Wojna chocimska - Wacław Potocki - darmowy ebook

Wojna chocimska ebook

Wacław Potocki

3,7

Opis

Epos poświęcony zwycięskiej dla polskich wojsk bitwie pod Chocimiem w 1621 roku. Oprócz opisu wiktorii nad armią turecką istotnym elementem jest krytyka współczesnego autorowi ustroju Rzeczypospolitej, przeciwstawionemu heroizmowi bohaterów utworu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 653

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
0
2
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Milka0403

Dobrze spędzony czas

książkę nawet polecam ale robota strasznie się ciężko słucha bo ciągle liczy i wymienia liczby często mnie to denerwowało ale polecam
00

Popularność




Wacław Potocki

Wojna chocimska

Wstęp

I. Dzieje wojny chocimskiej

Polskę uważali Turcy od czasów Batorowych za hołdownika[1], ale bardzo niesfornego. Bo i haracz-upominki nadchodziły do Stambułu niestale; i rościła ta Polska jakieś do hospodarstw[2], mianowicie do mołdawskiego, prawa, zsadzając lub wysadzając, z wiedzą bojarów[3] lub bez niej, hospodarów, wprowadzając tam np. samowolnie Mohiłów[4], którzy nie mogli sobie rościć najmniejszego tytułu (oprócz poparcia polskiego) do tej godności. Co jednak najgorsza, jej Kozacy plądrowali bezkarnie brzegi morza tureckiego, zapędzali się do Małej Azji i w przedmieścia stambulskie. Prędzej czy później musiało więc przyjść do rozprawy orężnej, do poskromienia przemocą hardego hołdownika-buntownika. Przeszkadzało temu widoczne rozprzężenie potęgi wyłącznie wojskowej, jaką była Turcja, i szereg najniedołężniejszych sułtanów – opojów, żarłoków, idiotów. Skoro miejsce ich zajął dzielny, ambitny młokos, Osman[5], wojna stała się nieuniknioną, gdyż klęska cecorska[6] uprzątnęła, wedle przekonania Turków, najlepsze siły polskie. Więc zaciął się Osman w uporze, aby samemu wyruszyć na wyprawę, która miała go postawić w rzędzie dawnych zdobywców, mianowicie obok Solimana II: jak ten Węgry, tak on miał wcielić Polskę do swego państwa; nakazał więc jak największe wysiłki i zebrawszy wojsko, wyruszył na czele jego 21 maja 1621 r. ze Stambułu. Wojsko było olbrzymie, dochodziło do liczby 300.000, ale tylko połowa jego była zdatna do boju, a wyborowe siły były wcale[7] szczupłe, janczarów[8] np. było tylko około 12.000; co najważniejsze, nie było żadnego wodza; młodziutki sułtan władał znakomicie bronią, był odważny (sam prowadził jeden szturm), nienawidził chrześcijan, ale nie miał doświadczenia żadnego, a obok niego nie było nikogo. Akcji tureckiej brakowało zupełnie celowości; tłumy sobie przeszkadzały nawzajem, a dowódcy z zazdrości paraliżowali siły. Mimo to, szczególniej z powodu katastrofy cecorskiej, obruszyło się na Polskę nadzwyczajne niebezpieczeństwo; groza imienia tureckiego była jeszcze niezachwiana i zarozumiały młodzik tuszył[9] sobie, że samą tą grozą porazi hołdownika.

W Polsce brakło wszystkiego, gotowości wojennej (np. artylerii), pieniędzy, fortec; starano się poruszyć sąsiadów na pomoc, bez skutku; zaciągać wojsko w kraju i zagranicą; powołać pospolite ruszenie; zasoby powiększyć licznymi poborami. Czego nie dostawało, zastąpił hart wodza i męstwo wojska, którego zebrano około 34.000, a do nich przybyło około 30.000 Kozaków. Wojsku koronnemu brakło jednak hetmanów: wielki poległ, Żółkiewski; polny, Koniecpolski, był w niewoli – więc poszło wojsko koronne pod dowództwo hetmana litewskiego, Karola Chodkiewicza[10]; polny, Krzysztof Radziwiłł[11], miał pilnować Inflant. Chodkiewicz, żołnierz wytrawny, który z najlepszej szkoły wyszedłszy, własnego geniuszu niepospolite złożył nieraz świadectwa, przedwcześnie z powodu niesposobnego zdrowia zestarzały, hartem woli i poczuciem obowiązku i honoru, syn wierny kraju i Kościoła, celował nad współczesnymi. Dodany mu do boku podczaszy koronny, Stanisław Lubomirski (późniejszy wojewoda krakowski, ojciec buntownika Jerzego) daleko poza nim kroczył i wiekiem, i zdolnościami, mimo wszelkiej własnej krewkości i dzielności; używał tytułu hetmana polnego. Z ramienia sejmu występowali przy nich komisarze, biorąc udział we wszystkich znaczniejszych sprawach; był między nimi Jakub Sobieski[12] (ojciec króla Jana), przyszły dziejopis tej wojny. Kozakami dowodził niesforny Borodawka[13], którego miejsce zajął wnet Jan Konaszewicz Sahajdaczny[14], najdzielniejszy obrońca wszelkich dodatnich tradycji kozackich, na którego odwadze, doświadczeniu, wierności polegał dwór i hetman, a któremu ufali Kozacy najbardziej.

Wojna zataczała szerokie kręgi; pragnęli do niej wciągnąć Turcy również Moskwę, ale ta lizała się z ran i wymówiła się grzecznie. Oba hospodarstwa, mołdawskie i wołoskie (multańskie), zasilały wojskiem i prowiantem obóz turecki; wojewoda siedmiogrodzki, Betlen Gabor[15], z swej strony podjudzał stale Turków do wojny polskiej, chcąc w ten sposób odciągnąć wszelkie posiłki, jakie by Zygmunt wysyłał cesarzowi Ferdynandowi[16], bo z nim Betlen wojował. Udawał mimo to przyjaźń dla Polski, ale poprzedni hospodar mołdawski, Grek Gracjan[17], przejął jego listy do Turków i przesłał do Warszawy; z Warszawy odesłano je Betlenowi, aby mu wytknąć zdradę; on natychmiast oskarżył Gracjana przed Portą i Porta nakazała Gracjanowi stawić się w Stambule; ten, zamiast jako manzul (odwołany z urzędu) szyję oddać pod stryczek, spróbował szczęścia w jawnym buncie, wciągnął Żółkiewskiego, ale zapłacił to własną śmiercią jeszcze przed katastrofą cecorską. Nowy hospodar, Grek Aleksander, za nie dosyć walną sprężystość w wykonywaniu tureckich wymagań został również niebawem złożony z urzędu, a miejsce jego zajął wróg Polaków, Tomsza[18]; hospodar wołoski, Raduł[19], odegrał rolę pośrednika w późniejszych rokowaniach pokojowych. Powoli przeprawiało się wojsko tureckie przez Bałkany i Dunaj; dopiero 2 września stanęło na górach naprzeciw Chocima. Wojsko polskie gromadziło się równie opieszale; o planie pierwotnym, spotkania Turków nad Dunajem, niebawem nie było mowy, i dopiero około 20 sierpnia przeprawiło się całe przez Dniestr na ziemię mołdawską, pod Chocim, walcząc z góry z niedostatkiem żywności i amunicji. Mołdawię po Jassy [20]wyniszczono, ale Tatarzy poprzecinali rychło połączenia z krajem i pustoszyli okropnie prowincje ruskie; pospolite ruszenie nie ukazywało się wcale. 1. września przeprawił się i królewicz Władysław przez Dniestr pod Chocim i przybyli Kozacy, ledwie opędziwszy się Turkom i Tatarom (mirzy[21] Kantymira[22] i samego chana).

Samego przebiegu czterotygodniowych walk nie zamierzamy przedstawiać[23]. Dzielnie odpierano wszystkie ataki tureckie i przekonano Osmana, że o łatwym zwycięstwie, jakie sobie sam a pochlebcy jemu obiecywali, nie było i mowy, a niewczasy jesienne, słota i zimno morderczo doskwierały jego siłom. W ciągu tych tygodni zaszły walne zmiany: sterany, nie tak wiekiem, jak chorobą, Chodkiewicz umarł, ale duch jego przejmował i dalej dowódców i mimo coraz dokuczliwszych braków nie myślał nikt o ustąpieniu; liczono przecież na króla, który nareszcie w połowie października do Lwowa zjechał, i na pospolite ruszenie, które się z przerażającą powolnością przecież skupiać poczynało. U Turków zajął miejsce równie namiętnego, jak nieudolnego wezyra[24] Husseina[25], nowy wezyr, Dilawer[26], gotowy do traktatów pokojowych przy byle jakim zachowaniu pozorów, to jest nieprzyznaniu się do jawnej klęski. Do takich traktatów była gotowość i po stronie polskiej, wobec wyczerpania zasobów, mianowicie prochów, wobec chorób srożących się w obozie (i królewicz przeleżał całą kampanię na febrę), wobec rozpaczliwej powolności króla i szlachty. Pośredniczył ajent[27] wojewody wołoskiego, Wewelli; wymieniano listy, w końcu wyruszyło poselstwo polskie do obozu tureckiego i po krótkich rozprawach, gdy posłowie niczym się ustraszyć ani nakłonić nie dali, zawarto zawieszenie broni i zgodzono się na wstępne traktaty, które później osobne uroczyste poselstwo (księcia Zbaraskiego w r. 1622) na stałe przemienić miało. Traktaty stanu rzeczy nie zmieniały; co w nich o Kozakach i Tatarach wypisano, nie miało znaczenia. Osman zadowolił się tym, że twierdzę mołdawską, Chocim, Polacy Mołdawianom oddali i sułtanowi wyłączne prawo mianowania hospodarów przyznali; z tego tytułu wyprawił też w grudniu świetny, tryumfalny wjazd do Stambułu. Nierównie większy był tryumf Zygmunta, bo po raz pierwszy, przeciw wszelkim tradycjom tureckim, zawierał sułtan pokój na własnej ziemi. Przebieg kampanii dowiódł Osmanowi niesposobności armii własnej, szczególniej jej jądra, piechoty, janczarów; więc za dzielną poradą mądrego Dilawera zabrał się do wytworzenia nowej armii i zniesienia. niewygodnych pretorianów, ale ci przewąchali jego zamiary, i Dilawer i Osman przypłacili życiem, co dopiero w 200 lat później dało się przeprowadzić.

Zygmunt sarkał na traktaty, że nie czekano z niemi jego przybycia, ale sam tu zawinił najwięcej. Polska przypłaciła zwycięstwo chocimskie utratą Inflant, których ogołocony ze wszystkiego Radziwiłł przeciw Gustawowi Adolfowi obronić nie mógł. Pospolite ruszenie zawiodło zupełnie; po wojnie kokoszej z r. 1537 nastąpiła gęsia z r. 1621; opowiadała o niej spółczesna satyra (Niepospolite ruszenie abo gęsia wojna, 1621); potykało się ono, ale podle[28] płota, a ruszało, ale gęsi, gumna i skrzynie. Sami żołnierze chocimscy gorzkiego doznali zawodu; wynędzniałych, chorych, głód, mrozy, do reszty dobiły. Ale sława zwycięstwa chocimskiego, gdyż Turcy mimo olbrzymich przygotowań po raz pierwszy z niczym odeszli, rozeszła się po całym chrześcijaństwie i opromieniła wojsko, wodzów i królewicza, a napełniła dumą słuszną obrońców chrześcijaństwa. W pół wieku później miał Chocim nowym, walniejszym zasłynąć zwycięstwem.

