9,99 zł
Schyłek jednego życia stawia pozostałych przed serią dręczących pytań.
Stan wuja Antoniego pogarsza się z dnia na dzień. Na łożu śmierci wypowiada słowa, które otwierają kolejne drzwi w historii rodu Ludwigów. Sekrety narastają lawinowo, a Zuzanna czuje się coraz bardziej zagubiona w gąszczu rodzinnych opowieści i przemilczeń. Tymczasem Irmina wraca pamięcią do własnej młodości i dzieli się z krewną skrywanymi od lat wspomnieniami. Poszczególne elementy układanki wskakują na swoje miejsce – aż wreszcie Zuzanna odkrywa prawdę o Paolu Vecchim. Czyżby jego obecność w Kornelinie od początku nie była przypadkiem? I jak głębokie są jego powiązania z rodziną Ludwigów?
„Anioł albo czort” to dziewiąty tom sagi przedstawiającej historię trzech mieszkanek starej willi Morena.
Willa Morena
Wielotomowa saga o trzech zupełnie różnych mieszkankach willi Morena. Prawie stuletni budynek przechowuje rodzinne tajemnice, a echo przeszłości rozbrzmiewa w drewnianych ścianach. Tymczasem ktoś próbuje odebrać majątek prawowitym właścicielkom.
Zbigniew Zbikowski, właśc. Żbikowski (ur. 1952) – polski powieściopisarz. Absolwent Uniwersytetu Opolskiego. Po studiach pracował krótko jako nauczyciel fizyki. Porzucił nauczanie i zajął się karierą dziennikarską. Publikował w kraju i zagranicą. W latach 2005-2012 był wykładowcą dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Jako powieściopisarz zadebiutował książką „Berlin Blue” w 2012 r. Trzy lata później, jego kolejna powieść „Transprussia” znalazła się w polskim finale Europejskiej Nagrody Literackiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 125
Zbigniew Zbikowski
Saga
Willa Morena 9: Anioł albo czort
Zdjęcia na okładce: Midjourney
Copyright © 2019, 2025 Zbigniew Zbikowski i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727270197
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Dalsze wpatrywanie się w twarz nieprzytomnego wuja Antoniego stało się dla mnie nie do zniesienia. Dotknęłam lekko ramienia babci Irminy i szepnęłam jej do ucha, że wychodzę na korytarz. Jane, która przybyła do szpitala przed południem, już po pięciu minutach czuwania stwierdziła, że z ojcem nie porozmawia, nie ma więc sensu sterczeć przy jego łóżku. Wystarczy, że czuwać będzie personel szpitala, bo zrobi to lepiej i po prostu fachowo. Nie solidaryzowałam się z nią, ale też godzinne trwanie na posterunku, jak to robiła babcia, przekonana, że brat ją słyszy i czuje jej obecność, stanowiło zadanie kłócące się według mnie z poczuciem realizmu.
Wuj, podłączony do kroplówki i aparatury medycznej monitorującej jego stan, oddychał głęboko. Od prawie szesnastu godzin pozostawał bez kontaktu ze światem.
Babcia Irmina dała w milczeniu znak, że to, co szepnęłam, przyjęła do wiadomości. Podeszłam do drzwi i już miałam je otworzyć, gdy spostrzegłam, że ktoś naciska klamkę z drugiej strony. Zamek puścił, między futryną a skrzydłem pojawiła się szpara, ale nikt nie wszedł. Usłyszałam rozmowę dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Robert. Rozmowa toczyła się po angielsku. Rozumiałam piąte przez dziesiąte.
– Przepraszam, doktorze – powiedział Bob. – Co tu może się wydarzyć w ciągu najbliższych godzin? Pytam, bo, wie pan, muszę jakoś zaplanować swój czas.
– Nic się nie wydarzy, o czym byśmy wcześniej nie rozmawiali – odrzekł lekarz. Tak to przynajmniej zrozumiałam. – Taki stan może potrwać tydzień, nawet dwa. Medycyna jest tu właściwie bezsilna, choć, jak pan wie, robimy, co do nas należy.
