Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 386 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wilk zwany Romeo - Nick Jans

Wilk zwany Romeo to prawdziwa historia wyjątkowego czarnego wilka, który spędził siedem lat wśród ludzi i psów w Juneau na Alasce – żył na krawędzi społeczności i codziennie angażował się w nieprawdopodobny, inspirujący międzygatunkowy taniec. Dzięki niemu dzikość została postawiona w nowym świetle.

Kiedy Romeo pokazał się po raz pierwszy, Nick Jans i inni obywatele Juneau byli ostrożni, ale gdy zaczął w bezpiecznej odległości przyłączać się do narciarzy w ich codziennych przebieżkach, bawić się z miejscowymi psami albo po prostu w ciche popołudnia kłaść się w słońcu blisko Nicka, Jans i reszta mieszkańców Juneau zaakceptowali Romea, podobnie jak on ich.

Po części wspomnieniowa, po części poruszająca opowieść o dzikim zwierzęciu w jego naturalnym otoczeniu, po części zaś wycieczka mówiąca o mistyce, tradycji, nauce i historii wilków, Wilk zwany Romeo to książka, której żaden miłośnik zwierząt nie powinien przegapić.

 

Nick Jans jest wielokrotnie nagradzanym pisarzem, fotografem i autorem wielu książek, w tym The Grizzly Maze. Jest też redaktorem magazynu „Alaska”. Pisał do różnych gazet, w tym do „Rolling Stone” i „Christian Science Monitor”. Mówi o sobie:

Urodziłem się jako syn zawodowego dyplomaty i pierwszych dwanaście lat życia spędziłem za granicą: najpierw w Palermo, potem w Wiedniu, a na końcu z Tajlandii. Mój tata był amerykańskim konsulem w Udorn Thani, niegdyś specjalnej bazie operacyjnej CIA w Laosie, a później w północnym Wietnamie. Do szkoły średniej chodziłem w Waszyngtonie, a w 1977 roku ukończyłem wydział literatury angielskiej w Colby College w Waterville w stanie Maine. Choć przeważnie mieszkałem w miastach, zawsze marzyłem o życiu pośród dzikiej przyrody. W 1979 roku wyjechałem na Alaskę. Po wyprawie, którą odbyłem w kanu – przepłynąłem ponad tysiąc dwieście kilometrów – osiadłem w odległej wiosce Inuitów w górnym biegu rzeki Kobuk w północnej, arktycznej części Alaski, trzysta kilometrów od jakiejkolwiek ważnej drogi. Pomagałem przewodnikowi myśliwych, a potem zostałem nauczycielem. Uczyłem inupiackie dzieci w miejscowej szkole. Ale moja pierwsza miłość zawsze była pozornie nieograniczona: dziki kraj, który mnie otaczał, i stworzenia, które w nim mieszkały. W ciągu dwudziestu lat życia w tym regionie pokonałem dziesiątki tysięcy kilometrów dziczy łodzią, kanu, pieszo, na nartach i skuterem, często samotnie. W 1986 roku zapisałem się na kurs pisania na University of Washington i zostałem zawodowym fotografem przyrody i pisarzem. Na przestrzeni tych lat napisałem jedenaście książek i setki artykułów dla wielu czasopism. Moje teksty trafiły także do wielu antologii. Od wielu lat jestem redaktorem „Alaska Magazine” i regularnie pisuję dla „USA Today”. Obecnie mieszkam w stojącym na odludziu domu w okolicach Haines Highway w południowo-wschodniej części Alaski – z żoną Sherrie i czterema psami.

Opinie o ebooku Wilk zwany Romeo - Nick Jans

Fragment ebooka Wilk zwany Romeo - Nick Jans

Tytuł oryginału A WOLF CALLED ROMEO
Przekład ADAM PLUSZKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja GRAŻYNA MASTALERZ
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ANNA SIDOREK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Mapa LAURIE CRAIG
Zdjęcia na okładce oraz we wnętrzu książki © Nick Jans z wyjątkiem tych na stronach: 172 – fot. David Willson, 183 – fot. Hugh Lade, 224 – fot. Joel Bennett, 302 – dowód rzeczowy w alaskańskim sądzie pierwszej instancji, 328 – fot. Michael Penn / Juneau Empire
Łamanie | manufaktu-ar.com
A Wolf Called Romeo Copyright © 2014 by Nick Jans Copyright © for the translation by Adam Pluszka Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65586-61-2
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Pamięci Grega Browna

1950–2013

Przyjaciela wszystkich żywych stworzeń

.

Albowiem człowiek nie powinien oceniać zwierzęcia.

W świecie starszym i bardziej kompletnym niż nasz żyją gotowe i kompletne, obdarzone doskonalszymi zmysłami, które my straciliśmy albo których nigdy nie mieliśmy, żyją wśród głosów, których nigdy nie usłyszymy. Nie są braćmi, nie są sługami, to inne narody połączone ze sobą sieciami życia i czasu.

Henry Beston, The Outermost House

.

Pierwsze spotkanie Romea i Dakoty

Prolog

– Jesteś pewien? – westchnęła Sherrie.

Moja żona spojrzała przez ramię w stronę kojącego blasku bijącego z naszego domu stojącego nad brzegiem jeziora, a potem popatrzyła przed siebie: w zapadającym zmierzchu na lodzie stał czarny wilk. Okutani dla ochrony przed mrozem południowo-wschodniej Alaski, na spacer zabraliśmy ze sobą tylko jednego z naszych trzech psów – żółtą labradorkę Dakotę, która zawsze była doskonale ułożona i reagowała na komendy, gdy stykała się z dzikimi zwierzętami, niezależnie od tego, czy chodziło o niedźwiedzia czy ursony.

Pomimo zrozumiałej tremy Sherrie czuła się tak podekscytowana, że niemal wyskakiwała ze skóry. Po tych wszystkich latach nieudanych prób oto jest: jej pierwszy wilk. Doskonale, pomyślałem, i to łatwiej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Ale kiedy ruszyliśmy dalej po lodzie, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Wilk, zamiast patrzeć zza linii drzew, co kilka razy robił w mojej obecności, zaczął po łuku truchtać w naszą stronę. Po chwili sadził susy, śnieg bryzgał spod jego łap. Otworzył paszczę. Przyciągnąłem Sherrie do siebie i chwyciłem Dakotę za obrożę. Wyostrzył mi się wzrok, zatrzeszczały synapsy. W ciągu kilkunastu minionych lat widziałem niejednego wilka, niektóre z bardzo bliska, i nie wpadałem w panikę. Ale każdy, kto twierdzi, że na widok szarżującego wilka nie poczuł kopa adrenaliny – nie mając broni, niczego, czym można by obronić bliskich – albo jest durniem, albo kłamie.

