Wanda Półtawska - Tomasz Krzyżak - ebook + książka

Wanda Półtawska ebook

Tomasz Krzyżak

4,5

Opis

Mało jest w Polsce osób, które wzbudzają tak skrajne opinie. Ona jednak wydaje się tym zupełnie nie przejmować. Taki ma charakter, podobno niełatwy.

Ponad 60 lat temu jako młoda kobieta, była więźniarka obozu w Ravensbrück, podeszła do konfesjonału Karola Wojtyły w bazylice Mariackiej w Krakowie. Szybko zostali przyjaciółmi. Połączyła ich niezwykła duchowa i intelektualna więź. Wielu twierdzi, że Wanda Półtawska stała się z czasem jedną z najbardziej wpływowych osób w otoczeniu Jana Pawła II - miała współtworzyć encykliki, inspirować papieską teologię ciała i wpływać na personalne roszady w polskim Kościele.

Prawdziwe oblicze Wandy Półtawskiej. Pierwsza pełna biografia.

Ukazana w książce historia życia Wandy Półtawskiej to hymn na cześć bohaterskich dziewcząt z Lublina i tylu niezwykłych polskich kobiet. Należała ona do tych dziewcząt w przedwojennej i wojennej Polsce, które "musiały być bohaterkami". Dalsze karty jej pięknego, ofiarnego życia pokazały, że potrafiła być wierna swoim ideałom także w okresie powojennym.
Abp Józef Michalik, były Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

Jest jedną z najbardziej fascynujących kobiet w najnowszej historii Polski. Twarda, bezkompromisowa, waleczna. Ocalała z piekła Ravensbrück, a misją swojego życia uczyniła walkę o człowieka, który jeszcze się nie narodził. Walczyła również o wielu innych - jak o pewnego studenta z Krakowa, który dziś jest uznanym profesorem... Czekałam na tę książkę.
Brygida Grysiak, dziennikarka TVN24, autorka książek

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




© Wydawnictwo WAM, 2017

Opieka redakcyjna: Damian Strączek

Redakcja: Ewa Kiedio

Korekta: Magdalena Mnikowska, Dariusz Godoś

Projekt okładki: Katarzyna Ewa Legendź

fot. na pierwszej stronie okładki © Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

Indeks: Magdalena Mnikowska

Opracowanie graficzne i skład: Remigiusz Dąbrowski/DTP Smok

Przygotowanie wydania elektronicznego: hachi.media

ISBN 978-83-277-0797-0 (ePub)

978-83-277-0798-7 (Mobi)

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-256 • faks 12 62 93 496

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 p93 260

e-mail: [email protected]

e.wydawnictwowam.pl

Jej eminencja?

– Sprawa abp. Paetza była najgłośniejszą, w której Wanda Półtawska podjęła interwencję u papieża. Podejrzewam, że było ich więcej, ale pewnie nigdy się o nich nie dowiemy – mówi ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. – Przecież wiele ich rozmów odbywało się w cztery oczy, bez świadków. Z pewnością opowiadała mu, co dzieje się w Polsce i naszym Kościele. On bardzo ją cenił, jej niesamowity charakter. Zawsze mówiła mu to, co myśli, bez wazeliny. Nawet to, czego inni bali się mówić – dodaje.

Z tezą, że Półtawska opowiadała papieżowi o tym, co dzieje się w Polsce, zgadzał się także Joaquín Navarro-Valls, były dyrektor biura prasowego Stolicy Apostolskiej. W 2009 roku w rozmowie z dziennikiem „Il Sole 24 Ore” stwierdził, że z tego, co wie, ich rozmowy dotyczyły głównie spraw polskich, ale „na tysiąc procent” wykluczał, by miała ona jakikolwiek wpływ na nominacje biskupie1*1.

– Nie sądzę, by Półtawska sugerowała papieżowi kandydatów na biskupów. Oni rozmawiali o wielu sprawach, ale o personaliach nie – mówi abp Józef Michalik, który kilka razy brał udział w spotkaniach Półtawskiej z Janem Pawłem II.

Od czasu publikacji Beskidzkich rekolekcji co jakiś czas pojawiają się sugestie, że Wanda Półtawska miała wpływ także na treść papieskiego nauczania. Szczególnie w zakresie etyki seksualnej, antykoncepcji, ochrony życia poczętego. Na dowód tego przytacza się fakt, że Jan Paweł II uważał Półtawską za współautorkę Miłości i odpowiedzialności, mówi się też o jego konsultacjach z nią przed wydaniem innej książki – Osoba i czyn, a także o zdaniu z listu z roku 1978, w którym napisał, że będzie jego osobistym ekspertem z zakresu encykliki Humanae vitae papieża Pawła VI. Rzeczywiście, Półtawska współpracowała z papieżem przy cyklu katechez o teologii ciała na początku pontyfikatu. Jednak powstały one jeszcze w Krakowie, gdy był metropolitą krakowskim. Miłość i odpowiedzialność była konsultowana nie tylko z Półtawską, ale także z przyjaciółmi ze środowiska, z którym Wojtyła pływał na kajakach, m.in. z Jerzym Ciesielskim – dziś kandydatem na ołtarze.

Andrzej Półtawski, pytany o wpływ żony na papieskie encykliki, stwierdził w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem, że miała duży „udział w kształtowaniu strony medycznej”. „Twierdził [Jan Paweł II – TK], że ma wrodzony zmysł teologiczny, ale nie sądzę, aby można było twierdzić, że ona wpływała bezpośrednio na treść encyklik” – mówił2.

Sama Półtawska twierdzi, że wpływ na papieża miała. On na nią także. Kto większy? „Nie da się tego odróżnić, bo to jest właśnie to, co on nazwał communio personarum. To jest porozumienie duchowe. To jest coś, co się nazywa przyjaźnią. Przyjaźń to jest wymiana myśli” – wyjaśniała w wywiadzie dla TVP. – Nie mierzyłam tego wpływu. Natomiast z całą pewnością miałam na niego wpływ jako kobieta, na zupełnie nową rzeczywistość, bo on nie miał okazji mieć ani siostry, ani mamy – mama wcześnie zmarła – i dla niego świat kobiet był ciekawy, i on był zafascynowany kobiecością” – precyzowała3.

W tej samej rozmowie tłumaczyła też, że właściwie tylko raz w oficjalnym nauczaniu papieża dostrzegła jakiś swój wpływ. „Napisałam artykuł o świętym Józefie i dałam mu go. I potem w jego encyklice o św. Józefie odnalazłam parę tych samych myśli co u mnie. Myśleliśmy tak samo” – mówiła, dodając, że za każdym razem, gdy Wojtyła zaczynał kazanie, ona wiedziała, jaki będzie ciąg dalszy4*2.

Pośród (…) wielu dróg rodzina jest drogą pierwszą i z wielu względów najważniejszą. Jest drogą powszechną, pozostając za każdym razem drogą

szczególną, jedyną i niepowtarzalną, tak jak niepowtarzalny jest każdy człowiek.

Rodzina jest tą drogą, od której nie może on się odłączyć. (…)

A jeśli (…) we wchodzeniu w świat człowiekowi brakuje rodziny,

to jest to zawsze wyłom i brak nad wyraz niepokojący i bolesny,

który potem ciąży na całym życiu.

Jan Paweł II, List do rodzin „Gratissimam sane”

CZĘŚĆ 1ŹRÓDŁO

Ksiądz Józef Kobyliński, wikariusz parafii katedralnej w Lublinie, pismo miał raczej staranne. W parafialnej księdze zaślubionych za rok 1905 pod numerem 57 zapisał cyrylicą, że w niedzielę 18 czerwca o godzinie 8 rano w katedrze pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty udzielił ślubu dwudziestopięcioletniemu urzędnikowi pocztowemu Adamowi Franciszkowi Wojtasikowi i dwudziestodwuletniej Annie Chaber. Świadkami tego wydarzenia byli dwaj lubelscy listonosze Ignacy oraz Karol Lutyńscy.

Mimo że czas był niespokojny – od początku 1905 roku w Królestwie Polskim trwał stan wyjątkowy – narzeczeni dopełnili wszystkich przewidzianych prawem formalności. Zaślubiny poprzedziły głoszone trzykrotnie zapowiedzi: 4, 11 i 18 czerwca. Ksiądz Józef odnotował, że akt odczytał zaślubionym oraz świadkom, ale podpisał go samodzielnie. Nie zamieścił jednak adnotacji, że nie potrafią oni czytać i pisać. Zapewne w przypadku urzędników pocztowych byłoby to co najmniej dziwne. Brak podpisu nowożeńców prawdopodobnie należy wiązać z ogólnym pośpiechem, bo tego dnia wypadała uroczystość Trójcy Przenajświętszej. A Lublin dodatkowo świętował powrót do miasta ordynariusza lubelskiego bp. Franciszka Jaczewskiego, który przez ponad miesiąc wizytował część diecezji, do której przez całe lata władze carskie zabraniały mu wjazdu. Ksiądz Karol Dębiński, kanonik katedralny lubelski, proboszcz włostowicki i dziekan nowoaleksandryjski, skrupulatnie odnotował w Kalendarzu Księgarni Religijnej, że w czasie tej wizytacji biskup udzielił bierzmowania 64 599 wiernym, a „setki tysięcy wiernych, których nie spodziewał się ujrzeć w tem życiu, witały go radosnem: »Przybywasz, długo oczekiwany!«”.

Nie wiadomo, czy po ślubie w barokowej katedrze odbyło się gdzieś jakieś przyjęcie weselne. Nie ma żadnego portretu ślubnego małżonków. Nie wiemy zresztą, kiedy Adam i Anna pojawili się w Lublinie. To, że nie pochodzili z tego miasta, jest pewne. Anna – urodzona w lipcu 1882 roku – wywodziła się ze wsi Wola w parafii Kuczków, gmina Secymin w powiecie włoszczowskim w guberni kieleckiej. Z kolei Adam urodził się w listopadzie 1879 roku w gminie Trojanów w powiecie garwolińskim guberni siedleckiej. Ich drogi skrzyżowały się w Lublinie, do którego przybyli zapewne w poszukiwaniu pracy. Adam znalazł ją na poczcie. A Anna? Kolejna tajemnica. Archiwalne dokumenty milczą.

Maria

Czas wojny i rewolucji to nie najlepszy moment na rodzenie dzieci. Czy właśnie dlatego młodzi Wojtasikowie aż do 1911 roku odwlekali decyzję o powiększeniu rodziny? Nie wiem. Być może zmuszały ich do tego okoliczności. Być może inne względy.