Zobaczyłam dłoń lekarza na klamce.
– Jeszcze jedno – rzekł Bob. – Czy może być tak, że ojciec odzyska przytomność?
– Może tak się zdarzyć – odparł lekarz. – Na krótko. – Otworzył drzwi na tyle szeroko, że widziałam jego przedramię. Cofnęłam się o krok, żeby mnie nie zobaczył. – Najczęściej jest to jednak zwiastun nieuchronnego końca, niestety. Ale proszę teraz o tym nie myśleć.
– Dziękuję, doktorze – powiedział Bob.
Lekarz uznał wymianę zdań za zakończoną. W otwartych drzwiach ukazała się cała jego sylwetka.
Ruszyłam przed siebie, udając, że właśnie zmierzałam ku wyjściu. Wymieniłam z doktorem jedynie milczące spojrzenie.
Robert stał nieporuszony. Nie odchodził spod drzwi. Spostrzegłszy mnie, poprosił gestem ręki, bym odeszła z nim kawałek w kierunku recepcji.
– Żadnych zmian? – zapytał po angielsku.
– Wejdź, sam zobaczysz – odrzekłam po polsku, po czym dodałam: – Bez zmian. A co mówi lekarz?
– To samo, co kiedyś mówił – oznajmił Bob. – Że takie coś nastąpi. I nastąpiło. Może tak lepiej jest?
– Czyli jak?
– Że on nie ma świadomości. Nie czuje wcale bólu. Jak mówisz? Nieprzytomny?
– Nieprzytomny. Myślisz, że już powiedział nam wszystko, co miał do powiedzenia?
– Nigdy nie da się powiedzieć wszystko. Ty to nie wiesz?
– W normalnych warunkach, jak człowiek nie chce, nie powie i już. Tak zwyczajnie, w życiu, jak na przykład ty do mnie. Nie mówisz wszystkiego i ja to rozumiem. A jak jest, gdy czujesz, że śmierć nadchodzi? Nie wiem. Może wtedy chce się powiedzieć więcej?
– Człowiek chce tak, jak pragnie mieć przebaczenie. Pójdziemy tam? – Wskazał ręką mały dziedziniec przyległy do szpitala.
– Ale, babcia Irmina. – Zawahałam się. – Ona tam sama.
Bob wykonał uspokajający gest.
– Elen już wraca. Ona tylko z Jane jechała do hotelu. I z Carol.
Wyszłam z nim na zewnątrz. Po dziedzińcu spacerowało kilkanaście osób – chorzy i towarzyszące im osoby.
– Pogodzili się? – zapytałam. – Znaczy wujek i twoja siostra. Wczoraj.
– Usiadamy. – Bob pokazał pustą ławkę.
Przysiedliśmy. Robert wsparł łokcie na szeroko rozstawionych nogach i opuścił głowę.
– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz – powiedziałam.
– Ona dziwna jest – rzekł Bob po chwili. – Moja siostra. Ja nie chciałem, żeby ona uciekała do California, żeby już nie spotykać nas. Ale ona była taka... – Pokazał zaciśniętą pieść. – Jak mówicie?
– Zawzięta?
– Taka, że jak powiedziała, to koniec. Rozumiesz? Nie można odwrócić.
– U Ludwigów to nic niezwykłego. Tacy są.
– Naprawdę? Ty taka jesteś?
– Ja? – Spłoszyłam się. – Ja nie jestem na sto procent Ludwiżanką. Ale twój tata? Albo Irmina? A ty sam?
– Jane jest to samo co nasz ojciec. Oni nie mogli rozumieć się. Tata chciał żeby ona była taka druga, ja nie wiem kto. Taka, jak sobie myślał. A ona nie chciała. Nie lubiła być Janka, ani nawet Giovanna, tylko Jane. Miała grać piano. Grała i grała, a potem nie i koniec. Po college tata chciał, żeby ona prawo studiowała na university i też nie poszła.
– Ty zdaje się także miałeś być prawnikiem.
