugiego. Ale żaden z nich nie przypominał pierwszego adresu: Łódź, Kilińskiego 11.

W czynszowej kamienicy (która istnieje do dzisiaj i której widokiem wzruszał się podobno Karski podczas swoich powojennych wizyt w Łodzi) ubogimi sąsiadami Kozielewskich byli Żydzi. Ale wbrew temu, co próbowalibyśmy sobie dzisiaj nagminnie wyobrażać, tej drobnomieszczańskiej, rzemieślniczej polskiej rodziny antysemityzm się nie ima. Słowem, na pytanie, czy był i jest w Polsce antysemityzm, przyszły emisariusz mógłby odpowiedzieć: tak, ale nie w moim domu. Poza tym owa wielodzietna rodzina walcząca z niedostatkiem jest religijna. Głównie za sprawą matki najmłodszy syn, przyszły Jan Karski, będzie gorliwym katolikiem do końca życia. Wcześnie zostaje zapisany do Sodalicji Mariańskiej. Pani Walentyna Kozielewska, z domu Burawska, urodziła ośmioro dzieci, przez całe życie zajmowała się domem, była zatem, można powiedzieć, kobietą tradycyjną. Nie miała jednak, jak się wydaje, oczywiście nie ma na ten temat żadnych dokumentów, większych trudności z uznaniem za oczywistą prawdę, że nie tylko sam Chrystus był Żydem, lecz również jego Matka Boska. Z czym do dziś nie bardzo chcą się pogodzić wyznawcy Kościoła polsko-endeckiego. I kiedy mówi się im o tym, reagują spontanicznie: nie, to już przesada. Co więcej Żydem był także każdy z dwunastu apostołów, w tym co najmniej dwóch ewangelistów. Oczywiście z apostołem Judaszem włącznie. Choć sylwetka Judasza jako Żyda dla wielu chrześcijan byłaby ogromnie wdzięczna, przekonywająca, bo pasowałaby do tradycyjnych wyobrażeń, które łatwo zmieniają się w uprzedzenia, a te z kolei we wrogie stereotypy. Istnieje jednak, na całe szczęście, piękna i słuszna tradycja traktowania Żydów jako starszych braci w wierze, łączenie i godzenie Starego z Nowym Testamentem. Słowem judeochrześcijaństwo. Które to pojednawcze i twórcze określenie przez całe życie było bliskie gorliwemu polako-katolikowi Janowi Karskiemu. Jak również wielu jego wybitnym, odważnym, również intelektualnie, towarzyszom broni. Między innymi Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu i Władysławowi Bartoszewskiemu.

2

Słowem ani z Sodalicji, ani tym bardziej z domu nie wyniesie Karski toksycznego dla katolickiej polskiej duszy przeświadczenia, że to Żydzi zamordowali nam Chrystusa Pana. Szczęśliwie też podejmuje przyszły Karski naukę w dobrym gimnazjum, które w swoim czasie przybierze imię marszałka Józefa Piłsudskiego. Ostatnio, przy okazji zbliżającej się stuletniej rocznicy istnienia szkoły, jej dyrekcja powołuje się z dumą na szczególną tradycję. Otóż religii mieli uczyć tutaj, niejako do wyboru, równorzędnie ksiądz, pop i rabin. Oczywiście decyzję podejmował ojciec rodziny: rzymski katolik, prawosławny czy starozakonny. Karski o tym szkolnym pluralizmie religijnym nie wspomina. Rzecz ze współczesnego punktu widzenia może wydać się egzotyczna czy mało wiarygodna, ale przecież w ówczesnej Łodzi mogła się wydarzyć. Miał Karski na podwórku, a potem w gimnazjum wielu kolegów Żydów: dobrze pamiętał niektórych z nich po imieniu ze szkolnych anegdot. Te zaś pozostają niepowtarzalne, niezrozumiałe dla innych, do końca życia. I nic ich nie zastąpi.