Wprawdzie działania wojenne Rosja prowadziła od 1904 roku na Dalekim Wschodzie, ale od stycznia 1905 roku w całym imperium, w tym także na terenie Królestwa Kongresowego, trwała rewolucja. Strajki robotników i uczniów odbywały się we wszystkich większych miastach. Również w Lublinie.

7 stycznia 1905 roku przy Bramie Krakowskiej zorganizowano manifestację przeciwko mobilizacji na wojnę rosyjsko-japońską. Kilka dni później wybucha strajk powszechny, który z czasem przerodzi się w ekonomiczny. Pod koniec października w Lublinie strajkują pracownicy wszystkich fabryk i zakładów. Kupcy nie otwierają sklepów. Protest zostaje stłumiony przez wojsko. Ale już 2 listopada wybuchają kolejne strajki. Na początku grudnia staje lubelski węzeł kolejowy.

Wreszcie car Mikołaj II wprowadza w całym Królestwie stan wojenny. W guberniach zostają powołani tymczasowi generałowie-gubernatorzy. W Lublinie taką funkcję otrzymuje generał lejtnant Eugeniusz Kakurin, dowódca 14. Korpusu Armii. Potem obowiązki przejmuje na krótko generał lejtnant Hipolit Pozdiejew, dowódca 1 Dywizji Kozaków Dońskich. Generał lejtnant Iwan Wejmarn będzie ostatnim tymczasowym generałem-gubernatorem.

W numerze 269. „Gazety Lubelskiej” pojawia się artykuł, którego autor pisze: „teraz nie trzeba słów, a czynów, w tych czasach potrzebny nam Kiliński”*3. 16 grudnia 1905 roku generał Kakurin zawiesza wydawanie gazety. Powstałe w jej miejsce „Goniec Lubelski” i „Kurier Lubelski” kończą żywot po wydaniu kilku numerów. Rewolucja z czasem słabnie. Przy użyciu sił wojskowo-policyjnych władze opanowały sytuację.

Nie kończą się jednak wystąpienia zbrojne. W całej guberni uzbrojone grupy działaczy PPS i SDKPiL napadają na sklepy monopolowe, urzędy gminne, stacje kolejowe. Obiektem ataków stają się także urzędy pocztowe i konwoje z pieniędzmi. Rewolucjoniści potrzebują środków na swoją działalność.

30 stycznia 1908 roku w Strzeszkowicach napadnięto na konwój pocztowy jadący z Lublina do Janowa Lubelskiego. Napastnicy zabili listonosza Mikołaja Bienika oraz pięciu żołnierzy ochraniających konwój. Ich łupem padło ponad 6 tys. rubli. Pocztę wyrzucili.

Kilka dni później – 13 lutego – „Ziemia Lubelska” donosiła o kolejnym napadzie na konwój w Strzeszkowicach Małych w gminie Niedrzwica. Na dwoje sań pocztowych eskortowanych przez pięciu żołnierzy z Riazańskiego Pułku napadło pięciu uzbrojonych ludzi. W krótkiej strzelaninie polegli wszyscy żołnierze oraz urzędnik pocztowy Bienczuk. Ocalał woźnica sanek, w których jechała eskorta; uciekł, wykorzystując zamieszanie. Napastników nie znaleziono.

15 lutego 1908 roku „Kurier” informował o próbie napadu na pociąg pocztowy w okolicach Szydłowca. Dwa dni później „Ziemia Lubelska” pisała, że jeden z dwóch parobków, który miał pilnować ciał zabitych pod Strzeszkowicami, ograbił je z zegarków i pieniędzy. Trafił do aresztu. Może ze względu na grożące niebezpieczeństwo Anna i Adam odkładali decyzję o zostaniu rodzicami. A może były jakieś inne względy…

W poniedziałek 11 sierpnia 1911 roku słońce wstało o 4.35. Dzień trwał równo 15 godzin. „Ziemia Lubelska” nie miała dla swoich czytelników dobrych wiadomości. W Odessie dokonano napadu na kantor międzynarodowej kompanii żniwiarek. Skradziono 3,6 tys. rubli. W Rzymie pogorszył się stan zdrowia papieża Piusa X, a „lekarze przyboczni zastrzyknęli choremu kofeinę”. W Petersburgu lekarzowi miejscowego przytułku dla dzieci zabroniono mówić po polsku. A na stacji w Lublinie pociąg pocztowy ruszył bez ostrzeżenia, co wywołało panikę wśród podróżnych. Poturbowana została kobieta w podeszłym wieku.

Wojtasików nie interesowały te wieści. Zajęci byli czymś innym. W ich domu rodziło się pierwsze dziecko. Maria przyszła na świat o czwartej po południu. Kalendarz lubelski na rok przestępny 1912, zawierający dane aktualne z połowy 1911 roku, informował, że w mieście było 11 oficjalnych akuszerek. Nie wiadomo jednak, kto odbierał poród. Nie podaje tego także metryka dziecka spisana w parafii katedralnej 15 sierpnia, a więc w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Z niej dowiem się tylko, że rodzicami chrzestnymi pierworodnej Wojtasikówny zostali lokaj Władysław Starzyński i siostra matki Antonina Chaber. Świadkiem był również kamienicznik Ludwik Tyszko.

Leokadia

Kolejne dziecko w rodzinie – Leokadia Aniela – pojawiło się na świecie w listopadzie 1917 roku. Wojtasików nie było wtedy w Lublinie. Mieszkali setki kilometrów od domu – w Petersburgu, który wówczas zwał się Piotrogrodem. Zagnała ich tam zawierucha wojenna.

28 czerwca 1914 roku serbski nacjonalista Gavrilo Princip zastrzelił w Sarajewie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, następcę tronu Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Europa stanęła w ogniu. Rosja 30 lipca ogłosiła mobilizację. 1 sierpnia była już w stanie wojny z Niemcami, a 6 sierpnia z Austro-Węgrami. Pod koniec miesiąca wojska austro-węgierskie znalazły się na terenie Lubelszczyzny. Na podstawie przygotowanych wcześniej planów władze zarządziły ewakuację. W dniach 26–27 sierpnia ewakuowano wszystkie urzędy Lublina. Miasto opuścili pracownicy rządu gubernialnego, zarządu powiatowego oraz magistratu miejskiego. Razem z nimi do Łukowa wysiedlono także ich rodziny.

We wrześniu rosyjska Rada Ministrów wydała nowe zasady ewakuacji. Rozporządzeniem zatwierdzonym przez cara Mikołaja II nakazano „wskutek okoliczności wojny wywozić na koszt skarbu z miejscowości zagrożonych najściem nieprzyjaciela majątek państwowy, instytucje rządowe, urzędników i ich rodziny”. – Ewakuacja obejmowała urzędników każdego stopnia – tłumaczy mi dr hab. Krzysztof Latawiec z Zakładu Historii Krajów Europy Wschodniej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. – Wywożono pracowników kancelarii urzędów powiatowych, pisarzy, a nawet stróżów.

W przepisach dotyczących ewakuacji szczegółowo określono, co należy ze sobą wywieźć. Określono także maksymalną ilość bagażu przypadającą na jednego urzędnika oraz warunki transportu. I tak tzw. niżsi funkcjonariusze zajmujący urzędy nieklasowe i zarabiający do 900 rubli rocznie podróżowali wagonem trzeciej klasy i mogli zabrać bagaż o wadze 4 pudów (ok. 66 kg). Taki bagaż zabrali ze sobą zapewne także Wojtasikowie.

We wrześniu 1914 roku Rosjanom udało się wyprzeć Austriaków z terenu Lubelszczyzny. Nie na długo. Późną wiosną 1915 roku Austriacy i Niemcy przełamali rosyjską linię obrony i błyskawicznie znaleźli się w rejonie Lublina. Znów ruszyła fala ewakuacji. 2 lipca zaczęła się wywózka rodzin urzędników, a 22 lipca w Lublinie pozostała jedynie obsługa telegrafu, centrali telefonicznej, funkcjonariusze policji oraz straży ziemskiej.

Kiedy miasto opuścili Wojtasikowie? Dokładnie nie wiadomo. Dokumenty dotyczące przesiedleń mieszkańców guberni lubelskiej w głąb imperium rosyjskiego w latach 1914–1915 zgromadzone w archiwach państwowych liczą kilkadziesiąt opasłych tomów. Jednak próżno w nich szukać nazwiska Wojtasików. Odpowiedzi na moje pytanie nie przynoszą też rewindykowane w latach sześćdziesiątych XX wieku z ZSRR materiały dotyczące urzędników poczty w Lublinie. Znów pozostają domysły.

4 lipca 1915 roku „Ziemia Lubelska” informowała czytelników, że administracja poczty przestała przyjmować prenumeratę m.in. do Grabowca, Hrubieszowa, Annopola, Krasnegostawu, Zamościa czy Urzędowa. 5 i 6 lipca telegramów nie dostarczono w Lublinie m.in.: Andrejewowi, Kulikowskiemu, Chranowskiemu, Bonderowi. Przesyłki nie dostał też naczelnik dyrekcji naukowej. 8 lipca korespondencja nie dotarła do chorążego Wysockiego i inżyniera Kazancewa. A inżynier Gawrylenkow nie dostał aż czterech telegramów. Te informacje mogą świadczyć tylko o tym, że w pierwszych dniach lipca 1915 roku w mieście nie było już żadnego listonosza.

Na pewno 30 lipca, gdy do Lublina wkraczał 1 Pułk Ułanów Legionów Polskich i wojska austriackie, nie było już w nim żadnego Rosjanina. Uciekali, zrywając linie telegraficzne i telefoniczne, podpalając mosty i co ważniejsze urzędy. W ogniu stanął też budynek poczty przy Krakowskim Przedmieściu. „Ziemia Lubelska” wołała z pierwszej strony: „WITAJ, JUTRZENKO SWOBODY, ZA TOBĄ ZBAWIENIA SŁOŃCE”.

Pracowników Urzędu Poczt i Telegrafów z Lublina początkowo ewakuowano do Grodna, bo tam znajdowała się dyrekcja okręgu. Potem część z nich dostała się do Petersburga, w którym siedzibę miało Ministerstwo Poczt i Telegrafów rosyjskiego imperium. Właśnie tam trafili Anna i Adam Wojtasikowie wraz z córką Marią. I tam 26 listopada 1917 roku o godzinie 5 rano urodziła się Leokadia Aniela. Ochrzczono ją 10 grudnia w kościele św. Katarzyny. A szafarzem chrztu był ks. Antoni Racewicz.

