Szęście utkane z babiego lata - Ewelina Maria Mantycka - ebook

Szęście utkane z babiego lata ebook

Ewelina Maria Mantycka

4,8

Opis

Trzy przyjaciółki z Gościeradowa niestrudzenie poszukują szczęścia i miłości. Renata wreszcie zdobyła wymarzoną pracę, ale wciąż obawia się swojego słynnego pecha. Ela znalazła się na życiowym rozdrożu i musi zdecydować, czy otworzy się na miłość, czy ucieknie przed nią. Kamila jest gotowa za wszelką cenę bronić lokalnego dziedzictwa historycznego przed chciwymi spadkobiercami, a jednocześnie walczy z własnymi demonami przeszłości. Może nie zawsze postępują rozsądnie, ale robią to, co podpowiada im serce.

Czy niepoprawna romantyczka znajdzie swojego księcia?

Czy jeden pocałunek może zmienić cały świat?

I jakie sekrety kryje historia Gościeradowa?

 

Ciepłe i pełne uśmiechu Szczęście utkane z babiego lata to drugi tom sagi gościeradowskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (6 ocen)
5
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Adaaga

Nie oderwiesz się od lektury

Druga część sagi, o wiele ciekwasza od pierwszej. akcja się rozkręca. czekam na kolejny tom
00

Popularność




Co­py­ri­ght © Ewe­lina Ma­ria Man­tycka Co­py­ri­ght © 2023 by Lucky
Pro­jekt okładki: Ilona Go­styń­ska-Rym­kie­wicz
Mapa: Ża­neta Woź­niak
Skład i ła­ma­nie: Mi­chał Bog­dań­ski
Re­dak­cja i ko­rekta: Bar­bara Ramza-Ko­ło­dziej­czyk
Wy­da­nie I
Ra­dom 2023
ISBN 978-83-67787-02-4
Wy­daw­nic­two Lucky ul. Że­rom­skiego 33 26-600 Ra­dom
Dys­try­bu­cja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: kon­takt@wy­daw­nic­two­lucky.plwww.wy­daw­nic­two­lucky.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Wszyst­kie po­sta­cie są fik­cyjne, a wy­da­rze­nia

nie miały miej­sca... ale mo­gły mieć.

Dla wszyst­kich, któ­rzy znają te le­gendy,

i tych, któ­rzy za­pra­gną je do­piero po­znać.

Wi­taj­cie w Go­ście­ra­do­wie!

.

Szczę­ście iskrzące i utkane z ba­biego lata.

Twoją i moją mi­łość w so­bie prze­plata.

1.

Ela Sroka rap­tow­nie otwo­rzyła oczy. Przez kilka se­kund nie ośmie­liła się na­wet ode­tchnąć. Było zbyt spo­koj­nie i od­prę­ża­jąco. Koc pod jej ple­cami, zie­lona trawa wo­kół i błę­kitne niebo nad głową, po­duszką oka­zała się mu­sku­larna mę­ska pierś uno­sząca się w rytm od­de­chu. Była w szoku, że tak ła­two przy­snęła, a w na­stęp­nej chwili prze­ko­nała się, że ra­miona Da­niela Tur­kow­skiego mocno ją obej­mo­wały. Sub­telny za­pach potu i słońca draż­nił jej zmy­sły. Za­mru­gała, pró­bu­jąc sku­pić wzrok i nie cał­kiem poj­mu­jąc, co pierw­szy raz od wielu lat skło­niło ją do ta­kiej po­ufa­ło­ści z męż­czy­zną. Bo to był Da­niel? Jej naj­więk­sza mi­łość? Rze­czy­wi­stość była tak bli­ska ma­rze­niom, które drę­czyły ją przez cały okres do­ra­sta­nia, od kiedy ją zo­sta­wił. Przez parę chwil za­sta­na­wiała się in­ten­syw­nie, czy to nie sen, w któ­rym znów jest tą za­pła­kaną na­sto­latką szu­ka­jącą w jego ra­mio­nach schro­nie­nia przed świa­tem.

– Śpisz? Po­wie­dział­bym, że jest mi cu­dow­nie, ale dłoń mi zdrę­twiała. – Jego ni­ski, zmy­słowy głos dzia­łał na Elkę ni­czym piesz­czota. Za­śmiała się, zmie­nia­jąc po­zy­cję i uwal­nia­jąc jego ra­mię.

Le­żeli na łące przy sta­wach w Wólce Go­ście­ra­dow­skiej, tak samo jak kie­dyś. Wszystko wo­koło mo­gło się zmie­nić: ona, on, ale nie niebo nad nimi. Mę­ska obec­ność Da­niela na­rzu­cała się jej my­ślom, a wraz z nią coś jesz­cze, coś nie­spo­dzie­wa­nego. To nie­moż­liwe. Od kilku lat żyła w prze­ko­na­niu, że ni­gdy wię­cej ni­kogo nie po­ko­cha.

Da­niel wstał i wy­pro­sto­wał ko­ści. Wi­działa jego opa­loną skórę, włosy sple­cione cia­sno na karku. Zdjął ko­szulkę, uka­zu­jąc ta­tuaż ja­skółki wi­ją­cej się w lo­cie. Na samą myśl o jego ciele ob­li­zała wargi. Pod­chwy­cił to spoj­rze­nie z uśmie­chem roz­le­ni­wie­nia.

– Po­doba ci się, co wi­dzisz?

– Na­wet bar­dzo.

– Więc prze­pro­wadź się do mnie. Mam duży po­kój i co­dzien­nie bę­dziesz się bu­dziła w moim łóżku. Przy tym ciele.

Na samą myśl o za­miesz­ka­niu pod jed­nym da­chem z jego tatą i bra­tem zro­biło jej się nie­do­brze.

– Nasz dom jest dużo więk­szy niż fol­wark. I jest tylko tata i Prze­mek. – Da­niel się­gnął po bu­telkę wody mi­ne­ral­nej. Od­krę­cił ko­rek.