– To później stało się, bo ona starsza, pierwsza. Zapisała na takie studia... – Bob lekceważąco machnął ręką. – Żeby być actress w jakiś teatr albo film. I tam poznała taki boy, co nie podobał ojcu, bo on nie był katolik i nie był biały.
– Ha, widzę, że historia się powtarza – wtrąciłam niepotrzebnie.
Bob zerknął na mnie z ukosa.
– Ty myślisz o Carol i ten jej chłopak? Nie, ja ci mówiłem, że to inaczej jest! – oznajmił, prostując się. – Ja nie myślę tylko to, że on black jest. Wcale nie myślę. Tylko o to, czy on dobry człowiek jest.
– Przepraszam, nie chciałam, mów o Jane – wycofałam się niezręcznie.
– Jane. – Bob znowu się pochylił. – Kiedy z mamą było już źle, i wszystko było u nas źle, my mało rozmawialiśmy jeden i drugi. Każdy miał swoje życie i nie było communication. Ja mogłem więcej rozmawiać z Jane, ale teraz myślę, ja byłem jak mama, taki closed. – Udał, że ściska powietrze między dłońmi.
– Zamknięty w sobie?
– Takie coś. I wtedy nasza mama, wiesz, w tym jeziorze, utopiła i my troje... pfff! – Złożone dłonie rozrzucił gwałtownie. – I wszystko. Teraz Jane wraca i ona całkiem inna osoba jest.
– Ejże! Naprawdę taka inna? – zwątpiłam. – Mnie akurat bardzo pasuje do twojego opisu. Wtedy była taka i teraz też.
– Taka extravaganza?
– Taka jakby inna. Nie zauważyłeś, że w każdym pokoleniu Ludwigów pojawiają się jacyś artyści? Na przykład wujek Antoni. Był muzykiem, podobno całkiem niezłym, grał fajnie jazz, jeszcze w Polsce. I co? Zmarnowany talent.
– Powiem coś, kiedy ja byłem taki, o! – Uniósł dłoń metr nad ziemię, po czym podniósł ją jeszcze pół metra dla uściślenia, jakiego był wzrostu – Dziesięć lat. Ojciec grał, mama śpiewała, pięknie. I on grał z takie combo, nawet jedną płytę nagrali. Potem piano zniknęło, ojciec sprzedał, jak Jane nie chciała. A ty, Zuzanna, nie jesteś artystka?
Nie zdążyłam zaprzeczyć, bo nim otworzyłam usta, ktoś w długiej do połowy łydki wzorzystej sukni stanął na wprost nas, przenosząc na siebie uwagę.
Gdy unieśliśmy oczy, zobaczyliśmy twarz Jane. Odkąd wyjechała ze szpitala z Elen i Carol, minęło najwyżej półtorej godziny. Czyżby w hotelu zmieniła spodnie i bluzkę na suknię?
Robert nie wstał, tylko odchylił się lekko do tyłu. Z szybkiej wymiany zdań między nimi zrozumiałam niewiele. Na pytanie, co się stało, że wróciła, Jane nie odpowiedziała wprost. Stwierdziła, że była tylko się przebrać. Zapytała brata z wyrzutem, dlaczego nie jest u ojca, kiedy „on tam umiera”. Bob rzucił kilka nieznanych mi idiomów i wyjaśnił, że u ojca jest Irmina. Jane oznajmiła, że teraz jest też Elen. Wtedy Robert wstał.
– Porozmawiajmy spokojnie – zaproponował.
– W takim razie ja już pójdę – oświadczyłam i podniosłam się. – Wrócę do babci.
Nie czekając na nic, szybko się oddaliłam. W recepcji pokazałam ochroniarzowi plakietkę gościa i znanymi już korytarzami przeszłam do sali, w której leżał wuj Antoni.
Babcia w czasie mojej nieobecności nie zmieniła nawet pozycji na swoim krzesełku. Dalej wpatrywała się w twarz brata. Elen stała obok niej. Ujrzawszy mnie, zapytała, czy spotkałam Jane. Przytaknęłam. Elen szepnęła mi do ucha, że kiedy dojechały do hotelu, Jane poprosiła, aby chwilę zaczekały, a potem zażądała, by zabrać ją z powrotem do szpitala. Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
– Zaglądał tu doktor – powiedziałam do babci. – Powiedział coś?
– Coś tam – odrzekła. – Ale nie zrozumiałam. Zaraz wyszedł. Może Elen z nim rozmawiała.
Usłyszawszy swoje imię, Elen skierowała spojrzenie na mnie.
– Rozmawiałaś z doktorem? – zapytałam po angielsku.
– Nie, nie – zaprzeczyła. – Tylko Bob z nim rozmawia. On wszystko wie.
– A Jane?
– Jane? – Elen zebrała myśli. – Ona jest jak dzieciak. Wydaje się jej, że czas tu stanął w miejscu, odkąd wyjechała. Ja jej powiedziałam, że to nie jest tak. Że wszystko się odmieniło. Nie może zachowywać się tak, jakby opuściła dom w ubiegłym miesiącu i teraz wystarczy powiedzieć przepraszam, i wszystko będzie w porządku. – Starała się tak dobierać słowa, żebym dobrze ją rozumiała. – Ona jest teraz starsza niż jej ojciec wtedy, kiedy go opuszczała. Nie może myśleć jak ta dziewczyna, która uciekła do Stanów niecały rok po śmierci matki.
– A może ona ciągle jest tą dziewczyną? W psychice.
– Mam wrażenie, że w tym jednym przypadku, gdy chodzi o śmierć matki, na pewno. Żadnych zmian.
Oddech wuja Antoniego stał się nierówny, jego ciało napięło się. Rytmiczne pulsowanie linii na wykresach zostało czymś zaburzone. Babcia odwróciła gniewną twarz.
– Ciii! – szepnęła. – On wszystko słyszy i rozumie. O czym tam gadacie?
Po chwili monitory uspokoiły się.
– Wyjdźmy – zaproponowałam cicho.
Elen poszła pierwsza. Zaraz po wyjściu z sali zauważyłyśmy zbliżających się Roberta i Jane. Jacy oni do siebie niepodobni, pomyślałam. On grubawy, ona wychudzona, on o spojrzeniu otwartym, ona skryta. Tylko ten kolor oczu... A może Antoni i Lucia mieli oczy bardzo podobne?
Szli szybko, w milczeniu, z niechęcią omijając osoby zmierzające korytarzem w przeciwnym kierunku. Zatrzymałyśmy się. Oni, widząc nas, tylko zwolnili.
– Idziemy do taty – oznajmiła Jane, nie zatrzymując się. – Możecie zaczekać?
– Czekamy przed szpitalem – oświadczyła Elen.
Uchwyciwszy jej zdziwione spojrzenie, wyjaśniłam, że brat i siostra odbyli właśnie krótką, ale zapewne ważną rozmowę.
– To znaczy, że Bob przekonał ją, że powinna zmienić nastawienie – zauważyła Elen. – Że ma być dorosła. Mówiliśmy wczoraj o tym.
– Aha, czyli wczoraj nie pogodziła się z ojcem? – podzieliłam się swoim przypuszczeniem, podążając za Elen ku wyjściu. – A dziś już na to za późno.
– Ja nie wiem – odparła Elen. – Nie wiem, o czym mówili, kiedy byli sami, oczywiście nie wiem, co ojciec mówił do księdza i odwrotnie. Bob jest taki...
– Zamknięty?
– Dokładnie. Trzeba mu ciągnąć zęby.
– Proszę?
– Noo... To znaczy... – Elen nie wiedziała, czym zastąpić angielski idiom.
– Wiem. Po polsku mówimy „ciągnąć za język” – oznajmiłam.