II. Wojna chocimska w poezji

Poezja współczesna uwieczniła natychmiast zwycięstwo oręża polskiego; nastąpiły szybko po sobie Jana Bojanowskiego Naumachia[29] (!!) chocimska, 1622; Marcina Paszkowskiego Chorągiew sauromacka w Wołoszech, 1621 („dwu autorów przydłuższe zabawy tej marsowej sprawy wciąż przeczytawszy” napisał je autor); Bartłomieja Zimorowica Pamiątka wojny tureckiej, 1623, i i. Ale to były gazety wierszowane, nie dzieła sztuki. Pierwszy godniejszy nieco wojny pomnik poetycki wystawił dopiero Samuel Twardowski w epopei o Władysławie Czwartym (1648 r. ), „punkt drugi” (str. 51-142) sprawie chocimskiej poświęciwszy. Panegiryzmem zwichnął nieco jej opis, bo tak coraz Władysława wysuwał, jakby ten osobiście wpłynął na zwycięstwo, gdy wiemy, że wprawdzie jego obecność w obozie niejedną trudność (z Kozakami, z Litwą po śmierci Chodkiewiczowej) usunęła, jednakże zwlókł się z łóżka dopiero przy Te Deum[30] końcowym. Dalej opisał on rzecz acz bardzo treściwie, ale zupełnie po kronikarsku, nabierając farb poetyckich na wykład całkiem prozaiczny. Nierównie piękniejszy pomnik zawdzięczamy pióru Wacława Potockiego.

Wojna chocimska Ignacego Krasickiego natomiast jest epopeją filigranową (jak i pomnik wilanowski Sobieskiego) i romansową, w stylu Woltera i Tassa, a z dziejami nie liczy się nigdy, bawiąc się w niemożliwe przybory epickie, obowiązujące jeszcze od Eneidy i Włochów; gładki język, miękkie wysłowienie, banalne wymysły, od hartu ludzi i czasów odbiegły nieskończenie. Żadnego związku nie ma również kronika Wacława Potockiego z Osmanem Jana Gundulicia[31].

Wojnę pisal Potocki w r. 1670, przed upadkiem Kamieńca i haniebnymi układami buczackimi, które obowiązywały Polskę do haraczu tureckiego i do utraty Podola. Pisał ją wobec coraz groźniejszego niebezpieczeństwa od Turków, gdy się im Doroszeńko z Kozakami poddał, aby wnukom wystawić jako wzór męstwo dziadów, obudzić ich waleczność, wysławiając wielkie dzieło oswobodzenia chrześcijaństwa przez jego przedmurze, Polskę, od najpotężniejszego wroga, który wszystkie siły skupił dla jego ostatecznego zhołdowania. Dla nas jest po prostu niezrozmiałym, jak mógł poeta najbardziej patriotyczne i najaktualniejsze swe dzieło z góry do zależenia w „sepecie” (biurku) przeznaczać i ani na chwilę nie pomyśleć o jego ogłoszeniu, chociaż tego właśnie i czasy i ludzie koniecznie by wymagały, zagadkę rozwiążemy, pomnąc, że publiczność współczesna nie znosiła już wolnego słowa, że poeta nie mógł więc swobodnie rozprawiać, że krępowała go republikańska podejrzliwość, wietrząca wszędzie zamachy na stan szlachecki i jego złote przywileje, tj. na anarchię. Z obawy przed tą nieprzebłaganą cenzurą obywatelską wyrzekał się poeta wszelkiej myśli o druku, aby tern swobodniej rozprawić się z gnuśnością i nierządem współczesnym. I celu dosiągł. O Wojnie Chocimskiej nikt się nigdy niczego nie dowiedział, oprócz tych kilku ludzi, szczególniej Lipskich i Pisarskich, którzy oryginał lub odpisy poematu odczytywali. Najcelniejsze dzieło epiki siedemnastowiecznej nikomu nie było znane do r. 1839; nawet J. A. Załuski, którego wiekopomnej zasłudze winniśmy ocalenie niemal całego, olbrzymiego spadku poetyckiego po Potockim, który wiedział o wszystkim, co kiedykolwiek po polsku napisano, nic o Wojnie nigdy nie słyszał. A przecież i oprócz Załuskiego znano i ceniono w XVIII wieku Potockiego, „wielkiego poetę”. Tak nazywał go wyraźnie np. Matuszewicz w swoich Pamiętnikach (III, 25), gdy satyrę Horacego poświęcał wnuczce – nie córce! – poety, Helenie Morsztynowej, wojewodzinie inflanckiej, najzacniejszej matronie polskiej.

Usłyszał o tym poemacie świat polski po raz pierwszy dopiero w r. 1839 w „Tygodniku Petersburskim” (nr. 22 i 24) od Samuela Nowoszyckiego, posiadacza rękopisu; rękopis przeszedł na własność hr. Józefa Borkowskiego, a ogłosił go drukiem Stanisław Przyłęcki p. t. Wojna Chocimska, poemat bohaterski w X częściach przez Andrzeja Lipskiego, podwojewodzica sandomierskiego, podczaszego chełmskiego. Z rękopisu współczesnego wydał Stanisław Przyłęcki. We Lwowie 1850.

Rękopisowi Nowoszyckiego-Przyłęckiego brakło pierwszej karty, i z przedmowy, z poświęcenia dzieła J. Lipskiemu, wykombinowali Nowoszycki i Przyłęcki nazwisko mylne autora (Nowoszycki w „Athenaeum” Kraszewskiego, I 1841, wydał „ułamek” z Wirginii Potockiego, znaleziony przy owym rękopisie, niby „Hieronima Lipskiego z r. 1652”). Dopiero Karol Szajnocha w szkicu historycznym o Wacławie Potockim ustalił słusznie jego autorstwo. Po raz wtóry wydano go w „Bibljotece najcelniejszych autorów europejskich – Literatura polska” ,Warszawa 1880 (W. P., Wojna Chocimska, poemat w 10 częściach i cztery inne tegoż utwory, ze wstępem A. Tyszyńskiego o poecie). Prawdziwy tytuł poematu poznajemy z jednej z kopii rękopiśmiennych (Ossol. nr. 1348); jest on bardzo obszerny, a zaczyna się (co potwierdzają aluzje w dedykacji) od słów: Transakcya Wojny Chocimskiej itd., jak niżej na str. 1 naszego wydania

III. Treść Wojny chocimskiej

Jan Lipski, starosta czchowski, sądecki i perejasławski (1637-1683), dzielny żołnierz, zięć poety (drugą jego żoną była Zofia Potocka, r. 1669 – 1677; po jej śmierci ożenił się po raz trzeci, tym razem z Sapieżanką, wdową po Lubomirskim), otrzymał w darze od teścia ten poemat; nie dla niego go napisał, ale w nim umieszczał zaszczytne wzmianki o Lipskich i Pisarskich (pierwsza żona starosty była bowiem Pisarska z domu). Trybem nieodzownym zaczyna poeta od wiersza herbowego na jego Drużynę (odmianę Szreniawy własnej: rzeka w polu), przekabaconą na italską jakąś Druentia wedle mody ówczesnej; zepsuł wiersz nieskończonym wyliczaniem wszelakich sławnych rzek świata. Dalej szła obszerna przemowa prozą, zagajona i zakończona wierszami.

„Z wojną idę do ciebie, o mój Janie złoty”… – zaczyna ją poeta – „i niedługo rozmyślałem się, że tę pracowitem wyrobioną piórem moję lukubracyą ofiaruję W. Panu testamentem… tę sarmacką Bellonę, wieczny sławy naszego narodu pomnik, wierną odrysowaną pracą poświęcam”.

Po wycieczce, równie wówczas nieodzownej, przeciw zawiści, szczypiącej wszelakie obce dzieło, przechodzi poeta do wysławiania pisma, co jedyne nieśmiertelność ludziom poręcza; przeciwstawia dawnym, pogańskim czasom z ich bohaterami i cnotami naszą marną, acz chrześcijańską teraźniejszość, żałuje szczególniej, że właśnie Polsce brak pisarzów, którzy by świetne przodków czyny na chwałę narodową wiekopomną wystawiali, i takie wyliczając wszelakie (szczególniej Jana Zamojskiego), przechodzi do królów obcych, których zwykłym swym trybem silnie nicuje (nie oszczędzając i Batorego). Że się bez obcych śmiało obejść możemy, dowodzi właśnie Chocimska wojna – tu wplata panegiryk na króla Michała i tu już tworzy ów anagram, Jam Lech (z Michael), co powtórzy w samym poemacie. „Transakcyi (sprawy) tedy wojny chocimskiej jedno przez lat ośmdziesiąt od śmierci Stefana, jakośmy zza morza przywieźli króla, pamięci godne dzieło do rąk ludzkich podaję”,bo „domowych z Kozaki i z Tatary hałasów wspominać szkoda, za szwedzkie się wstydzić potrzeba; Węgrowie (mowa o Rakoczym) i Moskwa trochę nas ozdobią, i to, kto uważy smoleńskie trzyletnie oblężenie, jako wiele okazji dzielnych czynów zgubiło, nie masz się z czego chlubić; nie masz dla Boga, bo na koniec upadliśmy i nie tylko Smoleńsk nazad, ale Kijów, Perejasław i inszych niemało powiatów z całym nam odebrali Zadnieprzem, za to, żeśmy palili księgi owe Twardowskiego o ich ekspedycjach napisane[32]” Nasarkawszy się na pobory, co kraj zubożyły, na Jana Kazimierza i stronnictwa za interregnum[33], wysławia nowego króla, i po tym prozaicznym odstępie od rzeczy wraca do Lipskiego „z swoim prezentem”, wierszami wychwala przezacny dom Lipskich i wszystkich Srzeniawitów, dalej dziada, ojca, stryjów Lipskiego; dalej koleje jego własnego życia i dzielne spełnianie wszelkich obowiązków, i kończy życzeniami szczęścia, zaszczytów, nagrody za trudy i najdłuższego życia.

Ogromny wstęp ten przenosimy w naszym wydaniu na koniec poematu do Dodatku. Razi on nas dzisiaj niejednym: wiersze herbowe są niesmaczne; proza przedstawia cienką nitkę polską, na której nanizane olbrzymie cytacje, zdania i słowa łacińskie, trudno zrozumiałe dla dzisiejszego czytelnika: nawet w kilku przytoczeniach powyżej łacinę usuwaliśmy. Przedrukowujemy go jednakowoż, żeby nie rozrywać całości. Dawniejsi wydawcy zeszpecili haniebnie tekst prozaiczny; nie rozumieli go wcale i z mądrych a trafnych zdań, acz niemiłosiernie łaciną przytłoczonych, uczynili jakąś nieforemną masę; uwzględnienie dwóch niewyzyskanych dotąd rękopisów pozwoliło nam przywrócić dedykacji właściwe i zrozumiałe brzmienie.

