Wesoła wdówka - Ewelina Maria Mantycka - ebook

Wesoła wdówka ebook

Ewelina Maria Mantycka

5,0

Opis

           Jak to jest być wdową numer jeden?

 

Malwina Milczarska to samotna matka nastolatki, rozwódka, a teraz jeszcze została wdową. Nauczyła się liczyć tylko na siebie, bo jej były mąż Nikodem zdradzał ją i w końcu zostawił z maleńkim dzieckiem. Ma własne życie i nie przejmuje się, że kolejne żony są od niej młodsze i piękniejsze.

Gdy Nikodem zostaje podstępnie otruty i podejrzenia padają na wdowy, rozpoczyna się komedia pomyłek. Wdowy zostały gwiazdami Internetu ale powód już ich nie cieszy.

Malwina wpada w kłębowisko kłamstw i zdrady. Podczas śledztwa nagina wiele przepisów próbując pomóc komisarzowi Bartkowi Derdzie rozwikłać tajemnicę śmierci byłego męża.  

Czy razem z policjantem rozwiążą zagadkę?

Czy Malwina oprze się kuszącemu mężczyźnie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 367

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Berbla65

Nie oderwiesz się od lektury

super
00



Copyright © Ewelina Maria Mantycka Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: UKPixelCraft (adobe.stock)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Halina Bogusz

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-24-7

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

1. Zrządzenie losu

Urodziłam się w Lublinie, w szpitalu na Staszica dokładnie trzydzieści trzy lata temu jako dziecko Tadeusza i Marii Darłowskich. I nazywam się Malwina, po mężu – Malwina Milczarska. Byłym mężu, ale o tym później.

Mam o dwa lata młodszego brata Macieja. Tata właściwie nie miał żadnego wpływu na nasze imiona, mama rościła sobie prawo do ich nadania, bo rodziła każde z nas dwanaście godzin. Tak czy owak babcia Franciszka była zachwycona naszymi imionami. A jeśli miałeś aprobatę babci Franciszki, wszyscy w naszej rodzinie byli zadowoleni.

W klasie maturalnej poznałam Nikodema Milczarskiego, mojego przyszłego męża. Dziś byłego męża, chłopaka, przyjaciela... wszystko, co się z nim wiąże, jest w moim życiu byłe. Nikodem był starszy ode mnie, studiował na UMCS-ie1 matematykę i odbywał w mojej szkole praktyki studenckie. Moi rodzice do tej pory nie mogą mu wybaczyć, że poderwał nawiną uczennicę i zrobił jej dzieciaka. Zwykła kolej rzeczy, zakochałam się. Było to moje pierwsze wielkie uczucie. Po kilku randkach, pocałunkach i potajemnych spotkaniach poszłam z nim na imprezę studencką, a mój pierwszy raz zakończył się poczęciem Hanny Zuzanny Milczarskiej.

Ślub odbył się w katedrze, przyjęcie weselne w małym lokalu na Lwowskiej. Zamieszkaliśmy w wynajętej kawalerce na LSM-ie. Wszystko działo się tak szybko. Ale zapamiętałam dzień, gdy Hania miała zaledwie dwa latka, a mój facet po obronie pracy magisterskiej obwieścił, że przenosi się do Warszawy i wraz z kolegami zakłada firmę informatyczną.

Przenosi się! Ja i Hania nie zostałyśmy uwzględnione w tym planie.

Wkrótce zrozumiałam, jakim palantem był mój mąż. Wpadał z wizytami (które doprowadzały moją mamę do szału), przysłał kilka razy prezenty na Boże Narodzenie i na urodziny córki. Dzwonił okazjonalnie. Byłam rozgoryczona. A potem obwieścił, dokładnie w sylwestra, którego spędził bez nas gdzieś w Zakopanem, że ma drugą kobietę i ona jest w ciąży. Oto mój jurny mąż – Nikoś. Tak nazywał go mój tata, czego nie znosiłam, ale wiedziałam, że miał rację.

Musiałam przeprowadzić się z małym dzieckiem do babci Franciszki i ogarnąć swoje życie. To było najtrudniejsze: przełknąć smak zdrady i zaopiekować się małą dziewczynką, która potrzebowała miłości, podczas gdy ja grzęzłam w rozpaczy.

Nikodem na sprawie rozwodowej był przezabawny i przechodził samego siebie, by mnie pocieszyć. Ja i Hania tęskniłyśmy za nim, ale to Ninę – nową miłość uważał za partnerkę swojego życia. Tak ją określił, a to bolało.

Nie radziłam sobie z odtrąceniem, ale jeszcze gorsze było to, że odrzucił dziecko. Złość rodziców, brata i babci Frani paradoksalnie pomogła mi utrzymać wszystko w ryzach.

Po ukończeniu kursu kasjerskiego dostałam pracę w księgarni przy ulicy Gabriela Narutowicza, pięć minut od mieszkania babci. Było to spokojne zajęcie, w każdej chwili mogłam biec do domu, jeśli Hania mnie potrzebowała, a babcia Frania nie dawała sobie rady.

Lubiłam tę pracę.

Babcia miała wielkie serce. Pomagała jak mogła i pozwoliła nam być częścią swojego życia. Mała Hania niepotrafiąca wypowiedzieć jej imienia nadała jej przezwisko... Mogłam chodzić do szkoły, skończyłam studia zaoczne z rachunkowości. Przed obroną pracy dostałam wiadomość od byłego męża: Nikodem był w Lublinie. Plany podbicia stolicy nie wypaliły i powrócił na łono rodziny. Był po rozwodzie z Niną, miał z nią synów, których matka nie pozwoliła mu widywać. Zdążył jednak znaleźć nową kochankę, moją dawną koleżankę ze szkoły średniej Beatę Pużyńską, właścicielkę salonów SPA. Jak się poznali, nie mam pojęcia. Pijana Becia zadzwoniła do mnie tydzień przed ślubem z zapytaniem, czy mam coś przeciwko, że ona i Nikodem będą teraz razem. Czy uważałam, że to w porządku? Beata była głupia, ale jej nogi, kręcone włosy, botoks, ciało wysportowane i dopieszczone w SPA przyciągały facetów. W tym Nikodema.

Tak pojawiła się żona numer trzy.

Hania i ja byłyśmy na ich ślubie. Wielkim, wypasionym i urządzonym w prawdziwym dworku z całym splendorem. Zastanawiałam się, skąd Nikodem miał tyle pieniędzy, bo nam skąpił alimentów i zawsze się z nimi spóźniał. Z nową żoną kupili mieszkanie na Wrotkowie, założył firmę informatyczną, ona otworzyła kolejny salon SPA. A mnie zżerała zazdrość. Przepłakane noce uzmysłowiły mi, że przez ostatnie lata nie ruszyłam do przodu, licząc, że mój mąż kiedyś do mnie wróci. Ale czy go kochałam? Złość, żal i samotność podpowiadały mi, że to nie była miłość. Raczej potrzeba.

Hania chodziła do szkoły, miała dobre stopnie, ale nigdy nie przejawiała talentu ojca do matematyki. Podzielała za to miłość swojego wujka Maćka do mang, anime i głośniej azjatyckiej muzyki.

Trzy lata temu wszystko się zmieniło. Babcia Frania wyszła z domu na zakupy i zapomniała o wszystkim. Zapomniała, gdzie mieszka, kim jestem i co robiła na targu pod Zamkiem. Komu kupowała garnitur, skoro dziadek Janek nie żył od trzydziestu lat? Po tym incydencie zabrali ją do siebie rodzice, którzy mieli dom w dzielnicy Głusk, z dala od szumu miasta. Babcia miała opiekę, a ja zostałam z Hanią w jej mieszkaniu.

Tego roku Hania zdobyła nagrodę w konkursie recytatorskim, byłam z niej naprawdę dumna i rozpłakałam się na wywiadówce, gdy wręczono mi dyplom dla rodzica. Nikodem się nie pojawił, choć prosiłam, by z nią był tego dnia. Ważnego dnia.

To upewniło mnie, że jest draniem.

Miałam dość. Musiałam coś zmienić w życiu. Zwolniłam się z pracy w księgarni i zatrudniłam w biurze projektów unijnych na Krakowskim Przedmieściu. Był to staż, więc moje zarobki bardzo się zmniejszyły, przez co potrzebowałam pięćset plus i alimentów, by opłacić rachunki. Potem nastała pandemia, życie zmieniło się w koszmar, a ja utknęłam z Hanką w domu. Ona miała nauczanie zdalne, ja musiałam pracować. Wykorzystałam mamę, by przyjeżdżała do Hani, choć obowiązywała izolacja Wtedy narodziła się moja pasja do zakupów online i aranżacji wnętrz.

Również wtedy zadzwoniła do mnie zapłakana Becia, oznajmiając, że Nikodem się z nią rozwodzi. Przyłapała go w biurze na seksie oralnym. Trzeci rozwód mojego byłego męża tylko mnie rozbawił. Czwarta żona utwierdziła mnie w przekonaniu, że Nikodem nigdy nie dorósł.

Pandemia pokrzyżowała plany żony numer cztery na wypasiony ślub. Musieli go przekładać i przekładać. Poznałam ją na urodzinach Hani, na których się niespodziewanie zjawili. Mój były mąż przyprowadził ją na rodzinne spotkanie. Zjawili się, gdy moich rodziców jeszcze nie było, a ja dekorowałam tort i cała byłam upaprana kremem i lukrem. Trwała pandemia, chodziłam po domu w dresach i luźnych ubraniach. Wtedy zrozumiałam swój błąd.

Nikodem stał w drzwiach i wyglądał jak młody bóg, nieco bardziej umięśniony, niż był kilkanaście lat temu, chociaż poza tym niewiele się zmienił. Nawet po tych wszystkich latach wydawał się wspaniały i piękny.

Nie miał siwych włosów, co znaczyło, że je farbował, wyglądały idealnie, musiał je zatem starannie układać. Coś mi mówiło, że często odwiedzał fryzjera albo go uwiódł, jeśli była to kobieta. Niewysoki, był tylko osiem centymetrów wyższy ode mnie i nie lubił, kiedy nosiłam bardzo wysokie obcasy. Miał lekki zarost, dodający mu urody. Patrzył teraz na mnie niebieskimi oczami, które odziedziczyła Hania, tym przeszywającym spojrzeniem, które pokochałam. Stał z szampanem i z nią.

Oszacowałam drogi płaszcz, drogie buty, szalik z logo Burberry i złoty zegarek, który musiał kosztować więcej niż trzy pensje stażysty z urzędu pracy. Chodził na siłownię, to pewne, a jego żona... narzeczona, czy jak jej tam, sprawiła, że poczułam się żałośnie.

Jeśli Nikodem odwiedzał siłownię, to ona miała tam kartę stałego klienta. Do tego powiększony biust, popielate włosy rozjaśnione pasmami blond, usta w kolorze i wielkości ogromnych czereśni, sztuczne rzęsy XXL i szczękę skrzywioną od sztucznego uśmiechu. Sukienka odsłaniała połowę tyłka. Oczywiście miała kurtkę, którą chyba ukradła z szafy jakiegoś dzieciaka.

Zaprosiłam ich do środka, nie miałam wyjścia.

* * *

Nikodem patrzył na mnie, gdy pokazałam im salon. Roksana, jak w piosence, zachwycała się naszym „swojskim” designem.

– Malwinka? – zapytał, wpatrując się, jakby nigdy wcześniej mnie nie widział.

– Co tu robisz? – warknęłam zamiast odpowiedzi.

Zezłościł się. Ukradkiem spojrzał na Roksanę.

– Przyjechałem na urodziny córki. Gdzie jest?

– W pokoju... gra.

– Dzieci nie powinny grać...

– Śmiesz mi mówić, jak mam wychowywać dziecko?

– Nie kłócicie się – zaszczebiotała prosząco Roksana, odwracając się od zdjęć Hani poustawianych na komodzie w salonie. – Co tak pysznie pachnie?

Była to fasolka po bretońsku, którą uwielbiał mój tata. Przygotowałam też tort, przystawki i upiekłam pączki, bo przepadała za nimi Hania. Oboje spojrzeli na stół w salonie, nie było dla nich nakryć. Nikodem podniósł na mnie wzrok, gdy butelka szampana stuknęła o drewno.

– Malwina... – Pokręcił niezadowolony głową.

– Co? – znów warknęłam.

– Nie powinnaś się tak niezdrowo odżywiać.

– To bardzo szkodliwe – poinformowała mnie Roksana.

Zatkało mnie. Dosłownie mnie zatkało. Schowałam za siebie dłonie ubrudzone lukrem. Nikodem jakby się pozbierał, przeniósł na chwilę wzrok na Roksanę, a potem na mnie.

– Dlatego nie możesz schudnąć – wyjaśnił.

– Słucham? – wyszeptałam, czując, jak moje ciało się napina.

– Często to powtarzałaś, że nie możesz schudnąć po porodzie, ale to przez niezdrowe jedzenie – mruknął Nikodem.

Bardziej upokorzyć mnie nie mógł. Ważyłam sześćdziesiąt kilogramów przy wzroście stu sześćdziesięciu ośmiu centymetrów, faktycznie w biodrach i udach byłam zaokrąglona, ale nikt, dosłownie nikt nie powiedział mi w twarz, że jestem gruba. Miałam ochotę się rozpłakać.

– Skarbie, nie bądź nieuprzejmy. – Roksana się do mnie uśmiechnęła i objęła mnie ramieniem. Pachniała mocnymi perfumami z nutą konwalii. – Nie przejmuj się, bywa uszczypliwy. Jeśli chcesz, zapiszę cię na siłownię. Znam dobrą na Krakowskim Przedmieściu, będziesz miała blisko.

– Nie mam czasu na siłownię – wyznałam. – Poza tym... chyba są jeszcze zamknięte. Jest lockdown.

– Ale trenerzy pracują, trzeba dbać o ciało, nawet w tym ciężkim czasie.

Nikodem spojrzał na mnie. Dobrze, musiałam to zakończyć, i to szybko, więc poszłam po Hanię, obwieszczając, że tata i jego nowa dziewczyna ją odwiedzili. Hania nie była zadowolona, ale moje dziecko było równie wyrachowane jak Nikodem i liczyło na prezent. Przynieśli tylko szampana, więc dostała pieniądze. Ojciec zapomniał o jej urodzinach i dopiero Facebook musiał mu przypomnieć.

To nie było największe upokorzenie. Moja rodzina była wrogo nastawiona do Nikodema, a Maciek podczas urodzinowej imprezy Hanki nazwał go sukinsynem. Ojciec nie odezwał się do niego słowem, a mama i babcia Frania starały się być miłe. Roksana opowiadała o swojej pracy w modelingu, wspominając, że dwukrotnie znalazła się na ulotkach sieci LIDL, które pokazała nam w internecie.

To było żenujące. Ja i Hania, mój były mąż, jego wspaniałe życie i kolejna piękna dziewczyna, która uświadomiła mi, że zawsze żyłam w cieniu, nigdy nie odkrywając swojej kobiecości.

Postanowiłam wziąć się za siebie. Oczywiście nie zrezygnowałam z kawy i popcornu, ale ograniczyłam słodycze. Zaczęłam trenować z Chodakowską, co przynajmniej dostarczało Hani rozrywki, gdy widziała mnie podskakującą w salonie i obiecującą sobie, że wkrótce zmieszczę się w rozmiar 38.

Wreszcie trzy miesiące później pandemia zaczęła się lekko stabilizować. Musiałam zrezygnować z marzeń o nowej posadzie, ponieważ większość pracodawców plajtowała. Moja księgarnia również była zamknięta. Potrzebowałam pracy, którą mogłabym wykonywać w dowolnych godzinach, ponieważ Hania nadal miała zdalne nauczanie. Łatwo się mówi, ale wtedy przytrafił mi się łut szczęścia. Dominik Nadrzeczny, kolega z pracy, dostał się na stołek w urzędzie przy projektach unijnych. Założył firmę na swoją żonę Aleksandrę, która o tych projektach nie miała zielonego pojęcia. Wynajęli lokal przy Bernardyńskiej.

Dominik zadzwonił do mnie z pytaniem, czy jestem zainteresowana współpracą.

I zgodziłam się.

Zaczęłam pracować w biurze projektów unijnych, które znajdowało się zaledwie pięć minut pieszo od mojego mieszkania. Codziennie, spacerując lubelskimi ulicami, zastanawiałam się, czy moje życie kiedykolwiek było piękniejsze.

Biuro to klimatyczne małe pomieszczenie z wysokimi oknami wychodzącymi na ulicę. Dzięki funduszom z dotacji Ola pomalowała je na kremowo, a na parapetach ustawiła storczyki i ulotki. Wzdłuż ściany stało biurko z dwoma komputerami. Ksero, które czasami budziło we mnie agresję, stało w rogu. W biurze znajdowały się także szafy na dokumenty, mały stoliczek oraz czerwone fotele dla gości, a na ścianach była tapeta przedstawiająca Krakowskie Przedmieście. Na zapleczu mieściła się łazienka oraz mała strefa gospodarcza z mikrofalówką, ekspresem do kawy i zlewem. Nic wykwintnego, ale wystarczyło, bym poczuła się swobodnie. Pracowałam sama, Dominik przyjeżdżał tylko wtedy, gdy mieliśmy projekty, co sprawiało, że musieliśmy zasuwać.

W ten sposób poznałam Ankę, właścicielkę sklepu z używaną odzieżą, który otworzyła przy Bernardyńskiej. Anka Sójka, znana wszystkim jako Jaskółka, bo tak nazywały ją koleżanki w szkole, jest wyluzowaną i naprawdę fajną osobą. Wysoka, nosi tatuaże, ma różowe włosy z blond pasmami, słucha rocka i kocha swój sklep. Mogłaby ubierać Madonnę i Dodę, bo gdy widziałam wystawy w jej sklepie, miałam ochotę tam wbiec i błagać, by mnie tak ubrała. Powinna zostać stylistką, a nie sprzedawać ubrania w lumpeksie, ale dzięki temu jej sklep zyskał miano modnego. Ania doskonale wiedziała, gdzie kupować towar i jak go przebierać.

Poznałam również jej koleżankę Darię Wierzbicką – olśniewającą blondynkę z burzą blond włosów oraz zabójczo pięknymi oczami i ciałem modelki. Pracowała w recepcji hotelu Arche, a Anka wybierała jej ciuchy w swojej Modnej Szafie. Daria miała niesamowite poczucie humoru i była jedną z najbardziej szczerych kobiet, jakie kiedykolwiek spotkałam. Stwierdziła, że czarny nie jest moim kolorem, bo mnie postarza, i że powinnam nosić pastele i żywe kolory. Zachęcała, bym nie ukrywała swoich walorów za bezkształtnymi spodniami, lecz nosiła spódnice – obcisłe, seksowne spódnice i szpilki. Jeśli nie lubiłam szpilek, to przynajmniej na słupku. Dzięki Ani dałam się namówić na zmianę garderoby.

Kilka spotkań w Modnej Szafie zaowocowało tym, że zaczęłam ubierać także Hanię, bo Anka była mistrzynią w znajdowaniu dobrych metek. Poznałam również męża Darii – Krzyśka Wierzbickiego, który był policjantem w Pierwszym Komisariacie w Lublinie przy Unii Lubelskiej. Spotkałam go po tym, jak kilku nastolatków namalowało graffiti na oknach sklepu Anki. To Krzysiek poprosił, by zamontowała kamery na budynku. Krzysiek to dobry policjant, oddany swojej pracy, ale także żonie i dzieciom.

Nie taki jak mój mąż. Były mąż.

Pójść na randkę z miłym chłopcem.

Na ten pomysł wpadłam w piekarni o ósmej rano.

Pewnego ranka, trzy lata po tym, jak zaczęłam pracę u Dominika, poznałam dziewczyny, a Hania weszła w fazę nastolatki, która pragnie grać na keyboardzie i zostać piosenkarką k-popową. Potem chciała być influencerką, malarką, w końcu zgubiłam się w jej wyborach zawodowych. Na szczęście wróciła do szkoły, bo tęskniła za koleżankami. Zaczęła odnajdywać swój styl, który mnie przerażał. Moja córka zmieniała się w królową koszmarów, dziecko nocy, zainspirowane postaciami z anime. Po kłótni o glany kosztujące ponad czterysta złotych obrażona poszła do szkoły.

Stwierdziłam, że potrzebuję babki cytrynowej i placka drożdżowego na śniadanie. Ponieważ był to poranek, a ja zwykle zanosiłam śniadanie do biura, parzyłam kawę i dopiero wtedy jadłam, przeglądałam komputer i firmowe e-maile. Jadłam babkę cytrynową i szukałam w internecie wymarzonych butów dla córki. Napisałam o tym dziewczynom na grupowym czacie. Miałam misję spełnienia jej kolejnego marzenia, ponieważ Nikodem tego nie robił.

Gdy ujrzałam parkującego przed biurem białego jaguara, zaczęłam szybko sprzątać okruszki ciasta i schowałam je do szuflady. Dominik wszedł do środka. Ubrany w garnitur, gotowy do pracy, a obok niego Olka, szczupła i idealna, w modnej, dopasowanej do figury sukience i sandałach. Było lato, a ona zawsze ubierała się fantastycznie. Zgrabne ciało, ładny tyłek i rude włosy sprawiały, że jej zazdrościłam. Mimo że wyglądała na osobę wyniosłą, była bardzo miła, chyba że kręciłaś się wokół jej męża.

Dominik od razu pociągnął nosem.

– Co tak ładnie pachnie? – zapytał.

– Stwierdziłam, że potrzebuję kalorii na śniadanie.

– Co podjadasz, Malwinka? – dociekała Olka, kładąc torebkę na biurku.

Wyjęłam ciasto z szafki.

– Babka cytrynowa. Wiedziałam, że wpadniecie.

– Oczywiście. Ja parzę kawę, a ty, skarbie, włącz mój komputer. – Dominik zniknął w pomieszczeniu gospodarczym.

Co lubiłam w Oli, to fakt, że nie była paniusią.

Usiadła obok, włączyła komputer i sięgnęła po ciasto. Wpychała je do ust i mruczała z zadowoleniem.

– Gdzie kupione?

– W piekarni na Narutowicza – wyjaśniłam. – Chcesz adres?

– Tak. Muszę kupić do domu. Jest pyszne.

– Prawda? – Uśmiechnęłam się do niej. – Spróbuj drożdżowego z serem.

– Kotek, chcę kawę z karmelem! – krzyknęła do Dominika.

– Nie mamy karmelu – wyznałam. Chciałam wstać, ale mnie zatrzymała, łapiąc za łokieć.

– Dominik ma Werther’s Original w kieszeni. Musi wystarczyć.

Zamrugałam.

– Znaczy... cukierki?

– Tak, odkąd dowiedział się, że jestem w ciąży, rozpuszcza je w kawie.

– Pijesz kawę w ciąży?

Olka zaśmiała się.

– To mój nałóg, obiecuję sobie, że przestanę. Nie mogę. Czuję jej zapach nawet z pół kilometra. – I wydawała się przerażona tym wyznaniem.

Pocieszyłam ją opowieścią, jak ja przechodziłam ciążę.

Dominik i Ola wyglądali razem idealnie. Uśmiechali się do siebie z jakiegoś powodu. W ich sposobie traktowania się dostrzegłam, że wiele szczęścia w życiu mnie ominęło.

Podzieliłam się tym z Anką, gdy szukała w internecie butów dla Hani. Anka opowiedziała o tym Darii, która tego popołudnia przyszła do mojego biura obejrzeć torebki ze sklepu Anki. W ten sposób dowiedziałam się o parapetówce.

Daria i Krzyś przenosili się na ulicę Wolską do większego, trzypokojowego mieszkania i zapraszali nas na imprezę. Ania żartowała, że to ich czwarta parapetówka w ciągu pięciu lat, a ona była na każdej, nawet w czasie pandemii, łamiąc przepisy, bo to koledzy Krzyśka musieliby jej wystawić mandat.

Nie mogłam więc wymigać się od parapetówki u Wierzbickich. Hania cieszyła się na wizytę u dziadków, gdzie zawsze chciała nocować, a dziadkowie ją rozpieszczali. Denerwowałam się, chociaż Ania obiecała, że wejdziemy razem.

Wzięłam prysznic, ogoliłam nogi, podkręciłam włosy i spryskałam je lakierem, układając w fale. Wyprasowałam ubrania i zaczęłam działać. Założyłam zieloną sukienkę, która podkreślała moje włosy i karnację. Miękko otulała ciało i podkreślała biodra. Anka nazywała ją „bobową” i dała mi taki rabat, że musiałam ją wziąć.

Naprawdę nie chciałam być zaniedbaną rozwódką, którą mąż porzucił, bo się znudził. Zaczęłam się malować i nie żałowałam różowej szminki.

Nosiłam rozmiar 38! Nareszcie. Pięćdziesiąt osiem kilogramów sprawiało, że miałam wcięcie w talii i długie nogi. Sukienka sięgała do kolan, do niej założyłam beżową ramoneskę, nową torebkę z Monnari i czarne czółenka, w których mogłam nawet biegać. Wszystko pasowało idealnie, a ja byłam trochę zła, że nie mogę zrobić zdjęcia i pochwalić się na Facebooku. Poprawiłam włosy, układając je w palcach. Założyłam srebrne kolczyki w kształcie gwiazdek. Dostałam je od Hani. Miały malutkie cyrkonie, które delikatnie się mieniły. Do tego złoty łańcuszek z krzyżykiem i bransoletki do stylowego zegarka z wysadzaną kamieniami opaską. Miałam szczęście, bo to Ania dobierała mi garderobę i dodatki.

Zabrałam torebkę i ruszyłam w kierunku drzwi. Zamówiłam taksówkę, bo nie chciałam tłoczyć się w trolejbusie. Umówiłyśmy się z Anią na siedemnastą pod blokiem Darii, razem kupiłyśmy jej obraz do sypialni. Daria pokazywała nam go na Amazonie, a Anka go znalazła.

Weszłyśmy do mieszkania na ósmym piętrze, przepychając się z wielkim obrazem w złotej ramie owiniętym ozdobnym papierem. Gladiatorki Anki stukały w korytarzu. Krótka spódniczka w czarne wzory, wystrzałowa bluzka i mnóstwo błyskotek sprawiały, że wyglądała jak gwiazda estrady. Poprawiała cekinową torebkę i jęczała:

– Jezu, mogłyśmy podać jej adres i wysłać, a nie same taszczyć. Musiałam zamówić Ubera, żeby się zmieścił.

Zachichotałam i oparłam się na obrazie, gdy zatrzymałyśmy się, żeby odpocząć.

– Już niedaleko – pocieszyłam ją.

– Ty masz wygodne buty.

– Mogłyśmy poprosić brata Darii o pomoc.

Anka westchnęła.

– Wojtek to papla. Nic mu nie mów, w dwie minuty będzie wiedziało pół miasta. Idziemy.

Podniosłam obraz, a Anka torowała sobie drogę. W końcu dotarłyśmy.

– Dobra. Dzwonię – oznajmiła przyjaciółka.

– Słyszę muzykę – wyszeptałam.

– Pewnie. Daria odesłała dzieciaki do teściów, a Krzysiek zaprosił większość swojego wydziału. Będzie dzika potańcówka!

– Co?

Drzwi otworzył obcy mężczyzna z rudą kozią bródką, krótko przystrzyżony. Solidna sylwetka i piegi na nosie i policzkach, bordowa koszula. Wyglądał na kilka centymetrów wyższego ode mnie.

– My na imprezę – oznajmiła Anka.

– Panienki zamawialiśmy na później – odpowiedział i roześmiał się donośnie.

– Ty dopłacisz ekstra, przesuń się – warknęła Anka, a ja poczułam, że się rumienię.

– Co tak stoisz?

To była Anka, zazdrościłam jej tupetu. Zabrała wielkoludowi piwo i oddała mu swoje miejsce przy obrazie.

– Jezu, co wy tu targacie? – zapytał, gdy z wnętrza mieszkania wyłoniło się kilka osób.

– Derda! Pomóż nam.

– Sergiej, nie drzyj się, bo nas wywalą za zakłócanie spokoju.

W holu pojawił się drugi mężczyzna. Miał na sobie biały T-shirt, czarne dżinsy i sportowe obuwie, a wszystko na nim było duże, wysokie... i piękne. Białe zęby błysnęły w uśmiechu spod wąsów i brody.

– Hej – przywitał się.

– Cześć, piękny – zaświergotała Anka. – Przystojniaku, mamy coś ciężkiego dla superbohaterów.

Obaj się zaśmiali. Wycofałam się, bo dwóch facetów w wąskim holu to już było za dużo, by złapać oddech. Zatrzymałam wzrok na brunecie i nie mogłam przestać się gapić.

– Cholernie seksowny – szepnęła Anka, biorąc mnie pod ramię, gdy zamknęłam drzwi, a faceci zaczęli przenosić nasz obraz. – I tak zabójczo przystojny, że od gapienia się mogę mieć orgazm.

– I on cię słyszy – dodał zainteresowany.

– Więc mam dobry orgazm, przystojniaku.

Miał chyba z metr dziewięćdziesiąt, może nawet więcej, jasną skórę i tatuaże na ramionach. Ciemne włosy i piwne oczy. Szczupły i umięśniony.

Naprzyglądałam się gościom w salonie, gdy skądś wyłoniła się Daria.

– Jesteście! Nie słyszałam dzwonka do drzwi.

– Sergiej nam otworzył – wymruczała Anka i przytuliła ją.

Potem Daria objęła mnie, a ja poczułam jej słodkawy zapach.

– Poznajcie wszystkich... Kochani, to moje przyjaciółki! Anię już znacie, a to Malwina, pracuje niedaleko Ani. A Anię większość zna.

Nie zapamiętywałam imion, ale uściski rąk i uśmiechy były swobodne, a potem przyszedł czas na babskie drinki. Daria oprowadziła nas po mieszkaniu. Krzysiek zapewnił, że będą również tańce i inne atrakcje, które nam zorganizuje. I było głośno.

Nie prowadziłam rozrywkowego życia. Odkąd zostałam żoną, moje nastoletnie życie się skończyło. Mieszkałam daleko od centrum, więc gdy po nocach wracałam do domu, słuchałam kazań taty. Imprezy z przyjaciółmi Nikodema kończyły się tym, że on się upijał, a ja marzyłam o powrocie do domu, wolałam siedzieć z Hanią. To była moja pierwsza większa impreza i czułam się naprawdę skrępowana.

Bartek Derda to gliniarz z komisariatu przy Unii Lubelskiej, gdzie pracował z Krzyśkiem. Z tego, co mówiła Anka, był niezły, bo dostał się do dochodzeniówki, a Krzysiek nadal był w drogówce. To znaczy... Bartek był bystry i lubił ryzyko. Sergiej to w rzeczywistości Piotrek Rządek, ale wszyscy go znali z przydomku. Czułam na sobie jego wzrok i zaczynałam się czerwienić. W dodatku obawiałam się, że wszyscy to widzą.

Boski facet z korytarza położył dłoń na ramieniu słodkiej blondynki w białym topie, zwracając się do niej pieszczotliwie. Spalony. Więc facet o pięknych oczach okazał się zajęty. Do tego byłam w nim zadurzona po uszy od samego patrzenia, a Anka powiedziała mi wprost, że sama się w nim zakochała od tego orgazmu w korytarzu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 UMCS – Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. ↩