– Bę­dziesz mu­siał mieć strasz­nie dużo dzieci, żeby wy­peł­nić ten dom.

W ciem­nych, cze­ko­la­do­wych oczach Da­niela prze­mknął wy­raz za­do­wo­le­nia. Po­dał jej bu­telkę, klę­ka­jąc na kocu.

– Chcę mieć dzieci z tobą – za­pew­nił.

– Ja ich nie chcę.

– Bo ich nie lu­bisz? – spy­tał, za­nim Ela zdą­żyła to wy­ja­śnić.

Tym ra­zem za­brzmiał ostroż­nie. Elka upiła łyk wody, ob­ser­wu­jąc jego twarz.

– Bar­dzo lu­bię. Ale mój czas mi­nął, je­stem już za stara na dzieci i jest mi wy­god­nie bez bie­ga­nia za nimi.

To mu­siał być straszny wstrząs dla niego, ale sły­sząc to, pa­trzył na­dal ła­god­nie, jakby roz­ba­wiony. Na­piła się jesz­cze, po czym od­dała mu bu­telkę. Mimo woli po­czuła wy­rzuty su­mie­nia, choć wie­działa, że to nie­po­ważne py­ta­nie. Jesz­cze bar­dziej za­ska­ku­jąco brzmiała jego pro­po­zy­cja. Czy chciał, by prze­pro­wa­dziła się do niego i wy­peł­niła pustkę, jaką po­zo­sta­wiła po so­bie jego była żona? Nie­moż­liwe, żeby po­trze­bo­wał do szczę­ścia jej to­wa­rzy­stwa.

– Nad czym my­ślisz?

Ela otwo­rzyła usta, by od­po­wie­dzieć, za­nim jed­nak zdą­żyła wy­po­wie­dzieć choćby słowo, usta Da­niela do­tknęły jej warg. Za­czął ją ca­ło­wać mocno, go­rąco, z nie­krytą na­mięt­no­ścią. Był cie­pły. Od­chy­liła się i ob­jęła go ra­mio­nami za szyję, przy­cią­gnęła do sie­bie i od­wza­jem­niła po­ca­łu­nek z żar­li­wo­ścią, która na­ra­stała w niej, od kiedy ją za­pro­sił na ten spa­cer. Od­gar­nął jej włosy z twa­rzy, by móc pie­ścić war­gami jej po­li­czek, ucho, czuła cie­pły od­dech na swoim ciele.

– Mar­twisz się, Sroczko? – Znów użył tego prze­zwi­ska, co za pierw­szym ra­zem, gdy ją po­ca­ło­wał. Te­raz ro­bił to le­ciutko, rów­no­cze­śnie gła­dząc dło­nią jej włosy. Nie śpie­szył się, nie po­ga­niał, jakby miał czas roz­ko­szo­wać się chwilą. – Bo­isz się, tak?

– Czego? – za­py­tała, od­py­cha­jąc jego dłoń.

– Ry­zyka.

– Nie. Ni­gdy się tego nie ba­łam. Wy­je­cha­łam do Nie­miec za pracą za­raz po szkole, bez zna­jo­mo­ści ję­zyka. Te­raz prze­pro­wa­dzi­łam się do dziew­czyn w kilka dni. Nie boję się ry­zyka – za­prze­czyła gło­śno.

Po­ło­żył ją na kocu. W oszo­ło­mie­niu sze­roko otwo­rzyła oczy, kiedy od­szu­kał ustami jej szyję, broda i wąsy ła­sko­tały ją, a po­tem roz­piął gu­ziki jej ko­szulki, zsu­nął mi­seczki spor­to­wego sta­nika i za­czął ją lekko ca­ło­wać. Ela pod­dała się piesz­czo­cie jego cie­płych warg. Spo­glą­da­jąc na bez­chmurne niebo, czuła mięk­kość jego wło­sów pod pal­cami.

– Bę­dziemy iść wolno – wy­szep­tał do jej ucha. – Nie chcę tego stra­cić, obie­cuję, ale je­śli zmie­nisz zda­nie, prze­stanę. Po pro­stu po­wiedz mi, co mam zro­bić, a ja to zro­bię.

Elka wplo­tła palce w jego włosy, uśmie­cha­jąc się cie­pło, gdy jego usta znów do­tknęły jej szyi.

Dla­czego gdy on to mó­wił, brzmiało to tak pro­sto? Od­dech Elki stał się cięż­szy. Da­niel od­wró­cił ją i przy­cią­gnął jej bio­dra do sie­bie, miaż­dżąc jej ty­łek w dło­niach, ro­ze­śmiała się z tego pew­nego ru­chu. Po­czuła jego pod­nie­ce­nie i jęk­nęła, zszo­ko­wana. Trzy­mał ją na dy­stans przez wiele dni, od­ma­wia­jąc jej tego. Ku­sząc i opa­no­wu­jąc się, a ona wra­cała nie­za­spo­ko­jona na ka­napę w fol­warku. Te­raz jego dło­nie prze­su­nęły się po jej ple­cach, tka­nina jej bluzki na­gle zna­la­zła się ni­żej. Da­niel mu­skał war­gami jej szyję, po­sy­ła­jąc przez jej ciało mro­wie­nie z przy­jem­no­ści. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać od jęku. Za­cze­pił pal­cami o biu­sto­nosz, trawa na szczę­ście była wy­soka, uspo­ka­jało ją to. Bluzka opa­dła ra­zem ze sta­ni­kiem, jego dło­nie od­na­la­zły jej piersi, a po­tem znów ją ob­ró­cił i opu­ścił głowę. We­ssał je­den su­tek, a po­tem drugi, spra­wia­jąc, że na­pię­cie we­wnątrz niej po­głę­biło się. Nic z tego, tym ra­zem tego nie prze­rwie. Jej szorty otarły się o niego. Wy­cią­gnęła doń, chcąc go do­tknąć.

Da­niel cof­nął się, by umoż­li­wić jej lep­szy do­stęp.

– Za­mkną nas za ob­na­ża­nie się? – za­py­tała.

