Willa Morena 9: Anioł albo czort - Zbigniew Zbikowski - ebook + audiobook

Willa Morena 9: Anioł albo czort ebook

Zbigniew Zbikowski

4,6
9,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Schyłek jednego życia stawia pozostałych przed serią dręczących pytań.

Stan wuja Antoniego pogarsza się z dnia na dzień. Na łożu śmierci wypowiada słowa, które otwierają kolejne drzwi w historii rodu Ludwigów. Sekrety narastają lawinowo, a Zuzanna czuje się coraz bardziej zagubiona w gąszczu rodzinnych opowieści i przemilczeń. Tymczasem Irmina wraca pamięcią do własnej młodości i dzieli się z krewną skrywanymi od lat wspomnieniami. Poszczególne elementy układanki wskakują na swoje miejsce – aż wreszcie Zuzanna odkrywa prawdę o Paolu Vecchim. Czyżby jego obecność w Kornelinie od początku nie była przypadkiem? I jak głębokie są jego powiązania z rodziną Ludwigów?

„Anioł albo czort” to dziewiąty tom sagi przedstawiającej historię trzech mieszkanek starej willi Morena.

Willa Morena

Wielotomowa saga o trzech zupełnie różnych mieszkankach willi Morena. Prawie stuletni budynek przechowuje rodzinne tajemnice, a echo przeszłości rozbrzmiewa w drewnianych ścianach. Tymczasem ktoś próbuje odebrać majątek prawowitym właścicielkom.

Zbigniew Zbikowski, właśc. Żbikowski (ur. 1952) – polski powieściopisarz. Absolwent Uniwersytetu Opolskiego. Po studiach pracował krótko jako nauczyciel fizyki. Porzucił nauczanie i zajął się karierą dziennikarską. Publikował w kraju i zagranicą. W latach 2005-2012 był wykładowcą dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Jako powieściopisarz zadebiutował książką „Berlin Blue” w 2012 r. Trzy lata później, jego kolejna powieść „Transprussia” znalazła się w polskim finale Europejskiej Nagrody Literackiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 125

Oceny
4,6 (7 ocen)
4
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Rom81

Nie oderwiesz się od lektury

super książka polecam gorąco
00



Zbigniew Zbikowski

Willa Morena 9: Anioł albo czort

Saga

Willa Morena 9: Anioł albo czort

Zdjęcia na okładce: Midjourney

Copyright © 2019, 2025 Zbigniew Zbikowski i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727270197 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Rozdział 1 

Dalsze wpatrywanie się w twarz nieprzytomnego wuja Antoniego stało się dla mnie nie do zniesienia. Dotknęłam lekko ramienia babci Irminy i szepnęłam jej do ucha, że wychodzę na korytarz. Jane, która przybyła do szpitala przed południem, już po pięciu minutach czuwania stwierdziła, że z ojcem nie porozmawia, nie ma więc sensu sterczeć przy jego łóżku. Wystarczy, że czuwać będzie personel szpitala, bo zrobi to lepiej i po prostu fachowo. Nie solidaryzowałam się z nią, ale też godzinne trwanie na posterunku, jak to robiła babcia, przekonana, że brat ją słyszy i czuje jej obecność, stanowiło zadanie kłócące się według mnie z poczuciem realizmu.

Wuj, podłączony do kroplówki i aparatury medycznej monitorującej jego stan, oddychał głęboko. Od prawie szesnastu godzin pozostawał bez kontaktu ze światem.

Babcia Irmina dała w milczeniu znak, że to, co szepnęłam, przyjęła do wiadomości. Podeszłam do drzwi i już miałam je otworzyć, gdy spostrzegłam, że ktoś naciska klamkę z drugiej strony. Zamek puścił, między futryną a skrzydłem pojawiła się szpara, ale nikt nie wszedł. Usłyszałam rozmowę dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Robert. Rozmowa toczyła się po angielsku. Rozumiałam piąte przez dziesiąte.

– Przepraszam, doktorze – powiedział Bob. – Co tu może się wydarzyć w ciągu najbliższych godzin? Pytam, bo, wie pan, muszę jakoś zaplanować swój czas.

– Nic się nie wydarzy, o czym byśmy wcześniej nie rozmawiali – odrzekł lekarz. Tak to przynajmniej zrozumiałam. – Taki stan może potrwać tydzień, nawet dwa. Medycyna jest tu właściwie bezsilna, choć, jak pan wie, robimy, co do nas należy.

Zobaczyłam dłoń lekarza na klamce.

– Jeszcze jedno – rzekł Bob. – Czy może być tak, że ojciec odzyska przytomność?

– Może tak się zdarzyć – odparł lekarz. – Na krótko. – Otworzył drzwi na tyle szeroko, że widziałam jego przedramię. Cofnęłam się o krok, żeby mnie nie zobaczył. – Najczęściej jest to jednak zwiastun nieuchronnego końca, niestety. Ale proszę teraz o tym nie myśleć.

– Dziękuję, doktorze – powiedział Bob.

Lekarz uznał wymianę zdań za zakończoną. W otwartych drzwiach ukazała się cała jego sylwetka.

Ruszyłam przed siebie, udając, że właśnie zmierzałam ku wyjściu. Wymieniłam z doktorem jedynie milczące spojrzenie.

Robert stał nieporuszony. Nie odchodził spod drzwi. Spostrzegłszy mnie, poprosił gestem ręki, bym odeszła z nim kawałek w kierunku recepcji.

– Żadnych zmian? – zapytał po angielsku.

– Wejdź, sam zobaczysz – odrzekłam po polsku, po czym dodałam: – Bez zmian. A co mówi lekarz?

– To samo, co kiedyś mówił – oznajmił Bob. – Że takie coś nastąpi. I nastąpiło. Może tak lepiej jest?

– Czyli jak?

– Że on nie ma świadomości. Nie czuje wcale bólu. Jak mówisz? Nieprzytomny?

– Nieprzytomny. Myślisz, że już powiedział nam wszystko, co miał do powiedzenia?

– Nigdy nie da się powiedzieć wszystko. Ty to nie wiesz?

– W normalnych warunkach, jak człowiek nie chce, nie powie i już. Tak zwyczajnie, w życiu, jak na przykład ty do mnie. Nie mówisz wszystkiego i ja to rozumiem. A jak jest, gdy czujesz, że śmierć nadchodzi? Nie wiem. Może wtedy chce się powiedzieć więcej?

– Człowiek chce tak, jak pragnie mieć przebaczenie. Pójdziemy tam? – Wskazał ręką mały dziedziniec przyległy do szpitala.

– Ale, babcia Irmina. – Zawahałam się. – Ona tam sama.

Bob wykonał uspokajający gest.

– Elen już wraca. Ona tylko z Jane jechała do hotelu. I z Carol.

Wyszłam z nim na zewnątrz. Po dziedzińcu spacerowało kilkanaście osób – chorzy i towarzyszące im osoby.

– Pogodzili się? – zapytałam. – Znaczy wujek i twoja siostra. Wczoraj.

– Usiadamy. – Bob pokazał pustą ławkę.

Przysiedliśmy. Robert wsparł łokcie na szeroko rozstawionych nogach i opuścił głowę.

– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz – powiedziałam.

– Ona dziwna jest – rzekł Bob po chwili. – Moja siostra. Ja nie chciałem, żeby ona uciekała do California, żeby już nie spotykać nas. Ale ona była taka... – Pokazał zaciśniętą pieść. – Jak mówicie?

– Zawzięta?

– Taka, że jak powiedziała, to koniec. Rozumiesz? Nie można odwrócić.

– U Ludwigów to nic niezwykłego. Tacy są.

– Naprawdę? Ty taka jesteś?

– Ja? – Spłoszyłam się. – Ja nie jestem na sto procent Ludwiżanką. Ale twój tata? Albo Irmina? A ty sam?

– Jane jest to samo co nasz ojciec. Oni nie mogli rozumieć się. Tata chciał żeby ona była taka druga, ja nie wiem kto. Taka, jak sobie myślał. A ona nie chciała. Nie lubiła być Janka, ani nawet Giovanna, tylko Jane. Miała grać piano. Grała i grała, a potem nie i koniec. Po college tata chciał, żeby ona prawo studiowała na university i też nie poszła.

– Ty zdaje się także miałeś być prawnikiem.

– To później stało się, bo ona starsza, pierwsza. Zapisała na takie studia... – Bob lekceważąco machnął ręką. – Żeby być actress w jakiś teatr albo film. I tam poznała taki boy, co nie podobał ojcu, bo on nie był katolik i nie był biały.

– Ha, widzę, że historia się powtarza – wtrąciłam niepotrzebnie.

Bob zerknął na mnie z ukosa.

– Ty myślisz o Carol i ten jej chłopak? Nie, ja ci mówiłem, że to inaczej jest! – oznajmił, prostując się. – Ja nie myślę tylko to, że on black jest. Wcale nie myślę. Tylko o to, czy on dobry człowiek jest.

– Przepraszam, nie chciałam, mów o Jane – wycofałam się niezręcznie.

– Jane. – Bob znowu się pochylił. – Kiedy z mamą było już źle, i wszystko było u nas źle, my mało rozmawialiśmy jeden i drugi. Każdy miał swoje życie i nie było communication. Ja mogłem więcej rozmawiać z Jane, ale teraz myślę, ja byłem jak mama, taki closed. – Udał, że ściska powietrze między dłońmi.

– Zamknięty w sobie?

– Takie coś. I wtedy nasza mama, wiesz, w tym jeziorze, utopiła i my troje... pfff! – Złożone dłonie rozrzucił gwałtownie. – I wszystko. Teraz Jane wraca i ona całkiem inna osoba jest.

– Ejże! Naprawdę taka inna? – zwątpiłam. – Mnie akurat bardzo pasuje do twojego opisu. Wtedy była taka i teraz też.

– Taka extravaganza?

– Taka jakby inna. Nie zauważyłeś, że w każdym pokoleniu Ludwigów pojawiają się jacyś artyści? Na przykład wujek Antoni. Był muzykiem, podobno całkiem niezłym, grał fajnie jazz, jeszcze w Polsce. I co? Zmarnowany talent.

– Powiem coś, kiedy ja byłem taki, o! – Uniósł dłoń metr nad ziemię, po czym podniósł ją jeszcze pół metra dla uściślenia, jakiego był wzrostu – Dziesięć lat. Ojciec grał, mama śpiewała, pięknie. I on grał z takie combo, nawet jedną płytę nagrali. Potem piano zniknęło, ojciec sprzedał, jak Jane nie chciała. A ty, Zuzanna, nie jesteś artystka?

Nie zdążyłam zaprzeczyć, bo nim otworzyłam usta, ktoś w długiej do połowy łydki wzorzystej sukni stanął na wprost nas, przenosząc na siebie uwagę.

Gdy unieśliśmy oczy, zobaczyliśmy twarz Jane. Odkąd wyjechała ze szpitala z Elen i Carol, minęło najwyżej półtorej godziny. Czyżby w hotelu zmieniła spodnie i bluzkę na suknię?

Robert nie wstał, tylko odchylił się lekko do tyłu. Z szybkiej wymiany zdań między nimi zrozumiałam niewiele. Na pytanie, co się stało, że wróciła, Jane nie odpowiedziała wprost. Stwierdziła, że była tylko się przebrać. Zapytała brata z wyrzutem, dlaczego nie jest u ojca, kiedy „on tam umiera”. Bob rzucił kilka nieznanych mi idiomów i wyjaśnił, że u ojca jest Irmina. Jane oznajmiła, że teraz jest też Elen. Wtedy Robert wstał.

– Porozmawiajmy spokojnie – zaproponował.

– W takim razie ja już pójdę – oświadczyłam i podniosłam się. – Wrócę do babci.

Nie czekając na nic, szybko się oddaliłam. W recepcji pokazałam ochroniarzowi plakietkę gościa i znanymi już korytarzami przeszłam do sali, w której leżał wuj Antoni.

Babcia w czasie mojej nieobecności nie zmieniła nawet pozycji na swoim krzesełku. Dalej wpatrywała się w twarz brata. Elen stała obok niej. Ujrzawszy mnie, zapytała, czy spotkałam Jane. Przytaknęłam. Elen szepnęła mi do ucha, że kiedy dojechały do hotelu, Jane poprosiła, aby chwilę zaczekały, a potem zażądała, by zabrać ją z powrotem do szpitala. Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.

– Zaglądał tu doktor – powiedziałam do babci. – Powiedział coś?

– Coś tam – odrzekła. – Ale nie zrozumiałam. Zaraz wyszedł. Może Elen z nim rozmawiała.

Usłyszawszy swoje imię, Elen skierowała spojrzenie na mnie.

– Rozmawiałaś z doktorem? – zapytałam po angielsku.

– Nie, nie – zaprzeczyła. – Tylko Bob z nim rozmawia. On wszystko wie.

– A Jane?

– Jane? – Elen zebrała myśli. – Ona jest jak dzieciak. Wydaje się jej, że czas tu stanął w miejscu, odkąd wyjechała. Ja jej powiedziałam, że to nie jest tak. Że wszystko się odmieniło. Nie może zachowywać się tak, jakby opuściła dom w ubiegłym miesiącu i teraz wystarczy powiedzieć przepraszam, i wszystko będzie w porządku. – Starała się tak dobierać słowa, żebym dobrze ją rozumiała. – Ona jest teraz starsza niż jej ojciec wtedy, kiedy go opuszczała. Nie może myśleć jak ta dziewczyna, która uciekła do Stanów niecały rok po śmierci matki.

– A może ona ciągle jest tą dziewczyną? W psychice.

– Mam wrażenie, że w tym jednym przypadku, gdy chodzi o śmierć matki, na pewno. Żadnych zmian.

Oddech wuja Antoniego stał się nierówny, jego ciało napięło się. Rytmiczne pulsowanie linii na wykresach zostało czymś zaburzone. Babcia odwróciła gniewną twarz.

– Ciii! – szepnęła. – On wszystko słyszy i rozumie. O czym tam gadacie?

Po chwili monitory uspokoiły się.

– Wyjdźmy – zaproponowałam cicho.

Elen poszła pierwsza. Zaraz po wyjściu z sali zauważyłyśmy zbliżających się Roberta i Jane. Jacy oni do siebie niepodobni, pomyślałam. On grubawy, ona wychudzona, on o spojrzeniu otwartym, ona skryta. Tylko ten kolor oczu... A może Antoni i Lucia mieli oczy bardzo podobne?

Szli szybko, w milczeniu, z niechęcią omijając osoby zmierzające korytarzem w przeciwnym kierunku. Zatrzymałyśmy się. Oni, widząc nas, tylko zwolnili.

– Idziemy do taty – oznajmiła Jane, nie zatrzymując się. – Możecie zaczekać?

– Czekamy przed szpitalem – oświadczyła Elen.

Uchwyciwszy jej zdziwione spojrzenie, wyjaśniłam, że brat i siostra odbyli właśnie krótką, ale zapewne ważną rozmowę.

– To znaczy, że Bob przekonał ją, że powinna zmienić nastawienie – zauważyła Elen. – Że ma być dorosła. Mówiliśmy wczoraj o tym.

– Aha, czyli wczoraj nie pogodziła się z ojcem? – podzieliłam się swoim przypuszczeniem, podążając za Elen ku wyjściu. – A dziś już na to za późno.

– Ja nie wiem – odparła Elen. – Nie wiem, o czym mówili, kiedy byli sami, oczywiście nie wiem, co ojciec mówił do księdza i odwrotnie. Bob jest taki...

– Zamknięty?

– Dokładnie. Trzeba mu ciągnąć zęby.

– Proszę?

– Noo... To znaczy... – Elen nie wiedziała, czym zastąpić angielski idiom.

– Wiem. Po polsku mówimy „ciągnąć za język” – oznajmiłam.

– Aha, no tak. Też pięknie. Bob w końcu powie, co ma do powiedzenia, jak się go pociągnie za zęby, albo za język, ale nie zawsze. – Rozmawiając, szłyśmy wolno w kierunku parkingu. – Dziś rano powiedział tylko, że Jane nic nie pojmuje. Że spodziewała się przeprosin i wybaczenia dla siebie, i oczekiwała, że ojciec, umierając, przyzna, że to on doprowadził matkę do śmierci. – Odczekała, aż sobie w myślach przetłumaczę jej słowa. – Sama nie była gotowa, by prosić o wybaczenie. Może nagle coś się zmieniło, może zrozumiała, że popełniła błąd? Rozumiesz, co mówię?

Elen po raz pierwszy, odkąd się spotkałyśmy, próbowała rozmawiać ze mną szczerze o sprawach rodzinnych. Odebrałam to jako rodzaj wyróżnienia. Pomyślałam, że widocznie potrzebowała czasu, by mnie lepiej poznać.

– Rozumiem – potwierdziłam i rozejrzałam się. – A dlaczego Carol nie jest z nami? Była tu przecież.

– Pojechała ze mną i Jane do hotelu. Kiedy Jane oznajmiła mi, że chce wrócić do ojca, poprosiłam Carol, żeby została w mieście. Czułam, że Jane chce mi coś powiedzieć bez świadków.

– I?

– Zadzwoniłam do Boba, a on powiedział, żeby podrzucić Carol do domu, bo ma dla niej zadanie.

– Ale co z Jane? Rzeczywiście miała ci coś ważnego do powiedzenia?

– Właściwie nie. Zapytała tylko, dlaczego Carol jej nie lubi.

– A nie lubi?

Elen przystanęła, odwróciła się na pięcie i spacerowym krokiem Sophi Loren ruszyła w przeciwną stronę. Ja z nią.

– Bob wyraża się o tobie bardzo dobrze, wiesz? – rzekła po kilku krokach. – Mówi, że byłabyś mu pomocą w Ameryce.

– Och, jak zwykle przesadza. Dlaczego to mówisz?

– Sama nie wiem. On zna się na ludziach. Prowadzi business. Wie, komu zaufać.

– Co to za business?

– Nie wiesz? Logistyka. Zaopatruje restauracje w różne towary.

– Nie wiedziałam. Babcia wspominała tylko, że Bob zajmuje się handlem. A to taki handel! Waszą restaurację w Rochester, to znaczy tę, o którą jest spór, też zaopatruje?

Elen uśmiechnęła się niewyraźnie.

– Tu jest konflikt.

– Konkurencja działa?

– Nie tylko, ale można tak powiedzieć.

– I nie ma z nią żartów? – Nie słysząc odpowiedzi, postanowiłam natrzeć mocniej. – Czy dlatego twój mąż nie ma konta na Facebooku, a Carol ma zakaz wrzucania do sieci swoich zdjęć?

Elen położyła dłoń na moim ramieniu.

– Naprawdę jesteś bystra – powiedziała. – Nie ma w tym przesady.

– A jaki jest powód konfliktu?

– Wybacz, Bob byłby niezadowolony, gdybyśmy o tym rozmawiały. A gdyby jeszcze się dowiedział...

Jak miałby się dowiedzieć? Czy ona mu o wszystkim mówi? Ale jak nie na ten temat rozmawiać, to nie.

– Czyli Carol nie lubi Jane – stwierdziłam po chwili.

– Tylko Jane tak uważa – rzekła Elen. –. Prawdopodobnie to samo myśli o tobie, a może i o mnie. Bo mi się zdaje, że ona żąda od wszystkich wokół, żeby ją bezwarunkowo lubili. I podziwiali.

– A ona ich lubi?

– I tu jest problem.

Czyżby psychologia stanowiła ich rodzinne hobby? – pomyślałam.

– Czym się zajmujesz w Buffalo, Elen? – zapytałam.

– Zadajesz pytania jak Carol. Żadnego respektu dla starszych. – Tonem głosu dała do zrozumienia, że nie mówi tego serio. – Jane na przykład bardzo takich sytuacji nie lubi. Kiedy Carol spytała ją w samochodzie, co robi w Kalifornii, odpowiedziała, że to nie jej sprawa. Jeśli zaś chodzi o mnie, przeciwnie, skoro pytasz, odpowiem. Bob prowadzi firmę, a ja prowadzę dom. Zadowolona?

– Po prostu byłam ciekawa. Jesteś moją taką trochę daleką ciocią, tak czy nie?

– Owszem, tak samo, jak Jane. Ona nawet bardziej.

– Czy musimy ciągle o niej mówić?

Znowu znalazłyśmy się przed wejściem do szpitala. Żadna z nas nie miała ochoty wchodzić do środka. Zawróciłyśmy.

– Przepraszam, ale ja ciągle nie wiem, co jej odpowiedziałaś – stwierdziłam, nawiązując do pytania sprzed chwili.

– Powiedziałam, że jest w błędzie. Że Carol bardzo ją lubi, tylko nie umie tego odpowiednio wyrazić. Powiedziałam więcej: że wszyscy ją polubiliśmy, odkąd się pojawiła, problem w tym, że ona tego nie widzi i nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie. Stąd to jej wrażenie.

– Przecież to nieprawda.

– A jeśli tylko w ten sposób można jej pomóc? Uważa się za odrzuconą i skrzywdzoną. Wydaje się jej, że każdy z nas ją potępia.

– Dziwne to wszystko – podsumowałam.

– Co oni tam tak długo robią? – zastanowiła się głośno Elen. – Może jednak wrócimy do nich?

Nie czekając na odpowiedź, skierowała się do wejścia.

Kiedy zajrzałyśmy do sali Antoniego, znowu zastałyśmy tylko babcię Irminę.

– Gdzie oni są? – zapytałam natychmiast.

– Bob i Jane? – upewniła się babcia. – Poszli do lekarza. Tylko tyle wiem. Ale... – Pokręciła głową i zamilkła.

– Co takiego? – zapytałam, po czym półgłosem poinformowałam Elen, gdzie jest jej mąż i szwagierka.

– Mówiłam, że on wszystko słyszy i reaguje – powiedziała cicho babcia, odwracając głowę. Następnie wstała z krzesełka i przeszła ze mną w kąt pomieszczenia. – Miałam dowód. Kiedy ta Jane powiedziała coś do niego, zaczął szybciej oddychać i ruszał oczami. To nie może być przypadek.

– A co powiedziała?

– Nie wiem, nie rozumiałam. Głos miała żałosny. O coś prosiła, bo mówiła „please”.

– A Bob?

– Powiedział „okej, okej”, „stop” i coś tam jeszcze.

– Musimy się stąd zbierać. Dla nich to już pora lunchu – stwierdziłam.

– Nie ma mowy – zaoponowała babcia. – A jak Tosiek się obudzi i nikogo przy nim nie będzie?

– Ma przecież opiekę medyczną. Zawiadomią nas. Nie możesz tu przebywać na okrągło.

– Bob poprosi, żeby mi pozwolili.

– Obiecał?

– Jeszcze o tym nie rozmawiałam.

Elen stała nieporuszona u szczytu łóżka. Czekała na zakończenie rozmowy.

Wtedy drzwi się otworzyły i weszła pielęgniarka. Powiedziała „sorry” i wyjaśniła, że wszyscy muszą opuścić salę, bo będą przeprowadzane zabiegi.

– Trudno, wychodzimy – powiedziałam.

Przeszłyśmy na korytarz. Przy recepcji natknęłyśmy się na Boba i Jane. Elen wyjaśniła im, co się dzieje w sali Antoniego.

– W takim razie wracamy wszyscy do domu – zarządził Robert i powtórzył to po polsku.

– Ale ja... – próbowała zaprotestować babcia Irmina. – Bob, czy mógłbyś coś zrobić, żebym ja tu...

– Nie ma mowy – odrzekł Bob. – Teraz jemy lunch. Dla ojca jest tu dobra opieka. Jeszcze tu przyjedziemy, potem ja wyjadę.

– A czym wrócimy do domu? – zainteresowałam się.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.