Czyż poeta nie pomyślał i o innym wstępie, o innej redakcji jego? Bo sam a sobie słusznie twierdził, że nie był extemporaneus, tzn. nie zadowalał się, jak niemal wszyscy skrybenci XVII wieku, pierwszym rzutem, że pracę pociosywał stale. Posiadamy też rozmaite redakcje innych jego wierszy, np. jego Pogrom turecki pod Chocimem w r. 1673 (zwycięstwo Sobieskiego) istnieje w brzmieniu krótszym (w Wirydarzu Trembeckiego) i obszerniejszym i poprawniejszym (w rękopisie poznańskim, wydanym przez B. Erzepkiego); podwójnej redakcji uległ wstęp do Wirginii itd. Wiemy przecież, że Potocki władał i piękną prozą polską; znakomite jej próby daje rozpoczęty w r. 1669 zbiór p. t. Przypowieści i przysłowia. Nic jednak nie wiadomo dotąd o jakiejś nowej redakcji czy Wojny Chocimskiej, czy samego do niej wstępu.

Wiemy więc od samego poety, że obruszyło go, iż Polacy o sobie i własnych sławnych dziełach mało co wiedzą, a jeszcze mniej piszą, gdy np. Francuzi „szczere fabuły i bajki, ludziom próżnującym dla zabawy, romansze[34] wielkimi tomami piszą”. Wybrał oto z tej przeszłości właśnie to, co największy zaszczyt narodowi przyniosło, Chocim, i dzieła w dziesięciu „częściach” dokonał. Rozmiary tych części nierówne, najdłuższa (trzecia), liczy 1784 długich wierszy, najkrótsza (ósma) 694; podział jednak wcale odpowiedni. Zaczyna dzieło korną prośbą od Stwórcy o zmiłowanie nad chrześcijaństwem i własnym narodem, a kończy również prośbą o zachowanie pokoju i wolności, rządnej a silnej. Pierwsze dwie części – to przygrywka do Chocima; pierwsza opowiada o przyczynach zatargu, o zachłanności potęgi tureckiej, o Tatarach i Kozakach, o sprawach wołoskich, o Cecorze; druga wprowadza w przygotowania tureckie i polskie, uchwały sejmowe, wysyłanie poselstw o pomoc do krajów ościennych. Część trzecią zaczyna opisem wiosny i lata 1621 r., pochodu Lubomirskiego, przybycia Chodkiewicza i przeprawy przez Dniestr, wyczekiwania posiłków, szczególnie Kozaków i kończy ich tęsknie i trwożliwie upragnionym przybyciem. Czwarta zaczyna [się] opisem jesieni, poświęcona pierwszym wrześniowym szturmom tureckim; piąta i szósta dalsze opisują. Siódmą zajęła śmierć Karakasza, osadzenie nowego wezyra, Dilawera, i śmierć Chodkiewicza. W ósmej obok dalszych i równie bezskutecznych szturmów nawiązują się pierwsze układy, prowadzone coraz skuteczniej w dziewiątej, aż w dziesiątej pokoju dobito i wojska pole walk opuściły. Zwyczajem ówczesnym, stale np. przez Twardowskiego przestrzeganym, dopisywał Potocki na brzegach kart króciutką tylko treść każdego ustępu (»ustępem« sam nazywał tylko dygresje, tj. zboczenia od wątku głównego, i epizody); »argumenty« te w naszym wydaniu na tym samym miejscu zachowujemy.

IV. Źródła

Wyliczył je na karcie tytułowej sumiennie poeta. Uważał za swoje powołanie wierszopiskie, prozę łacińską „przysmaczać” rymami polskimi. Za głównego przewodnika obrał Jakuba Sobieskiego, wojewodzica lubelskiego, jednego z komisarzy sejmowych, dodanych wodzom do boku, który wypadki dzienne notował w „diaryuszu” (Dzienniku), a później je po łacinie opracował i wydał p. t. Commentariorum belli Chocimensis libri tres, w Gdańsku 1646 r. Potocki śledzi Sobieskiego krok za krokiem – jego wiersz bywa nieraz tylko omówieniem owej prozy – ale korzystał i z innych źródeł, np. z łacińskiej kroniki biskupa Pawła Piaseckiego (jemu zawdzięcza opis wycieczki Osmanowej pod Kamieniec i Paniowce, o czym Sobieski zupełnie milczy, jak i inne źródła współczesne), dalej z obu epopei-kronik S. Twardowskiego, z Przeważnej Legacji (1638 r. i częściej), jak i z Władysława Czwartego (1649 r. ): znał je tak dokładnie, że słowa Twardowskiego tkwiły mu w pamięci i że je powtarzał; jemu też chyba zawdzięcza używanie prócz w znaczeniu tylko. Obok tych czterech dzieł zasadniczych polegał i na podaniach rodzinnych, np. Pisarskich i Lipskich.

Natomiast zmyślał swobodniej wszelkie modlitwy i wota (śluby) Chodkiewicza i Lubomirskiego, i innych (Sobieskiego, Lipskiego, Pisarskiego), i Turków przemowy i rady, na polu bitwy i w namiocie, w dywanie i u sułtana, chociaż i do niektórych z tych mów znachodził[35] w źródłach oparcie i szczegóły. Całkiem jego własnością są opisy przyrody, pór roku, zajęć dziennych; wycieczki przeciw współczesnym, niewieściuchom, piecuchom (domatorom), sobkom; przeciw pochlebcom i obmowcom (u dworów); o znikomości ludzkich przedsięwzięć. Na koniec liczne, nieraz szeroko opowiedziane anegdoty i aluzje (napomknienia) historyczne, przeważnie z świata starożytnego; tu zapuszcza się poeta w szczegóły dzisiejszemu czytelnikowi zupełnie obce, nieraz nadto dziwaczne.

Wylicza np. z powodu Srzeniawy-rzeki wszelkie i najobskurniejsze[36] rzeki starożytne, np. „niechaj się Cybeliną Almon chełpi łaźnią” (w podrzymskim tym potoczku obmywali kapłani Cybeli jej posąg co roku), dalej Amphrysus, Lincestis itd., rzeczki w Tessalii itd., z mitologii znane; za to rzeki Arymaspus złotonośnej wcale nie było; on ją sam zmyślił, był tylko lud Arymaspów, co gryfom złoto wykradał. W przytaczaniu tych anegdot nieraz się Potocki myli, czy z własnej winy, pomieszawszy nazwy i rzeczy, czy z winy ogólnie powtarzanej bajędy. Jeden przykład: w księdze siódmej, w. 927-1018, o zgubnym pochlebców i obmowców wpływie na panujących, trzy anegdoty przytoczył, wszystkie mylne. Nie Thais wymogła na Aleksandrze, że spalił Persepolis (on pałac, nie miasto, i nie dla Taidy spalił); Kallistena, krewnego Arystotelesa, kazał Aleksander obwiesić, ale nie dlatego, że Kallistenes przeczył jego boskiemu pochodzeniu: przeciwnie, to właśnie Kallistenes tę bajkę zmyślił i szerzył i tym się szczycił – zarozumiały i niezręczny historiograf Aleksandra potknął się na czymś zupełnie innym. Arystypa wreszcie nie kazał ściąć Dionizjusz po obiedzie: dowcipnemu dworakowi, mistrzowi sztuki życia i odpowiedniej filozofii (hedonizmu, używania mądrego, filozofii cyrenajskiej, co Potocki z cyniczną pomieszał), wybaczał Dionizjusz chętnie i najdrażliwsze dowcipy; – umarł też Arystyp najprozaiczniej, zachorowawszy podczas powrotu do ojczyzny.

Za takimi to anegdotami upędzał się formalnie poeta i czyhał na sposobności albo sam je stwarzał, aby takie pouczające powiastki wtrącać. Zmyśla np., że nowy wezyr z nauczycielem Osmanowym opowiadają sobie stare dzieje, niby „dni pożycia swego” (musieliby dwieście lat żyć, gdyby to pamiętali), aby tylko wsadzić bajeczkę o „Tamburlanie”,obwożącym zwyciężonego Bajazeta w żelaznej klatce, o którą głowę sobie Bajazet rozbił, gdy żonę i córki na usługach nagie obaczył: „stąd prawo, co ich (Turków) carom broni ożenienia”; – wszystko najmylniej: bajkę o klatce itd. wymyślili Grecy; w istocie Tamerlan Bajazetowi wszelkie wyrządzał zaszczyty, acz go, szczególniej po nieudałej ucieczce podkopami ziemnymi, pilnie strzegł; owego zaś prawa nigdy nie było; zwyczaj bronił sułtanom tylko żenienia się z turkiniami (córkami wezyrów itp.); przeciw temu zwyczajowi właśnie Osman postępował.

Potocki znał na wylot całe Pismo św. i autorów klasycznych (łacińskich; po grecku wcale nie umiał), Liwiusza, Tacyta, Justyna, a z poetów, obok Eneidy i Georgik Wergiliuszowych, osobliwiej Przemiany i „Kalendarz” (Fasti) Owidiuszowe; czytając to, notatki robił i z nich później obficie korzystał; stąd to nagromadzenie wszelakich nazwisk mitologicznych i innych. Czytał równie uważnie historyków nowszych, Thuana i in., ale brakło mu tablic synchronistycznych, porównawczych, więc mylił się co do współczesności wypadków i osób fatalnie; np. Tamerlan (1400) i nasz Bolesław Wstydliwy (Pudyk, 1250) są mu współcześni, pomieszał więc napad Mongołów z XIII w. z późniejszym o półtora wieku. Albo taką popełnia myłkę: Sobieski powoływa u niego w r. 1621 bitwę pod Groningen, którą Szwedzi przegrali – po raz pierwszy powinęła się im wtedy noga w Niemczech – w r. 1634 dopiero, chociaż właśnie różnowiercy polscy dzieje wojny trzydziestoletniej a szczególniej Gustawa Adolfa bardzo pilnie śledzili (i Potocki przerobił wiersz Przypkowskiego na Gustawa Adolfa z łaciny na polskie i do straconego Kamieńca odniósł r. 1672). Dla konceptu z królem Michałem, mniemanym przyszłym oswobodzicielem Europy od Turków, naciąga Michała VIII Paleologa, jakoby po jego trupie Turcy do Europy wkroczyli; tymczasem Michał ów założył tylko ostatnią carogrodzką dynastię Paleologów (po zniesieniu cesarstwa łacińskiego), a Turcy dopiero w następnym wieku w Europie się usadowili na stałe. Więc z historycznością tych przykładów bywa nieraz bardzo krucho, jak i z pisownią nazwisk, dla rymu przekręcanych (np. Selin zamiast Selim, mylnie oprócz tego przezwany zięciem zamiast wnękiem – wnukiem Mahometa II; był on zięciem chana tatarskiego, ale synem Bajazeta II, którego z tronu złożył). Najzabawniej wypadł katalog narodów wschodnich, jakie niby Osman pod swoje buńczuki pozaciągał (ks. IV, w. 150 – 190); jest to straszna gmatwanina nazw mitologicznych, klasycznych i nowych wschodnich, gdzie tylko rym i ilość zgłosek rozstrzygały; dostały się do tego katalogu i narody celtyckie, np. Cadurci, z trackimi Bisalty; Cyrci, to Liwiuszowy ludek rozbójniczy w Persji, Cyrtii lub Cyrtaei; Chiny i Indie tu zastąpione wbrew wszelkiej historii; zaczyna zaś od obu słupów Herkulesowych, Kalpe i Abila (dzisiejszy Gibraltar i t. d. ). Wobec tej powodzi klasycznej ustępuje zupełnie świat biblijny, chociaż i on z Karmelem i in. poprzytaczany; Nabuchodonozor, Sisara, Antioch, Senacherib itd. przewijają się równo z Sesostrisem, Macedończykiem, Emiliuszami. Cokolwiek bądź, widoczne jest znaczne oczytanie poety, obfitość jego źródeł.