Jak długo Wojtasikowie mieszkali w Petersburgu i kiedy wrócili do Lublina? Nie wiem. Dokumenty mające związek z ewakuacją pocztowców z Lubelszczyzny są dziś w archiwach w Grodnie na Białorusi i dostęp do nich jest właściwie niemożliwy. Pozostają domysły. Z całą pewnością opuścili Petersburg po 10 grudnia 1917 roku, ale bardziej prawdopodobne, że ruszyli do Lublina po 11 listopada 1918 roku. Polska była już niepodległym krajem, a Leokadia Aniela miała wówczas prawie rok i można było z nią odbyć długą podróż. Możliwe jednak, że wyjechali później – być może nawet na początku roku 1920. W Lublinie na pewno byli przed 27 lipca 1920 roku. Skąd ta pewność?

Otóż właśnie tego dnia Adam Wojtasik w towarzystwie szewca Piotra Lutyńskiego (jego ojciec Ignacy był w 1905 roku świadkiem zaślubin Adama z Anną) oraz wyrobnika Michała Węgrzyna stawił się w kancelarii parafii św. Jana w Lublinie i przed proboszczem ks. Edwardem Jankowskim oświadczył, że jego druga córka urodziła się i została ochrzczona w Petersburgu, a jej rodzicami chrzestnymi byli Stanisław Oleszczuk i Teodozja Świebodzińska.

– Po raz pierwszy spotykam się z sytuacją, gdy powracający z bolszewickiej Rosji mieszkańcy Lublina ponownie idą do kościoła i rejestrują dziecko – prof. Latawiec nie kryje zdumienia. – Coś musiało się po drodze wydarzyć, że zdecydowali się właśnie na taki krok. Pytanie tylko co?

Wydaje się, że odpowiedź przynosi nazwisko księdza, który w Petersburgu ochrzcił Leokadię. Ksiądz Antoni Racewicz proboszczem kościoła św. Katarzyny w Petersburgu był od 1915 roku. Jednocześnie pełnił także obowiązki proboszcza parafii w miejscowości Vyritsa – położonej kilka kilometrów na południe od Petersburga. Po rewolucji październikowej z 1917 roku, gdy bolszewicy wydali dekret o nacjonalizacji kościołów, zakazie nauczania religii osób do 18. roku życia i podporządkowaniu Kościoła władzy państwowej, wspólnie z metropolitą mohylewskim abp. Edwardem Roppem podjął on działania w obronie praw Kościoła. W kwietniu 1919 roku, gdy polskie wojska zajęły Wilno, został wraz z arcybiskupem aresztowany przez Rosjan jako zakładnik. Wkrótce został zwolniony, ale z zakazem opuszczania Vyritsy. W kwietniu 1920 roku ponownie go uwięziono.

Wojtasikowie, którzy byli świadkami rewolucji, a potem także aresztowań duchowieństwa rzymskokatolickiego, najpewniej stracili wówczas ks. Racewicza z oczu. Prawdopodobnie zaniepokojenie, że mógł on zginąć w bolszewickim więzieniu, a dokumenty metrykalne z parafii św. Katarzyny uległy zniszczeniu, spowodowało, że po powrocie do Lublina postanowili ponownie zarejestrować dziecko.

Wanda

Pierwsze dni listopada 1921 roku były wyjątkowo ciepłe. We wtorek 1 listopada temperatura w Lublinie dochodziła do 12 stopni, ale już następnego dnia gwałtownie spadła i w mieście zaczął padać pierwszy śnieg. Tego dnia Teatr Miejski prezentował komedię Stefana Kiedrzyńskiego Oczy księżniczki Fathmy. Frekwencja nie była duża, bo mieszkańcy miasta tłumnie odwiedzali cmentarze, co jednak utrudniała breja powstająca z szybko roztapiającego się śniegu. Zarząd Towarzystwa im. Józefa Piłsudskiego na godzinę 9.15 zarządził zbiórkę swoich członków i sympatyków przed siedzibą na Krakowskim Przedmieściu. Kilka minut później spora gromada ludzi z wieńcami i kwiatami ruszyła na cmentarz przy ul. Lipowej, by oddać hołd bohaterom poległym w obronie ojczyzny. Adam Wojtasik, który darzył marszałka wielkim szacunkiem, na cmentarz nie poszedł. Czuwał przy rodzącej żonie. Trzecią córkę – Wandę Wiktorię – Anna Wojtasik powiła późnym wieczorem 2 listopada 1921 roku.

W sobotę 5 listopada o piątej po południu Adam Wojtasik razem z Janem Cichowskim i Michałem Węgrzynem stawił się przed obliczem ks. kanonika Edwarda Jankowskiego, proboszcza parafii św. Jana, który zanotował, że Wojtasik: „okazał Nam dziecię płci żeńskiej, oświadczając, iż takowe urodziło się w Lublinie dnia drugiego listopada roku bieżącego o godzinie dziesiątej po południu z niego i jego małżonki Anny z Chaberów (…). Dziecięciu temu na Chrzcie Świętym w dniu dzisiejszym odbytym nadane zostały imiona Wanda Wiktorya, a rodzicami jego chrzestnymi byli: Jan Cichowski ze Stanisławą Szurgocińską. Akt ten stawiającemu i świadkom przeczytany, przez Nas tylko podpisany został”.

Metryka nr 363 wpisana do wielkiej – pożółkłej dziś – księgi nie podaje nic więcej. Można się jedynie domyślać, że Wanda urodziła się zdrowa. W przeciwnym razie proboszcz odnotowałby zapewne chrzest z wody. Znów nie ma jednak żadnego adresu zamieszkania. Dlaczego Wanda Wiktoria dostała właśnie takie imiona? Odpowiedzi na to pytanie pewnie nie znajdę. Pozostają domysły. Być może wynikało to z ówczesnej mody. Wszak imię to było bardzo popularne w Polsce przełomu XIX i XX wieku. Niewykluczone jednak, że Adam Wojtasik poszedł za przykładem marszałka Józefa Piłsudskiego. Swojej pierwszej, urodzonej w 1918 roku, córce marszałek dał właśnie imię legendarnej Wandy, która nie chcąc za męża niemieckiego księcia, rzuciła się w nurt Wisły.

Ale skąd drugie imię Wiktoria? Być może otrzymała je po babci ze strony matki – jej starsza siostra Leokadia drugie imię, Aniela, dostała po matce Adama. To najprostsze wytłumaczenie. Więcej argumentów przemawia jednak za wydarzeniem historycznym.

Imię Wiktoria pochodzi od łacińskiego słowa victoria oznaczającego zwycięstwo. A przecież rok przed urodzeniem się Wandy Wiktorii wojska marszałka Piłsudskiego pokonały na polach pod Warszawą wielką Armię Czerwoną, ratując Europę przed bolszewicką nawałnicą. Zagrożony wówczas był także Lublin. W sierpniu 1920 roku na wieść o zbliżającej się do miasta Armii Czerwonej ludność masowo uciekała do pobliskich wsi i za Bug. Na niedzielę 8 sierpnia biskup lubelski Marian Leon Fulman zarządził specjalne nabożeństwo błagalne „o pomoc Bożą dla Ojczyzny”. W gigantycznej procesji z relikwiami Krzyża Chrystusowego, które przechowywano w kościele dominikanów, i we mszy św. przed lubelską katedrą uczestniczył zapewne drżący o życie żony i dwóch córek Adam Wojtasik. Bolszewicy zatrzymali się kilka kilometrów przed Lublinem i nigdy go nie zajęli.

Inna rzecz, że Józef Piłsudski kilka razy w swoim życiu odwiedzał Lubelszczyznę i jej stolicę. Przyjeżdżał tu jako działacz PPS, komendant I Brygady, Naczelnik Państwa i „polityczny emeryt” z Sulejówka. W późniejszych latach Wanda wielokrotnie będzie wspominała o sympatii, jaką jej ojciec obdarzał marszałka – jego popiersie stało w domu obok popiersia Adama Mickiewicza i figury Matki Bożej. A zatem nie można wykluczyć, że oba imiona – Wanda Wiktoria – najmłodszej latorośli nadano przez sentyment do Piłsudskiego.

Sama bohaterka po latach wspomni, że zgodnie z chrześcijańską tradycją dziecku winno się nadać imię jakiegoś świętego lub błogosławionego. A w katalogu wyniesionych na ołtarze nie ma żadnej Wandy. „Dołożyli mi więc na chrzcie św. Wiktorię, ale tego dnia nikt nie święci, choć święto Wiktorii wypada pięknie tuż przed Wigilią – ale nikt o tym nie wie, ja tylko o tym pamiętam, choć tego imienia nie używam, zniknęło nawet z moich dokumentów” – tłumaczyła5. Dodawała też, że w jej pamięci zapisały się małe uroczystości związane z imieninami przypadającymi 23 czerwca, które organizowano w domu. „Tata zawsze przygotowywał mi słoik pełen prezentów i kwiatów. Mama dokładała świeże pierwsze poziomki i maliny, a Ojciec jeszcze dokładał ułożony dla mnie wierszyk – wspominała. – Potem były wianki ze świeczkami na wodzie, bo to właśnie wypada w tę noc świętojańską!”6.

Kolejna kwestia – jak ustalić miejsce urodzenia? W księgach parafialnych szukam nazwisk świadków i chrzestnych. Idę ich tropem. Dość szybko odkrywam, że Jan Cichowski w 1916 roku ożenił się z Heleną Lutyńską – jej ojciec Ignacy był świadkiem zaślubin Adama i Anny Wojtasików, a brat Piotr występował jako świadek przy spisywaniu aktu chrztu Leokadii Wojtasikówny. Mało tego: w styczniu 1921 roku Piotr Lutyński ożenił się z Józefą Chaber – młodszą siostrą Anny Wojtasik. Świadkami ich ślubu byli zaś Adam Wojtasik i Jan Cichowski. Spisujący akt małżeństwa ksiądz odnotował, że Józefa mieszkała wtedy na Wieniawie! Z kolei w maju 1922 roku Adam Wojtasik występuje jako świadek ślubu Marii Lutyńskiej – kolejnej córki Ignacego.

Wieniawa

Trop pierwszy: Wieniawa. W 1921 roku była jedną z peryferyjnych dzielnic Lublina. Dawne samodzielne miasteczko, w przeszłości należące m.in. do rodzin Lubomelskich, Tarłów, Leszczyńskich, w obręb Lublina włączono w 1916 roku. Główną społeczność osady stanowili Żydzi – stąd wywodził się jeden z najsłynniejszych chasydów polskich Jakub Icchak Horowitz znany jako „Widzący z Lublina”. Stąd pochodziła także rodzina słynnego kompozytora Henryka Wieniawskiego, którego dziadek Herszek Mejer Helman był na Wieniawie cyrulikiem. W 1905 roku wśród 5592 mieszkańców było 3879 Żydów.

