Walka o przyprawy. XVI-wieczna rywalizacja, która ukształtowała nowożytny świat - Roger Crowley - ebook + książka

Walka o przyprawy. XVI-wieczna rywalizacja, która ukształtowała nowożytny świat ebook

Roger Crowley

0,0
69,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przyprawy, które wyznaczyły kurs wielkich odkryć geograficznych - historia, w której pieprz był wart więcej niż fortuna.

Kolumb nie szukał Ameryki, Magellan nie zamierzał opłynąć świata. Ich prawdziwym celem było znalezienie zachodniej drogi do Indii i źródła tajemniczych i cennych przypraw. Nienasycony apetyt Europejczyków na goździki i gałkę muszkatołową napędzał wczesnonowożytną gospodarkę i wywołał zaciekłą rywalizację o kontrolę nad wiodącymi do nich drogami.

Roger Crowley z wielką pisarską swadą pokazuje, jak zmagania te ukształtowały nowożytny świat. W latach 1511–1571 dwa europejskie państwa – Portugalia i Hiszpania – starając się zdominować dostawy przypraw, połączyły oceany, stały się wielkimi morskimi imperiami i dały początek globalnemu handlowi.

Walka o przyprawy zabiera czytelnika w podróże z sewilskich doków na bezmiar Pacyfiku, Wyspy Korzenne, koło podbiegunowe i wybrzeża Chin, a dzięki barwnym relacjom naocznych świadków o awanturnikach, katastrofach statków i oblężeniach miast jest narracyjną historią pierwszych spotkań kolonialnych, które na wieki ukształtowały światową gospodarkę.

„Fascynująca opowieść o desperackich i nierzadko brutalnych zmaganiach o dostęp do przypraw” - Giles Milton, autor Muszkatołowej wojny Nathaniela.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 353

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

Tego autora pole­camy rów­nież

MOR­SKIE IMPE­RIA

Dedykacja

Dla Jan z miło­ścią

Motto

Powia­dają, że naj­pięk­niej­szym zapa­chem na świe­cie jest woń goź­dzi­ków. Czu­łem ją w dro­dze z Koczinu do Goa, gdy byli­śmy o ligę od lądu, nie­sioną wia­trem wie­ją­cym od brzegu, a gdy wiatr cichł, nocą. Była tak silna i tak upa­ja­jąca, że myśla­łem, iż muszą tam być lasy kwia­tów. Oka­zało się, że byli­śmy bli­sko statku pły­ną­cego z ładun­kiem goź­dzi­ków z Molu­ków.

Gar­cia de Orta, XVI-wieczny por­tu­gal­ski bota­nik

Cho­ciaż mówimy o „Sta­rym Świe­cie” i „Nowym Świe­cie”, nazy­wamy je tak tylko dla­tego, że z tym dru­gim zetknę­li­śmy się dopiero nie­dawno, a nie dla­tego, że są dwa światy; jest tylko jeden.

Inca Gar­ci­laso de la Vega, 1609

MAPY

Mapa 1. Archi­pe­lag Malaj­ski, wybrzeże chiń­skie i podróż Fran­ci­sca Serrão

Mapa 2. Opły­nię­cie kuli ziem­skiej przez wyprawę Magel­lana 1519–1522

Mapa 3. Prze­prawa przez Cie­śninę Magel­lana

Mapa 4. Eks­pe­dy­cja Wil­lo­ughby’ego i Chan­cel­lora, 1553

Mapa 5. Moluki

Mapa 6. Fili­piny

ZDERZENIA

Z prze­strzeni kosmicz­nej Archi­pe­lag Malaj­ski wygląda jak roz­sy­pane kawałki ogrom­nego por­ce­la­no­wego pół­mi­ska, który jakiś olbrzym upu­ścił na Zie­mię, po czym cof­nął się, by podzi­wiać tego sku­tek. Ostro zakoń­czony połu­dniowo-wschodni koniec Pół­wy­spu Malaj­skiego i wysmu­kłe kształty Suma­try i Jawy prze­cho­dzą w łań­cuch wysp cią­gnący się dłu­gim na wiele tysięcy kilo­me­trów łukiem, rów­nym jed­nej czwar­tej obwodu Ziemi. Nie­które z nich mają kształt pają­ków, inne to pra­wie ide­al­nie okrą­głe plamki zwień­czone stoż­kami wul­ka­nów, wyglą­da­jące jak na dzie­cię­cym rysunku. W poło­wie tego łań­cucha znaj­duje się zwa­li­sta bryła Bor­neo i sie­dem tysięcy szcząt­ków owego pół­mi­ska, z któ­rych skła­dają się Fili­piny. Na wscho­dzie, przed roz­le­głym prze­stwo­rem Pacy­fiku, ostat­nim jego ogni­wem jest Nowa Gwi­nea. A środ­kowe ogniwo, zbyt małe, by można je dokład­nie przed­sta­wić na jakiej­kol­wiek mapie świata, two­rzy grupa tysiąca wyse­pek – Molu­ków, jak przy­jęło się je nazy­wać w pod­ręcz­ni­kach histo­rii. To serce tro­pi­ków, które prze­szywa niczym strzała rów­nik, dzie­ląc dobę na równe połowy – dzień i noc.

Cały archi­pe­lag jest epi­cen­trum jed­nego z naj­bar­dziej aktyw­nych geo­lo­gicz­nie regio­nów Ziemi. To miej­sce styku czte­rech płyt tek­to­nicz­nych, które napie­rają na sie­bie, wypy­cha­jąc na powierzch­nię nowe wyspy wul­ka­niczne, prze­su­wa­jąc Austra­lię na pół­noc i wpra­wia­jąc góry na Nowej Gwi­nei w nie­ustanne drże­nie. Czte­ry­sta pięć­dzie­siąt wul­ka­nów, które sta­no­wią zachodni skraj Pier­ście­nia Ognia obej­mu­ją­cego Pacy­fik wielką pół­ob­rę­czą w kształ­cie koń­skiej pod­kowy, należy do naj­groź­niej­szych na Ziemi. Od czasu do czasu po całym glo­bie nie­sie się ich echo: wybuch Kra­ka­tau w 1882 roku wytwo­rzył naj­gło­śniej­szy hałas odno­to­wany w histo­rii, a w naszych cza­sach, w 2004 roku, pod­wodne trzę­sie­nie ziemi spo­wo­do­wało wyso­kie na pięt­na­ście metrów tsu­nami, które pędząc przez Pacy­fik z pręd­ko­ścią 800 kilo­me­trów na godzinę, ude­rzyło w czter­na­ście kra­jów. Ludzie, któ­rzy miesz­kają na linii tego uskoku, żyją na nie­sta­bil­nej ziemi. Czują, że pla­neta drży, lądy stale zmie­niają kształty i poło­że­nie. Alfred Rus­sel Wal­lace, XIX-wieczny przy­rod­nik, zauwa­żył, że „na wielu z tych wysp lata potęż­nych trzę­sień ziemi two­rzą dla ich miesz­kań­ców chro­no­lo­giczne epoki, za pomocą któ­rych zapa­mię­tują oni wiek swo­ich dzieci i okre­ślają daty waż­nych wyda­rzeń”1. Pisze też, że wcho­dząca w skład archi­pe­lagu Molu­ków wyspa Makian

została roze­rwana przez gwał­towną erup­cję [wul­kanu], która zosta­wiła z jed­nej strony ogromną roz­pa­dlinę się­ga­jącą w głąb góry. Kiedy ostat­nio, w 1860 roku, odwie­dzi­łem wyspę, góra była po szczyt pokryta roślin­no­ścią i znaj­do­wało się na niej dwa­na­ście lud­nych malaj­skich wio­sek. 29 grud­nia 1862 roku […] nastą­pił nagle kolejny wybuch, który roz­sa­dził górę, cał­ko­wi­cie zmie­nia­jąc jej wygląd, zabi­ja­jąc więk­szość miesz­kań­ców, wyrzu­ca­jąc taką ilość popiołu, że nad odle­głą o sześć­dzie­siąt kilo­me­trów Ter­nate pociem­niało niebo, i nie­mal kom­plet­nie nisz­cząc uprawy na tej i na sąsied­nich wyspach2.

To region zde­rzeń nie tylko geo­lo­gicz­nych. Spo­ty­kają się tu, na gra­nicy zwa­nej obec­nie linią Wal­lace’a, dwa kró­le­stwa flory i fauny, z któ­rych jedno wywo­dzi się z Austra­la­zji, dru­gie z Azji. Na boga­tej wul­ka­nicz­nej gle­bie tego łań­cu­cha wysp, w mon­su­no­wych desz­czach i wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze, wyewo­lu­owało wiele prze­róż­nych, nie­spo­ty­ka­nych ni­gdzie indziej roślin, zwie­rząt i owa­dów. Życie jest tu tak bujne, że XIX-wieczny holen­der­ski zoo­log nali­czył przy brze­gach jed­nej z wysp tyle gatun­ków ryb, ile jest we wszyst­kich euro­pej­skich rze­kach i morzach, a tro­pi­kalne lasy tak gęste, że po dru­giej woj­nie świa­to­wej ostatni japoń­ski żoł­nierz zdo­łał ukry­wać się przez trzy­dzie­ści lat na kie­szon­ko­wej wysepce Moro­tai.

Archi­pe­lag jest labo­ra­to­rium ewo­lu­cji. Ta osza­ła­mia­jąca róż­no­rod­ność gatun­ków wpro­wa­dziła Moluki do histo­rii. Pięć wul­ka­nicz­nych wyse­pek – Ter­nate, Tidore, Moti, Makian i Bacan – było jedy­nymi miej­scami na świe­cie, gdzie rosły drzewa goź­dzi­kowe. Leżąca 600 kilo­me­trów od nich inna grupa wysp, Banda, była uni­ka­to­wym źró­dłem gałki musz­ka­to­ło­wej. Owo­com tych drzew zawdzię­czają Moluki nazwę Wyspy Korzenne i to one zwró­ciły na ów archi­pe­lag uwagę świata.

Powab przy­praw sięga odle­głej sta­ro­żyt­no­ści – w mia­stach na brze­gach Eufratu odko­pano liczące cztery tysiące lat pąki goź­dzi­ków, a w Doli­nie Kró­lów odkryto pła­sko­rzeźby przed­sta­wia­jące flotę pły­nącą z ładun­kiem przy­praw. Chiń­scy cesa­rze z dyna­stii Han wyma­gali od swych dwo­rzan, by ich oddech pach­niał goź­dzi­kami, a Rzy­mia­nie uwa­żali, że przy­prawy są węcho­wymi wro­tami do kra­iny bogów, że ich woń nie­sie do niej skła­dane bogom ofiary i dusze ze sto­sów pogrze­bo­wych. Przy­prawy były cenio­nymi afro­dy­zja­kami, środ­kami odka­ża­ją­cymi i prze­ciw­bó­lo­wymi, wzbo­ga­cały smak dań i napo­jów, były namiastką raju. Przy­czy­niły się do powsta­nia lądo­wych i mor­skich szla­ków han­dlo­wych, roz­woju miast i sze­rze­nia reli­gii przez spro­wa­dza­ją­cych je kup­ców. Lek­kie i trwałe, były pierw­szymi towa­rami o naprawdę świa­to­wym zasięgu, a ponie­waż prze­cho­dziły przez ręce wielu pośred­ni­ków, miały tak wysoką marżę – nim tra­fiły na euro­pej­ski rynek, ich cena wzra­stała nawet o tysiąc pro­cent – że ich war­tość prze­wyż­szała war­tość złota o iden­tycz­nym cię­ża­rze. Cza­sami same sta­wały się walutą.