V. Plan, styl i język

Wojna Chocimska nie jest poematem; pozostaje kroniką wierszowaną; nie gardził jednak poeta wypróbowanymi środkami epickimi. Nie wprowadza nas wprawdzie in medias res, jak to powinien epik prawdziwy; zamiast zacząć od 2 września lub później nieco, poświęca pierwsze dwie księgi przesłankom wojny, chociaż to wszystko dałoby się wygodnie i później streścić. Ale jest inwokacja epicka, wezwanie Boga; są dalej próby kreślenia przyrody, niezłe opisy zmian pór rocznych i dziennych, dowodzące bystrego oka myśliwego i rolnika, co się zżył z przyrodą; mianowicie wschód dnia coraz inaczej, a zawsze ładnie opisany. Co jednak nierównie ważniejsze: poeta charakteryzuje ludzi, chociaż wyłącznie tylko przez ich mowy. Polacy, Kozacy, Turcy mówią językiem Potockiego, ale jednolity język nasiąka odmiennymi tonami wedle osoby mówiącej. Inaczej mówi gorączka Lubomirskiego; inaczej przezorność Sobieskiego, co nigdy wszystkiego na jedną kartę nie stawi; inaczej głęboka powaga Chodkiewicza, animusz rycerski młodego Lipskiego, natchnienie krzyżowca, starego Pisarskiego, dojrzałość rady Muftiego, zapalczywość niesforna chłopczyka Osmana; – tylko Kozaka nie utrafił Potocki: przemawia on do Osmana nie z chłopska-kozacka, lecz jak rycerz, i słusznie mu Osman zarzuca: „czy nie uczył ty u giaurów[37] szkoły?” Z tym jednym wyjątkiem należy te pierwsze próby odmiany charakterystycznej wedle wieku, stanu, temperamentu uznać za bardzo udałe, chociaż Turcy nie używają własnego wschodniego stylu (którego Potocki wcale nie znał), polskim jedynie się posługują.

Starał się dalej Potocki zachować obiektywność epika, oddać i nieprzyjacielowi, na co zasłużył, i wyraźnie ten swój zamiar zapowiedział (ks. I. w. 429-433), chociaż niezupełnie dotrzymał; mianowicie w scenach z Osmanem obniżał się do zbyt płaskich i grubych rysów. Od kroniki suchej odbiegał wylewami gorącego uczucia; jego sarkania na nierząd dawny, na zbytki nowe, na niewojenność szlachty, jego docinki rodowi szwedzkiemu, jego panegiryki Michałowi (całkiem niezasłużone, jak to niebawem sam się przekonał), to wszystko ożywia skutecznie, przerywa jednostajne opowiadanie. Umie je i inaczej urozmaicić: opisami osób głównych, acz tylko ich zbroi i rumaków (o rysach twarzy itd. nie ma jeszcze mowy, jakby szlachta przedstawiała się masą zbiorową bez rysów indywidualnych); dalej ich mowami; opisami przyrody (głównie tylko atmosfery, oświetlenia); anegdotami historycznymi, wspomnieniami (najpiękniejsze w przemowie do Lipskiego str. 390, gdzie wylicza „domy szlacheckie” Śrzeniawitów od Podgórza do Śląska). Nawet opisy szturmów i bitew nie powtarzają się jednostajnie, jest pewne ich stopniowanie; tu jednak Potocki poniekąd zawodzi. Żaden bowiem batalista XVII w., ani Piotr Kochanowski, ani Samuel Twardowski, ani Wacław Potocki, osobiście nie walczyli nigdy, więc te ich opisy trącą raczej literaturą, schematem, niż prawdą-przeżyciem.

O kompozycji nie ma mowy; zastąpił ją układ chronologiczny, dzień za dniem – acz nie każdy wymieniony, uwaga na głównych skupiona; więc i o jakimś zawikłaniu akcji, intrygi, nie myślimy; jedność stworzyły wypadki same; główny ich bohater zstępuje przedwcześnie do grobu. Styl natomiast epicki, podniosły, uroczysty, godny przedmiotu; miejscami tylko rubaszność autorska i niewyrobiony smak oszpeciły zbyt płaskimi konceptami tok zresztą znakomity. Nie brak ulubionych kalamburów, gry słownej: więc Warna, klęską pamiętna, woła wara na Polaków; są anagramy, Michael – Jam Lech; są liczne aluzje herbowe. Mowy w stylu Liwiuszowym. Epika wyróżnia malowniczość stylu, osiągana głównie przymiotnikami, bez których rzadki rzeczownik; są obszerne porównania, znakomite przenośnie, głównie z życia i wrażeń myśliwego, rolnika, gospodarza. Nie dba jednakowoż o stale epitety; chyba Osman coraz „durny” (szalony, zarozumiały); powtarzają się porównania i opisy głównie dnia wschodzącego; dla dobitności powtarza nieraz anafora słowa lub całe części zdania.

Największą poematu ozdobą jest jego język. Przestarzałych form, słów, zwrotów w nim mało. Z form należy wymienić drugie i czwarte przypadki liczby pojedynczej żeńskiej: prace, baszę, pracą, płacą, zamiast pracy, baszy, pracę, płacę; drugie przypadki liczby mnogiej męskiej Tatar, suchar, janczar zamiast Tatarów itd.; bardzo liczne 6 przypadki na -y, zamiast -ami; przed wojski, pióry (piórami), z pułki, pęty itd.; 7 przypadki na -iech: w hetmaniech, raziech (razach); używa jeszcze liczby podwójnej: obie stronie (strony), siestrze, córce, strzelę (strzały). I to niemal wszystko już; Azyej zamiast Azji, o płacej itp. do wyjątków należą, jak i imiesłów bojący, bojąc (bez się, które Potocki często opuszcza, jak i końcówkę -je, np. sroże zamiast srożeje). Ociec (ojciec), wszytkie (wszystkie), barzo (ale bardziej), aże (aż), wżdy (przecież), to najpospolitsze okazy dawnego języka. Imiesłowu używa całkiem swobodnie, jak Francuzi, jak Pasek, najbardziej zaś St. Leszczyński i Litwa, np. który rano z Hussejnem, podskarbi trzecie miejsce wziąwszy, zaprasza itd.

Form i słów narzeczowych używa dla rymów, nieraz wcale sztucznych, nieraz dosyć pospolitych (powtarzanie np. czasownika złożonego i niełożonego: ukaże i każe rymują), więc kościół, gościoł (zamiast gościł wedle wymowy ludowej pewnych okolic); dla cynadry powie ladry, zamiast leiry (Leiter, drabina); zmieni dowolnie pisownię, aby rym dla oka pełny wypadł; w niniejszym wydaniu przywracamy formy poprawne tam, gdzie nas przekręcenia zbyt rażą, bez względu na rym; usuwamy więc takie formy jak gościoł, rościoł, dosić, na czesie (zam. na czasie), lepi, bardzi, gęści itp. (zam. lepiej, bardziej, gęściej), umyśnie, loźny, pioron, z grontu, sierci (dla rymu, gdzie indziej czytamy poprawnie: umyślnie, luźnym, piorun, grunt, sierść), ony, ty, obfity itp. (zam. onej, tej, obfitej), wreszcie gwarowe e przed ł, r (w słowach jak: siła, miły, omyłki, uprzedził, nawiedził, zostawił, Kazimirski, Birże, itp. ).

Potocki mistrz nad językiem nieporównany, bo owładnął jego bogactwem i z nadzwyczajną lekkością i zręcznością każdą przezwycięża trudność. Jak blady język Kochanowskiego wobec jędrności, barwności, wypukłości, niesłychanej obfitości, która język Potockiego nawet nad Twardowskiego wyniosła! Myśliwy, gospodarz, rolnik, szafuje skarbem domorosłym, najrzadszych użyje wyrazów dla pełnego wydania obrazu, myśli, porównania. Lecz słowniczek, dodawany do wydań dawniejszych, zawodzi; nie objaśnia wcale, czego dzisiejszy czytelnik już nie zrozumie. Np.: (wojsko) idzie na maciory; domyślamy się ze związku, że „wraca na leże”, ale to przenośnia od pszczół (pczołami je jeszcze Potocki zowie) i ula; maciora to ich matka, królowa. Albo: fortuna daje coś komu na wymiot; nazwa to stała małego daru, jaki ubogi wymiata (wyrzuca), aby wielki ułowić: i fortuna drobnostką usidli człowieka, aby go tym silniej porazić. W ks. I, w. 220: Prócz że tamecznych krajów ludzie są tworzydła znaczy: Oprócz tego, że (tak stale Potocki samo prócz że używa), są (Polacy) ludźmi tworzydła tamtejszych krajów (tworzywa, osnowy); – w słowniczku znajdzie czytelnik tylko: tworzydło, worek, w którym sery wyciskają! Gdzie znaczy u Potockiego, jak i u Kochanowskiego i in., także i gdy, ale o tym wydawcy nie wiedzą, itd.

Otóż na stronę językową zwrócono w niniejszym wydaniu baczną uwagę; objaśniano słowa, które na pozór objaśnienia nie wymagają, lecz w istocie dziś są niezrozumiałe, np. takie ustawnie sprawować – słowniczki milczą, że to znaczy: ustawicznie się usprawiedliwiać. Dla wygody czytelnika objaśnia się stale każde słowo w przypisku, nie w słowniczku; ile więc razy powtarza się imo, kobuz itd, tyle razy objaśnia się je u dołu, nie odsyła czytelnika do poprzedniego objaśnienia. Dotyczy to szczególnie słów obcych, tureckich i łacińskich, których aż nadto w poemacie, więc za każdym razem objaśnia się emiry (rozkazy), propozyt (zamiar) itd.

Co do słów obcych, używa poeta wiele tureckich (ale przeważnie tylko pospolitych), za przykładem Twardowskiego, dla oddania kolorytu wschodniego. Używa, jako Podgórzanin i właściciel wsi ruskich, słów i form ruskich (dla wiersza), np. sorom i i.; czeskie rzadkie, najczęstsze hustem, gęsto (pisze je mylnie i przez ch, chustem, bo jako Polak h i ch nie odróżnia). Francuskich nie ma jeszcze, prócz randewu i szarża (stopień wojskowy); więcej niemieckich, czasem dla żartu, czasem dla rymu, np. binder, pluder, kranki, szwanki, wincze, glance, cugi im. Nierównie więcej włoskich: dziardyn (ogród), foza (moda), galantomo (elegant), speza (wydatek), bando (ogłoszenie), spasso (zabawa), tyr (tiro, przytyk), awizy, splendeca i kontenteca, rewolta, seguito (orszak) itp.

Najwięcej łacińskich, szczególnie dla wszelkich pojęć umysłowych, dalej dla wyrazów prawnych – ale obfitego szeregu kauz, kwerel, obligów, errorów, komputów, wotów, pakt (2 przyp. liczby mnogiej!), lig, laudów, sensów, magistrów itd. itd. nie myślimy wyliczać. Gorzej, że autor nie pogardza łaciną i dla wyrazów konkretnych, że powie rugi zamiast zmarszczków, stywa zamiast kozicy, spuma zamiast piany (pomijam sag, kons, fluks, fast i i., objaśniane niżej). Co jednak najgorzej, dał się autor uwieść łacinie szkolnej i co do składni, i co do szyku słów, łacińskiego, wolnego, nie polskiego, naturalnego. Ten łaciński szyk słów sprawia największe trudności dzisiejszemu czytelnikowi, który winien sobie nieraz policzbować właściwe następstwo słów, np. (z Pogromu Tureckiego):

Tysiąc sześćset siedmdziesiąt i trzeciemu roku

Z niewinnym przez Heroda okrutnego końce

Zabiciem izraelskich niesie niemowlątek,

czytaj: 1673 roku niesie (nowy rok) końce z niewinnym (!) zabiciem izraelskich niemowlątek przez itd. I tak bywa często, to wymaga największej od czytelnika uwagi. Dalej używanie wedle łaciny zaimków względnych na początku zdań głównych, zamiast wskazujących, który, których, co itd. zamiast ten, tych, to itd. (wedle łacińskiego qui, quod itd.). Dalej częsta składnia co do myśli, zamiast formy, np. pogaństwo… prowadzą, zamiast prowadzi (łacińska konstrukcja ad sensum); wreszcie biernik z bezokolicznikiem, np. mniemając swoje być przed sobą Kozaki itp., ale to raczej wyjątkowe. Zresztą, prócz tych skaz drobnych, język mistrza wydaje, który sobie, swej władzy pewien, najswobodniej poczyna, nawet Sudermana dla rymu na man Suder przekabaci, czasowniki opuszcza, np. co żywo się do robót (dodaj: bierze). Zarzucimy mu znowu, że nieszczęsnego który zbyt często używa, że nie dba o urozmaicenie, takie zwłaszcza i i. nadto powtarza. Z innych właściwości wymieniamy jeszcze, że stale używa wedle trybu współczesnego Zaporowski, ostrowski zamiast zaporoski (od Zaporoża), ostroski (od Ostrogu), zaciemiać, nie zaciemniać (do zaćmić); że nie kreskuje o, cośmy tu wprowadzili.

Piętą Achillesową i rękopisu i wydań dotychczasowych jest przecinkowanie. Potocki tylko o kropki dbał; jego dwukropek i średnik i i. nieraz tylko przestanek, cezurę wiersza oznacza; szafuje nadto hojnie znakiem zapytania. Wydawcy tekstu wcale nie rozumieli dokładniej i ich przecinkowanie stale myśli przeczy, – więc zupełnie je zarzuciłem i własne przeprowadziłem, wedle istotnej myśli, aby jej zrozumienie czytelnikowi umożliwić. Przy obfitości pomysłów i porównań, np. z pisma Starego Zakonu (por. modlitwę Lubomirskiego, ks. VIII, w. 57-70, porównanie z budową Świątyni, o którym panu podczaszemu się ani śniło), szafował Potocki co raz nawiasami, ale sam kładł je wyjątkowo na piśmie – w tym wydaniu stale je wyrażano. Potocki sam przerywa podobne wtręty, jeśli obszerniejsze, najprozaiczniejszymi zwrotami, np. więc do rzeczy, krótce rzekszy, ale wracam do miejsca (III, 1291), dokąd mnie pióro uniosło itp.

Obfitość przysłów i zwrotów przysłowiowych nawet Rejową przewyższa. Są takie, których ani Rysiński nic zapisał; inne znakomicie jego zbiór przysłów potwierdzają; niejeden zwrot stale się powtarza, np. zadąć sowę (zasępić się), odtoczyć od czopa (oddać za swoje), upijać się na co (przedwcześnie liczyć na coś), na szydłach siedzieć (o sytuacji drażliwej nadto), wpaść w ptaki (popłochu narobić, pomieszać szyki) itp.; nawet z klasycznego świata się odnajdą zwroty, np. Ulisses na Frygi (frant na głupich) itp. Nie wystrzega się Potocki powtarzania obojętnych słów (co ostateczna redakcja utworu usuwać by winna) w zbyt krótkich odstępach. Niejedno słowo powtarza w rozmaitym znaczeniu, np. rum (wykrzyknik: dalej, w drogę; rumowisko, gruzy; wolna droga, przestwór, przejście); rugi (zmarszczki, z łac. ruga; z niem. rugi sądowe; w końcu i gwar, szum) itp.

Budowa wiersza, ulubionego trzynastozgłoskowca rymowanego dwójkami, prawidłowa; myśl urywa się z wierszem, lecz, częściej niż u spółczesnych, przenosi się i do następnego; średniówka zawsze z końcem słowa przypada; dwugłoski eu, au słów obcych liczy poeta, wedle wiersza, bądź za jedne, bądź za dwie zgłoski: feud, kausa, Europa itp. są więc i dwu-, trzy- i czterozgłoskowe. Rym, znacznie obfitszy, pełniejszy, niż np. u Kochanowskiego (jego rymów gramatycznych, na końcówki -ować, -emu itp. nie ma już wcale), winien dla oka jawnie wystąpić, nie tylko dla słuchu, i z tego powodu poeta nieraz sam kawi (dziwy stroi), co innym wyrzucał; w niniejszym wydaniu przywrócono nieraz formę prawidłową z uszczerbkiem dla rymu; zresztą zatrzymano dawny język, ale kreskuje się ó (poeta zna tylko o), i pisze się i, y, gdzie wypada, zamiast ie, e przed m, nimi, nie niemi; którymi, nie któremi. Język i wiersz nie odbiegają więc znaczniej od współczesnych znakomitszych pisarzy, Twardowskiego czy Kochowskiego; na uznanie szczególne zasługuje, że złożonych przymiotników Potocki niemal wcale nie używa, jest tylko orzeł białopióry i gdy o słońcu mowa, złotobiodre, ogniogrzywe (jego konie), złotolite itp.

VI. Znaczenie poematu

Dla Potockiego – najbardziej to słoneczny utwór muzy jego, niesłychanie obfitej; tylko sielanka Libusza, spółcześnie napisana, jeszcze większą tchnie swobodą, a nawet swywolą. Powstał bowiem poemat w najszczęśliwszej chwili życia: żaden cios nie ugodził jeszcze w błogie zacisze domowe, nic nie zamąciło ani nawet nie zagrażało szczęściu rodzinnemu, a myśl upragniona, ulubiona, że na koniec przestały „kwoki szwedzkie wodzić polskie kaczęta”: że Piast osiadł na tronie, a z nim wrócą Jagiełłowe czasy, opromieniała całe dzieło i chwile jego tworzenia. Optymizm poety jeszcze niewzruszony.

Dla nas – najbardziej to jednolity, najdoskonalszy więc utwór poety. Nazwaliśmy go kroniką, ale wystarczy rzut oka na kronikę Twardowskiego, aby ocenić wyższość Potockiego. Twardowski wciągał sumiennie każdy szczegół, niczym nie wiążący się ani z Władysławem, ani z Chocimem, a więc: pogrzeby cecorskich ofiar, zamach Piekarskiego, wesele Chodkiewicza itd.; Potocki wybierał, chociaż miał Twardowskiego przed oczyma, odrzucał wszystko zbędne. Twardowski nie ustrzegł się brzydkiego panegiryzmu wobec króla Władysława: ten, choć całą kampanię w łóżku przeleżał, jest niemal wszędzie obecny i czynny; Potocki prawdę ciął, a już najbardziej znienawidzonym Szwedom; nie przemilczał o dezercjach szlachty, o rzezi niewinnych Wołochów (i sarkał na zbyt łagodne jej ukaranie), o łupieskich zapędach Kozaków i ciurów. Twardowski pisze sucho, mimo grubo nałożonej szminki literackiej (począwszy od wzywania Muzy, gdy Potocki od Boga zaczyna, i od porównań i zwrotów szkolnych). Wykład Potockiego, przeciwnie, nabrzmiał uczuciami kornej wdzięczności i ufności w łaskę i opatrzność boską; dumy szlachetnej, radości nadmiernej, że należy do narodu, co takiego dzieła dokonał; zespolili się w nim gorący miłośnik ojczyzny i katolik szczery. Boć to nie tylko najbardziej patriotyczne, ale i najbardziej katolickie dzieło Potockiego[38]. Nie tylko uznaje na każdym kroku palec Boży, ale i przed świętymi (św. Wacławem) się korzy i przed Matką Boską i aniołami; co do św. Michała, zniża się nawet do płaskiego konceptu, godnego najlichszego ascetycznego pisarka (św. Michał zachował tryumf nad Turkiem dla swego „drużby”, tj. współimiennika, króla Michała!). Przeciwko duchowieństwu raz tylko zdobył się na uwagę uszczypliwa, na tyr, o jego nieofiarności dla ojczyzny, gdy inne jego dzieła w nierównie dotkliwsze tyry stale obfitują.

Wzniósł się Potocki w tym dziele najwyżej; w trzy lata później opisał drugi pogrom chocimski (1673 r.), ale jakże obniżył lot z r. 1671. Szpecą go teraz płaskie koncepty; szydzi z tych Turków, co się w 1673 r. nierównie lepiej bili niż w r. 1621; z ich Huseina robi Gąsiora (wedle ruskiej husi), a z Kaplanbaszy Kapłona, i rozwodzi się szeroko nad nieprzyzwoitą „gadką” Kochanowskiego o „dziale” przyrodzonym! W roku 1621 miał przecież również Husseina przed oczyma, ale o gąsiorze itp. ani pomyślał. Pogrom 1673 r. – to zwykła gazeta („nadzwyczajny dodatek”), wierszowana; Wojna, to dzieło sztuki i natchnienia patriotycznego.

To nim owładło – więc, że sam Polak, zazdrości poniekąd Litwie, iż Chodkiewicza wydała, i kosztem Chodkiewicza podwyższa nieco Lubomirskiego, tegoż monomachię nawet wykomponował; między Kozakami sławi Sahajdacznego głównie dla wierności niewzruszonej; wprowadzając jego osobę, poświęca jej więcej wierszów niż wodzom polskim; obok Lipskich i Pisarskich sławi Arciszewskich, eksarian arianów, i różnowierców Anglików (dla Jakuba króla i dla ich floty, zwycięskiej nad hiszpańską) chlubnie wysławia. Zygmunta wyszydza coraz dotkliwiej: na początku prawi jeszcze o nim jako o wielkim, bo o królu polskim, ale czym dalej, tym sroższe docinki; przedrwiwa też wóz panegiryków, naładowany dla Władysława za granicą. Natchnienie patriotyczne wybucha jednak także inaczej: w skargach na opieszałość, próżnowanie, marnotrawstwo, zbytki, zniewieściałość, brak miłości ojczyzny, sobkostwo współczesnych. Epik ustąpił satyrykowi; dydaktyczna, moralizatorska żyłka nabrzmiewa; poeta, obruszony miernotą i niskością otoczenia, żółci domieszał do swych lazurów; ogarnia go pesymizm na widok nędznych potomków sławnych dziadów i pradziadów; dlatego wystawia im to zwierciadło, aby się w niem przejrzeli. Nowa to podnieta i pobudka do żywego, uczuciowego tworzenia. I powstało w końcu dzieło, z obfitego piśmiennictwa siedemnastowiecznego dziś nam najbardziej w swej całości dostępne, zrozumiałe, bliskie.

Aby je słusznie ocenić, należy je zestawić z najcelniejszymi poematami słowiańskimi, Gundulicia, Twardowskiego, Kochowskiego (innych nie ma, bo Czechy już, a Ruś jeszcze milczą) Żaden z nich nie ma tego rozmachu epickiego; śmiało gardzi Potocki ich podpórkami sztucznymi, ich machiną epicką. Twardowski zaczyna: „Muzo, ty to wypowiesz ducha w się natchnąwszy I kaduków (!) Febowych” itd., ale o natchnieniu nie ma dalej i śladu; Gundulić i Kochowski poruszają siły nadprzyrodzone, piekielne, o czym u Potockiego głucho; racjonalista eksarianin gardzi nawet wróżbami nieszczęścia, jakich mu Twardowski obficie dostarczał. Ten nie opuści niczego; z całego „punktu” o Chocimskiej mniejsza połowa (str. 51-93) zawarła to, z czym się Potocki w pierwszej „części” uporał, a miał przecież Twardowskiego przed oczyma ciągle (od niego przejął i wotum Lubomirskiego o świątyni itd.). Żółkiewskich i Chodkiewiczów nie znał wiek XVI ani XVIII; rycerski duch, obcy ziemiańskim tym wiekom, ożywiał wiek XVII, ożywia, przenika poemat Potockiego: ten duch, gorące uczucia patriotyczne i chrześcijańskie (odnoszące powodzenia i klęski do woli opatrzności, wzywanej kornie a ufnie), język przepyszny, stworzyły najpiękniejszy, najtrwalszy pomnik chluby narodowej, Chocima.

Wiek XVI próżno marzył i tęsknił o epopei, szczycie poezji, o polskim Maronie[39]; brakło mu tchu do tego, bo znał tylko walki parlamentarne i walkę o swobodę sumienia; szczęk oręża w nim zagłuchł. Ożył w siedmnastym i rozwinęła się bujnie poezja epicka, a szczytem jej pozostanie Wojna Chocimska, i dla przedmiotu, słusznie przez poetę wybranego, i dla stylu, godnego tej treści wyraziciela.

Rękopisy i bibliografia

O życiu i twórczości poety por. Wstęp do drugiego wydania Wyboru poezyj jego, w Bibliotece Narodowej nr. 19.

Gdy malutki kraik dalmacki Osmana Gunduliciowego (również dopiero w wieku XIX drukowanego) w trzydziestu kilku odpisach (jeden u Zamoyskich, z biblioteki Stanisława Augusta) przechował, olbrzymia Polska szlachecka tylko trzema czy czterema odpisami Wojny się zadowoliła.

Przy opracowaniu niniejszego wydania krytycznego rozporządzaliśmy trzema rękopisami. Najstarszy, rękopis Ossolineum nr. 1822, przyjęliśmy za podstawę. Jest on ponad wszelką wątpliwość autografem Potockiego. Stwierdzamy to, porównywając pismo z szeregiem własnoręcznych podpisów poety, zachowanych w krakowskim Archiwum grodzkim i ziemskim. Ale gdyby nawet brakło tego dowodu zewnętrznego, cechy wewnętrzne rękopisu wystarczyłyby dla przekonania, że wyszedł z pod pióra samego autora; tak mianowicie jest staranny i poprawny, tak konsekwentnie zachowuje te same charakterystyczne właściwości form, ortografii, interpunkcji, jak by tego żaden kopista zachować w tak ogromnym skrypcie nie potrafił. Jeżeli przedruk Przyłęckiego, na tymże rękopisie oparty, zawierał rozliczne błędy i niekonsekwencje, oraz wiele zbyt jak na Potockiego zmodernizowanych form, skąd nasuwać się musiało przekonanie, iż rękopis nie wyszedł spod pióra samego poety, trzeba to położyć jedynie na karb niedostatecznej staranności przedruku (na którym znów oparło się wydanie warszawskie). Autograf zawiera tu i ówdzie uzupełnienia i dodatki grup wierszy, pisane tą samą ręką, ale w późniejszym czasie, które w innych znanych rękopisach są normalnie w tekst wcielone, pod każdym też względem (form językowych, poprawności brzmienia, ortografii itp.) góruje nad innymi rękopisami Wojny. Niestety brak w autografie jedenastu pierwszych kart dedykacji wraz z kartą tytułową, tudzież karty 197/8.

Z kopii najstarszy jest rękopis biblioteki młynowskiej Chodkiewiczów, dziś złożony w Muzeum Narodowym w Krakowie, pisany ręką pierwszej połowy XVIII wieku. Posiada on całą dedykację. Niestety tak bardzo zbutwiał, że korzystać można zaledwie z pierwszych sześciu pieśni; reszta rozpadłaby się, gdyby odwracać karty. Na podstawie studium dostępnej części przypuścić można, że rękopis ten pochodzi od innego tekstu niż wyżej opisany autograf, w dedykacji np. brak kilku wierszy, które w tamtym zostały później na marginesie dopisane, a ma natomiast wiele odmian w wyrazach i formach, na ogół jednak, wyjąwszy kilka drobnych miejsc, nie lepszych od tamtego.

Obydwa te rękopisy nabył w r. 1838 adwokat Samuel Nowoszycki równocześnie od krzemienieckiego Żyda antykwarza, który je wynalazł gdzieś na Podolu; drugi, jako pełniejszy, ofiarował Chodkiewiczom, pierwszy odstąpił hr. Borkowskiemu we Lwowie, gdzie posłużył Przyłęckiemu za podstawę do pierwszej edycji drukowanej. Przyłęcki jednakowoż wiele form nieuważnie zmodernizował, bardzo wiele miejsc mylnie odczytał, które to błędy w niniejszym wydaniu poprawiamy. Jest ich zbyt wiele, aby je szczegółowo wymieniać. Rękopis Chodkiewiczowski przydał się tu i ówdzie jedynie dla upewnienia się co do brzmienia niektórych zwrotów, oraz do poprawienia niektórych miejsc w dedykacji.

Niewiele usługi, gdy chodzi o sam poemat, oddaje rękopis trzeci, z Ossolineum nr. 1348; jest to kopia ręką drugiej połowy XVIII w. (właścicielem jej był w r. 1776 Michał Jordan), pochodząca nie od tekstu Chodkiewiczowskiego, gdyż ma w dedykacji dwa wiersze więcej niż tamten; ale niewątpliwie przepisana z pierwszego rękopisu, z autografu, którego jednakże język często modernizuje i psuje, wiersze opuszcza lub przestawia. Natomiast ten właśnie rękopis przekazuje nam i kartę tytułową, i całą dedykację (znać, że odpisany został jeszcze, zanim jego oryginał uległ zdefektowaniu), dzięki czemu możemy w niniejszym wydaniu nadać dedykacji treść zrozumiałą, oczyścić ją z ogromu błędów dotychczasowych wydań; pozwala wreszcie zastąpić brak jednej karty w autografie dla ustępu pieśni X w. 666-762.

J. I. Kraszewski oglądał rękopis Wojny znajdujący się ok. r. 1880 w Cekowie w kaliskiem w posiadaniu zbieracza Celińskiego; nie powiodło nam się wykryć dzisiejszych losów tegoż rękopisu, którego Celiński miał się jeszcze za życia pozbyć. Kraszewski, porównawszy jego wstęp z ogłoszonym przez Przyłęckiego, stwierdził, że znajdowało się w nim więcej o 10 wierszy w poemacie na klejnot Lipskich; za to brakowało całej dedykacji prozą i wierszem. (Por. „Przegląd bibljograficzno-archeologiczny”, t I., Warszawa 1881, str. 31-34. )

Całą literaturę o Potockim i o Wojnie wyliczył starannie dr. L. Bernacki w Historji literatury polskiej R. Piłata, III (Lwów 1911), str. 142-146; odtąd nic nie przybyło ważniejszego; wydania wymieniliśmy we Wstępie, str. XII.

Transakcya[40] wojny chocimskiej

Gdzie Osman cesarz turecki wszytkie państw swoich z Afryki, z Azji i z Europy na Polaki zgromadziwszy siły, za łaską Najwyższego Pana, roztropnością czułych opatrznych wodzów a dzielnością rycerstwa polskiego, spadł z imprezy[41] swojej i straciwszy sto tysięcy ludzi, część w polu, część do naszych szturmując, część własnych broniąc obozów: starego z Koroną polską potwierdziwszy przymierza, inglorius[42] wrócił do Konstantynopola roku zbawiennego 1621 i stanąwszy pod Chocimem dnia trzeciego Septemb., odszedł dnia dziesiątego Octob.

Z różnych jako manuskryptów i diaryuszów[43], tak z relacyj ludzi starych, którzy tam byli praesentes, zebrana, ale osobliwie z tradycyi Jw. Jm. Pana Jakóba Sobieskiego, od stanu rycerskiego w tej ekspedycyi komisarza a potym kasztelana krakowskiego, z łacińskiego na polskie dostatecznie dla nieśmiertelnej narodu polskiego sławy wierszem przetłomaczona.

Roku pańskiego 1670 dnia Decembra ostatniego.

Wojny chocimskiej część pierwsza

Wprzód niźli sarmackiego Marsa krwawe dzieje

Potomnym wiekom Muza na papier wyleje,

Niż durnego[44] Turczyna propozyt[45] szkarady[46]

Pisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady

(Który z nimi zuchwale mir[47] zrzuciwszy stary,

Chciał ich przykryć haraczem[48] z Węgry i z Bułgary),Boże!, którego nieba, ziemie, morza chwalą,

Co tak mdłym[49] piórem jako władniesz groźną stalą,Co się mścisz nad ostatnim tego domu węgłem,

Gdzie kto usty przysięga sercem nieprzysięgłem -[50]

Ciebie proszę, abyś to, co ku twojej wdzięce[51]

W tym królestwie śmiertelne chcą wspominać ręce,

Szczęścić raczył; boć to jest dzieło twej prawice:

Hardych tyranów dumy wywracać na nice[52],

Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli,

Przez tych, którzy swą siłą od ciebie zawiśli.

Spadł Antyoch z imprezy[53], spadł i Herod z krzesła;

Tamten żywo zgnił, tego gadzina[54] rozniesła.

Spadł durny Sennacheryb[55], gdy we trzechset szabel

Tysięcy musiał pierzchać; spadł Nimrod z swej Babel;

Spadł z człowieczej natury Nabuchodonozor[56]

I ten, co Boga bluźnił, trawę łapał ozor.

Spadły mury wysokie, które samem spycha

Echem trąby Jozue, wielkiego Jerycha.

Spadł wysoki Madyan, kiedy garścią ludzi

Gedeon go oświeci i ze snu obudzi,

A on młocek wczorajszy – cud nie wysłowiony!

Monarchom z głów dostojnych zdejmował korony.

Padł Holofern Judycie, Sisara Jaheli[57],

Bohatyr mdłej niewieście i szabla kądzieli.

Grzechy nasze, o Panie!, za którymi w tropy

Na pierwszy świat chodziły ognie i potopy,Dziś nie w wodzie (dla tęcze), nie w ogniu z Gomorą,

Ale się w własnej swojej krwi czyszczą i piorą.

Krwią się myje, krwią poci ten świat jako w łaźni:

Wszędy pełno niezgody, pełno nieprzyjaźni.

Nawet miłość prywatna między ludźmi zgasła,

Wszytko z łakomstwem zazdrość nieszczęsna popasła.

Jeżelić kto co radzi, patrz na obie oczy,Bo teraz każdy wodę na swe koło toczy;

Usty świadcząc ofiary, wywodzi cię w pole

A niechętnym sercem żga[58] i od siebie kole,

Byle cię jako zażąć[59] albo cię mógł zażyć;

Poty[60] termin przyjaźni, którą wyposażyć[61]

Jeszcze trzeba; tym kształtem zmyje cię bez ługu[62];

Bo jeśli mu się słowa i upomnisz długu,

Za psa twoja uczynność, krew, przyjaźń, warunek!

A drugi, rychlej niż dług, weźmie basarunek[63].

Wyrzekł się świat szczerości, rzadko między braty

Znajdziesz ją rodzonymi, nikt nic bez prywaty

Nie robi, i gdzie mu się praca nie nagrodzi,

Niech tonie, niech psy drażni, niech o kiju chodzi,

Bliźniemu nie usłuży, nie poradzi szczerze,

Cóż by go miał wykupić z pogańskiej obierze[64]?

Byłoć to, powiedają – i prawdę podobno,

Póki moje a twoje nie strzygło tak drobno

Ziemie; póki łakomstwo i przeklęte żądze

Nie dały miejsca prętu, łanu, łokciu, siądze[65];

Miarą sama potrzeba: gdy natury wedle

Ani w odzieniu człowiek, w piciu, ani w jedle

Inszego na tym świecie szukał sobie bytu,

Okrom[66] przyrodzonego[67] dla ciała dosytu.

Ziemia też dobrowolnie, bez ludzkiej ciemięgi,

Bez pługu, nie kąkole, chwasty i ostręgi[68],

Czyste zboża rodziła: co śnieć[69], co kostrzewa[70],

Nie znał[71] człek, więc rok cały nieszczepione drzewa,

Miody, soki, oliwy i rozkoszne figi

Dawały; owo żyli bez wszelkiej fatygi,

Takie wiemy Lacyum[72] z poetyckich liter,

Kiedy zegnał na ziemię Saturna[73] Jupiter.

Toż nie dwaj, nie trzej, co dziś przykład barzo rzadki,

Lecz wszytek rodzaj ludzki, jakby z jednej matki

Wyszedł: tak go miłości jednoczyły pęta,

Że wojny na się nigdy, tylko na zwierzęta

Drapieżne, nie podnosił; każdy człek był bratem,

Każdy bliźnim, z niedźwiedziem nieprzyjaźń kudłatem,

Z wilkiem, lwem i tygrysem i co się na szkodę

Bestyj lągnie; z tymi człek wieczną miał niezgodę,

Którym do dzikiej dała natura postury

Okropny ryk, kły, rogi, raci[74] i pazury.

Ptacy nosy[75] i spony przy pierza lekkości;

Skrzele ma niema ryba i zęby, i ości;

Żądła gad jadowite, bazyliszek w oku

Śmiertelną ma zarazę; w nozdrzach jest u smoku[76];

Wąż kąsa a jeż kole, brzydki pająk truje;

Tnie osa, mrówka, komar i biedna pchła uje;Nagi człowiek, bez broni, bez biegu, bez mocy,

A wżdy[77] teraz ani lwi, ani się tak smocy

Waśnią na się, jako on na swe własne plemię:

Bestyje, ognie, wody, wiatry, nawet ziemię

Stosuje[78] (tu dowcipy, tu rozumy liczy),

Gdy ludzi z świata gładzi, gdy bliźnich kaleczy!

Jeszczeż pogaństwo, jeszcze, co pod Mahometem

Z bydlęty za cielesnym dało się impetem[79]

I pobożność i prawo ostrą szablą mierzą

(Nie dziw, bo nie zna Boga i Jego przymierza),

Ale my chrześcijanie, jako się sprawimy,

Ze stokroć bardziej sami z sobą się dławimy,

Niźli z Chiną Scytowie, niż Turcy a Persi

Pod jednym zabobonem żyjąc, którym piersi

I serce bisurmańskie[80], choć ścierwy obrzeżą,

Obewrzały nikczemną bydlęcą lubieżą.

Pojźry[81], o wieczny Boże, któryś niegdy tęgiem

Ujął gniew sprawiedliwy przez niebo popręgiem[82]

I wiecznieś malowaną zawiązał obręczą[83]

Swój arsenał, skąd grozy Twe nad światem brzęczą -

Pojźry na tęczę, którą słońce Twej dobroci

We krwi i w wodzie świętym rumieńcem stokroci,

W tej krwi, którą toczyła niedołęga nasza,

W tej wodzie, co Twych sądów na ludzi przygaszą;

Przez tę krew, przez tę wodę, która jednym stokiem

Lała się, wytoczona Syna Twego bokiem,

Proszą Cię chrześcijanie, Stwórco miłosierny!

Zamkni[84] krwie w Cię wierzących żałosne cysterny[85]!

Nie racz ich, nie racz, Panie, z twardym Faraonem

Za wielkie grzechy w morzu zagubiać Czerwonem!

Niech jej nie toczy srogi bisurmanin czopem,

Nie racz świata drugi raz zatracać potopem!

Ale niech nasze serca zwady i niesnaski

Przeciw sobie wyrzucą, a dla Twojej łaski

My, pod nowoprzymiernym[86] którzy żyjem kluczem,

Tobie krzywdy i swoje urazy poruczem[87].

Ty pokarzesz, kto winien; za Twych ludzi zgodą,

Spuszczą rogi poganie, którymi nas bodą,

I jeżeli nie wrócą, co naszą niesforą

Wzięli, przynamniej więcej już niechaj nie biorą!

Bo odtąd jako buje[88] białopióry orzeł

Pod znaki zbawiennego krzyża upokorzył,

Odziawszy skroń szczęśliwej wiktoryej bobki[89],

Pisał pamiętne durnym sąsiadom nagrobki

I takiemiż przewiwszy złote wieńce zioły,

Bogu święcone niemi ozdabiał kościoły,

Skoro mu w Mieczysławie[90] z oczu spadła łuska,

Skoro z Jagiełłem mitra[91] litewska i ruska

(Wraz z nim z błędów pogańskich ten naród wyzuty)

W Pogoniej[92] mu waleczne dała Korybuty[93]

(Dwunastu rodnym[94] braciej[95] po ojcu Olgierdzie[96],

Wiarę poznać zdarzyło Boże miłosierdzie).

Tak Orzeł, którego wzrok blask zniesie najjarszy[97],

Świętym związkiem z wojennym Pegazem[98] się zwarszy,

Którego dzielny osiadł Bellerofon[99] kłęby,

Walił trupów pogańskich obszerne poręby.

I już byli tam swoje rozpostarli kopce[100],

Gdzie Dunaj Czarne morze miesza a to obce

I słodkie biorąc wody w zasolone brzuchy,

Pieni się i straszliwe sprawuje rozruchy,

Aż kędy cicha Wisła, krom[101] szumu, krom zrzuty[102],

W bałtyckich porciech[103] stawia ładowane szkuty[104].

Ale Bóg, który tego świata podkomorzym[105],

Jednym się nam rozkazał kontentować[106] morzem;

Drugie dał Turkom, gdzie się Jupiter stał wołem

(I godzien stać, taki bóg z bydłem pod okołem[107]),

Żeby na dużym karku piękną dziewkę onę,

Mógł przepławić na czwartą tego świata stronę,

Której skoro subtelną dotknęła się stopą,

Natychmiast jej przezwiskiem nazwana Europą.

Tam hardy Ottomanin, obciążywszy pęty

Azyą[108] i Afrykę, stanowił okręty;

Tam się w cudzym, o wstydzie, rozpostarszy kącie,

Łowi ryby, jak stara przypowieść, w odmącie[109];

A co dalej, to głębiej zaciągając włokiem[110],

Wziął Kandyą[111] i na Rzym krzywym patrzy okiem,

Tam Grecya, tam ona macedońska pycha,

Tam z Tracyą[112] Bulgary i pół Węgier wzdycha.

I przez nas jak siano wlókł[113], bo gdy owce strzygą,

Drży baran. Obyż taką zjednoczeni ligą[114]

Chrześcijanie, w jakiej są bisurmani sforze -

Jużby ich za Czerwone zapędzili morze!

Ale gdy pojedynkiem[115] każdy się z nim bije,

Wszytkich zwycięży, wszytkim da jarzmo na szyje.

Tać to bestyja, strasznej to plemię Gorgony,

Co wlecze niezliczone jednym łbem ogony

I przyszedszy do płotu, kędy głowę wsadzi,

Snadno wszytkie ogony za głową wprowadzi.Tysiąc głów chrześcijanie, jeden ogon mają,

Które, kiedy sobie dziur osobnych szukają,

Choćby co wiedzieć jakim snuli się obrotem,

Muszą koniecznie ogon zostawić za płotem.

Stądci, stąd trzeba będzie dać liczbę koniecznie

Bogu, gdy przyjdzie na świat dekretować wiecznie.

Ta krew, którąście z sobą lali sami hustem[116],

Jawnym wam będzie świadkiem, jawnym nieodpustem

Że nie raczej, pogańskie farbując nią karki,

Na więźniów chrześcijańskich zniesiecie jarmarki,

Gdzie tyle milionów, aż się serce kurczy

Od żalu, na każdy rok ludzi się poturczy.

Ale mnie cóż po tym brać prowincją[117] cudzą?

Są ambony, niechże was kaznodzieje budzą

Z tego snu, w którym wszytkie utopiwszy zmysły,

Sprosnym zbytkom, skąd grzechy jak z pasma zawisły,

Swe rady, swe fortuny a szkodę ku szkodzie

Poddajecie, gdy Turczyn łupi was o wodzie[118].

Nigdyć męstwo w rozkoszy a cnota we złocie

Nie może w doskonałej ostać się istocie.Twarda stal; niechże jedno pójdzie między ognie,

Tak zwolnieje, że ją młot jako łyko pognie;

Pieszczota nieszczęśliwa kominem a miechy.

Pycha, zbytki i wszytkie cielesne uciechy;

W tym węglu, nie będzie-li od rozumu wstrętu,

Zmięknie, choćby z twardego serce diamentu.Co siły Samsonowi bierze, co go ślepi?

Żądza miłości, skoro w piersi mu się wrzepi.

Co miecz Achillesowi, kobzaż wzięła z ręku?

Żądza miłości winna, że pilnował brzęku,

Kiedy się drudzy bili; dopiero ją zwładał,

Skoro w bitwie swojego Patrokla postradał.

Pięknież Herkulesowi, gdy tryumfów pełny,

Nie wstydał się z dziewczęty wrzeciona i wełny?

Albo kiedy pijany groźną onę klawę[119]

Dziecku dał za konika; wrzuciwszy pod ławę

Lwi łupież[120], którym trwożył piekielne napasty,

Nagi między Satyry wszedł i ich niewiasty?

Póty się Aleksander o drugi świat pytał,

Póki męstwem a cnotą rycerską zakwitał;

Aż gdy w perskich delicyj da się Lernę[121] cichą,

Aż on mały z wielkiego, aż szaleje pychą,

Z której hydra stogłowa zaraźliwą parą

Cnoty jego plugawą powlokła maszkarą.

Wie świat, co był Hannibal[122], co Rzymowi robił,

Jakie wojska do nogi znosił, wiele pobił

Zawołanych hetmanów, i nie po raz dymem

Całe Włochy zaduszał pospołu i z Rzymem;

Wszytkie kąty spustoszył a od lat piętnastu

Jako wszedł w Europę, kurzył pod nos miastu;

Odebrał prowincyje, i już we zwierciedle

Widział Rzym ciężkie jarzmo, swe tylko osiedle[123]

Trzymając, z nieba sięgał pomocy w tym stosie[124],

Wszytkie ludzkie sposoby puściwszy imo[125] się.

Jakoż jużby był brzęczał nieomylnie w pęcie,

Ale inszy padł w górnym dekret parlamencie.Póki ludzi Hannibal w twardych pracach trzymał,

Póki ich słońce piekło, mroźny wiatr przedymał,

Co dzień bitwa, co noc straż o wodzie a chlebie,

Póty wojsko z wodzami wielkim sercem grzebie.

Ledwie wojsko wprowadził do kampańskich[126] cieni,

Aż się on lew okrutny z swej sierści wyleni,

W lot one ostre zęby i ogromne spony

Na gałęziste rogów jelenich korony

I na łaskawych łosi kopyta frymarczy[127],

Już rochmanny[128], już grzywy nie jeży, nie warczy,

Słodkie wina, miękkie sny, złotem tkane szaty,

Wdzięk owoców rozkosznych, oliwy, sałaty,

Skruszyły Hannibala, że do swej Kartagi

Wrócić musiał i z nią wraz wziął śmiertelne plagi.

Siła inszych przykładów przytoczyłbym i tu

(Ale mi rzecz mojego nie da propozytu[129]),

Jako zawsze stroniła bohatyrska cnota

Od wszelakich rozkoszy i od składów złota,Boć i w naszej Ojczyźnie niedawnymi czasy,

Nim ją Włoszy wiotchymi zarażą hatłasy,

Surowym zabroniono żołnierzowi godłem,

Żeby nie srebrnym konia rzędem albo siodłem

Ani miękkim sam siebie okładał jedwabiem,

Co nieprzyjacielowi do wygranej wabiem.

Obrót i dzielność konia, ręka serce zdobi

Kawalera, w to, w to się niechaj każdy sobi[130].

Żelazem Mars do sławy odkłada wrzeciądze[131];

Niech się gach[132] złoci, niech Żyd gromadzi pieniądze.

Najmniej Epaminondy, najmniej to Agryppy,

Najmniej Emiliusza nie szpeci, że stypy

Na tych ludzi, których świat nie przestanie sławić,

Pogrzebie nie było czym dla ubóstwa sprawić,

Chociaż ilekroć który z tryumfem się wracał,

Milionami[133] skarbiec publiczny zbogacał.

Ale gdzież mnie to pióro rozpędzone zniesło?

Nie moja rzecz zaprawdę, nie moje rzemiesło,

Wodzom i bitnym pisać żołnierzom reguły,

Wskrzeszać, których już kości w grobie się rozsuły[134].

Polską naszą Bellonę[135] na teatrum świata

Sarmackiego prowadzę: teżby jesne[136] lata

I czas z ojcy naszymi miał zagrześć[137] pożerny?

Nie da Bóg Swej roboty! Otwieraj odźwierny

Wrota, gdzie na szerokiej mej Ojczyzny sali

Wielcy bohatyrowie będą się pisali!

Ale wprzód niż[138] za progi z tą boginią idę,

Żebym, miasto[139] przysługi, nie padł na ohydę,

Gdzie mnie straszą tak świeże, jak dawne przykłady,

Proszę o wzrok i ucho skłonne do mej swady[140]!

Lichać, licha; co prawda, to i nie grzech; widzić

I sama, lecz się szkoda za ubóstwo wstydzić!

Z nikim się równać nie chce, ani psuje głowy,

Że za pierwszymi będzie zbierała podkowy[141].

Nie trwóż mnie, cny Twardowski[142], nie pokazuj z żalem

Prace swojej przed grubym spalonej Moskalem.

I na to-żeś zarobił Władysławie Czwarty?![143]

Proszę, niech Mars, nie Wulkan, bierze moje karty!

Więc jeżeli Homerus, książę między Greki,

Maro[144] między Latyny, nie mógł ujść opieki,

Ronsard[145] między Francuzy, zębatego Moma[146],

Zielone drewno gore, nie maż się bać słoma?

Ale twymi stopami, o wielki Jakubie

Sobieski, postępując, dobrze wróżę sobie:

Że jak pod jesionowym, co się go wąż boi,

Tak cał będę pod cieniem wielmożności twojéj!

Splendor domu wielkiego, który w tej Korony

I Marsem i Minerwą niebo bije łony[147]

Od najpierwszych początków i konsem[148] i swadą,

Zaślepi tę gadzinę swym blaskiem szkaradą;

Splendor wielkich honorów, które, gdy terminu

Dostąpią najwyższego, na Janie, twym synu,

Osiędą. A któż bez łez wspomnieć może Marka,

Któremu śmierć przed laty dotrzęsła zegarka.

Igrał krwią bohatyrską poganin przeklęty,

Tocząc ją hustem[149] z więźniów, obciążonych pęty.

I hirkańskie tygrysy, nad które nic pierwej

Surowszego nie było, i co tylko ścierwy

Po norwejskich urwiskach i ryfejskich górach

Na żer nosi szczeniętom w zębach i pazurach,

Wszytko to Krym w tyrańskiej zrówna okrutności!

Gdzie przed laty Dianie tauryckiej z gości

Takie prawo, ten zwyczaj był u pogan stary,

Iż z ludzi poimanych palono ofiary,

Wspomniał sobie Nuradyn zwyczaj zaniedbany -

Lecz pisze urażony na marmorze rany[150].

I godzieneś, o wielki Sobieski, że na cię

Po zeszłym rodzicielu, po kochanym bracie,

Przywilejowanego trzymając się prawa,

Wielka spadła koronna laska i buława:

Laska – bo też twój patron marszałkował Bogu;

Buława – żebyś przytarł bisurmanom rogu,

Pomścił się śmierci bratniej, którać serce w strefy[151]

Kraje, nad harpijami i srogimi gryfy.

Dziś twe Pole kochane, twoja Złota Niwa

Niech wygląda źrałych[152] zbóż szczęśliwego żniwa,

Doczekawszy Miesiąca, w którym źreją[153]Wiśnie[154]:

Tak rzeczy sporządziła natura umyślnie.

Tegoć życząc, do swej się wracam Muzy, a ty

Stalne sierpy i kosy ciągni[155] na musaty[156]

Już we trzech częściach Turczyn rozpościera świata

Twardy tron, już ciężarem samym insze zgniata

Królestwa; już Azyja, już ma i Afryka,

Już ma na karku piękna Europa łyka[157];

Gdzie nad samym Bosforem ze wszytkich narodów

Zburzonych najsławniejszy opanował z grodów

Konstantynopol – niegdy twój, Paleologu[158]!

Tam siedzi i samemu nie składając[159] Bogu,

Do ostatniej złupiwszy okrąg świata miazgi,

Wszytkich za nic poczyta, wszytkich za drobiazgi.

Anoż ona mizerna śmieć ludzka, co zrazu

Budowali koszary po grzbiecie Kaukazu,

Ubogich skotopasów[160] zgraja czcza[161] i nikła,

Dzikim tylko niedźwiedziom i wilkom nawykła,

Z pastucha zbójca, żołnierz ze zbójce, o cuda!

Ta-li świat miała tedy zhołdować paskuda!

I są jeszcze cesarze rzymscy? I bez wstydu

Od tej nędze, od tego wykąsani gidu[162],

Tym się piszą tytułem? Wstań z popiołu, Kaje[163],

Któremu to przezwisko najpierwej Rzym daje;

Obacz, jaka odmiana, jako wielkie drwiny:

Nie mając panowania twego i trzeciny[164],

Wdział drugi trzy korony i ma nad cię wiele,

Coś świat cały a jednę tylko miał na czele[165].

Nie trzebać się było bać, żebyć ją opłotni[166]

Zdjął sąsiad, co by było daleko sromotniéj.

Który skoro się tak już daleko rozszerzył,

Każdy się z nim przyjaźnił, każdy się przymierzył.

Stąd naprzód z Bajazetem, a potem z Selimem

(Zięciem ten, a tamten był Mehmetowym synem),

Kazimierz Jagiełłowicz, który w liczbie trzeci,

Wieczne zawarł przymierze; po nim jego dzieci,

Olbracht i Aleksander, przysięgą wzajemną

Z Turkami się wiązali w przyjaźń nierozjemną.

Tęż z koroną od przodków swych wziął Zygmunt pierwszy,

Którego w nas żaden wiek sławy nie zawierszy[167]:

Tak się jego werżnęły w serca ludzkie cnoty,

Ze póki świat trwa, one trwać też będą poty;

Lecz i ta nie ostatnie pewnie miejsce bierze,

Gdy tak żył w poprzysięgłej z Solimanem wierze,

Z człekiem sławnym, wojennym, że i dotąd słodka

Tych pakt[168] Turkom pamiątka dla wielkiego przodka.