Wilczy gang i nowe historie Kazimierza Nóżki - Marcin Szumowski - ebook + książka

Wilczy gang i nowe historie Kazimierza Nóżki ebook

Marcin Szumowski

4,5

Opis

Kolejna wyprawa w Bieszczady Marcina Szumowskiego

To drugi, po beststllerowej „Niedźwiedzicy z Baligrodu”, tom bieszczadzkich opowieści. Tym razem motywem przewodnim książki są wilki. Odkrywamy ich zwyczaje, śledzimy pasjonujące przygody i przełomowe życiowe momenty. Unikalna relacja z życia zwierząt w Bieszczadach staje przed nami otworem. Spotykamy niedźwiedzie kradnące pszczelarzom miód, wilki jedzące jabłka, sprytne dziki, dostojne puszczyki i inne, małe i duże zwierzęta, których leśne życie widoczne jest tylko dla doświadczonych obserwatorów. Przewodnikiem autora jest Kazimierz Nóżka, najbardziej znany polski leśnik, który po bieszczadzkich lasach wędruje od tak dawna, że stał się skarbnicą niezwykłych górskich anegdot, historii z dreszczykiem, wzruszających opowieści. Tak jak w pierwszej częsci nie zabraknie też historii o ludziach, miejscach i bieszczadzkich zwyczajach

Marcin Szumowski
Warszawiak, dziennikarz telewizji Polsat. Autor książki „Niedźwiedzica z Baligrodu i inne historie Kazimierza Nóżki”. Laureat Nagrody im. Adama Loreta za 2019 r.. Twórca i prowadzący cyklu programów „Tajemnice Kniei”, „EkoPolska” oraz autor dokumentów, m.in. „Niedźwiedź Wojtek”, „Strach czai się w lesie”. Pasjonat przyrody. Zakochany w Bieszczadach i przyrodzie Karpat. Jest przekonany, że to miłość odwzajemniona.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (15 ocen)
9
5
1
0
0

Popularność




Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

1. Aga powraca

2. Tajemnicze drzewo Pawła

3. Borsucze zamczysko

4. Gang starej wilczycy

5. Jedyny taki grzyb

6. Edward i jego siekiery

7. I nigdy cię nie opuszczę…

8. Józefek i zemsta pszczelarzy

9. Drzewa z bajki i horroru

10. Orzechówka i sójka złodziejka

11. Józio, następca Olka

12. Zielone światełka w ciemnej nocy

13. Jelonek i czapka niewidka

14. Ferdek, czyli superdzik

15. Zabójcze szyby

16. Zombie osa i groźne szerszenie

17. Kolorowe motyle i niedźwiedzia kupa

18. Niebezpieczny fach

19. Las czaszek

20. Strachy na lachy

21. Dygnitarze i czarne wołgi

Strona redakcyjna

Niedźwiedzia mama i dwójka urwisów

1Aga powraca

Nastawiony na trzecią dwadzieścia budzik nieznośnie dzwonił, rozganiając ostatnie obrazy snu. Poranek, wyglądający raczej jak ciemna październikowa noc, rozlewał się za oknem. Szybka mocna kawa i dwie kanapki ze śliwkowymi konfiturami od razu postawiły mnie na nogi. Chwyciłem spakowany plecak i zbiegłem po schodach. Przed domem stało już czarne volvo i mrugało w moim kierunku światłami. Za kierownicą siedział Krzysiek, mój redakcyjny kolega.

– Gotowy? – spytał, wychylając głowę przez uchyloną szybę. Wrzuciłem plecak na tylne siedzenie i ruszyliśmy. Przed nami ponad czterysta kilometrów i pięć godzin jazdy w Bieszczady. Krzysiek sam z własnej woli zapisał się na ten wyjazd. Podczas wakacji był z rodziną u Kazka. Tak mu się spodobało w Bukowcu, że gdy usłyszał, że jadę w Bieszczady zbierać materiał na kolejną książkę, aż podskoczył z wrażenia. Mówię: – Krzysiu, będzie ciężko, dużo chodzenia po górach, wysokich górach. On: – Będę dokumentował ten wyjazd. Filmy, fotografie. Nie będziesz musiał nosić notatnika. Ja: – Planujemy z Kazkiem pracować do późnej nocy. On: – Będę wam gotował (a gotuje wyśmienicie), zrobię cały catering. W końcu sięgnąłem po ostatni argument: – To niebezpieczna robota, niedźwiedzie, wilki i bliskie z nimi spotkania. Krzysiek nie wytrzymał: – Własnym ciałem was zasłonię! I poległem. Po takim argumencie nie mogłem go zostawić w stolicy.

W końcu tak wyszło, że Krzysiek został naszym kierowcą podczas tej wyprawy. On dziennikarz i ja dziennikarz, jakoś się dogadamy – pomyślałem i zapowiedziałem nasz przyjazd u Kazka.

Nie myliłem się, ponad pięć godzin jazdy minęło szybko i w świetnej atmosferze. W Bukowcu byliśmy przed południem. Złota bieszczadzka jesień przywitała nas w pełnej krasie. Na niebieskim niebie nie było ani jednej chmurki, a ja musiałem zamienić ciepły polar na przewiewną koszulę. Kazek przywitał nas w swoim zwyczaju szerokim uśmiechem i serdecznym „misiem”. Zajęliśmy słynny drewniany domek, w którym mieszkałem już tyle razy, że czułem się w nim jak we własnych czterech ścianach. Ledwo zdążyłem się rozpakować, jak gospodarz wpadł do nas na chwilę, by poczęstować wyśmienitymi oscypkami, a Krzysiek zgodnie z obietnicą zaczął się kręcić po kuchni. Coś jednak mu nie pasowało, bo co chwila mamrotał pod nosem. W końcu podszedł:

– Słuchaj, mam pomysł na dobrą smażoną kiełbasę, ale muszę sos zaostrzyć. Czy Kazek się obrazi, jak mu zjemy trochę świerka z ogrodzenia? Zrobiłem wielkie oczy.

– To zależy, ile mu tego świerka zjemy – moja odpowiedź zawierała podobny poziom abstrakcji co jego pytanie.

– Bez przesady, do smaku potrzebuje – kucharz z pokorną miną stał po prośbie. – Tyle to ja sam pójdę i przyniosę. – No i uszczknąłem kilka gałązek z Kazkowego płotu, a kiełbasa wyszła naprawdę przednia. Leśniczy, jak się dowiedział, że trafili się tacy, co zjedli kiełbasę na świerku z jego ogrodzenia, prawie pękł ze śmiechu.

To właśnie jest cały Krzysiek. Z niczego potrafi uwarzyć naprawdę smaczne danie. Ma wyśmienite wyczucie smaku i dar łączenia składników. Zresztą, zna się na kuchni jak mało kto. W jednym palcu ma większość polskich regionalnych potraw i stare przedwojenne przepisy. Gdzie on się tego nauczył, do tej pory nie wiem, ale wiem, że jak czasem wrzuca na Facebooka zdjęcia z obiadu albo kolacji, znajomi grożą natychmiastowym najazdem na kamienicę, w której mieszka.

Autor z redakcyjnym kolegą Krzysztofem Kempistym na jednej z wypraw podczas pobytu w Bieszczadach

Ledwo zdążyliśmy odpocząć po podróży i po „kiełbasie ze świerkiem”, a Kazek już pukał do drzwi i ponaglał do wyjazdu.

– Wsiadajcie. Coś wam pokażę. Mam małą niespodziankę – tym razem nabraliśmy apetytu na przygodę. Nie ujechaliśmy daleko. Na poboczu drogi, która prowadzi do wsi Terka, Kazek zatrzymał auto i wskazał na stary opuszczony sad po drugiej stronie jezdni. Ukazała się nam nieco rachityczna jabłonka. Rosła prawie przy samej drodze w obniżeniu terenu, otoczona przez gęste krzaki. Na samej górze drzewa dyndało jeszcze kilka czerwonych jabłuszek.

– Poznajesz? – Kazek rzucił w moim kierunku porozumiewawcze spojrzenie.

– No jasne – odpowiedziałem prawie bez namysłu, bo już wiedziałem, co to za niespodzianka. Właśnie w tym miejscu Kazek nagrał Agę z dwójką młodych – Jasiem i Małgosią. Niedźwiadki wspinały się na drzewo i próbowały dostać do wysoko rosnących jabłek. Filmów z okolicy jabłonki było kilka. Podczas wspinaczki dała się też nagrać sama Aga.

– Pewnego dnia dostałem informację od jednej z kobiet, że widziała tutaj niedźwiedzia wdrapującego się na drzewo. Przyjechałem czym prędzej i ustawiłem fotopułapki. Okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Przyszła tu Aga z małymi, przychodziły i inne niedźwiedzie. Niestety niedźwiedzica i jej dzieci odstawiły mi tutaj taki cyrk, że olaboga – idąc w kierunku drzewa, leśniczy zaczął opowiadać historię. – Tak im posmakowały te czerwone jabłuszka, że mimo bliskości drogi stołowały się pod drzewem także w ciągu dnia. Młode wspinały się na koronę, wypinając kudłate pupy w kierunku jeżdżących tędy samochodów i chyba sobie wyobrażacie, co się działo. Piski opon i hamulców. Korek prawie do Terki, bo każdy chciał uwiecznić to przedstawienie. Wielu wychodziło z aut i podchodziło do drzewa. Zaczęło się robić groźnie, bo na dole w tych krzakach – Kazek pokazał wygniecione zielone zarośla – pilnowała młodych Aga. Wystarczył krok w dół i tragedia gotowa. Ile ja tu nerwów przez nią straciłem. Myślałem nawet, żeby wszystkie te jabłka im postrącać, żeby nie właziły na drzewo. Bałem się też o wypadek, o kolizję, bo tutaj już naprawdę robiło się groźnie. Droga wąska, zakręt i ci cyrkowcy na drzewie. Wystarczy, że kierowca głowę z ciekawości odwróci, i tragedia gotowa. Na szczęście po kilku dniach odpuściły. Zjadły, ile tylko mogły, ale tych jabłek na samej górze nie udało im się zerwać.

Doszliśmy do jabłonki. Najpierw zszedł Kazek, rozejrzał się po okolicy, później skinął na nas głową.

– Wolałem sprawdzić, bo czasem inne niedźwiedzie tu śpią po krzakach. A w razie ataku uciekać nie ma jak – powiedział leśniczy i jeszcze raz zeskanował teren. W miejscu, gdzie staliśmy, trawa i krzaki były wydeptane, jakby przechodziły tędy turystyczne wycieczki. Niedźwiedzie musiały urządzić sobie polową stołówkę. Gdy podjadły jabłek, kładły się nieopodal drzewa i odpoczywały, po czym znowu wspinały się na jabłonkę.

– Spójrzcie tutaj – Kazek pokazał na korę drzewa. Były na niej wyraźnie wyryte niedźwiedzie pazury. Wejść i zejść z jabłonki było tyle, że pień był przeorany jak pole broną. Drzewko zostało zniszczone. – Mam nadzieję, że przetrwa zimę. Takie jabłonki są cenne. Nie tylko niedźwiedzie mają z nich pożytek, ale przede wszystkim zwierzyna płowa. – Kazek westchnął, patrząc na to, co z pniem zrobiły niedźwiedzie. – Wracamy do auta i podjedziemy jeszcze w inne miejsce związane z Agą. – Leśniczy machnął na nas ręką. Gdy wchodziłem na drogowy nasyp, lękliwie obejrzałem się za siebie, bo coś zaszeleściło w krzakach. Jedno ze spadłych jabłek porwała właśnie sójka, która tylko czekała, aż sobie pójdziemy. Niepozorna jabłonka była przydrożną karczmą dla połowy okolicznego lasu.

Słońce stało już w zenicie. Zrobiło się gorąco. Sięgnąłem po wodę.

– Piękną pogodę mamy w tym roku. Dawno tak ciepło w październiku nie było. – Kazek spojrzał na mnie, gdy wciągałem łapczywie łyk za łykiem. Krzyś siedzący z tyłu nie odzywał się wcale. Przetarł tylko ręką spoconą głowę i westchnął potwierdzająco. Podałem mu drugą butelkę i otworzyłem okno samochodu. Do środka wskoczył delikatny wiaterek, niosący zapach jodłowego lasu. Kazek skręcił w leśną drogę. Auto zaczęło przyjemnie kołysać, prawie jak łódka na falach. Bujanie robiło się coraz mocniejsze, a doły i rowy do pokonania coraz większe.

– Jak tam? Dajesz radę? – Kazek zerknął w stronę Krzyśka, który za każdym podbiciem auta dotykał głową podsufitki.

– Tragedii nie ma, ale nie przyśpieszaj – odpowiedział pasażer o posturze sienkiewiczowskiego Butryma, ściśnięty na tylnym siedzeniu niczym szprotka w metalowej puszce. Miałem wrażenie, że zaraz Krzysiek wyjdzie z auta, zarzuci sobie je na plecy i przeniesie nas przez tę wyboistą drogę. Tak z pewnością byłoby mu wygodniej. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Kazek zatrzymał auto i poprowadził nas wąską ścieżką pomiędzy czerwieniącymi bukami.

– To tu ją spotkałem po raz pierwszy – wskazał na małą polanę pośrodku lasu.

Niedźwiedzica nękana przez watahę wilków stała się nieufna również wobec Kazka

O tym, że Aga miała mieć kolejne młode, wiadomo było już od jesieni 2018 roku. Grzesio i Lesio poszli w świat, a ich matka z brzuchem jak beczka kręciła się znowu przy gawrze w stuletniej jodle, w której rodziła już dwukrotnie. Kazek był przekonany, że i tym razem właśnie tu na świat przyjdą kolejne maleństwa. Niedźwiedzica wybrała inaczej. Pewnego dnia zniknęła. I to dosłownie. Żadnych śladów, żadnych sygnałów od turystów, że widzieli Agę podczas wędrówek. Kilka miesięcy zupełnej ciszy. Jak kamień w wodę. Kazek poważnie się martwił, czy niedźwiedzicy nic się nie stało. Pierwsza informacja o tym, że Aga żyje, ma się dobrze i w dodatku dochowała się przychówku, dotarła do Kazka 8 kwietnia 2019 roku. Posłańcem dobrej wiadomości był oczywiście Roman Pasionek[1], leśniczy z Bukowca, który niedźwiedzicę wypatrzył na swoim terenie. 10 kwietnia, na dzień przed sześćdziesiątymi urodzinami Kazkowi udało się ją wytropić.

– Takiego prezentu się nie spodziewałem. Podchodzę do tych drzew, a tam w oddali moja Aga. Obok baraszkują takie szare kuleczki, kolejne maleństwa. Widzę, że niedźwiedzica jest zdrowa, że nic jej nie dolega. Wybrała po prostu inną gawrę i zniknęła mi na kilka miesięcy. A teraz przyprowadziła ze sobą maluszki. Cudne żywe srebra – Kazkowi zaszkliły się oczy. Widać było, że wciąż żywo wspomina tamto spotkanie. – Spędziłem w tym miejscu dobrą godzinę. Niedźwiadki baraszkowały, wspinały się na zwaloną jodłę, ganiały między gałęziami. Wtedy też podczas wylegiwania się na plecach chłopak pokazał swoje klejnoty i okazało się, że to brat i siostra. Urwis z niego straszny. Męczył matkę szarpaniem za futro, wchodził na głowę. Aga wszystko to znosiła z macierzyńską miłością. Córka za to była spokojniejsza, bardziej wycofana. Zawsze chodziła kilka kroków za rodziną. Przypominała mi troszkę Agę z lat dzieciństwa, która za młodu zachowywała się podobnie. A jej dzieciaki różnią się też umaszczeniem. Dziewczynka ma futro czarne, chłopak nosi piękny biały kubraczek. Zachwycałem się nimi aż do chwili, gdy oddaliły się w głąb lasu. Później kilkakrotnie spotykałem je na szlakach. Nigdy jednak nie miałem tyle czasu na podziwianie zabaw niedźwiadków jak wówczas na polanie. Potem to były krótkie spotkania. A to wychodziły na chwilę z lasu, a to wpadałem na nie, gdy szedłem starym zrywkowym szlakiem. Nie zawsze udało mi się coś z tych spotkań nagrać. Zanim złapałem za aparat, rodzina już znikała w lesie. Są zdecydowanie bardziej płochliwe niż Grzesio i Lesio. Tamte maluchy paradowały z matką jak podczas defilady. Potrafiły przejść kilkanaście metrów ode mnie, po drodze czy wzdłuż strumienia, zupełnie nie pesząc się obecnością człowieka. Myślę, że wiem, jaki jest powód tej płochliwości. – Kazek oparł się o drzewo i spojrzał po raz kolejny na miejsce spotkania niedźwiedziej rodziny. – Pamiętam, że kiedyś nagrały się na fotopułapkę ustawioną na łące. Siedziały na niej całą trójką, młode baraszkowały i razem z Agą coś wąchały w trawie. Przeglądam film i nagle zamarłem. Kilka plików dalej widzę wilki na tej samej łące. Wataha wyraźnie idzie po tropie niedźwiadków. Film był nagrany pół godziny po tym, jak niedźwiedzie opuściły łąkę. Pierun jasny… ale się zdenerwowałem. Prawdopodobnie to ten sam wilczy gang, który wcześniej prześladował Grzesia i Lesia. Wyglądało na to, że te szare łobuzy uwzięły mi się na niedźwiedzie. – Kazek aż poczerwieniał ze złości, po chwili jednak dodał ze spokojem. – Aga jest jednak troskliwą matką i dobrze ich pilnuje. Ma doświadczenie, bo już wychowała Grzesia i Lesia. Wilki nie są w stanie odebrać jej młodych, bo do tej pory nic się maluszkom nie stało. Przybierają na wadze i szybko rosną. Niedługo same sobie z wilkami poradzą. – Kazek wyciągnął z kieszeni pudełeczko z miętówkami i nas poczęstował. W górze odezwała się para kruków. Ptaki zrobiły nad nami duże koło i zniknęły gdzieś za wysokimi jodłami. – Patrolują las i wypatrują wilczego żeru. Mają sokoli wzrok. Zawsze są pierwsze na miejscu wilczej zbrodni. – Leśniczy odprowadził ptaki wzrokiem i na chwilę zamyślił się, patrząc gdzieś w dal. – Może właśnie przez te wilki zmienił się jej charakter. Nękały ją do tego stopnia, że stała się bardzo nieufna. To już nie ta sama niedźwiedzica co trzy lata temu, kiedy z ciekawością do mnie podchodziła, a nasz wzrok spotykał się na szlaku. Teraz patrzy spode łba. Zerka krótkimi seriami. Widać, że nie ma dobrych zamiarów i rozsądniej się do niej nie zbliżać. Może to i lepiej, że taka się stała. Musi walczyć o życie i zdrowie małych, więc nie rozróżnia, czy wilk, czy człowiek. Wróg to wróg – Kazek podszedł kilka kroków i przysiadł na krzywo uciętym pniaku. – Ja też już nie mam tyle sił co wtedy. Z roku na rok czuję lata w kościach. Coraz bardziej się męczę, chodząc po lesie. Tu człowieka łupnie, tam zaboli. Ech, chyba emerytura się zbliża – uśmiechnął się w moją stronę i pokazał ręką kolejne pniaczki. Usiedliśmy z Krzyśkiem i posłuchaliśmy dalszej gawędy. – Charaktery zmieniły się też Grzesiowi i Lesiowi. Pamiętasz, jakie to były szare kuleczki? To były piękne czasy, cudownie było obserwować takie maleństwa. – Kazek zrobił dłońmi kółko w powietrzu, by podkreślić ówczesny rozmiar niedźwiadków. – Teraz dzieci Agi to już potężne i groźne drapieżniki. Czasami trafiam na ich ślady. Bywa, że się nagrają na fotopułapki, bywa, że ktoś z pracowników leśnych je spotka. Wszystkim mówię, żeby traktować ich jak niebezpieczne zwierzęta. Grzesio, gdy się do niego zbliżyć, potrafi porządnie zaszarżować. Romek Pasionek miał taką przygodę. Grzesio czymś się zdenerwował i ruszył na niego w mgnieniu oka. Dobrze, że w porę się pomiarkował, bo z leśniczym z Bukowca byłoby kiepsko. Czasem wydaje mi się, że gdybym im wszedł w drogę, też by mnie tak potraktowały. To już nie są te niedźwiadki, z którymi można było porozmawiać – Kazek puścił oko. – Dzikie są i bardzo dobrze. Nie szwendają się po parkingach, wiatach, po wsiach i nie wyjadają śmieci. Im dalej od ludzi, tym dla nich lepiej.

Niedźwiedzicę i jej młode łączy bardzo silna więź

– A skąd imiona Jaś i Małgosia? – zapytałem, widząc, że leśniczy zamierza już wstawać.

– Imiona nadaliśmy im spontanicznie. Kiedyś zrobiliśmy taki konkurs na naszym profilu facebookowym. Propozycji przyszło tysiące. Musiałem coś wybrać i padło na Jasia i Małgosię. Myślę, że pasują do nich idealnie. Takie trochę bajkowe, trochę leśne imiona. – Kazek strzepnął próchno ze spodni, wstał i ruszył w kierunku samochodu.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy parkingu u wlotu do doliny Łopienki. Widziałem po minie, że Kazia coś zdenerwowało. Wysiadł, prawie trzaskając drzwiami i ruszył w kierunku parkingowego śmietnika. Chwilę później wrócił do auta i otworzył bagażnik.

– Sakramenckie cholery! – padło gdzieś z tyłu samochodu. Wysiedliśmy. Kazek właśnie otwierał duży worek na śmieci. – Tyle lat tłumaczę, proszę, upominam i nic. Przyjadą, przejdą się po dolinie i wysypią mi śmieci obok samochodów. No co za ludzie! – Kazek aż poczerwieniał ze złości. – Czy oni też tak w domach sobie pod nogami torebki po chipsach i butelki po napojach rzucają? Brudzą na parkingu, a potem niedźwiedzie przychodzą, jedzą te odpadki i się przyzwyczajają. I zaraz będzie lament, że niedźwiedź zbyt blisko podchodzi. Będą telefony „Panie leśniczy, niech pan coś zrobi z tym niedźwiedziem, bo straszy ludzi na parkingu!”. Krzywdę tylko robią tym zwierzętom takim zachowaniem. – Kazek oburzył się ponownie. Chwilę później sięgnął do kieszeni kurtki, spojrzał na Krzyśka i wręczył mu swój mały aparat fotograficzny. – Masz, będziesz teraz nagrywał!

Podeszliśmy do rozrzuconych śmieci, a leśniczy zaczął zbierać wszystkie do worka, tłumacząc, jak ważne jest zachowanie czystości na parkingach w Bieszczadach i na samych szlakach. Podczas nagrywania filmu zauważyłem kilku turystów. Niektórzy nas mijali w drodze do doliny, inni siedzieli w autach. Żaden jednak nie podszedł i nie zapytał, czy pomóc w zbieraniu pozostawionych odpadków. Gdy skończyliśmy, Kazek załadował pełny wór do bagażnika samochodu i ruszyliśmy do leśniczówki. Jeszcze w drodze wrócił do tematu śmieci.

– Kiedyś zrobili sobie imprezę wieczorną przy Otaczarni. Wywiozłem kilka takich worków pełnych butelek po piwie, plastikowych tacek i opakowań po jedzeniu. Ludzie zostawiają śmieci nad potokami, wysoko na szlakach, naśmiecą nawet przy kościele w Łopience. Świętości nie ma żadnej. Gdybym nie zbierał tych odpadków, po roku moje leśnictwo utonęłoby w śmieciach. Nie rozumiem takiego zachowania. Powinni uszanować piękno przyrody i żyjące tutaj zwierzęta. Czy tak trudno zabrać ze sobą pustą butelkę po soku, brudną pieluchę czy puszkę po piwie? – Leśniczy wyrzucał z siebie słowa jak z automatu. Potem do końca jazdy już milczał. Widziałem, że bardzo przeżywał te śmieci. Tym bardziej, że zbierał je nie pierwszy raz. W aucie wozi specjalnie przygotowane do tego worki i jednorazowe rękawiczki. W bagażniku leżały też pojedyncze butelki po napojach, które zawsze zbiera ze szlaków.

Zbieranie śmieci po turystach to przykra konieczność na bieszczadzkich szlakach

Gdy zajechaliśmy do leśniczówki, Kazek od razu wrzucił swój film do sieci. Internet zareagował błyskawicznie. Komentarze internautów posypały się na potęgę. Każdy ganił zachowanie turystów.

– Niech teraz patrzą i się wstydzą. Może to coś ich nauczy. – Kazek rzucił pod wąsem i poszedł do kuchni zrobić sobie kawę. My z Krzyśkiem wróciliśmy do domku. Po kilku minutach z kuchni zaczął się rozchodzić smakowity zapach fasolki po bretońsku. Krzysiek był w swoim żywiole. Niebawem parujące danie wjechało na stół wraz z kawałkami soczystej kiełbasy. Tym razem nic nie oberwaliśmy z Kazkowego płotu. Po dniu spędzonym na tropieniu niedźwiedzi pochłonąłem fasolkę prawie natychmiast. Ze świeżym chlebem z bieszczadzkiej piekarni danie smakowało wyśmienicie. Po obiedzie czarna kawa na tarasie domku dopełniła szczęścia. Niebawem do naszej dwójki dołączył Kazek. Siedzieliśmy na fotelach i podziwialiśmy kolory wzgórz otaczających Bukowiec.

Po chwili rozmowa zeszła na piękne zdjęcia Agi z Grzesiem i Lesiem, które Kazio powiesił w domku w dużych antyramach. Wszystkie są autorstwa Grzegorza Leśniewskiego. Niewielu jest jeszcze takich jak on fotografów, którzy tropią zwierzęta i zdjęcia robią ze specjalnie po to zbudowanych szałasów. Żeby uchwycić w pięknym kadrze niedźwiedzia czy rysia, muszą poświęcić setki godzin i nabyć wiele umiejętności. Czasem na jedno zdjęcie polują kilka sezonów.

– Teraz świat biegnie do przodu i ludziom nie chce się czekać, zwłaszcza tym, co przyjeżdżają tutaj na weekendową fotografię. Łatwiej jest wyrzucić padlinę, ustawić kadr i fotografować wilka czy niedźwiedzia, który przyjdzie zwabiony pod taką czatownię. – Kazkowi znów rozwiązał się język. –W Bieszczadach aż roi się od komercyjnych czatowni. Amatorzy fotografii płacą za ich wynajem i mają piękne zdjęcia drapieżników, niestety ze szkodą dla nich. Bo niedźwiedź czy wilk głupi nie jest. On wie, że jedzenie wyrzucili mu ludzie. Potem będzie się tego samego domagał od turysty na szlaku czy we wsi, do której pójdzie. Jeśli będzie bardzo natarczywy w swoich żądaniach, dostanie ołowianą kulkę. I to w majestacie prawa. Nikt nie będzie się zastanawiał, dlaczego atakuje ludzi. Zapadnie wyrok, który dla społecznego spokoju zostanie wykonany. – Kazek ze smutkiem pokiwał głową. – Niestety tacy weekendowi fotografowie tego nie rozumieją. Dla nich ważne jest tu i teraz. Dlatego bardzo cenię Grzegorza za to, że trzyma się starych zasad. Kiedyś siedział zimą ze trzy tygodnie na mrozie, żeby zrobić jedno zdjęcie rysia. Uparł się i w końcu mu się udało. Agę z Grzesiem i Lesiem obserwował prawie miesiąc, sporadycznie tylko wychodząc z kryjówki. To jest prawdziwa pasja. Na szczęście będzie miał kontynuatorów. Podobnie zdjęcia robią Romek Pasionek i Paweł Lewandowski, obaj tropią zwierzęta i stąpają Grzegorzowi po piętach. – Kazek wstał, przeszedł się po domku i, jakby dla potwierdzenia swoich słów, jeszcze raz spojrzał na powieszone na ścianie zdjęcia.

Paweł Lewandowski aspiruje do grona najlepszych fotografów bieszczadzkiej przyrody

2Tajemnicze drzewo Pawła

Poranek był wyjątkowo słoneczny. Błękitne niebo otulało widoczne z Bukowca górskie szczyty. Na każdym z nich połyskiwała złotem i czerwienią mozaika szerokich czupryn buków szykujących się do jesiennego snu. Trawa przed leśniczówką była pokryta gęstą rosą, mieniącą się w promieniach słońca niczym rozrzucone diamenciki. Zrobiłem sobie mocną kawę i usiadłem na tarasie. Lekki wiatr niósł od gór zmieszane zapachy żywicy i zbutwiałych liści. Kazek od samego rana krzątał się przy domu pochłonięty awarią. Woda lała się z rury, którą przez nieuwagę uszkodzili robotnicy, gdy naprawiali podjazd do leśniczówki. Wiedziałem po jego minie, że do późnego popołudnia nie wyjdziemy do lasu. A szkoda, bo chciałem, żeby się ze mną wybrał na szczególne spotkanie. Spotkanie, którego w pewnym sensie był inicjatorem. Gdy przygotowywaliśmy „Niedźwiedzicę z Baligrodu”, bardzo zależało nam na wyjątkowych zdjęciach. Takich, które oddadzą dzikość bieszczadzkiej natury. Kazek podesłał mi wtedy kontakt do znajomego fotografa. Pod numerem telefonu napisał „młody, ale bardzo zdolny”. Te słowa się potwierdziły, gdy otworzyłem przesłane e-mailem zdjęcia. Z wrażenia aż usiadłem. Zachwycały kadrowaniem, grą kolorów i bohaterami. Były dokładnie takie, jakich szukaliśmy. Ich autor Paweł Lewandowski[2], młody adept w zawodzie leśnika, mógł spokojnie konkurować z zawodowymi mistrzami fotografii przyrodniczej. Później zresztą moje przypuszczenia potwierdziło samo życie.

– Umówiłem się na wyprawę z Pawłem – powiedziałem do Kazka, który właśnie podnosił pokrywę studzienki. Spojrzał na mnie ze zmartwioną miną.

– Zobacz, Marcinku, co się porobiło. Jedźcie sami, ja nie dam rady – rzucił przez ramię, walcząc z chlustającą wodą.

Krzysiek spakował wszystkie sprzęty i pół godziny później byliśmy w Jabłonkach. Paweł czekał na pustym placu po dawnym pomniku generała Karola Świerczewskiego. Pojechaliśmy wąską drogą przez czerwono-żółty jesienny las, aż do samego końca – placu, gdzie składowano drewno. Paweł założył zawadiacki kowbojski kapelusz, wyciągnął torbę z aparatem i teleobiektywami, po czym wyrwał pod stromą górę. Zapowiadała się ostra wspinaczka. Krzysiek optymistycznie puścił oko, a zaraz potem ciężko westchnął.

– Dasz radę? – upewniłem się, bo zobaczyłem lekką rezygnację w jego wzroku. – Spokojnie. Idźcie swoim tempem, jak będę szedł swoim – odparł i powoli zaczął się wspinać. Dogoniłem Pawła. Trasa, którą chciał nam pokazać, prowadziła przez masyw Łopiennika. Z początku szliśmy mocno pod górę, później wąska ścieżka zaczęła nieco opadać. Była już połowa października i bukowe liście obsypywały szlak grubą, sięgającą za kostkę warstwą. Głośny szelest wydobywający się spod naszych nóg skutecznie utrudniał rozmowę. Musiałem zrównać krok z Pawłem, by usłyszeć, co do mnie mówi.

– Często tędy wędruję. To jeden z moich ulubionych szlaków. Prawie nigdy nie spotykam na nim ludzi. Jest cicho i spokojnie. Można kontemplować góry – rozpoczął Paweł swoją opowieść. – Nie jestem z tych fotografów, którzy siedzą jedynie w zasiadkach[3]. Uwielbiam tropienia i zdjęcia z podchodu. Można wtedy testować swoje umiejętności i odwagę – spojrzał na mnie spod kapelusza.

– Odwagę?

– Aha. Podczas jednej z takich wypraw tropiłem niedźwiedzia. W pewnej chwili zatrzymałem się przy kępie drzew jak ta tutaj – Paweł wskazał na młode graby porastające małe wzniesienie obok naszego szlaku. – Ledwo zdążyłem podnieść wzrok znad śladu odciśniętego w błocie, a słyszę głośny pomruk. Podnoszę głowę i widzę niedźwiedzia kilkanaście metrów ode mnie. Staje na dwóch łapach i łapie nosem górny wiatr. Nie było czasu na jakąkolwiek reakcję. Ucieczka nie wchodziła w grę, nie chciałem go też prowokować żadnym ruchem, mimo że aparat miałem w ręku. Stanąłem i czekałem, co się stanie. A on łapał wiatr i patrzył w moim kierunku.

– I? – zapytałem, zatrzymując się prawie z ciekawości.

– Nidy wcześniej ani później nie widziałem tak szybko uciekającego niedźwiedzia – Paweł uśmiechnął się i poprawił kapelusz. – Wygrałem ten pojedynek na wzrok, choć nie wiem, co by było, gdybym wykonał jakiś niewłaściwy ruch. Właśnie dlatego kocham tropienie. Przy niespodziewanych sytuacjach i spotkaniach ze zwierzyną adrenalina sięga zenitu. Każda mikrodecyzja ma swoje konsekwencje. Innym razem zobaczyłem w wysokiej trawie kilka podobnych kształtów. Wydawało mi się, że to sarny. Podchodzę bliżej i staję jak wryty. Okazało się, że właśnie wszedłem na watahę wilków. Węszyły coś w trawie, a ich szare grzbiety wziąłem za rudel[4] saren. Byłem tak blisko, że nawet trochę się bałem o siebie. Oczywiście zostałem odkryty. Stary basior spojrzał w moją stronę i zaraz cała wilcza rodzina, tak jak stała, czmychnęła w gęstwinę. – Paweł zatrzymał się na chwilę i obejrzał na Krzysia, który z mozołem szedł za nami. – Jeszcze trochę pod górę, potem znowu równo i na końcu jeszcze raz pod górkę – nasz przewodnik wyciągnął lornetkę i spojrzał przed siebie, jakby sprawdzał dystans. W międzyczasie Krzysiek dotarł do nas, co chwila przecierając ręką spocone czoło. Ruszyliśmy znowu pod górę. Im wyżej byliśmy, tym silniejszy wiatr targał grzywami kolorowych buków.

– Pamiętam, jak pierwszy raz spotkałem się z Kaziem – fotograf zatrzymał się na zakręcie drogi, a ja przysunąłem ucho w jego stronę, bo wiatr gwizdał nam nad głowami. – Zaczynałem wtedy swój leśny staż. Wczesnym rankiem wszedłem do leśniczówki w Bukowcu. Kazek siedział za biurkiem, obok Marcin Scelina[5]. Byłem zestresowany, ale w końcu udało mi się wydukać kilka słów. Że bardzo się cieszę, że marzyłem o tej pracy, że wreszcie poznałem najsłynniejszego leśniczego w Polsce. A on mi prosto z mostu: „Dobra, nie podniecaj się. Do roboty!”. Cały Kazek. – Paweł uśmiechnął się i poprawił kapelusz.

Chcieliśmy iść dalej, ale nagle coś usiadło mi na szyi, chwilę później wpadło na czoło. Zdjąłem ręką małego płaskiego robaka. Kręcił się w palcach i miał małe przeźroczyste skrzydełka. Obsiadły nas właśnie strzyżaki, zwane potocznie latającymi kleszczami. Określenie trochę nieodpowiednie, bo do rodziny kleszczowatych nie należą. Patrzę na Pawła, a on ma całe nogawki w tych owadach. Kilka minut zajęło nam pozbycie się męczących stworzeń. Strzyżaki pasożytują głównie na sarnach i jeleniach, żywią się ich krwią. Atakują z lotu. Gdy znajdą żywiciela, odrzucają skrzydła i chowają się w sierści. Trudno się ich pozbyć, bo są płaskie i szybko się przemieszczają. Dla człowieka są niegroźne, ale u alergików mogą wywołać trudno gojące się, swędzące zmiany.

Na osamotnionym drzewie, oświetlany promieniami zachodzącego słońca wyglądał jak myśliwy gdzieś na dalekim safari

Projekt okładki: Monika Wojnarowska

Wykonanie graficzne: Robert Trojanowski [editor.design]

Redakcja: Justyna S. Majewska

Korekta: Katarzyna Furman

Opracowanie e-wydania:

Zdjęcia:

Paweł Lewandowski: okładka, wyklejka przód, zdjęcia autora na okładce oraz 8, 17, 67, 87, 130↓, 133 (2x), 137, 140, 141, 158, 164, 170, 195, 250, 278, 294, 301

Marcin Scelina: 129 (2x), 131, 132, 134 (2x), 135, 138, 139↓, 140↓, 143 (2x), 149, 174, 228, 268, 284, wyklejka tył

Kazimierz Nóżka: 49, 73, 81, 144, 152, 200, 240

Marcin Szumowski: 21, 61, 136, 220, 245, 273

Roman Pasionek: 4, 13, 118, 130, 141↓

Krzysztof Kempisty: 24, 30, 139

archiwum Edwarda Marszałka: 90, 95

Jarosław Ramucki: 35

Damian Stemulak: 123

Dariusz Dembiński: 127

ISBN EPUB 978-83-66242-45-6

ISBN MOBI 978-83-66242-46-3

© wydanie: Oficyna 4eM, Warszawa 2020

©tekst: Marcin Szumowski 2020

03-307 Warszawa, ul. Gersona 39

www.4em.pl

[1] Dawny podleśniczy Kazka, leśniczy leśnictwa Bukowiec, fotograf przyrody. Autor m.in. zdjęć Agi i niedźwiadków, które publikowane były na profilu nadleśnictwa Baligród.

[2] Paweł od czasu do czasu wrzuca swoje zdjęcia na facebookowy profil nadleśnictwa. Gdy tylko fotografie wskakują na stronę, lajki i udostępnienia idą w górę jak szalone. Biją nawet Kazkowe filmy z fotopułapek.

[3] Specjalne ukrycie budowane do robienia zdjęć przyrodniczych. Zwykle jest nim albo maskujący namiot, albo domek z gałęzi .

[4] Łowieckie określenie stada saren.

[5] Leśniczy leśnictwa Roztoki, przyjaciel Kazka, wspólnie prowadzą profil nadleśnictwa Baligród na Facebooku.