W kilka uderzeń serca znalazł się czterdzieści metrów od nas. Stał sztywno, miał podniesiony wysoko ogon i wlepiał w nas nieruchome spojrzenie – postawa dominująca, co wcale nas nie uspokajało. Nagle, wydając krótkie skomlenie, Dakota szarpnęła i oswobodziła się z uchwytu dwóch palców, które zaczepiłem o obrożę, po czym pognała prosto na wilka. W jej głosie zabrzmiała nuta rozpaczy. Sherrie wołała ją raz za razem, ale ona nie reagowała. Zahamowała z poślizgiem i zatrzymała się kilka długości ciała od wilka, wyprężyła się, ogon sterczał jej poziomo. Opadły nam szczęki, bo wilk obniżył ogon na tę samą wysokość. Patrząc na tę dwójkę, po raz pierwszy mogłem dostrzec, jaki ten wilk jest wielki. Dakota, krępa, standardowo umięśniona labradorka, ważyła jakieś dwadzieścia pięć kilogramów. Czarny wilk górował nad nią, musiał ważyć ponad dwa razy więcej. Same jego głowa i szyja miały wielkość jej tułowia. Sześćdziesiąt kilogramów, pomyślałem. Może więcej.

Podszedł do niej na sztywnych łapach, ona też ruszyła. Nawet jeśli słyszała nasze wołania, nie dała tego po sobie poznać. Była skupiona i milcząca – zupełnie inna od tej radosnej labradorki, którą znaliśmy. Wydawała się na wpół zahipnotyzowana. Przyglądali się sobie, jakby każde z nich starało się odgrzebać w pamięci niemal zapomnianą twarz. To była jedna z tych chwil, kiedy czas wstrzymuje oddech. Podniosłem aparat i zrobiłem zdjęcie.

Cichy trzask migawki, zupełnie jakby ktoś pstryknął palcami, uruchomił świat na nowo. Wilk zmienił pozycję. Postawił uszy i zastrzygł nimi, wykonał krótki skok w przód, skłonił się na przednich łapach, a potem odchylił i podniósł łapę. Dakota, krążąc, przysuwała się bliżej, ogon wciąż sterczał jej poziomo. Wlepiali w siebie wzrok. Kiedy ich nosy dzieliło może trzydzieści centymetrów, znów nacisnąłem spust migawki. Dźwięk ponownie złamał zaklęcie. Dakota w końcu usłyszała głos Sherrie i ruszyła w naszym kierunku, odwracając się tyłem, przynajmniej na razie, do tego zewu wolności, który mogła poczuć. Przez długie minuty staliśmy z nią, cicho popiskującą, u boku, i patrzyliśmy w kierunku przystojnego ciemnego nieznajomego, który wpatrywał się w nas i także cicho skamlał. Ciszę przecinał piskliwy lament. Zupełnie zbici z tropu szeptaliśmy do siebie, zastanawiając się, co tak właściwie zobaczyliśmy i co to znaczyło.

Ale zaczynało się ściemniać – musieliśmy iść. Wilk stał i patrzył, jak odchodzimy. Opuścił ogon, a po chwili uniósł pysk ku niebu i zawył przeciągle, jakby cierpiał. W końcu pobiegł na zachód i zniknął między drzewami. Kiedy szliśmy do domu pośród gęstniejących ciemności zimowego wieczoru, na łuku nieba zamigotały pierwsze gwiazdy. Lodowiec za nami odbijał echem niskie wycie wilka.

Po tym pierwszym bliskim spotkaniu w grudniu 2003 roku ów dziki czarny wilk stał się częścią naszego życia – nie tylko przelotnym kształtem w mroku, ale istotą, którą poznaliśmy na przestrzeni lat równie dobrze jak on nas. Byliśmy sąsiadami, to na pewno. I choć niektórzy mogą z tego drwić, także przyjaciółmi. To historia utkana ze światła i mroku, nadziei i smutku, strachu i miłości, i może z krztyny magii. To opowieść o naszych czasach na tym kurczącym się świecie, ta, którą muszę opowiedzieć – przede wszystkim dla siebie. Późno w nocy wypełnia chwile między uderzeniami serca, budzi mnie. Ubierając ją w słowa, wiem, że ani się od niej nie uwolnię, ani jej nie zrozumiem. Chcę po prostu najlepiej jak umiem zgromadzić wszystkie fakty, rozważania i pytania pozostawione bez odpowiedzi. Po wielu latach będę przynajmniej wiedział, że to nie był sen i że kiedyś istniał wilk, na którego mówiliśmy Romeo. Oto jego historia.

1. Wilk!

grudzień 2003

Wybrałem się na swój zwykły popołudniowy wypad na biegówkach po Jeziorze Mendenhalla[1]. Był początek grudnia, tuż za domem. Na wprost majaczyła błękitna bryła Lodowca Mendenhalla, otoczonego ostrymi, pokrytymi śniegiem szczytami – McGinnisa, Stroller White, Mendenhall Towers, Bullarda i Thunder – lśniącymi na niebiesko w zimowym świetle. Moim najbliższym towarzyszem był oddalony o jakieś dwa kilometry turysta. Koncentrując się na rytmie kroków, niemal przeoczyłem linię śladów przecinających moją trasę. Wystarczył jednak rzut oka – i to on sprawił, że stanąłem jak wryty i zawróciłem, aby spojrzeć na nie jeszcze raz.

To niemożliwe.

A jednak.

Podpis Romea – powłóczył lewą tylną nogą

Tropy wielkości mojej dłoni, większe i bardziej romboidalne niż psie, odciski przednich i tylnych łap niemal dokładnie do siebie pasujące, wszystkie ułożone w łagodny wzór, który w ciągu minionych dwudziestu lat życia w arktycznej dziczy widywałem wiele razy, tysiące kilometrów na północ. Delikatnie dotknąłem jednego śladu. Płytki, miękki jak piórko – sprzed najwyżej kilku godzin.

Wilk. Właśnie tu, na obrzeżach granicy miasta Juneau, stolicy stanu. Jasne, byliśmy na Alasce. Ale nawet w Wielkim Kraju, jak mówią na nią Aleuci, w jednym ze swoich ostatnich światowych bastionów, Canis lupus, wilk szary, występuje dość rzadko – według szacunków stanu jest od siedmiu tysięcy do dwunastu tysięcy osobników, średnio mniej niż dwie setne wilka na każdy kilometr kwadratowy prawie dwumilionowej powierzchni Alaski. Większości tutejszych, nawet tych mieszkających w najbardziej odległych wsiach, zdarza się przez całe życie nie zobaczyć ani jednego ani nawet nie usłyszeć echa wycia. W Juneau, trzecim co do wielkości mieście stanu, z populacją przekraczającą trzydzieści tysięcy ludzi, biolodzy i mieszkańcy, którzy sporo chodzili po okolicy, wspominali czasem o watasze, która biegła na południe brzegiem Zatoki Berners, przez pole lodowe Mendenhalla, w kierunku doliny Taku, ogromnego obszaru porośniętego lasami deszczowymi, pełnego postrzępionych gór, pól lodu i podziurawionych szczelinami lodowców. Kiedy Sherrie i ja na tarasie naszego nowo zbudowanego domu, postawionego na styku przedmieść i dzikiej przyrody, słyszeliśmy od czasu do czasu ciche wycie, uważaliśmy się za szczęściarzy. Świeży trop wilka prowadzący do jeziora – najpopularniejszego placu zimowych zabaw całego miasta – był wielkim wydarzeniem.