Józef Czapski, z którym miałem okazję gawędzić o czasach sprzed I wojny światowej i rewolucji, powiedział mi kiedyś, że czuje się jak Indianin, ostatni z plemienia. Bo już nikt nie żyje z jego rocznika w gimnazjum w Mińsku Białoruskim. Nie ma z kim wspomnieć, co działo się na dużej przerwie ostatniego dnia, no wtedy, przed wakacjami, o co tak naprawdę śmiertelnie na całe życie pokłócili się chłopcy z przedostatniej ławki. I kto na niego doniósł, że na przerwie rozmawiał po polsku, co przecież było surowo niedozwolone w rosyjskiej apuchtinowskiej szkole. Tym bardziej na dalekich kresach. Pewna pani z rosyjskiej Polonii, na przyjęciu w polskiej ambasadzie, w pięknym futrze, powiedziała mi z dumą, że pochodzi z kresów. Z jakich dokładniej kresów? Z Petersburga. A uczeń Giedroyć, który chodził do tego samego gimnazjum mińskiego, co Czapski? Też nic nie pamiętał? Naiwne pytanie. Bez żartów. Chodził o kilka klas niżej, nikt nie zwracał wtedy na niego uwagi. Nie miał Jerzy Giedroyć pojęcia o pewnych sprawach, to nie jego wina, że urodził się za późno. Więc nie miał do niego Józef Czapski pytań ani pretensji o pamięć.

Co się tyczy łódzkich Rosjan, rzeczywiście wyjechali z miasta jeszcze w czasie I wojny światowej i zaraz potem, głównie wojskowi i urzędnicy. Ale zostali ci zwyczajni Rosjanie, pracujący na ogół w przemyśle włókienniczym. Zresztą dokąd niby mieliby się udać? Rosję ogarnęła pożoga wojny domowej zakończonej zwycięstwem bolszewików. A Łódź to nie Warszawa, gdzie rozebrano cegła po cegle sobór Aleksandra Newskiego na placu Saskim. Jako symbol rosyjskiego panowania. Kiedy poświęcano sobór, antagonista Lwa Tołstoja, mistyk Jan Kronsztadzki wygłosił przemówienie, w którym przepowiadał, że sobór będzie stał w Warszawie tyle czasu, ile trwać tam będzie rosyjskie panowanie. I przepowiednia się sprawdziła. Sobór rozebrano, nie zwracając należytej uwagi na relikwie świątyni. Freski oraz mozaiki Wiktora Wasniecowa. Te ostatnie częściowo przeniesiono do głównej warszawskiej cerkwi św. Marii Magdaleny. Natomiast rosyjska Łódź nie zniknęła z nastaniem polskiej niepodległości. Utrzymały się też łódzkie cerkwie, w tym najpiękniejsza z nich, w pobliżu dworca kolejowego Łódź Kaliska. Widok tej cerkwi sprawił, że przyszły wielki malarz, Jerzy Nowosielski, przechodząc tamtędy, nawrócił się, to znaczy wrócił do swojej prawosławnej wiary.

Dobre wspomnienia ze szkoły międzywojennej wyniósł również mecenas Edward Kossoy, rodem z Radomia, rówieśnik Karskiego. Wypada przyznać, że dla Karskiego i Kossoya, z roczników urodzonych blisko wybuchu wojny światowej, kształconych w pierwszych latach niepodległości, skromność należała do cnót z powodzeniem wpajanych w szkole. Jan Karski, bohater, do którego określenie, że był bez skazy, pasuje jak mało do kogo, który mógłby personifikować piękną Mickiewiczowską frazę „dawnych Polaków duma i szlachetność”, powiedział o sobie: „Ja sam nie znaczyłem nic. Najważniejsza była moja misja”. Kossoy zatytułował swoją książkę Na marginesie.

Ten margines, jeśli trzymać się dalej poligraficznej metafory, był dramatycznie bogaty. Po krótkiej, szczęśliwej radomsko-warszawskiej młodości zagłada rodziny w Treblince. Dwa lata gułagu. Opuszcza Kossoy dom niewoli w szeregach armii Andersa. Oficjalnie, to jest za wiedzą dowództwa, podobnie jak Menachem Begin, kapral podchorąży we wrześniowej kampanii, zwalnia się z polskiego wojska. Wstępuje do paramilitarnej terrorystycznej organizacji Irgun, bierze udział w wojnie, której wynikiem było powstanie państwa Izrael. Nic dziwnego, że w jego genewskim domu przykuwały uwagę portrety bohaterów tej wojny Menachema Begina i Mosze Dajana, później wybitnych polityków. A także twórców państwa żydowskiego, Ben Guriona i Goldy Meir. Wszystkie zdjęcia opatrzone dedykacjami dla gospodarza. Wydaje się, że Kossoy powołany był do misji specjalnych, podobnie zresztą jak Jan Karski.