Da­niel ro­ze­śmiał się.

– Bar­dzo wąt­pię, żeby Rom­kowi chciało się tu spa­ce­ro­wać.

Jej dło­nie prze­su­wały się po jego ciele, a pra­gnie­nie w niej ro­sło. Kiedy spoj­rzała na Da­niela, jego oczy były ja­sne. Po chwili znów ją po­ca­ło­wał. Po­chy­liła się i po­li­zała jego wargę. Zo­stała na­gro­dzona gar­dło­wym ję­kiem, więc zro­biła to po­now­nie. Jedna z jego rąk wsu­nęła się mię­dzy jej nogi, spra­wia­jąc, że sap­nęła, i roz­dzie­liła jej uda. Opu­ścił głowę na jej piersi, a ona le­żała na ple­cach, zdy­szana, i roz­ko­szo­wała się tą przy­jem­no­ścią. Na wpół przy­mknęła oczy i cho­ciaż chciała mu od­dać to, co jej sam da­wał, nie mo­gła zna­leźć punktu do po­cią­gnię­cia tej nie­win­nej gry da­lej.

Dźwięki na­tury wo­kół nich prze­rwał dzwo­nek ko­mórki Da­niela. Męż­czy­zna wes­tchnął i usiadł, się­ga­jąc po swój ple­cak. Prze­szył ją prąd roz­cza­ro­wa­nia, w po­śpie­chu za­pięła sta­nik. Pró­bo­wała od­wró­cić wzrok, ale Da­niel jej nie prze­pu­ścił. Pod­niósł nieco jej brodę i przy­ci­snął usta do jej ust w uspo­ka­ja­ją­cym po­ca­łunku. Wy­jął ko­mórkę.

– To Ka­mila.

– Może coś się stało? Od­bierz. – Ode­pchnęła go jed­nym szyb­kim ru­chem i pod­cią­gnęła ko­szulkę i biu­sto­nosz, za­kry­wa­jąc pul­su­jące wciąż jesz­cze piersi.

– Cześć... Tak... jest tu... Nie, nad sta­wem... Mhmm, po­wiem jej. Za­raz przyj­dziemy.

Zer­k­nęła na niego za­cie­ka­wiona, gdy cho­wał ko­mórkę do ple­caka.

– Twój brat przy­je­chał i cię szuka – ode­zwał się Da­niel.

Cho­lera! Zła wstała, za­pi­na­jąc spodenki i wsu­wa­jąc stopy w ja­ponki.

– Uparty du­reń.

– Ja?

– Ty też. Mu­simy iść, on nie od­pu­ści.

Zwi­nęła koc, gdy Da­niel zbie­rał resztki ko­ko­sa­nek i bu­telkę wody, po czym we­pchnął wszystko do ple­caka.

– Może się za tobą stę­sk­nił.

– Nie, przy­je­chał pra­wić mi ka­za­nie. – Za­pięła gu­ziki bluzki, przy­gła­dziła włosy. – Spoko, to mam już opa­no­wane.

– Uwa­żaj na pia­sek, może się osu­nąć.

Po­dał jej dłoń i po­zwo­liła zdjąć się z piasz­czy­stej skarpy. Szli na­grzaną ulicą w stronę fol­warku. Kła­ma­łaby, gdyby po­wie­działa, że nie miała ochoty się do niego przy­tu­lić, jak i prze­pro­wa­dzić. Nie po­tra­fiła wy­ja­śnić dla­czego, ale ufała mu bez żad­nych wąt­pli­wo­ści. Tak na­prawdę nie było nic do po­wie­dze­nia. Ży­cie, o któ­rym ma­rzyła, się skoń­czyło. Po cał­ko­wi­tym fia­sku po­przed­niego mał­żeń­stwa nie była jed­nak go­towa na ko­lejny krok, nie umiała jesz­cze odło­żyć na do­bre prze­szło­ści i roz­po­cząć no­wego ży­cia.

– To nie ma zna­cze­nia – po­wie­działa w końcu i wzru­szyła ra­mio­nami, pa­trząc na Da­niela. – Ta część mo­jego ży­cia się skoń­czyła. Pro­szę, po­zwól po pro­stu temu być, tak jak jest.

Uśmiech­nął się, obej­mu­jąc ją ra­mie­niem.

– A czy po­wie­dzia­łem, że bę­dzie ina­czej, ko­cie?

Elka kiw­nęła głową, prze­gry­za­jąc dolną wargę.

– Przy­kro mi, ale nie... nie za­miesz­kam z tobą.

– Wiem. Chcia­łem, byś o tym tylko po­my­ślała.

– Tak, do­kła­daj mi rze­czy do prze­my­śle­nia.

Elka była zdu­miona tym, co czuła w sercu do tego męż­czy­zny. Czy to była mi­łość? Nie wie­działa, ale wszyst­kie pra­gnie­nia i po­trzeby, które po­wstrzy­my­wała przez całe ży­cie, zda­wały się prze­ni­kać przez za­porę, którą zbu­do­wała, i ka­zały jej w to uwie­rzyć.

– Ale chcę, by było jak te­raz – do­dała we­soło. – Lato, słońce i że­byś czę­ściej cho­dził bez ko­szulki.

Da­niel znie­nacka po­ca­ło­wał ją w nos, czym wy­wo­łał jej pisk i śmiech. Uty­ka­nie nie było wi­doczne, gdy się na niej opie­rał, ale jej to ni­gdy nie prze­szka­dzało.

– Uwierz mi, Elka. Też tego chcę. Za­biorę cię na ką­piel w sta­wie i zo­ba­czymy, co się sta­nie póź­niej.

Oparła głowę o ra­mię Da­niela, gdy jego dło­nie prze­su­nęły się po jej szyi, mu­ska­jąc miej­sce, gdzie biło tętno. Zna­lazł jej usta, zmu­sza­jąc, by sta­nęła na pal­cach. Od­dała mu lekki po­ca­łu­nek.

– Czy kie­dy­kol­wiek po­wie­dzia­łem ci, jak piękne są twoje nogi?