W śre­dnio­wie­czu Euro­pej­czycy zży­mali się na to, że han­del przy­pra­wami spo­czywa głów­nie w rękach kup­ców muzuł­mań­skich i że do nich tra­fia złoto, któ­rym za nie płacą. Źró­dło pocho­dze­nia goź­dzi­ków i gałki musz­ka­to­ło­wej było nie­znane. Ape­tyt zaostrzały opo­wie­ści samot­nych podróż­ni­ków. Marco Polo sądził, że goź­dziki pocho­dzą z Chin – musiał widzieć całe ich gałę­zie spro­wa­dzane z Molu­ków – a gałka musz­ka­to­łowa z Jawy. Fran­cisz­kań­ski misjo­narz Odo­ryk z Porde­none, który na początku XIV wieku odwie­dził Jawę, zorien­to­wał się, że pocho­dzą z jakiejś wyspy leżą­cej dalej na połu­dniu, ale nie udało mu się usta­lić skąd. Wło­ski podróż­nik Ludo­vico di Var­thema utrzy­my­wał, że około 1505 roku dotarł zarówno do Wysp Banda, jak i Molu­ków i widział tam uprawy goź­dzi­ków i gałki musz­ka­to­ło­wej. Dru­ko­wany opis jego podróży zna­lazł się szybko w obiegu.

Ten splot spe­ku­la­cji i pra­gnień stał się moto­rem dale­ko­mor­skich wypraw Euro­pej­czy­ków. Kolumb wyru­szył na zachód, by zna­leźć drogę do „Indii” – Chin, Japo­nii i Wysp Korzen­nych – dotrzeć do źró­dła orien­tal­nych bogactw i wyeli­mi­no­wać muzuł­mań­skich pośred­ni­ków. Uwagi na zacho­wa­nym do naszych cza­sów jego łaciń­skim egzem­pla­rzu opisu podróży Marca Polo wska­zują, że Kolumba inte­re­so­wały przy­prawy, złoto i kamie­nie szla­chetne. Ale tra­fił na barierę nie do przej­ścia – Ame­rykę. Vasco da Gama wybrał wschod­nią drogę do Indii i w 1511 roku dotarł do Malakki na Pół­wy­spie Malaj­skim, skąd nie­mal widać było Suma­trę.

To, co nastą­piło potem, jest tema­tem niniej­szej książki. Moluki miały się stać epi­cen­trum XVI-wiecz­nej wiel­kiej gry, która dosłow­nie ukształ­to­wała świat – naj­pierw zacię­tej walki mię­dzy Por­tu­ga­lią i Hisz­pa­nią o dale­ko­sięż­nych skut­kach, a potem glo­bal­nej rywa­li­za­cji. W jej ramach wysłano dzie­siątki eks­pe­dy­cji przez Malaje, Cie­śninę Magel­lana, wzdłuż wybrzeża Mek­syku i koło pod­bie­gu­nowe pół­nocne. Wypra­wiano floty z Sewilli, Lizbony i Lon­dynu z kon­kwi­sta­do­rami z Kasty­lii, por­tu­gal­skimi i baskij­skimi nawi­ga­to­rami, fla­mandz­kimi kar­to­gra­fami, angiel­skimi mary­na­rzami, nie­miec­kimi i wło­skimi ban­kie­rami. To ona dopro­wa­dziła do zatar­gów z impe­rium osmań­skim i kon­tak­tów Euro­pej­czy­ków ze sta­rymi cesar­stwami Chin i Japo­nii.

W latach 1511–1571 Europa, głodna, ambitna i agre­sywna, prze­su­nęła się zde­cy­do­wa­nie z boku na śro­dek sceny, a Hisz­pa­nia na krótko stała się potęgą świa­tową. W ciągu tych sze­ściu waż­nych dekad Euro­pej­czycy dowie­dli, że Zie­mia ma kształt kuli­sty1, zaczęli wypeł­niać białe plamy na mapach Pacy­fiku, stwo­rzyli pierw­sze świa­towe metro­po­lie i połą­czyli oce­any. Ich impe­ria miały przez pół tysiąca lat domi­no­wać na morzach pla­nety. Ich impo­nu­jące wyprawy oraz zde­rze­nia ludów i kul­tur zaowo­co­wały nie­zwy­kłymi opo­wie­ściami o wytrwa­ło­ści, odwa­dze i cier­pie­niu, a także o aktach okru­cień­stwa wobec rdzen­nych miesz­kań­ców odkry­wa­nych lądów i ludo­bój­stwie. Dzięki wyna­laz­kowi druku zapo­cząt­ko­wały epokę infor­ma­cji i stwo­rzyły sieć glo­bal­nego han­dlu. Napę­dzało ją sre­bro jako uni­wer­salny śro­dek płat­ni­czy, a impul­sem do jej powsta­nia był powab przy­praw. Wszystko to nadało poli­tyczne, han­dlowe, kul­turowe i eko­lo­giczne obli­cze nowo­żyt­nemu światu.

W 1511 roku trzy por­tu­gal­skie statki wypły­nęły z Malakki w poszu­ki­wa­niu źró­dła goź­dzi­ków i gałki musz­ka­to­ło­wej. Były na naj­lep­szej dro­dze po nie­sa­mo­wite zyski.

Wyprawy Magel­lana i innych XVI-wiecz­nych żegla­rzy niczego nie dowo­dziły w kwe­stii kształtu Ziemi, ponie­waż o jej kuli­stym kształ­cie wie­dzieli wszy­scy wykształ­ceni miesz­kańcy śre­dnio­wiecz­nej Europy (i wielu nie­wy­kształ­co­nych). Prze­ło­mowe zna­cze­nie rejsu floty Magel­lana pole­gało na udo­wod­nie­niu, że kulę ziem­ską da się opły­nąć dookoła, co wcze­śniej część uczo­nych uwa­żała za nie­wy­ko­nalne z powodu wiel­kich odle­gło­ści na morzu i upału panu­ją­cego wokół rów­nika (przyp. red. meryt.). [wróć]

CZĘŚĆ I

NOWE LĄDY: WYŚCIG NA WSCHÓD

1511–1522

1

RAJ FRANCISCA SERRÃO

1511–1519

1 kwiet­nia 1512 roku, Koczin na zachod­nim wybrzeżu Indii. List Afonsa de Albu­qu­erque, por­tu­gal­skiego guber­na­tora Indii, do króla Manu­ela I. Do listu dołą­czony frag­ment dużej mapy. Guber­na­tor pisze:

Panie, wydaje mi się, że to naj­lep­sza rzecz, jaką dotąd widzia­łem, i bar­dzo spodoba się Waszej Wyso­ko­ści […]. Prze­sy­łam Waszej Wyso­ko­ści ten kawa­łek [mapy – A.J.], sko­pio­wany przez Fran­ci­sca Rodri­gu­esa z innej. Wasza Wyso­kość zoba­czy na nim, skąd naprawdę przy­by­wają Chiń­czycy i Goro­wie [miesz­kańcy wysp Riu­kiu], kurs, jaki powinny obrać statki Waszej Wyso­ko­ści, by dotrzeć do Wysp Goź­dzi­ko­wych, gdzie znaj­dują się kopal­nie złota, i wyspy Jawa i Banda, z goź­dzi­kami i gałką musz­ka­to­łową, zie­mia króla Syjamu, a także dokąd dopły­wają Chiń­czycy i w jakim kie­runku pły­wają, i dla­czego nie zapusz­czają się dalej3.

Więk­sza mapa, o któ­rej wspo­mina Albu­qu­erque, zato­nęła pod­czas kata­strofy statku, w któ­rej guber­na­tor omal nie stra­cił życia, ale to, co zostało, miało nie­zmierną war­tość. Z nanie­sioną „siatką rum­bów i bez­po­śred­nimi szla­kami stat­ków”4, frag­ment ów stał się mapą prze­wod­nią dla Euro­pej­czy­ków zmie­rza­ją­cych na Wyspy Korzenne, do osta­tecz­nego celu ich wypraw, odkry­tego po wie­kach spe­ku­la­cji o poło­że­niu tych wysp, i stwa­rzał osza­ła­mia­jącą per­spek­tywę nawią­za­nia bez­po­śred­niego kon­taktu z Chi­nami, bajeczną kra­iną w ich roz­pa­lo­nej przez opis podróży Marca Polo wyobraźni.

Osiem mie­sięcy wcze­śniej Por­tu­gal­czycy zdo­byli stra­te­giczne mia­sto Malakka na krańcu Pół­wy­spu Malaj­skiego, w któ­rym szlaki han­dlowe z naj­dal­szych kra­jów Orientu łączyły się ze szla­kami pro­wa­dzą­cymi przez Indie i Bli­ski Wschód. Tą drogą przy­prawy docie­rały po bar­dzo zawy­żo­nej przez pośred­ni­ków cenie na rynki euro­pej­skie; teraz mogła ona powieść Por­tu­gal­czy­ków do źró­deł goź­dzi­ków i gałki musz­ka­to­ło­wej. Dzia­łali szybko. Mając w rękach Malakkę, Albu­qu­erque natych­miast wysłał do Birmy, Taj­lan­dii i na Suma­trę amba­sa­do­rów, by powia­do­mili wład­ców tych kra­jów o obec­no­ści Por­tu­gal­czy­ków i ich woli nawią­za­nia z nimi sto­sun­ków han­dlo­wych. W liście do króla Manu­ela nie poin­for­mo­wał o tym, że na Wyspy Korzenne pły­nie już flota z Fran­ci­skiem Rodri­gu­esem, „mło­dzień­cem […] z bar­dzo dobrą wie­dzą i umie­jęt­no­ścią spo­rzą­dza­nia map”5, jako nawi­ga­to­rem. Wśród zdo­byw­ców Malakki było dwóch mło­dych ludzi pocho­dzą­cych z drob­nej por­tu­gal­skiej szlachty: Fran­ci­sco Serrão i Fernão de Magalhães, zwany póź­niej Magel­la­nem.

Praw­do­po­dob­nie w listo­pa­dzie 1511 z Malakki wypły­nęły „na Moluki po goź­dziki i na Wyspy Banda po gałkę musz­ka­to­łową”6 trzy okręty pod dowódz­twem Antó­nia de Abreu: Santa Cata­rina, Sabaia, któ­rej kapi­ta­nem był Fran­ci­sco Serrão, i lekka kara­wela pro­wa­dzona przez Rodri­gu­esa. Obsa­dzone były przez 120 Por­tu­gal­czy­ków i 60 nie­wol­ni­ków do pracy przy pom­pach. Dowódcy byli ludźmi zahar­to­wa­nymi w boju o Malakkę. Abreu docho­dził do sie­bie po postrzale z musz­kietu, który pozba­wił go zębów i czę­ści języka, ale eks­pe­dy­cja była poko­jową wyprawą han­dlową. W jej skład wcho­dziło rów­nież dwóch Mala­jów zna­ją­cych szlak, któ­rym pły­nęła. Albu­qu­erque zda­wał sobie sprawę, że wia­do­mość o zaję­ciu Malakki przez Por­tu­gal­czy­ków roz­nio­sła się wśród miesz­kań­ców Archi­pe­lagu Malaj­skiego i zagra­żała nawią­za­niu z nimi kon­tak­tów han­dlo­wych. Dla prze­tar­cia drogi wysłał przo­dem dżonkę pod dowódz­twem Persa imie­niem Ismael, „byśmy po dotar­ciu Antó­nia de Abreu do tych por­tów nie zostali źle przy­jęci, jako że nasza nazwa budziła strach”7. Opły­nąw­szy koniec pół­wy­spu, Por­tu­gal­czycy zna­leźli się na nowym morzu i w nowym świe­cie – Archi­pe­lagu Malaj­skim z tysią­cami wysp, wie­loma języ­kami, malut­kimi kró­le­stwami i nie­zna­nymi im warun­kami żeglugi. W trak­cie tej podróży prze­kształ­cili się ze zdo­byw­ców w kup­ców dzia­ła­ją­cych na skraju por­tu­gal­skiego impe­rium.