Właściwie do czasów powojennych Wieniawa była jednak dzielnicą peryferyjną – dzielnicą Żydów i biedoty. Dzielnicą, w której dominowały małe, brudne lepianki i nad którą unosił się „nieznośny zapach cebuli”7. W archiwum zdjęciowym lubelskiego Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, który zajmuje się dziedzictwem kulturowym i historycznym Lublina, zachowało się jedynie kilka fotografii Wieniawy z okresu przedwojennego. Nie wiadomo, kto je wykonał. Niewielkie, przeważnie parterowe domki wyglądają na nich tak, jakby za moment miały się zawalić. Przyklejone do siebie bez ładu i składu, przedstawiają widok raczej przygnębiający.

Tak w 1934 roku w Poemacie o mieście Lublinie pisał o Wieniawie poeta Józef Czechowicz: „We mgle nie słychać kroków, które zbliżają wędrowca ku miastu rodzinnemu. Ścieżyny polne pęcznieją, nabrzmiewają w drogi, a te znów rozlewają się szeroko wśród falistych pól. Szosa się toczy. Zrywający się wiatr szumi w kłosach. Północ niedaleko, a jeszcze ktoś wodę ze studni ciągnie. Żuraw słychać. Jeszcze wiejsko tu. Jeszcze wiejsko. Księżyc goni wśród chmur. Mgła rzednie. Wędrowcze, oto już kręte uliczki starego przedmieścia. Wieniawy. Dawniej, gdy winnice opinały te wzgórza, nazywano je: Winiawa. Idąc dziś między cieniami ruder i zapadłych w ziemię domostw myślisz, wędrowcze, o tym tylko, że miasto kochane już cię ogarnia i tuli”8.

– Nie cała Wieniawa tak wyglądała – zastrzega jednak Marcin Fedorowicz z Teatru NN, pasjonat historii dzielnicy. – Przy głównej ulicy wiodącej w kierunku Lublina stała wybudowana w początkach XIX wieku synagoga. Nieopodal był również żydowski cmentarz. Przy ul. Lubelskiej, później przemianowanej na Króla Leszczyńskiego, stał także budynek gminy Konopnica, do której Wieniawa należała – dodaje.

Dziś synagogi już nie ma. Żydowski cmentarz zniszczyli w czasie II wojny światowej Niemcy, którzy zaczęli budować tu stadion sportowy. Inwestycję skończyła władza ludowa i dziś mecze rozgrywają w tym miejscu piłkarze KS Lublinianka.

Gdzieś tu musieli mieszkać Wojtasikowie. Ale gdzie? W wydanych po wojnie – rozproszonych – wspomnieniach Półtawska napisała, że jej rodzina mieszkała w jakiejś kamienicy na parterze, a podwórko przylegało do ogrodu Saskiego. Jedyna taka ulica we współczesnym Lublinie to Leszczyńskiego – dawniej Króla Leszczyńskiego.

Króla Leszczyńskiego

Trop drugi: Leszczyńskiego. Starą fotografię dostaję od Barbary Oratowskiej, kierownik lubelskiego Muzeum Martyrologii „Pod Zegarem”. Do zbiorów muzealnych przekazała ją Wanda Półtawska. Na zdjęciu grupa dzieci. Ale teraz nieważne, kogo dokładnie przedstawia. Na odwrocie kilka zdań. Pierwsze informuje, że jest to przedszkole przy ul. Króla Leszczyńskiego na I piętrze. Kolejne, wpisane inną ręką: „Fotografia wyk. na tle domu, gdzie urodziła się i mieszkała W. Wojtasik”. Konkretnego adresu jednak brak.

Po latach Półtawska zapisze takie wspomnienie otoczenia domu rodzinnego: „Właściwie miałam jedno podwórko. (…) Najpierw, gdy byliśmy mali, to nie było podwórko, to był ogromny, opuszczony przez właścicieli i zapuszczony ogród. Była w nim i góra, z której dało się zjeżdżać w zimie na sankach, i maleńki zarośnięty stawek, po którym pływało się w miednicy, i ogromny, stary, nachylony orzech, po którym biegało się, bo miał jedną grubą gałąź, która schodziła aż do muru. Mur był nie byle jaki, wysoki, z czerwonej cegły i oddzielał nasz wielki ogród od miejskiego ogrodu Saskiego. To nie było bez znaczenia, bo w ogrodzie Saskim – właśnie z tej strony – było małe zoo, z którego zwierzaki czasem uciekały do nas. Niewinne, małe zwierzaki, bo wielkich nasze nie miało”9.

W którym miejscu znajdowało się to zoo? Marcin Fedorowicz bezradnie rozkłada ręce. Odsłuchuję fragmenty relacji przedwojennych mieszkańców Lublina, które gromadzi Teatr NN w ramach projektu „Historia Mówiona”. Wiele osób wspomina miniogród zoologiczny, ale nikt nie podaje jego konkretnej lokalizacji w ogrodzie Saskim. Na starych planach tego dziewiętnastowiecznego parku również go nie zaznaczono.

Mam jednak szczęście. W Archiwum Państwowym w Lublinie zachowała się dokumentacja dotycząca przedwojennych przedszkoli. Wynika z niej, że w mieście istniało wówczas sześć tzw. ochron przychodnich dla dzieci (do czterech przyjmowano wyłącznie dzieci z rodzin katolickich, dwie były przeznaczone dla dzieci żydowskich). Jedna z ochron – nr 8 – znajdowała się przy ul. Króla Leszczyńskiego pod numerem ósmym. Taki adres zamieszkania Wojtasików znajdę też kilka tygodni później w ocalałych dokumentach szkoły sióstr urszulanek.

Na razie szukam jakichkolwiek informacji o ulicy w przedwojennej prasie. Ciekawe musiało być to miejsce. „Głos Lubelski” z 6 stycznia 1925 roku donosił m.in. o pojedynku niejakiej Anny Martyniak z Franciszkiem Karwowskim. Pojedynek był na… pogrzebacze, a „mistrzynią we władaniu tego rodzaju bronią okazała się oczywiście Martyniak, która zadała dość ciężką ranę w głowę Karwowskiemu”.

Kilka dni później ta sama gazeta opublikowała list mieszkańców Leszczyńskiego do magistratu. Mieszkańcy skarżyli się, że ulica jest traktowana po macoszemu, a po przyłączeniu jej do Lublina „należałoby potraktować ją jako ulicę miejską i dać jej to, co jej się słusznie należy, a więc w pierwszym rzędzie światło i lepsze bruki”. Prosili też o doprowadzenie gazu i elektryczności, bo „bezpieczeństwo mieszkańców, zwłaszcza w porze nocnej, mimo obsadzenia tej dzielnicy przez posterunek policyjny, nie jest zagwarantowane, a to właśnie z powodu braku światła. Zaś złamanie nogi na naszych nieoświetlonych i niewyreperowanych chodnikach jest rzeczą nieuniknioną”.

Wchodzę w Leszczyńskiego od strony skrzyżowania Lubomelskiej i Wieniawskiej. W rękach mam Plan Wielkiego Miasta Lublina z 1928 roku z tym fragmentem Wieniawy. Interesuje mnie tylko lewa strona ulicy, bo tylko domy stojące po tej stronie przylegają do ogrodu Saskiego. Na rogu paskudny kilkupiętrowy budynek miejskich urzędów z adresem Wieniawska 14, a potem już wyglądające na stare kamienice Leszczyńskiego: 4, 6, 8, 10, 12… Każda inna, ale coś tu nie gra. Plan pokazuje, że pod numerem ósmym był wolnostojący dom. Sąsiednie kamienice musiały zatem powstać w latach późniejszych. W ciągu budynków jest jeden, który nie pasuje do otoczenia. Wciśnięty między stare budynki, nowy kilkupiętrowy apartamentowiec z podziemnym parkingiem. Dziś to on ma numer ósmy. – Stał tu kiedyś taki mały parterowy budyneczek z charakterystycznymi schodkami. Rozebrali go ze trzy lata temu – tłumaczy mi zagadnięty o tę okolicę mężczyzna. Czy przed wojną miał numer ósmy? Tego już nie wie.

Kamienica, o której mówi mi przechodzień, faktycznie została rozebrana w roku 2013. W lipcu tego roku lubelski dodatek do „Gazety Wyborczej” w artykule Tu stały kamienice. Dziś są dziury w ziemi, wkrótce – apartamenty pisał o wyburzeniu kamienic przy ul. Leszczyńskiego 8 i 15. Autor tekstu informował, że pierwsza z nich wyróżniała się na tle innych: była parterowa i miała charakterystyczne schodki. Jest i zdjęcie sprzed rozbiórki. – To ten dom. To było okno od kuchni, a tu była sala przedszkolna – Maria Szydłowska, mimo problemów ze wzrokiem, nie ma wątpliwości, gdy pokazuję jej tę fotografię.

Szydłowska, a kiedyś Skwarek, jest rówieśnicą mojej bohaterki. Mieszkała po sąsiedzku w domu pod numerem 12 i chodziła do ochronki pod numerem ósmym. – Rzeczywiście ten domek stał kiedyś samotnie. Kamienica po lewej powstała w latach trzydziestych – kobieta wodzi palcem po zdjęciu. – Mój tata kupił później jej część i tam mieszkaliśmy. Była zmiana numeracji i nasz dom w pewnym momencie stał się ósmym, a po wojnie szóstym – tłumaczy.

Zdjęcie przedstawia jednak dom parterowy. Dlaczego zatem napis na odwrocie zdjęcia z przedszkolakami mówi coś o pierwszym piętrze? Dlaczego we wspomnieniach samej Półtawskiej pojawia się tylko parter? – Z ulicy ten dom wygląda jak parterowy, ale podwórko schodziło mocno w dół – wyjaśnia pani Szydłowska. – Od strony podwórza ten dom był już piętrowy. Parter, a właściwie suterena, była częściowo w ziemi. Wydaje mi się, że tam były dwa mieszkania, a na górze przedszkole.

Potwierdza to Zbigniew Korzeb, prezes firmy Alfa Inwestycje, która postawiła tu nowe apartamenty. – Doskonale pamiętam to miejsce przed budową. Od strony ogrodu Saskiego były tam wielkie zarośla. Teren faktycznie był obniżony. I znajdowały się tam dwa lokale – może po 20 metrów kwadratowych każdy – dodaje.

W 1936 roku w ankiecie dotyczącej tego domu, sporządzonej na polecenie Zarządu Miejskiego w Lublinie, ówczesna właścicielka Janina Gołębiewska napisała jednak, że w suterenie mieściły się trzy lokale mieszkalne: jeden dwuizbowy i dwa po jednej izbie. Oświetlenie naftowe. Wodociągu ani kanalizacji nie było. Nieskanalizowany ustęp znajdował się w podwórzu. W danych dotyczących działki Gołębiewska zapisała, że ma ona ok. 2 tys. metrów kwadratowych powierzchni i częściowo porośnięta jest drzewami owocowymi. Na pytanie o lokale podziemne odpowiedziała: „jest wiele krecich nor w ogrodzie, o innych nie wiadomo”.

Kiedy Gołębiewska wypełniała ankietę, Wojtasikowie nie mieszkali już w tej kamienicy. Wyprowadzili się kilka lat wcześniej. Pozostańmy jednak przez chwilę na tym podwórzu, gdzie rządził stróż Maciej, który małej Wandzie wydawał się „uosobieniem mocy” i był jej przyjacielem10. Ów Maciej to nie kto inny jak Michał Węgrzyn – ten sam, który w 1920 i 1921 roku towarzyszył Adamowi Wojtasikowi przy rejestracji jego nowo narodzonych córek w kancelarii parafialnej!

„Mur był wysoki i szeroki. Z jednej strony od naszego ogrodu podchodziły do niego zdziczałe drzewa owocowe, wspaniałe rajskie jabłonki, których cierpkie jabłuszka do dziś wydają mi się najlepsze ze wszystkich jabłek świata. A z tamtej strony od ogrodu Saskiego pod nasz mur podchodziły kasztany olbrzymie i czeremchy, które oszałamiająco pachniały. Jedno miejsce urządziliśmy do przechodzenia na drugą stronę. Wyrwaliśmy w murze po kawałku cegły i zrobiły się małe schodki. Cały mur był stromy i ciemnoczerwony, te wykruszone miejsca świeciły jaśniej. (…) Działo się nam wspaniale w tym dzikim ogrodzie. Pod gęstym agrestem mieliśmy mieszkanie, ukryty domek, w nim pniaczki za krzesła i mech za łóżko. Spędzaliśmy tam całe dnie. Kochaliśmy ten ogród! Był nasz! Nic nas nie obchodziło, do kogo należy – rósł sobie dziko. Tuż przy domu dorośli zrobili dwa wspaniałe klomby, wygracowali koło nich przejście i zrobili altankę, ale to był ogród dorosłych, nasze były te dzikie krzaki z tyłu. Po krzakach chodziły ogromne winniczki, dźwigając swoje domki” – czytam pani Szydłowskiej opis tego podwórza spisany przez Wandę Półtawską11.

– Jak ona doskonale to zapamiętała. Tak to wszystko wyglądało. Było naprawdę pięknie – pani Maria ożywia się. – A czy ona tam pisze o sklepie u Mośka? – pyta.

Czytam zatem dalej: „Nie wiem, w którym roku skończył się ogród. Przyjechali ludzie i postawili płot, odcięli nasz ogród, zostawiając przy domu niewielkie podwórko. Nie doszło do nas, że właściciel wydzierżawił zapuszczony sad. Ogrodzono ogród białym heblowanym płotem, na tym płocie kolczasty drut, a przy furtce warczący pies i stróż, który miał pilnować.

Nowych mieszkańców było czworo – cała rodzina. Gruba Żydówka, ruda z drobno karbowanymi włosami, jej mąż Mosiek, i śliczna stara Żydówka Sura, wysoka, szczupła, o kształtnej głowie, wspaniałych ciemnobrązowych włosach spiętych w gruby kok, o regularnych brwiach, może zbyt płasko narysowanych i w zapiętej pod szyją koronkowej bluzce. I jeszcze było dziecko (…) Mosiek założył tam sklep kolonialny, taki wielokorzenny jak we wszystkich nowelkach o Żydach się pisze – taki regularny sklepik, w którym było »ryż, mydło i powidło«. I w kącie jednym stało wielkie pudło malowanych cukierków-rybek, po groszu. Te rybki i makagigę kupowaliśmy u Mośka”12.

– Najsmaczniejsze były cukiereczki białe o smaku migdała. Dobre były, ale drogie. I makagiga – pani Szydłowska zaczyna dopowiadać z rozmarzeniem. – Pan nie wie, co to jest? – przerywa, widząc moją zdziwioną minę. Kręcę głową. – Makagigi robiono z maku. Prażono go z miodem, a jak zastygł, krojono go na kawałki. Taki twardy mak, a w ustach się rozpływał. Spory kawałek 5 groszy kosztował – Szydłowska uśmiecha się do siebie. – Czasem robili taką rureczkę z tej masy makowej, a w środku były kawałki fig – ciągnie opowieść, ale podobnie jak Półtawska nie pamięta, w którym roku skończył się ten ich ogród. Możliwe, że stało się to w 1925. Księga adresowa Rzeczypospolitej Polskiej 1925/1926 podaje bowiem, że wtedy przy Króla Leszczyńskiego numer sześć niejaka Sura Grynsztajn prowadziła sklep kolonialny. – Być może było to właśnie w tym czasie. Możliwe też, że właścicielką sklepu była Sura, ale sprzedawał tam Mosiek. Oni mieli też córkę Reginę – dodaje.

O córce Mośka mówi także Półtawska: „Regina była śliczna. Miała wdzięk i wytworność babki. (…) Ale nieprędko puściliśmy ją na podwórko, musiała się okupywać garściami rybek kradzionych ze sklepu ojca”13.

I dalej: „A potem przyszli Niemcy, wyszarpnęli z domu Mośka i całą rodzinę, i Reginkę – wszystkich. Tam pod murem ogrodu kazali Mośkowi kopać rów. (…) Podwórkowe dzieci nie istnieją, została jedna dziewczyna i jej opowiadanie. Ale został też mur od ogrodu Saskiego i to miejsce, gdzie zrobiliśmy te schodki, to miejsce wtedy takie jaśniejsze… Ogrodu też nie ma, zrównana górka, a na niej blok mieszkaniowy, kolorowy i wesoły”14.

– Mosiek przeżył wojnę. Pamiętam dobrze, jak wrócił i wypytywał nas o swoją rodzinę, czy nie wiemy, co się z nimi stało – mówi mi jednak pani Szydłowska. – Przychodził na podwórko kilka dni, a potem słuch po nim zaginął.

Tego podwórka już nie ma. Teren wyrównano, wyłożono kostką brukową. Muru też nie ma. Choć nie do końca to prawda. Kilkadziesiąt metrów dalej za współczesnymi budynkami Urzędu Stanu Cywilnego zachował się jego fragment. Jest taki, jak zapamiętała go Półtawska: wysoki, szeroki i z czerwonej cegły. Ale podwórkowe dzieci, które przy nim mieszkały, nie zrobiły tu schodków…

Wojtasikowie

Adam, Anna, Maria, Leokadia i Wanda. Cóż więcej da się powiedzieć o tej rodzinie prócz tego, co już tu padło? Co można powiedzieć na podstawie kilku zachowanych fotografii rodzinnych? Ot, choćby tej wykonanej gdzieś około roku 1938 w Lublinie na tyłach ogrodu Saskiego z rodziną Anny. Adam, ubrany w dziwaczny, robotniczy mundur, ma tu 58 lat. Przed nim jeszcze 12 lat życia. Zmęczoną i pooraną bruzdami twarz zdobią niewielkie – modne w tamtym czasie – wąsy typu „szczotka”. Anna ubrana w staromodną suknię wygląda niczym służąca. Ma nietypową urodę. Podobnie córki. Ponoć najładniejsza była Maria – na tym zdjęciu z koralami na szyi. Ale czy o to chodzi? Wygląd zewnętrzny nie powie mi nic o tym, jakimi byli ludźmi, jaki był ich dom, jakimi wartościami się kierowali. Moje wiadomości są więcej niż skąpe. Ludzi, którzy ich znali, w większości już nie ma. Poumierali. Nieliczni żyjący pamiętają niewiele. Sama Półtawska – mimo że przez całe życie zajmuje się problematyką rodzinną – o swoich najbliższych nie wspomina prawie wcale. Ojciec – on jeden – pojawia się czasem w jej wspomnieniach. Jest idealny, bez żadnej skazy.

– Ja byłam córką tatusia, a mama była nadzwyczajna, dobra, kochana, ale ja byłam tatusiowa niunia. Ja sobie z tatą chodziłam po górach. Po górach nie, po wąwozach – koło Lublina nie ma gór, ale są takie pagórki. [Chodziliśmy] po lasach i to, że ja kocham las, to jest mój tatuś – powie przed kamerą Wandzie Różyckiej-Zborowskiej15.

– Ja jestem tatusiowa niunia. Jestem córka taty. Byłam najmłodsza i ojciec mnie nosił na rękach – niemal te same słowa powtórzy w rozmowie ze mną kilka lat później. – Pierwszym mężczyzną w życiu dziewczynki ma być tatuś. To jest najważniejsze. Ojciec musi zaprzyjaźnić się z córką, bo tylko on może jej pomóc – dodaje.

Nie mam wątpliwości, że Adam Wojtasik był z Wandą zaprzyjaźniony. Wątki przyjaźni ojca z córką przewijają się niemal w całej twórczości Półtawskiej. Są w każdej książce, pojawiają się w publicznych wystąpieniach.

„Dziewczyna potrzebuje przyjaźni z ojcem (…) głęboka przyjaźń córeczki z tatusiem pozwala jej zrozumieć męską psychikę i on potrafi ją niejako uodpornić na to, kim jest mężczyzna. (…) Ojciec w każdym etapie życia jest potrzebny i ma swoją rolę do spełnienia, ale w sposób szczególny potrzebuje przyjaźni z ojcem dorastająca dziewczynka”16.

„Ojciec – kochający, taki którego dziewczyna może podziwiać, którym może się chwalić, pójść z nim na wycieczkę w góry i do kawiarni młodzieżowej i pokazać go koleżankom. A on ją kocha, nazywa swoją córunią, królewną i dowartowościowuje swoją córeczkę”17.

„Ojciec w wędrówkach z córką, delikatnie, ale jednoznacznie może ujawnić dziewczynie niebezpieczeństwo i on ją otoczy ojcowskimi ramionami, które są mocne, czułe, bezinteresowne i opiekuńcze”18.

„Ojcu dziewczynka może powiedzieć więcej niż matce, bo ojciec ma bardziej spokojne, bardziej, można powiedzieć, chłodne spojrzenie i z jego zdaniem córka się liczy bardziej niż ze zdaniem matki”19.

I takie musiały być relacje Adama i Wandy. Ojciec wędrował z córką w podlubelskie lasy pełne pagórków i wąwozów. Choćby do leżącego wówczas kilka kilometrów za miastem Sławinka – będącego swego czasu dość znanym uzdrowiskiem (w latach powojennych Sławinek włączono w granice administracyjne Lublina i założono tu ogród botaniczny). To z ojcem Wanda będzie podziwiała kwiaty i drzewa, a na wspólnych wyprawach do lasu będzie zbierała dziwne korzenie i szyszki. „Przynosiliśmy jakieś kwiaty, które potem ojciec sadził w doniczce lub ogródku. W domu pełno było kwiatów, które ciągle kwitły, i wszyscy mówili, że ojciec ma szczęśliwą rękę do kwiatów, bo jemu co roku kwitły nawet takie, o których pisano, że kwitną raz na parę lat” – wspominała20.

I w innym miejscu: „mnie maleńką włóczył ze sobą kilometrami w jakże ciekawe wąwozy Elizówki czy ciemny Las Zemborzycki. Bywało, że potem musiał mnie nieść do domu, bo okazywało się, że za daleko zawędrowaliśmy i małe nóżki nie nadążały. Z tych wędrówek przynosiliśmy skarby: kwiaty z korzeniami, które potem ojciec zasadził w ogródku; korzenie-dziwaki, jak jakieś stwory z bajki; i szyszki, i żołędzie, i wszystko, co las ofiaruje człowiekowi”21.

W kolejnym: „Zaszczepiona przez mego ojca miłość do przyrody i do wędrówek, pogłębiona harcerskim stylem życia, stała się moją drogą, moim sposobem spędzania wakacji do dziś – każdy wolny dzień to wypad w góry, do lasu, w zielony piękny świat”22.

W książce Stare rachunki Półtawska zamieści opis zakładania przez ojca klombu. Najpierw przekopie ziemię, potem wyznaczy obrys klombu, zasieje trawę i zasadzi kwiaty. A potem będzie je podlewał „aż do znudzenia, aż do zniecierpliwienia mojej matki, która go woła na kolację. A ojciec będzie podlewał, bo ma takie swoje sposoby. Uważa, że najlepiej rosną kwiaty, jak się je podlewa przed wschodem i po zachodzie słońca – i na to nie ma rady. Tata tak się nauczył i tak wie, i tak robi”23.

Z ojcem będą kojarzyły się róże, które sprowadzał z Holandii, zapach tataraku wspólnie zrywanego przed Zesłaniem Ducha Świętego. To ojciec w 1942 roku wyśle na imieniny do uwięzionej córki kwiaty. Wanda wspomni to tak: „Pudło, które esesman otwiera: w środku biała koperta i znowu pudełko, a w nim – nie, tego się nikt nie spodziewał, ja też nie… W mocnym pudełku owinięte w białą bibułkę kwiaty – świeże, jakby w tej chwili zerwane biało-czerwone róże i pęk złotych kłosów. (…) łodyżki kwiatów tata misternie owinął w zbiorniczku z wodą, przemyślnie tak, że przyszły świeżutkie”24.

To on w czerwcu 1944 roku napisze pierwsze zdania w liście do córki, który potem zostanie zapieczony w cieście i przemycony do obozu: „Najukochańsza córuś. W dzień Twojego święta tulę Cię z największą miłością do mego tęskniącego serca – Dusia najdroższa, Dusieńko. Całuję serdecznie moją solenizantkę, życząc prędkiego powrotu, bo usycham z tęsknoty. Twój Tatuś”25.

Dalsza część listu skreślona ręką siostry Marii. Pisała o mszy św. w jej intencji, wspomniała znajomych, mówiła o swoich sympatiach, przesyłała pozdrowienia od rodziny bliższej i dalszej. O matce ani słowa…

To na rękach Duśki w lutym 1950 roku Adam Wojtasik umrze. Wanda będzie już wtedy studentką medycyny i postawi mu diagnozę. Ojciec umrze przytomnie, z modlitwą i pieśniami maryjnymi na ustach. Będzie grał na organkach…

A matka? „Matki się nie zapomina. Jakiekolwiek mogą być układy międzyosobowe, ta więź jest silniejsza niż wszystkie inne. Moja matka. Zawsze umiera za wcześnie, zawsze chciałoby się ją jeszcze mieć”26 – powie Półtawska. I nic więcej. Drobne, mało istotne wspominki. Żadnych konkretów.

Maria Szydłowska Annę Wojtasik pamięta jak przez mgłę. Nigdy z nią nie rozmawiała, mijały się tylko na podwórku. – Znałam ją z widzenia, ale zapamiętałam jako kobietę dość surową – mówi. – Pamiętam, że kiedyś moja przyjaciółka Mirusia była zaproszona przez Wandę na obejrzenie nowego mieszkania i mebli. Potem mówiła, że więcej tam nie pójdzie, bo matka Wandy bardzo oficjalnie i surowo ją przyjęła, a ona sama bez matki potrzebowała odrobiny ciepła – uzupełnia.

Szydłowska to jedyna osoba, która mogłaby pamiętać Annę Wojtasik z Lublina. W Krakowie takich osób jest więcej, bo Wojtasikowa przeprowadziła się w pewnym momencie do najmłodszej córki. Problem w tym, że nikt nie potrafi sobie jej przypomnieć.

Ksiądz Mieczysław Turek, seminaryjny kolega Jana Pawła II, wyświęcony na kapłana w 1949 roku, jest jednym z najstarszych księży w archidiecezji krakowskiej. Niemal przez całe kapłańskie życie pracował w krakowskiej parafii św. Anny. Dziś msze św. odprawia w domu, na stoliku przy lodówce. W kościele celebruje tylko w niedzielę, i to tylko wtedy, gdy pozwala mu na to stan zdrowia. Wanda Półtawska w Beskidzkich rekolekcjach wspomina go jako tego, który jej matce udzielił sakramentu namaszczenia chorych. Specjalnie dla mnie ksiądz podnosi się z łóżka. Wolno, podpierając się laską, przechodzi do gościnnego pokoju. Siadamy przy stoliku, który służy mu za ołtarz.

– Anna Wojtasik? Wie pan, ja jej prawie wcale nie pamiętam. Pamiętam Wojtyłę z seminarium duchownego, Półtawską, jak przychodziła do św. Anny na moje kazania, ale jej matki zupełnie sobie nie przypominam – mówi zasmucony, że nie może mi pomóc. – Mam jedynie jakiś mglisty obraz cichej i spokojnej kobiety, która była zaprzeczeniem córki. Nie przypominam sobie tego momentu, gdy dawałem jej ostatnie namaszczenie. Ale to pewnie dlatego, że udzielałem tego sakramentu wielu ludziom. Przykro mi, że nie mogę pomóc – zwiesza głowę.

Annę Wojtasik pamięta za to Stanisława Śledziejowska-Osiczko, z którą Półtawska przez cztery lata była w obozie Ravensbrück i z którą do dziś utrzymuje kontakt. Pani Stanisława przez wiele lat jeździła do Krakowa i pomagała Półtawskim w opiece nad dziećmi.

– Pamiętam ją doskonale. To był bardzo dobry człowiek, oddana, matczyna. Po prostu cudowna. Jeśli w Duśce jest coś dobrego, to z całą pewnością jest to z matki – stwierdza. – Dziwę się jej, że ona o niej nie mówi. Szkoda, że Jan Paweł II nie żyje. Lubił ją bardzo. On by powiedział.

Matka – jak odnotuje w Beskidzkich rekolekcjach Półtawska – w 1967 roku przepowiedziała krakowskiemu metropolicie, że zostanie papieżem, lecz ona tego nie doczeka27. Tak też się stało. Zmarła w 1976 roku. W marcową – wedle relacji córki – niedzielę. Z różańcem z Ziemi Świętej w rękach. Wcześniej przy łóżku umierającej mszę św. odprawi kard. Karol Wojtyła. „W ramionach ulubionej wnuczki Ani bez lęku i spokojnie poszła do nieba”28. Pochowano ją w rodzinnym grobie w cieniu rozłożystego drzewa na krakowskim cmentarzu na Salwatorze. Na płycie wyryta data śmierci: 1 III 1976. Tyle tylko że to nie była niedziela, lecz poniedziałek…

Podczas naszego spotkania próbuję podpytać Wandę Półtawską o matkę. – Fascynujące jest być ojcem, być matką. Ale tylko ojciec pomaga córce, bo dziewczynkę trzeba przestrzec przed nią samą i przed mężczyzną. I tego nie zrobi matka, bo matka nic o tym nie wie. To może być tylko ojciec. On ma być obrońcą. Nawet Matce Bożej potrzebny był mężczyzna, by Ją ochronić. Nie byłoby św. Józefa, gdyby nie był potrzebny. Żadna kobieta nigdy nie wychowała dziecka. Kobiety nie umieją wychowywać. Kobiety hodują – mówi. – Niech pan wejdzie w rolę ojca i niech pan się zaprzyjaźni z córeczką. Wszystko pan zrozumie.

O siostrach nie dowiem się niczego. Wiem jedynie, że po wojnie Maria pracowała jako asystentka w Rejonowym Urzędzie Telefoniczno-Telegraficznym w Lublinie, a Leokadia w zakładzie Polskiego Monopolu Tytoniowego. Umarły jako stare panny. Przy jednej kręcił się ponoć jakiś amant, ale sympatyzował z komunistami, więc nic z tego nie wyszło. Pozostają jedynie ich spojrzenia z fotografii…

Przedszkole

Pod koniec stycznia 1925 roku Wydział Opieki Społecznej lubelskiego magistratu ustalił tygodniowy jadłospis dla miejskich przedszkoli z precyzyjnie wyliczoną wagą poszczególnych produktów przypadających na każde dziecko oraz służące. Posiłki – ustalono ich jedynie sześć – nie były zbyt wyszukane. Dominowały w nich ziemniaki, buraki oraz kasze. Jednego dnia na obiad dzieci mogły zjeść na przykład barszcz buraczany z kartoflami i manną (ilość produktów na jedno dziecko: buraki – 100 g, kartofle – 200 g, manna – 60 g, tłuszcz – 15 g, sól – 8 g, cebula – 2 g). Kolejnego dnia na obiad proponowano buraki z kartoflami i gulasz z cielęciny. A następnego znów barszcz buraczany z kartoflami i kaszą gryczaną. I tak przez cały rok.

Wanda Wojtasik do przedszkola przy ul. Króla Leszczyńskiego 8 zaczęła chodzić jako trzylatka, jesienią 1924 roku. Wracam do starej fotografii, tej, którą dostałem od Barbary Oratowskiej. Uwieczniono na niej 29 dzieci z przedszkola i dwie wychowawczynie. Dzieciaki ustawiono na tle jednej ze ścian budynku przedszkolnego. W oczy rzuca się wyraźny wydrapany w tynku napis: „Lola”. Niewykluczone, że wydrapał go jakiś wielbiciel Leokadii Wojtasik – w domu używano właśnie takiego zdrobnienia. Na fotografii widać też fragment okna.

Pierwszy raz o tym zdjęciu rozmawiam z Marią Szydłowską przez telefon. – Czy jedna z pań na tym zdjęciu jest wyraźnie wyższa od tej drugiej? – pyta.

– One siedzą, więc nie za bardzo widać – odpowiadam. – Ale jedna jest jakby trochę niższa.

Rozmawiamy w czwartek. Pani Maria może się ze mną spotkać dopiero w kolejnym tygodniu w środę. Obejrzy zdjęcie, ale zastrzega, bym nie spodziewał się rewelacji. W międzyczasie wysyłam fotografię e-mailem do Cypriana Skwarka, starszego o kilka lat brata pani Marii (w lutym 2016 roku skończył on sto lat). Niemal natychmiast oddzwania jego syn Wojciech: – Tata nie ma wątpliwości, że to zdjęcie zrobiono przy Króla Leszczyńskiego 8. Wykonano je z tyłu budynku, na co wskazuje padające światło – tłumaczy. – Ale on do tego przedszkola nie chodził.

Pani Maria ma spore problemy ze wzrokiem. Powiększam więc fotografię do maksymalnych rozmiarów. – Ta pani – wskazuje palcem kobietę w ciemnym żakiecie z białym kołnierzem – to pani Miecia, Mieczysława Kramarzówna. Ona była kierowniczką przedszkola. A ta tu – palec wędruje na drugą z kobiet – to Zofia Rukaszówna. Pochodziła z tej samej miejscowości pod Puławami co moja matka. Jej młodsza siostra – Pela – to była przyjaciółka mojej matki z wczesnej młodości.

Szydłowska szuka na zdjęciu siebie, bo ona do tego przedszkola też chodziła. Ale nie znajduje. Jej palec zatrzymuje się na chłopcu trzecim od prawej w drugim rzędzie. – Pani Jadwigo – woła opiekunkę. – Niech pani zobaczy, czy to nie jest mój brat Romcio? Pani Jadwiga (opiekowała się Romanem Skwarkiem przez kilka lat aż do jego śmierci) uważnie ogląda fotografię, porównuje ją ze zdjęciem z archiwum Szydłowskiej i po chwili potwierdza, że chłopiec to rzeczywiście Roman Skwarek. – No, ale mnie tu nie ma – mówi pani Maria. – Widać nie było mnie tego dnia w przedszkolu.

Pokazuję Szydłowskiej charakterystyczną dziewczynkę w pierwszym rzędzie. Jako jedyna ma warkocze z białymi kokardami, a w rękach mocno ściska lalkę. – To Wandzia Wojtasikówna – mówi po chwili. Tak więc napis na odwrocie zdjęcia nie kłamie…

Wanda Wojtasik ma na tym zdjęciu prawie sześć lat. Skończy je za kilka dni. Zdjęcie zrobiono bowiem we wtorek 25 października 1927 roku o godzinie 10 przed południem. Wiemy o tym, bo Wydział Opieki Społecznej, zawiadamiając kilka dni wcześniej kierowniczkę przedszkola o planowanym przyjeździe fotografa, uprzedzał, że „należy dopilnować, aby o tej godzinie wszystkie dzieci były w ochronie”. Fotografie wykonano wówczas we wszystkich lubelskich przedszkolach, podjął się tego zakład fotograficzny „St. Zawadzki i L. Radzikowski i Ska” z Krakowskiego Przedmieścia 24.

Wracam jeszcze do zdjęcia z 2013 roku zrobionego tuż przed rozbiórką kamienicy. – Tu jest okno od kuchni, a tu od dużej sali, w której się bawiliśmy – wspomina Maria Szydłowska. – W środku była jeszcze mniejsza sala oraz prywatny pokoik pań, bo one tam mieszkały. Był też mały przedpokoik. Warunki dość prymitywne – dodaje.

Opis ten zgadza się z tym, co w sprawozdaniu z działalności miejskich przedszkoli w Lublinie za rok 1925 zapisała Maria Guzkowa, nadzorująca wówczas ich pracę. Z odnalezionego w Archiwum Państwowym w Lublinie dokumentu dowiaduję się, jak wyglądał przeciętny dzień przedszkolaka. Dzieci przyprowadzano na 9 rano. I najpierw przez pół godziny sprawdzano czystość oraz porządek. Kolejne pół godziny (9.30–10.00) przeznaczano na modlitwę śpiewaną oraz pacierz. Później były: marsz rytmiczny (15 min), pogadanka wraz z ilustracją (45 min), zabawy ruchowe (pół godziny). O godzinie 12 podawano dzieciom obiad i do 13 było leżakowanie. Od 13.30 do 14.50 czas wypełniano grami ruchowymi oraz robótkami ręcznymi. Pobyt w przedszkolu kończył się zaś dziesięciominutową modlitwą.

Kilka razy w tygodniu ten plan ulegał lekkiej modyfikacji. We wtorek pogadanki zastępowało ćwiczenie mowy, w czwartek ćwiczenia liczbowe, z kolei w sobotę opowiadano dzieciom bajki lub powiastki. „Zajęcia prowadzą wychowawczynie metodycznie według z góry ułożonego planu, łożąc ogromny wysiłek na rozwój intelektualny i moralny dziatwy” – raportowała Guzkowa.

Kierowniczki przedszkoli co miesiąc były zobowiązane do składania sprawozdań o stanie zdrowia dzieci. Ochrona na Leszczyńskiego miała dwa oddziały, do których uczęszczało w sumie 50–60 dzieci. W lutym 1925 roku dwanaścioro podopiecznych chorowało na ospę, dwoje na świerzb, a sześcioro było lekko przeziębionych. W listopadzie tego samego roku piętnaścioro dzieci zapadło na odrę, u pięciorga stwierdzono przeziębienie. Odnotowano również po jednym przypadku dyfterytu i zapalenia oskrzeli. Przedszkole wówczas na kilka dni zamknięto, by dokonać dezynfekcji.

Na listach chorych nie znajduję nazwiska Wojtasikówny. Wygląda zatem na to, że poważne choroby trzymały się od niej z dala. Nie ma jej też na listach dzieci zwolnionych z opłat.

Ogródkowa

W pierwszej połowie lat trzydziestych Wojtasikowie przeprowadzili się z sutereny przy Leszczyńskiego do kamienicy przy ul. Ogródkowej 4 – kilkaset metrów dalej od centrum Lublina, w głąb Wieniawy. Zamieszkali w lokalu pod numerem 16, na ostatnim, świeżo dobudowanym piętrze.

– Ogródkowa szła nad łąkami. To była taka boczna, łamana uliczka, zresztą chyba do dziś taka jest, że zatacza jakby krąg. W tamtych czasach była zupełnie nieuregulowana, nie ułożono tam chodnika, a sama ulica była nieutwardzona – opowiada pani Szydłowska. – Dobrze znam to miejsce, bo w tej kamienicy mieszkała krawcowa, która mojej mamie szyła garderobę.

Szydłowska nigdy w mieszkaniu Wojtasików nie była, ale odwiedzała je czasami jej koleżanka z kamienicy przy Leszczyńskiego. – Mirusia Gutkiewiczówna była młodsza od Wandy, ale chodziły do tego samego gimnazjum i się przyjaźniły. I pamiętam, jak ona z wielkim przejęciem opowiadała, że była do tego mieszkania zaproszona, bo Wojtasikowie kupili sobie nowe meble – mówi z rozrzewnieniem. – Nie wiem jednak, jaki był rozkład tego mieszkania. Nie interesowałam się tym – dodaje.

Okazuje się, że do dziś zachowały się przedwojenne plany rozbudowy tej kamienicy i kilka szczątkowych informacji o sąsiadach Wojtasików. Duży przestronny budynek wybudowano w latach 1924–1925 na działce należącej do Gabrieli Kuczyńskiej. W 1931 roku dokonano jego przebudowy, dostawiając trzecie piętro. I właśnie tam wprowadzili się Wojtasikowie.

Ich nowe mieszkanie było dwukrotnie większe od tego przy Leszczyńskiego. Na około 45 metrach kwadratowych znajdowały się kuchnia, przestronny salon oraz mniejszy pokój. Okna kuchni oraz salonu wychodziły na wschód i widać było z nich niemal całą Wieniawę. W całym domu, należącym do Jana i Karola Pomorskich, wszystkich mieszkań było 22, ale jedynie dwa – ulokowane na trzecim piętrze – były trzyizbowe. Ale i tu brakowało specjalnych wygód. W domu nie było bieżącej wody. Mieszkańcy korzystali z wodociągu miejskiego usytuowanego około 300 metrów od budynku. Nie było też kanalizacji, a trzy ustępy znajdowały się w podwórzu. Z ankiety sporządzonej w październiku 1936 roku przez właścicieli nieruchomości wynika, że w kamienicy była za to elektryczność – wyjątek stanowiło przyziemie oraz klatka schodowa, które oświetlano lampami naftowymi.

Na parterze budynku jeden z właścicieli – Jan Pomorski – prowadził sklep mięsny, w którym sprzedawał wędzone przez siebie wędliny, co jak się okazuje, stanowiło pewien problem dla lokatorów. W styczniu 1939 roku mieszkający pod numerem 15 Władysław Kwiek, przodownik Policji Państwowej, skarżył się pracownikom Wydziału Budownictwa lubelskiego magistratu: „podczas wędzenia przez p. Pomorskiego wyrobów masarskich do mego mieszkania wydostała się tak znaczna ilość dymu, że dopiero po kilkugodzinnym przewietrzaniu mieszkania zdołałem usunąć swąd i czad”. Według jego opinii tylko dlatego, że dym wydostał się w dzień, „groźba zaczadzenia została w porę zażegnana”. Podkreślał również, że właściciel nic sobie z tego nie robi, i stwierdzał: „jako policjant dopatruję się możliwości niebezpieczeństwa zaczadzenia lub czegoś groźniejszego”. Kilka dni później przysłana przez magistrat komisja stwierdziła, że do jednego komina dołączone są dwa paleniska, i w trybie pilnym nakazała właścicielowi przeróbkę.

Nie był to jednostkowy przypadek. Trzy lata wcześniej na zatkane przewody kominowe skarżył się mieszkający w tej kamienicy Zygmunt Karczyński, referendarz Kuratorium Okręgu Szkolnego. W piśmie do magistratu pisał, że przez zatkany przewód kominowy zagrożone jest życie jego i jego żony i nie jest „wykluczony wypadek śmiertelny”. Ponieważ jednak właściciel nie reagował na jego prośby o załatwienie sprawy, Karczyński doszedł do wniosku, „iż zrobione to zostało rozmyślnie i przez złośliwość”.

We wspomnieniach Półtawskiej mieszkanie przy Ogródkowej pojawia się jedynie trzy razy. Epizodycznie. Pierwszy raz wspomni o nim, gdy tuż po zajęciu Lublina przez Niemców, we wrześniu 1939 roku, po całej nocy spędzonej w komendzie garnizonu i w szpitalu wróciła do domu i położyła się „na kanapie – starej, krzywej i zielonej”29. Innym razem przywołała obraz z 17 września 1939 roku, gdy Niemcy palili żydowską dzielnicę: „Z mojego okna widać było Wieniawę. Esesmani z karabinami otoczyli ją kordonem i podpalili. Ludzi wyrzucili z mieszkań – osobno odstawiali mężczyzn, osobno kobiety i dzieci” – pisała i dodawała, że od okna odciągnął ją wówczas w ostatniej chwili ojciec, bo przypatrującą się pacyfikacji żydowskiej dzielnicy dziewczynę zauważył niemiecki żołnierz i strzelił w kierunku okna. Kula trafiła w wiszący na ścianie zegar. „Odeszłam od okna. I już nigdy do niego nie wróciłam” – stwierdzała30. Sprawdzi się to za dwa lata. W tym mieszkaniu 17 lutego 1941 roku została aresztowana przez gestapo i już nigdy więcej w nim nie była.

W czasie wojny – w roku 1944 – kamienica uległa znacznemu zniszczeniu. Na wysokości trzeciego piętra nie było ściany frontowej, zburzona została także ściana szczytowa, pozostałe ściany popękały, a w środku budynku zawaliły się stropy. W sierpniu 1944 roku Wojtasikowie przenieśli się na ulicę Lubartowską, ale Wanda mieszkała tam zaledwie kilka miesięcy.

Kamienicy przy Ogródkowej 4 już nie ma. Zresztą na całej ulicy po przedwojennej zabudowie nie pozostał żaden ślad. Dziś stoją tu kolorowe bloki.

Żmichowska

W 1928 roku w Lublinie działało 20 siedmioklasowych szkół powszechnych. Było jeszcze 11 szkół prywatnych tego samego typu. Prócz nich istniało kilka placówek dwu-, trzy- i czteroklasowych. We wrześniu tego roku Wanda Wojtasik rozpoczęła edukację w żeńskiej szkole nr 9 im. Narcyzy Żmichowskiej przy ul. Narutowicza 16. Trudno powiedzieć, dlaczego rodzice posłali ją akurat do tej placówki, odległej o ponad kilometr od domu (wówczas jeszcze przy Króla Leszczyńskiego). Bliżej – zaledwie kilkadziesiąt metrów – było do, także żeńskiej, szkoły im. Królowej Jadwigi, przy al. Długosza. Być może o wyborze zdecydowały względy praktyczne. Adam Wojtasik, pracujący na poczcie przy Krakowskim Przedmieściu, miał na Narutowicza kilka kroków – mógł zatem odprowadzać córkę do szkoły, a potem ją odbierać.

W okresie II Rzeczypospolitej szkolnictwo w Lublinie borykało się z dużymi problemami lokalowymi. Stąd szkoła im. Żmichowskiej tak naprawdę miała dwie lokalizacje. Przy Narutowicza uczyły się dzieci od piątej klasy wzwyż. Z kolei dzieci młodsze chodziły kilkaset metrów dalej, do filii przy ul. Okopowej. Zajmowała ona stary drewniany dom, w którym klasy znajdowały się na parterze. Z tego okresu życia Półtawskiej znalazłem niewiele informacji. Zaledwie jedno zdjęcie. Wykonano je najpewniej jesienią 1928 roku. Ubrane w jednolite (zapewne granatowe) mundurki z białymi kołnierzykami dziewczynki – a jest ich aż 49 – zdają się nie zwracać uwagi na fotografa. Siedzą spokojnie w drewnianych ławkach. Wanda w ostatniej. Widać jedynie fragment twarzy i charakterystyczny warkocz. Na końcu klasy, w rogu, nauczycielka Amelia Cybulska – jedna z pierwszych absolwentek Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Kilka lat po wykonaniu tego zdjęcia Cybulska wstąpiła do nowicjatu Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej, później przeniosła się do Urszulanek Serca Jezusa Konającego, gdzie przyjęła imię Maria Małgorzata od Jezusa Konającego w Ogrójcu. Zmarła w 1984 roku*4.

Patrząc na to zdjęcie, niewiele da się powiedzieć. Nie wiadomo, jaka to lekcja. Dziewczynek z tej fotografii zapewne już nie ma. Nie ma też żadnych dokumentów po tej szkole, bo dziwne były jej losy. Po wojnie przekształcono ją w szkołę ogólnokształcącą Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, potem zmieniła imię na Manifestu Lipcowego, później na Władysława Jagiełły, a w 2004 roku została zlikwidowana. Archiwalne dzienniki lekcyjne zaginęły. Nie dowiem się zatem, jak uczyła się w pierwszych szkolnych latach Wojtasikówna ani z kim się przyjaźniła…

Wiem jedynie, że do Żmichowskiej chodziła tylko trzy lata. Od września 1931 roku zaczęła naukę w szkole Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej – również przy ul. Narutowicza, tyle że pod numerem ósmym.

U sióstr

Urszulanki Unii Rzymskiej pojawiły się w Lublinie w lipcu 1917 roku. Już 1 września w zabytkowym gmachu dawnego klasztoru brygidek przy ul. Namiestnikowskiej 8 (później Narutowicza 8/10), który jako wotum za zwycięstwo pod Grunwaldem ufundował Władysław Jagiełło, uruchomiły szkołę. Powstały trzy klasy szkoły przygotowawczej i pięć pierwszych klas ośmioletniego gimnazjum. Naukę rozpoczęło wówczas 190 dziewcząt, z tego 69 zamieszkało w internacie.

W międzywojniu w mieście działało kilka szkół żeńskich. Poza szkołą im. Unii Lubelskiej wszystkie były placówkami prywatnymi podzielonymi na kategorie od A (najlepsza) do D (najsłabsza). Gimnazjum urszulanek miało najwyższą kategorię, zrównaną ze szkołami państwowymi. Nic zatem dziwnego, że szkoła przy Narutowicza cieszyła się dużym prestiżem i chodziły do niej córki lubelskich elit: adwokatów, sędziów, lekarzy czy bogatych ziemian. W kolejnych latach liczba uczennic szybko wzrastała, aż do 594 tuż przed wybuchem wojny.

Nauka oczywiście była odpłatna. „Była to szkoła elitarna, droga – w sensie opłat za naukę, grupująca dziewczynki ze środowiska ziemiańskiego i inteligencji miejskiej” – wspominała o kilka lat młodsza od Wojtasikówny Alina Zdańska-Maciejkowska, która naukę u urszulanek zaczęła w 1933 roku31.

„To było najelegantsze gimnazjum. Wszystkie ziemianki uczęszczały tam. (…) Dość kosztowne było jak na ówczesne czasy” – mówiła urodzona w roku 1915 Kalina Skokowska32.

„Pamiętam, że w mojej klasie była Alina Głogowska – córka generała. Były córki bardzo bogatych dziedziców, arystokracja ziemska, była Wanda Kujawska – córka lekarza, była Janeczka Kuczewska – córka chyba adwokata albo sędziego” – wymieniała z kolei Janina Smolińska33.

W pierwszej połowie lat trzydziestych miesięczne czesne wynosiło 30 zł. Średnia pensja robotnika to wówczas około 88 zł, goniec w urzędzie państwowym zarabiał 170 zł, a płace pracowników umysłowych kształtowały się w granicach 220–300 zł. Kilogram chleba żytniego pytlowego kosztował 42 gr, litr mleka 28 gr, kilogram mąki 55 gr, a kilogram mydła 1,62 gr.

Wanda przyszła do urszulanek we wrześniu 1931 roku. Zachowany do dziś spis uczennic podaje, że do szkoły została przyjęta bez egzaminu na podstawie świadectwa ukończenia klasy trzeciej. Nauczyciele ze Żmichowskiej wystawili jej ogólną ocenę bardzo dobrą. Tak samo oceniono jej sprawowanie. Została więc uczennicą tzw. klasy przedwstępnej u urszulanek. Ówczesny system oświatowy przewidywał bowiem, że do ośmioklasowego gimnazjum przyjmowano dzieci po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej. Wanda miała za sobą jedynie trzy, a dla takich dzieci organizowano właśnie klasy przedwstępne.

Jednak czas, w którym Wojtasikówna przyszła do szkoły, nie był zbyt fortunny. W 1932 roku władze II Rzeczypospolitej dokonały reformy szkolnictwa. W jej ramach miano ujednolicić system edukacji w całym kraju. Wprowadzono siedmioletnią szkołę powszechną (ostatnia klasa przeznaczona była dla uczniów, którzy nie kontynuowali nauki), czteroletnie gimnazjum zakończone tzw. małą maturą i dwuletnie liceum ogólnokształcące. W związku z tym, że w roku szkolnym 1932/1933 nie prowadzono naboru do klas pierwszych gimnazjów starego typu, Duśka musiała powtórzyć najpierw klasę przedwstępną (odpowiednik piątej klasy szkoły powszechnej), a potem uczyć się jeszcze w klasie wstępnej (odpowiednik klasy szóstej). Naukę w czteroletnim gimnazjum zaczęła dopiero we wrześniu 1934 roku.

Wanda Półtawska: „Ojciec mój wybrał szkołę urszulańską, chociaż to była szkoła za droga na nasze możliwości. (…) Oni mi z miejsca dali stypendium, ja nie miałam problemów. Nie płaciłam za szkołę przez całe dziesięć lat, gdy byłam u urszulanek”34.

Henryka Jurkowska-Gutteber, koleżanka z klasy: „Wandę to podziwiałam. Ją i jej rodziców przede wszystkim. Wesoło im nie było. Trzy córki i wszystkie wykształcili. A przecież to grosze nie kosztowało przed wojną”35.