– Aha, no tak. Też pięknie. Bob w końcu powie, co ma do powiedzenia, jak się go pociągnie za zęby, albo za język, ale nie zawsze. – Rozmawiając, szłyśmy wolno w kierunku parkingu. – Dziś rano powiedział tylko, że Jane nic nie pojmuje. Że spodziewała się przeprosin i wybaczenia dla siebie, i oczekiwała, że ojciec, umierając, przyzna, że to on doprowadził matkę do śmierci. – Odczekała, aż sobie w myślach przetłumaczę jej słowa. – Sama nie była gotowa, by prosić o wybaczenie. Może nagle coś się zmieniło, może zrozumiała, że popełniła błąd? Rozumiesz, co mówię?
Elen po raz pierwszy, odkąd się spotkałyśmy, próbowała rozmawiać ze mną szczerze o sprawach rodzinnych. Odebrałam to jako rodzaj wyróżnienia. Pomyślałam, że widocznie potrzebowała czasu, by mnie lepiej poznać.
– Rozumiem – potwierdziłam i rozejrzałam się. – A dlaczego Carol nie jest z nami? Była tu przecież.
– Pojechała ze mną i Jane do hotelu. Kiedy Jane oznajmiła mi, że chce wrócić do ojca, poprosiłam Carol, żeby została w mieście. Czułam, że Jane chce mi coś powiedzieć bez świadków.
– I?
– Zadzwoniłam do Boba, a on powiedział, żeby podrzucić Carol do domu, bo ma dla niej zadanie.
– Ale co z Jane? Rzeczywiście miała ci coś ważnego do powiedzenia?
– Właściwie nie. Zapytała tylko, dlaczego Carol jej nie lubi.
– A nie lubi?
Elen przystanęła, odwróciła się na pięcie i spacerowym krokiem Sophi Loren ruszyła w przeciwną stronę. Ja z nią.
– Bob wyraża się o tobie bardzo dobrze, wiesz? – rzekła po kilku krokach. – Mówi, że byłabyś mu pomocą w Ameryce.
– Och, jak zwykle przesadza. Dlaczego to mówisz?
– Sama nie wiem. On zna się na ludziach. Prowadzi business. Wie, komu zaufać.
– Co to za business?
– Nie wiesz? Logistyka. Zaopatruje restauracje w różne towary.
– Nie wiedziałam. Babcia wspominała tylko, że Bob zajmuje się handlem. A to taki handel! Waszą restaurację w Rochester, to znaczy tę, o którą jest spór, też zaopatruje?
Elen uśmiechnęła się niewyraźnie.
– Tu jest konflikt.
– Konkurencja działa?
– Nie tylko, ale można tak powiedzieć.
– I nie ma z nią żartów? – Nie słysząc odpowiedzi, postanowiłam natrzeć mocniej. – Czy dlatego twój mąż nie ma konta na Facebooku, a Carol ma zakaz wrzucania do sieci swoich zdjęć?
Elen położyła dłoń na moim ramieniu.
– Naprawdę jesteś bystra – powiedziała. – Nie ma w tym przesady.
– A jaki jest powód konfliktu?
– Wybacz, Bob byłby niezadowolony, gdybyśmy o tym rozmawiały. A gdyby jeszcze się dowiedział...
Jak miałby się dowiedzieć? Czy ona mu o wszystkim mówi? Ale jak nie na ten temat rozmawiać, to nie.
– Czyli Carol nie lubi Jane – stwierdziłam po chwili.
– Tylko Jane tak uważa – rzekła Elen. –. Prawdopodobnie to samo myśli o tobie, a może i o mnie. Bo mi się zdaje, że ona żąda od wszystkich wokół, żeby ją bezwarunkowo lubili. I podziwiali.
– A ona ich lubi?
– I tu jest problem.
Czyżby psychologia stanowiła ich rodzinne hobby? – pomyślałam.
– Czym się zajmujesz w Buffalo, Elen? – zapytałam.
– Zadajesz pytania jak Carol. Żadnego respektu dla starszych. – Tonem głosu dała do zrozumienia, że nie mówi tego serio. – Jane na przykład bardzo takich sytuacji nie lubi. Kiedy Carol spytała ją w samochodzie, co robi w Kalifornii, odpowiedziała, że to nie jej sprawa. Jeśli zaś chodzi o mnie, przeciwnie, skoro pytasz, odpowiem. Bob prowadzi firmę, a ja prowadzę dom. Zadowolona?