A więc rzeczywiście w pewnym okresie swojego życia, ze względów służbowych, Kossoy pozostawał „na marginesie”. Po pewnym czasie wrócił do zawodu prawnika, walcząc o odszkodowania dla ofiar i rodzin ofiar Holokaustu. Początkowo nie chciał mieszkać w Niemczech. Potem stopniowo doszedł do przeświadczenia, że tam również znajdzie wielu porządnych ludzi. Jak mówił Jan Karski, „Nie ma narodów lepszych ani gorszych, są lepsze albo gorsze rządy”. I może też Karskiemu bliskie, jako judeo-chrześcijańskie w duchu, mogłoby się wydać to, co Kossoy uważał za przesłanie, jakie wynikało z burzliwego życia, które wiódł „na marginesie”. Otóż (dopytałem się o to, sceptyczny wobec owego „marginesu”) według mecenasa, należy przede wszystkim ludziom pomagać. A wtedy wolno spodziewać się wzajemnie pomocy, to znaczy mieć taką nadzieję, która się częściej sprawdza. Czyli wolno przypuścić, że podobne myśli, którymi Jan Karski podzielił się publicznie w łódzkim Teatrze Wielkim 27 czerwca 1997 roku, podczas ceremonii wręczania mu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego, spodobałyby się mecenasowi Kossoyowi. Nie wiem, czy się osobiście znali. Ale to niewykluczone. Na pewno dobrze by się rozumieli.

Kossoy, o rok starszy od Karskiego, maturę, odpowiednio rok wcześniej, zdał w roku 1930 w gimnazjum im. Tytusa Chałubińskiego w Radomiu. Wspominał swoją szkołę z sentymentem i wdzięcznością, bo jeszcze nie dotknął jej antysemityzm: następne roczniki maturalne nie były już od niego wolne. Zdążył ukończyć prawo na Uniwersytecie Warszawskim, zanim zaczęły się tam ataki na studentów żydowskich. Ale był też świadkiem pocieszających wydarzeń, kiedy to bojówkarzom z Obozu Narodowo-Radykalnego i Falangi zastąpili drogę tragarze i rzeźnicy z Nalewek, zmuszając żyletkarzy i pałkarzy do sromotnego odwrotu. Takie zwycięstwa nad jedną czy drugą sfaszyzowaną bandą, którą tworzyli przedstawiciele stołecznego lumpenproletariatu i synalkowie tzw. dobrych mieszczańskich czy drobnomieszczańskich rodzin, zachował we wdzięcznej pamięci również Marek Holzman z Borysławia, przyszły znany fotograf, który przyjechał do Warszawy na studia, ale szybko (nadchodziła wojna) powrócił w rodzinne strony i tam przetrwał Zagładę. Podobnie Jerzy Szapiro wspominał, jak ratował go żydowski lud Warszawy. Ale żeby po wojnie mógł zostać wybitnym neurologiem, musiał przeżyć koszmar getta i długi czas w kryjówce pod podłogą, razem z ojcem dentystą, którą ofiarował im szlachetny pacjent ojca w Wawrze pod Warszawą.

Opowiadał mi, że antysemickie awantury, których doświadczył na uniwersytecie jako student pierwszego roku medycyny, getto ławkowe, bicie i kaleczenie żydowskich studentek przez bandytów z ONR uzbrojonych w laski z żyletkami, były dla niego gorszym doświadczeniem niż cała okupacja, kiedy wiedziało się, kim był śmiertelny wróg. Na szczęście zapamiętał też dzień, w którym ogłoszono, że Anglia i Francja przystępują do wojny solidarnie z Polską. Entuzjastyczne tłumy wyległy wówczas na ulice, minister Józef Beck kłaniał się z balkonu Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Jerzy Szapiro mógł poczuć się dumnym stuprocentowym polskim patriotą. Tak jak oficer rezerwy wojska polskiego, w kampanii 1939 roku, dowódca sekcji karabinów maszynowych Marian Brandys. Który na ćwiczeniach nie ukrywał swojej tożsamości, co więcej nie wypierał się też liberalnych poglądów. Po przegranej bitwie pod Kockiem, ostatniej bitwie września, współopłakiwał Polskę jak nigdy wcześniej ani potem.

Było ich, jak wspominał, trzech żołnierzy armii Rzeczpospolitej, zrozpaczonych synów ziemi łódzkiej, ziemi obiecanej. Niemiec, Polak i Żyd, wszyscy z Łodzi, gdzie urodził się jeszcze jeden syn tej ziemi, piękny Polak, przyszły bohater, Jan Karski.

3

Wśród Żydów z Radomia, którzy zdążyli trafić do Paryża przed wojną, żywotna była legenda „Czerwonego Radomia”: pisano o tym mieście powieści i piosenki. Kossoyowi, któremu po ukończeniu prawa w Warszawie sprzyjało szczęście w interesach, lewicowe sympatie mogły wydawać się dość odległe. Czuł się w Polsce dobrze, wyglądał na młodego postawnego szlachcica. A na wszelki wypadek nosił ze sobą tęgą laskę. Ale wolnościowy klimat Radomia, miasta, w którym tradycyjnie mocny PPS współrządził z Bundem, sprzyjał także wszelkiemu innemu życiu, również żydowskiemu. Dwukrotnie prezydentem Radomia był Józef Grzecznarowski, wybitny rewolucjonista z 1905 roku. Znał osobiście Lenina i Trockiego. Wspominał, że Trocki, jako płomienny mówca, był bezlitosny dla wrogów, ale także wobec ludzkich słabości. Natomiast Lenin potrafił zjednywać sobie zwykłych żołnierzy czy proletariuszy. Szczerze przejmował się ich kłopotami, jak potem powtarzano w szeregach i tak powstawała legenda ludzkiego Lenina. Wykorzystał ją Michaił Zoszczenko, pisząc opowiadania o spotkaniach Lenina z prostymi ludźmi, które traktowano na serio, choć być może miały charakter parodystyczny. Najlepiej, rzecz jasna, Grzecznarowski znał Piłsudskiego. Był wielokrotnie sądzony i skazywany m.in. na karę śmierci i dożywotnią katorgę. Ostatecznie przedostał się do Polski. Pod kierowanym przez niego komisarycznym zarządem robotniczy „Czerwony Radom” opowiedział się w 1920 roku patriotycznie za sprawą niepodległości. Józef Grzecznarowski był z tego dumny do końca swojego długiego życia. Chociaż w następnych latach nie unikał konfliktów z sanacją. A po wojnie dawał się wykorzystywać władzy ludowej na oficjalnych uroczystościach jako wzorowy weteran ruchu robotniczego.

Łódź i Radom mają ze sobą wiele wspólnego: tradycję klasy robotniczej, która potrafi walczyć o swoje prawa, a przy okazji interesy całego narodu. Ziemia obiecana to Łódź trochę wcześniejsza od Łodzi Karskiego. Strajkowej broni w Łodzi i Radomiu nie złożono po wojnie i zmianie ustroju, choć próbowano milicyjnymi metodami przekonać robotników, że przecież absurdalne jest strajkować przeciw sobie. Łódzkie włókniarki nie dały się zwieść fałszywym pochlebstwom, kiedy utrata pracy, obniżenie zarobków groziło ich rodzinom. A w Radomiu zbuntowało się przecież przeciwko władzy pseudoludowej całe miasto.

Po wojnie Radom pozostał w pamięci wielu Żydów zamieszkałych w Paryżu niby jakiś większy sztetl. Żydzi byli, niezależnie od tego, co ich tam spotykało, patriotami swoich małych miasteczek. Mieszkanka Izraela, dotrzymując obietnicy danej zmarłemu mężowi, przyjechała do Polski, aby zobaczyć Parczew, który według niego był najpiękniejszym miasteczkiem na świecie, bo tam właśnie się poznali.

Udokumentowana obecność Żydów w Radomiu sięga XVI wieku. Więc może nieprzypadkowo w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku nakręcono w Polsce film dokumentalny, który w jakimś sensie koresponduje, poprzedza, przy zachowaniu proporcji, Shoah Lanzmanna. Oto młody francuski reżyser, potomek żydowskiej rodziny z Radomia, odwiedza mieszkanie, w którym niegdyś mieszkali jego dziadkowie. Aktualni lokatorzy nie są zachwyceni narzuconą sytuacją, tym bardziej że wizyta była, można powiedzieć, oficjalnie filmowana przez ekipę z Interpressu, instytucji zajmującej się propagandą na zagranicę. A więc rządowej, czyli choć skierowanej na zewnątrz, powiązanej ze sprawami wewnętrznymi. Film dwuznaczny, bo sprzeczne były intencje reżysera i pomoc Interpressu. Oglądałem ten film w żydowskim klubie w Paryżu w dzielnicy Le Marais, dokąd zaprowadził mnie bywalec klubu, mój przyjaciel. Klub prowadził miły człowiek, Józef Mariensztrass, który mówił po polsku nie gorzej ode mnie.

Przed zapowiedzianą z góry i nieodwołalną wizytą w mieszkaniu ekipa filmowała sceny z miasta. Między innymi przepytano meneli spod pobliskiego sklepu z piwem na okoliczność niegdysiejszych tamtejszych Żydów. Czy się w ogóle o nich pamięta? Tak, mieszkały tu jakieś Żydki. A co się z nimi stało? Zamiast odpowiedzi, dające wiele do myślenia głupawe uśmiechy. Czy zwróciłeś uwagę, upewniała się moja piękna sąsiadka, z napięciem wpatrzona w ekran, jakie ci wszyscy Polacy mają bestialskie gęby? Rzeczywiście kontrast był uderzający między grupą chasydów na starych fotografiach i brzydkim współczesnym dworcowym tłumem. Przypomniałem sobie w tym momencie, jak mój kolega, wybitny fotograf, samorzutnie zrezygnował z pomysłu uwiecznienia zapyziałych rodaków na przystanku tramwajowym o wczesnej godzinie. Bo, jego zdaniem, mało powiedzieć, że wyglądali nieciekawie.

Klubowa publiczność była oburzona rzeczywistością przedstawioną na filmie. Tylko pewien staruszek z wąsami à la Piłsudski (przypadek? nie sądzę) bronił Radomia. To nie Polacy w ogóle, ale Polacy – endecy byli wrogami Żydów, upierał się. Ale, ale! – zakrzyczała go płomiennie rudowłosa dziewczyna: jeśli ktoś jeszcze łudzi się, że Polacy zmienili stosunek do Żydów, że nauczyli się czegoś po Holokauście, niech wybierze się na film reżysera Wajdy Ziemia Obiecana, żeby tam zobaczyć między innymi odrażającą rozpustną żydowską kobietę i śmiesznego młodego żydowskiego człowieka interesu, któremu miejskie kundle obgryzają białe pończoszki.

I Andrzej Wajda, wojownik zaprawiony w bojach z cenzurą i opinią publiczną, uległ dla świętego spokoju i politycznej poprawności. Wyciął świetną scenę z Danielem Olbrychskim, cynicznym pankiem, i niewierną żydowską żoną Kaliną Jędrusik. Na tę postać oburzał się w prywatnej rozmowie ze mną historyk mieszkający w Paryżu, pochodzący z Polski Jean Charles Szurek. Po wielu powojennych latach, ostatnio, fala oburzenia na niegdysiejszy obyczajowy folklor między dwoma narodami dotarła do Polski. Ludzie z przedwojennych pokoleń bawili się szmoncesami, od niedawna stało się to w Polsce wysoce niepoprawne. Nie mógłby zaistnieć od dziesiątków już lat w teatrze Syrena król szmoncesu Lopek Krukowski, który wrócił do kraju stęskniony za warszawską publicznością. W kabarecie Dudek doprowadzali do ataków śmiechu skeczemSęk napisanym przez Konrada Toma jeszcze w 1926 roku warszawscy aktorzy Edward Dziewoński i Wiesław Michnikowski, niemiłosiernie żydłacząc. Było to w latach 1964–1975 i jakoś inteligencka publiczność nie brała pod uwagę, że w 1968 roku doszło do wydarzeń marcowych.

Kobiety żydowskie miały w przedwojennych mediach (filmach czy kabaretach) status sekssymbolu, poczynając od opiewanej w piosence Rebeki. Odpowiadającą męską figurą byli ułani. Może dlatego między innymi „nienawidził poeta ułana bardziej niżeli bohema filistra”, jak wspominał przedwojenne obyczaje Czesław Miłosz. Jego rówieśnik Lech Pietrzak, dziennikarz, mój przyjaciel, obywatel miasta Kazimierza nad Wisłą, wspominał, że kiedy ułan Dzidzio Koziebrodzki szedł przez rynek, ciągnąc za sobą wiszącą na rapciach, hałasującą na kocich łbach szablę, we wszystkich oknach sterczały zafascynowane tym obrazem i dźwiękiem młode Żydówki. Pietrzak, człowiek elegancki, nie określał ich doznań.

Dziś, po wojnie, powojniu, wydarzeniach marcowych i książkach, które zostały określone jako nowa polska szkoła pisania o Holokauście (dotychczas istniała polska szkoła filmowa oraz polska szkoła plakatu, które zyskały europejskie uznanie), wydaje się to wszystko nieprawdopodobne. I wysoce niepoprawne. Wręcz nieprzyzwoite. Nawet sentymentalne unoszenie się nad chałką, zachwycanie się karpiem po żydowsku. A co dopiero powiedzieć na temat sztuki Franza Werfla Jacobowsky i pułkownik, która była przebojem w Polsce i w Europie, napisanej pod koniec wojny i wystawianej po wojnie. Jest to polsko-żydowska wersja jednego z najbardziej popularnych schematów komediowych z głębszymi treściami. Do tej wielkiej rodziny należą również Don Kichot i Sancho Pansa oraz Don Juan i Sganarel, inaczej mówiąc, Don Giovanni i Leporello. Pułkownik, grany zresztą przez niemieckiego gwiazdora Curda Jürgensa, jest lekkomyślnym i brawurowym żołnierzem samochwałą, polskim pułkownikiem (który w wielu filmach nosił niemiecki mundur nie gorzej niż Stanisław Mikulski), a jego ordynans, Żyd, spryciarzem i filozofem. Z punktu widzenia tego, co wiemy i piszemy obecnie na temat stosunków między naszymi narodami, idea tej popularnej komedii wydaje się absurdalna i absolutnie niedopuszczalna.

4

Po maturze Jan Kozielewski wyjeżdża na studia do Wilna. Jak przystało na dobrego syna, którym jest, w towarzystwie matki. Wkrótce przenosi się do Lwowa, ponieważ brat Marian, pierworodny syn państwa Kozielewskich, lubiany osobiście przez Piłsudskiego, obiecujący funkcjonariusz policji państwowej, zostaje mianowany komendantem w tym mieście. Starszy od najmłodszego braciszka Jana o lat siedemnaście zastępuje mu ojca. Wychowuje go. Również politycznie. I świeci patriotycznym przykładem. Można powiedzieć od chwili przyjścia Jana na świat. Bo w tymże 1914 roku siedemnastoletni Marian ucieka do Legionów. Bez butów, które matka przezornie schowała przed nim, żeby tę ucieczkę uniemożliwić. Ale potem pani Walentyna Kozielewska mówi o Piłsudskim nie inaczej jak ojciec ojczyzny. A Piłsudski wprawdzie dobrotliwie, po ojcowsku, zruga Mariana za nieposłuszeństwo wobec matki, ale zapamięta chłopca i najwidoczniej śledzi jego drogę służbową. Skoro w 1934 roku trzydziestosiedmioletniego awansuje na podpułkownika, czyli podinspektora policji i przenosi ze Lwowa do Warszawy. Na stanowisko stołecznego komendanta.

Marian Kozielewski ma już za sobą służbę w Legionach i wojnę z bolszewikami. Jego najmłodszy brat, Jan Karski, będzie służył przez całą II wojnę światową w eleganckim ubraniu. Chyba że wchodził ryzykownie do warszawskiego getta i obozu w Izbicy Lubelskiej albo przedostawał się przez granicę górami. Garnitury, koszule będą mu szyli krawcy w Paryżu, Budapeszcie i Madrycie, co z przyjemnością odnotowuje. Stąd może przez jakiś czas dodatkowy kompleks Jana Kozielewskiego w stosunku do brata legionisty Mariana Kozielewskiego, żołnierza I wojny światowej. Legioniści walczyli w karpackich okopach, żarły ich wszy i ziemne robactwo, a w tym czasie w miastach eleganccy młodzi ludzie cieszyli się życiem. Dlatego później tak smakowała młodym weteranom kariera, luksus, kobiety, władza przede wszystkim. I mówiono, że Pierwsza Brygada rozrasta się w dywizję.