Kilka minut przyglądałem się odciskom, które wiły się od niedaleko położonego wejścia na szlak West Glacier ku labiryntowi ścieżek, bobrzych tam i krzaczastego lasu, znanych jako jezioro Dredge. Zwierzę mające ogromne łapy (nawet jak na wilcze standardy) bardzo wyraźnie powłóczyło tylną lewą nogą. Powstawała charakterystyczna bruzda. W drodze powrotnej rozglądałem się, jakbym oczekiwał, że odciski łap jednak mi się przywidziały. Ale nie, wciąż tam były. Podążyłem wzdłuż nich do linii drzew i znalazłem miejsce, w którym świeże tropy pokryły się ze starszymi: prowadziły do owalnego zagłębienia, w którym zwierzę leżało. Kręciło się tam co najmniej od kilku dni, od poprzednich opadów śniegu.

Po powrocie do domu podzieliłem się nowinami z Sherrie. Choć przytakiwała, wiedziałem, że nie bardzo mi wierzy. A może to jakiś bezpański pies? Albo kojot, przecież widzieliśmy takiego na jeziorze. Przeniosła się z Florydy na Alaskę piętnaście lat wcześniej niż ja i przemierzyła tysiące kilometrów tego niewyobrażalnie ogromnego stanu, aby zobaczyć wilka, lecz nigdy nie dostrzegła nic więcej niż mignięcie futra. Teraz mieliśmy świeże tropy niecały kilometr od drzwi i dwadzieścia minut samochodem od rezydencji gubernatora. Prawdę mówiąc, sam sobie nie dowierzałem, nawet kiedy wróciłem, żeby popatrzeć jeszcze raz.

Dwa dni później w obłokach pary moczyłem się w wannie z gorącą wodą na naszym tarasie na tyłach domu i starałem się pozbyć bólu w barku, kiedy dostrzegłem na lodzie ciemny kształt. Nawet z daleka nie pomyliłbym kłusującego wilka z żadnym zwierzęciem: biegł z prostym grzbietem, niemal płynął. Wyskoczyłem z wody, byle jak się wytarłem i rzuciłem po sprzęt narciarski. Dziesięć minut później szusowałem wzdłuż zachodniego brzegu jeziora, a nasze trzy psy deptały mi po piętach. Wiedziałem, że psy – stali towarzysze, nasza własna wataha – będą się trzymać blisko, więc ściskałem smycz tylko najmłodszego, tak na wszelki wypadek. Nie łudziłem się, że zobaczę coś więcej niż odległy majak wilka, a i tak musiałbym mieć szczęście.

Tuż za zakrętem, za miejscem, które tutejsi nazywają Big Rock, ponieważ wznosi się tam wysoki na trzy metry granitowy głaz, pozostałość po lodowcu – wystaje z płycizny zatoki na zachodnim brzegu – spotkałem dwie roztrzęsione kobiety z psami. Mówiły, że przez ostatnie osiemset metrów śledził je ogromny czarny wilk. Skupiony i gotowy na wszystko, podszedł niepokojąco blisko – pokazały mi, że to było sześć metrów – a potem, kiedy zamachały rękami i krzyknęły, odszedł.

– Dokąd? – zapytałem.

Wskazały na północ i pobiegły w stronę parkingu, a psy za nimi. Pojechałem na nartach dalej i po jakimś kilometrze na tle drzew dostrzegłem kształt, który musiał być tym samym zwierzęciem: stało tyłem i oglądało się za siebie.

Wilk! Poczułem dreszcz w piersi, tak przenikliwy jak wtedy, gdy po raz pierwszy spotkałem to zwierzę ponad dwie dekady wcześniej. Moje dwa labradory i blue heeler doskonale wiedziały, że to nie bezpański husky. Nawet dobrze ułożony Gus, czarny labrador, dawny przewodnik, którego krótko przedtem adoptowaliśmy, zjeżył sierść i zawarczał głucho. Dakota, nasza wspaniała prawie biała suczka, zaskomlała. Chase, roczna sunia blue heelera (psy tej rasy hodowane są do pilnowania stad przed takimi stworzeniami), podniosła przenikliwy alarm, kiedy wilk pobiegł w stronę zarośli.

Choć szanse zmniejszały się z każdą chwilą, pognałem z powrotem do domu. Zabrałem zestaw fotograficzny oraz statyw i zamknąłem psy w domu. Smutno przyklejały nosy do szyby. Dysząc, wróciłem do ujścia potoku, gdzie zniknął wilk. Stał tam, ciemny kształt na tle głębokiego śniegu. Musiał zauważyć, że się zbliżam, ale zamiast uciec – tego się spodziewałem – zwolnił, wciągnął w nozdrza powietrze i zwinął się w kłębek w pobliżu kępy olch, jakby postanowił się zdrzemnąć. Od chwili gdy go zauważyłem podczas kąpieli, wszystko to wydawało się surrealistyczne.

Pomyślałem, że teraz, kiedy mnie widzi, nie mam szans na dobre zdjęcie. Mimo to przykręciłem największy teleobiektyw, odpiąłem narty, zdjąłem z ramienia statyw, rozstawiłem go i zapadłem się w śnieg po kolana, po czym zacząłem majstrować przy sprzęcie, walcząc z pokusą spojrzenia na wilka. Przypomniało mi się, co mi kiedyś powiedział ekolog doktor Tom Smith: że zwierzę, które się wpatruje i zbliża do innego osobnika, może przekazywać w ten sposób trzy wiadomości: chcę cię przegonić, chcę cię zjeść, chcę się z tobą sparować – wszystkie trzy niepokojące. Wiedziałem też, że szerokie, gapiące się oko obiektywu aparatu i podekscytowany fotograf za nim tylko potęgują poczucie zagrożenia.

Wlokłem się z pochyloną głową, a kiedy tylko spojrzał w moją stronę, zatrzymywałem się i siadałem na długie minuty. Gdy dzieliło mnie od niego kilkaset metrów, ziewnął, przeciągnął się i przeszedł kilka kroków, ale po chwili znów się położył. Choć nawet postępującym najbardziej etycznie fotografom przyrody, gdy nadarza się niezwykła okazja, zdarza się od czasu do czasu pozwolić sobie na więcej, i choć wilk nie okazywał zdenerwowania ani się nigdzie nie wybierał, oparłem się pokusie wkroczenia na jego teren zbyt głęboko. Skończyło się na zbliżaniu międzygatunkowym w tempie dwóch kroków na godzinę, a przez większość tego czasu siedziałem i patrzyłem w przeciwną stronę, a nawet odwracałem się i cofałem. W końcu dzieliło nas jakieś siedemdziesiąt metrów, głównie dzięki temu, że zbliżył się do mnie co najmniej dwa razy. Ustawiając sprzęt, ze wszystkich sił starałem się utrzymać aparat prosto i choć dyszałem, udało mi się zrobić serię zdjęć w niebieskim gasnącym świetle dnia – wilk patrzył na drugą stronę jeziora, a potem podniósł pysk i zawył na tle przyprószonych śniegiem drzew. Potem zniknął w chaszczach szaleju, a ja w zapadającym zmierzchu poszusowałem do domu. Czułem się jak gwiazda „National Geographic”.

Sherrie właśnie wróciła z pracy i z zakupów. Kiedy jej o tym opowiedziałem, oczywiście oszalała. „Co masz na myśli? Ty naprawdę...”. Oczywiście, że chciała pójść, natychmiast. Jest prawie ciemno, zauważyłem. Czarny wilk, czarna noc i zimno jak w psiarni. Ale pojedziemy jutro wieczorem, jak tylko wróci do domu. Staliśmy na dworze i nasłuchiwaliśmy wycia, ale nic nie usłyszeliśmy. Może już czmychnął z powrotem w głąb stanu, odszedł na dobre.

Następnego dnia o świcie poszedłem nad jezioro, przeświadczony, że mam małe szanse znów go zobaczyć. Ale niech mnie diabli! Zjawił się jak na zawołanie, na prawo od miejsca, gdzie go widziałem poprzedniego dnia: przy linii drzew w zatoce, za Big Rock, niedaleko szlaku West Glacier. Tym razem wydawał się jednak znacznie bardziej wilczy. Nie wyglądało na to, że znów ma ochotę, żebym do niego podszedł. Usiadłem i zacząłem mu się przyglądać przez lornetkę. Koleś (na pewno samiec, widziałem, jak podnosi łapę, żeby oznaczyć zapachem zaśnieżony pniak) nie był byle jakim wilkiem. Spośród jakichś stu osobników, które (nieraz cudem) udało mi się zobaczyć w Arktyce, ten się wyróżniał – miał doskonałe proporcje: szeroką głowę i mocną klatkę piersiową. Bez punktu odniesienia nie dało się dokładnie stwierdzić, jaki jest duży, ale z pewnością należał do tych ogromnych. Wyglądał na zadbanego, miał piękne, czarne i błyszczące futro, zupełnie jakby właśnie wrócił ze złotym medalem zdobytym na wystawie w Westminsterze. W sumie nigdy nie widziałem doskonalszego osobnika tego gatunku.

Jeśli się wie, czego szukać, nie da się pomylić wilka z psem. To coś więcej niż wielkość lub waga. Wilki są inaczej zbudowane – mają dłuższe nogi, prostsze kręgosłupy, masywniejsze szyje, bardziej puszyste ogony i grubsze, wielowarstwowe futro. Charakterystyczne są także posuwiste, oszczędne ruchy i tropy. Ale prawdziwa różnica między wilkiem a psem jest w oczach. W oczach psa widać inteligencję i zaangażowanie, ale kiedy wilk przyszpili cię nieruchomym spojrzeniem, czujesz się tak, jakbyś się znalazł w polu rażenia lasera. Ta niepokojąca intensywność wwierca się i zdaje oceniać samą twoją istotę. Głębokie bursztynowe tęczówki czarnego wilka miały w sobie tę moc, ale emanowało z nich coś, czego nigdy nie poczułem w obecności żadnego innego dzikiego wilka: spokojna akceptacja mojej obecności. Większość napotkanych wilków, nawet tych, które podchodziły do mnie z ciekawości, zachowywała przesadną czujność. Były gotowe zniknąć za horyzontem z powodu jednego podejrzanego ruchu, najdelikatniejszego niewłaściwego zapachu. W zasadzie niemal każdy dziki wilk, którego spotkałem, uciekał, kiedy tylko wyczuł obecność człowieka, czasami z odległości półtora lub więcej kilometra, i odbiegał na tyle daleko, żeby mi zniknąć z pola widzenia. Z drugiej strony niektóre wilki albo inne przyzwyczajone do ludzi zwierzęta na obszarach chronionych lub naturalnie dzikich potrafią niemal zupełnie ignorować nierzucających się w oczy ludzi i zajmować się sobą, jak gdyby obserwatorzy nie istnieli. W rzadkich przypadkach wilk – zwykle młodszy lub taki, który nigdy wcześniej nie zetknął się z ludźmi – z zuchwałej ciekawości może zechcieć nas zbadać. Tropiąc wilki wraz z myśliwymi z plemienia Inupiaków po zachodniej stronie Gór Brooksa, a także oglądając je jako fotograf, pisarz i przyrodnik, obserwowałem pełen zakres ich zachowań. Ale ten był inny. Leżał i patrzył – ani wstrząśnięty, ani niezainteresowany. Jakby mnie badał w tym samym stopniu co ja jego, jakby próbował przewidzieć, co zrobię. I bez względu na to, co mu chodziło po głowie, to, co zrobię ja, a wraz ze mną reszta mojego gatunku, było zasadniczym pytaniem.

Jedno nie podlegało kwestii: Sherrie musiała go zobaczyć, zarówno ze względu na mnie, jak i na siebie. W końcu na pierwszej randce, przed wielu laty, obiecałem jej patrzenie na wilki, i choć kilka razy zdarzyło nam się podejść blisko, nigdy nie udało się podejść wystarczająco blisko. Nie można zaplanować obserwowania wilków, podobnie jak nie da się zaplanować, czy się w kimś zakocha. Kiedy wróciła z pracy, zapadał zmierzch. Wznosił się ciemną chmurą od linii horyzontu. Nie musiałem jej mówić, żeby się pospieszyła. Natychmiast włożyła kurtkę, spodnie narciarskie i buty. Wzięliśmy ze sobą tylko Dakotę – Chase, nasza blue heelerka, reagowała zbyt nerwowo, jeśli jakiś nieznany pies podchodził za blisko, a delikatny Gus był doskonałym opiekunem – i skierowaliśmy się w stronę jeziora. Dwadzieścia minut później zaledwie kilkaset metrów od naszych tylnych drzwi w szarościach zimowego wieczoru zobaczyliśmy czarnego wilka – właśnie to spotkanie rozpoczyna tę historię. Po wielu latach, wiedząc to, co wiem teraz, zamykam oczy i czuję, jak obraz tej chwili wiruje wokół mnie niczym podmuch śniegu. Nie będzie odwrotu.

W ciągu kolejnego tygodnia to, co uznawaliśmy za normalne życie, zatrzymało się z piskiem. Sherrie chodziła do pracy, zaciskając zęby na knykciach, dzwoniła, żebym jej zdawał relacje z kolejnych spotkań, i gnała do domu, żeby na kilka minut przed zmrokiem pójść nad jezioro. Zawalałem pracę i kolejne dedlajny, naczynia piętrzyły się w zlewie, kończyły się nam jajka. Nie mieliśmy czasu do stracenia. Ślady na śniegu wskazywały na to, że czarny wilk zatrzymał się w okolicy na dłużej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Oczywiście byliśmy tak cholernie podekscytowani, że kusiło nas, aby rozpaplać wszystkim naszym przyjaciołom i dopuścić ich do tajemnicy: „Chodźcie, zobaczycie wilka!”. Znaliśmy takich, którzy dostaliby gęsiej skórki na widok starych tropów, nie mówiąc już o choćby dwusekundowym mignięciu tego, kto je zostawił.

Uznaliśmy, że im mniej osób wie, tym lepiej. Jedno słowo w niewłaściwym gronie i cała sprawa może się zmienić w dziki cyrk ze złym zakończeniem. Wtajemniczyliśmy naszą lokatorkę z parteru i bliską przyjaciółkę, Anitę (codziennie wyprowadzała swoje dwa psy na spacery nad jeziorem i musiała wiedzieć), i mojego starego kumpla Joela Bennetta, godnego zaufania filmowca przyrody, któremu przed wieloma laty pomagałem jako przewodnik, gdy robił film o karibu i wilkach w dolinie Kobuk. Oboje przysięgli trzymać język za zębami. Każde z nich najpierw spotkało wilka z nami, a później wiele razy na własną rękę.

Przed pierwszymi porannymi wypadami zamykałem psy w domu: kumple czy nie, wyszkolone czy nie, to oczywiste, że fotografowanie przyrody i psy nie idą w parze. Chciałem być całkowicie skupiony, a nawet najbardziej posłuszny pies jest po prostu kolejnym ruchomym obiektem, który może sprawić, że podejście do okazu – lub, co o wiele lepsze, jego zbliżenie się – staje się trudniejsze. Dzikie zwierzęta potrafią liczyć, że tak powiem, i nie lubią być w mniejszości. Poza tym psy pojawiają się na radarze większości zwierząt jako drapieżniki. W zasadzie – zostało to udokumentowane – gdy dochodzi do spotkania człowieka z wieloma gatunkami zwierząt, w tym z niedźwiedziami grizzly, łosiami i wilkami, psy są czynnikiem, jak mówią biolodzy, agonistycznym (związanym z walką lub rywalizacją). Zostawiając to wszystko na boku, zawsze miałem najwięcej szczęścia i przeżywałem najciekawsze doświadczenia sam, również bez ludzkiego towarzystwa.

Przyszedł zimny front. W połączeniu z nadchodzącym przesileniem zimowym oznaczało to tylko kilka godzin słońca nad górami i poranne temperatury poniżej zera – mimo wszystko łagodniejsze niż tam, gdzie mieszkałem poprzednio, w dolinie Kobuk, daleko na północy. Ale i tak było zimno. Zarówno sprzęt fotograficzny, jak i zniszczone od mrozu palce podnosiły bunt, ale uparłem się i zrobiłem wszystko, żeby jedno i drugie działało jak najlepiej. Po tych wszystkich latach zamarzającego potu i zniszczonego w Arktyce sprzętu miałem tylko trzy warte pokazania fotografie wilka. Na resztę, w sumie kilkadziesiąt prób, składa się zbiór czmychających włochatych zadków, i żeby je zobaczyć, trzeba spojrzeć przez szkło powiększające. Aby zrobić zwierzęciu przyzwoity portret – nawet jeśli się ma dobry teleobiektyw i sprzęt najwyższej klasy – trzeba się znaleźć kilkadziesiąt metrów od niego, a dzikie wilki to zawsze trudny temat. Większość moich spotkań z wilkami można mierzyć uderzeniami serca. Równie dobrze mógłbym oglądać rozwiewający się w powietrzu dym. Teraz jednak było zupełnie inaczej.

Czarny wilk już zyskał moją dozgonną wdzięczność: nie zgrywał Houdiniego zawsze, kiedy mnie widział. Mimo to dało się odnieść wrażenie, że jakiś niesamowity instynkt każe mu znikać i stawać poza kadrem za każdym razem, gdy światło robi się w miarę przyzwoite. Marzyły mi się doskonałe zdjęcia, ale też nie chciałem go spłoszyć. Zezując przez bazookę sześciusetmilimetrowego teleobiektywu mojego nikona, z ręcznym ustawianiem ostrości, później wzmocnionym telekonwerterem, i starając się nie zaparować wizjera ani nie chybotać statywem, cykałem zdjęcia na boleśnie długim czasie naświetlania. Kolekcjonowałem rosnący stos klatek przedstawiających ciemną, zdecydowanie nieostrą sylwetkę na tle błękitnobiałego krajobrazu. Chociaż moje pierwsze fotograficzne wysiłki profesjonalista uznałby za porażkę, byłem więcej niż zachwycony, że oglądam wilka, i choć mogłoby chodzić o każdego wilka, mój zachwyt coraz bardziej dotyczył tegowilka – patrzyłem, jak się porusza, dokąd chodzi, co robi.

Któregoś z tych pierwszych dni przysiadłem nad brzegiem jeziora. Dopiero świtało. Obserwowałem go z daleka, w nadziei, że zdecyduje się ruszyć w moją stronę, jak wcześniej. Nagle odwrócił głowę, spojrzał na jezioro, nastawił uszy. Zbliżał się narciarz – kobieta z kłusującym tuż obok mieszańcem husky. Pobiegł w ich stronę. Patrzyłem, wstrzymując oddech. Kilka dni wcześniej „Juneau Empire” opublikował na pierwszej stronie artykuł o wilkach zagryzających psy w granicach miasta Ketchikan, kilkaset kilometrów na południe. Mimo że uwertura z Dakotą była przyjazna, teraz zastanawiałem się, czy będę świadkiem rzezi na żywo. Wilk to wilk: nie miałem żadnych złudzeń, co może zrobić, żeby przeżyć. Może dlatego tam był – zasmakował w świeżych udkach napchanego chrupkami spaniela.

Wilk się zbliżył, a pies wyrwał się na spotkanie. Stanęli nos w nos, ogony opuszczone, grzbiety nastroszone. Choć mieszaniec husky był solidnie zbudowany, różnica wielkości porażała. Wilk mógł złapać w paszczę te niecałe trzydzieści kilogramów kuzyna niczym kiełbasę, potrząsnąć i złamać mu kręgosłup, a potem odbiec z bezwładnie zwisającą ofiarą. Oba zwierzęta stały w napięciu.

I wtedy się zaczęło. Wilk się skłonił, a następnie z nieważką gracją baletnicy wyskoczył w górę. Zawisł w powietrzu, wykonał pół piruetu i spłynął ku ziemi. Pies, w porównaniu z nim niezdecydowany i niezdarny, dołączył. Patrzyłem z otwartymi ustami. Pacały się łapami i napierały na siebie otwartymi pyskami zupełnie jak roczniaki, a wilk co jakiś czas wykonywał zaprzeczające grawitacji skoki i piruety. W jego ruchy wstąpił artystyczny entuzjazm, wykraczający poza grę. Wyglądał, jakby świętował. Albo tańczył. Kobieta oparła się o kijki i patrzyła: skupiona, ale zrelaksowana, dziwnie spokojna, przekonana, że i ona, i jej pies są bezpieczni.

W Arktyce przyjaciele opowiadali mi o samotnych nieagresywnych wilkach podążających za psimi zaprzęgami albo o takich, które kilka minut albo kilka dni kręciły się przy ich chatkach, zwłaszcza wczesną wiosną podczas parowania, kiedy młodym, dojrzałym wilkom zdarza się opuścić macierzystą watahę i stworzyć własną. Ci wędrowcy w naturalny sposób szukają swojego gatunku, psy zaś stają się substytutem, zwłaszcza dla młodych i samotnych. Mojemu przyjacielowi Sethowi Kantnerowi przy jego chacie nad rzeką Kobuk kilka razy pokazała się czarna wadera. Najwyraźniej chciała się zaprzyjaźnić z wielkim półdzikim psem zaprzęgowym, Worfem – pies nie miał jednak na to ochoty. Kiedy się pojawiała, znosił wszystkie swoje kości w jedno miejsce, kładł się na nich i warczał. Inupiakowie, wśród których mieszkałem, mówili, że ich przodkowie co jakiś czas krzyżowali linie krwi swoich psów zaprzęgowych. Prawdopodobnie było to również nieuniknione, gdy wilk wślizgiwał się w grupę uwiązanych psów i znajdował chętną samicę. Echa wilka można dostrzec u wielu husky żyjących w górnych biegach rzek Kobuk i Noatak, zwłaszcza u tych większych, pracujących w starym stylu – u takich jak Worf.

Czarny kolor sierści to dowód, że dzikie i udomowione psowate się mieszają. Przełomowe badania markerów genetycznych przeprowadzone w 2007 roku przez międzynarodowy zespół biologów, finansowane przez National Science Foundation, dowiodły, że czarne lub ciemno umaszczone wilki (często spotykane w Ameryce Północnej, bardzo rzadkie w Europie i Azji) są owocem krzyżówek z udomowionymi psami należącymi do rdzennych Amerykanów i że do takich krzyżowań dochodziło już tysiące lat temu. Chodzi nie tylko o wilki podchodzące do ludzkich osad po to, żeby się rozmnożyć, lecz także o psy, które uciekły i zdziczały, jak ten opisany przez Jacka Londona. Mieszanie się psów i wilków odbywa się do dziś, zarówno z inicjatywy człowieka, jak i przez przypadek. Tak więc ten czarny wilk był żywym, oddychającym dowodem na wieloletni, trwający wciąż przepływ genów między gatunkami.

No i dobrze. Łączenie się w pary między gatunkami – zrozumiałe. Chwilowe wspólne włóczęgi – jasne. Trochę wąchania i socjalizowania się – dlaczego nie? Ale zabawa? Te akrobacje tańczącego z psami wyglądały jak żywcem wyjęte z filmu Disneya. Po chwili pies nagle stracił zainteresowanie i poszedł sobie coś powąchać, jak gdyby on i wilk nie mówiły tym samym językiem i jakby znudziło mu się wertowanie rozmówek. Truchtem wrócił do swojej pani. Wilk odszedł, a ja podjechałem do niej na nartach. Potraktowała to wszystko naturalnie i ze szczyptą New Age’u. Och, zapewniła, spotykają go co jakiś czas od wielu dni i od początku „chciał się bawić”. Czy to pierwszy wilk, którego spotkała? O, tak. I był raczej starą duszą.

Duszą sruszą, takie rzeczy po prostu się nie zdarzają – nie na Alasce, nigdzie. Równie dobrze mógłbym się natknąć na gadającą brukiew. Ale próby uświadomienia jej, jakie to było niezwykłe, nie miały sensu. Poza tym filozofia kryjąca się za jej postawą przypominała tę: co się zdarza, po prostu się zdarza, a zastanawiając się jak i dlaczego, można przegapić moment. Mój stary innuicki towarzysz polowań Clarence Wood skarcił mnie kiedyś za skłonność do nadinterpretowania. Przewrócił oczami i mruknął zirytowany:

– Za dużo myślisz o pierdołach.

Tak czy siak, znacznie mniej byłem zainteresowany jej interpretacją niż wilkiem, który w tym czasie rozmywał się na tle wierzb nad brzegiem jeziora, jakiś kilometr od nas. Kiedy dobiegł do krawędzi lodu, położył się: głowa w górze, przednie łapy wyprostowane – spokojna, otwarta pozycja. Kobieta z psem skierowała się na parking, a ja ostrożnie ruszyłem w stronę wilka. Skróciłem dystans do jakichś stu metrów, po czym ustawiłem statyw i aparat i zacząłem strzelać foty. Oczywiście wiedziałem, że próby zrobienia przyzwoitego zdjęcia półleżącego wilka z tej odległości i w słabnącym świetle są równie daremne co próby wykurzenia świstaka ze stosu kamieni. Ale nawet marna szansa uchwycenia wilka w naturze jest kusząca, więc w dwadzieścia minut zmarnowałem trzy rolki profesjonalnego filmu (nie miałem jeszcze cyfrówki). Wszystkie miały trafić do kosza, a mimo to pstrykałem zdjęcie za zdjęciem. Większość zawodowców, których znam, zrobiłaby to samo.

W drodze do domu wałkowałem wszystko w głowie. Chyba dostrzegłem pierwszy błysk światła, który mógł wyjaśnić tajemnicę. Może to psy były dla tego koleżki główną atrakcją. Z powodu zimna i stosunkowo świeżego lodu nie widywało się na jeziorze zbyt wielu narciarzy i zwierząt, a ja, żeby unikać ludzi, wybierałem się na narty wcześnie rano i późnym popołudniem, więc z pewnością dochodziło do innych spotkań między nim a innymi psami, może podobnych do tych z Dakotą czy tamtym mieszańcem husky newage’owej kobiety. Z drugiej strony nie skakał z każdym. No i widziałem wiele psów i ludzi przecinających jezioro, którym nie towarzyszył albo którym przyglądał się z daleka (oni przez większość czasu go nie widzieli). Może też brano go za psa (co zdarzało się wielokrotnie). Ale z jakiegoś powodu kilka dni wcześniej podszedł do dwóch kobiet i ich psów, następnego dnia do mnie, Sherrie, Dakoty i co najmniej kilkakrotnie do tej kobiety z husky. Język jego ciała każdorazowo mówił, że to interakcja społeczna, i wilk nigdy nie okazywał choćby cienia agresji. To, że się zbliżał, i to, jak blisko, prawdopodobnie zależało od człowieka i okoliczności – od bodźców fizycznych, nastroju i niuansów zrozumiałych tylko dla niego. Poza wieloma innymi sprawami wilki są mistrzami w rozpoznawaniu intencji. Ta ogólna myśl przypomniała mi o czymś ważnym: musiałem przyhamować, cofnąć się i trochę odpuścić, zrezygnować z tego, czego chciałem – a przynajmniej myślałem, że chcę.

Kilka dni później wciąż tam był i wydawało nam się, że wyparuje w ciągu następnej nanosekundy. Zbliżało się Boże Narodzenie, a my zarezerwowaliśmy tygodniowy wyjazd na meksykańską plażę. To Sherrie zaproponowała, żeby go odwołać. Bez sensu, powiedziała, żeby gdzieś jechać, skoro mamy to, tu i teraz. Trzeba ją znać, tę wrażliwą na mróz dziewczynę z Florydy, nietolerującą ciemności wilgotnych lasów deszczowych strefy umiarkowanej, aby zrozumieć, z czego rezygnowała. Ja już zdążyłem wykopać swój sprzęt do nurkowania i japonki. Ale decyzja przyszła nam z łatwością. Puerto Vallarta za rok będzie tam, gdzie teraz. Wilk nie. To, co się działo, było cholernie blisko życiowej szansy każdego miłośnika przyrody. Jeśli możemy zobaczyć wilka jeszcze kilka razy, powiedzieliśmy sobie, warto zostać.

W tamtych dniach wszystkimi naszymi rozmowami zawładnął jeden temat: wilk. Co się z nim dzieje? Skąd przyszedł i jak to się stało, że pojawił się akurat tutaj? Zobaczenie samotnego wilka nie jest niczym niezwykłym. W zasadzie ponad połowa moich spotkań z wilkami na przestrzeni lat, podobnie jak większość z tysięcy tropów, na które się natknąłem, dotyczyła pojedynczych zwierząt – choć samotnych prawdopodobnie tylko przez krótki okres. Wilki są z natury stworzeniami społecznymi, silnie związanymi z watahą, z którą polują, socjalizują się, wspólnie wychowują młode i bronią terytorium. Pomimo zażyłości poszczególne osobniki lub pary często wyruszają na samotne łowy lub patrolują terytorium watahy – czasem kilka godzin, a czasem kilka dni. Ten wilk mógł równie dobrze przywędrować z gór, może zamierzał dołączyć do swojej rodziny.

Mógł też być jednym z tych młodych, samotnych osobników szukających partnerek i terytorium, na którym mógłby stworzyć własną watahę. Ten z pewnością wyglądał na młodzieńca. Wskazywało na to zarówno to, jak się zachowywał, jak i jego budowa – był tykowaty, trochę głupkowaty – dla kogoś, kto wiedział, na co patrzeć – i miał doskonałe, niezużyte zęby. Nie urodził się zeszłej wiosny (gdyby miał sześć czy siedem miesięcy, nie biegałby sam i nie byłby tak wielki). Musiał mieć co najmniej półtora roku, w każdym razie nie więcej niż dwa lata – świetny opis zaginionego wilka, prawda? Podobny do opisów uciekających z domu nastolatków.

Nie tylko młodym, ale też dorosłym wilkom, członkom watahy o ustalonej pozycji, zdarza się opuszczać stado z przyczyn, których możemy się jedynie domyślać. Część samotnie przemierza ogromne odległości pchana jakimś kaprysem. Badania przeprowadzone na Alasce z wykorzystaniem obroży telemetrycznych wykazały, że samotny wilk (znaczna większość z nich to młode samce) rutynowo przemierza odległości od czterystu osiemdziesięciu do sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. Biolog z Departamentu Rybołówstwa i Łowiectwa Jim Dau mówi:

– Dane wskazują na duże prawdopodobieństwo, że niektóre osobniki mogą przemierzać osiemset lub więcej kilometrów.

Niedawno w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych wilk OR-7 wyruszył na samotną, rejestrowaną za pomocą GPS-u włóczęgę przez zachodni Oregon i północną Kalifornię. Przeszedł kilka tysięcy kilometrów. Stał się krajową sensacją i zyskał naśladowców. Wilk z lodowca przebył prawdopodobnie znacznie krótszą drogę. Z drugiej strony nie był zwykłym wilkiem z Archipelagu Aleksandra – osobniki należące do podgatunku Canis lupus, zamieszkujące zwykle południowo-wschodnią Alaskę, Kolumbię Brytyjską i przybrzeżne wyspy, są dosyć drobne, nie ważą więcej niż trzydzieści pięć kilogramów. Ten wilk był o ponad połowę większy, co wskazywało, że pochodzi z innego miejsca – ze środkowej części Alaski i Kanady. Tamtejsze wilki należą do największych na świecie. Ich geny najwyraźniej udoskonaliły się dzięki polowaniom na łosie w kraju, w którym występuje głęboki śnieg. Niewykluczone, że pokonał tysiące kilometrów i że przyszedł z południa, tak jak ja ze swoich starych terenów w górnym biegu Kobuku. A może po prostu przebiegł czterdzieści kilometrów przez Góry Nadbrzeżne i lodowiec Juneau od strony kanadyjskiej. Jeśli chodzi o umaszczenie, wilki bywają i czarne, i niemal śnieżnobiałe. Przeważają (jak sama nazwa gatunku wskazuje) różne odcienie szarości z wmieszanymi w grube wielowarstwowe futro plamami jasnego brązu, czerni i bieli. Może nawet pięćdziesiąt procent wilków z Archipelagu Aleksandra – bardzo dużo w porównaniu z resztą kraju – ma ciemne umaszczenie, począwszy od kruczoczarnego. Znów mamy tu do czynienia z ujawnieniem się markera genetycznego krzyżówki psa i wilka. Prawdopodobnie nakładają się na to naturalne konsekwencje zamieszkiwania ciemnych lasów deszczowych. Tak więc uznałem, że kolor tego wilka może się wiązać z jego tutejszymi korzeniami, ale jego wielkość sugeruje, że pochodzi skądinąd.

Odłożyłem te dociekania na bok. Była jeszcze jedna teoria wyjaśniająca jego obecność. W marcu 2003 roku inny czarny wilk – ciężarna wadera – został potrącony i zabity przez taksówkę. Wilczyca przebiegała przez Glacier Spur Road mniej niż cztery kilometry od naszych drzwi. Zamknięto ją w szklanej gablocie w informacji turystycznej przy Lodowcu Mendenhalla, utrwaloną w zupełnie niewilczej pozie i ze szklistym spojrzeniem. Mogła być – i było to nawet prawdopodobne – spokrewniona z tym naszym. Niewykluczone, że czarny wilk, którego widywaliśmy, zdecydował się zostać i poszukać zaginionej matki, siostry lub partnerki.

Bez względu na to, skąd pochodził, wybrał niebezpieczne miejsce: przedmieścia skraju Alaski. Za plecami miał góry i pola lodowe rozciągające się w poprzek Gór Nadbrzeżnych i w dół, ku suchym terenom głębi Kanady, a na północy i południu, po alaskańskiej stronie granicy, odległą nadmorską, prawie pionową linię lasów deszczowych. Mógł wybrać dowolny kierunek, a tymczasem został w świecie dziwnych widoków, dźwięków i zapachów: samochodów i samolotów, pudełek pełnych ludzi, świateł, rozbrzmiewającego hałasu i stale rosnącego labiryntu asfaltu rozlewającego się w stronę wybrzeża. Mógł pójść prawie wszędzie i gdyby tylko chciał, przez resztę życia nas unikać.

Co innego, kiedy po okolicy wałęsają się niedźwiedzie czarne, podjadające ptakom nasiona i rozbebeszające niezabezpieczone śmieci niczym ponadwymiarowe szopy. W Juneau, nawet w centrum miasta, niedźwiedzie występują tak powszechnie, że większość mieszkańców jest czujna, ale niemal się nie niepokoi, kiedy natyka się na niedźwiadka na ganku. Jest znacznie bardziej prawdopodobne, że sięgną po aparat niż po broń. Prawie nikt się nie kłopocze, żeby zadzwonić na policję albo do Departamentu Rybołówstwa i Łowiectwa. W historii Juneau nie ma żadnej wzmianki o tym, żeby ktoś został ranny, a tym bardziej rozszarpany przez niedźwiedzia czarnego. Niedźwiedzie brunatne, znane jako przybrzeżna odmiana grizzly, są o wiele bardziej niebezpieczne, zwłaszcza gdy ktoś je zaskoczy z bliska. Poprzedni właściciel Gusa, Lee Hagmier, jako nastolatek stracił wzrok w wyniku ataku niedźwiedzia brunatnego. Stało się to pod koniec lat pięćdziesiątych zaledwie sześć kilometrów od naszego domu. Jednak mieszkańcy Juneau tolerują je na obrzeżach miasta, o ile składają tylko grzecznościowe wizyty, i to niezbyt często. Przez dwa minione lata jesienią w okolicach jeziora Dredge łaziła matka z niemal dorosłym młodym. Nie sprawiała żadnych kłopotów. Było tylko kilka niepotwierdzonych oskarżeń i codziennie ciągnął tam tłum ludzi z psami. Rzadko podnosiły się głosy oburzenia lub żądania, żeby niedźwiedzia zastrzelić, ponieważ stwarza zagrożenie.

Tymczasem samo słowo wilk wywołuje falę bezrozumnego, pierwotnego lęku. Ten obezwładniający strach wydaje się ściśle związany z naszą zbiorową podświadomością, z jakąś mętną, na wpół zapomnianą przeszłością: one nas jedzą. I nie ma znaczenia, że ta fobia w znacznie mniejszym stopniu opiera się na faktach niż na emocjach, podsycanych przez tych, którzy obserwowali wilki krótko – albo nie obserwowali ich wcale – głównie przez szczerbinkę strzelby lub z drugiego końca łańcucha. Ale niezależnie od tego, jakie się ma doświadczenia z wilkami, jest w nich coś, co wciska w naszej zbiorowej psychice trochę zardzewiały przycisk. Taki odruch nie bierze się znikąd. Być może tysiące lat temu albo jeszcze wcześniej było inaczej. Poddanie się temu lękowi wynika z ekonomicznych i emocjonalnych obaw o stworzenia uznawane za nasze: żywy inwentarz, nasi milusińscy oraz zwierzyna, na którą polujemy, żeby mieć co jeść albo dla sportu.

Doskonałe drapieżniki, symbol czystej, bezkompromisowej dzikości, wilki, i coś, co nazywamy cywilizacją, w chłodnych terminach logiki wzajemnie się wykluczają. Podczas gdy nasza mitologia, podania ludowe i bajki dla dzieci pełne są uprzejmych i kochanych niedźwiedzi, od Kubusia Puchatka po misia Yogi, ich wilcze odpowiedniki nie istnieją. Czerwony Kapturek, Trzy małe świnki albo opowiadane historie barowe od Montany po Ukrainę odmalowują wilki jako coś wrogiego, przyczajonego na krawędzi koszmaru. Z powodu w dużej mierze apokryficznych opowieści o pożerających ludzi watahach, które zasadzają się na wędrowców, porywają dzieci i tak dalej, w większości krajów Europy wilki znalazły się na najlepszej drodze do wyginięcia. Odludzie było mrocznym, złym i straszliwym miejscem, włościami szatana, któremu służyły wilki. Nic dziwnego zatem, że kiedy nasi przodkowie zdobywali Nowy Świat, robili w nim dokładnie to samo co w Starym.

Lewis i Clark podczas wędrówki przez kontynent na początku XIX wieku znaleźli nieprzebraną obfitość zwierząt kopytnych i wilków, żyjących w symbiozie z rodzimymi łowcami-zbieraczami, którzy czcili, a nie przeklinali wilka. Opisali swoje spotkania na wielkich zachodnich równinach z nieagresywnymi wilkami i zupełnie nie widzieli w nich zagrożenia dla bezpieczeństwa ludzi. Pomimo hordy niedoświadczonych pionierów, która wkrótce ruszyła na zachód (z pewnością bez sensu strzelając do każdego wilka, który znalazł się w zasięgu ich wzroku), relacji o wilkach atakujących ludzi lub im zagrażających trafiało się zadziwiająco niewiele, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę powszechnie występującą w literaturze tamtego okresu melodramatyczną przesadę. Jednakże z powodu utraty siedlisk i zmniejszającej się liczby ofiar drapieżników – co nastąpiło w wyniku polowań człowieka – niektóre wilki żywiły się nowo sprowadzonymi zwierzętami. Osadnicy i hodowcy bydła wdrożyli program całkowitego rozwiązania problemu, popierany przez wszystkich – od podrzędnych urzędników aż po władze federalne. Uznano go za konieczność. Tyle że zwyczajne zabijanie wilków na wszystkie możliwe sposoby – w tym odstrzał, zastawianie stalowych pułapek i podrzucanie zatrutej przynęty – nie wystarczało. Bywały często poddawane pomysłowym torturom, które przypominały najgorsze epizody ludobójstwa. Palono je żywcem, wleczono do śmierci za koniem, podkładano im mięso naszpikowane haczykami, wypuszczano z zaszytymi pyskami i penisami.

Przykład bezmyślnej i absolutnej nienawiści, która wyniknęła z tego antywilczego pogromu, widać w relacji słynnego ornitologa i przyrodnika Johna Jamesa Audubona z 1814 roku. Podczas swoich podróży Audubon spotkał farmera, który złapał trzy wilki w wykopaną przez siebie pułapkę, po tym jak zginęło kilka jego zwierząt. Audubon patrzył, jak farmer wskakuje do dołu uzbrojony jedynie w nóż, przecina wilkom ścięgna w nogach (ku zdumieniu Audubona skuliły się i nie stawiały oporu), wiąże je liną, a następnie wypuszcza swoje psy, żeby rozszarpały bezbronne zwierzęta na strzępy. Nie tylko mnie, ale każdemu, kto widział ranne lub uwięzione wilki, trudno uwierzyć, żeby mogły nie okazywać agresji. O wiele bardziej wymowne jest to, że Audubon nie skomentował sadystycznego zachowania farmera. Milczące przyzwolenie człowieka – który stał się legendą obrońców przyrody na całym świecie – pozwala spojrzeć na sposób myślenia ludzi w tamtym okresie. Jak pisał historyk społeczny Jon T. Coleman: „Audubon i farmer dzielili przekonanie, że wilki zasługują nie tylko na śmierć, ale także na karę za to, że żyją”.

Rzeź trwała dalej. Na Zachodzie ostatnimi niezłomnymi były przebiegłe, nieustannie „wyjęte spod prawa” wilki o barwnych imionach. Za ich głowy wyznaczano nagrody. O tym, jak umieją się wymykać obławom, opowiadano legendy. Mimo to padały jeden po drugim. Na początku 1940 roku pogrom niemal się dokonał. Ostało się kilka niewielkich terenów, gdzie wilcze populacje przetrwały, w tym skrawki ziemi w północnej Minnesocie, Wisconsin i Michigan. Służyły za mgliste przypomnienie o tym, że kiedyś zasięg ich występowania obejmował praktycznie całą Amerykę Północną.

Od lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych minionego wieku ożywione zainteresowanie ochroną naszych kurczących się dzikich ostępów wraz z nieprzemijającą fascynacją wilkami doprowadziły do udanej reintrodukcji wilka na niewielkich obszarach ich niegdysiejszego występowania, w szczególności w Parku Narodowym Yellowstone, choć nie bez gorzkiego sporu, który jakoś nie chce zaniknąć – w zasadzie na początku tego wieku wydaje się narastać, wraz ze wzrostem liczebności i zasięgu występowania wilków. Znów idzie w świat zaciekła antywilcza wieść, którą rozpowszechniają współcześni zachodni farmerzy i duże firmy agrobiznesowe, a bębenka podbijają lobbyści sportów łowieckich, którzy krzyczą, że wilki, pozostawione samopas, pożrą wszystko na swojej drodze (w tym siebie), aż nic nie zostanie. Tyle że pomijają, rzecz jasna, kwestię, dlaczego ta apokalipsa, dokonane przez wilka spustoszenie, nie ziściła się wiele tysięcy lat temu. Nie istnieją żadne naukowe dowody na to, że wilki, w przeciwieństwie do nas, kiedykolwiek doprowadziły do wyginięcia jakiegoś gatunku. Oczywiście żaden z antywilczych adwokatów nie nadmienia, że niekontrolowana rzeź i redukcja siedlisk to nie dzieło wilków, ale ludzi, którzy przyczynili się do końca wielkich stad bizonów, jeleni i łosi, o czym pisali Lewis i Clark.

Współczesne, dobrze