– Po prostu byłam ciekawa. Jesteś moją taką trochę daleką ciocią, tak czy nie?
– Owszem, tak samo, jak Jane. Ona nawet bardziej.
– Czy musimy ciągle o niej mówić?
Znowu znalazłyśmy się przed wejściem do szpitala. Żadna z nas nie miała ochoty wchodzić do środka. Zawróciłyśmy.
– Przepraszam, ale ja ciągle nie wiem, co jej odpowiedziałaś – stwierdziłam, nawiązując do pytania sprzed chwili.
– Powiedziałam, że jest w błędzie. Że Carol bardzo ją lubi, tylko nie umie tego odpowiednio wyrazić. Powiedziałam więcej: że wszyscy ją polubiliśmy, odkąd się pojawiła, problem w tym, że ona tego nie widzi i nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie. Stąd to jej wrażenie.
– Przecież to nieprawda.
– A jeśli tylko w ten sposób można jej pomóc? Uważa się za odrzuconą i skrzywdzoną. Wydaje się jej, że każdy z nas ją potępia.
– Dziwne to wszystko – podsumowałam.
– Co oni tam tak długo robią? – zastanowiła się głośno Elen. – Może jednak wrócimy do nich?
Nie czekając na odpowiedź, skierowała się do wejścia.
Kiedy zajrzałyśmy do sali Antoniego, znowu zastałyśmy tylko babcię Irminę.
– Gdzie oni są? – zapytałam natychmiast.
– Bob i Jane? – upewniła się babcia. – Poszli do lekarza. Tylko tyle wiem. Ale... – Pokręciła głową i zamilkła.
– Co takiego? – zapytałam, po czym półgłosem poinformowałam Elen, gdzie jest jej mąż i szwagierka.
– Mówiłam, że on wszystko słyszy i reaguje – powiedziała cicho babcia, odwracając głowę. Następnie wstała z krzesełka i przeszła ze mną w kąt pomieszczenia. – Miałam dowód. Kiedy ta Jane powiedziała coś do niego, zaczął szybciej oddychać i ruszał oczami. To nie może być przypadek.
– A co powiedziała?
– Nie wiem, nie rozumiałam. Głos miała żałosny. O coś prosiła, bo mówiła „please”.
– A Bob?
– Powiedział „okej, okej”, „stop” i coś tam jeszcze.
– Musimy się stąd zbierać. Dla nich to już pora lunchu – stwierdziłam.
– Nie ma mowy – zaoponowała babcia. – A jak Tosiek się obudzi i nikogo przy nim nie będzie?
– Ma przecież opiekę medyczną. Zawiadomią nas. Nie możesz tu przebywać na okrągło.
– Bob poprosi, żeby mi pozwolili.
– Obiecał?
– Jeszcze o tym nie rozmawiałam.
Elen stała nieporuszona u szczytu łóżka. Czekała na zakończenie rozmowy.
Wtedy drzwi się otworzyły i weszła pielęgniarka. Powiedziała „sorry” i wyjaśniła, że wszyscy muszą opuścić salę, bo będą przeprowadzane zabiegi.
– Trudno, wychodzimy – powiedziałam.
Przeszłyśmy na korytarz. Przy recepcji natknęłyśmy się na Boba i Jane. Elen wyjaśniła im, co się dzieje w sali Antoniego.
– W takim razie wracamy wszyscy do domu – zarządził Robert i powtórzył to po polsku.
– Ale ja... – próbowała zaprotestować babcia Irmina. – Bob, czy mógłbyś coś zrobić, żebym ja tu...
– Nie ma mowy – odrzekł Bob. – Teraz jemy lunch. Dla ojca jest tu dobra opieka. Jeszcze tu przyjedziemy, potem ja wyjadę.
– A czym wrócimy do domu? – zainteresowałam się.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