Marian Kozielewski, ranny w legionowych bojach, wielokrotnie odznaczony, odkomenderowany z wojska do policji, pracuje przez wiele lat na prowincji. Kolejno: Kozienice, Włoszczowa, Opatów, Będzin. Słowem, poznaje życie policyjne od podstaw. Delegowany na trudny, kresowy teren, co jest dowodem zaufania, obejmuje stanowisko komendanta powiatowego w Nowogródku. I tamże szefa urzędu śledczego, co na pewno nie bywa miłe ani eleganckie, ale niewątpliwie z nadgranicznego, państwowotwórczego punktu widzenia konieczne. I znów w Będzinie, tym razem jako komendant powiatowy, a wkrótce potem wojewódzki we Lwowie. Wreszcie Warszawa.

Słowem kariera, do której według nieżyczliwych kolegów z resortu miał wyraźne zamiłowanie. Związany poza tym z wywiadem, co umożliwiało mu działania zakulisowe. Przyszły Jan Karski wie, że wszystko zawdzięcza bratu, doskonale usytuowanemu w młodszym pokoleniu piłsudczyków trzymających władzę. Możliwości wielomiesięcznych podróży zagranicznych, odbywania praktyk dyplomatycznych w polskich przedstawicielstwach. Oficjalnie mówiło się też o nauce języków, ale niewątpliwie ludzie kompetentni poznali się na wybitnych, rzadkich predyspozycjach Jana Karskiego (znakomita prezencja, niezawodna pamięć, absolutna lojalność) do wykonywania zadań związanych z wywiadem. Doktor Karol Poznański, konsul generalny w Londynie, pisze o Karskim taką służbową, laurkową opinię: „jest człowiekiem bardzo zdolnym i inteligentnym; posiada silnie rozwinięty zmysł obserwacyjny i dużą łatwość uczenia się; umysł analityczny, dużo zmysłu krytycznego; na swój wiek jest bardzo poważny; pod względem charakteru – skromny, prawy, ideowy i odważny; jako urzędnik – bardzo obowiązkowy i zdyscyplinowany; niezmiernie pracowity i sumienny; posiada duże zamiłowanie do pracy społecznej, do której podchodzi z wielkim entuzjazmem; jest doskonałym mówcą, towarzysko miły i gładki, dobry kolega”. Na konkursie krasomówczym, który na wydziale prawa Uniwersytetu Lwowskiego zorganizowano na parę lat przed wojną, Kozielewski, przyszły Karski, wziął pierwszą nagrodę za mowę oskarżycielską przeciw Ludwikowi XVI.

A więc najpierw praktyka w wieloetnicznych Czerniowcach. Następnie Opole, ważny ośrodek polskiego wywiadu na Niemcy. Stamtąd odbywa przyszły młody dyplomata wielce pouczającą wycieczkę na parteitag w Norymberdze. Na tej brunatnej imprezie dziennikarz „Wiadomości Literackich” Antoni Sobański, wielki przyjaciel kultury niemieckiej, pozbył się wszelkiej słabości dla neopogańskiej faszystowskiej ideologii politycznej, kultu młodości w wydaniu Hitlerjugend i morderczego optymizmu co do najbliższej przyszłości Niemiec. Wystarczyła mu scena nocnego palenia książek, której najwidoczniej nie doświadczył Jan Kozielewski. Natomiast znalazł się Kozielewski, świecący przykładem praktykant na placówce w Opolu, przywódca, według niektórych życiorysowych wersji, piłsudczykowskiego Legionu Młodych we Lwowie, w składzie delegacji młodzieży polskiej na spotkanie z Hermannem Goeringiem, który uważany był w Warszawie za propolskiego polityka w najbliższym otoczeniu Hitlera. Wolno przypuszczać, że spotkanie przebiegło w sympatycznej atmosferze, po to w końcu zostało zorganizowane. Zgodnie z polityką wzajemnych, zapewne nieszczerych i oczywiście nietrwałych uśmiechów między dyplomatami sąsiednich krajów w pierwszej połowie lat trzydziestych.

Nie