– Chcesz cze­goś? – Szturch­nęła go w bok. – Przy­znaj się.

– Po­pły­wajmy wie­czo­rem nago w sta­wie.

– Z ryb­kami. Nie, dzię­kuję.

Elka ro­ze­śmiała się, gdy Da­niel po­ła­sko­tał ją po ra­mie­niu, po­sy­ła­jąc zimne dresz­cze po jej roz­pa­lo­nej skó­rze. Do­szli do fol­warku i tam uj­rzała sa­mo­chód Ro­berta za­par­ko­wany na traw­niku przed ogro­dze­niem. Otwo­rzyła bramkę i zo­ba­czyła swo­jego brata ra­zem z Ka­milą na ganku. Ka­mila Ra­taj­czyk, z którą Elka za­miesz­kała w sta­rym fol­warku, w spor­to­wym to­pie i spodniach ca­pri wy­glą­dała jak za­gu­biona księż­niczka, z roz­ma­rzo­nym wy­ra­zem twa­rzy, oku­la­rami na no­sie i dłu­gim war­ko­czem prze­rzu­co­nym przez ra­mię. Dziew­czyna po­ma­chała im, gdy szli w stronę bu­dynku.

– Chcesz, że­bym zo­stał? – za­py­tał ci­cho Da­niel, gdy Ela się za­wa­hała.

– Mu­szę z nim po­ga­dać sama.

– W po­rządku, będę w stajni.

– Da­niel? Mogę cię pro­sić? – Ka­mila wstała z krze­sła i na­chy­liła się nad ba­lu­stradą ta­rasu. – Zaj­rzysz do boj­lera? Woda znowu się nie na­grzała... Prze­pra­szam... po­win­nam we­zwać hy­drau­lika.

– W po­rządku. I tak je­stem na miej­scu.

Elka wspi­nała się na schody. Ro­bert wstał, wi­ta­jąc się z Da­nie­lem, prze­cież znali się od lat. Te­raz pa­no­wała mię­dzy nimi na­pięta ci­sza. Da­niel mu­snął ra­mię Eli pal­cami, po­sy­ła­jąc jej uśmiech, po czym skie­ro­wał się do fol­warku.

– Czy ty z nim już nie cho­dzi­łaś? – za­py­tał brat, gdy tylko drzwi wej­ściowe się za­mknęły.

Elka nie mo­gła po­wstrzy­mać par­sk­nię­cia. Wi­dok męż­czy­zny wiel­ko­ści bok­sera, pró­bu­ją­cego nad nią gó­ro­wać i prę­żyć mię­śnie, był zde­cy­do­wa­nie naj­za­baw­niej­szą rze­czą, jaką kie­dy­kol­wiek miała oka­zję oglą­dać.

– Je­steś nie­grzeczny – prych­nęła po­now­nie, za­sła­nia­jąc uśmiech dło­nią. – Lu­bię go. Bra­ciszku, mar­nie wy­glą­dasz. Brak snu, brak kawy i wro­dzona po­trzeba ochrony sio­stry przed ja­kimś ła­ma­czem serc. Masz tyle zmar­twień.

– I do­ra­sta­ją­cego syna.

– On so­bie świet­nie ra­dzi.

Za­ci­ska­jąc usta, by po­wstrzy­mać nie­wąt­pliwe prze­kleń­stwo, zszedł po scho­dach i od­wró­cił się do niej.

– Chodź, po­ka­żesz mi ko­nie.

– Lu­bisz ro­deo? – za­chi­cho­tała, zbie­ga­jąc ze scho­dów, i do­łą­czyła do niego. – Po co przy­je­cha­łeś, Rob­ciu? Ko­cham cię, a nie dzwo­nię, bo je­stem tchó­rzem i nie chcę, że­byś po­ka­zał mi, gdzie jest moje miej­sce.

– Tu jest?

– Może. – Mi­nęła bramkę do stad­niny i skie­ro­wała się do wy­biegu dla koni.

– Kiedy wró­cisz do domu?

– Rob­ciu, nie mam domu. Na­dal go szu­kam. Jak pracy.

– Nie za­mie­rzam z tobą dys­ku­to­wać ani się kłó­cić, Elka – po­wie­dział ci­cho, przy­sta­jąc przy ogro­dze­niu, o które oparł się dłońmi. – Ale po­win­naś wie­dzieć, że mama ża­łuje. Ona za­wsze ża­łuje, ale ci tego nie po­wie.

– Wiem. Nie mu­sisz nas go­dzić.

– Dla­czego, do cho­lery, nie przy­je­dziesz do domu?

Oparła się na ogro­dze­niu obok niego i za­pa­trzyła się w ko­nie bie­ga­jące wolno po tra­wie.

– Tak my­śla­łem. Oby­dwie uparte, w końcu i ja przy was osi­wieję. Mu­szę ci jesz­cze coś po­wie­dzieć... Syl­wia jest chora. Ciężko chora od wielu lat. Eliza mi to kie­dyś po­wie­działa. Ona nie chce tu wra­cać, ma tam do­brą opiekę me­dyczną, ale... le­ka­rze nie dają jej du­żych szans.

– Przy­kro mi. – Po­ło­żyła dłoń na jego ra­mie­niu. – Wiem, że ją ko­chasz.

– Nie... Może kie­dyś... Mu­szę to po­wie­dzieć Bart­kowi. Może Syl­wia bę­dzie chciała jesz­cze się z nim zo­ba­czyć.

– Uwa­żasz, że ją to zmięk­czyło? Nie. Nie zrobi tego. – Elka z tru­dem wstrzy­mała wście­kłość. – Od­rzu­ciła go. Chcia­łeś, żeby utrzy­my­wała kon­takt tylko z nim, jed­nak ona wo­lała swoją nową ro­dzinę. Bar­tek jej nie po­trze­buje. Eliza mu wy­star­cza w zu­peł­no­ści.

– Ale nie jest jego matką.

– To twoja za­sługa.

– Co?

