WIĘŹ 3/2019 - Towarzystwo WIĘŹ - ebook
Opis

Polacy pracują niemal najwięcej w Europie. W miejscach pracy często są zmuszani do nadgodzin i doświadczają mobbingu. Czy możemy zmienić tę sytuację?
Różnie bywało z biskupami Rzymu. Zdarzali się papieże uznawani za heretyków. Z Franciszkiem też można się nie zgadzać. Ale należałoby najpierw uważnie wsłuchać się w to, co mówi.
Patrząc na nakłady tomików, trzeba by uznać, że poezja niewiele dziś znaczy. A jednak, gdy trzeba wyrazić coś niewyobrażalnego, często sięgamy właśnie po wiersz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kwartalnik, Warszawa  WIĘŹ jesień 2019

Drodzy Państwo!

Zanim kogoś ocenisz, najpierw uważnie go posłuchaj i spróbuj zrozumieć. To podstawa jakiegokolwiek dialogu, a właściwie wszelkich relacji międzyludzkich. Świadectwem niepokoju naszych czasów jest fakt, że po apel o słuchanie sięgać trzeba w przypadku stosunku katolików do papieża.

W historii Kościoła różnie bywało z biskupami Rzymu. Jak przypomina Sebastian Duda w swoim eseju Dynamiczna wierność, zdarzali się nawet papieże uznawani za heretyków. Również z Franciszkiem nie trzeba się we wszystkim zgadzać. Zresztą i jego poprzednik, uważany przecież za konserwatystę, wielokrotnie publikował swoje opinie, zastrzegając, że wyraża pogląd jako teolog, a nie papież.

W tym numerze „Więzi” prezentujemy kilka przykładów trudności ze zrozumieniem Franciszka. Niekiedy określenie „trudności ze zrozumieniem” to eufemizm, jak w przypadku abp. Lengi, który uważa urzędującego biskupa Rzymu za uzurpatora i heretyka. Są też polscy księża, którzy nie wymieniają imienia papieża w liturgii. Zupełnie czym innym jest natomiast krytyczna postawa Michała Łuczewskiego, który – nawet widząc różnice z pontyfikatem Jana Pawła II – mówi: „osobiście staram się czytać je jako ciągłość”.

Apelujemy zatem: „Słuchaj papieża swego”. Zdobądź się na wysiłek zrozumienia, co Franciszek chce powiedzieć. Nie kieruj się podpowiedziami ze strony natychmiast-wszystko-wiedzących komentatorów. Jestem przekonany, że papieżowi zależy na wierności dynamicznej, że chodzi mu, jak mówi ks. Alfred Marek Wierzbicki, nie o rewolucję, lecz o rewelacje – odsłanianie pewnych mniej widocznych aspektów Tradycji.

Zbigniew Nosowski

PS.

Wdzięczni jesteśmy za życzliwość naszym Darczyńcom i Patronom (zob. s. 5). Niestety, na razie przyszłość pisma wciąż jest niepewna. Warunki prenumeraty na rok 2020 ogłosimy dopiero w październiku br. Zachęcam więc wszystkich naszych Przyjaciół do dalszego finansowego wsparcia „Więzi” (zob. s. 247). Z góry dziękujemy!

Podziękowania dla Przyjaciół

Serdecznie dziękujemy wszystkim Darczyńcom i Patronom „Więzi”! Państwa życzliwość jest dla nas niezwykle ważna. W ostatnim okresie wsparcia udzieliły nam następujące osoby:

Maciej Achremowicz ○ Elżbieta Adamiak ○ Jacek Ambroziak ○ Tomasz Arabski ○ Anna Barczyk ○ Bartłomiej Bargiel ○ Iwona D. Bartczak ○ Paweł Batory ○ Iwona Beaupré ○ Danuta Bednarska-Hajduk ○ Ewa Bielecka ○ Łukasz Blachnik ○ Zygmunt Bluj ○ Jakub Błażej ○ Krystyna Bojahr ○ Agnieszka Bortniczuk ○ Tomasz Brzostek ○ Michał Całka ○ Maria Chantry ○ Dominika Chmielewska ○ Kuba Choiński ○ Władysław Cholewa ○ Alicja Chwieduk ○ Wojciech Cierpiał ○ Łukasz Cieszyński ○ Agnieszka Cieślak ○ Piotr Ciompa ○ Joanna Cutts ○ Marcin Czajkowski ○ Jolanta Czapczyk ○ Maria Czaplińska ○ Jacek Czernuszenko ○ Jadwiga Czypionka ○ Andrzej Dec ○ Tomek Doliński ○ Tomasz Dołęgowski ○ Marta Drobnik ○ Jolanta Elkan Wykurz ○ Przemysław Fenrych ○ Katarzyna Foster ○ Magdalena Foster ○ Jakub Gałęziowski ○ Maria Gałkowska ○ Teresa Gierzyńska ○ Piotr Głogowski ○ Justyna Górnowicz ○ Dominik Górski ○ Leszek Górski ○ Karol Grabias ○ Marek Grabowski ○ Antonina Gutowska ○ Magdalena Hałasz ○ Marián Hamada ○ Jarosław Hirny-Budka ○ Agáta Stanislava Hrkľová ○ Piotr Iwański ○ Joanna Izydorczyk ○ Dominika Jabłońska ○ Karol Janas ○ Krzysztof Jankowiak ○ Grażyna Jankowska ○ Marek Jankowski ○ Marcin Jarząbek ○ Ewa Jasionek ○ Krzysztof Jedliński ○ Piotr Jelinowski ○ Marek Jeziorek ○ Paweł Kaczorowski ○ Łukasz Kaczyński ○ Katarzyna Kajzar ○ Jan Kamiński ○ Przemysław Kaniecki ○ Michał Kasperczak ○ Wiesława Kaszlajda-Mańczak ○ Jakub Kiersnowski ○ Wiesław Klisiewicz ○ Mateusz Kobak ○ Joanna M. Kociszewska ○ Wiesław Kolasa ○ Zofia Komorowska ○ Tomasz Kopoczyński ○ Nina Kozłowska ○ Robert Krajewski ○ Magdalena Krasuska ○ Maria Krawczyk ○ Lesław Krzewski ○ Alicja M. Kubiak ○ Jakub Kubica ○ Edward Kudrewicz ○ Artur Kulesza ○ Anna Kulesza-Jeleń ○ Marcin Kulwas ○ Ireneusz Lara ○ Asia Lisiecka ○ Mirabella Luszawska ○ Anna Maciaś ○ Magdalena Macińska ○ Marek Madej ○ Jacek Małyszko ○ Kamil Markiewicz ○ Anna Maślaczyńska-Ratajczak ○ Piotr Materny ○ Andrzej Mierzejewski ○ Lech Miłaczewski ○ Anna Mirkowska ○ Brygida Misiewicz ○ Włodzimierz Miziołek ○ Andrzej Moskalik ○ Paweł Mostek ○ Jan Muszyński ○ Bogna Neumann ○ Anna Nowak ○ Sebastian Oduliński ○ Dima Panto ○ Maciej Papierski ○ Katarzyna Pasek ○ Andrzej Paszewski ○ Krzysztof Patejuk ○ Jadwiga Pawlicka ○ Ewa Pawluszewicz ○ Ks. Andrzej Perzyński ○ Ewelina Piechaczek ○ Jarema Piekutowski ○ Sławomir Pietuszko ○ Michał Piętosa ○ Agnieszka Piskozub-Piwosz ○ Katarzyna Pliszczyńska ○ Anna Pobiedzińska ○ Ryszard Jerzy Podkowa ○ Maria Poniewierska ○ Tomasz Ponikło ○ Michał Przeperski ○ Jacek Przybyło ○ Justyna Rochon ○ Tomasz Romaniuk ○ Leszek Ropelewski ○ Paweł Rost ○ Mateusz Józef Różański ○ ks. Jerzy Rutkowski CM ○ ks. Piotr Rytel ○ Jan Sawicki ○ Paweł Sawicki ○ Krystyna Schmuhl ○ Anna i Michał Siciarek ○ Anna Sieprawska ○ Anna Skarżyńska ○ Wojciech Skibicki ○ Marcin Składanowski ○ Katarzyna Skrobiszewska ○ Maria Skwarek ○ Agnieszka Smoleń ○ Anna Sobótka ○ Renata Soszyńska ○ Agnieszka Sowińska ○ Aleksandra Springer ○ Joanna Stawiarska ○ Krystyna Stefaniak ○ Beata i Dariusz Stola ○ Ryszard Struzik ○ Piotr Szczepkowski ○ Elżbieta Szczypek ○ Jarosław Szczypiński ○ Wojciech Sznajder ○ Ks. Andrzej Szostek ○ Jola Szymańska ○ Barbara Śpiewak ○ Joanna Święcicka ○ Weronika Tarka ○ Natalia Telega-Soares ○ Magda Teter ○ Marta Tondera ○ Andrzej Tyc ○ Radosław Walczuk ○ Paweł Wąsik ○ Marek Wesołowski ○ Maciej Wewior ○ Krzysztof Węglewski ○ Krzysztof Wieliński ○ Grzegorz Wilczyński ○ Grzegorz Wingert ○ Anna Katarzyna Wojciechowska ○ Ewa Wojciechowska ○ Tomasz Wolanowski ○ Justyna Wołkowycka ○ Henryk Woźniakowski ○ Marzena Wyczółkowska ○ Jan Wyrowiński ○ Kalina Wyszyńska ○ Damian Wyżkiewicz CM ○ Antonina Zalewska ○ Teresa Zańko ○ Agnieszka Zawiejska ○ Małgorzata Zielińska ○ Leszek Zygmunt ○ Sylwia Żmijewska-Kwiręg ○ Krystyna Żmuda-Trzebiatowska ○ oraz osoby, które pragną pozostać anonimowe.

Możliwe formy wsparcia „Więzi” – zob.s.247.

Społeczeństwo

Polacy w pracy

Polacy pracują niemal najwięcej w Europie. W miejscach pracy często są zmuszani do nadgodzin i doświadczają mobbingu, nie dziwi więc, że dwa miliony naszych rodaków uważa, że ich praca nie ma sensu. Czy możemy zmienić tę sytuację? Jak uzdrowić polski rynek pracy?

Przyszłość pracy w dobie późnego kapitalizmu

Dyskutują: Olga Gitkiewicz, Łukasz Komuda oraz Bartosz Bartosik i Ewa Buczek („Więź”)

Milenialsom zarzuca się, że są roszczeniowi i traktują swoją pracę czysto utylitarnie. A co jeśli oni jedynie wracają do zdrowego poziomu, który my po 1989 r. tak bardzo przekroczyliśmy? Nasz nadwiślański kapitalizm wprowadził kult wiecznej gonitwy, przekonanie, że musisz zostawać po godzinach.

Więź Najnowsze widmo, które krąży nad Europą, to widmo rynku pracownika...

Łukasz Komuda Nieustająca figura retoryczna w użyciu. Tymczasem w większości krajów sytuacja jest podobna: tym, którym było dobrze, jest coraz lepiej, a tym, którym było raczej średnio, dopiero się zaczęło poprawiać, ale nie zdąży się poprawić na dobre, bo zaraz będzie recesja. W Stanach Zjednoczonych dobra koniunktura trwa już 10 lat, w Europie – 8. Od czasu wielkiego kryzysu jest to najdłuższy okres wzrostu gospodarczego. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że wkrótce musi nastąpić tąpnięcie. Trudno przewidzieć, kiedy dotrze ono do Polski, poprzednie doświadczenia uczą, że dzieje się to z pewnym opóźnieniem i nie dotyka nas tak bardzo jak gospodarki wyżej rozwinięte.

Więź Obecnie mamy w Polsce rekordowo niskie bezrobocie i stale rosnące pensje. Może zatem łatwiej jest być pracownikiem teraz niż jeszcze kilka lat temu?

Olga Gitkiewicz Te dane odnoszą się do przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 pracowników – tam rzeczywiście coś się mogło zmienić. Jednak w małych firmach dopiero nieśmiało zaczyna się mówić o poprawie sytuacji. Na pewno nie widać jej ani w samopoczuciu pracowników, ani we wskaźnikach.

Komuda Główny Urząd Statystyczny podał, że między 2010 a 2018 r. płace w Polsce wzrosły o 42,2%. Tyle że w tym samym czasie PKB wzrosło o 48,9% i nie da się tego wytłumaczyć większą liczbą pracowników. Te 6,7% zostało pracownikom odebrane przez pracodawców, kapitał został wynagrodzony bardziej niż praca. Obserwujemy zatem kurczenie się wynagrodzeń w relacji do PKB mimo wszystkich pozytywnych wskaźników wynikających z dobrej koniunktury.

To się niejako nakłada na wyniki World Inequality Database, które pokazują, że Polska nie tylko jest krajem o najwyższych nierównościach dochodowych w Europie, ale również od lat 80. odnotowała największy ich wzrost. Do tego, jak pokazują raporty NBP i Instytutu Badań Strukturalnych, nasz system podatkowy jest w istocie regresywny, czyli zarabiający więcej płacą mniejszą część swoich dochodów niż zarabiający mniej. To po części tłumaczy, dlaczego tym najbiedniejszym poprawia się najwolniej. Ich sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że wskutek napływu tańszej siły roboczej podwyżki wynagrodzeń w najmniej opłacalnych zawodach nie następują tak szybko, jak można by było na to liczyć.

Więź Ich sytuacja jest nie do pozazdroszczenia jeszcze z jednego powodu. To grupa najbardziej narażona na ryzyko negatywnych konsekwencji rewolucji, która stoi u bram – rozwoju sztucznej inteligencji i jeszcze większej automatyzacji pracy. Jak te zjawiska mogą zmienić nasz rynek pracy?

Gitkiewicz Nie pierwszy raz w historii robotnicy boją się, że maszyny odbiorą im pracę. W XIX w. luddyści w czasie rewolucji przemysłowej w odruchu buntu niszczyli maszyny tkackie, ale ostatecznie rytm pracy musiał zostać dostosowany do rozwoju technologicznego. To samo nas czeka w związku z automatyzacją. Są branże zagrożone wyparciem z rynku, ale są również takie, które stawiają na nowe technologie, a nie przestają rekrutować ludzi do pracy. Tak dzieje się choćby w handlu, co widać dobrze na przykładzie firmy Amica we Wronkach. Ona zbudowała olbrzymi magazyn, w którym pracuje tylko jeden człowiek, resztę robią maszyny. Gdy jeszcze w trakcie budowy zapytałam, jak to może wpłynąć na zatrudnienie, usłyszałam, że planują je podnosić, bo cały czas potrzebują rąk do pracy przy taśmie. Sprawa jest o tyle ciekawa, że Amica nawet przy sporych brakach w zatrudnieniu nie zwiększyła wynagrodzeń, więc dość szybko przestał im wystarczać lokalny rynek. Otworzyli swoje zakłady dla Ukraińców, wkrótce jednak nawet oni nie chcieli pracować za minimalne stawki. Wtedy firma wpadła na doskonały pomysł, jak wybrnąć z tego impasu – zaczęła zatrudniać więźniów z zakładu karnego we Wronkach.

Komuda Z perspektywy lokalnych pracowników to oczywiście zły krok, bo zamraża wynagrodzenia na określonym poziomie, ale z punktu widzenia więźniów – a także z perspektywy społeczeństwa – to naprawdę dobry pomysł, bo większość z nich chce pracować.

Gitkiewicz Na pewno jest to opłacalne dla samej Amiki, która nie dość, że płaci pracownikowi jedynie pensję minimalną, to jeszcze dostaje do niej dofinansowanie.

Komuda To pokazuje też, że pracodawca – jeśli chce – zawsze znajdzie jakiś sposób, żeby uniknąć podwyżek. W przypadku pracujących więźniów dodatkowa zaleta to łatwość zwolnienia pracowników w razie pogorszenia koniunktury...

A wracając do pytania o skutki automatyzacji, to chciałbym przywołać badania Carla Benedikta Freya i Michaela Osborne’a z University of Oxford, którzy w swojej pracy badawczej z 2013 r. wyróżnili 702 zawody i ocenili je pod kątem zagrożenia rozwojem sztucznej inteligencji i robotyzacji. Z ich analizy wynika, że 47% zawodów będzie albo w istotny sposób dotknięte, albo całkowicie wyeliminowane przez automatyzację w ciągu najdalej dwóch dekad.

Zwróćmy uwagę, że ta automatyzacja przebiega z dwóch stron. Z jednej automatyzowane są najprostsze czynności w sektorze produkcyjnym, które łatwo zastąpić działaniem maszyny. Natomiast z drugiej robotyzacja atakuje zawody wysoko wynagradzane. Tam płace są najwyższe, więc też motywacja do pracy nad innowacją technologiczną jest większa. I to już się dzieje. Jeden z największych banków na świecie – JP Morgan Chase – wprowadził platformę Contract Intelligence, która analizuje pod kątem spójności wszystkie umowy zawierane w tym banku. Dotychczas zajmowali się tym prawnicy, a cały proces pochłaniał 360 tysięcy godzin ich pracy rocznie. Oszczędności dla firmy wynikające z likwidacji stanowisk idą więc w dziesiątki milionów dolarów. Inne banki nie pozostają w tyle i wyposażają się np. w wyrafinowane oprogramowanie analityczne ułatwiające podjęcie szybszej decyzji o przyznaniu kredytu – od dwóch lat robi to np. Bank of America Merill Lynch, dzięki czemu zmniejsza koszty związane z pracą analityków finansowych.

Podobnie podatny na automatyzację jest zawód pilota. Coraz częściej bywa tak, że start i lądowanie samolotu są sterowane komputerowo i nawet w trakcie lotu pilot jest figurantem, bo jego rola sprowadza się do kontroli, czy autopilot działa sprawnie i czy samolot leci właściwą trasą. Specjaliści od lotnictwa mówią, że już teraz loty odpowiednio wyposażonymi samolotami pomiędzy dużymi lotniskami mogłyby odbywać się właściwie bez pilotów, ale psychologiczna bariera przed lotami bezzałogowymi jest zbyt duża.

Więź Nie sposób w tym miejscu nie zadać pytania, co się stanie z ludźmi, którzy zostaną zastąpieni przez maszyny.

Gitkiewicz Będą musieli szukać innej pracy. Zauważmy, że w ostatnich latach co i rusz powstają zupełnie nowe zawody. Praca jest potrzebna, bo strukturyzuje nam społeczeństwo – zapewnia nam zajęcie przez pięć dni w tygodniu. Z punktu widzenia władzy strach pomyśleć, co to będzie, gdy ludzie zaczną pracować cztery dni w tygodniu – na pewno w piątek wymyślą coś strasznego! (śmiech)

Więź Tylko czy powstawanie nowych zawodów będzie wystarczającym remedium na problemy małego, polskiego miasteczka, w którym ¾ mieszkańców straciło pracę?

Komuda Wyjaśnijmy tylko na wstępie, że najprawdopodobniej ci ludzie są bezrobotni nie wskutek automatyzacji. W przemyśle na 1000 pracowników przypadają w przybliżeniu 4 roboty, podczas gdy na Węgrzech – 8, w Czechach – 12, a na Słowacji – 15. Ponadto nasza gospodarka stoi na mikroprzedsiębiorstwach, a te ani nie mają środków na inwestowanie w roboty, ani często nie mają takiej potrzeby, skoro są w stanie realizować swoje zamówienia dzięki pracy kilku osób.

GITKIEWICZ: Bezrobotni w Polsce nie tylko są pozbawieni tej struktury społecznej, jaką daje praca, ale ponadto są traktowani jako gorsi. Muszą słuchać o tym, że są nierobami i biorą pieniądze za nic.

Wracając do pytania, rzeczywiście ostatnio mamy wysyp zawodów, które 20 lat temu wydawałyby się kuriozalne – piarowiec, telemarketer, wedding planner, organizator eventów. Niedawno na jednej z konferencji zadałem słuchaczom otwarte pytanie, kto z nich mógłby dziś wykonywać swoją pracę dokładnie tak jak 30 lat temu. Tylko ⅓ sali podniosła ręce. Większość z nas robi rzeczy, które wymagają chociażby korzystania z nowych narzędzi. Czyli nawet jeśli powstają nowe zawody, to łączą się często z wysokimi kwalifikacjami, np. umiejętnością programowania. Tak było w Stanach Zjednoczonych, gdzie był spory problem z bezrobotnymi górnikami z zamykanych kopalni węgla kamiennego. Ci ludzie nigdzie nie mogli znaleźć pracy, więc wdrożono prywatne programy szkoleniowe, aby nauczyć ich właśnie programowania. Przeszkolono kilkuset górników, a zaledwie kilkunastu znalazło pracę. Nie tak łatwo jest zacząć robić coś zupełnie innego.

To samo dotyczy Polski powiatowej – jeśli gdzieś zamknięto montownię pralek, to zwolnieni pracownicy nie zostaną nagle masowo informatykami, choćby nawet rzeczywiście był w tej miejscowości popyt na takich fachowców. Na ten popyt już szybciej odpowiedzą młodzi, którzy w ramach systemu edukacji lub kształcąc się indywidualnie, mogą się przygotować do pracy w określonych zawodach. Dużo gorzej jest z przekwalifikowaniem ludzi z jednej dziedziny do drugiej.

Sam dwa razy w życiu zmieniałem zawód. Najpierw byłem sprzedawcą gier komputerowych, następnie dziennikarzem i redaktorem, teraz zajmuję się rynkiem pracy. Większość z nas takiego przebranżowienia w swoim życiu nie zaznała, co więcej, absolutnie sobie tego nie wyobraża. Mój ojciec był szefem produkcji w FSO. Miał pod sobą dwa i pół tysiąca ludzi. Gdy fabryka została kupiona przez Daewoo, a koncern zaczął podupadać, tata większość z nich musiał zwolnić. To była dla niego sprawa bardzo osobista, więc z każdym rozmawiał indywidualnie. Wyobrażacie sobie dwa tysiące rozmów z ludźmi o tym, że stracą pracę? On zapłacił za to zdrowiem i odszedł z firmy, nie mając nic innego na oku. A trzeba pamiętać, że dla wielu przebranżawiających się nowy zawód oznacza zaczynanie od płacy minimalnej plus trzysta złotych. Kto z nas byłby psychicznie na to gotowy?

Gitkiewicz Do tego dochodzi problem systemowy. Nasze państwo ma kłopot z instrumentami rynku pracy, czego świetną ilustracją są urzędy pracy. Jeśli pytasz, kto byłby w stanie wykonywać swoją pracę tak samo jak niemalże 30 lat temu, odpowiadam: pracownicy urzędów pracy. W tym czasie zmieniło się wszystko – i sami klienci, czyli bezrobotni, i rynek pracy, i potrzeby przedsiębiorstwa, a urzędy pracy zdają się tego nie dostrzegać.

Komuda Muszę jednak wziąć w obronę urzędników, bo oni tylko funkcjonują w określonym systemie, nie stworzyli go przecież.

Gitkiewicz Oczywiście. Zresztą zdarza się, że próbują robić w nim wyłomy – poprowadzić jakiś fajny kurs albo rozmawiać z człowiekiem, żeby go lepiej poznać. Jednak natychmiast pożera ich biurokracja. Urzędnik nie jest rozliczany z tego, ilu osobom znalazł pracę, ale ile druczków poprawnie wypełnił.

Więź Jeśli urzędnicy toną w papierach, kto odpowiada za działania przygotowujące bezrobotnych do zmiany zawodu? Kto przeprowadza szkolenia, organizuje kursy?

Gitkiewicz No właśnie nikt za to nie odpowiada. Dlatego w statystykach ciągle figurują te same typy bezrobotnych – osoby powyżej 50. roku życia, najczęściej długotrwale bezrobotne, które z roku na rok mają coraz mniejsze szanse na przekwalifikowanie i zdobycie nowej pracy. Powiedzmy sobie jasno: bezrobotni w Polsce nie tylko są pozbawieni tej struktury społecznej, jaką daje praca, ale ponadto są traktowani jako gorsi. Szczególnie gdy zarejestrują się w urzędzie pracy i pobierają zasiłek. Wtedy jeszcze muszą słuchać o tym, że są nierobami i biorą pieniądze za nic.

KOMUDA: Nasze podejście do bezrobocia to grzech pierworodny transformacji ustrojowej – nie zdołaliśmy wypracować takich rozwiązań, które utrzymywałyby ludzi na rynku pracy.

Więź Skąd już tylko krok do stwierdzenia, że bezrobotni są sami sobie winni.

Gitkiewicz Oczywiście. Jeśli nie pracujesz, widocznie nie chce ci się pracować. Nie chce ci się niczego nowego nauczyć.

Więź Tymczasem start w nowym zawodzie to nie tylko niższa pensja, ale też często gorsze warunki pracy – starsze branże są lepiej uzwiązkowione, mają większe możliwości walki o ich poprawę. Czy możemy zaryzykować tezę, że obecne zmiany na rynku pracy mogą doprowadzić nas do nawrotu dzikiego kapitalizmu?

Gitkiewicz Na pewno dane nie napawają optymizmem. Ostatnie badania Monitora Rynku Pracy pokazują, że ¾ pracowników pracuje w nadgodzinach, a 1⁄₅ pracowników w czasie wakacji będzie szukać sobie dodatkowej fuchy. To nie wynika bynajmniej z kultu pracy, tylko z prostego faktu, że Polacy mało zarabiają.

W jednej z fabryk w Wielkopolsce spotkałam osoby, które pracowały w niej ustawowe 40 godzin w tygodniu, od poniedziałku do piątku, ale w sobotę i niedzielę dorabiały w sąsiednim zakładzie produkcyjnym, co oznacza, że cały tydzień były w pracy. To się nie mieści w głowie.

Komuda Rzeczywiście to niekiedy przypomina dawny model kapitalizmu, w którym człowiek zasuwał na okrągło. Wtedy mówiono wprost, że pracownikom trzeba płacić tyle, żeby mogli się utrzymać przy życiu, ale nic ponadto, bo jeśli będą w stanie cokolwiek odłożyć, to zaraz zaczną organizować strajki. Z perspektywy pracodawcy pożądane było, żeby pracownik był głodny. Ile można strajkować na głodno? Tydzień postrajkują i wrócą do pracy.

Dziś oczywiście ten próg zarobków jest wyżej, nie zatrzymuje się na poziomie biologicznego przetrwania, ale w dalszym ciągu polski pracownik nie może sobie pozwolić na odłożenie kwoty zapewniającej spokój w nieprzewidzianej sytuacji. Ponad 40% gospodarstw domowych nie ma oszczędności nawet rzędu tysiąca złotych. Żyją od pierwszego do pierwszego. Odpowiedzialność za to ponosi częściowo styl życia, w który nas wtłoczono. To błędne koło nakręcane konsumpcją – ciężko pracujemy, żeby móc konsumować, ale w ten sposób wyczerpujemy nasze rezerwy, więc musimy pracować jeszcze ciężej i biegać w tym kołowrotku jeszcze szybciej. Marketing jest coraz skuteczniejszy, coraz trudniej sobie czegoś odmówić.

Więź Z naszej rozmowy wyłania się obraz turbokapitalizmu, w którym pracownicy są trybikami w maszynie – pracują za dużo, zarabiają za mało. Niewątpliwie pracujemy po to, żeby zarabiać, ale odwróćmy ten schemat – czy powinniśmy pracować, nawet jeśli nie możemy w ten sposób zarabiać? Czy w grupach społecznych, w których np. dominuje dziedziczone bezrobocie, powinny być wdrażane jakieś inne formy pracy, choćby wolontariat?

Komuda Praca jest czymś, co porządkuje nasz dzień, stwarza zdrowy dla naszej psychiki rytm. I to niezależnie od tego, czy podnosi poziom PKB, czy nie. Praca daje nam cel – mamy gdzie iść, z kim się spotkać, wykonać pewne czynności.

Badania wykazują, że po dwóch latach bez pracy zachodzą już zmiany w mózgu, człowiek uczy się żyć bez niej, zarówno w aspekcie finansowym, jak i psychicznym. Wtedy powrót do pracy bywa dość brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Jeśli ktoś przez dwa lata mógł samotnie oglądać telewizję w piżamie, trudno będzie mu znowu wstawać co dzień o szóstej rano i wychodzić z domu.

Gitkiewicz Problemem może być w ogóle samo publiczne zabranie głosu czy budowanie relacji w zespole – to także są umiejętności, które mogą zanikać.

Komuda Nasze podejście do bezrobocia to grzech pierworodny transformacji ustrojowej – nie zdołaliśmy wypracować takich rozwiązań, które utrzymywałyby ludzi na rynku pracy. Dziś jesteśmy mądrzy po szkodzie. Wiemy, że gospodarka rozwija się w cyklach – jest koniunktura i bezrobocie spada, a potem kryzys i bezrobocie rośnie. Powinniśmy być na to przygotowani i mieć w zanadrzu środki, które przeznaczymy na stworzenie miejsc pracy w trudnym momencie. Nawet jeśli z ekonomicznego punktu widzenia nie byłby to najbardziej efektywny sposób wydania tych pieniędzy, ważniejsze jest utrzymywanie ludzi w aktywności zawodowej.

Praca ma przecież określoną wartość społeczną. Półtora miliona Polaków jest wolontariuszami. Z perspektywy gospodarki ich praca jest trochę bez sensu. Inwestują swój czas, nie zarabiają, a do tego często nie wpływają na PKB. Czysta głupota. Ale już z punktu widzenia społeczeństwa jest to być może najważniejsza rzecz, którą można robić. Działanie społecznikowskie, zaangażowanie na rzecz lokalnej społeczności, sąsiadów, dzieciaków z dzielnicy – ta robota jest bezcenna, choć zazwyczaj niewynagradzana.

Więź Za to daje poczucie sensu, sprawczości i najprościej rzecz ujmując, przynosi światu korzyść.

Komuda Czego już nie da się powiedzieć o wielu wysokopłatnych zawodach. Antropolog David Graeber stworzył nawet termin bullshit jobs na określenie współczesnych zawodów niespełniających powyższych kryteriów i jest ich naprawdę sporo! Mnóstwo ludzi robi rzeczy, które mają zerową lub wręcz ujemną wartość dla otoczenia.

Więź Może zatem poczucie sensu wykonywanej dla zarobku pracy jest dziś luksusem?

Gitkiewicz Przy zbieraniu materiałów do mojej książki spotkałam naprawdę wielu ludzi, którzy widzieli sens w swojej pracy, choć z boku wydawało się to dość zaskakujące. Ludzie są przywiązani do swojej pracy nie tylko dlatego, że daje im chleb co miesiąc.

Z drugiej strony spójrzmy na młodych ludzi określanych dziś mianem milenialsów. Zarzuca im się, że są roszczeniowi, traktują swoją pracę czysto utylitarnie, nie chcą się dla niej poświęcać. A co jeśli oni jedynie wracają do zdrowego poziomu, który my po ’89 r. tak bardzo przekroczyliśmy? Nasz nadwiślański kapitalizm wprowadził kult wiecznej gonitwy, przekonanie, że musisz zostawać po godzinach, bo to znaczy, że się starasz dla dobra firmy. Może ci młodzi ludzie zwyczajnie chcą mieć życie poza pracą? Znam takich, którym wystarcza praca na pół etatu w jakiejś knajpie, bo w tym środowisku praca nie świadczy o tym, jakim się jest człowiekiem, nie imponuje się nią znajomym. Tam się po prostu zarabia na życie.

Komuda To mi przypomina książkę This Life: Secular Faith and Spiritual Freedom (Życie doczesne, świecka wiara i wolność duchowa) szwedzkiego filozofa Martina Hägglunda, który zwraca uwagę na to, że nasz czas jest skończony, a zużywamy go głównie na to, żeby pracować, czyli zarabiać pieniądze, oraz inwestować w kapitał ludzki, aby zarabiać jeszcze więcej pieniędzy. Czy te chwile uznajemy za najlepsze w swoim życiu? Raczej nie. Większość z nas wolałaby spędzać czas z rodziną, dziećmi, kumplami z zespołu, bo czas wolny najczęściej związany jest z rozbudowywaniem i wzmacnianiem sieci więzi społecznych, które dodają życiu sensu.

Gitkiewicz Może zatem to jest wreszcie dobra pora, żeby zacząć myśleć o tym, że tego czasu powinno być więcej? Gdy w 2004 r. zaczynałam pracę w korporacji, dostałam czarno na białym wytyczne, że muszę mieć przepracowane przynajmniej 20 nadgodzin w miesiącu.

Komuda W wielu miejscach do dziś jest to norma. 1/3 pracowników w Polsce zostaje po godzinach przynajmniej raz w tygodniu! Rocznie wypracowujemy średnio 1800 godzin. W Europie więcej pracują już tylko Grecy i Rosjanie. Przestańmy wreszcie mówić, że jesteśmy na dorobku, bo już dawno nie jesteśmy. Zwolnijmy. Dajmy sobie czas na życie. ■

Olga Gitkiewicz – dziennikarka i redaktorka, autorka książki Nie hańbi (nominowanej do Nagrody Literackiej „Nike” 2018) – zbioru reportaży o pracy.

Łukasz Komuda – ekspert rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i redaktor portalu Rynekpracy.org.

Wiara

Słuchaj papieża swego

Różnie bywało z biskupami Rzymu. Zdarzali się papieże uznawani za heretyków. Z Franciszkiem też można się nie zgadzać. Ale należałoby najpierw uważnie wsłuchać się w to, co mówi. Jego dynamiczna wierność to zmiana, ale nie zerwanie; odnowa, ale nie odrzucenie.

„Nie papież, a Bergoglio”Abp Lenga o Franciszku

ZBIGNIEW NOSOWSKI

Rzymskokatolicki biskup, który w liturgii nie wymienia imienia papieża i publicznie twierdzi, że uważa obecnego biskupa Rzymu za uzurpatora i heretyka – czy to możliwe? Jak najbardziej! A nawet jest to do usłyszenia w polskich salkach kościelnych i na YouTube.

„Bergoglio sam się nie utwierdza w wierze i innym tej wiary nie daje, prowadzi świat na manowce” – twierdzi abp Jan Paweł Lenga w książkowej rozmowie ze Stanisławem Krajskim1. Mało tego: „Bergoglio głosi nieprawdę, głosi grzech, a nie głosi tradycji, która trwała tyle lat, 2 tysiące lat, wyrzuca ją, traktuje ją, jakby jej nie było. On głosi prawdę tego świata i to jest właśnie prawda diabła” (s. 159–160).

„Bergoglio, którego uważam za heretyka”

W swoich wypowiedziach abp Lenga konsekwentnie mówi o papieżu Franciszku wyłącznie jako o „Bergoglio” lub co najwyżej „biskupie Rzymu”. Inne określenia z jego ust nie padają.

Kto zatem jest papieżem dla emerytowanego biskupa Karagandy?

Nie zdejmuje z siebie tej papieskiej sutanny, białej sutanny, Benedykt XVI. Natomiast Bergoglio sam nazywa siebie biskupem Rzymu i jeżeli tak sam siebie nazywa, to jak ja mogę go nazywać? Jeżeli on sam sobie pozwala tak mówić o sobie, to mnie też się wydaje, że coś na pewno on wie, że tak chce siebie nazywać. Natomiast kiedy odprawiam Msze Święte, modlę się o papieża, nie nazywając go po imieniu (s. 13).

W innej wypowiedzi abp Lenga już jasno dopowiada, kogo uważa za papieża:

to jest właśnie to, że żyje Benedykt XVI jako papież, bo kiedyś była abdykacja papieża i on przeszedł do stanu kardynalatu, a dzisiaj papież, który abdykował, on pozostaje nadal papieżem (s. 41).

Trudno w ogóle polemizować z poglądem, jakoby w określaniu się przez papieża jako „biskup Rzymu” było coś podejrzanego. Nie sposób też pojąć, jak duchowny rzymskokatolicki rozumie swoją jedność z papieżem, którego imię pomija w liturgii. Ale to zaledwie początek pretensji abp. Lengi do Franciszka.

Złe mianowicie jest to, że „w kościołach nawet sam Bergoglio urządza uczty dla uchodźców i robi z nimi selfie [...]. Tam był zgiełk i wrzawa. [...] to była obraza dla tych ludzi, którzy kiedyś tam się modlili w tej katedrze” (s. 13–14). Złe jest to, że dzisiaj Kościół zajmuje się „ciuchami, portkami i gaciami, imigrantami, troszczy się o biednych, o różne rzeczy, tylko nie o rzeczy wieczne” (s. 62). Rzecz jasna, „ekumenizm to jest największa plaga dla Kościoła katolickiego w całej jego historii” (s. 144), zaś „wielką klęską dla tego prawdziwego Kościoła katolickiego” (s. 141) było spotkanie międzyreligijne w Asyżu z roku 1986. A teraz Bergoglio myje nogi muzułmance: „Chrystus tego nie robił, a Bergoglio to robi i zmusza innych to robić” (s. 141).

Abp Lenga zarzuca również papieżowi fałszywe rozumienie miłosierdzia: „Był Rok Miłosierdzia i ci, którzy wiedzieli, o co chodzi, płakali z powodu tego Roku Miłosierdzia” (s. 37). „Jak był Rok Miłosierdzia, to był dla tych LGBT i dla tych rozwodników” (s. 34). „Nie można być w taki sposób miłosiernym dla LGBT, żeby ich przyjąć, żeby im towarzyszyć. W czym towarzyszyć? W grzechu?” (s. 36). Według emerytowanego biskupa Karagandy „na miłosierdzie trzeba zasłużyć, poznając swój grzech, pokutując za niego, przepraszając Boga i wtedy Pan Bóg może to miłosierdzie okazać. Nie musi, ale może” (s. 76). To jest poprawne ujęcie miłosierdzia „przez nas, którzy właściwie rozumiemy naukę Kościoła, który już ma 2000 lat, a nie tylko 5 lat pontyfikatu Bergoglio” (s. 77).

Wielokrotnie abp Lenga protestował przeciwko posynodalnej adhortacji Franciszka Amoris laetitia, uznając ją za dokument niezgodny z kościelną Tradycją. Jego opór wobec Franciszka wydaje się zakorzeniony właśnie tutaj. Tyle że właściwie to nie jest opór, lecz jawny bunt.

Lenga nie szuka bowiem subtelności nawet w refleksji, czy urzędujący papież jest heretykiem. Raz zaczyna wywód od bezpiecznej tezy: „Nie wiemy, co tkwi w sumieniu innych”, ale zaraz dodaje, że pewni teologowie słusznie zarzucili, iż w zdaniach wypowiadanych przez papieża są herezje. „Oni mają rację”, gdyż „niektóre wypowiedzi Bergoglio mają, uważam, tendencje heretyckie bardzo wyraźne” (s. 16). Innym razem posuwa się jeszcze dalej, zarzucając biskupom, że niszczą Kościół od środka, „razem z Bergoglio, którego uważam za heretyka. Chociaż na razie jest materialnym heretykiem, bo herezję jawną głoszą jego współtowarzysze, jego koledzy” (s. 53)*.

*  Stanisław Krajski spieszy w książce z wyjaśnieniem, że „herezja materialna jest wtedy, gdy ktoś milczy, gdy inny głosi herezje lub akceptuje ten fakt, że ktoś inny głosi herezję” (s. 53).

Najtrafniejszym autopodsumowaniem poglądów abp. Lengi o obecnym papieżu są chyba te zdania:

Papież, przepraszam, nie papież, a Bergoglio, który dzisiaj rezygnuje z tej posługi Piotrowej, to chyba czuje, że ona została przez niego uzurpowana, a nie dana przez Chrystusa [...] dzisiejsi biskupi, wraz z Bergoglio, prowadzą Kościół na zatracenie (s. 54).

„To jest sprawka Watykanu”

Kim jest abp Jan Paweł Lenga? Urodził się w 1950 r. w polskiej rodzinie w Gródku Podolskim na Ukrainie. Gdy postanowił zostać księdzem, wyjechał najpierw na Łotwę, a później na Litwę. Wstąpił potajemnie do zgromadzenia księży marianów. Ukończył podziemne seminarium duchowne i w 1980 r. przyjął święcenia kapłańskie.

Został skierowany do pracy duszpasterskiej w Tadżykistanie. Stamtąd, jak opowiada, został wyrzucony przez KGB. W 1981 r. trafił więc do Kazachstanu. Tam gorliwie duszpasterzował miejscowym katolikom. W kwietniu 1991 r. Jan Paweł II mianował go biskupem tytularnym i administratorem apostolskim dla Kazachstanu i Środkowej Azji (czyli również: Uzbekistanu, Turkmenistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu).

W sierpniu 1999 r. 49-letni ks. Lenga został ordynariuszem Karagandy w Kazachstanie. Na terenie tej diecezji mieszka 40 tys. katolików (wśród 3,4 mln mieszkańców ogółem). W roku 2003, gdy Watykan przeprowadzał reorganizację struktur kościelnych w Kazachstanie, diecezja w Karagandzie została podporządkowana metropolii w Astanie, natomiast Lenga, jako pierwszy biskup w Kazachstanie, został wyniesiony do godności arcybiskupa ad personam. Jednak już w 2011 r. – jak ogłoszono w oficjalnym komunikacie – „papież Benedykt XVI przyjął jego rezygnację z urzędu ordynariusza Karagandy”. Jako uzasadnienie podano kan. 401 § 2 Kodeksu prawa kanonicznego: „Usilnie prosi się biskupa diecezjalnego, który z powodu choroby lub innej poważnej przyczyny nie może w sposób właściwy wypełniać swojego urzędu, by przedłożył rezygnację z urzędu”.

„Poważnej przyczyny” rezygnacji zaledwie 61-letniego biskupa nigdy nie podano do publicznej wiadomości – ani wówczas, ani później (normalny wiek biskupiej emerytury to ukończenie 75. roku życia). W rozmowie z Krajskim abp Lenga mówi wprost, że jego usunięcie spowodowali kard. Tarcisio Bertone (wówczas watykański sekretarz stanu) i abp Dominique Mamberti (nie wiadomo, czym on się zasłużył; w 2003 r. był nuncjuszem apostolskim w Sudanie). „To, że ja w 61 roku życia przeszedłem na emeryturę, to jest sprawka Watykanu” (s. 22).

Przede wszystkim jednak abp Lenga skarży się: „do dzisiejszego dnia nie mam żadnych zarzutów według jakich to było zrobione” (s. 23). Czuje się prześladowany w Kościele za głoszone przez siebie poglądy: „Raz wypędziło mnie KGB z Tadżykistanu, a potem przeszedłem na emeryturę w wieku 61 lat, tak samo mnie wypędzili, tylko nie KGB, tylko swoi, bo za to co mówię, wyrzucają” (s. 22).

Żadna z osób zorientowanych w sytuacji Kościoła w Kazachstanie, z którymi rozmawiałem, nie była w stanie podać mi faktycznych powodów dymisji biskupa Karagandy w 2011 r. Słyszałem jedynie hipotezy, związane z (ówczesnym i/lub trwającym nadal) stanem zdrowia arcybiskupa oraz możliwymi niejasnościami finansowymi przy budowie w Karagandzie monumentalnej katedry Matki Bożej Fatimskiej dla nielicznej wspólnoty tamtejszych katolików. Nie sposób jednak zajmować się tu niepotwierdzonymi hipotezami. Trzeba za to pamiętać, że dymisja abp. Lengi miała miejsce za rządów Benedykta XVI – czyli nie za „progresisty” Franciszka – zaś decyzje personalne tego typu podejmowane są w Watykanie niezwykle rzadko i z najwyższą rozwagą.

Ma zakaz czy nie ma?

Po przejściu na emeryturę abp Lenga – jako marianin – zamieszkał w Polsce, w domu swego macierzystego zgromadzenia w Licheniu Starym. Żyje tam bardzo skromnie.

O swoim statusie kanonicznym sam abp Lenga mówi bardzo niejasno: „Jestem uwięziony w klasztorze i nie mogę powiedzieć kazania. Mszy Świętej nie mogę odprawiać, ale to nie jest kara kościelna, choć z nią się liczę” (s. 23). W innej wypowiedzi dodaje, że odprawia Mszę „u siebie w pokoju” (s. 64). To wskazywałoby więc na istnienie jakichś restrykcji nałożonych na przymusowego emeryta.

Ale jest i druga strona medalu. Albo żadne restrykcje jednak arcybiskupa nie obowiązują, albo – gdy pojawi się zaproszenie – sam zainteresowany nic sobie z nich nie robi. Często zabiera bowiem głos publicznie, przewodniczy liturgiom, głosi homilie, wygłasza konferencje.

Najpierw wymieńmy (tylko z ostatnich lat) przykłady publicznych liturgii z czynnym udziałem emerytowanego biskupa Karagandy (z pewnością nie wszystkie). 18 kwietnia 2019 r. abp Lenga przewodniczył Mszy Wieczerzy Pańskiej w Licheniu. Podobnie 8 września 2018 r. – z okazji 50-lecia koronacji cudownego wizerunku Matki Bożej Miłosierdzia w sanktuarium w Piekoszowie. W Inowrocławiu w parafii Świętego Ducha 13 października 2017 r. przewodniczył Mszy świętej z okazji setnej rocznicy objawień Matki Bożej w Fatimie. 8 października 2017 r. przewodniczył liturgii w warszawskim sanktuarium Matki Bożej z Lourdes, gdzie obchodzono jubileusz 100-lecia przybycia marianów na warszawską Pragę i 25 lat poświęcenia prowadzonego przez nich kościoła. 29 maja 2016 r. w Licheniu świętował natomiast 25-lecie własnej sakry biskupiej: przewodniczył Mszy św. w bazylice Matki Bożej Licheńskiej i wygłosił homilię. 11 lutego 2016 r. przewodniczył Mszy w licheńskim hospicjum z okazji Światowego Dnia Chorego oraz wygłosił homilię.

Liczne są też jego wystąpienia publiczne, częściowo udokumentowane na YouTube, częściowo też opublikowane w książce Przerywam zmowę milczenia. Spośród ostatnich przywołać trzeba zwłaszcza dwa.

15 września 2018 r. w Niepokalanowie abp Lenga wziął udział w konferencji „Kościół katolicki w czasach zamętu. Elementy diagnozy i remedia” zorganizowanej przez Prywatne Katolickie Stowarzyszenie Wiernych Tradycji Łacińskiej im. Św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Bezpośrednio przed nim wykład wygłosił ks. Włodzimierz Małota CM, który mówił na temat „Antykatolicki sojusz wszystkich ze wszystkimi, z pułkownikiem KBW w tle. Co robił Zygmunt Bauman we wrześniu 2016 r., w Asyżu, na honorowym miejscu przy stole Biskupa Rzymu?”. Gdy abp Lenga zabierał głos po poprzedniku, zaczął od słów: „Już wszystko powiedziane”2.

Natomiast 30 stycznia 2019 r. w wypełnionym po brzegi warszawskim Domu Dziennikarza arcybiskup przedwczesny emeryt promował swoją książkę Przerywam zmowę milczenia wraz ze Stanisławem Krajskim. Prowadzący Grzegorz Braun przedstawiał tę publikację jako „hit, przebój i bestseller” oraz zachwycał się nią jako „powtórką z katechizmu”. Krajski z radością dzielił się natomiast z uczestnikami spotkania wiadomością, że „bardzo dużo” egzemplarzy tej książki trafiło do księży z rąk zatroskanych wiernych podczas wizytacji duszpasterskiej na początku roku 2019. Abp Lenga zaś m.in. w dość specyficzny sposób bronił św. Jana Pawła II przed zarzutami z sali, odpowiadając, że spotkanie międzyreligijne w Asyżu było finansowane przez masonów3.

Komu podlega arcybiskup emeryt?

Rzymskokatolicki arcybiskup głoszący przytoczone wyżej poglądy to zjawisko niezwykle ciekawe. Kto w Kościele powinien na to zareagować? Na pewno papież – lecz czy nuncjusz apostolski informuje go o takich sprawach? Ale skoro abp Lenga głosi w Polsce swoje antypapieskie tezy i z ambon, i w kościelnych salkach, i w książkach, i w internecie – to czy nie powinni zareagować polscy biskupi i/lub przełożony zgromadzenia marianów?

Przygotowałem więc zestaw kilku pytań. Interesowały mnie takie kwestie, jak: powody rezygnacji z urzędu ordynariusza Karagandy, aktualny status kanoniczny abp. Lengi, komu obecnie on podlega, czy obłożony jest jakimiś karami kościelnymi lub ograniczeniami duszpasterskimi, np. zakazem publicznego sprawowania Eucharystii, głoszenia kazań czy wystąpień publicznych, i wreszcie: kto sprawuje nadzór nad właściwą realizacją zakazów lub ograniczeń, jeśli jakieś go obowiązują.

Przesłałem te pytania równocześnie trzem rzecznikom: Konferencji Episkopatu Polski, Polskiej Prowincji Marianów i Kurii Diecezjalnej Włocławskiej – ze świadomością, że prawdopodobnie żadna z tych instytucji formalnie nie sprawuje pieczy nad emerytowanym biskupem Karagandy. W sensie ścisłym nie podlega on bowiem ani Konferencji Episkopatu Polski (choć na jej terenie miesza w głowach katolików), ani prowincji polskiej księży marianów (choć mieszka w domu zakonnym), ani biskupowi diecezji, na której terenie przebywa (choć to właśnie tu najczęściej występuje publicznie).

Najbardziej lakoniczny w odpowiedzi był rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, ks. Paweł Rytel-Andrianik:

Abp Jan Paweł Lenga nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski. Wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów, a w 1991 r. został wyświęcony na biskupa. W związku z tym można pytać o abp. Lengę w Stolicy Apostolskiej i w Zgromadzeniu Księży Marianów.

Rzeczywiście, abp Lenga był biskupem diecezji poza granicami RP, nie mógł więc należeć do KEP. Niewiele więcej poza faktami z życiorysu dowiedziałem się od ks. Artura Niemiry, kanclerza i rzecznika prasowego Kurii włocławskiej:

Powody, dla których abp Lenga złożył rezygnację w 2011 r. z urzędu biskupa Karagandy, nie są publicznie znane.

Obecny status kanoniczny abp. Lengi to biskup emeryt.

Nic mi nie wiadomo o nałożeniu jakichkolwiek kar kościelnych lub ograniczeń na abp. Lengę.

Abp Lenga nie podlega biskupowi włocławskiemu, jedynie jako marianin zamieszkuje we wspólnocie księży marianów w Licheniu, na terenie diecezji włocławskiej, w miejscu wskazanym przez Stolicę Apostolską. Wydaje się, że więcej informacji na jego temat może przekazać przełożony wspólnoty.

Najwięcej do powiedzenia miał ks. Piotr Kieniewicz MIC, sekretarz Prowincji Polskiej Marianów i zarazem jej rzecznik. Stwierdził on:

Powody, dla których abp Jan Paweł Lenga złożył dymisję, pozostają sprawą pomiędzy nim a Stolicą Apostolską. Obecnie jest arcybiskupem seniorem diecezji w Karagandzie i formalnie podlega ordynariuszowi diecezji w Karagandzie oraz – jak każdy biskup – papieżowi.

Zwrócił się do Zgromadzenia Księży Marianów, którego jest członkiem, o zgodę na zamieszkanie w domu zakonnym w Licheniu, na co otrzymał zgodę. W sensie formalnym nie jest jednak domownikiem domu zakonnego, tzn. nie podlega władzy przełożonych, choć pozostaje członkiem Zgromadzenia. Dom Zakonny w Licheniu zapewnia abp. Lendze mieszkanie i wyżywienie.

Nie jest mi wiadomo o jakichkolwiek ograniczeniach czy karach nałożonych na abp. Lengę. Nie jestem upoważniony do komentowania jego wypowiedzi.

Wszystkie te odpowiedzi można streścić słowami: „to nie nasza sprawa”. Niewątpliwie dla części polskich biskupów (i zapewne dla niektórych marianów) jawnie antypapieska działalność abp. Lengi na terenie Polski jest problemem. Prywatnie reagują oni na jego wypowiedzi nerwowo i negatywnie. Niekiedy biskupi zakulisowo używają swoich możliwości, aby nie pozwolić emerytowi z Lichenia na publiczne występy na terenie swoich diecezji – nie chcą jednak zabierać na ten temat głosu publicznie.

Przykładem jest Poznań. Można się domyślać, że to właśnie interwencji abp. Stanisława Gądeckiego należy zawdzięczać niedawne odwołanie wizyty abp. Lengi w poznańskim kościele p.w. Najświętszej Krwi Pana Jezusa. Rektor tego kościoła najpierw z dumą ogłaszał, że 15 sierpnia 2019 r. homilię wygłosi emerytowany biskup Karagandy, po czym – gdy sprawę opisała lokalna „Gazeta Wyborcza” – nagle kaznodzieja został zmieniony. Kuria poznańska sprawy publicznie nie wyjaśnia, trudno jednak przypuszczać, by kustosz sanktuarium, ks. Leszek Wilczyński, zmienił decyzję wyłącznie po lekturze artykułu w „Gazecie Wyborczej”.

Tezy, jakie wygłasza o Żydach abp Lenga, są bez wątpienia nie do przyjęcia dla abp. Gądeckiego, który był przecież (bardzo dobrym!) przewodniczącym Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem. Nie może więc tolerować stwierdzeń typu: „Żydzi (i nie tylko oni, a może nawet z ich pomocą cały świat liberalny) chcą nas zniszczyć” (s. 19). Pochwały ze strony abp. Lengi płyną zaś wobec XVIII-wiecznych zarządzeń polskich biskupów, wydanych „w celu zachowania katolickiego życia ich owieczek przed zatruciem żydowską perfidią”. Jego zdaniem, „Historia się powtarza. Zatruwa nas duchowo i niszczy materialnie ta sama żydowska perfidia” (s. 20) – dlatego ówczesne antyżydowskie zalecenia powinny być współcześnie aktualizowane w polskich seminariach duchownych. Nic dziwnego, że metropolita poznański nie dopuścił do głoszenia przez takiego kaznodzieję homilii w kościele przy ulicy (nomen omen) Żydowskiej**.

**  Pikanterii sprawie dodaje fakt, że obecny kustosz tego sanktuarium – wbrew wcześniejszym jednoznacznym wskazaniom abp. Gądeckiego – ożywia legendę, wedle której konsekrowane hostie miały być sprofanowane przez miejscowych Żydów.

A może jednak nie milczeć?

Czy wobec głoszonych publicznie tez abp. Lengi możliwa jest inna postawa polskich biskupów albo władz zgromadzenia, które przecież tak ochoczo nakazuje medialne milczenie ks. Adamowi Bonieckiemu?

Rozumiem niezręczność sytuacji, w której biskupi czy marianie musieliby się publicznie odcinać od poglądów swego współbrata, zasłużonego dla przetrwania Kościoła podziemnego w Związku Sowieckim. Czy jednak nie powinni zająć stanowiska wobec treści jego wystąpień? Brak stanowczej reakcji ma swoją wysoką cenę: oto antypapieskie idee i odrzucenie współczesnego nauczania Kościoła zyskują autorytet hierarchy. Abp Lenga mówi prosto i zrozumiale, a ludzie chętnie go słuchają i niektórzy w to wierzą – niestety całkiem liczni, jak wskazują i wypełnione sale na spotkaniach, i liczby wyświetleń na YouTube. W efekcie przybywa w Polsce katolików (także księży) myślących tak jak emerytowany biskup Karagandy.

Niestety, po raz kolejny okazuje się, że polityka eklezjalna polskich biskupów zakładająca wygodne milczenie w sprawach niewygodnych niczego nie rozwiązuje, ale jedynie mnoży problemy. Uważam, że w takiej sytuacji kościelni przełożeni powinni bezpośrednio powiadamiać Stolicę Apostolską, a także – w trosce o swoich wiernych – publicznie wyjaśniać błędne mniemania głoszone przez emerytowanego biskupa Karagandy.

Formalnie jakiekolwiek polecenie abp. Lendze mógłby wydać jedynie – negowany przez niego – papież. W oczach emeryta byłoby to jedynie potwierdzenie tezy o jego „prześladowaniu” wewnątrz Kościoła. Pat? Nic z tym nie da się zrobić? Ale coś zrobić trzeba!

Dlatego niniejszy artykuł zostanie również przekazany do nuncjatury apostolskiej w Warszawie, wraz z prośbą o wyjaśnienie statusu kanonicznego i przyszłości biskupa rzymskokatolickiego, który w liturgii nie wymienia imienia urzędującego papieża i publicznie twierdzi, że uważa obecnego biskupa Rzymu za uzurpatora i heretyka. ■

1Abp Jan Paweł Lenga MIC, Przerywam zmowę milczenia. O kryzysie w Kościele, herezji, apostazji i grzechach zaniedbania, Wydawnictwo św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 2019, 180 s. Jeśli nie zaznaczono inaczej, cytaty pochodzą z tej właśnie książki.

2  Zob. zapis wideo konferencji: www.gloria.tv/article/d6i3ta33HbSQ1RLZUZzV9tUnE [dostęp: 20.08.2019].

3  Zob. zapis spotkania www.youtube.com/watch?v=n6t-Lf_5FP0 [dostęp: 20.08.2019].

Kultura

Po co nam dziś poezja?

Patrząc na nakłady tomików, trzeba by uznać, że poezja niewiele dziś znaczy. A jednak gdy trzeba wyrazić coś niewyobrażalnego, często sięgamy właśnie po wiersz. Dzięki niemu można powiedzieć to, czego nie dałoby się wyrazić wprost, bo zabrakłoby słów.

Książki

OdwrocieInna strona (historii) sztuki

Ks. Andrzej Draguła

Każdy obraz ma lico i odwrocie. Ewolucja sztuki też ma swoje „ślepe uliczki”, a muzea – sale, do których prowadzą drzwi dla wielu niedostrzegalne. Monografia Marii Poprzęckiej to nie tylko mapa owych ślepych uliczek sztuki, ale także klucz do zrozumienia tego, co w nich wystawiono.

Na pierwszej stronie swojej książki prof. Maria Poprzęcka zauważa: „Historia sztuki pozostaje historią sukcesów”, i dalej: „Historia sztuki skłania się ku historii tego, co przetrwało”. A następnie konsekwentnie obala tę tezę, pisząc niejako alternatywną historię sztuki wieku XX, tworząc coś na kształt suplementu, przyczynku do historii ulotnej i fantomowej. Sztuka ma bowiem swoje – zaraz wrócę do tego słowa – odwrocie:

M. Poprzęcka, Impas. Opór, utrata, niemoc, sztuka, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2019, 240 s.

[...] to także historia pomyłek, porażek, niepowodzeń, które nigdy nie zostały zrekompensowane. Historia sztuki, jakby wstydliwie, wypiera dzieła nieudane, czy raczej z trudem przyznaje, że „nie wyszło”. Opisy klęsk – których przecież nie brakuje – są raczej kontrapunktem dla zwycięskiego finału: Ars vincit omnia.

Prócz dzieł istniejących, które można podziwiać w muzeach, są także dzieła nieistniejące, niewidzialne, zaginione, utracone, ale także odrzucone, zlekceważone, atakowane, wyklęte, wymazane z pamięci, cenzorsko wyeliminowane, niezrealizowane, z założenia efemeryczne i nietrwałe, takie, które z góry zostały przeznaczone do zniszczenia czy po prostu „poszkodowane przez niemiłosierny czas”, dzieła mity, dzieła fantomy, dzieła fetysze... Przynajmniej jakiejś części z nich autorka – choć na chwilę – przywraca istnienie.

Struktura książki opiera się na sentencji Hipokratesa, która znana jest najczęściej w wersji skróconej: Ars longa, vita brevis. Poprzęcka przytacza jej całość: Ars longa, vita brevis, occasio praeceps, experimentum periculosum, iudicium difficile – Sztuka długa, życie krótkie, okazja ulotna, doświadczenie niebezpieczne, sąd niełatwy. Jak zauważa autorka,

te zapomniane człony słynnej sentencji ofiarowują pojęciowe ramy niespodziewanie przylegające do sztuki współczesnej, w której mało wiary w trwałość i trwanie, a więcej ulotnych okazji i niebezpieczeństwa doświadczeń. Dlatego i sąd o niej tak trudny.

W konsekwencji książka składa się z pięciu rozdziałów, z których każdy odpowiada kolejnemu członowi tej (pierwotnie medycznej) sentencji autorstwa Hipokratesa.

Ikona i awangarda

Kto choć trochę interesuje się współczesnym malarstwem, zna na pewno Czarny kwadrat Kazimierza Malewicza. To od niego rozpoczyna się alternatywna historia sztuki wizualnej XX wieku. Dla Poprzęckiej dzieło to jest przykładem trwania, które daleko wykracza poza swój pierwotny kontekst. Podobnej rozpoznawalności co Czarny kwadrat – jak zauważa Poprzęcka – „nie doczekał się żaden inny obraz dwudziestowiecznej awangardy i chyba ani jeden dwudziestowieczny obraz w ogóle”. Co było tego powodem? Nie było to dzieło łatwe w percepcji. „Najczystsza krystalizacja dążeń do odnowy języka wizualnego”, i to w dodatku w kontekście sakralnym. Sam autor uznał swoje dzieło za sakralne.

Najważniejsze, także dla dalszych losów obrazu i jego odczytań, było zawieszenie Czarnego kwadratu ukosem, u sufitu w narożniku sali. W ten sposób nie tylko zerwano ze zwykłą praktyką wystawienniczą. Czarny kwadrat znalazł się w miejscu w rosyjskich domach zwanym krasnyj ugoł, czyli w wydzielonej, sakralnej przestrzeni, w której umieszczano ikonę.

Sam autor nazwał swój obraz „nagą bez ramy ikoną naszych czasów”.

Ostateczną sakralną rolę obraz odegrał w uroczystościach pogrzebowych artysty w roku 1935. Zawisł niczym ikona nad otwartą trumną, zdobił karawan, żałobnicy szli z małymi chorągiewkami z czarnym kwadratem, na grobie umieszczono pomnik w formie sześcianu z czarnym kwadratem. Po wielu latach zapomnienia obraz znów ujrzał światło dzienne dopiero w roku 1979 w trakcie słynnej wystawy Paris – Moscou 1900–1930 i właściwie dopiero teraz rozpoczęła się jego niezwykła kariera.

Jak zauważa Poprzęcka, choć artysta całe swoje życie poświęcił na rzecz uświęcenia swego dzieła, to obraz „całkowicie się zeświecczył, uprzedmiotowił i zautonomizował. [...] W dizajnerskim świecie zdesakralizowane i anonimowe życie Czarnego kwadratu toczy się niezależnie od narastającego latami akademickiego dyskursu interpretacyjnego”. Radykalna prostota obrazu sprawiła, że Czarny kwadrat nie podzielił losu awangardowości, która z czasem skazywana zostaje na niepamięć.

Cień i odbicie

Czarny kwadrat to przykład sztuki, która jest longa. Przykład trwania, które przekracza zamysł samego autora. W rozdziale odnoszącym się do słów vita brevis Poprzęcka przygląda się dziełom, które z założenia pozbawione są cechy trwałości (łac. Firmitas) i podaje przykłady: Bałwan cytatów Oskara Dawickiego, czyli śniegowy bałwan w zamrażarce, Instant Christ Rafała Rychtera (oszroniona figura Dobrego Pasterza, podłączona do agregatu chłodniczego) oraz Góra lodowa Angeliki Markul, czyli obłok białej piany w niecce wyłożonej czarnym marmurem.

Pytając o powody takiej strategii artystycznej, której zamysłem jest świadome unicestwienie, a nie trwanie, Poprzęcka sięga do dwóch starożytnych „wyjaśnień” genezy sztuki: cienia i zwierciadła.

Pliniusz Starszy przekazał opowieść o dziewczynie, która była zakochana w pewnym młodzieńcu. Gdy ten musiał wyjechać do dalekich krajów, obrysowała na ścianie kontur jego cienia, dając początek malarstwu. Druga opowieść o początkach malarstwa to historia Narcyza z Metamorfoz Owidiusza. Jak wiadomo, Narcyza pochłonęło własne odbicie ujrzane w zwierciadle wody. Malarstwo byłoby próbą uchwycenia za pomocą sztuki tego, co odbija się w tafli wody, ale takiego obrazu zatrzymać nie sposób. Poprzęcka zauważa:

U Pliniusza mowa jest o stopniowej materializacji niematerialnego obrazu, jakim jest cień – od zamknięcia go w obrys po ukształtowanie w trójwymiarową bryłę. Efektem jest rzecz. W historii Narcyza u źródeł malarstwa leży obraz niematerialny, ruchliwy, zmienny, efemeryczny. Jego istotą jest jego niepochwytność, która skutkuje fatalnym końcem opowieści.

Począwszy od sztuki renesansowej, której podstawą był mimetyzm, ważniejsza była historia cienia, a więc pragnienie materializacji tego, co niematerialne. Sztuka artystów czasów ponowoczesnych rodzi się z mitu o Narcyzie. To sztuka transgresyjna, która pociąga ku śmierci i unicestwieniu, która świadomie podejmuje ryzyko nietrwania.

Praca pamięci

Wątek relacji sztuki do czasu Poprzęcka podejmuje w kolejnym rozdziale (Okazja ulotna), gdzie punktem wyjścia jest dla niej praca Teatr cieni Christiana Boltańskiego. Instalacja składa się z 17 niewielkich figurek z blachy, kartonu i tkanin, które dzięki światłu i podmuchom wentylatora tworzą na ścianie widmowy dance macabre. Praca Boltańskiego jest zaprzeczeniem mitu o dziewczynie, która unieruchamia i utrwala cień ukochanego mężczyzny. „Tu cienie niepewnie chybocą na ścianach, by zniknąć wraz ze światłem, które je stworzyło”.

Ta i inne prace Boltańskiego to dzieła pamięci, a ich paradoks polega na tym, że powstają z rzeczy nietrwałych. To z nich artysta tworzy – jak sugerują same nazwy – pomniki, ołtarze, groby, relikwiarze, witryny, magazyny i przechowalnie, hiperbolizując tym samym nietrwałość użytych środków. Boltański tworzy świeckie relikwiarze, w których przywraca przeszłości status istnienia.

„Odrzeć ze świętości jest łatwo – pisze Poprzęcka. – Drewniana drzazga, drobina kostnego pyłu, strzęp zetlałej tkaniny – wystarczy beznamiętnie obnażyć ich materialność, by straciły swą świętość i aurę, stały się śmieciem”. Boltański dokonuje czegoś zupełnie odwrotnego:

Ratuje to, co przeznaczone na śmietnik. [...] Przeistoczenie błahego drobiazgu w relikwię może dokonać się tylko za sprawą osobistej pamięci. Ona ma moc sakralizującą. Uświęca nieważne okruchy minionego życia. Przerzuca most pomiędzy nietrwałością a trwałością. Cała twórczość Boltańskiego zawisa na tej ratunkowej, choć niepewnej kładce, jaką jest pamięć.

Zadaniem artysty jest bowiem ratować świat przed zapomnieniem. Sztuka jest emanacją przeszłości.

Poznanie czy doznanie?

Doświadczenie niebezpieczne to dla mnie najciekawszy – z racji zainteresowań – rozdział Impasu. Poprzęcka najpierw przygląda się – jak sama to określa – „ciemnej stronie” sztuki. Pyta o status twórczości „wywołującej dreszcz obrzydzenia”, sztuki określanej jako abject art (od łac. abjectus – odrzucony). Punktem wyjścia jest dla autorki pytanie, w jakim stopniu oczy człowieka mogą znieść to, co obsceniczne, ohydne, obrzydliwe. Według niej

siła i możliwość słowa nie po raz pierwszy ukazują tu swą przewagę nad obrazem. [...] Wydaje się bowiem, że trudniej nam znieść obraz niż najbardziej nawet odpychający opis. [...] Słowo nie tylko może więcej, w słowie także więcej potrafimy znieść.

Tego, co da się przeczytać, często nie da się zobaczyć. Wzrok nie wytrzymuje niektórych obrazów i odwraca oczy. Sztuka wystawi nasz wzrok na coraz bardziej drastyczne i obrzydliwe widoki. Jak zauważa cytowany przez Poprzęcką Jean Clair, o ile dawniej sztuka miała za cel docere i delectare, czyli uczyć i się podobać, o tyle „współczesna twórczość artystyczna gra na całkiem innym rejestrze. Niesmak zastąpił smak”.

Poprzęcka przedstawia pokrótce całą panoramę sztuki abiektalnej: od prac skatologicznych (Autoportret Davida Nebredy), przez te, w których wykorzystuje się płyny fizjologiczne, jak krew, sperma, pot czy łzy (np. Precious Liquids Louise Bourgeois), aż po fizyczne ingerencje w ciało, czyli tzw. carnal art (operacje plastyczne Orlan). Autorka polemizuje z tezami Jeana Claira, który twierdzi, że dawny biegun estetyki, jakim było poznanie, przesunął się w sferę doznań. Clair – twierdzi Poprzęcka – nie ma racji, ponieważ

sztuka epatująca skatologią czy nekrofilią jest zdezodoryzowana i zhigienizowana. [...] O kale, moczu czy krwi dowiadujemy się, ale nie doznajemy ich obrzydliwości. Sztuka nadal działa w sferze poznania, a nie doznania. Jest ochronnym filtrem. Albo też gra z naszymi doznaniami prowadzona jest lekko i umiejętnie. Przekroczenia okazują się mieć swoje dobrze kontrolowane granice. Ekscesy są limitowane. Fetor nie ma wstępu do galerii.

Wymarła teologia

Rozpoznanie genezy zjawiska prowadzi do ambiwalentnego rozumienia sacrum i sacer jako punktu wyjścia. Mianem sacer – jak to udowadnia Giorgio Agamben – określa się to, co w człowieku święte i przeklęte, czyste i nieczyste, doskonałe i skażone. Sacrum rozpięte jest między obrzydzeniem i uświęceniem, unclean i holy.

Lecz tu przychodzi zwątpienie – zauważa Poprzęcka. – Sacrum prowokuje do transgresji, transgresja zaś z konieczności zakłada wiarę w transcendencję. Transgresja, bluźnierstwo, świętokradztwo wymagają świętości. Bluźni się Bogu, a gdy Boga nie ma, nie ma i bluźnierstwa.

Autorka książki znów odwołuje się do Jeana Claira, według którego współcześni artyści abiektalni „nie mają żadnego poczucia transgresji – doznanie trwogi i rozkoszowanie się złem [...] są w najskrajniejszych wytworach dzisiejszej sztuki nieobecne. [...] Jesteśmy poza dobrem i złem. A raczej wszystko dzieje się tak jakby zło zniknęło”. Poza dobrem i złem powstać może jedynie sacrum magiczne, świętość tajemnych obrzędów. To w nich rodzą się ponowoczesne relikwie. „To tak jakbyśmy od symbolizacji malowanego wyobrażenia wracali do bezpośredniego realizmu świętych szczątków” – konkluduje Poprzęcka.

W ten sposób dochodzimy do zastępczej funkcji sztuki współczesnej, która stanowi „zastępcze, parodystyczne formy zrodzone przez wymarłą teologię i powolną, niepełną śmierć transcendentalnego odniesienia”. To stwierdzenie – przyznajmy – brzmi oskarżycielsko. Teza o wymarłej teologii pochodzi od George’a Steinera, który pisał, że „nie mieć ani Nieba, ani Piekła oznacza odarcie nie do zniesienia i samotność w świecie gwałtownie spłaszczonym”. Współczesne barbarzyństwo polega na utracie transcendentalnego wymiaru życia.

Poprzęcka dopisuje jednak swoją własną konkluzję, która mocno relatywizuje niby-sakralny status sztuki, którą zbiorczo nazwałem abiektalną. Autorka wspomina swoją wizytę w Waranasi (dawniej Benares) w Indiach, najstarszym i – jak uznała – najstraszniejszym mieście świata, które „godne” jest swej popularności jako anus mundi – kloaka świata. Pisze o bardzo trudnym doświadczeniu, jakim jest spacer o świcie brzegiem Gangesu: „w ciężkiej mgle utrzymującej swąd spalenizny, odór odchodów i gnijących odpadków, wśród dymiących stosów, słaniających się ludzi, żebrzących trędowatych, szukających pożywienia psów, krów i kóz”.

To osobiste dotknięcie owej „ciemnej strony” ludzkiej egzystencji każe autorce, jak się przyznaje:

inaczej spojrzeć na sztukę pragnącą dotknąć granicznych sytuacji ludzkiej egzystencji, także tych najbardziej odrażających. Wobec rzeczywistej obecności śmierci, rozkładu, ale i wiary (jakkolwiek byłaby dla nas niepojęta) bledną wszystkie sensations, abjects, ekstrema i ekscesy, które okazują się wyspekulowaną kreacją, bezsilne, miałkie, nieważne, za to oswojone, zawłaszczone i dobrze się mające w bezpiecznych, aseptycznych przestrzeniach ofiarowanych przez instytucjonalny świat sztuki.

(Nie)normalne reakcje

Drugi interesujący mnie temat „doświadczenia niebezpiecznego” to problem zdefiniowany przez autorkę jako Szaleństwo w muzeum. Poprzęcka podejmuje tutaj wątek różnego rodzaju przejawów muzealnego ikonoklazmu, czyli fizycznych ataków na sztukę wynikających choćby z zakwestionowania statusu muzeum:

Narzucany widzom system zakazów, kontroli, monitoringu, wymuszonych zachowań, rytualizacja obyczaju muzealnego, sakralizacja sztuki prowokująca do bluźnierstwa i obrazoburstwa, nadmiar bodźców, wreszcie obfitość nagości i erotyzmu – wszystko może budzić agresję.

Najczęściej przedmiotem ataków padają arcydzieła, bo tylko one zapewniają „efekt Herostratesa”, który spalił świątynię Artemidy w Efezie w nadziei, że akt ten uczyni jego imię nieśmiertelnym, co też – przyznajmy – się stało. Ciekawe, że Poprzęcka jako jeden z istotnych motywów współczesnego ikonoklazmu muzealnego wylicza quasi-sakralną aurę wokół sławnych arcydzieł, co „może prowokować do bluźnierczego obrazoburstwa”. Z drugiej jednak strony muzeum unifikuje wszystko jako „sztukę”, tym samym odbierając różnym przedmiotom „ich pierwotną siłę”. To, co w swoim naturalnym i pierwotnym kontekście jest nieprzyzwoite i obsceniczne, w muzeum osiąga rangę przyzwoitego i scenicznego. Niejeden uprawia w muzeum podglądactwo, które wszak jest – podkreśla autorka – seksualną dewiacją.

Weźmy przykład pierwszy z brzegu. W roku 1891 na wystawie objazdowej w amerykańskim stanie Omaha jeden z widzów rzucił krzesłem w Wiosnę Wiliama Bouguereau. Wiosna była oczywiście aktem kobiecym. Poprzęcka pyta, co jest „normalną”, a co „nienormalną” reakcją na obraz: „Czy ciskający krzesłem w roznegliżowaną Wiosnę amerykański prostak nie dał normalnego, szczerego wyrazu swemu oburzeniu nieprzyzwoitością?”. Przecież ideałem sztuki mimetycznej jest stworzenie przedstawienia, które miało być „jak żywe”. Może to jednak normalna reakcja?

Inne obrazoburcze reakcje biorą się z utożsamienia wizerunku z prototypem. Nie chodzi więc o atak na samo dzieło, ale na wyobrażone sceny czy osoby, co wynika z pomylenia przedstawiającego z przedstawionym. Osobną wersją współczesnego ikonoklazmu jest wewnętrzny sabotaż i zamierzone prowokacje, jakimi są obrazoburcze postawy samych artystów oraz tendencje autodestrukcyjne, które objawiły się w sztuce XX wieku.

Na koniec trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jeden powód współczesnego ikonoklazmu muzealnego. To konfrontacja sztuki, także tej awangardowej, z publicznością, która nie zawsze jest przygotowana do jej odbioru. Przykładem jest praca Wanienka Josepha Beuysa. Starą, emaliowaną, dziecinną wanienkę, która była elementem instalacji, ktoś wykorzystał do chłodzenia napojów. Przywrócona do swej bardziej pierwotnej funkcji, jako eksponat została już nieodwracalnie zniszczona. Podobne działania nie muszą wcale wynikać z kontestacji autorytetu sztuki czy instytucji muzeum, ale ze zwykłej ignorancji.

„Uprawomocniona i uprzywilejowana jest tylko pewna klasa ludzi – kolekcjonerzy, kuratorzy, muzealnicy” – konstatuje Poprzęcka. A co z resztą? Czy ikonoklazm to tylko wina „artystycznych ignorantów”? Autorka upomina się o podjęcie teoretycznej refleksji nad przyczynami ikonoklazmu, który „pozostaje [...] po ciemnej stronie naszego świata sztuki, oswajany drwiną, a jednak budzący niezrozumienie i lęk”. Zamiast coraz bardziej zabezpieczać się przed ikonoklazmem, zacznijmy próbować go rozumieć.

Papierosy i koniec sztuki

Książka kończy się rozdziałem zatytułowanym Sąd niełatwy, w którym Poprzęcka pyta o status historii sztuki i status samej sztuki. Jaka jest rola historii sztuki wobec tego, co stanowi przedmiot jej teoretycznych rozważań, czyli samej sztuki? Sąd tej wybitnej historyczki sztuki o dziedzinie, którą przecież z powodzeniem uprawia, nie jest nazbyt optymistyczny.

Sztuka to nie jest Terra Nullius – ziemia niczyja, na której można wprowadzać dowolne porządki. Jest zamieszkała i opanowana przez sprawujące właścicielstwo rzeczy – właśnie owe budowle, malowidła etc., którym sami nadaliśmy odrębny, sprawczy status. Historycy sztuki nie są posiadaczami tej ziemi, raczej intruzami czy narzuconą terytorium obcą administracją.

Jedną ze szkód wyrządzonych sztuce przez historię sztuki jest desakralizacja sztuki.

Ostatnie karty Impasu Poprzęcka poświęca końcowi sztuki, punktem wyjścia czyniąc książkę Donalda Kuspita zatytułowaną właśnie: Koniec sztuki. Na obwolucie książki umieszczono zdjęcie pracy Damiena Hirsta, ukazujące 32 pety w szklanej, okrągłej popielniczce. Poprzęcka wylicza 31 argumentów za końcem sztuki: od samolikwidacji sztuki, która głosi własną śmierć, po stwierdzenie, że sztuka to miernota podniesiona do drugiej potęgi. A co z argumentem 32? To argument za sztuką.

Wystarczy wyrzucić z [popielniczki] cuchnące pety, by uzyskać czystą formę – piękny, idealny okrąg. [...] Kształt kuszący oko, przyciągający spojrzenie, świetlisty, skrzący się, mnożący refleksy, migotliwy, wciąż inny, a zarazem niezmienny w swej geometrycznej, sferycznej doskonałości. Platoński ideał. Sztuka.

Ślepe uliczki

Książka nosi tytuł Impas. Jak podaje słownik, „impas” to „sytuacja bez wyjścia”. Pisany po francuski impasse to – najpierw dosłownie – „ślepa uliczka”, taki typ ulicy. Można mieszkać przy drodze, szosie, ulicy, parku, skwerze i impasie. Ale to także metaforyczna ślepa uliczka, nie tyle nawet bez wyjścia, co zamknięta, zabarykadowana, zamurowana. Impas to w takim kontekście także droga donikąd.

Poprzęcka przytacza na wstępie książki – i potem do niej wraca – nowelę Hermana Melville’a Kopista Bartleby. Historia z Wall Street. Bohater nader często używa formuły I would prefer not to – „Wolałbym nie”. Historia sztuki jest jednak historią dzieł, których autorzy mówili „tak”. Jak zauważa autorka, w życiu artystów

dominują heroiczne męczeństwo i mesjańskie posłannictwo, które nie znają rezygnacji. Obsesja twórczości każe raczej wyrzekać się życia niż sztuki. Dążyć do urzeczywistnienia dzieła za wszelką cenę życia, które – na wzór hagiograficzny – staje się ofiarą złożoną na ołtarzu Sztuki.

Maria Poprzęcka ujawnia „ciemną stronę” tego ofiarniczego życia sztuki i jej autorów. Być może jednak „ciemna strona” to zbyt daleko idące określenie. Może wystarczy pojęcie wzięte wprost z teorii sztuki – odwrocie?

Każdy obraz ma lico i odwrocie. Kiedy podziwiamy obraz, oglądamy jego lico, nie zaglądając na jego odwrocie. A tam toczy się drugie, równoległe życie obrazu. Poprzęcka cytuje Antoniego Ziembę, który mówi o obrazach będących „odwrotnością normalnego porządku”. I o mocy kreacji, jaką ma w sobie sztuka, „nawet gdy owa kreacja (autokreacja) służy tak naprawdę destrukcji, negacji, dewaluacji obrazu. [...] Perfidny paradoks sztuki, która dowodząc swej nicości, usprawiedliwia swe istnienie”.

Czy odwrocie nie jest po prostu konieczne, by mogło zaistnieć lico? Książka prof. Marii Poprzęckiej jest de facto poświęcona owemu niedającemu się pokonać napięciu między historią sztuki a możliwością stworzenia jej alternatywnej i kontrfaktycznej wersji. Byłaby to wersja pisząca dzieje sztuki z perspektywy odwrocia, które skrywa w sobie wszystko to, co wymyka się muzealnikom albo nawet jest skrzętnie ukrywane przez muzea i sale wystawiennicze.

Okazuje się, że ewolucja sztuki ma swoje „ślepe uliczki”, a muzea – sale, do których prowadzą drzwi dla wielu kompletnie niedostrzegalne. Truizmem jest stwierdzenie, że sztuka współczesna operuje językami, które nie są łatwe do denotacji, a niejeden odwiedzający muzea sztuki współczesnej wychodzi z nich, wzruszając ramionami z niezrozumienia, a także z poczuciem bycia odrzuconym przez świat artystyczny. Monografia Marii Poprzęckiej to nie tylko mapa owych ślepych uliczek sztuki, ale także klucz do zrozumienia tego, co w nich wystawiono. ■

Andrzej Draguła – ur. 1966, ksiądz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Dr hab. teologii, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, przewodniczący Rady Instytutu Nauk Teologicznych US, członek Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicysta, członek redakcji „Więzi” i Rady Naukowej Laboratorium „Więzi”. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Laureat Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Autor wielu książek, m.in.: Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji; Copyright na Jezusa. Język, znak, rytuał między wiarą a niewiarą; Bluźnierstwo. Między grzechem a przestępstwem; Emaus. Tajemnice dnia ósmego. Mieszka w Zielonej Górze.

Możliwe formy wsparcia „Więzi”

Szanowni Państwo!

Dokładamy wszelkich starań, aby zapewnić naszemu kwartalnikowi stabilne źródła finansowania. Niestety w chwili oddawania pisma do druku nasza przyszłość jest nadal niepewna.

Dlatego wszelkie informacje dotyczące warunków prenumeraty na rok 2020 podamy dopiero w październiku br. na stronie www.prenumerata.wiez.pl. Pytania o prenumeratę prosimy kierować pod adresem: [email protected], tel. (22) 827–96–08.

Jeszcze raz chcielibyśmy serdecznie Państwu podziękować za finansowe wsparcie w minionych miesiącach i za wszystkie dobre słowa, które Państwo do nas kierowali.

W dalszym ciągu prosimy Państwa o pomoc! Każda forma wsparcia jest cenna. Będziemy wdzięczni za wszelkie darowizny – zarówno za wpłaty jednorazowe, jak i regularne, np. w formie stałego zlecenia bankowego.

Można nam okazać pomoc na kilka sposobów:

1  stałe transparentne wsparcie poprzez serwis Patronite; szczegóły:www.patronite.pl/wiez,

2  bezpośrednie darowizny dla „Więzi”, odliczane od dochodu w rozliczeniu podatkowym, wpłacane na nasze konto:

Towarzystwo „Więź”00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3PKOBPS.A. XVO/Warszawanr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866

z dopiskiem:darowizna na rzecz działalności statutowej Towarzystwa „Więź”,

3  zakup naszych książek bezpośrednio u wydawcy – wydawnictwo.wiez.pl,

4  wykupienie reklamy w kwartalniku „Więź” lub w serwisie Więź.pl. W razie szczegółowych pytań dotyczących reklam prosimy o kontakt pod adresem: [email protected], tel. (22) 827-96-08.