Kwartalnik WIĘŹ 2/2018 - Towarzystwo WIĘŹ - ebook
Opis

Urodzili się jeszcze w PRL, dorastali w III RP, na rynek pracy wchodzili już  w XXI w. Słyszeli, że mają liczyć tylko na siebie – czy takie doświadczenia to walor, czy obciążenie?
Trzej ostatni papieże jednym głosem mówią o pilnej potrzebie odpowiedzialności ekologicznej. Dlaczego tak wielu wciąż uważa ją za sprawę niepoważną? Czym jest chrześcijańska ekologia integralna?
Dla jednych komiks jest książką, ale nie jest literaturą. Dla drugich to czwarty rodzaj literacki, o którym zapomniał Arystoteles. Czy to medium rzeczywiście jest w stanie unieść każdą historię?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kwartalnik, Warszawa, Lato 2018

Drodzy Państwo,

Mało kto pamięta, że Konstytucja RP w – zadziwiająco zresztą krótkiej – części o obowiązkach ciążących na obywatelach Rzeczypospolitej, zawiera (obok zobowiązania do przestrzegania prawa, płacenia podatków i obrony Ojczyzny) obowiązek „dbałości o stan środowiska”. Również władze publiczne są konstytucyjnie zobowiązane do prowadzenia „polityki zapewniającej bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom”.

A jak jest w przypadku obywateli wierzących w „Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna”? Powinno być to zobowiązanie jeszcze silniejsze, bo przecież to z woli Stwórcy powstało wszystko, co istnieje, my zaś jesteśmy strażnikami tego ładu. W Kościele katolickim od 50 lat kolejni papieże zgodnie wzywają wiernych do odpowiedzialności ekologicznej.

Wciąż jednak silne jest w Polsce przekonanie, że troska o środowisko to temat niepoważny. Również na łamach „Więzi” rzadko gościły te zagadnienia. Biję się w piersi i zachęcam także Państwa do – jak to nazywa papież Franciszek – nawrócenia ekologicznego.

A jeszcze bardziej zachęcam do refleksji nad ekologią integralną – takim podejściem do świata, które umiejętnie łączy różne wymiary naszego istnienia. W encyklice Laudato si’ zafascynował mnie powtarzający się w niej refren: „wszystko jest ze sobą powiązane”. Franciszek sprzeciwia się redukcjonizmowi szatkującemu ludzkie życie na odrębne kawałki, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Dla papieża natomiast „autentyczna troska o nasze życie i naszą relację z naturą jest nierozerwalnie związana z wymiarem sprawiedliwości i braterstwa” (LS 70). I zarazem „nie da się pogodzić obrony przyrody z usprawiedliwianiem aborcji” (LS 120). Bo troska o życie powinna być integralna i konsekwentna.

Zwłaszcza przed tegorocznym katowickim szczytem klimatycznym warto podszkolić się w ekologii integralnej.

Zbigniew Nosowski

Podziękowania dla Przyjaciół

Serdecznie dziękujemy Darczyńcom i Patronom „Więzi”! Państwa życzliwość jest dla nas szczególnie ważna po majowej decyzji ministra kultury i dziedzictwa narodowego, pozbawiającej nasze pismo dofinansowania z kasy publicznej. W ostatnim okresie wsparcia udzieliły nam następujące osoby:

Maciej Achremowicz ○Jacek Ambroziak ○ Katarzyna Andree-Łapińska ○ Anna Barczyk ○ Iwona D. Bartczak ○ Paweł Batory ○ Danuta Bednarska-Hajduk ○ Zygmunt Bluj ○ Andrzej Bobrow ○ Mateusz Burzyk ○ Michał Całka ○ Krzysztof Charchula ○ Joanna Chodkowska ○ Kazimierz Czapliński ○ Jacek Czernuszenko ○ Zbigniew Derdziuk ○ Marek Duda ○ Jakub Ekier ○ Przemysław Fenrych ○ Christopher Garbowski ○ Aneta Gądek-Moszczak ○ Tomasz Gnyś ○ Joanna Gomułka ○ Dariusz Tomasz Grochola ○Jarosław Hirny-Budka ○ Szymon Hołownia○ Anna Janiszewska ○Krzysztof Jedliński ○ Marek Jedliński ○ Łukasz Kaczyński ○ Agnieszka Kania ○ Natalia Kanty ○ Michał Kasperczak ○ Jakub Kiersnowski ○ Wiesław Klisiewicz ○ Ryszard Kleszcz ○ Dariusz Kłakulak ○ Tomasz Kopoczyński ○ Magdalena Krasuska ○ Maria Krawczyk ○ Alicja M. Kubiak ○ Jakub Kubica ○ Artur Kulesza ○ Marcin Kulwas ○ Ireneusz Lara ○ Marcin Listwan ○ Jacek Łukasiewicz ○ Marek Madej ○ Piotr Marciniak ○ Kamil Markiewicz ○ Andrzej Mierzejewski ○ Lech Miłaczewski ○ Anna Mirkowska ○ Włodzimierz Miziołek ○ Paweł Mostek ○ Anna Murawska ○ Jan Hubert Muszyński ○ Anna Nowak ○ Sebastian Oduliński ○ Ks. Andrzej Perzyński○ Jarema Piekutowski ○ Sławomir Pietuszko ○ Agnieszka Piskozub-Piwosz ○ Katarzyna Pliszczyńska ○ Andrzej Polkowski ○ Michał Przeperski ○ Rafał Raźny ○ Leszek Ropelewski ○ Jerzy Rostworowski ○ Joanna Rózga ○ Michał Rusiecki ○ Jan Sa wicki ○ Paweł Sawicki ○ Anna i Michał Siciarek ○Marcin Składanowski ○ Joanna Skurzak ○ Bartosz Sobański ○ Renata Soszyńska ○ Kamila Spark ○ Aleksandra Springer ○ Joanna Stawiarska ○ Romain Su ○ Katarzyna Suchodolska○ Wojciech Surówka OP ○ Maja Szwedzińska ○ Joanna Święcicka ○ Krzysztof Tańczuk ○ Marta Tondera ○ Jan Alfred Trammer ○ Andrzej Tyc ○Ks. Mirosław Tykfer ○ Paweł Wąsik ○ Krzysztof Węglewski ○ Bożena Maria Winch ○ Tomasz Wiśniewski ○ Anna Katarzyna Wojciechowska ○ Ewa Wojciechowska ○ Justyna Wolkowycka ○ Jan Wyrowiński ○ Kalina Wyszyńska○ Maria Wyszyńska ○ Agnieszka Zawiejska○ Marta de Zuniga ○ Krystyna Żmuda Trzebiatowska ○ Szymon Żyśko ○ oraz osoby, które pragną pozostać anonimowe.

Dołącz do grona Patronów „Więzi”!

Zachęcamy do korzystania z transparentnego mechanizmu regularnego wspierania naszej działalności w serwisie Patronite. Patroni „Więzi”, w zależności od wysokości wsparcia, otrzymają od nas nagrody. Szczegóły na: www.patronite.pl/wiez.

Mogą Państwo również przekazywać wpłaty bezpośrednio na rzecz statutowej działalności Towarzystwa „Więź” – zarówno jednorazowe, jak i regularne (np. w formie stałego zlecenia bankowego). Mogą one być odliczane od dochodu jako darowizny. Prosimy o przekazywanie wpłat, także dewizowych, na konto:

Towarzystwo „Więź”, 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3PKO BP S. A. Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866z dopiskiem: darowizna na rzecz działalności statutowej Towarzystwa „Więź”

Zachęcamy Państwa również do prenumeraty redakcyjnej naszego pisma oraz polecania prenumeraty „Więzi” swoim Bliskim i Przyjaciołom. Warunki prenumeraty – zob. s. 255.

Społeczeństwo

Pokolenie dzieci transformacji

Urodzili się jeszcze w PRL, dorastali w IIIRP, na rynek pracy wchodzili już w XXI w. Słyszeli, że mają liczyć tylko na siebie – ci z miasta i ci ze wsi. Czy z dzisiejszej perspektywy takie doświadczenia to walor, czy obciążenie?

Dzieci pana z czarną teczką

Jarema Piekutowski

Strategie pokolenia transformacji były różne i w dużej mierze zależały od dostępnych możliwości. Żeby zrozumieć to pokolenie, a nie tylko jego część, trzeba przyjrzeć się bliżej tym, którzy nie chodzili do elitarnych szkół w wielkich miastach.

Do jednego z elitarnych warszawskich liceów na początku lat 90. ubiegłego wieku przyszedł gość w garniturze, z czarną teczką. Był to sekretarz stanu albo nawet jeden z ministrów. Zaproszono go na lekcję wychowawczą, żeby opowiedział o życiu w nowych czasach i o tym, co czeka nas po niedawnej transformacji ustrojowej. Uczniowie – pamiętający jeszcze akademie z okazji Dnia Zwycięstwa czy pierwszomajowe pochody – czekali z niecierpliwością na jego słowa: słowa autorytetu uosabiającego nowe perspektywy, nowe życie, nowy świat.

Minister (czy sekretarz) zajął swoje miejsce i zaczął od słów, które uczniowie zapamiętali do dzisiaj: „Myślicie, że w kapitalizmie to jest tak, że każdy ma pieniądze, garnitur i czarną teczkę? Nie, kochani, to jest zupełnie inaczej. W kapitalizmie jest tak, że jeden ma pieniądze i teczkę, a dziesięciu za nim tę teczkę nosi”. Gość napił się wody i odchrząknął, żeby teraz jego głos zabrzmiał jeszcze bardziej dobitnie. „I teraz wy – ciągnął – teraz wy musicie zrobić wszystko – wszystko! – żebyście nie wy nosili komuś teczkę, ale żeby to za wami tę teczkę noszono”.

Wyjść z własnej bańki społecznej

Zapewne u niejednego czytelnika, zwłaszcza młodego i pochodzącego z dużego miasta, może w pierwszej chwili obudzić się odruch zwątpienia: to takie rzeczy faktycznie opowiadano uczniom nieco ponad ćwierć wieku temu? Żyjemy w czasach, w których przynajmniej część elit intelektualnych zaczęła nagle opowiadać się przeciwko zbrutalizowanym i zdehumanizowanym stosunkom pracy, przeciwko zamykaniu i cięciu przestrzeni publicznej grodzonymi osiedlami, przeciwko niszczącym krajobraz wielkoformatowym reklamom. W czasach Wosiów, Fejferów, Springerów i Sroczyńskich. W czasach, w których wybitni ekonomiści – tacy jak Tomáš Sedláček – zaczynają otwarcie mówić, że wzrost gospodarczy nie jest jednoznaczny z dobrostanem człowieka, a momentami bywa z nim wręcz sprzeczny. Wreszcie w czasach, w których nie wierzymy już tak mocno jak jeszcze dwadzieścia kilka lat temu w „koniec historii”, a i sam Francis Fukuyama zaczął się wycofywać ze swoich tez i obudowywać je dodatkowymi warunkami.

Dzisiejszych czterdziestolatków pochodzących z „Polski powiatowej” z czterdziestolatkami pochodzącymi z Warszawy łączy jedno: kształtował ich bardzo podobny przekaz kulturowy.

Rzecz jednak w tym, że tak jak większość uczniów owego prestiżowego liceum uwierzyła niemal bez wahania w wizję świata i przesłanie proponowane przez gościa z teczką – tak i dzisiaj, gdy opowiadam tę historię ludziom spoza intelektualnego światka, z miejscowości oddalonych od Warszawy czy Krakowa, wielu z nich mówi: „Ten człowiek miał rację. Tak właśnie jest”. Mniej więcej połowa mówi to ze złością, duża część – ze smutną rezygnacją, a kilkoro – z satysfakcją.

Wielu intelektualistów nadal jednak nie potrafi zrozumieć, skąd odwrót Polaków (a może nie tylko ich) od idei wolnorynkowej, liberalnej, otwartej i europejskiej. Skąd pragnienie bezpieczeństwa przerastające nagle potrzebę wolności i rozwoju? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, trzeba wyjść z własnej bańki społecznej i przyjrzeć się części pokolenia, które transformację ustrojową przeżyło w sposób szczególny – pokoleniu urodzonemu na przełomie lat 70. i 80., temu, którego przedstawicielka usłyszała na lekcji wychowawczej znaczące słowa ministra czy sekretarza. Ale przyjrzeć się nie tym, którzy chodzili do elitarnych szkół i faktycznie mieli szansę na to, by ktoś w przyszłości nosił za nimi teczkę, lecz tym, którzy wychowali się w Białogardzie, Braniewie czy Świebodzinie – i szansy takiej praktycznie nie mieli. Bo to oni, a nie elita, stanowią większość i to przede wszystkim oni – jako wyborcy – będą decydować o kształcie kraju.

Czy w ogóle można mówić o pokoleniu? Ta kategoria budzi duże wątpliwości. Badacze i praktycy (np. Jessica Kriegel1) często twierdzą, że fałszywe jest przekonanie, jakoby wspólnie przeżywane wydarzenia i przemiany kultury wpływały na osobowość bardziej niż doświadczenie życiowe i okoliczności życia. Sam jestem dość sceptyczny wobec upraszczania rzeczywistości przez odgórne podziały na pokolenia – pamiętam ogromną popularność medialną terminu „pokolenie JP2” i jednoczesną pustkę treściową kryjącą się za tym nośnym sformułowaniem (które krytykowali m.in. Maria Rogaczewska i Sławomir Mandes2, mówiąc o braku trwałych instytucji wytworzonych przez to rzekome pokolenie).

Niemniej istotnym wydarzeniom warto się przyjrzeć, bo – niezależnie od tego, czy w strukturze pokoleniowej, czy horyzontalnej, niezależnej od wieku – silnie wpływają one na życie ludzi. Wpływają jednak – i to może być kolejny argument dla przeciwników pojęcia „pokolenia” – w inny sposób. Nie tylko w zależności od wieku, ale także (a może przede wszystkim) w zależności od indywidualnej sytuacji: zasobności finansowej, miejsca zamieszkania, statusu na rynku pracy, osobistego kapitału społecznego i osobowości.

Mów mi Rockefeller

Dzisiejszych czterdziestolatków pochodzących z „Polski powiatowej” z czterdziestolatkami pochodzącymi z Warszawy łączy jedno: kształtował ich bardzo podobny przekaz kulturowy. Najpierw, za PRL, dwa programy telewizyjne, a potem – popkultura. Wcześniej jeszcze blokowana i filtrowana przez peerelowskie władze, z czasem stawała się coraz bardziej wszechogarniająca. Absolutnym apogeum były wczesne lata 90., kiedy to przekaz z Zachodu popłynął szerokim strumieniem.

Rzecz w tym, że przekaz kulturowy (a więc i popkulturowy) zawiera to, co kształtuje osobowość bodaj najbardziej: wzorce, ideały i wymagania wobec tego, jacy powinniśmy być. Dziecko na takie wzorce jest jeszcze obojętne i przejmuje je w większym stopniu z obserwacji rodziców; dorosły z kolei może mieć dystans wobec ideału promowanego przez media. Najbardziej wrażliwy na przekaz popkulturowy jest nastolatek – a kiedy upadał PRL i tworzyło się nasze państwo, pokolenie przełomu lat 70. i 80. miało właśnie kilkanaście lat. Dr Adriana Bartnik, socjolożka, prawniczka i politolożka z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej, twierdzi nawet, że jest to najbardziej poranione polskie pokolenie oprócz tych, które doświadczyły koszmarów wojennych czy stalinowskich. „Trauma doświadczona w momencie wchodzenia w dorosłe życie może być najtrudniejsza do uchwycenia i uświadomienia” – mówi Bartnik3.

Jaki przekaz trafiał do ówczesnego kilkunastolatka lub kilkunastolatki z Warszawy: Weroniki czy Wojtka i do ich rówieśników, Bartka czy Beaty z Białogardu lub okolic (tereny popegeerowskie, stopa bezrobocia w powiecie dziś wynosi niemal 19%, a w 2004 r. było to niemal 40%)? Przede wszystkim: „kupuj!”. Można było odczytać go z telewizyjnych reklam zabawek, nachalnie odtwarzanych przed dobranocką („He-Man, nowy wymiar firmy Mattel!”, „Transformers – to ukryta moc”), z czasopism, z witryn, nagle, niemal z dnia na dzień, wypełnionych wszelkimi dobrami.

Drugi silny przekaz brzmiał: „Jeśli jesteś cokolwiek wart/warta – będziesz umiał/umiała zrobić biznes” (lub w powtarzanej do znudzenia wersji: „Pierwszy milion trzeba ukraść, drugi możesz zarobić sam”). I Wojtek w Warszawie, i Bartek na wsi popegeerowskiej oglądali film Mów mi Rockefeller Waldemara Szarka, w którym dwójka dzieci od zera (pozornie) dochodzi w krótkim czasie do ogromnych pieniędzy. A więc i dzieci z Warszawy, i te z Białogardu lub okolic chcą być takie jak bohaterowie filmu: pragną kupować i zarabiać.

Jednak w tym miejscu ich losy – dotąd być może w jakimś stopniu zbliżone przez peerelowską podstawówkę, w obu przypadkach jeszcze publiczną – znacząco się rozchodzą. Wczesne dzieciństwo przeżyły być może w najbardziej szarych czasach, jakie można sobie wyobrazić, jednak – tak jak potrafią dzieci – kleiły sobie z różnych elementów tego życia magiczną krainę. Ale i ona, w dużej mierze iluzoryczna, rozbiła się po 1989 r. Przy czym o ile Weronika z wielkiego miasta otrzymała w tym momencie przynajmniej materialne wsparcie, to Beata z prowincji już niekoniecznie.

Najgorszym „scenariuszem” transformacji było wycofanie się po wielu porażkach z aktywności i bezrobocie pokoleniowe, przejęte od rodziców.

Elżbieta Tarkowska, chyba najbardziej zasłużona badaczka popegeerowskiej biedy, już w 2000 r. pisała: „Znaczna część byłych pracowników pozostaje bez pracy, często jest to już bezrobocie chroniczne. Ci, którzy znaleźli zatrudnienie oficjalne lub w ramach szarej strefy, często muszą zadowolić się nisko płatną pracą”4. Tarkowska mówi nawet o „świecie bez pracy”. Jest rok 1993, Bartek i Beata oglądają codziennie bezrobotnych rodziców, których zakład czy PGR zamknięto, i w tym najtrudniejszym i najwrażliwszym momencie, w chwili, kiedy decydują o swojej przyszłości, kończąc ówczesną podstawówkę lub zaczynając szkołę średnią, nie mogą liczyć na ich wsparcie – tym rodzicom świat zawalił się całkowicie w ciągu ostatnich kilku lat i muszą związać koniec z końcem.

Media i elity wyśmiewają się z nich, kabaret Olgi Lipińskiej wykonuje przyśpiewkę o zazdrosnych nieudacznikach, których zakład „zszedł na psy”, więc chcieliby „zabrać bogatym” i wziąć sobie. Jeśli nawet sytuacja nie jest tak tragiczna, to i tak w głowie pozostaje obraz młodych „Rockefellerów”, jeżdżących do szkoły limuzyną z kierowcą, czy dużo bardziej realny obraz oryginalnych adidasów kolegi z klasy. W „Bravie” i „Popcornie” co tydzień Beata widzi uśmiechniętą młodzież z Zachodu, bawiącą się na koncertach największych gwiazd, w telewizyjnych programach słyszy, że trzeba ciężej pracować, więcej się starać, być bardziej kreatywną i przedsiębiorczą.

A jaka była codzienność? Pisze Tarkowska: „Szczególnie obciążona obowiązkami domowymi, opieką nad młodszym rodzeństwem jest również najstarsza córka w wielodzietnej rodzinie, która z racji tradycyjnego podziału ról («Ja byłam jedna, a reszta to chłopcy, to ja musiałam robić») przejmuje po matce obowiązki opiekuńcze wobec młodszego rodzeństwa”5.

Od osiemnastu lat na czarno

W tej sytuacji silnego napięcia, sprzecznych wymagań, przepaści między ambicjami (własnymi czy wpojonymi) a możliwościami trzeba sobie jakoś radzić. Strategie pokolenia transformacji były różne i też w dużej mierze zależały od możliwości. W najgorszym przypadku było to wycofanie się po wielu porażkach z aktywności i bezrobocie pokoleniowe, przejęte od rodziców, często znajdujące się w śmiertelnej dialektyce z nałogami (piję, bo nie mam pracy; nie mam pracy, bo piję).

Taka sytuacja najczęściej zdarzała się, jeśli Bartek czy Beata z okolic Białogardu mogli skończyć jedynie szkołę podstawową (a osoby z wykształceniem podstawowym stanowią około ⅓ dorosłej populacji). Jeśli skończyli szkołę średnią (zawodową lub ogólnokształcącą), najczęściej trafiali na rynek pracy w pierwszych latach XX w., w okresie największego bezrobocia, więc jeśli udało im się przetrwać do 2004 r., masowo wyjeżdżali do Anglii lub Irlandii po otworzeniu nowych rynków pracy. Ci, którzy mieli możliwość pójść na studia, szybko zauważyli, że (wbrew temu, co twierdzi Tarkowska, jakoby wykształcenie zabezpieczało przed biedą) to też nie rozwiązuje ich problemów. Część znalazła pracę tymczasową lub niskopłatną; ci, którzy nie dostali mieszkań od rodziców czy po dziadkach, musieli poradzić sobie z lawinowym wzrostem cen nieruchomości. Część spłaca kredyty hipoteczne, inni nawet ich nie dostali.

Rozmawiam z Andrzejem, organistą w jednej z parafii w województwie lubuskim. Andrzej jest kawalerem, mieszka z matką, choć przekroczył już czterdziestkę. Pochodzi z biednej, rolniczej rodziny. Historia typowo pegeerowska, z jedną różnicą – udało mu się wyjechać do stolicy na uczelnię. Jest z wykształcenia teologiem. Pracę magisterską pisał o św. Anzelmie. Miał nadzieję na pracę intelektualną. Kiedy szedł na studia, jeszcze nie przebrzmiała euforia roku 1989. Wokół słyszał prognozy, że podobno kończy się już czas zawodów „twardych”, „inżynierskich”, że filozofowie, teologowie i kulturoznawcy odnajdą się doskonale na rynku pracy. Wierzył w racjonalność Zachodu, który właśnie otworzył przed nami drzwi, w możliwość uporządkowania życia i prowadzenia go w godny sposób. 

– Pracy nie było, mimo że wysyłałem dziesiątki CV do różnych firm. Kiedy skończył się akademik, mieszkałem przez pewien czas w Warszawie u kuzynostwa, które chodziło na kursy programowania neurolingwistycznego i metody Silvy – wspomina Andrzej. – Po jednym z takich kursów kuzyn powiedział, że mam wracać do siebie, że nie mogą sobie pozwolić na utrzymywanie darmozjada.

Po powrocie do rodzinnej miejscowości Andrzej poszedł na rozmowę z dalekim krewnym, bardzo dobrze „ustawionym” i „podwiązanym pod właściwe osoby” radnym gminy. Na spotkanie umówiła go matka. Pierwsze pytanie, jakie zadał tamten, dotyczyło poglądów Andrzeja na aktualną sytuację polityczną. Ten z entuzjazmem zaczął opowiadać, powołując się na Schumana, Hammarskjölda, niemiecką chadecję. Lokalny kacyk długo nie mógł przestać się śmiać. „No, będzie trudno, ale jak coś znajdę, to zadzwonię”.

– Zadzwonił dopiero piętnaście lat później, kiedy jemu zawaliło się życie – mówi Andrzej. – Oczywiście nie z propozycją pracy, ale z prośbą o kontakt do mojego brata, który założył firmę w Gdańsku i ma teraz sporo pieniędzy.

Brat skądinąd też nie pomógł Andrzejowi, bo zatrudnia tylko ludzi z doświadczeniem w zawodzie. – Mówi, że nie może przecież ryzykować utraty klientów. Ja go rozumiem – tłumaczy brata Andrzej. Od osiemnastu lat pracuje w parafii na czarno. Nieraz musi zastępować zakrystianina, który ma problem z alkoholem. – Jak się postawię proboszczowi, to od razu stracę robotę – mówi. – A przecież nie mam doświadczenia, z roku na rok ta przerwa w normalnej pracy się wydłuża. Tylko od czasu do czasu zdarza mi się napisać tekst, ale czasopisma, które są zainteresowane publikacją, najczęściej nie płacą. Kiedy studiowałem, to były czasy, w których w redakcjach pracowało się na etacie, można było się z takiego niszowego pisania utrzymać.

Najbardziej depresyjne pokolenie we Wspólnocie

Trzy lata temu w „Tygodniku Powszechnym” Paulina Wilk stanowczo zaprotestowała przeciwko pesymistycznemu obrazowi, który już wtedy zaczął być kreślony przez media. „Tych młodych – podobno okradzionych z przyszłości, zagubionych i pozbawionych szans – odmienia się przez wszystkie przypadki” – dziwiła się Wilk. „W tak pozorowanej dyskusji dobro młodych jest traktowane instrumentalnie, rodzi się fałszywy obraz kolejnej «straconej generacji». Niebezpieczny, bo kształtujący jej tożsamość. [...] Trudno też o bardziej nieprawdziwy przekaz o polskich realiach”6.

Być może jest to obraz faktycznie niebezpieczny, przynajmniej dla tworzonego przecież z wysiłkiem ładu społecznego. Pytanie, czy jest nieprawdziwy. Setki historii ludzi opisywanych przez Tarkowską czy Annę Gizę-Poleszczuk wskazują na to, że jest on jednak bliski prawdy, wystarczy wyjechać z dużej miejscowości i rozejrzeć się wokół siebie. Badania cytowanej wcześniej Adriany Bartnik wskazują, że to 40-latkowie są najczęściej ofiarami mobbingu, że jeśli wymaga się od nich w pracy zbyt dużo, to mimo początkowych protestów starają się to wykonać. Bartosz Łoza, który m.in. kierował Kliniką Psychiatrii WUM, mówi: „To pokolenie, które przechodziło z PRL-u do wolnej Polski, wstępowało do Unii i chciało być cały czas do przodu, jest – jak pokazują współczesne badania UE – samotne, smutne i zmęczone. Porównawczo jest najbardziej depresyjnym pokoleniem we Wspólnocie”7. Pod względem liczby samobójstw Polacy są w niechlubnej czołówce Europy. Gorzka diagnoza nie wzięła się więc znikąd.

Oczywiście odwieczne pytanie brzmi, czy można było przeprowadzić tę transformację inaczej. Całościowa ocena wymaga ogromnej, interdyscyplinarnej pracy badawczej, ale wydarzenia polityczne ostatnich lat wskazują, że przeoczono ewidentne deficyty. Anna Giza-Poleszczuk mówi o „deficycie troski” – zamiast niej pojawiło się spojrzenie na człowieka z perspektywy oczekiwań. Paulina Wilk we wspomnianym artykule w „TP” twierdzi, że elity nie mówiły pokoleniu transformacji: „Nic wam się nie uda, bo świat nie ma dla was miejsca”, lecz: „Pracujcie, przyjcie do przodu, walczcie o siebie”. Problem w tym, że, niczym pan minister z czarną teczką, mówiły – wprost lub między wierszami – jedno i drugie jednocześnie.  •

Jarema Piekutowski – ur. 1978. Socjolog, członek zespołu i główny ekspert ds. społecznych thinkzine’u „Nowa Konfederacja”. Kierownik projektów badawczych, społecznych i kulturalnych. Właściciel firmy Liber, wspólnik przedsiębiorstwa społecznego CRSG sp. z o.o., współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, PSDB i innych firm badawczych. Członek Zespołu Laboratorium „Więzi”. Autor fabularyzowanej biografii Gilberta Keitha Chestertona G. K. Chesterton. Geniusz ortodoksji. Pochodzi ze Szczecina.

1Por. J. Kriegel, Unfairly Labeled: How Your Workplace Can Benefit From Ditching Generational Stereotypes, New Jersey 2016.

2M. Rogaczewska, S. Mandes, Pokolenie Jana Pawła II: wspólnota doświadczenia i nowy wzór religijności, „Znak” 2011, nr 5.

3Dr Adriana Bartnik dla TS: Pokolenie 40-latków zostało oszukane. To oni najczęściej doświadczają mobbingu, www.tysol.pl/a5623- [dostęp: 6.05.2018].

4E. Tarkowska, Bieda popegeerowska, w: Zrozumieć biednego. O dawnej i obecnej biedzie w Polsce, red. E. Tarkowska, Warszawa 2000, s. 106.

5Tamże, s. 109.

6P. Wilk, Pracowite podcinanie skrzydeł, „Tygodnik Powszechny” 2015, nr 35.

7Intelektualnie wyniszczeni, depresyjni i samotni. Łoza do Rigamonti: Mamy w Polsce epidemię samobójstw, „Dziennik Gazeta Prawna” 16.02.2018, za: www.wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/568862 [dostęp: 6.05.2018].

Wiara

Kościół się zieleni

Trzej ostatni papieże jednym głosem mówią o pilnej potrzebie odpowiedzialności ekologicznej. Dlaczego tak wielu wciąż uważa troskę o środowisko naturalne za sprawę niepoważną? Czym jest chrześcijańska ekologia integralna?

Polska bez bocianów?

Stanisław Jaromi OFMConv w rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim

Ekologia to temat wymagający, trudny i kłopotliwy. W swojej integralnej wizji papież wzywa do nawrócenia ekologicznego, czyli do zmiany stylu życia, do zakwestionowania tego, co (jak nam się wydaje) z wielkim mozołem zdobyliśmy i zbudowaliśmy.

Zbigniew Nosowski Czy w innych krajach Kościół katolicki zieleni się szybciej niż w Polsce? U nas ta zieleń taka wciąż jeszcze raczej przednówkowa. Czy gdzie indziej świadomość ekologiczna katolików jest wyższa?

Stanisław Jaromi OFMConv W latach 2004–2009 pracowałem w strukturach międzynarodowych. Wtedy poznałem to, co się dzieje w Asyżu, Rzymie i Watykanie, a tam koncentrują się katolickie inicjatywy ekologiczne.

Podstawowa różnica na niekorzyść Polski jest taka, że w większości krajów w Kościołach lokalnych pod koniec lat 70. XX wieku powstały komisje ds. sprawiedliwości i pokoju. Franciszkanie jako jedni z pierwszych dodali do kwestii sprawiedliwości i pokoju także zagadnienie integralności stworzenia. Później uczyniło tak wiele komisji działających przy krajowych konferencjach episkopatu. W Polsce takie gremium do tej pory nie istnieje. Dlaczego nie istnieje – nie potrafię odpowiedzieć, to raczej pytanie do kogoś innego.

Jeśli chodzi o świat katolicki, to z pewnością świadomość ekologiczna jest wysoka w tych krajach, które są niszczone i wykorzystywane przez najbogatszych. W Ameryce Południowej i na Filipinach istnieją silne ekologiczne ruchy społeczne. Dla nich ekologia to obrona środowiska naturalnego ludzi ubogich, którzy tradycyjnie próbują tam mieszkać i funkcjonować, a nagle przychodzi wielki biznes i im to po prostu zabiera. Miałem okazję obserwować te ruchy w Brazylii, Peru, Boliwii, Kostaryce i Meksyku. Uczestniczyłem nawet w protestach, które łączyły obywatelski sprzeciw wobec zawłaszczania ziemi i wody z demonstracją przeciwko degradacji zwykłych, miejscowych ludzi.

Był nawet przypadek, że biskup prowadził głodówkę w obronie wody. Działo się to w Brazylii nad potężną rzeką San Francisco. Miejscowy biskup Luís Cappio protestował, gdyż wielkie korporacje chciały transportować wodę do swoich latyfundiów oddalonych o wiele kilometrów. Ta rzeka już była na granicy odnawialności, a setki tysięcy ludzi korzystały z jej zasobów. Bp Cappio dwukrotnie prowadził głodówki, i to za wczesnej prezydentury Luli, wszak socjalisty uznawanego za przedstawiciela ludu. Ale Lula jako człowiek miasta i fabryk z trudem lud rozumiał.

To dobry przykład tzw. ruchów ludowych w Ameryce Łacińskiej, z którymi już trzykrotnie spotkał się papież Franciszek. Jedne są bardziej radykalne, np. boliwijski, inne – bardziej umiarkowane.

Natomiast w Europie „ekologicznego szału” wcale nie ma. Owszem, istnieją wyspecjalizowane instytuty, które tym tematem się zajmują. Jest ich kilka we Włoszech, w Niemczech i Austrii, są kościelne oficjalne komitety w kilku krajach. Część działań jest prowadzona ekumenicznie, niektóre wspierane są przez Światową Radę Kościołów. Mamy analizy sytuacji ekologicznej i klimatycznej z perspektywy chrześcijańskiej i dokumenty różnej rangi zachęcające do ekosprawiedliwości.

Inny wymiar tej działalności to liczne proekologiczne lokalne inicjatywy oddolne, podejmowane przez zakony, misjonarzy, parafie czy różne wspólnoty. W Polsce było ich wiele w latach 80., a później większość z nich niestety zanikła.

Nosowski Choć były przecież nawet ekologiczne listy pasterskie – i całego episkopatu, i indywidualne, np. abp. Józefa Michalika.

Jaromi List pasterski Konferencji Episkopatu Polski miał to nieszczęście, że został opublikowany w maju 1989 r., tuż przed przełomowymi wyborami czerwcowymi. List był długo przygotowywany, ale ukazał się w tak fatalnym (choć szczęśliwym dla narodu) czasie, że nie miał szansy oddziaływania.

Środowiska proekologiczne były w Polsce mocne na wszystkich uczelniach katolickich. Niestety, obecnie tracą możliwości oddziaływania. Na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim już nie ma „ekologicznego” kierunku studiów. W Krakowie większość inicjatyw dzieje się poza uczelnią. Jeszcze trzyma się pod tym względem Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, choć i tu są próby zmiany statusu Instytutu Ekologii i Bioetyki. A takie placówki są niesłychanie ważne, bo pracują w nich ludzie, którzy mogą kompetentnie uczestniczyć w debatach na poziomie międzynarodowym.

Zasadniczo Europa Zachodnia dokonała jednak większej recepcji nauczania społecznego Kościoła w tej dziedzinie niż Polska. U nas jest spora liczba publikacji i różne konferencje, ale duszpasterstwo całego Kościoła nie uznało tego tematu za ważny. Jakoś wydaje się on za mało katolicki.

Coś jest ogólnie nie tak z postrzeganiem ekologii w Polsce – niezależnie od opcji ideowej. Poważne tematy ekologiczne nie mają dobrej prasy ani na lewicy, ani na prawicy. Te kwestie wciąż nie są traktowane poważnie, lecz uznawane za jakieś fanaberie. Prawicowe ataki na ekologów są lepiej znane. Ale na przykład „Polityka” też systematycznie publikuje teksty wykpiwające ekologów, zdrową żywność, zdrowy styl życia.

Nosowski W naszym pokoleniu silna jest jeszcze pamięć o naiwnych zachodnich ekologach z lat 70. i 80., którzy zupełnie nie rozumieli zagrożeń komunizmu.

Jaromi Tak, wciąż pojawia się ta metafora arbuza, który jest na zewnątrz zielony, a w środku czerwony. Ostatnio przywoływała go Agnieszka Kołakowska, pisząc na ten temat w „Teologii Politycznej” i nazywając ekologię jedną z „plag tego świata”.

Nosowski Niczym ci, który mówią o zielonym nazizmie.

Jaromi Konserwatyzm tego typu ma problem i z ekologią, i z nauczaniem społecznym Kościoła w ogóle. Ci kościelni krytycy ekologii trwają jeszcze chyba w walce z myśleniem ekologicznym, które pojawiło się w Polsce w latach 90., odwołującym się do tradycji pogańskich i koncepcji New Age. Wielu uznało błędnie, że to istota ideologii ekologicznej.

NosowskiI jakoś kolejni papieże ich nie przekonali?

Jaromi Jak widać. Ekologia to temat naprawdę wymagający. On jest trudny i kłopotliwy, stawia wysokie wymagania etyczne, wzywa do tego, co papież nazywa nawróceniem ekologicznym, czyli do zmiany stylu życia, do zakwestionowania tego, co (jak nam się wydaje) z wielkim mozołem zdobyliśmy i zbudowaliśmy. Mało tego, nasza ekologia integralna, oparta na źródłach chrześcijańskich, woła o właściwą wizję człowieka. Nie o świat tylko dla bogatych i zwycięzców w wyścigu szczurów, lecz dla wszystkich, zwłaszcza dla ubogich! A to jest nie do zniesienia dla tych, którzy uwierzyli w magiczną siłę wolnego rynku.

Nosowski Mam wrażenie, że pomysł papieża Franciszka na ekologię integralną to próba odwołania się do kategorii dobra wspólnego i pokazania myślenia proekologicznego jako stojącego ponad podziałami ideowymi na lewicę i prawicę, konserwatystów i liberałów.

Jaromi Zapewne tak, choć papież sam tę integralność opisuje inaczej. Pisze o potrzebie „nowej syntezy”. W tym określeniu zawiera się apel, aby doświadczenia przyrodnicze, gospodarcze i społeczne na nowo zdefiniować, bo dotychczasowe modele rozwoju przynoszą, oprócz korzyści, zbyt wiele szkód.

Franciszek mówi o integrowaniu ekologii społecznej i przyrodniczej. Na tym polegać ma ekologia ludzka. Tego pojęcia używałem zresztą już wczesnej, opisując myśl Jana Pawła II. Raczej się ono u nas nie przyjęło, bo to termin wykorzystywany w Polsce przez antropologów przyrodniczych, którzy badają ewolucję człowieka i przedstawiają ją w kontekście środowiska.

Nauka Kościoła zaczyna od wizji człowieka – tego nie ma ani w ekologii biznesowej, ani akademickiej, ani w ruchach trzeciego sektora, bo tam się zaczyna od ochrony cennych ekosystemów i określenia swoich interesów. A Franciszek proponuje, żeby tego wszystkiego nie rozdzielać, tylko łączyć, integrować. Ciekawie sam do tego wątku nawiązał w najnowszej adhortacji Gaudete et exsultate, gdzie stwierdził, że Laudato si’ proponuje duchowość ekologiczną. To bardzo ważne, bo niektórzy koncentrują się na szczegółowych cytatach z encykliki, np. o rolnictwie, ekonomii czy zmianach klimatycznych, a umyka im ta całościowa integralna wizja duchowości.

Franciszek dokłada jeszcze ekologię duchową, mówiąc, że tym, co zanieczyszcza ludzi, jest też agresja, nienawiść, zazdrość, czyli grzechy społeczne. W sumie zatem w ekologii integralnej chodzi o zintegrowanie czterech relacji: do świata przyrody, do innych ludzi, do siebie samego, do Boga Stwórcy. A celem jest detoksykacja tych zatrutych relacji i budowa nowej syntezy, w której i nasz ekosystem, i nasz świat, i nasze miasto, i cała planeta będą wspólnym, gościnnym domem dla wszystkich mieszkańców. Stąd podtytuł encykliki: W trosce o wspólny dom. O dom gościnny dla wszystkich: i dla ludzi, i dla zwierząt, i dla całego stworzenia. Nie tylko dla zwycięzców z pierwszego świata.

Nosowski Takie podejście rzeczywiście jest o wiele bardziej wymagające, niż można by powierzchownie przypuszczać.

Jaromi Dlatego chcemy uruchomić Szkołę Liderów Ekologii Integralnej. Pierwszy zlot mamy zaplanowany już na początek lipca w gospodarstwie ekologicznym na Mazowszu. Będziemy otwierać ludzi już aktywnych w tej dziedzinie na nauczanie współczesnego Kościoła, a zwłaszcza papieża Franciszka. A oni mieliby to dalej przekazywać. Nie ukrywam, że jest to też odpowiedź na kłopot, jaki liczni liderzy polskiego Kościoła, duchowni i świeccy, mają z recepcją obecnego pontyfikatu. W pewnym sensie jest to kontynuacja kampanii, którą wcześniej prowadziliśmy pod hasłem: „Czyńcie sobie ziemię kochaną”, w której staraliśmy się skorygować myślenie katolików, pokazując, że Biblia nie nakazuje bezwzględnej eksploatacji ziemi, lecz bycie dobrym gospodarzem Bożego stworzenia.

W tym wszystkim potrzeba trochę wyobraźni i inicjatywy. Bardzo lubię przykład Benedykta XVI, który nie tylko dużo mówił o ekologii, lecz także zaprosił niemieckie firmy, aby zbudowały panele fotowoltaiczne na auli Pawła VI. Dzięki temu jest tam obecnie 2400 najnowocześniejszych paneli i Watykan stał się pierwszym samowystarczalnym energetycznie państwem świata, na dodatek mając odnawialne źródła energii. W lecie chyba nawet mają za dużo energii i sprzedają ją do Rzymu...

Nosowski W 1999 r. abp Michalik pisał w liście pasterskim: „Zdumiewającą jest rzeczą, że tak małą uwagę zwraca się u nas na potrzeby oczyszczania powietrza i wód, ochrony atmosfery przed trującymi odpadami radioaktywnymi, które po cichu przerzucane są do sąsiednich lub biedniejszych krajów”. Czy w roku 2018, przed katowickim szczytem klimatycznym, Kościół rzymskokatolicki w Polsce obudzi się z ekologicznej drzemki?

Jaromi Już się budzi. Abp Wiktor Skworc zapowiedział specjalny list pasterski Konferencji Episkopatu Polski. Mówił zresztą publicznie, że wydanie takiego listu jest jednoznacznym oczekiwaniem Stolicy Apostolskiej. Mam nadzieję, że ten list ukaże się z okazji wspomnienia św. Franciszka, patrona ekologów.

Nosowski A jak Ojciec patrzy na odwołania do świętego Huberta czynione przez myśliwych? W maju przez Warszawę przeszedł nawet Marsz św. Huberta.

Jaromi Ja jestem po stronie świętego Franciszka. Tradycja polowań jest mi obca. Nigdy nie byłem myśliwym, nigdy nie strzelałem, mam kłopot z jedzeniem dziczyzny, choć wegetarianinem nie jestem.

Ludzie z tego środowiska często żyją nostalgią za światem, którego już nie ma. Nie jestem przeciwko nikomu, również przeciwko nim, ale myślę, że oni sami – mając olbrzymi potencjał i ludzki, i finansowy – powinni na nowo przemyśleć swoją rolę, a encyklika Laudato si’ może im naprawdę wiele pomóc. Muszą sami dobrze się zastanowić, czy dzisiaj ma sens ta cała obrzędowość myśliwska, te zbiorowe polowania, zwłaszcza łączone z rytuałami religijnymi.

Kościół nie ma w sprawie polowań obowiązującej doktryny. To bardziej kwestia uformowania osobistej wrażliwości poszczególnych osób. Nie ma obowiązującej kościelnej doktryny także w kwestii stosunku do zwierząt. Nie jest grzechem jedzenie mięsa, jak niektórym się wydaje. Ani nie jest grzechem niejedzenie mięsa. Grzechem nie jest „nawet” bycie skrajnym weganinem. W Kościele jest miejsce na dużą różnorodność osobistych postaw.

Cieszę się, że rozmawiając z leśnikami, spotykam coraz więcej ludzi nowocześnie ekologicznie wykształconych. Nasz obraz świata się zmienia. Mamy teraz chociażby olbrzymi rozwój badań nad umysłami zwierząt, nad psychologią zwierząt – być może to pozwoli skuteczniej zmieniać ludzkie postawy na bardziej zgodne z ekologią integralną.

Nosowski A jeśli chodzi o zasoby przyrodnicze, to mamy jeszcze w Polsce co chronić?

Jaromi To nie ulega żadnej wątpliwości! Mamy ekosystemy unikalne w skali całej Unii Europejskiej. Winniśmy je traktować jako rodzaj dziedzictwa, które zostawiły nam poprzednie generacje. Nie możemy ich podporządkować czyimś interesom.

Myślę chociażby o najcenniejszym lesie nizinnym, czyli Puszczy Białowieskiej. Te skarby to także jeden z cenniejszych lasów niskogórskich: Puszcza Karpacka. To największa niezmeliorowana rzeka w Europie: Wisła razem z dopływami. To także różnorodność biologiczna związana, zwłaszcza na wschodzie kraju, ze strukturą gospodarstw rolnych. Dlaczego bociany lubią u nas gniazdować? Bo mają pokarm, który znajdują na terenach podmokłych. Ich żerowiska to głównie łąki wilgotne i podmokłe, które znikają w szybkim tempie. Jeżeli wszystko będzie zmeliorowane czy zawłaszczone przez gospodarstwa wielkoobszarowe, to już nie będzie bocianów.

Nosowski Polska bez bocianów? To niemożliwe! Ten argument na rzecz nawrócenia ekologicznego może się okazać w naszym kraju najbardziej skuteczny.

Jaromi Ale to nie żarty! Polska wieś zmienia się błyskawicznie. Znikają gospodarstwa rodzinne, a z nimi unikalna siatka pół, łąk, pastwisk, oczek wodnych i miedz. Niestety procesy globalne temu sprzyjają, preferując wielkoobszarowe monokultury. W niektórych rejonach Polski już mamy rzepak czy kukurydzę po horyzont. A gdzie różnorodność biologiczna? Bardzo ważne jest, aby Polska nie stała się kolejną monokulturą rolniczą, w której będą dominować liczące tysiące hektarów gospodarstwa eksploatujące ziemię i wodę (i ignorujące wyludniające się obok wioski). Nasza przyroda w swej różnorodności to jeden z najcenniejszych zasobów i skarbów, jakie mamy. •

Stanisław Jaromi OFMConv – ur. 1963, franciszkanin konwentualny, doktor filozofii, absolwent teologii i ochrony środowiska. Od lat zaangażowany w chrześcijańską edukację ekologiczną. Wieloletni delegat zakonu ds. sprawiedliwości, pokoju i ochrony stworzenia, przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu (REFA) i szef portalu chrześcijańskich ekologów www.swietostworzenia.pl. Pracował duszpastersko w Czechach oraz w międzynarodowych ośrodkach franciszkanów w Asyżu, Rzymie i Krakowie. Od 2016 r. mieszka w Radomsku.

Kultura

Po co komu komiks?

Dla jednych komiks jest książką, ale nie jest literaturą. Dla drugich to czwarty rodzaj literacki, o którym zapomniał Arystoteles. Czy to medium rzeczywiście jest w stanie unieść, jak twierdzą jego twórcy i wielbiciele, każdą historię?

Książka, ale nie literatura

Adam Gawęda

Komiks jest książką, ale nie jest literaturą. Jako efemeryda istniejąca pomiędzy literaturą a filmem posiada olbrzymi potencjał do opowiadania każdej historii. Najwybitniejsze komiksy są sztuką i dowodem na odrębność komiksu, którego nie zastąpi ani literatura, ani film.

Nie ma już babci w sukienkach w kwiaty wybaczającej więcej niż mama. Nie ma już kiosku z drewna odmalowanego zieloną farbą i przeszklonego szybkami pełnymi pęcherzyków powietrza, załamującymi magicznie światło. Ale pewne stare pismo i pełna emocji pamięć wciąż są żywe.

W lipcu 1978 roku było pięknie, bo nie miałem nawet czterech lat i wszystko było nowe, nietuzinkowe, po prostu wspaniałe. Ale ta data jest dla mnie wyjątkowa nie tylko dlatego. W lipcu 1978 roku wracaliśmy z babcią z zakupów, a ja dzięki monopolistycznej uprzejmości Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa-Książka-Ruch” przez magiczną szybkę drewnianego kiosku wypatrzyłem okładkę jakiegoś pisma. Moją uwagę zwrócił jeden niewielki, pełen dynamiki i ekspresji kadr rozpalający chłopięcą wyobraźnię. Muskularny, długowłosy i półnagi mężczyzna przykuty do nadmorskiej skały, rażony z furią mieczem przez niemłodego już wojownika. Tak długo marudziłem i opóźniałem powrót do domu, aż pismo trafiło w moje ręce. Tak zaczęła się moja przygoda z komiksem.

Wypatrzony obrazek zwiastował narodziny legendy – początek komiksowej serii Thorgal, która przyniosła europejski rozgłos autorowi rysunku, Grzegorzowi Rosińskiemu i odmieniła jego życie, czyniąc go komiksowym imigrantem, bo warunki do rozwoju twórczości znalazł dopiero w Belgii. W tym numerze pisma aż kipiało od różnych opowieści i stylów opowiadania – startował jowialno-przygodowy Tajemniczy rejs Janusza Christy, irytowała ascetyczno-egzystencjalna Bionik Jaga Karmowskiego, Edward Lutczyn nawiązywał do piłkarskich mistrzostw świata z 1978 r. (piąte miejsce Polaków uznano za... porażkę), a Jerzy Wróblewski – jeden z najlepszych polskich rysowników – kontynuował serię science fiction: Vahanara. Otwierały się światy wyobraźni – bioniczni naukowcy, swojscy podróżnicy, średniowieczny Kraków, kosmiczne przygody i brutalni Wikingowie. Komiks – nieznane mi dotąd medium – poraziło mnie z pełną mocą.

Emocje i wyobraźnia

Komiks – nieruchome, zatrzymane w czasie obrazki, które układa się w opowieść. Styl rysunku i sposób kadrowania dopełniają emocji, które tworzą charakter bohaterów i narracji – w komiksie mamy do czynienia ze swoistym sprzężeniem zwrotnym, które czasem jest pokłosiem ludzkiej percepcji: rysunek wzbudza emocje, a w emocjach postrzegamy rysunek na nowo, inaczej. Obcowałem z nowym medium, które nie było ani książką, ani bajką z telewizora. Mogłem nadawać historiom własny rytm, zatrzymywać się przy jakimś kadrze i marzyć. Poddawałem się różnym stylom rysunków, które świetnie współpracowały ze scenariuszami opowiadanych historii. Realizm (Rosiński, Wróblewski) mieszał się z uproszczeniem (Christa), a nawet karykaturą (Lutczyn). Albo odwrotnie – uproszczenie, a nawet odhumanizowanie (Karmowski) wzbudzały lęk przed nieznanym.

Rysunki miały siłę wyrazu, ekspresja rodziła emocje, ale rysunki nie niszczyły wyobraźni, wręcz odwrotnie – pobudzały ją. A do tego narysowane historie były nadzwyczaj dorosłe. To było zupełnie inne medium i inne przeżycie niż czytanie klasycznych książek czy oglądanie filmów. Doświadczyłem tego wszystkiego dzięki pismu zatytułowanemu „Relax”. Ten dziewiętnasty w serii numer magazynu opowieści rysunkowych okazał się kamieniem milowym w mojej dalszej podróży przez sztukę i kulturę.

Zwiastował – jak wiele innych symptomów gospodarki niedoboru – coś, o czym nie miałem pojęcia... schyłek PRL. W maju „Relax” osiągnął „pełnoletność” – półtora roku obecności na rynku, ale, choć numer dziewiętnasty oddano do druku w czerwcu, pojawił się z opóźnieniem – w lipcu. Pierwszy raz „Relax” nie ukazał się na czas. W 1978 r. kryzys dosięgał także rynku wydawniczego. Wcześniej nikogo nie dziwiły nakłady idące w setki tysięcy. Sprzeda się czy się nie sprzeda, najwyżej się przemieli i wydrukuje kolejne wydawnictwo. Ale komunistyczny rozmach i beztroska, ręczne sterowanie i wszechobecna propaganda powoli osiągały swój kres. Braki w zaopatrzeniu, załamanie rynku... niebawem miał skończyć się złoty okres dla polskiego komiksu. Już nigdy nakłady komiksów nie osiągną tych poziomów („Relax” ukazywał się początkowo w nakładzie 100 tys. a potem 200 tys. egzemplarzy) ani serie komiksowe i ich rysownicy takiej popularności. Dopiero na przełomie wieków powróci sentyment do kultowych serii i bohaterów, pojawią się wznowienia i wydania zbiorcze, ale to już będzie hobby dla nielicznych trzydziestoparolatków i jeszcze mniej licznej grupy nowych czytelników.

Riad Sattouf, Arab przyszłości. Dzieciństwo na Bliskim Wschodzie (1978–1984)

Krach gospodarczy i polityczno-społeczne niepokoje dekady lat 80. nie sprzyjały komiksom, zatem dopiero w 1989 r. pojawia się nadzieja na nowy początek. Jednak w Polsce działy się wtedy rzeczy ważniejsze, nic więc dziwnego, że komiks zszedł na dalszy plan. Znakiem nowych czasów jest powstanie w 1990 r. wydawnictwa TM Semic, które wprowadziło na nasz rynek powiew Zachodu – amerykańskie komiksy opowiadające o superbohaterach, nieustraszonych panach latających w gatkach naciągniętych na getry. Superman, Batman, mutanci i spółka rozpalali wyobraźnię nowego pokolenia konsumentów, dla których Zachód był w komunizmie ziemią obiecaną.

W 1993 r. zamyka się „Świat Młodych” – niegdyś ikona prasy młodzieżowej, jak też platforma do prezentacji polskich i zagranicznych komiksów na naprawdę dobrym poziomie. Niegdyś dom Tytusa, Romka i A’Tomka, Pana Kleksa czy Kajka i Kokosza. Superbohaterowie z TM Semic opanowują rynek, strzelając laserami z oczu i ratując świat, a komiks zaczyna się kojarzyć z rozrywką łatwą, prostą, wręcz prymitywną lub z rozrywką dla dzieci – w 1994 r. wydawnictwo Egmont z powodzeniem wprowadza na rynek Kaczora Donalda. Jednak oferta wydawnicza jest uboga, a rynek niezbyt okazały.

Gdy wczesny kapitalizm lat 90. rozwija się dynamicznie, polski komiks jest w kryzysie. Nie udało się stworzyć rynku wydawniczego, podbić nakładów i przyciągnąć większej liczby czytelników. Nie udało się zaoferować różnorodnej gamy tytułów, tak żeby uzmysłowić drzemiące w komiksie bogactwo możliwości i pokazać, że może być adresowany zarówno do dzieci, młodzieży, jak i dorosłych. Że może inspirować i ciekawić tak czytelników popkulturowej pulpy, jak i zwolenników kultury wysokiej. Pokłosiem marazmu było też mizerne zainteresowanie rodzimych rysowników i scenarzystów taką formą ekspresji.

Wyjątkiem jest twórczość Dennisa Wojdy i Krzysztofa Gawronkiewicza, którym udało się przebić do prasy wysokonakładowej z paskami komiksowymi Mikropolis, czy też seria Jeż Jerzy Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka, orbitująca między komiksem dla dzieci w „Świerszczyku” i komiksem wyskokowym dla młodzieży w „Ślizgu”, by wreszcie trafić do dodatku GW „Co Jest Grane”, a po wielu latach nawet do kin. Rażący jest ówczesny brak polskich komiksów prasowych, które zostały zastąpione przez bardzo dobre i tanie przedruki zagranicznych twórców.

Dramatyczny w skutkach brak komiksowych czasopism, komiksowego dziennikarstwa i krytyki, a także miejsca dla komiksu na uczelniach humanistycznych i artystycznych sprawił, że wiedza o tym medium, o jego sile i różnorodności nie przedarła się do powszechnej świadomości, nie pobudziła czytelników i nie doprowadziła do rozwoju rynku komiksowego w Polsce. Bardzo obiecujący, intrygujący i bezkompromisowy miesięcznik komiksowy „Produkt” – matecznik Osiedla swoboda Michała Śledzińskiego i Wilq Bartosza i Tomasza Minkiewiczów – wystartował w 1999 roku i zamknął się w roku 2004.

Superbohaterowie, manga i powieść graficzna

W czasie gdy w Polsce rozkwitał, przekwitał, aż wreszcie uwiądł komunizm, na światowym rynku komiksowym wydarzyło się bardzo wiele. Powszechnie z komiksem kojarzą się amerykańscy superbohaterowie, marketingowo i finansowo najsilniejsi. Ci superpanowie powołani zostali do istnienia na fali przedwojennych lęków i od II wojny światowej poprzez czasy zimnej wojny wiedli prym w walce ze złem. Byli tak znani, sławni i silni, że świat nawet nie zauważył, że najpotężniejszym rynkiem komiksowym stała się... Japonia i komiks japoński – manga. Swego czasu, gdy w Kraju Kwitnącej Wiśni roczne nakłady komiksów spadły poniżej 600 milionów egzemplarzy, podniósł się niemal alarm kryzysowy. Wszyscy amerykańscy superherosi razem wzięci mogą jedynie pomarzyć o takich nakładach.

Manga rozkwitła po II wojnie światowej. Otwarcie na Zachód, biegłość w opanowaniu sztuki rysunkowej, olbrzymia pracowitość i płodność japońskich komiksiarzy (jeden sprawny mangaka potrafił narysować i opublikować więcej plansz niż wszyscy polscy rysownicy przez dekadę), a także brak cenzury obyczajowej doprowadziły do stworzenia potężnego i bardzo różnorodnego rynku. Manga zyskała w Japonii olbrzymią popularność i status sztuki, a jednocześnie literatury popularnej. To tutaj już w latach 60. ubiegłego wieku powstają pierwsze powieści graficzne – komiksy dla dorosłych, obszerne i mogące konkurować z literaturą piękną, zwane geika. Dopiero dekadę później Amerykanie za sprawą komiksów Willa Eisnera tworzą marketingowe, a jakże, pojęcie „powieść graficzna”, na określenie grubszych od zeszytów z superbohaterami komiksów skierowanych do bardziej wymagających odbiorców. Na szczęście dla Amerykanów obok popularnego nurtu komiksów o superbohaterach rośnie w siłę komiksowy underground tworzony przez rysowników znudzonych miałkością dominujących trendów i cenzurą obyczajową.

Karol „KRL” Kalinowski, Łauma

Dzieciom kwiatom nie w głowie superherosi, nie wystarczą też ugrzecznione, choć świetne paski komiksowe zalewające amerykańską prasę. Nowe pokolenia potrzebują oddechu, pojawiają się tacy twórcy, jak choćby ikona undergroundu, obrazoburca Robert Crumb (Pan Naturalny, Kot Fritz) i niepokorny eksperymentator Dave Sim (Cerebus). Komiks stopniowo ewoluuje od buntu, rubaszności i dziwności w kierunku – tak typowej chociażby dla mangi – pełnej swobody wypowiedzi i różnorodności tematów. Dopiero jednak lata 90. XX wieku stanowią początek dynamicznego rozwoju amerykańskiego komiksu niezależnego. Światowy rozgłos i sukces Mausa Arta Spiegelmana uświadamia wielu nowym czytelnikom, jak wielki potencjał drzemie w komiksie. Pojawiają się twórcy w rodzaju Daniela Clowesa i Chrisa Ware’a. Powstają nowe prężne i wizjonerskie wydawnictwa, jak choćby Drawn & Quarterly, a stare potrafią wyłowić i pokazać nowych interesujących twórców, np. Fantagraphics, Kitchen Sink Press. Od lat 90. XX wieku po dziś dzień powstają za oceanem dzieła wybitne, a czasem wręcz genialne, które nie tylko nie są wydawane w Polsce, ale wiele jest wręcz nieznanych.

A co z Europą?

Wyspiarze, choć mają bardzo wielu wybitnych twórców, jak choćby Alan Moore, Grant Morrison, Garth Ennis, Dave McKean czy Neil Gaiman, wolą pracować dla Amerykanów. Europejski rynek komiksowy to przede wszystkim rynek frankofoński, największy, najbardziej różnorodny i traktujący komiks godnie, czyli normalnie – jako samoistne medium obok książki czy filmu. Francja i Belgia komiksem stoją od wielu lat. Zarówno masową pulpą, jak i komiksami z wyższej półki. Polski czytelnik ma tutaj sporo szczęścia, bo większość dobrych europejskich komiksów została w Polsce już wydana.

No właśnie – wróćmy do Polski. Wydawnictwo Egmont rozszerza stopniowo ofertę, powstają również kolejne wydawnictwa. Dopiero wtedy, na początku XX w., zaczynamy nieśmiało nadrabiać komiksowe zaległości i publikować arcydzieła. Na początku głównie z rynku frankofońskiego, który wydaje się najbliższy, a co za tym idzie, najlepiej znany rodzimym wydawcom i pasjonatom. Pojawia się Moebius, Pratt, Bilal i wielu innych. Polski czytelnik dostaje też amerykańskie i brytyjskie komiksy dla dorosłych, są to dzieła takich twórców, jak: Spiegelman, Ennis, Gaiman, McKean. Komiks mozolnie przebija się do powszechnej świadomości polskiego odbiorcy, a nawet niektórym przestaje się kojarzyć tylko z łatwą i przyjemną rozrywką. W którymś ze starych wydań „Tygodnika kulturalnego” w TVP Kultura nieodżałowany redaktor Zdzisław Pietrasik, ówczesny szef działu kultury jednego z największych i najstarszych tygodników opinii, odkrywa komiks dla dorosłych i wykrzykuje pod adresem tytułu, który przyniosłem do studia, znamienne słowa: „Arcydzieło!”.

Wanda Hagedorn (scen.), Jacek Frąś (rys.), Totalnie nie nostalgia

Czy to oznacza, że komiks ma szansę zająć należne mu miejsce w naszej kulturze? Czy zyska status, który ma od dawna w wielu innych krajach? Czy będzie traktowany jako samoistne i poważne medium, a nie wyłącznie mało wymagająca pulpa? Pytania o obecną kondycję i o przyszłość komiksu w Polsce są nieuniknione. Spójrzmy zatem na polski świat komiksu.

Najpierw złe wiadomości. Rynek komiksowy w Polce wciąż jest niewielki, a rachunek ekonomiczny nieubłagany – skoro niewiele osób czyta komiksy, to mają one niskie nakłady i dlatego są drogie lub bardzo drogie. Dlatego też mają bardzo ograniczoną dystrybucję, a także krótki żywot na rynku. I tutaj koło się zamyka – skoro komiksy są drogie, jest ich mało i trudno je kupić, to cudów nie ma, liczba odbiorców nie będzie olbrzymia. Zwykły czytelnik próżno będzie szukał w dużej księgarni czy znanej sieci sprzedażowej pełnej gamy najlepszych komiksowych tytułów. Tylko w sprzedaży internetowej i nielicznych punktach specjalistycznych można je kupić. A i tam też wybór jest ograniczony, bo niewielkie nakłady szybko znikają i co cenniejsze, ciekawsze pozycje stają się białymi krukami, osiągającymi w serwisach aukcyjnych cenę kilkuset złotych.

Można zresztą odnieść wrażenie, że w komiksie prawie wszystko to białe kruki. Nikogo nie dziwią nakłady w wysokości 500 czy 1000 sztuk. Ale niskie nakłady, drożyzna i wąska dystrybucja to niejedyne problemy. Właściwie nie istnieje komiksowa prasa, dziennikarstwo i krytyka oraz sami komiksiarze. Ktoś powie, że to fałszywa teza, bo w prasie wysokonakładowej ukazują się przecież czasem recenzje komiksów, ktoś pisze o komiksowych festiwalach, prawie regularnie ukazują się „Zeszyty Komiksowe” traktujące komiks poważnie (czasem nawet za poważnie), no i ktoś jednak te polskie komiksy rysuje, wymyśla i publikuje. To prawda, jednak dziennikarz czy krytyk nie jest w stanie utrzymać się tylko z pisania o komiksie, dlatego dla większości jest to hobby albo tylko element niezwykle pojemnego worka z popkulturą. Dodatkowo wielu z tych tekstów po prostu nie da się czytać, bo hobbystom i specjalistom od wszystkiego brakuje wiedzy, doświadczenia i narzędzi do interesującego i krytycznego opisywania komiksu. A najwybitniejsze komiksy mają tyle wspólnego z popkulturą, co poezja lingwistyczna z kryminałem.

Problem finansowy dotyka również rodzimych twórców – komiks powstaje długo, wymaga od rysownika wiele pracy, a zapłatą jest mikronakład i mikropieniądze. Dlatego sprawny rysownik czy scenarzysta woli pracować w agencji reklamowej czy dla korporacji, bo z komiksów się nie utrzyma. Dodatkowo na uczelniach artystycznych i humanistycznych powszechne jest lekceważenie komiksu czy wręcz ignorancja wobec tego gatunku. Na palcach jednej ręki policzyć można naukowców traktujących to medium poważnie i zajmujących się nim zawodowo: prof. Jerzy Szyłak, dr Wojciech Birek, dr Adam Rusek, dr Michał Traczyk, dr Damian Kaja. Ale już znanych nazwisk z uczelni artystycznych nie potrafię wymienić. No może poza Jakubem Woynarowskim z Pracowni Rysunku Narracyjnego krakowskiej ASP, którego problemy ze zdefiniowaniem komiksu w obszarze sztuki doprowadziły do koncepcji „story artu”, w środowisku komiksowym zwanego ironicznie „sorry artem”.

Guy Delisle, Pjongjang

Na koniec mam jednak też dobre wiadomości. W Polskim komiksie czuć ożywienie i dynamiczne zmiany. Nie tylko rozwijają się i pięknieją festiwale, kiełkują coraz to nowe konkursy rysunkowe, ale rośnie też czytelnictwo i zainteresowanie mediów. Jeszcze nigdy w Polsce nie było tylu wydawców komiksowych, co obecnie, i jeszcze nigdy nie ukazywało się tyle – i to tak różnorodnych! – tytułów. Stopniowo nie tylko nadrabiamy zaszłości, ale także sami tworzymy coraz lepsze komiksy. W ostatnich latach do znanych autorów dołączają kolejne nazwiska, i to coraz młodszych twórców, np. Jacek Świdziński, Marcin Podolec, Berenika Kołomycka. Młodzi chłoną kulturę komiksu, potrafią dobrze rysować i sprawnie opowiadać historie. Dynamicznie rozwija się rynek polskiego komiksu dla dzieci, a jednocześnie powstają prace dla dorosłych czytelników na dobrym, światowym poziomie, np. Achtung Zelig (scen. Krystian Rosiński, rys. Krzysztof Gawronkiewicz), Glinno (Jacek Frąś), Totalnie nie nostalgia (scen. Wanda Hagedorn, rys. Jacek Frąś), Pan Żarówka (Wojtek Wawszczyk).

Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu utworzyła pokaźny zbiór komiksów – w tym, co najbardziej cenne, wielu jeszcze w kraju niewydanych – z którego mogą korzystać naukowcy, studenci i miłośnicy tego gatunku. Komiks zauważyły także muzea i galerie – wystawy organizują m.in. BWA Jelenia Góra, BWA Wrocław, a obecnie odbywa się duża retrospektywa w Muzeum Narodowym w Krakowie – „Teraz komiks!”. Polacy pokochali absurdalne komiksy prasowe Marka Raczkowskiego. Karol „KRL” Kalinowski, autor Łaumy, komiksu już dwukrotnie adaptowanego w teatrach (w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu i Teatrze Studio w Warszawie), ogłosił niedawno, że rzuca pracę bibliotekarza i będzie utrzymywał się tylko z tego, co kocha robić – z komiksów. Czy to pierwszy komiksiarz, który spełni marzenie o niezależności?

*

Komiks jest medium nowoczesnym – choć jest książką, to nie jest literaturą. Jako efemeryda istniejąca pomiędzy literaturą a filmem posiada w sobie olbrzymi potencjał do opowiadania każdej historii. Nadaje kształty emocjom, zatrzymuje obrazy w czasie i układa je w sekwencje zdarzeń, budując niemal dowolne treści. Najwybitniejsze komiksy są sztuką i dowodem na odrębność komiksu, którego nie zastąpi ani literatura, ani film. •

Adam Gawęda – scenarzysta, prawnik, kolekcjoner powieści graficznych, ekspert komiksowy „Tygodnika kulturalnego” TVP Kultura, autor m.in.: monodramów Tańczący z myślami i Najśmieszniejszy człowiek w Polsce. Pełnił funkcję redaktora naczelnego „V12” oraz sekretarza redakcji miesięcznika „Premiery”. Współpracuje z TVP, TVN, TTV, Kino Polska, Filmbox, Kino TV, Focus TV.

Warunki prenumeraty redakcyjnej

Prenumeratakrajowa

Prenumerata roczna w roku 2018 (4 numery) – 84 zł.Koszty wysyłki ponosi Redakcja.Cena 1 egz. w prenumeracie – 21 zł, w sprzedaży detalicznej – 24,99 zł(roczna oszczędność w prenumeracie – 15,96 zł).

Wpłaty na prenumeratę przyjmujemy na konto:Towarzystwo „Więź”, 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3PKOBP S. A. Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866Prosimy o czytelne wpisanie danych: imię, nazwisko, dokładny adres prenumeratora oraz liczba zamawianych egzemplarzy i okres prenumeraty.

Prenumeratazagraniczna

Prenumerata roczna jednego egzemplarza wraz z wysyłką wynosi:

do Europy, Izraela, Rosji – 44 EUR – przesyłka ekonomiczna,do Europy, Izraela, Rosji – 52 EUR – priorytet,

do Ameryki Północnej, Afryki – 60 EUR – priorytet,do Ameryki Południowej, Środkowej i Azji – 68 EUR – priorytet,do Australii i Oceanii – 90 EUR – priorytet.

Płatność kartą kredytową przez system DotPay. Więcej informacji na stronie kwartalnika www.wiez.pl w zakładce „Prenumerata” oraz w dziale prenumeraty ([email protected]).

Prenumeratę „Więzi” prowadzą również:RUCH, KOLPORTER, GARMOND

Prenumerataelektroniczna

Prenumerata e-booka (pdf, Mobi, ePub):cena za 1 egz. – 18,45 zł (w tym 23% VAT).

Zamówienia przez naszą księgarnię internetową www.wiez.pl

oraz

Wszelkich dodatkowych informacji udziela dział prenumeraty „Więzi”:

00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel. (+ 48 22) 827-96-08,e-mail: [email protected]

„Więź” ukazuje się od roku 1958

Redaktorami naczelnymi byli

† Tadeusz Mazowiecki (1958–1981), † Wojciech Wieczorek (1981–1989), Stefan Frankiewicz (1989–1995), Cezary Gawryś (1995–2001)

Redakcja

Zbigniew Nosowski (redaktor naczelny), Grzegorz Pac (zastępca redaktora naczelnego), Ewa Buczek (sekretarz redakcji), Bartosz Bartosik, Bogumiła Berdychowska, ks. Andrzej Draguła, Sebastian Duda, Andrzej Friszke, Jakub Halcewicz-Pleskaczewski, Katarzyna Jabłońska, Anna Karoń-Ostrowska, Ewa Kiedio, Tomasz Kycia, ks. Andrzej Luter (asystent kościelny Towarzystwa „Więź”), Maria Rogaczewska, Konrad Sawicki, Agata Skowron-Nalborczyk, Jerzy Sosnowski

Stale współpracują

Elżbieta Adamiak, Jacek Borkowicz, Barbara Chyrowicz SSpS, ks. Rafał Dudała, Cezary Gawryś, Aleksander Hall, Paweł Kądziela, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Józef Majewski, Sławomir Sowiński, ks. Grzegorz Strzelczyk, Monika Waluś, Tomasz Wiścicki, Maciej Zięba OP, Michał Zioło OCSO

Rada Redakcyjna

Wojciech Arkuszewski, Jacek Borkowicz, Jędrzej Bukowski, Stefan Frankiewicz, Andrzej Friszke, Cezary Gawryś, Katarzyna Jabłońska, Krzysztof Jedliński, Anna Karoń-Ostrowska, Paweł Kądziela, Bogumił Luft, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Józef Majewski, Zbigniew Nosowski, Inka Słodkowska, Paweł Śpiewak, Jan Turnau, Andrzej Wielowieyski, Tomasz Wiścicki, Kazimierz Wóycicki, Marek Zieliński

Redakcja

00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel./fax (22) 827-29-17, [email protected]

prenumerata

tel./fax (22) 827-96-08, [email protected]

reklama

tel./fax (22) 827-96-08, [email protected]

dział handlowy

tel./fax (22) 828-18-08, [email protected]

www

Serwis publicystyczny wiez.pl

Kwartalnik „Więź” czasopismo.wiez.pl

Wydawnictwo „Więź” i księgarnia internetowa wydawnictwo.wiez.pl

Think tank Laboratorium „Więzi” laboratorium.wiez.pl

Bieżące informacje z „Więzi” fb.com/wiez.info

Projekt okładki, opracowanie typograficzne i składMarcin Kiedio

Rysunek Don Kichota Jerzy Jaworowski

Druk i oprawa Drukarnia im. A. Półtawskiego, ul. Krakowska 62, Kielce

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca.

Redakcja nie odpowiada za treść reklam.

ISSN 0511-9405