– Do­brze wiesz – wark­nęła. – Eliza też się w to­bie ko­chała, tak samo jak Syl­wia. Ale była młod­sza, brzydka i gruba, więc wy­bra­łeś po pro­stu ład­niej­szą sio­strę, nie mą­drzej­szą.

– Za­po­mnia­łem, jaka suka z cie­bie.

Par­sk­nęła, znów wpa­tru­jąc się w ko­nie i przy­ci­ska­jąc twarz do swo­jego cie­płego ra­mie­nia.

– Eliza jest te­raz o wiele ład­niej­sza i faj­niej­sza, a ty nie masz od­wagi za­pro­sić jej na randkę. Na­sza matka cię pod­ju­dza, że nie po­wi­nie­neś utrzy­my­wać kon­taktu z Ma­tej­czy­kami, a to bzdura. Eliza ni­gdy ni­kogo nie skrzyw­dziła.

Elka po­ru­szyła się nie­pew­nie, nie wie­działa, czy po­winna tak stro­fo­wać Ro­berta i mu jesz­cze do­kła­dać. Nie po­tra­fiła za­ła­go­dzić na­pię­cia, które się mię­dzy nimi wy­two­rzyło.

– Świet­nie, przy­jeż­dżam tu za­pro­sić cię na nie­dzielny obiad, a ty pra­wisz mi mo­rały.

– Bo nie mo­żemy oboje być roz­wie­dzio­nymi, ję­czą­cymi grzesz­ni­kami.

– Jak wi­dzę, ty masz fa­ceta. – Ro­bert ją lekko szturch­nął. – Mam dać na­dzieję ma­mie?

– O, nie. Nic z tego. To... prze­lotny ro­mans, nic wię­cej.

– Cie­kawe, wy­glą­dało to ina­czej, kiedy trzy­ma­łaś go za rękę jak na­sto­latka kilka mi­nut temu. Zła­miesz matce serce, je­śli nie przy­pro­wa­dzisz go do domu. To wnuk Koź­laka, ona na­dal uwiel­bia tego sza­lo­nego sta­ruszka. – Spoj­rzał na nią, po czym po­słał jej ła­godny uśmiech.

– Nie bierz mnie pod włos – wark­nęła, pstry­ka­jąc mu pal­cami przed no­sem. – Po­jadę do domu, a ty za­raz mnie zba­je­ru­jesz, że­bym się wpro­wa­dziła. Matka bę­dzie mną rzą­dzić i jesz­cze w tym roku każe wy­bie­rać suk­nię ślubną. Nie.

Ro­bert uśmiech­nął się grzecz­nie.

– Może za kilka mie­sięcy.

– Nie. Sam jej po­wiedz o Eli­zie.

– Co o Eli­zie? – Zmarsz­czył brwi.

– Że chcesz ją za­cią­gnąć na sno­pek słomy.

– Jezu, dla­czego za­wsze od cie­bie ob­ry­wam. Nie po­wie­dzia­łem, że Eliza mi się...

– Kłamco! – Kop­nęła go w kostkę. – Wi­dzia­łam, jak się na nią lam­pi­łeś i tylko jaja cho­wa­łeś, żeby nie za­uwa­żyła, że coś jed­nak w tych spodniach się ru­sza na jej wi­dok.

– Elka. – Za­ru­mie­nił się.

– Głu­pek... – urwała, zda­jąc so­bie sprawę, że omal nie wal­nęła go pię­ścią w twarz. – Prze­pra­szam.

– Tem­pe­ra­ment Sroczki.

Na ta­ra­sie dworku po­ja­wił się Da­niel i pa­trzył na nich.

– Nie wiem, Ro­bert. – Ela spoj­rzała znów na brata, zni­ża­jąc głos. – Gry­zie mnie to, że kłócę się z mamą, ale boję się przy­je­chać do domu.

– Ona już ci wy­ba­czyła – za­pew­nił.

Da­niel zbli­żał się do bramki. Elka za­mru­gała, by od­pę­dzić łzy, i od­wró­ciła się do brata.

– Mó­wiąc szcze­rzę, chęt­nie bym się upiła i za­po­mniała o wszyst­kim.

– Tak? To twój spo­sób na pro­blemy?

Chrząk­nęła, za­sta­na­wia­jąc się, co wię­cej mo­gła mu po­wie­dzieć.

– Tak, to jest świetny po­mysł.

– Elka, do­ro­śnij.

– Nie. Już by­łam do­ro­sła i to nie wy­pa­liło. Dla­czego nie mogę przez chwilę być wła­śnie taka?

– Bo to nie działa?

– Ha. Wła­śnie, że działa.

Od­wró­ciła się, Da­niel był w przy­bu­dówce, gdzie trzy­mał na­rzę­dzia, i dźwięk ich prze­wra­ca­nia od­bi­jał się echem od mu­rów.

– Jak się układa mię­dzy wami? – za­py­tał ją brat, po­dą­ża­jąc za nią wzro­kiem.

– Zno­śnie. Nie pla­nu­jemy ni­czego, tylko się cie­szymy tym, co jest, i ty rów­nież po­wi­nie­neś tego spró­bo­wać z Elizą.

– Cze­pi­łaś się mnie.

Przez chwilę pra­wie zro­biło się jej go żal, ale po­tem so­bie przy­po­mniała, z ja­kiego po­wodu tu jest.

– A nie po­win­nam? Za­raz ci ją ktoś ukrad­nie, a ty bę­dziesz sta­rym pry­kiem.

– Wolę nim być niż...

– Wła­śnie: niż co, stary Sroko? Ja­kie to uro­cze, mój brat się ru­mieni – mruk­nęła, przy­glą­da­jąc się jego po­licz­kom.

– Wredna ję­dza.

– Stary zbe­reź­nik.

Pod­sko­czyła, sły­sząc za­my­ka­nie wrót przy­bu­dówki. Da­niel z na­rzę­dziami wra­cał do sta­rego fol­warku, po­sy­ła­jąc jej uśmiech.

– Cie­kawe, kto tu jest zbe­reź­ni­kiem. Tylko nie zrzu­caj maj­tek, sio­stra. – Ro­bert szep­nął jej do ucha.

– Wi­dzę, że je­steś wiel­kim fa­nem sa­mot­nych nocy, ale ja na­prawdę nie mu­szę być sama, to ro­dzi agre­sję i wstrętne my­śli.

– Do­brze, do­tar­li­śmy do mo­mentu głę­bo­kich wy­nu­rzeń. I nie mu­simy uda­wać, że je­ste­śmy wo­bec sie­bie grzeczni.

Elka pa­trzyła na niego za­sko­czona. Wi­dząc jego po­ważną minę, omal się nie ro­ze­śmiała.

– A czy by­li­śmy kie­dy­kol­wiek grzeczni, bro­da­czu? Za­py­taj, czy Eli­zie się spodoba, jak ją tam po­smy­rasz tą gę­stą brodą.

Po­cią­gnęła za jego gę­sty za­rost. Ro­bert ro­ze­śmiał się.

– Trzeba przy­znać, że nic się nie zmie­ni­łaś. Na­dal je­steś upier­dliwa.

– I to we mnie ko­chasz. Tak... do­brze, ju­tro przy­jadę do domu. Będę grzeczna... zjem z wami obiad i będę sie­dzieć ci­cho. Nie, nie za­biorę Da­niela. – Od­wró­ciła się i ru­szyła w dół do fol­warku. Brat szedł krok za nią.

– Dla­czego? Mama go po­lubi.

– Bo roz­po­wie ca­łej wsi, że z nim sy­piam.

– Ra­czej że się z nim spo­ty­kasz – po­pra­wił ją.

– Nie.

– Jak chcesz. Ale jak się nie po­ja­wisz, to tu po cie­bie przy­jadę, a jak cię nie za­stanę, to po­jadę do jego domu. Tak, księż­niczko, wiem, gdzie mieszka. Zmie­nia­łem im tam płot kilka lat temu – do­dał, od­wra­ca­jąc się do swo­jego sa­mo­chodu.

– I co? Na­kry­jesz nas na sia­nie? Nie mam po­ję­cia, dla­czego mi nie wie­rzysz.

– Bo cię znam.

– Tak, tak... Ko­cham cię! – Sta­nęła na pal­cach, po­ca­ło­wała go w po­li­czek i przy­tu­liła się do niego. Do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę, że to go uła­go­dzi.

– Da­łem ci tyle czasu, ile po­trze­bo­wa­łaś. Mi­nął po­nad mie­siąc i to daje mi na­dzieję, że tym ra­zem tu zo­sta­niesz.

Za­sko­czył ją, nie wie­działa, co od­po­wie­dzieć. Wsiadł do sa­mo­chodu i wy­sta­wił głowę przez okno.

– Dzięki. Po­wiem ma­mie, że ju­tro przyj­dziesz, bę­dzie sprzą­tać dom cały dzień.

– Bo córka mar­no­trawna wraca. – Uśmiech­nęła się lekko. – Do­brze. Od­pocz­nij tro­chę, bra­ciszku, masz pod­krą­żone oczy.

– A wy we dwie mi tylko do­kła­da­cie.

Miał ra­cję, po­my­ślała, pa­trząc, jak wy­co­fuje się z traw­nika. Gdy od­jeż­dżał, stała w słońcu, cze­ka­jąc, aż sa­mo­chód znik­nie, a po­tem ru­szyła do fol­warku. Usia­dła na środ­ko­wym schodku ganku i scho­wała twarz w dło­niach. Ro­bert za­wsze miał ra­cję. Nie mo­gła cią­gle ucie­kać przed matką, wspo­mnie­niami i tym, kim była. Wzięła głę­boki wdech, ze wszyst­kich sił sta­ra­jąc się opa­no­wać.

– Za­wsze by­łem za­zdro­sny o to, że on był na pierw­szym miej­scu.

Na dźwięk głosu Da­niela od­wró­ciła się. Pod­szedł i usiadł obok niej.

– Zwa­rio­wa­łeś, to mój brat.

– Ale to, jak na niego pa­trzysz, jak za­wsze wy­bie­ra­łaś go pierw­szego, jak gna­łaś, gdy dzwo­nił albo cię wo­łał. Za­wsze ba­łaś się coś prze­skro­bać, żeby nie był na cie­bie zły.

– Nie po­doba mi się, co su­ge­ru­jesz. Ale to pro­ste, wy­cho­wa­li­śmy się tylko we dwoje. Na­sza matka za­wsze tylko ję­czała, że musi się zaj­mo­wać nami i go­spo­dar­stwem. Na­uczy­li­śmy się opie­ko­wać sobą – wy­ja­śniła.

– Wiesz, że po­bił kie­dyś chło­paka przez cie­bie?

– Wiem. Darka, który na to za­słu­żył.

Opo­wia­da­jąc o niej głu­pie rze­czy, które nie były praw­dziwe.

Da­niel wy­cią­gnął rękę i po­pra­wił ko­smyk wło­sów, który opadł jej na ra­mię.

– Je­steś smutna.

– Mu­szę ju­tro po­je­chać do domu. Sta­wić czoła ma­mie i... prze­pro­sić.

– Tak, prze­pra­sza­nie to twoja pięta Achil­le­sowa. – Po­czuła na uchu cie­pły od­dech. – Kup jej kwiaty.

– Ona nie znosi kwia­tów cię­tych. Uważa je za mar­no­traw­stwo.

W od­po­wie­dzi po­chy­lił się bli­żej.

– Skądś to znam. Kup jej coś w do­niczce.

– Nie będę się pod­li­zy­wać. Za­wiozę jej tru­ska­wek – od­parła au­to­ma­tycz­nie. – Przy­naj­mniej mnie ochrzani, że przy­wożę coś, co mają w polu.

– Bar­dzo chciał­bym cię po­ca­ło­wać.

– A ja za­pa­lić – mruk­nęła.

Za­śmiał się krótko, jakby chciał coś jej wy­szep­tać, na­chy­lił się do jej ucha, obej­mu­jąc ją, i tylko mu­snął po po­liczku.

– Wyjdź za mnie.

– Nie! – od­mó­wiła gwał­tow­nie. – Je­steś więk­szym głup­cem, niż wcze­śniej są­dzi­łam, je­śli my­ślisz, że się zgo­dzę. Znam cię od kilku ty­go­dni.

– Od kil­ku­na­stu lat – po­pra­wił ją roz­ba­wiony. – Sroka, znamy się nie­mal do dziecka, kiedy bie­ga­łem boso po po­dwórku dziadka Mietka. Pach­niesz na­prawdę słodko. Jak wtedy, wy­sma­ro­wana tru­skaw­kami na buzi.

– Umm... prze­pra­szam – usły­szeli głos Ka­mili. Dziew­czyna boso, stre­mo­wana i z roz­pusz­czo­nymi wło­sami stała w drzwiach fol­warku. – Jest go­rąco, zro­bi­łam mro­żo­nej her­baty. Na­pi­je­cie się?

– Ja­sne, skar­bie – od­parła Ela, wsta­jąc ciężko.

– Wsta­wi­łam kur­czaka na obiad... Są­dzi­cie, że we­sele się prze­cią­gnęło? Jest po pierw­szej... – za­py­tała nie­pew­nie Ka­mila, pa­trząc na ulicę.

– Dzwo­ni­łaś do Reni? – Elka zmarsz­czyła brwi.

– Nie od­biera. Nie chcę jej prze­szka­dzać – wy­ja­śniła przy­ja­ciółka, wcho­dząc do domu. – Spró­buję jesz­cze raz.

Cie­płe dło­nie Da­niela mu­snęły wraż­liwą skórę za ko­la­nami Eli.

– Za­pra­szam cię dzi­siaj na noc do mnie. Do domu.

– Wolę staj­nie – po­wie­działa, choć jej oczy mó­wiły co in­nego.

– Do­brze, zo­ba­czymy, jak roz­wi­nie się wie­czór.

Na ulicy roz­legł się dźwięk sil­nika zbli­ża­ją­cego się sa­mo­chodu. Wzrok Elki od­ru­chowo po­wę­dro­wał w tam­tym kie­runku. Skoda Re­naty Wier­ciń­skiej, jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki od cza­sów li­ceum, zbli­żała się do fol­warku.

– Zguba się zna­la­zła – wy­mru­czała.

– To do­brze. – Da­niel wstał. – Już mia­łem je­chać szu­kać jej w Ofi­ce­rówce. Ka­mila się mar­twi.

– Ma do­bre serce.

– Ma – po­twier­dził.

Re­nia za­par­ko­wała, wy­sko­czyła z auta i po­ma­chała im, po czym wy­jęła z ba­gaż­nika ja­kieś pu­dło. Elka nie­mal za­klęła, wi­dząc, jak Re­nia się od­sta­wiła. Wy­so­kie czarne szpilki, czarne spodnie, w któ­rych mu­siało jej być na­prawdę go­rąco, ale eks­po­no­wały nogi i ta­lię, ele­gancka bluzka i roz­pusz­czone włosy. I pełny ma­ki­jaż, pod­kre­śla­jący jej dłu­gie rzęsy, oczy zmy­słowo ob­wie­dzione kredką, ukryte pod pu­drem piegi i wy­raźne usta.

– O la, la – za­śpie­wała Ela, gdy Re­nia się zbli­żała. – Gdzie się tak od­sta­wi­łaś?

– Mia­łam swoje po­wody. Ku­pi­łam szam­pana a... moja mama na­szy­ko­wała nam ro­sół i ko­tlety z ziem­niacz­kami.

Da­niel się­gnął po pu­dło i wy­jął je z jej dłoni.

– Daj, to cięż­kie.

– Cześć, przy­stoj­niaku. – Re­nia pac­nęła go dło­nią po ra­mie­niu.

– La­seczko, wy­glą­dasz kwit­nąco.

– Ka­mila wsta­wiła kur­czaka – wy­beł­ko­tała Elka, wi­dząc wielki uśmiech Reni, która pa­trzyła za Da­nie­lem zni­ka­ją­cym we wnę­trzu domu.

– Kur­czaka zjemy póź­niej. Chodź, na­pijmy się szam­pana! – Re­nia ją ob­jęła i gdyby nie to, że przed chwilą pro­wa­dziła sa­mo­chód, Elka bez trudu uwie­rzy­łaby, że jest pi­jana.

– Masz do­bry hu­mor. Co świę­tu­jemy?

– Zo­ba­czysz.

Prze­szły do kuchni, ma­łej, ale Elka nie za­mie­ni­łaby jej już na żadną inną. Ka­mila trzy­mała w ręku łapkę na mu­chy, którą te­raz pac­nęła Re­nię po ple­cach.

– Gdzieś była? Już chcia­łam wzy­wać straż po­żarną!

– Żeby uga­sili moje pra­gnie­nie? – za­śmiała się Re­nata, zdej­mu­jąc to­rebkę z ra­mie­nia. – Po­cze­kaj­cie chwilę, mu­szę za­ło­żyć szorty i top, bo umie­ram. Cho­dzę w tym od rana!

Krzy­czała już z ko­ry­ta­rza. Elka zer­k­nęła na Ka­milę, po­tem na Da­niela wyj­mu­ją­cego po­jem­niki i szam­pana z pu­dełka. Po­dał je Ka­mili.

– Może do­stała pod­wyżkę? – za­sta­na­wiała się.

– Nie do­sta­łam! – za­wo­łała Re­nia z po­koju. – Da­niel, otwórz szam­pana! A wy bierz­cie się za je­dze­nie. Wpro­si­łam się do mamy i wy­że­bra­łam co nieco dla nas wszyst­kich.

– By­łaś na obie­dzie u ro­dzi­ców? Nie spa­łaś? – py­tała Ela, zer­ka­jąc w ko­ry­tarz.

Re­nia wy­szła z po­koju, spla­ta­jąc włosy gumką re­cep­turką. Była boso, a na so­bie miała stary top i ró­żowe szorty.

– Nie. Ale czuję, że nie­długo będę mu­siała się kim­nąć. – Usia­dła przy sto­liku i ra­do­śnie po­stu­kała w kra­cia­stą ce­ratę. – Co mamy do pi­cia?

– Mam mro­żoną her­batę. Na­leję ci, siedź. – Ka­mila rzu­ciła się do dzbanka.

Elka usia­dła obok przy­ja­ciółki przy stole.

– Co to za oka­zja?

– Wła­śnie, co to za oka­zja? – Ka­mila po­wtó­rzyła py­ta­nie.

Re­nia wy­cią­gnęła do niej dło­nie, gdy po­da­wała jej szklankę z her­batą.

– Usiądź.

– Zro­bi­łaś to. – Ka­mila wy­szep­tała ci­cho.

– Tak.

Ela za­pisz­czała, rzu­ca­jąc się na szyję przy­ja­ciółki.

– Wa­riatko! Ale się cie­szę. Wie­dzia­łam, że to zro­bisz!

Co dziwne, Ka­mila obe­szła stół i rów­nież ją przy­tu­liła, a ra­zem z nią Elkę, nie­pew­nie, ale to zro­biła.

– Tak, ja też się cie­szę.

– Skar­bie, wi­dzia­łaś jego sieć ho­teli w ne­cie? – Elka po­stu­kała Ka­milę w ra­mię. – Jego na­zwi­sko? Jego firma to pier­do­lony maj­stersz­tyk... On jest ku­rew­sko bo­gaty.

– Chyba nie na­dą­żam... – bąk­nął Da­niel z szam­pa­nem w dłoni. – Kto jest ku­rew­sko bo­gaty?

– Pa­trzysz na asy­stentkę Wik­tora Po­ła­niec­kiego – oznaj­miła z dumą Elka, obej­mu­jąc Re­nię.

Ta wstała, wy­plą­tu­jąc się ze śmie­chem z jej ra­mion jak pi­jana, i po­ka­zu­jąc na sie­bie.

– Re­nata Wier­ciń­ska, se­kre­tarka i asy­stentka Wik­tora Po­ła­niec­kiego, pre­zesa sieci ho­teli „Wik­tor” i kom­plek­sów dzia­ła­ją­cych pod marką Po­ła­nieccy SA. W czym mogę po­móc?

Da­niel gwizd­nął ci­cho, Ka­mila za­chi­cho­tała, a Elka tylko oznaj­mi­łam ra­do­śnie:

– Reńka... ty je­steś stwo­rzona do tej pracy!

– Ci­cho, za­czy­nam ju­tro o dzie­sią­tej. Da­niel, otwie­raj szam­pana! – Usia­dła na stołku, otwie­ra­jąc po­jem­niki na żyw­ność roz­sta­wione na stole. – Po­daj­cie ta­le­rze. Bę­dziemy świę­to­wać.

– Ja też się cie­szę. Elka ma ra­cję, Re­nia, to jest praca dla cie­bie. – Ka­mila wyj­mo­wała ta­le­rze z sza­fek.

Elka wstała, by jej po­móc.

– Kami, ty też na tym coś ugrasz. – Elka po­cią­gnęła ją za dłoń. – Je­śli ona bę­dzie przy Po­ła­niec­kim, ty bę­dziesz wie­dzieć wszystko z pierw­szej ręki.

– Tak i ju­tro po­pro­szę Wik­tora, by się z tobą spo­tkał. Niech każda ze stron przed­stawi swoje ra­cje. Będę roz­jemcą.

– Nie rób tego dla mnie. – Ka­mila za­ru­mie­niła się, sto­jąc z na­rę­czem ta­le­rzy.

– Dla­czego ma nie ro­bić? – Elka par­sk­nęła, się­ga­jąc po szklanki i kie­liszki. – To do­sko­nały po­mysł.

Ko­rek wy­strze­lił w dło­niach Da­niela, aż Ela pod­sko­czyła. Po­sta­wiła kie­liszki na stole, a gdy on na­lał do nich szam­pana, piana spły­nęła po jej pal­cach. Zli­zała ją, była słodka.

– Po­wie­dzia­łaś ro­dzi­com? – za­py­tała Re­natę.

Ta przy­jęła kie­li­szek i ski­nęła głową.

– Tak. Mama mało nie do­stała za­wału... Ka­rol był pod wra­że­niem umowy i już prze­szu­kał net w po­szu­ki­wa­niu Po­ła­niec­kiego. Czy­tał nam wszyst­kie ar­ty­kuły. Chyba Wik­tor zro­bił na nim nie­małe wra­że­nie.

Elka za­chi­cho­tała.

– Nie­wąt­pli­wie. Mama bę­dzie chciała, że­byś za­pra­szała go do domu.

– Nie w tym ży­ciu – wy­sy­czała prze­ra­żona, uno­sząc kie­li­szek, bo wszy­scy zgro­ma­dzili się już przy stole. – Do­bra, dziew­czynki. To­ast za lep­sze czasy.

– Nie, Re­nia... za cie­bie – za­pro­po­no­wała Elka. – Tylko ty mo­głaś tak zro­bić, da­jąc wszyst­kim kopa po ja­jach.

– Tak. Za to się na­piję – wy­mru­czała i przy akom­pa­nia­men­cie śmie­chu przy­ja­ció­łek wy­chy­liła cały kie­li­szek szam­pana.

Elka po­czuła cie­płą dłoń zjeż­dża­jącą po jej ple­chach. Da­niel upił tylko mały łyk i mu­snął jej wargi.

– Przy­niosę wam wino, mam ja­kieś w sa­mo­cho­dzie.

Elka pi­snęła za­chwy­cona.

– Tak, bę­dziemy dzi­siaj świę­to­wać. Za Reńkę! Za na­szą ko­chaną wa­riatkę!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki