Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
44 osoby interesują się tą książką
Astrid, córka jarla Tromsø, zna tajemnice narodzin, przyjmuje porody i leczy kobiety. Tymczasem ojciec przygotowuje ją do małżeństwa, a brat za wszelką cenę chce się jej pozbyć z osady. Szansą na ucieczkę staje się Gunnar, wikiński kupiec o przeszłości równie tajemniczej jak jego dalekie wyprawy. Wspólnie ruszą na daleką Północ, do bezkresnej krainy Saamów. Wśród ośnieżonych fiordów, lodowatych wiatrów i zorzy polarnej będą się musieli zmierzyć nie tylko z surową naturą, ale także z oczekiwaniami rodu, który wyznaczył Astrid drogę życia.
Saga o wilczym rodzie to opowieść o przeznaczeniu zapisanym we krwi i o wyborach, które mogą odmienić losy bohaterów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 289
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by Sara Weber
Copyright for this edition © 2026 by Axis Mundi
redaktor prowadzący: Marta Szelichowska
redakcja: Agnieszka Sabak
korekta: Anna Piechota
korekta techniczna: Basia Borowska
projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
zdjęcie autorki: Archiwum prywatne Autorki
ilustracje wewnątrz: © marina_ua @ Adobe stock
wydanie i
isbn print: 978-83-8468-018-6
isbn e-book: 978-83-8468-019-3
isbn abonament: 978-83-8468-020-9
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.
Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Wilcza krew
DAGAZ – PRZEBUDZENIE
Halla* płonęła od blasku świec, które oświetlały ściany okryte futrami niedźwiedzi. Oczy obecnych zwrócone były na niskiego, niemłodego już skalda o donośnym głosie. Zwał się Runnar. Spod kaptura wychylała się jego błyszcząca, naga głowa. Stare, pokryte pęcherzami dłonie nie zapowiadały donośnego, dźwięcznego głosu, niosącego się wśród ław suto zastawionych jadłem i napitkiem. Szybko ustały rozmowy, a uwaga zebranych przeniosła się na pieśniarza, który stanął na niewielkim stołku i spoglądał w kierunku mojego ojca siedzącego na wysokim krześle wyłożonym wilczymi futrami. Ten uniósł do ust kielich wypełniony trunkiem, wypił do dna, a pusty upuścił na ziemię. Metal brzdęknął o posadzkę.
– Słuchajcie, mężni wikingowie! – zaczął Runnar. – Nie każda krew w tej halli jest tak wyjątkowa jak ta, która płynie w żyłach jarla Eryka i jego potomstwa!
Wszyscy słuchali z zaciekawieniem.
– Było to w czasach tak dawnych, że bogowie jeszcze stąpali po ziemi, a w Żelaznym Lesie rodziły się nieujarzmione i srogie wilki. Żyła tam wilczyca imieniem Hrafnhildur, o oczach jak bursztyn i sercu mającym dar przewidywania losu. Ta mądrość nijak się miała do brutalności i przebiegłości jej braci. Pewnej zimy zraniona przez złe istoty, cała we krwi i ledwo żywa zawędrowała do domostwa jarla, który jej nie wygnał, ale patrząc w dobre oczy dzikiego zwierzęcia, opatrzył, a potem podał jadło i wodę, niczego nie żądając w zamian. Po kilku dniach odpoczynku wilczyca spojrzała mu w twarz i rzekła: Twoja dobroć nie zginie, bo połączy się nasza krew. Dzieci twoje będą miały oczy i serce wilka. Kto z naszego rodu wyjdzie, w żyłach jego płynąć będą odwaga i upór, a jego serce nigdy nie zlęknie się ciemności.
Runnar przerwał, a Eryk, potężny jarl Tromsø i mój ojciec, rzucił mu pod nogi sakiewkę pełną monet. Skald momentalnie ją pochwycił i pospiesznie schował w głębokich kieszeniach opończy.
– Tak powstał wilczy ród – kontynuował – który jarl Eryk rozsławia mądrością, jego syn Asbjørn odwagą, a córki Astrid, Dotta i Hrefna urodą, której zazdrości im sama bogini Freja!
Mój oddech przyspieszył, mimo że znałam opowieści naszego rodu na pamięć. Słowa wędrownych pieśniarzy zawsze wywoływały we mnie szybsze bicie serca. Ukradkiem spojrzałam na ojca siedzącego na wysokim krześle jarlów Tromsø. Drewniane oparcie ozdabiała rzeźbiona głowa wilka, przypominająca mitycznego Fenrira, potomka boga Lokiego i wiedźmy Angerbody.
– Sprawił się dobrze, córko, ten skald, którego imienia jak zwykle zapomniałem. Przypomnisz? – zapytał ojciec, nieco zamroczony kielichami, które pił jeden za drugim z łapczywością młodego wilczka. Oparty na łokciu wodził wzrokiem po halli.
– Zwą go Runnar, ojcze – powiedziałam. – Nie pomnę, ile razy był gościem na naszych ziemiach. Postarzał się jednak.
– A gdzie się podziewa twój braciszek Asbjørn, Astrid? – Klasnął w dłonie. – Znów ugania się za dziewkami?
– Nie wiem. – Wzruszyłam ramionami, bo zupełnie mnie nie obchodziło, co robi Asbjørn. Znając życie, pewnie spał gdzieś pijany.
– Wiesz, że zbliża się czas, byś wybrała sobie jakiegoś mężczyznę na wspólne życie? Wprawdzie to wbrew tradycji, ale złożyłem twojej zmarłej matce obietnicę, że nie przymuszę cię do zamążpójścia. Spójrz na jarlów, na ich synów. Zawieś oko na którymś z nich i daj znak. – Chwycił mnie upierścienioną dłonią za łokieć.
– Dobrze, ojcze – skinęłam posłusznie głową, ale wcale nie chciałam szukać sobie męża wśród tych opojów zgromadzonych w halli.
– Czekam, kogo wybierzesz. – Spojrzał na mnie mętnym wzrokiem. – Chcę mieć wnuki! – Huknął, uderzając kielichem w ławę.
– Najwaleczniejszy z jarlów północy wciąż wie, jak wyprawiać wspaniałe uczty. – Wysoki wiking o przenikliwym spojrzeniu uderzył się w pierś, stając naprzeciwko mojego ojca. Widziałam go po raz pierwszy.
Psy leżące mi u nóg czujnie podniosły głowy, a potem zaczęły warczeć.
– Svart, Ulf, spokój – nakazałam cicho. Obydwa natychmiast usłuchały.
– Niech bogowie obdarzą cię długim życiem – ciągnął młodzieniec.
– Skąd pochodzisz? – zapytał ojciec, pod stołem klepiąc mnie delikatnie po udzie, ale nie zareagowałam, udając, że nie wiem, o co chodzi.
– Przybywam z daleka, dostojny jarlu Eryku. Z południa. Nasza wioska została napadnięta i doszczętnie spalona. Znam twój kraj z opowieści braci, wszak bogactwo Tromsø znane jest w całej Norwegii.
– Jak cię zwą? – zapytałam, nie patrząc na ojca. Chciałam sprawiać wrażenie zaciekawionej.
– Jørund Olafsson. Jestem gościem waszego sąsiada.
Ojciec skinął głową z aprobatą. Znał jarla Magnusa nie od dziś, byli w podobnym wieku i wiele lat razem polowali na foki. Wielokrotnie mi o tym opowiadał.
– Po co przybyłeś na ziemie mroźnej północy, młodzieńcze? Znasz się na handlu? Wyprawiasz się na wiking? – dopytywał przybysza.
Młody wiking zerknął na mnie niepewnie.
– Sam Odyn przyprowadził mnie do Tromsø, widziałem dwa kruki fruwające nad fiordem.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam coraz bardziej ciekawa, czego pragnie od mojego ojca ten wiking. Miał bystre oczy, ale widać było, że wyrwał się biedzie w ostatniej chwili – spodnie i koszula łatane w wielu miejscach po wielokroć, żadnych pierścieni ani nawet obręczy. Nędza wychodziła każdą stroną dziurawych butów.
– Chciałbym ci służyć, panie. – Jørund ukłonił się nisko.
Rozejrzałam się po halli pełnej biesiadników pogrążonych w gwarze rozmów. Służba donosiła jadło, pod którego ciężarem ławy się uginały. Półmiski pełne były mięsiwa, a dzbany pitnego miodu i piwa. Powietrze przesycała woń dymu z pochodni, jakby sam bóg Loki igrał wśród ognia, gotów płatać figle w cieniu belek. Świece migotały jak gwiazdy na sklepieniu, a hallę wypełniały zgiełk i radość, jakby śmiertelnicy właśnie kosztowali tej samej uczty, co bogowie w Asgardzie.
– Dobrze – słowa ojca zaskoczyły mnie, wszak drużynników miał pod dostatkiem. – Twoim pierwszym zadaniem jest odnaleźć mojego syna, Asbjørna. Zapodział się. – Wzruszył ramionami.
– Ruszę natychmiast. – Jørund błyskawicznie wycofał się z halli.
– Po co to zrobiłeś, ojcze? – Złapałam go za rękę, dotykając srebrnych pierścieni z wizerunkami Odyna. – Asbjørn śpi pijany koło beczki z miodem. Ośmieszysz tego wikinga.
– Mój syn powinien być tutaj, przy mnie! – Ojciec odtrącił moją dłoń, nie zwracając wcale uwagi na to, co powiedziałam. – Starość, Astrid, kiepski wzrok. Słabe ręce. Ktoś musi odziedziczyć Tromsø. Daniny same się nie zbiorą.
– Każ mu się ożenić – syknęłam złośliwie. – Na razie siedzi tylko przy beczkach, a ostatnio zupełnie nie można z nim porozmawiać.
– Ma trudny czas, Astrid. – Ojciec zmierzył mnie wzrokiem. – Bądź wyrozumiała.
Nie odezwałam się, przełykając to, co miałam na końcu języka. Zawsze to samo. Miałam brata za nierozsądnego człowieka. Zupełnie nie wyobrażałam go sobie jako jarla mroźnej, wymagającej krainy Tromsø. Ojciec znał się na handlu, wiedział, jak postępować z ludźmi, każdy go szanował, bo nie szukał zwady, tylko rozmowy. No chyba że Asbjørn był obok. Mój brat zatruwał wszystkim krew kłamstwami i zabiegał o to, by ojciec mu ufał.
Rozejrzałam się po ławie zastawionej misami z mięsiwem. Postanowiłam coś zjeść, bo od rana nie miałam nic w ustach. Dzień minął na przygotowaniach do biesiady. Niewolnice szykowały suknie, zaplatały mi włosy. Z rana zajmowałam się młodszymi siostrami, które leżały w długim domu zmorzone chorobą. Starsza, Hrefna, latem skończyła osiem, a Dotta pięć lat. Pierwsze jesienne chłody dały im się we znaki. Nie przejmowałam się tym, bo jako dziecko też sporo chorowałam. Na szczęście zioła na gorączkę pomagały i dziewczynki z dnia na dzień zdrowiały.
Obgryzłam mięso z kości, które sprawiedliwie podzieliłam między ukochane psy. Głaskałam je po łbach, kiedy kątem oka dostrzegłam w końcu halli znajomą postać. Asbjørn w ciemnozielonej, haftowanej koszuli i krótkim, ciemnym futrze chwiał się na nogach. Rozwichrzone włosy sterczały mu na wszystkie strony. Za jego plecami stał zadowolony Jørund, podtrzymując go za łokieć. Doprawdy, miałam spore obawy, czy mój brat da radę dotrzeć do nas przez ten tłum, ale jakoś mu się udało.
– Synu! – krzyknął donośnie jarl Eryk. – Napijmy się!
Wikingowie obecni na uczcie podnieśli swoje kielichy napełnione trunkami i przechylili je do dna. Gwar nie ustawał, puste czary gęsto leciały na ziemię, a śmiech mieszał się z przekleństwami. Asbjørn usiadł naprzeciwko mnie. Przekrwionymi oczami wpatrywał się w ojca. Wzdrygnęłam się.
– Jesteś obrzydliwy, bracie – powiedziałam, bo cuchnął nieprzetrawionym trunkiem.
– Też cię kocham, siostrzyczko – Asbjørn podniósł kielich i przepił do ojca. – Znalazłeś już dla niej kandydata na męża? Czas ucieka, starzeje się.
– Może, może… – Ojciec uśmiechnął się lekko, a ja skinęłam głową. Nie miałam ochoty dyskutować z dwoma pijanymi wikingami. Prawą ręką skinął na swojego drużynnika Egilla Vigmarssona.
– Powiedz temu obdartusowi, że przyjmuję go na służbę.
Mężczyzna czym prędzej udał się w kierunku Jørunda wciąż stojącego przy wejściu do halli.
– Porozmawiajmy zatem o kandydatach. – Asbjørn klasnął w dłonie. – Astrid, siostrzyczko, kogo wybierasz?
Dreszcz przeszedł mi po plecach. Wiedziałam, że nie zagrzeję długo miejsca w Tromsø. Z jakichś tajemniczych dla mnie powodów brat koniecznie chciał pozbyć się mnie z osady. Milczałam, biorąc ich na przeczekanie.
– Dość tego, Astrid. Córka jarla nie jest stworzona do odbierania porodów. Jesteś z rodu wilków, stworzona dla władcy! Masz ostatnią szansę albo my z ojcem wybierzemy ci kogoś! – Asbjørn uderzył pięścią w stół.
Ostatkiem sił próbowałam się opanować i nie dać mu w twarz. Wiedziałam jednak, że tym sposobem niczego nie osiągnę. Zmusiłam się do uśmiechu.
– A ty, bracie, wybrałeś już żonę dla siebie? – odezwałam się słodko. – Ojcze, może to Asbjørn powinien ożenić się pierwszy? Wszak to twój jedyny syn. On ci da następcę.
– Astrid, córko ukochana! Nawet bogowie nie mogą zmienić tego, co postanowiły Norny. Pierwsza idzie wilczyca, prowadząc watahę.
– Przyjmuję te słowa, ojcze. – Skinęłam posłusznie głową, choć w gardle czułam ucisk, a pod powiekami łzy. Wiedziałam, że kobieta z wilczego gniazda pierwsza wychodzi za mąż.
– Kochana siostrzyczko, spójrz na jarla Osen – zaczął Asbjørn. – Nie jest jeszcze stary, kupuje od nas sporo.
– Håvard? – wtrącił się ojciec, cmokając głośno. – Trawi go wprawdzie choroba, ledwo chodzi. Ale ziemi ma dużo. Po jego śmierci wiele odziedziczysz.
– Ludzi traktuje jak bydło, a niewolników głodzi. Ojcze, nie będę trzodą w jego zagrodzie, wybacz – odparłam, tłumiąc płacz.
– To może Ketill? Znamy się z dawnych czasów, kiedy jeszcze wyprawialiśmy się na wiking. Był wtedy młodym chłopakiem, ale walczył jak lew! – Ojciec wskazał palcem mężczyznę z blizną na policzku, siedzącego niedaleko nas.
– Słyszałem, ilu ludzi zamordował, to świetna partia, siostrzyczko – Asbjørn piał z zachwytu. Na samą myśl o jednym z najkrwawszych wikingów z północy czułam strach i obrzydzenie.
– Ojcze, zlituj się nade mną! – Chwyciłam go za łokieć. – To okrutnik! Może i jest jarlem, ale serce ma zimne jak lód na klifie. Pachnie dymem i żelazem, a nie domowym ogniskiem. Pochował dwie żony… – umilkłam, drżąc z nerwów. Skubałam rąbek sukni barwionej na błękit urzetem, który sama zbierałam końcem lata.
– Zastanów się, Astrid. Wybierz mądrze. – Ojciec przywołał gestem Egilla. – Teraz trzeba pozałatwiać sprawy z kupcami, najwyższa pora pohandlować. Idzie zima, futra sprzedadzą się w mgnieniu oka, będzie na twoje wiano.
Odetchnęłam z ulgą, dziękując w myślach wszystkim bogom Asgardu, że rozmowa o moim zamążpójściu się zakończyła. Jarl Tromsø zajął się interesami, a te najlepiej mu się załatwiało przy jadle i trunkach.
Spojrzałam w stronę wyjścia, rozpaczliwie pragnąc zaczerpnąć chłodnego, wieczornego powietrza. Hallę wypełniły dźwięki fletów, piszczałek i grzechotek, rozpoczęła się biesiada przy wtórze muzyki.
– Astrid!
Odwróciłam się. Zmrużyłam oczy, widząc drugiego z przybocznych mojego ojca. Doprawdy zawsze uśmiechałam się na myśl o tym, jak ojciec dobierał sobie drużynników. Egill był niski i otyły, a Bolli wysoki i smukły – zupełne przeciwieństwa.
– Bolli! Nie pilnujesz skarbów mojego ojca? – zapytałam z przekąsem.
– Wyjdźmy, proszę. – Wiking zmrużył oczy.
– Ojcze, mogę…? – Dla porządku zwróciłam się w stronę pana tego miejsca, ale ojciec tylko machnął ręką, żebym robiła, co chcę. Zajęty rozmową o futrach, już słyszał sakiewki pobrzękujące srebrnymi monetami.
– Siostrzyczko… – Asbjørn patrzył raz na mnie, raz na Bolliego. – Czyżbyś już sobie wybrała męża? Woja z Tromsø, podrzędnego i ubogiego? – Prychnął z pogardą. Z rudej brody kapał mu miód.
– Milcz, głupcze, boś durny i pusty jak beczka po winie – odcięłam się, a potem podążyłam za wysokim wikingiem. Doprawdy, mój brat całkiem tracił rozum, kiedy był pijany. Bolli miał żonę Erję, którą kochał ponad życie.
Kiedy opuściłam hallę, zadarłam głowę do góry, zachwycając się północnym niebem. Patrzyłam na tańczące światła, jakby sama Frigg zarzuciła na świat haftowany welon. Zorza drżała w zieleni i purpurze niczym oddechy bogów zasiadających w Walhalli. Wąskie smugi migotały jak włócznie ostrzone przed bitwą. Patrzyłam w niebo, a serce biło w rytm tych migotliwych barw. Czasem ludzie szeptali, że to tarcze walkirii ocierają się o siebie w locie, gdy wybierają bohaterów, których dusze poprowadzą do Odyna.
– Astrid, Erja źle się czuje, mogłabyś do niej zajrzeć? – głos Bolliego drżał. Jego słowa sprowadziły mnie na ziemię.
– Co się dzieje?
– Nie wiem – wzruszył ramionami. – Ale źle mi się śniło.
– Krwawi? – dopytywałam. – Do rozwiązania jeszcze kilka tygodni.
– Zajrzysz? – Bolli rozglądał się niecierpliwie na boki.
– Bądź spokojny. Pójdę tylko do dziewczynek, a potem prosto do was.
– Niech bogowie wynagrodzą twoją dobroć – szepnął, znikając w ciemności.
Okryłam się cieplej, bo zimny północny wiatr dął przeraźliwie. Dwa kroki i byłam na miejscu, w długim domu. Psom kazałam warować przy wejściu. W izbie pachnącej ziołami leżały moje młodsze siostry, drobne niczym dwa liście jesienne. Podeszłam do ich łóżek, dziękując niewolnicom za opiekę.
Młodsza, pięcioletnia Dotta, miała jasne oczy i rumianą buzię. Długie włosy splecione w warkocz leżały na posłaniu, mała spoglądała na mnie z ciekawością. Hrefna, starsza o trzy zimy, wyglądała przy niej o wiele doroślej. Złote włosy rozsypały się niedbale, okalając jej śliczną twarzyczkę.
– Jak się czujecie? – zapytałam z troską, sadowiąc się obok młodszej.
– Lepiej – uśmiechnęła się Dotta. – Zjadłyśmy nawet trochę chleba, wypiłyśmy po kubku ciepłego mleka.
Pogłaskałam Hrefnę po głowie, a dziewczynka przywarła do mnie całym ciałkiem. Było ciepłe, ale nie gorące. Gorączka ustąpiła.
– Opowiesz nam, jak było na uczcie? – zapytała Hrefna, a jej oczy rozbłysły jak gwiazdy.
Uśmiechnęłam się.
– Było sporo jedzenia, jarlów – zaczęłam. – Na początku skald Runnar opowiedział o Hrafnhildur, wszyscy słuchali jak zaczarowani.
– Kto miał najpiękniejszą suknię, Astrid? Powiedz, proszę! – Dotta uwielbiała się stroić. Zawsze o to pytała, a ja nawet nie pamiętałam kolorów, nie mówiąc już o materiałach czy haftach. Musiałam szybko coś wymyślić.
– Chyba ja, najdroższa! – Przejechałam dłońmi po swojej błękitnej sukni. – Wasza pomoc przy wymyślaniu tych wszystkich ozdób była najważniejsza! Spójrz na broszę, jak lśni.
– Będziemy mogły jutro iść się pobawić nad wodę? – zapytała rzeczowo Hrefna.
– Jeśli gorączka nie wróci, to tak. Pozwolę na chwilę, jak słońce wyjdzie nad fiordem – skinęłam głową. – Ale teraz musicie mi obiecać, że grzecznie pójdziecie spać. Musicie wypoczywać. Chodźcie do mnie, przytulcie się, a ja wam zaśpiewam kołysankę.
Dziewczynki pisnęły z radości, bo uwielbiałam śpiewać i dobrze o tym wiedziały. Zanuciłam znane słowa, które sama ułożyłam, kiedy Dotta miała rok. Wtedy musiałam im zastąpić naszą mamę, która umarła.
Śpijcie dzieci północy
Wilcze, silne córki
Księżyc zsyła wam sny
Gwiazdy jak srebrne zbroje
Niosą jutra pewny znak
Wilk zasnął w kniei
Jeleń położył głowę w mchu
Zaśnij Dotto, zaśnij Hrefno.
Słowa pieśni niosły się po całym domu. Niewolnice zaglądały, nasłuchując. Nie wiem, jak długo śpiewałam, nucąc wymyślone melodie. Ogień ledwo pełzał po palenisku, a w izbie zapadła ciemność. Hrefna z Dottą zapadły w mocny, głęboki sen. I mnie oczy zaczęły się zamykać, wszak od wczesnego ranka byłam na nogach. Obudziło mnie delikatne jak płatek śniegu dotknięcie kobiecej dłoni.
– Pani, jarl Eryk nakazał, żebyś wracała na ucztę – oznajmiła cicho Saamka Svala, jedna z niewolnic, która pilnowała moich sióstr. Uwielbiałam jej spokój oraz to, w jaki sposób się nimi zajmowała. Z jej oczu biło dobro. Znałam ją od wielu lat. Wiernie służyła rodzinie, odkąd tylko skończyła dwanaście zim.
– Już idę – szepnęłam i podniosłam się z posłania najciszej jak mogłam, wychodząc z izby, gdzie spały dziewczynki. Dwie inne Saamki, jedna młodsza, a druga starsza, ukłoniły mi się nisko.
– Kaszel łagodnieje, Svalo? I czy zmieniałaś dziewczynkom posłanie, żeby nie było wilgotne od potu? – zapytałam.
– Pani, nie kaszlą już wcale, odkąd podajemy im napary z ziół. Dotta nie chce pić, ale zabawiamy ją, jak możemy. Posłanie zmieniałam rano, po nocy, potem nie trzeba było. Jadły dzisiaj ze smakiem. To dobry znak – relacjonowała.
Kiwnęłam głową, zadowolona.
– Czuwajcie przy nich i gdyby zaszła taka potrzeba, natychmiast po mnie poślijcie.
Trzy głowy skinęły posłusznie.
– Zmieniamy się, pani, żeby czuwać całą noc – odparła młodsza Saamka o imieniu Jofrid.
– Świetnie. Możecie odejść, niech zostanie tylko Svala.
Dwie kobiety rozpłynęły się w ciemności.
– Chodzi o Erję – zaczęłam. – Bolli był zdenerwowany, mówił, że złe sny do niego przychodzą.
– Dziwisz mu się, pani? Stracił już jedno dziecko, a i jego żona ledwo uszła z życiem.
– Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, Svalo – szepnęłam.
– Ja też.
Zapadła cisza. Każda z nas przeżywała to, co wydarzyło się niecałe dwa lata wcześniej. Erja miała rodzić. Czuła się świetnie. Pełna radości dziękowała bogom za cud życia, który nosiła pod sercem. Jadła za dwoje i promieniała szczęściem. Czekała z niecierpliwością na pierwsze oznaki zbliżającego się rozwiązania. Pewnego zimowego poranka słońce wyszło w Tromsø po raz pierwszy od wielu tygodni, a ona postanowiła przejść się po okolicy. Wystawiła twarz do słońca, jakby chciała je schować pod powiekami na kolejne długie miesiące śniegu i lodu. Kiedy szła w stronę rzeki, śnieg skrzypiał pod stopami, a mróz szczypał policzki. Nagle, zupełnie niespodziewanie noga omsknęła się na oblodzonym kamieniu. Erja runęła w biały puch, rozdzierając ciszę przeraźliwym krzykiem. Ból przeszył jej ciało od brzucha po kręgosłup. Upadła tak nieszczęśliwie, że kobiety z osady zaniosły ją na własnych rękach do chaty, bo sama nie mogła się podnieść. Biały śnieg barwiła jasnoczerwona krew, znacząc drogę do domostwa Bolliego. W oczach wikińskich kobiet pojawiła się groza, bo wiedziały, jak kruche jest życie nienarodzonego dziecka i jak często ziemia północy piła łzy matek.
Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Nie wiem, jak udało mi się uratować Erję, która krwawiła tak mocno, że nie nadążałyśmy z wymianą szmat na jej posłaniu. Moje dłonie spływały krwią. Żona Bolliego po wielu godzinach urodziła chłopca, pięknego i pulchnego, ale dziecko nie zapłakało. Było martwe, zapewne przez upadek. Na samą myśl o tej tragedii, którą doświadczyli ją bogowie, miałam łzy w oczach.
Wyszłam z izby na szeroki dziedziniec, rozświetlony blaskiem pochodni, a psy ruszyły za mną. W świetle żarzących się głowni dojrzałam Egilla, a jego głos rozciął powietrze jak ostrze noża.
– Pani, wracaj na ucztę. – Wiking podszedł bliżej. – Poznasz syna jarla z Osen, właśnie przybył do Tromsø.
– Powiedz, że źle się czuję – odpowiedziałam ze złością. Psy warknęły.
– W razie sprzeciwu mam doprowadzić cię siłą, pani – syknął przez zęby. – Nie każ mi tego robić.
– Egillu, żona Bolliego źle się czuje, muszę do niej iść – odparłam tak cicho, jak tylko mogłam.
– Wracajmy na ucztę.
Pokręciłam głową, patrząc mu w oczy.
– Nie mogę. Powiedz, że gdzieś zniknęłam. Że czuwam przy dziewczynkach, wymyśl coś.
Serce biło mi jak szalone. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę chaty, gdzie mieszkała Erja. Wiatr wiał przeraźliwie. Zostawiłam za sobą Egilla, czekając, aż ruszy za mną, pochwyci i zaciągnie na ucztę. Był prawą ręką ojca, wykonywał wszystkie jego rozkazy bez zawahania. Szłam pewnie, wyprostowana, z podniesioną głową. Egill zwlekał, po chwili zniknęłam mu z oczu w ciemnościach.
Dalsza część w wersji pełnej
* Halla – gościnna, reprezentacyjna sala w domostwie jarla.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
1. Wilcza krew
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Początek treści