Statki pły­nęły wzdłuż pół­noc­nego wybrzeża Jawy, łań­cu­cha wul­ka­nów wzno­szą­cych się nad zie­lo­nymi tara­so­wymi polet­kami ryżu. Zawi­nąw­szy dla uzu­peł­nie­nia zapa­sów do portu Gre­sik, Serrão, wzo­rem pły­wa­ją­cych tam sezo­no­wych kup­ców, pojął za żonę Jawajkę, „mon­su­nową pannę młodą”. Pod­czas prze­cho­dze­nia przez pas raf Sabaia została uszko­dzona i trzeba było ją porzu­cić. Dwa pozo­stałe statki trzy­mały kurs na pół­noc. Rodri­gu­esa zdu­miała ster­cząca z morza samotna wul­ka­niczna wysepka Gunung Api, z któ­rej „naj­wyż­szego punktu spły­wały bez prze­rwy stru­mie­nie ognia, two­rząc wspa­niały widok”8. Po dro­dze ryso­wał mapę nowego świata i kre­ślił zarysy mija­nych wybrzeży.

Wyprawa wyru­szyła jed­nak w złym cza­sie. Wie­jące o tej porze roku prze­ciwne wia­try nie pozwo­liły jej dotrzeć do goź­dzi­ko­wych Molu­ków i zmu­siły do skie­ro­wa­nia się na połu­dnie w poszu­ki­wa­niu gałki musz­ka­to­ło­wej na innej gru­pie wysp, Banda, dzie­się­ciu malut­kich skraw­kach ziemi leżą­cych wokół kal­dery zapad­nię­tego wul­kanu. Przy­by­sze rzu­cili kotwice w zatoce Lon­tar, naj­więk­szej z tych wysp, mają­cej według por­tu­gal­skiego histo­ryka Bar­rosa „kształt sier­paka”9. Nad nimi wzno­sił się czynny wul­kan, wyplu­wa­jący z kra­teru siarkę. Zbo­cza wysp spo­wite były soczy­stą zie­le­nią drzew musz­ka­to­ło­wych. Ten widok prze­cho­dził wyobraź­nię Por­tu­gal­czy­ków: „zda­wało się, że to ogród, w któ­rym Natura stwo­rzyła w postaci tego kon­kret­nego owocu coś zachwy­ca­ją­cego”. Kwiaty drzewa musz­ka­to­ło­wego „miały zło­żony zapach, nie­po­rów­ny­walny z niczym, co jest u nas. Po kwia­tach [poja­wiają się – A.J.] owoce, koloru zie­lo­nego […], a gdy zaczy­nają doj­rze­wać, przy­la­tuje mnó­stwo papug i róż­nych innych pta­ków […]. Sama róż­no­rod­ność ich gatun­ków, kolo­rów, które dała im Natura, i pie­śni jest osob­nym spek­ta­klem”10. Ptaki, roz­no­szące nasiona drzew musz­ka­to­ło­wych, odgry­wały istotną rolę w skom­pli­ko­wa­nej sieci eko­lo­gicz­nych zależ­no­ści tych wysp. Zacie­ka­wieni Por­tu­gal­czycy opi­sy­wali szcze­gó­łowo także miesz­kań­ców wysp i ich struk­turę spo­łeczną.

Por­tu­gal­czycy obser­wo­wali, ale im też się przy­glą­dano. Według jed­nej z rela­cji miesz­kań­ców wysp prze­stra­szyło poja­wie­nie się floty Abreu i wiel­kość wcho­dzą­cych w jej skład okrę­tów. Przy­by­sze szybko wyko­rzy­stali psy­cho­lo­gicz­nie i prak­tycz­nie wra­że­nie, jakie wywarły na tubyl­cach ich potężne żaglowce. Rui de Brito Pata­lim, dowódca fortu w Malakce, dono­sił, że „na Moluki, Banda, Timor i Jawę potrze­bu­jemy dużych okrę­tów, mimo że miesz­kań­ców prze­raża ich widok”. Pro­po­no­wał wysła­nie jed­nego lub dwóch nao (wiel­kich żaglow­ców) o wypor­no­ści 500 ton, „gdyż poza tym, że pokażą naszą siłę, mogą zabrać ogromną ilość przy­praw, jakiej nie da się prze­wieźć mniej­szymi okrę­tami. Co wię­cej, droga jest już znana, żeglowna i łatwa do poko­na­nia”11.

Miesz­kańcy Wysp Banda mieli roz­le­głe kon­takty han­dlowe z sąsied­nimi wyspami. Dosta­wali goź­dziki z Molu­ków, pły­wali na Jawę i cza­sami do Malakki. Powi­tali przy­by­szów jako jesz­cze jed­nego part­nera w inte­re­sach. Przy­jęli ich gościn­nie głów­nie dla­tego, że ci sami Por­tu­gal­czycy roze­rwali ich sieci han­dlowe, a oni żyli z han­dlu. Idąc za radami kup­ców z Malakki, Euro­pej­czycy przy­wieźli odpo­wied­nie towary: ubra­nia, ryż i chiń­ską por­ce­lanę. Na wyspach wielką popu­lar­no­ścią cie­szyły się jawaj­skie gongi, które można było wymie­nić na duże ilo­ści przy­praw: „Na nich i na meta­lo­wych misach grają muzykę”12.

Por­tu­gal­czycy zała­do­wali gałkę musz­ka­to­łową i macis (mającą deli­kat­niej­szy zapach osnówkę nasiona owocu musz­ka­to­łowca) oraz impor­to­wane przez tubyl­ców goź­dziki i kupili dżonkę, która miała zastą­pić Sabaię. Podob­nie jak oba oca­lałe statki nie była ona w dobrym sta­nie. Dżonki zna­ko­mi­cie spi­sy­wały się w żeglu­dze mię­dzy wyspami, ale nie­zbyt się nada­wały do rej­sów dale­ko­mor­skich i miały tylko drew­niane kotwice, ale wzięli ją, gdyż potrze­bo­wali spo­rych ładowni na gałkę musz­ka­to­łową, która zaj­mo­wała dużo miej­sca. Gdy wyru­szyli z powro­tem przez Morze Banda, dowódz­two nad dżonką objął Fran­ci­sco Serrão. Ta jed­nak w poło­wie drogi zaczęła nabie­rać wody. Osia­dła na nagiej wysepce, gdzie oprócz Por­tu­gal­czy­ków były tylko żół­wie. Nie było żad­nego innego poży­wie­nia ani słod­kiej wody. Ich trudna sytu­acja nie została wszakże nie­zau­wa­żona. Wyspy Luco­pina [Luci­para] były ewi­dent­nie dobrze zna­nym cmen­ta­rzy­skiem stat­ków na Morzu Banda i źró­dłem docho­dów mor­skich łupież­ców. Na hory­zon­cie poja­wiła się łódź wojenna, któ­rej załoga chciała spraw­dzić, co da się wydo­być z wraku. Za radą muzuł­mań­skiego pilota Por­tu­gal­czycy ukryli się, wzięli rabu­siów z zasko­cze­nia i prze­jęli ich łódź. Nie­do­szli piraci, a teraz także poten­cjalni roz­bit­ko­wie, zostali zmu­szeni do prze­wie­zie­nia ich do wio­ski Hitu na pobli­skiej wyspie Ambon.

1. Cią­gnący się wzdłuż wybrzeża Jawy łań­cuch wul­ka­nów na rysunku Fran­ci­sca Rodri­gu­esa. W środku bucha­jąca ogniem wul­ka­niczna wyspa Gunung Api.

Mała grupa Por­tu­gal­czy­ków, ogó­łem 8–9 ludzi, zeszła na brzeg w peł­nych zbro­jach, z musz­kie­tami. Zro­biła na tubyl­cach wiel­kie wra­że­nie. Hitu było w kon­flik­cie z ludem Luhu osia­dłym na sąsied­niej wyspie, Seram. Wojny mię­dzy wyspami toczyły się według tego samego sche­matu: „miesz­kańcy jed­nej przy­pusz­cza­jąc na drugą nie­spo­dzie­wany atak czół­nami, brali jeń­ców albo zabi­jali się wza­jem­nie”13. Przy­by­sze z Por­tu­ga­lii szybko zazna­jo­mili się z tym sty­lem walki, jak rów­nież z zawi­ło­ściami miej­sco­wej poli­tyki. Skap­to­wana przez Hitu dru­żyna Serrão wywarła decy­du­jący wpływ na wynik zatargu. Wie­ści o przy­by­szach i ich wyczy­nach szybko roze­szły się po archi­pe­lagu. Wkrótce dotarły do odle­głych o 450 kilo­me­trów, będą­cych źró­dłem goź­dzi­ków Molu­ków i natych­miast zain­te­re­so­wały ich wład­ców.

Nad Ter­nate i Tidore górują wzno­szące się wprost z morza syme­tryczne wul­kany o zbo­czach pokry­tych lasami. W tam­tym momen­cie te dwie małe wyspy, prze­dzie­lone zale­d­wie kil­ku­set­me­tro­wym pasem wody, były w sta­nie wojny. Miesz­kań­ców obu powierz­chow­nie zisla­mi­zo­wali muzuł­mań­scy kupcy, a ich suł­ta­no­wie byli zacie­kłymi rywa­lami. Każdy z nich prze­wo­dził kon­fe­de­ra­cji innych wysp i osad. Serrão i jego towa­rzy­sze znali już z udziału w wal­kach na Ambon miej­scowy spo­sób wojo­wa­nia. Ataki przy­pusz­czano w dużych i szyb­kich łodziach zwa­nych kora-kora lub joanga, które mogły pomie­ścić do stu wio­śla­rzy. Naj­więk­szą flotę tych łodzi miało Ter­nate i jedna z nich przy­pły­nęła do Hitu z zapro­sze­niem dla Serrão.

Por­tu­gal­skich awan­tur­ni­ków powi­tał cie­pło suł­tan Bajan Sir­rul­lah: „przy­jął ich w swoim kraju z wiel­kimi hono­rami”14. Powie­dział, że miał pro­ro­czy sen o przy­by­ciu męż­czyzn zaku­tych w żelazo, któ­rzy roz­sze­rzą jego pano­wa­nie. Szybko udo­wod­nili swoją war­tość, dając Ter­nate prze­wagę nad Tidore. Serrão stał się nie­za­stą­pio­nym doradcą i powier­ni­kiem suł­tana. Gdy w 1514 roku Bajan Sir­rul­lah napi­sał do króla Por­tu­ga­lii list, w któ­rym zobo­wią­zy­wał się, że zosta­nie jego wasa­lem, zro­bił to nie tylko dla­tego, że Por­tu­gal­czycy spra­wo­wali wła­dzę nad Malakką, klu­czo­wym węzłem han­dlu przy­pra­wami, odgry­wa­ją­cym ważną rolę w eks­por­cie goź­dzi­ków z Ter­nate, lecz rów­nież dla­tego, że widział w nich siłę, która pomoże mu zapa­no­wać nad sąsied­nimi wyspiar­skimi kró­le­stwami. Miał tego doko­nać Serrão. Por­tu­gal­czycy postrze­gali to ina­czej. We wrze­śniu 1515 roku Albu­qu­erque pisał do Manu­ela I, że doszły go „wie­ści, iż Serrão żyje i ma wła­dzę nad wyspami goź­dzi­ko­wymi oraz rzą­dzi kró­lem i całą tą zie­mią”15, domyśl­nie w imie­niu swego władcy.

2. Ter­nate i znaj­du­jący się na niej wul­kan na XVIII-wiecz­nej ryci­nie holen­der­skiej

Malakka była wysu­nię­tym naj­da­lej na wschód punk­tem impe­rium por­tu­gal­skiego. Jego ogra­ni­czone zasoby ludz­kie były z rzadka roz­miesz­czone w roz­cią­ga­ją­cym się od Afryki po Zatokę Per­ską i wybrzeże Indii łań­cu­chu for­tów i baz. Moluki znaj­do­wały się o dwa mon­suny i nie­mal 14 tysięcy kilo­me­trów od sto­licy monar­chii, a Serrão – jak się wydaje – coraz bar­dziej wymy­kał się spod wła­dzy króla rezy­du­ją­cego w odle­głej Lizbo­nie. W latach po jego przy­by­ciu zawi­jały na wyspę Ter­nate por­tu­gal­skie statki han­dlowe, zabie­rały ładu­nek goź­dzi­ków i odpły­wały, nato­miast on pozo­sta­wał na niej, igno­ru­jąc wszel­kie wezwa­nia do powrotu. Na pół nie­za­leżny od Por­tu­ga­lii mie­szał się do wewnętrz­nej poli­tyki wysp. Pro­wa­dził życie, o jakim marzyło wielu por­tu­gal­skich poszu­ki­wa­czy przy­gód, kie­ru­jąc się by­naj­mniej nie pra­gnie­niem słu­że­nia kró­lowi, lecz chę­cią zysku i opły­wa­nia w orien­talne luk­susy niczym egzo­tyczny radża. Z listu Albu­qu­erqu­ego wynika, że był co naj­mniej tole­ro­wany.

Serrão pozo­staje zagad­kową posta­cią. Nie­wiele o nim wia­domo, ale jego nazwi­sko prze­wija się niczym cienka nić w kro­ni­kach tej epoki. Przy­szło mu ode­grać klu­czową rolę w tym, co miało się wyda­rzyć. Podob­nie jak wiele innych por­tu­gal­skich doku­men­tów, jego listy praw­do­po­dob­nie zagi­nęły pod­czas trzę­sie­nia ziemi w Lizbo­nie w 1755 roku. We współ­cze­snych mu kro­ni­kach możemy odna­leźć tylko ich echo. Wia­domo jed­nak, że pisał je do króla i swo­jego przy­ja­ciela, Fernão de Magalhãesa, i wysy­łał wra­ca­ją­cymi do kraju por­tu­gal­skimi stat­kami.

Por­tu­gal­czycy skrzęt­nie zbie­rali infor­ma­cje o Wyspach Korzen­nych. Opi­sali wyjąt­kową struk­turę poli­tyczną miesz­kań­ców Wysp Banda: „nie mają króla, są rzą­dzeni przez star­szych”, ich wygląd, poży­wie­nie, które opie­rało się na sago, „[mące – A.J.] otrzy­my­wa­nej z mię­ki­szu pew­nego drzewa i bar­dzo mocno spie­czo­nej […], uży­wa­nej jako pie­niądz”, geo­gra­fię wysp i miej­sca dogodne do lądo­wa­nia, a przede wszyst­kim ich sieci han­dlowe oraz szcze­gó­łowe koszty przy­praw. Z zain­te­re­so­wa­niem odkry­wali spo­soby uprawy i zbioru gałki musz­ka­to­ło­wej i macis: „drzewa podobne do waw­rzy­nów, któ­rych owo­cami są orze­chy, nad nimi roz­po­ściera się macis niczym kwiat, a znowu nad tym gruba sko­rupa. Jeden kwin­tal macis jest wart tyle, co sie­dem kwin­tali gałki musz­ka­to­ło­wej”16. „Macis jest owo­cem jak brzo­skwi­nia czy morela, a kiedy doj­rzeje, pęka i wypada z niego zewnętrzna pulpa, a to, co zostaje w środku, przy­biera czer­wony kolor, i to wła­śnie jest macis gałki musz­ka­to­ło­wej. Zbie­rają ją i suszą. Owoce rodzą się przez cały rok i są zbie­rane co mie­siąc”17.

3. Gałka musz­ka­to­łowa i jej osnówka, macis

Tyle samo uwagi poświę­cali pro­duk­cji goź­dzi­ków na Molu­kach:

Lasy na tych wyspach obfi­tują w pewne drzewa podobne do waw­rzy­nów, a ich liście przy­po­mi­nają liście chru­ściny; nad nimi rosną jak kwiaty poma­rań­czy czy dzi­kiego wina grona goź­dzi­ków. Są bar­dzo zie­lone, a póź­niej białe, ale gdy doj­rzeją, mają piękny czer­wony kolor. Wtedy tubylcy je zbie­rają i roz­kła­dają na słońcu, by wyschły, aż staną się czarne, a kiedy nie ma słońca, suszą je w wędzar­niach. Gdy wyschną, spry­skują je odro­biną sło­nej wody, by się nie pomarsz­czyły i zacho­wały wszyst­kie swoje zalety. I na tych pię­ciu wyspach zbie­rają ich tak wiele, że nie są w sta­nie wywieźć ich z kraju. […] jeśli nie zbiera się ich przez trzy lata, drzewa dzi­czeją i to, co potem rodzą, jest bez­war­to­ściowe18.

Te rela­cje, gro­ma­dzone przez kup­ców i ich pośred­ni­ków, były w isto­cie pod­ręcz­ni­kami han­dlu i zapew­niały Por­tu­gal­czy­kom cią­gły dopływ danych o geo­gra­fii, eko­lo­gii, struk­tu­rach wła­dzy i antro­po­lo­gii. Zresztą wszy­scy Euro­pej­czycy zbie­rali infor­ma­cje o świe­cie i żadne z nich nie były cał­ko­wi­cie nie­winne.

4. Kiść owo­ców drzewa goź­dzi­ko­wego

W 1519 roku król Manuel I zle­cił wyko­na­nie atlasu z mapami egzo­tycz­nych kra­jów, obec­nie zwa­nego Atla­sem Mil­lera. Jest to zarówno piękne dzieło sztuki, jak i hołd dla odkryć doko­na­nych przez Por­tu­gal­czy­ków. Moluki są w nim nakre­ślone zło­tym kolo­rem i przy­szpi­lone por­tu­gal­ską flagą do morza jak rzadki motyl w gablo­cie kolek­cjo­nera. Był to swo­isty akt wła­sno­ści, o czym miesz­kańcy tych wysp nie mieli poję­cia. Na zamiesz­czo­nej w tym atla­sie mapie świata są one oto­czone pół­ko­lem mie­lizn suge­ru­ją­cym, że są nie­do­stępne. Poło­że­nie samych wysp zazna­czone jest dość dokład­nie, ale owe mie­lizny nie ist­nieją. W dodatku znaj­dują się one w labi­ryn­cie cie­śnin i prze­smy­ków mię­dzy innymi, wyima­gi­no­wa­nymi wyspami, co ma wska­zy­wać, że nie­zwy­kle trudno jest do nich dotrzeć1. Jesz­cze bar­dziej zaska­ku­jące jest to, że nie ist­nieje na niej Pacy­fik, który cztery lata wcze­śniej zoba­czyli Hisz­pa­nie i w tam­tym cza­sie był już sze­roko znany. Ta mapa jest ana­chro­nicz­nym powro­tem do obrazu świata, jaki przed­sta­wił sta­ro­żytny geo­graf Pto­le­me­usz. Atlan­tyk jest tu morzem oto­czo­nym ze wszyst­kich stron lądem, przez który nie ma żad­nego przej­ścia na wschód. Atlas Mil­lera nie był obiek­tyw­nym opi­sem świata zna­nego Por­tu­gal­czy­kom, lecz geo­po­li­tycz­nym narzę­dziem, które miało zapew­nić im hege­mo­nię w han­dlu przy­pra­wami i znie­chę­cić rywali, zwłasz­cza Hisz­pa­nów, do prób dotar­cia do Molu­ków przez Pacy­fik drogą wokół Ame­ryk.

Hisz­pa­nie, z aktyw­nym udzia­łem Fernão de Magalhãesa, pla­no­wali tego doko­nać w tym samym roku. Król Manuel z pew­no­ścią o tym wie­dział.

Umiesz­cze­nie tych fik­cyj­nych wysp na mapie było nie tylko formą dez­in­for­mo­wa­nia poten­cjal­nej kon­ku­ren­cji. Ich obec­ność w tym miej­scu wyni­kała rów­nież (a raczej przede wszyst­kim) z utrwa­lo­nej tra­dy­cji. W euro­pej­skiej geo­gra­fii od cza­sów Marca Polo ist­niało głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że całe wschod­nie i połu­dniowo-wschod­nie wybrzeża Azji są oto­czone nie­zli­czo­nymi wyspami. Widzimy je na więk­szo­ści map tego obszaru powsta­łych w XIV–XVI wieku (przyp. red. meryt.). [wróć]

2

MAPY I SPEKULACJE

1513–1519

Hisz­pa­nie nad­ra­biali zale­gło­ści w wyścigu do Indii. Poja­wiały się wąt­pli­wo­ści, czy Kolumb rze­czy­wi­ście – jak twier­dził – dotarł w pobliże Japo­nii; na razie jego odkry­cia nie przed­sta­wiały dużej war­to­ści. Stałe postępy Por­tu­gal­czy­ków budziły zazdrość i nie­po­kój po dru­giej stro­nie gra­nicy. Por­tu­ga­lia i Korona Kasty­lii, sca­la­jąca wów­czas inne kró­le­stwa Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego w jed­no­litą całość, Hisz­pa­nię, two­rzyły dzięki mał­żeń­stwom ich wład­ców i sąsiedz­twu zwią­zek, który można nazwać pasywno-agre­syw­nym. Ich kró­lo­wie zwra­cali się do sie­bie per „drogi przy­ja­cielu”, ale byli zawzię­tymi rywa­lami. Przez gra­nicę prze­ni­kały wie­dza i umie­jęt­no­ści żeglar­skie. Oba pań­stwa opie­rały się nie tylko na miesz­kań­cach Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego, ale także na cudzo­ziem­cach: Wene­cja­nach, Genu­eń­czy­kach i Fran­cu­zach. Na ogół wie­dza prze­pły­wała w jedną stronę, z przo­du­ją­cej w eks­plo­ra­cji świata Por­tu­ga­lii do kasty­lij­skiego cen­trum infor­ma­cji w Sewilli.

Obszar eks­plo­ra­cji obu stron okre­ślał trak­tat z Tor­de­sil­las. W 1494 roku, po gwał­tow­nych spo­rach doty­czą­cych Atlan­tyku, Por­tu­ga­lia i Kasty­lia zgo­dziły się na podział stref wpły­wów wzdłuż wyobra­żo­nej linii cią­gną­cej się przez ten ocean od bie­guna połu­dnio­wego do pół­noc­nego. Wyzna­czono ją w odle­gło­ści 370 lig na zachód od Wysp Zie­lo­nego Przy­lądka. Miała ona odgra­ni­czać tery­to­ria nad Atlan­ty­kiem, do któ­rych zgła­szali rosz­cze­nia Hisz­pa­nie, od obsza­rów eks­plo­ra­cji Por­tu­gal­czy­ków, ale impli­ka­cje trak­tatu ujaw­niły się w pełni, gdy ci dru­dzy ruszyli na wschód, w stronę Wysp Korzen­nych. Oka­zało się, że linia demar­ka­cyjna powinna prze­bie­gać przez cały glob, prze­ci­na­jąc go jak nóż poma­rań­czę dokład­nie na połowy. Decy­du­jące zna­cze­nie miało to, kto „posia­dał” bar­dzo pożą­dane źró­dła goź­dzi­ków i gałki musz­ka­to­ło­wej na dru­giej pół­kuli. Mimo tych spo­rów władcy państw ibe­ryj­skich obsta­wali przy tym, że mają mono­pol na odkry­cie wszyst­kich zakąt­ków pla­nety i włą­cze­nie ich do pry­wat­nych stref wpły­wów poli­tycz­nych. „Pokaż­cie mi testa­ment Adama” – sko­men­to­wał to szy­der­czo Fran­ci­szek I, król Fran­cji, zawzię­tej rywalki Hisz­pa­nii. Klu­czowe zna­cze­nie dla nakre­śle­nia połu­dnika bie­gną­cego przez Archi­pe­lag Malaj­ski miała wiel­kość dzie­lo­nej poma­rań­czy. Zda­niem Kolumba świat był mniej­szy, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Ten mniej­szy świat odpo­wia­dał ambi­cjom Kasty­lii, gdyż pozwa­lało to jej na rosz­cze­nie pre­ten­sji do czę­ści tery­to­riów na wscho­dzie, do któ­rych przy­znali już sobie prawo Por­tu­gal­czycy. To oni pły­wali dalej niż rywale i bar­dziej reali­stycz­nie oce­niali wiel­kość tych tery­to­riów, cho­ciaż ani jedni, ani dru­dzy nie zda­wali sobie jesz­cze sprawy z tego, jak ogromny jest Ocean Spo­kojny.

Linia wyzna­czona w trak­ta­cie z Tor­de­sil­las oka­zała się klą­twą cią­żącą na ibe­ryj­skich pio­nie­rach. Pre­cy­zyjne zmie­rze­nie dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej było nie­moż­liwe, ponie­waż na wscho­dzie bra­ko­wało odpo­wied­nika Wysp Zie­lo­nego Przy­lądka, zatem dokładne wyzna­cze­nie, jak i gdzie prze­biega gra­nica tery­to­riów, do któ­rych zawłasz­cze­nia przy­zna­wała sobie prawo każda ze stron trak­tatu, rów­nież było nie­moż­liwe. Spory o prze­bieg linii demar­ka­cyj­nej cią­gnęły się, niczym obse­syjne poszu­ki­wa­nie czą­stek sub­a­to­mo­wych w naszych cza­sach, przez cały wiek XVI, powo­du­jąc zalew doku­men­tów, wza­jem­nych rosz­czeń, patów dyplo­ma­tycz­nych i wojen. Wyda­wało się, że kwe­stię tę roz­strzy­gnie tylko zaję­cie spor­nych tery­to­riów, co było niu­an­sem, o któ­rym ich rdzenna lud­ność nie miała poję­cia.

W świe­tle trak­tatu z Tor­de­sil­las jedy­nym spo­so­bem, w jaki Hisz­pa­nie mogli przy­stą­pić do rywa­li­za­cji w han­dlu przy­pra­wami, było dotar­cie do Wysp Korzen­nych od zachodu, a do tego potrzebne było zna­le­zie­nie drogi wod­nej pro­wa­dzą­cej przez Ame­ryki do morza, które znaj­do­wało się za nimi, albo opły­nię­cie końca kon­ty­nentu połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skiego, leżą­cego rów­no­le­gle do Przy­lądka Dobrej Nadziei, który okrą­żali Por­tu­gal­czycy, żeglu­jąc na wschód, do Indii. Bar­dzo eks­cy­to­wano się myślą, że może tam być jakaś cie­śnina łącząca Atlan­tyk z tym morzem. Dwie pierw­sze dekady XVI wieku widziały co rusz pona­wiane, to przez Por­tu­gal­czy­ków, to przez Hisz­pa­nów, próby zna­le­zie­nia tej drogi. Statki pły­wały wzdłuż wybrzeża Ame­ryki Połu­dnio­wej na połu­dnie, gdzie, w zim­niej­szej stre­fie, zda­wało się ono przy­bie­rać kształt klina, zapusz­cza­jąc się w górę rzek i ich dopły­wów. To, że w 1513 roku kon­kwi­sta­dor Vasco Núñez de Bal­boa prze­był wąski Prze­smyk Panam­ski i dotarł do nowego oce­anu, który nazwał Mar del Sur, Morzem Połu­dnio­wym, potrak­to­wano jako zachętę. Jego wyprawa nasu­wała przy­pusz­cze­nie, że rze­czy­wi­ście może tam ist­nieć jakaś droga wodna. W tym samym roku uka­zała się słynna mapa Mar­tina Waldseemüllera, pierw­szego, który nazwał ów kon­ty­nent Ame­ryką, z kana­łem w tym regio­nie. Fer­dy­nand Ara­goń­ski zle­cił Juanowi Díazowi de Solís, nawi­ga­to­rowi praw­do­po­dob­nie por­tu­gal­skiego pocho­dze­nia, zna­le­zie­nie takiego kanału. De Solís wyru­szył w następ­nym roku, po począt­ko­wym sprze­ci­wie króla Por­tu­ga­lii, na poszu­ki­wa­nie zachod­niej drogi na „wyspy Maluco, które leżą w gra­ni­cach uzgod­nio­nej strefy naszych wpły­wów, by wziąć je w nasze posia­da­nie”19, które to stwier­dze­nie powta­rzano w Hisz­pa­nii bez końca w następ­nych dzie­się­cio­le­ciach. Poże­glo­wał w górę rzeki La Plata w nadziei, że może ona być owym trans­kon­ty­nen­tal­nym kana­łem, ale został zabity i zje­dzony przez tubyl­ców. Jed­nak nadzieja na zna­le­zie­nie przej­ścia i hisz­pań­skie rosz­cze­nia nie umarła.

W Euro­pie rosło zacie­ka­wie­nie nowym świa­tem wyła­nia­ją­cym się z wia­do­mo­ści docie­ra­ją­cych z Lizbony i Sewilli. Nie­mieccy i hisz­pań­scy ban­kie­rzy finan­so­wali wyprawy, spo­dzie­wa­jąc się zysków. Kar­to­gra­fo­wie ryso­wali nowe obrazy świata. Oparte na domy­słach mapy były pro­jek­cjami marzeń odkryw­ców o cie­śni­nach łączą­cych Atlan­tyk z nowym morzem. Jedna z nich, z 1514 roku, oparta na wypra­wach por­tu­gal­skiego nawi­ga­tora, João de Lis­boa, poka­zuje Ame­rykę Połu­dniową ze zwę­ża­ją­cym się stoż­ko­wato koń­cem. Na spo­rzą­dzo­nym w następ­nym roku glo­bu­sie innego kar­to­grafa, Johan­nesa Schönera, wid­nieje zarówno kanał Waldseemüllera, jak i cie­śnina oddzie­la­jąca Ame­rykę Połu­dniową od nazwa­nej już, ale jesz­cze nie­od­kry­tej Antark­tyki1. Towa­rzy­szy temu komen­tarz twórcy glo­busa, w któ­rym czy­tamy:

A zatem Por­tu­gal­czycy opły­nęli ten region, Bra­si­lie Regio, i odkryli boczne przej­ście mię­dzy wscho­dem i zacho­dem, bar­dzo podobne do tego w naszej Euro­pie (gdzie miesz­kamy). Z jed­nej strony widać ląd po dru­giej stro­nie, a – jak poka­zuje nasz glo­bus – przy­lą­dek tego regionu leży w odle­gło­ści około sześć­dzie­się­ciu mil od Bie­guna Antark­tycz­nego, czyli tak jakby się pły­nęło na wschód przez Cie­śniny Gibral­tar­ską czy Sewil­ską i Ber­be­ryj­ską albo Maro­kań­ską w Afryce. Co wię­cej, odle­głość tego Regionu Bra­zy­lii do Malaki, gdzie Święty Tomasz zdo­był męczeń­ską koronę, jest umiar­ko­wana20.

Schöner, kur­cząc świat, przed­sta­wiał euro­pej­skiej publicz­no­ści wizję wygod­nej, ana­lo­gicz­nej do rejsu przez Morze Śród­ziemne, żeglugi przez Atlan­tyk do Ame­ryki Połu­dnio­wej, skąd jest tylko żabi skok przez wąskie morze oddzie­la­jące ją od Malakki. Być może u jej pod­łoża leżały znie­kształ­cone opisy wypraw w górę La Platy.

Na tę arenę spe­ku­la­cji i eks­plo­ra­cji wkro­czył przy­ja­ciel Fran­ci­sca Serrão, Fernão de Magalhães, który wywo­dził się z drob­nej szlachty por­tu­gal­skiej i miał typowe dla tam­tych cza­sów i war­stwy spo­łecz­nej wycho­wa­nie, prze­siąk­nięte póź­no­śre­dnio­wiecz­nymi ide­ałami rycer­sko­ści, włącz­nie z dąże­niem do wiel­kich czy­nów i chwały. We wcze­snej mło­do­ści został zgod­nie z panu­ją­cym wów­czas zwy­cza­jem paziem na dwo­rze króla Manu­ela w Lizbo­nie, co było odskocz­nią do wszel­kich awan­sów, a potem brał udział w dale­ko­mor­skiej eks­pan­sji Por­tu­gal­czy­ków, która – choć wią­zała się z wiel­kim ryzy­kiem – stwa­rzała poszu­ki­wa­czom przy­gód i pie­nię­dzy oka­zję do zdo­by­cia majątku i sławy. Podob­nie jak Luís de Camões, wielki por­tu­gal­ski poeta epoki odkryć, był świad­kiem oblę­żeń, kata­strof stat­ków, bitew mor­skich, zdo­by­wa­nia nie­zmier­nych bogactw i nagłych odmian for­tuny. W 1505 roku wybrał się do Indii z pły­wa­jącą tam co roku por­tu­gal­ską flotą, uczest­ni­czył w plą­dro­wa­niu wybrzeża Afryki Wschod­niej, cztery lata póź­niej wal­czył w roz­strzy­ga­ją­cej bitwie mor­skiej pod Diu, w 1511 roku był przy zdo­by­ciu Malakki, pomógł Serrão wyjść z życiem z zasadzki i wypra­wił się z nim aż na Suma­trę. Stra­cił cały zdo­byty na Wscho­dzie mają­tek, gdy ich sta­tek zato­nął na Male­di­wach pod­czas potyczki, w któ­rej – jak się zdaje – wal­czył męż­nie i z zacho­wa­niem zim­nej krwi. Udało mu się dotrzeć do Goa, ale był nie­mal bez gro­sza przy duszy, tak biedny, że Afonso de Albu­qu­erque poda­ro­wał mu uży­waną zbroję. Powró­ciw­szy w końcu do rodzin­nego kraju, wziął udział w wypra­wie prze­ciw maro­kań­skim Mau­rom. Gdzieś po dro­dze został ranny w nogę i odtąd uty­kał. Widział świat Orientu, dostrze­gał rysu­jące się tam moż­li­wo­ści i miał listy od Serrão o bogac­twach Wysp Korzen­nych. Zagłę­bił się w stu­dio­wa­nie map i domy­słów kar­to­gra­fów.

5. Glo­bus Johan­nesa Schönera, 1515 r. Ame­ryka Pół­nocna nie­mal na nim nie ist­nieje, za to Połu­dniowa ma kształt pra­wie zgodny z rze­czy­wi­sto­ścią. Uka­zana jest tu także cie­śnina pro­wa­dząca do Pacy­fiku. Schöner mógł potrak­to­wać jako cie­śninę rzekę La Plata. Pod nią znaj­duje się Bra­zy­lia. Jego glo­bus praw­do­po­dob­nie był jed­nym z dzieł kar­to­gra­ficz­nych, które natchnęły Magel­lana wiarą w ist­nie­nie jakiejś cie­śniny na połu­dniu Ame­ryki.

Kam­pa­nia maro­kań­ska w latach 1513–1514 oka­zała się zgubna dla jego kariery w Por­tu­ga­lii. Został oskar­żony o nie­le­galną sprze­daż czę­ści łupów. Zdo­łał oczy­ścić swoje imię, ale pewne jego cechy – upór, draż­li­wość i duma – iry­to­wały króla Manu­ela, który odmó­wił mu przy­wró­ce­nia dwor­skiego upo­sa­że­nia. Nie­zra­żony tym Magalhães zwró­cił się do niego ponow­nie z tą samą prośbą, która też została odrzu­cona. Pozba­wiony wido­ków na przy­szłość i z poczu­ciem nie­spra­wie­dli­wego potrak­to­wa­nia posta­no­wił poszu­kać szczę­ścia za gra­nicą, w sąsied­niej Kasty­lii.

Być może to listy od Serrão oraz wła­sne spo­strze­że­nia roz­bu­dziły w nim zain­te­re­so­wa­nie Molu­kami. Mapy i glo­busy prze­ko­nały go, że musi ist­nieć jakaś droga pro­wa­dząca z zachodu na Wyspy Korzenne. W takim razie, bio­rąc pod uwagę trak­tat z Tor­de­sil­las, szansę na zyski dawała praca na rzecz Hisz­pa­nii, nie Por­tu­ga­lii. Strzą­snąw­szy z butów kurz rodzin­nej ziemi, jesie­nią 1517 roku prze­kro­czył gra­nicę. 20 paź­dzier­nika zna­lazł się w Sewilli, cen­trum kasty­lij­skich wypraw, gdzie zło­żył przy­sięgę wier­no­ści temu kró­le­stwu i zmie­nił nazwi­sko na Fer­nando de Magal­la­nes. Miał papiery uwie­rzy­tel­nia­jące – listy od Serrão, prze­ko­nu­jące mapy – i pew­ność sie­bie. O jego wia­ry­god­no­ści świad­czyło, oprócz zna­jo­mo­ści Wschodu, dwoje nie­wol­ni­ków – męż­czy­zna zwany Enri­que de Malacca i kobieta z Suma­try. Potrze­bo­wał tylko doj­ścia do wła­ści­wej insty­tu­cji.

Taką insty­tu­cją była w Sewilli kie­ro­wana przez potęż­nego biskupa Bur­gos Juana Rodrígueza de Fon­seca Casa de Con­tra­ta­ción, która spra­wo­wała nad­zór nad wszyst­kimi bada­niami obu Ame­ryk i pro­wa­dzo­nymi tam inte­re­sami. Magalhães zastał w Sewilli także małą, lecz wpły­wową grupę por­tu­gal­skich emi­gran­tów. Byli wśród nich Diogo Bar­bosa, dobrze sytu­owany wygna­niec z Por­tu­ga­lii, z któ­rym tak się zaprzy­jaź­nił, że dwa mie­siące póź­niej pojął za żonę jego córkę, oraz Juan de Aranda, który miał zna­jo­mo­ści w Casa de Con­tra­ta­ción. Magalhães miał też wspól­nika w swym przed­się­wzię­ciu, nieco eks­cen­trycz­nego Ruya Fale­irę, kosmo­grafa i astro­loga, który twier­dził, że roz­wią­zał pro­blem ozna­cza­nia dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej. Fale­iro, podzie­la­jąc wiarę Magalhãesa w to, że Moluki leżą w hisz­pań­skiej stre­fie wpły­wów, w grud­niu podą­żył za nim do Kasty­lii.

Tak się zło­żyło, że Magalhães przy­je­chał do Kasty­lii w szczę­śli­wym momen­cie, waż­nym dla jej i całej Hisz­pa­nii dzie­jów. Mie­siąc po jego przy­by­ciu wylą­do­wał w tym kraju Karol książę Bur­gun­dii, by objąć jako Karol I tron Hisz­pa­nii odzie­dzi­czony w ramach konek­sji dyna­stycz­nych. Pra­wie wszy­scy jego doradcy byli Fla­man­dami, a on sam nie znał ani słowa po kasty­lij­sku, mimo to doko­nał prze­łomu w spra­wach swego nowego kró­le­stwa. Kasty­lia się­gała po Ame­ryki, ale pra­gnęła wię­cej; w tym samym cza­sie, pod pano­wa­niem mło­dego władcy, hisz­pań­skie kró­le­stwa sca­lały się w spójny blok. Karol osiadł w Val­la­do­lid, fak­tycz­nej sto­licy Hisz­pa­nii, i Juan de Aranda zapro­po­no­wał Magel­la­nowi, że wła­śnie tam zaofe­ruje jego usługi. W stycz­niu 1518 roku Magel­lan i Fale­iro wyru­szyli pod prze­wo­dem Arandy do sto­licy.

Aranda był czło­wie­kiem inte­resu szu­ka­ją­cym prze­wi­dy­wa­nych zysków, co szybko stało się przed­mio­tem spo­rów całej trójki, ale miał kon­takty. 17 marca dopro­wa­dził do spo­tka­nia, na któ­rym obaj wspól­nicy przed­sta­wili swoją sprawę radzie mini­strów. Skła­dała się ona z trzech fla­mandz­kich dorad­ców i sza­now­nego Juana de Fon­seca. Magel­lan poka­zał dowody: listy od Serrão, „dając mu [Fon­sece – A.J.] do zro­zu­mie­nia, że odkrył jesz­cze jeden świat, więk­szy i bogat­szy od tego, który zna­lazł Vasco da Gama”21, i uka­zu­jąc jego rąbek w postaci Enri­qu­ego i kobiety z Suma­try, oraz prze­ko­nu­jące mapy i glo­busy. Fale­iro dowo­dził, że Wyspy Korzenne leżą w stre­fie wpły­wów hisz­pań­skich. Obaj roz­to­czyli miraż bogactw, które znaj­do­wały się tuż za drzwiami Hisz­pa­nii i praw­nie jej się nale­żały. Decy­du­jące pyta­nie brzmiało: Jak dotrzeć do Molu­ków, skoro do tej pory nie odkryto żad­nej cie­śniny ani innego przej­ścia przez zaporę, jaką sta­no­wiły Ame­ryki? To, czy pew­nemu sie­bie Magel­la­nowi, opie­ra­ją­cemu się na tym, co wie­dział albo co wyde­du­ko­wał z poprzed­nich podróży, uda się prze­ko­nać radę do swo­jego pomy­słu, zale­żało od przed­sta­wio­nego przez niego glo­busa.

Naocz­nym świad­kiem tego spo­tka­nia był domi­ni­ka­nin Bartolomé de las Casas. Według niego Magel­lan, niczym magik, który nie chce wyja­śnić sekretu swych sztu­czek, „przy­niósł ze sobą dobrze nama­lo­wany glo­bus uka­zu­jący cały świat, na któ­rym wykre­ślił kurs, który pro­po­no­wał obrać, oprócz cie­śniny, któ­rej nie zazna­czył, by nikt go nie ubiegł”22. Jak przed­się­biorca rekla­mu­jący opa­ten­to­wany wyrób, któ­rego składu nie chce wyja­wić, gdyż jest on tajem­nicą han­dlową, odmó­wił podzie­le­nia się swym sekre­tem. Był to osza­ła­mia­jący popis pew­no­ści sie­bie i bra­wury. Bez względu na to, co wie­dział, czego się domy­ślał lub na co miał nadzieję, Magel­lan opie­rał swój plan na myśle­niu życze­nio­wym i sile woli. W każ­dym razie pro­jekt tego czło­wieka, który nawet nie mówił dobrze po hisz­pań­sku i któ­rego lojal­ność wobec nowej ojczy­zny była dys­ku­syjna, powi­nien zostać z miej­sca odrzu­cony.

Dodat­kowe pyta­nie zadane mu przez Casasa zapewne byłoby nokau­tu­ją­cym cio­sem dla każ­dego, kto skła­dałby ofertę scep­tycz­nym inwe­sto­rom: „Zapy­ta­łem go, jaką drogę pro­po­nuje obrać. Odparł, że zamie­rza popły­nąć tą, która wie­dzie do Cabo Santa María, który my nazy­wamy Río de la Plata, i stam­tąd pły­nąć wzdłuż wybrzeża, dopóki nie znaj­dzie tej cie­śniny. Powie­dzia­łem: «Co pan zrobi, jeśli nie znaj­dzie pan cie­śniny, żeby się dostać na to dru­gie morze?». Odparł, że jeśli żad­nej takiej nie znaj­dzie, popły­nie trasą, którą obie­rają Por­tu­gal­czycy [żeglu­jąc na wschód]”23. Zwa­żyw­szy na cierp­kie sto­sunki mię­dzy tymi dwoma kró­le­stwami i dba­łość każ­dego z nich, by nie naru­szyć strefy wpły­wów dru­giego, odpo­wiedź ta powinna była zdys­kre­dy­to­wać Magel­lana. Było to rów­nież pośred­nie przy­zna­nie, że jego sekretna droga wokół Ame­ryki może w ogóle nie ist­nieć. Nic zatem dziw­nego, że rada mini­strów nie przy­chy­liła się do jego pro­po­zy­cji. Casas zosta­wił słowny por­tret sto­ją­cego przed radą trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niego Magel­lana: „Ten Hernándo de Magal­la­nes musiał być dziel­nym czło­wie­kiem, odważ­nie myślą­cym i sko­rym do wiel­kich przed­się­wzięć, cho­ciaż nie wyglą­dał zbyt impo­nu­jąco, gdyż był małej postury i ludzie sądzili, że brak mu śmia­ło­ści i roz­wagi i można go okpić”24. Bar­dzo się mylili. Może był nie­roz­tropny, lecz z pew­no­ścią nie bra­ko­wało mu odwagi. Towa­rzy­szyły jej draż­li­wość i skry­tość, upór i prze­ko­na­nie o swo­jej wiel­kiej war­to­ści i zdol­no­ściach: „myślał, że zosta­nie wiel­kim panem”25.

O dziwo, pro­po­zy­cję Magel­lana przed­sta­wiono kró­lowi w pozy­tyw­nym świe­tle. Być może tych, któ­rzy to zro­bili, tak oszo­ło­miły bogac­twa Molu­ków, że nie zwa­żali na pyta­nie, jak się tam dostać; może uznali, że gra warta jest świeczki, i patrząc z zazdro­ścią na docho­dzące z Por­tu­ga­lii try­um­falne rosz­cze­nia do wyłącz­no­ści w han­dlu przy­pra­wami, oba­wiali się, że z niej wypadną. Zdaje się, że Karol I prze­ła­mał wszel­kie obawy. Zdu­mie­wa­jąco szybko, bo już 22 marca 1518 roku, nie­spełna pięć mie­sięcy po przy­by­ciu Magel­lana do Kasty­lii, zaapro­bo­wał jego pomysł, by „w dome­nach, które do nas należą na tym obsza­rze Morza Oce­anicz­nego, w gra­ni­cach uzgod­nio­nej strefy naszych wpły­wów, zna­leźć wyspy, lądy stałe i bogac­two przy­praw”26. Szcze­gól­nie ważna była i ponow­nie została pod­kre­ślona kwe­stia terenu eks­plo­ra­cji: „Musisz tak pro­wa­dzić te poszu­ki­wa­nia, by nie naru­szyć strefy naj­ja­śniej­szego króla Por­tu­ga­lii, mego dro­giego wuja i brata, i jej gra­nic ani nie przy­nieść żad­nego innego uszczerbku jego inte­re­som, jedy­nie w gra­nicach uzgod­nio­nej strefy naszych wpły­wów”27. Zwa­żyw­szy na nie­ja­sny prze­bieg linii wyzna­czo­nej w trak­ta­cie z Tor­de­sil­las, był to zło­żony przy­kład nowo­mowy. Dwa mie­siące póź­niej Karol I pod­pi­sał trak­tat, na mocy któ­rego jego sio­stra została mał­żonką króla Por­tu­ga­lii Manu­ela. Z bisku­pem Bur­gos Magel­la­nowi nie poszło tak łatwo.

Magel­lan popro­sił o włą­cze­nie do umowy na jego wyprawę dziw­nej klau­zuli: że gdyby odkrył, iż jest wię­cej niż sześć wysp, będzie mu wolno zacho­wać dwie dla sie­bie. Wska­zuje to, że mógł mieć zamiar wykro­je­nia sobie wła­snego lenna, jak Serrão. Wia­domo było, że w archi­pe­lagu Molu­ków jest pięć wysp korzen­nych i że dobrze usa­do­wili się na nich Por­tu­gal­czycy. Czyżby więc w ogóle nie wybie­rał się na Moluki?

Po jego powro­cie do Sewilli przy­go­to­wa­nia do podróży ruszyły pełną parą. Od samego początku Magel­lan napo­ty­kał trud­no­ści. Miał dostać pięć okrę­tów, wszyst­kie małe (naj­więk­szy o wypor­no­ści 130 ton), przy czym żaden nie był nowy. Mimo to koszty ich zakupu, przy­ho­lo­wa­nia, zaopa­trze­nia i zre­kru­to­wa­nia załogi były duże. Gdy doszło do klu­czo­wej sprawy sfi­nan­so­wa­nia wyprawy, Karol zde­cy­do­wał, że więk­szość wydat­ków na tę inwe­sty­cję, około 80 pro­cent, zosta­nie pokryta ze skarbu kró­le­stwa. Miał to być pro­jekt impe­rialny. Pozo­stałą część mogli wpła­cić inni udzia­łowcy. Dowód­cami eks­pe­dy­cji, która miała otrzy­mać nazwę Armada de Molucca, mia­no­wano Magel­lana i Fale­irę. Póź­niej obaj otrzy­mali dodat­kową nagrodę – król paso­wał ich na ryce­rzy Zakonu Świę­tego Jakuba, co było zaszczy­tem pod­no­szą­cym auto­ry­tet i pre­stiż przy­by­szów z Por­tu­ga­lii.

A jed­nak w roz­ka­zach króla Karola prze­wija się nić braku zaufa­nia. Za kuli­sami, w Casa de Con­tra­ta­ción, Fon­seca sta­rał się pod­wa­żyć pozy­cję Magel­lana. Jed­nemu z zaufa­nych ludzi Fon­seki, Juanowi de Car­ta­gena, powie­rzono sta­no­wi­sko gene­ral­nego inspek­tora tej floty, które pozwa­lało mu spra­wo­wać kon­trolę nad wszyst­kimi poczy­na­niami Magel­lana. Otrzy­mał on rów­nież poufne roz­kazy od króla:

Będziesz dono­sił nam w pełni i szcze­gó­łowo o spo­so­bie, w jaki wyko­ny­wane są na rze­czo­nych zie­miach nasze instruk­cje i pole­ce­nia, o naszych sędziach, o trak­to­wa­niu miesz­kań­ców rze­czo­nych ziem […] o tym, jak rze­czeni kapi­ta­no­wie i ofi­ce­ro­wie sto­sują się do naszych pole­ceń i o innych spra­wach naszej służby28.

Obec­ność Car­ta­geny świad­czyła o nie­uf­no­ści wobec Por­tu­gal­czy­ków. Został przy­dzie­lony do wyprawy, by trzy­mać Magel­lana i Fale­irę w ryzach. Nie miał żad­nego doświad­cze­nia w rej­sach dale­ko­mor­skich, ale zaofe­ro­wano mu wyna­gro­dze­nie znacz­nie wyż­sze od tego, które otrzy­mał Magel­lan. Nie był czło­wie­kiem zni­kąd. Był „sio­strzeń­cem” Fon­seki, jak eufe­mi­stycz­nie nazy­wano nie­ślub­nego syna. Fon­seca zadbał także o obsa­dze­nie innych klu­czo­wych sta­no­wisk. Kapi­ta­nami stat­ków, z wyjąt­kiem tych, któ­rymi dowo­dzili Magel­lan i Fale­iro, byli ludzie wybrani przez niego. Wszystko to stwa­rzało sytu­ację, w któ­rej łatwo mogły poja­wić się kło­poty.

Pano­wały jawne obawy co do por­tu­gal­skiego kon­tyn­gentu. Wydano roz­kaz, by ogra­ni­czyć jego wiel­kość do 12 osób. Byli to prze­waż­nie doświad­czeni nawi­ga­to­rzy. W rezul­ta­cie kapi­ta­nami nie­mal wszyst­kich stat­ków zostali Hisz­pa­nie, nato­miast nawi­ga­to­rami Por­tu­gal­czycy. Cała załoga floty miała liczyć naj­wy­żej 235 osób. Magel­lan sta­rał się jak mógł zmie­ścić udział Por­tu­gal­czy­ków w tej kwo­cie, ale trudno było zwer­bo­wać dosta­teczną liczbę mary­na­rzy z Kasty­lii. Osta­tecz­nie zwięk­szono liczbę Por­tu­gal­czy­ków do 37. Na dzień przed wyj­ściem w morze Magel­lana zmu­szono do zło­że­nia przy­sięgi, że czy­nił wszel­kie sta­ra­nia, by zwer­bo­wać Hisz­pa­nów: „Ogło­si­łem w całym mie­ście, na pla­cach, ryn­kach, w ruchli­wych miej­scach i na nad­rzecz­nych uli­cach, że każdy – mary­narz, chło­piec okrę­towy, sto­larz, cie­śla i inny – kto chce dołą­czyć do Armady, powi­nien się ze mną skon­tak­to­wać […]. Nie chciał się przy­łą­czyć żaden z tutej­szych wie­śnia­ków”29. Jedy­nym, który pod­pi­sał kon­trakt, był Juan Sebastián Elcano, doświad­czony żeglarz z Basko­nii.

Z kom­ple­to­wa­niem załogi wiąże się pewna cie­ka­wostka. Nad­licz­bo­wym jej człon­kiem został wło­ski szlach­cic i uczony, Anto­nio Piga­fetta. Bar­dzo oczy­tany, kul­tu­ralny i docie­kliwy, zacią­gnął się na sta­tek dla samego rejsu: „wie­dząc […] z lek­tury wielu ksią­żek […] o wspa­nia­łych i strasz­nych rze­czach w oce­anie, posta­no­wi­łem dzięki łaska­wo­ści cesa­rza [Karola] […] popły­nąć tam i ujrzeć część z nich na wła­sne oczy”30, a także po to, by opi­sać wyprawę. Miał się stać hagio­gra­fem Magel­lana. W jego dziele trudno zna­leźć jakąś kry­tyczną uwagę o dowódcy. Jed­no­cze­śnie stwo­rzył fascy­nu­jącą rela­cję z tej podróży, a był cie­kaw świata. Jako zara­zem przy­rod­nik, etno­log, zdy­scy­pli­no­wany kom­pi­la­tor języ­ków, badacz astro­no­mii i kli­matu – oraz roz­bi­tek – Piga­fetta był ucie­le­śnie­niem rene­san­so­wego ducha docie­kań.

Lizbonę ogar­nęła wście­kłość na poczy­na­nia Magel­lana. Wła­dze przy­my­kały oko na to, że gra­nicę prze­kra­cza wielu Por­tu­gal­czy­ków szu­ka­ją­cych spo­sob­no­ści doro­bie­nia się majątku w Kasty­lii, ale Magel­lan był osob­nym przy­pad­kiem. Uznano, że może wyrzą­dzić rze­czy­wi­ste szkody naro­do­wym inte­re­som swej ojczy­zny, co dopro­wa­dziło do napięt­no­wa­nia go jako zdrajcy. Por­tu­gal­ski amba­sa­dor w Hisz­pa­nii sta­rał się to obiet­ni­cami, to pogróż­kami ścią­gnąć i Magel­lana, i Fale­irę z powro­tem do kraju. Pro­po­zy­cja, by wró­cili do Lizbony i przed­sta­wili swoją ofertę pod roz­wagę kró­lowi Manu­elowi, spo­tkała się z bra­kiem odzewu. Magel­lan uznał, że bar­dziej praw­do­po­dobne jest ich uwię­zie­nie i stra­ce­nie. Moż­li­wość nasła­nia mor­der­ców, choć mało realna, skło­niła Karola I do przy­dzie­le­nia im ochrony.

Magel­lan wal­czył na wielu fron­tach. Mimo peł­no­moc­nic­twa udzie­lo­nego mu przez króla powszechne było anty­por­tu­gal­skie nasta­wie­nie, zwłasz­cza w Casa de Con­tra­ta­ción. W paź­dzier­niku zna­la­zło ono wyraz w incy­den­cie, do któ­rego doszło w Sewilli po pod­nie­sie­niu przez Magel­lana flagi omył­kowo wzię­tej za flagę Korony Por­tu­gal­skiej. Wybu­chły zamieszki, pod­czas któ­rych został zaszty­le­to­wany por­tu­gal­ski nawi­ga­tor. Magel­lan gło­śno zapro­te­sto­wał i powie­dział kró­lowi, że zauwa­żył na nabrzeżu pod­że­ga­ją­cego tłum Sebastião Alva­resa, por­tu­gal­skiego agenta w Sewilli.

6. Pod­pis Juana Sebastiána Elcano. Tutaj pod­pi­sał się jako del Cano.

Alva­res pró­bo­wał stor­pe­do­wać eks­pe­dy­cję Magel­lana jesz­cze 18 lipca 1519 roku, mie­siąc przed jej wyru­sze­niem. W liście do króla Manu­ela pisze, że przy­ła­pał żegla­rza w rzad­kiej chwili jego pobytu w miesz­ka­niu, gdy tam­ten pako­wał swój doby­tek: „Posze­dłem do domu Magel­lana, gdzie zasta­łem go przy łado­wa­niu do koszy i skrzyni trwa­łych wik­tu­ałów i innych rze­czy”31. Cho­ciaż groźby, łapówki i emo­cjo­nalne apele nie prze­ko­nały Magel­lana do rezy­gna­cji z wyprawy, ewi­dent­nie zbu­rzyły jego spo­kój ducha. „Wtedy zaczął bar­dzo uża­lać się nad sobą i powie­dział, że wielce nie­po­koi się tym wszyst­kim, ale nie zna­lazł niczego, co by mogło uspra­wie­dli­wić jego odej­ście od króla, który wyświad­czył mu taką łaskę”32. Ale były też inne spo­soby na znie­chę­ce­nie rene­gata. Dobrze poin­for­mo­wany Alva­res ostrzegł go, by uwa­żał na sie­bie: „On, Magel­lan, myślał, że wypły­nie jako admi­rał, pod­czas gdy ja wie­dzia­łem, że wysyła się inne, będące w opo­zy­cji do niego osoby, o któ­rych dowie­działby się, dopiero gdy byłoby już za późno, by mógł ura­to­wać honor. I powie­dzia­łem mu, żeby nie zwa­żał na miód lejący się z ust biskupa Bur­gos”33. Alva­res traf­nie osza­co­wał podziały w łonie dowódz­twa i zły wpływ biskupa. Prze­twory, o któ­rych wspo­mniał, póź­niej okażą się ważne dla prze­ży­cia.

Alva­res miał szcze­gó­łową wie­dzę o pla­no­wa­nej tra­sie eks­pe­dy­cji. Pisał do króla Manu­ela: „droga, którą według donie­sień zamie­rzają obrać, wie­dzie pro­sto do Cape Frio [przez Rio de Jane­iro], zosta­wia­jąc Bra­zy­lię z pra­wej strony […], a stam­tąd poże­glują pro­sto do Maluco, którą to zie­mię Maluco widzia­łem na glo­bu­sie i mapie [które zabie­rają ze sobą]”34. Dodał do tego klą­twę: „Oby Bóg Wszech­mo­gący spra­wił, że ich wyprawa zakoń­czy się tak jak wyprawa Cor­tego Realsa, i by Wasza Wyso­kość mógł pozo­stać spo­kojny”35. Corte Reals, por­tu­gal­ski podróż­nik, zagi­nął bez śladu na morzach pół­noc­nych.

Alva­res wie­dział też, że coś jest nie tak z Ruyem Fale­irem. „Dwu­krot­nie roz­ma­wia­łem z Ruyem Fale­iro […] i wydaje mi się, że jest on jak czło­wiek poszko­do­wany na umy­śle i że ode­brało mu to wszelką mądrość, jaką kie­dy­kol­wiek był obda­rzony”36. Rów­nież inne osoby zauwa­żyły, że Fale­iro wyka­zuje nie­po­ko­jące oznaki zabu­rzeń psy­chicz­nych. Ten w poło­wie astro­nom, w poło­wie astro­log postra­dał zmy­sły. Tydzień póź­niej wyklu­czono go z załogi z mgli­stą obiet­nicą, że wypły­nie z drugą flotą.

Usu­nię­cie Fale­ira dało bisku­powi moż­li­wość zacie­śnie­nia kon­troli nad Magel­la­nem. Skoro Fale­irę trzeba było kimś zastą­pić, rola dru­giego dowódcy wyprawy przy­pa­dła Juanowi de Car­ta­gena, w czym maczał palce Fon­seca. Car­ta­gena objął sta­no­wi­sko „współ­do­wo­dzą­cego”, które wcze­śniej pia­sto­wał Fale­iro, co zabu­rzyło hie­rar­chię służ­bową. Czy był pod­wład­nym Magel­lana, czy też był mu równy stop­niem? Każdy z nich inter­pre­to­wał to na swój spo­sób. Gdy flota zna­la­zła się na morzu, stało się to jesz­cze jed­nym skład­ni­kiem recep­tury na kło­poty. Na pewno kon­se­kwen­cją tego aktu była koniecz­ność oma­wia­nia przez Magel­lana wszyst­kich spraw z Car­ta­geną.

8 maja 1519 roku Magel­lan otrzy­mał ostat­nie instruk­cje od Karola I. Były one, jak zawsze w cza­sach, gdy monar­cho­wie sta­rali się mieć nad­zór nad spra­wami, nad któ­rymi nie spo­sób było zapa­no­wać, nie­zwy­kle dro­bia­zgowe i zupeł­nie nie­wy­ko­nalne w trud­nych realiach na morzu. Jako inspek­tor gene­ralny Car­ta­gena dostał ich kopię, na pod­sta­wie czego mógł domnie­my­wać, że ma taką samą rangę jak Magel­lan. Król jesz­cze bar­dziej pogłę­bił podziały w struk­tu­rze dowo­dze­nia. Kil­ku­krot­nie powtó­rzył, że wyprawa nie może naru­szyć gra­nic tery­to­riów, które należą do Por­tu­ga­lii, cho­ciaż dla każ­dego, kto się nad tym zasta­no­wił, było jasne, że armada musi popły­nąć wzdłuż wybrzeża Bra­zy­lii, przez tery­to­rialne wody por­tu­gal­skie. Kwe­stia prze­biegu gra­nicy roz­dzie­la­ją­cej strefy wpły­wów obu państw na Molu­kach była wciąż nie­roz­strzy­gnięta.

Moż­liwe, że sam Karol I nie był pewien, jakie zamiary ma wybrany przez niego dowódca. Powta­rza­jący się, natar­czywy roz­kaz, „by pły­nął wprost do źró­dła przy­praw”37, zdaje się świad­czyć, że podej­rze­wał, iż Magel­lan myśli o obra­niu innego kie­runku. Takie przy­pusz­cze­nie mogła mu nasu­wać klau­zula o sze­ściu wyspach. Alva­res dono­sił kró­lowi Manu­elowi o róż­ni­cach zdań mię­dzy Magel­lanem i Casa de Con­tra­ta­ción; człon­ko­wie tej insty­tu­cji nie zno­sili Por­tu­gal­czyka. W tych warun­kach – przy roz­dź­wię­kach mię­dzy Magel­lanem i Car­ta­geną, mię­dzy frak­cjami por­tu­gal­ską i hisz­pań­ską oraz fan­ta­zjach, które mógł snuć nie­ustę­pliwy pomy­sło­dawca wyprawy – z chwilą gdy żegluga sta­nie się trudna, mogło dojść do poja­wie­nia się poważ­nych kło­po­tów.

Król wyma­gał przede wszyst­kim, by Magel­lan dzie­lił się infor­ma­cjami z kapi­ta­nami i ofi­ce­rami wszyst­kich stat­ków armady – miał spo­rzą­dzić na piśmie plan całej wyprawy, kapi­ta­no­wie zaś, zgod­nie z przy­ję­tym na morzu zwy­cza­jem, mieli każ­dego popo­łu­dnia oso­bi­ście mel­do­wać się na okrę­cie fla­go­wym, a w przy­padku oddzie­le­nia się od floty postę­po­wać według usta­lo­nej pro­ce­dury. Innymi słowy człon­ko­wie eks­pe­dy­cji mieli ze sobą ści­śle współ­pra­co­wać. Jed­nak jasne jest, że Magel­lan widział to ina­czej. Zapy­tany przez Alva­resa o hie­rar­chię służ­bową, odparł, że „gdy znaj­dzie się na morzu, będzie mógł postę­po­wać, jak zechce”38.

Na początku sierp­nia 1519 roku statki miały już w ładow­niach zapasy na dwa lata i były gotowe do podróży. Nie­spełna dwa mie­siące wcze­śniej, 28 czerwca, Karol I został po licz­nych prze­kup­stwach wybrany na władcę Świę­tego Cesar­stwa Rzym­skiego. Od tej pory wie­rzył, że skoro ma ogromne posia­dło­ści w Euro­pie i obu Ame­ry­kach, jego prze­zna­cze­niem jest zostać władcą świata. Kie­ro­wał się mak­symą Plus ultra, „Jesz­cze dalej”2. Magel­lan miał być jego pośred­ni­kiem w tym dziele.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Nazwa­nie lądu zazna­czo­nego na połu­dnie od Ame­ryki na glo­bu­sie Schönera i innych XVI-wiecz­nych mapach „Antark­tyką” jest pewną nad­in­ter­pre­ta­cją. Była to Terra Austra­lis, czyli cał­ko­wi­cie fik­cyjny ląd wywo­dzący się z wyobra­żeń sta­ro­żyt­nych i średniowiecz­nych, który przed­sta­wiano sobie jako coś w rodzaju skrzy­żo­wa­nia Antark­tydy z Austra­lią (przyp. red. meryt.). [wróć]

Dewiza her­bowa cesa­rza Karola V Plus ultra nawią­zy­wała do sta­ro­żyt­nej legendy, zgod­nie z którą Hera­kles po zakoń­cze­niu dzie­sią­tej ze swo­ich dwu­na­stu prac posta­wił dwie kolumny mię­dzy Morzem Śród­ziem­nym a Atlan­ty­kiem (czyli skały po obu stro­nach Cie­śniny Gibral­tar­skiej) i wykuł w nich napis Non plus ultra ozna­cza­jący, że dalej czło­wiek nie powi­nien się zapusz­czać. Dewiza cesa­rza sym­bo­licz­nie ozna­czała więc zerwa­nie z daw­nymi ogra­ni­cze­niami w eks­pan­sji mor­skiej na cały świat, a w kon­se­kwen­cji także w pod­bi­ja­niu kolej­nych lądów (przyp. red. meryt.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wal­lace, t. 1, s. 2. [wróć]

Tamże, s. 4. [wróć]

Pires, t. 1, s. lxxxviii i lxxix. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. lxxix. [wróć]

Castan­heda, s. 155–156. [wróć]

Bar­ros, s. 584. [wróć]

Pires, t. 2, s. 302. [wróć]

Bar­ros, s. 587. [wróć]

Tamże, s. 586. [wróć]

Vil­liers, Trade and society, s. 743 [wróć]

Bar­bosa, t. 2, s. 203. [wróć]

Tamże, s. 199. [wróć]

Pires, t. 1, s. 215. [wróć]

Lagoa, t. 1, s. 155. [wróć]

Pires, t. 1, s. 208 [wróć]

Tamże, s. 206. [wróć]

Bar­bosa, t. 2, s. 201–202. [wróć]

Fernández-Arme­sto, s. 72. [wróć]

https://en.wiki­pe­dia.org/wiki/ Johannes_Sch%C3%B6ner_globe (dostęp 6.11.2023). [wróć]

Guil­le­mard, s. 71. [wróć]

Mori­son, s. 319. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże. [wróć]

Fernández-Arme­sto, s. 43. [wróć]

Ber­green, s. 33. [wróć]

Tamże, s. 34. [wróć]

Tamże, s. 46. [wróć]

Tamże, s. 58. [wróć]

Piga­fetta, t. 1, s. 36 [wszyst­kie cytaty z rela­cji Piga­fetty w prze­kła­dzie Andrzeja Jan­kow­skiego]. [wróć]

Guil­le­mard, s. 80. [wróć]

Tamże, s. 81. [wróć]

Tamże, s. 82. [wróć]

Tamże, s. 83. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 82. [wróć]

Tamże, s. 127. [wróć]

Fernández-Arme­sto, s. 117. [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Spice: The 16th Cen­tury Con­test that Sha­ped the Modern World

Copy­ri­ght © 2024 Roger Crow­ley

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja: Kata­rzyna Raź­niew­ska

Redak­cja mery­to­ryczna: prof. UAM dr hab. Adam Kra­wiec

Pro­jekt okładki

David War­dle

Opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki i łama­nie

Sła­wo­mir Folk­man / www.kala­dan.pl

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Walka o przy­prawy. XVI-wieczna rywa­li­za­cja, która ukształ­to­wała nowo­żytny świat,wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-575-4

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer