69,00 zł
Przyprawy, które wyznaczyły kurs wielkich odkryć geograficznych - historia, w której pieprz był wart więcej niż fortuna.
Kolumb nie szukał Ameryki, Magellan nie zamierzał opłynąć świata. Ich prawdziwym celem było znalezienie zachodniej drogi do Indii i źródła tajemniczych i cennych przypraw. Nienasycony apetyt Europejczyków na goździki i gałkę muszkatołową napędzał wczesnonowożytną gospodarkę i wywołał zaciekłą rywalizację o kontrolę nad wiodącymi do nich drogami.
Roger Crowley z wielką pisarską swadą pokazuje, jak zmagania te ukształtowały nowożytny świat. W latach 1511–1571 dwa europejskie państwa – Portugalia i Hiszpania – starając się zdominować dostawy przypraw, połączyły oceany, stały się wielkimi morskimi imperiami i dały początek globalnemu handlowi.
Walka o przyprawy zabiera czytelnika w podróże z sewilskich doków na bezmiar Pacyfiku, Wyspy Korzenne, koło podbiegunowe i wybrzeża Chin, a dzięki barwnym relacjom naocznych świadków o awanturnikach, katastrofach statków i oblężeniach miast jest narracyjną historią pierwszych spotkań kolonialnych, które na wieki ukształtowały światową gospodarkę.
„Fascynująca opowieść o desperackich i nierzadko brutalnych zmaganiach o dostęp do przypraw” - Giles Milton, autor Muszkatołowej wojny Nathaniela.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 353
Tego autora polecamy również
MORSKIE IMPERIA
Dla Jan z miłością
Powiadają, że najpiękniejszym zapachem na świecie jest woń goździków. Czułem ją w drodze z Koczinu do Goa, gdy byliśmy o ligę od lądu, niesioną wiatrem wiejącym od brzegu, a gdy wiatr cichł, nocą. Była tak silna i tak upajająca, że myślałem, iż muszą tam być lasy kwiatów. Okazało się, że byliśmy blisko statku płynącego z ładunkiem goździków z Moluków.
Garcia de Orta, XVI-wieczny portugalski botanik
Chociaż mówimy o „Starym Świecie” i „Nowym Świecie”, nazywamy je tak tylko dlatego, że z tym drugim zetknęliśmy się dopiero niedawno, a nie dlatego, że są dwa światy; jest tylko jeden.
Inca Garcilaso de la Vega, 1609
Mapa 1. Archipelag Malajski, wybrzeże chińskie i podróż Francisca Serrão
Mapa 2. Opłynięcie kuli ziemskiej przez wyprawę Magellana 1519–1522
Mapa 3. Przeprawa przez Cieśninę Magellana
Mapa 4. Ekspedycja Willoughby’ego i Chancellora, 1553
Mapa 5. Moluki
Mapa 6. Filipiny
Z przestrzeni kosmicznej Archipelag Malajski wygląda jak rozsypane kawałki ogromnego porcelanowego półmiska, który jakiś olbrzym upuścił na Ziemię, po czym cofnął się, by podziwiać tego skutek. Ostro zakończony południowo-wschodni koniec Półwyspu Malajskiego i wysmukłe kształty Sumatry i Jawy przechodzą w łańcuch wysp ciągnący się długim na wiele tysięcy kilometrów łukiem, równym jednej czwartej obwodu Ziemi. Niektóre z nich mają kształt pająków, inne to prawie idealnie okrągłe plamki zwieńczone stożkami wulkanów, wyglądające jak na dziecięcym rysunku. W połowie tego łańcucha znajduje się zwalista bryła Borneo i siedem tysięcy szczątków owego półmiska, z których składają się Filipiny. Na wschodzie, przed rozległym przestworem Pacyfiku, ostatnim jego ogniwem jest Nowa Gwinea. A środkowe ogniwo, zbyt małe, by można je dokładnie przedstawić na jakiejkolwiek mapie świata, tworzy grupa tysiąca wysepek – Moluków, jak przyjęło się je nazywać w podręcznikach historii. To serce tropików, które przeszywa niczym strzała równik, dzieląc dobę na równe połowy – dzień i noc.
Cały archipelag jest epicentrum jednego z najbardziej aktywnych geologicznie regionów Ziemi. To miejsce styku czterech płyt tektonicznych, które napierają na siebie, wypychając na powierzchnię nowe wyspy wulkaniczne, przesuwając Australię na północ i wprawiając góry na Nowej Gwinei w nieustanne drżenie. Czterysta pięćdziesiąt wulkanów, które stanowią zachodni skraj Pierścienia Ognia obejmującego Pacyfik wielką półobręczą w kształcie końskiej podkowy, należy do najgroźniejszych na Ziemi. Od czasu do czasu po całym globie niesie się ich echo: wybuch Krakatau w 1882 roku wytworzył najgłośniejszy hałas odnotowany w historii, a w naszych czasach, w 2004 roku, podwodne trzęsienie ziemi spowodowało wysokie na piętnaście metrów tsunami, które pędząc przez Pacyfik z prędkością 800 kilometrów na godzinę, uderzyło w czternaście krajów. Ludzie, którzy mieszkają na linii tego uskoku, żyją na niestabilnej ziemi. Czują, że planeta drży, lądy stale zmieniają kształty i położenie. Alfred Russel Wallace, XIX-wieczny przyrodnik, zauważył, że „na wielu z tych wysp lata potężnych trzęsień ziemi tworzą dla ich mieszkańców chronologiczne epoki, za pomocą których zapamiętują oni wiek swoich dzieci i określają daty ważnych wydarzeń”1. Pisze też, że wchodząca w skład archipelagu Moluków wyspa Makian
została rozerwana przez gwałtowną erupcję [wulkanu], która zostawiła z jednej strony ogromną rozpadlinę sięgającą w głąb góry. Kiedy ostatnio, w 1860 roku, odwiedziłem wyspę, góra była po szczyt pokryta roślinnością i znajdowało się na niej dwanaście ludnych malajskich wiosek. 29 grudnia 1862 roku […] nastąpił nagle kolejny wybuch, który rozsadził górę, całkowicie zmieniając jej wygląd, zabijając większość mieszkańców, wyrzucając taką ilość popiołu, że nad odległą o sześćdziesiąt kilometrów Ternate pociemniało niebo, i niemal kompletnie niszcząc uprawy na tej i na sąsiednich wyspach2.
To region zderzeń nie tylko geologicznych. Spotykają się tu, na granicy zwanej obecnie linią Wallace’a, dwa królestwa flory i fauny, z których jedno wywodzi się z Australazji, drugie z Azji. Na bogatej wulkanicznej glebie tego łańcucha wysp, w monsunowych deszczach i wysokiej temperaturze, wyewoluowało wiele przeróżnych, niespotykanych nigdzie indziej roślin, zwierząt i owadów. Życie jest tu tak bujne, że XIX-wieczny holenderski zoolog naliczył przy brzegach jednej z wysp tyle gatunków ryb, ile jest we wszystkich europejskich rzekach i morzach, a tropikalne lasy tak gęste, że po drugiej wojnie światowej ostatni japoński żołnierz zdołał ukrywać się przez trzydzieści lat na kieszonkowej wysepce Morotai.
Archipelag jest laboratorium ewolucji. Ta oszałamiająca różnorodność gatunków wprowadziła Moluki do historii. Pięć wulkanicznych wysepek – Ternate, Tidore, Moti, Makian i Bacan – było jedynymi miejscami na świecie, gdzie rosły drzewa goździkowe. Leżąca 600 kilometrów od nich inna grupa wysp, Banda, była unikatowym źródłem gałki muszkatołowej. Owocom tych drzew zawdzięczają Moluki nazwę Wyspy Korzenne i to one zwróciły na ów archipelag uwagę świata.
Powab przypraw sięga odległej starożytności – w miastach na brzegach Eufratu odkopano liczące cztery tysiące lat pąki goździków, a w Dolinie Królów odkryto płaskorzeźby przedstawiające flotę płynącą z ładunkiem przypraw. Chińscy cesarze z dynastii Han wymagali od swych dworzan, by ich oddech pachniał goździkami, a Rzymianie uważali, że przyprawy są węchowymi wrotami do krainy bogów, że ich woń niesie do niej składane bogom ofiary i dusze ze stosów pogrzebowych. Przyprawy były cenionymi afrodyzjakami, środkami odkażającymi i przeciwbólowymi, wzbogacały smak dań i napojów, były namiastką raju. Przyczyniły się do powstania lądowych i morskich szlaków handlowych, rozwoju miast i szerzenia religii przez sprowadzających je kupców. Lekkie i trwałe, były pierwszymi towarami o naprawdę światowym zasięgu, a ponieważ przechodziły przez ręce wielu pośredników, miały tak wysoką marżę – nim trafiły na europejski rynek, ich cena wzrastała nawet o tysiąc procent – że ich wartość przewyższała wartość złota o identycznym ciężarze. Czasami same stawały się walutą.
W średniowieczu Europejczycy zżymali się na to, że handel przyprawami spoczywa głównie w rękach kupców muzułmańskich i że do nich trafia złoto, którym za nie płacą. Źródło pochodzenia goździków i gałki muszkatołowej było nieznane. Apetyt zaostrzały opowieści samotnych podróżników. Marco Polo sądził, że goździki pochodzą z Chin – musiał widzieć całe ich gałęzie sprowadzane z Moluków – a gałka muszkatołowa z Jawy. Franciszkański misjonarz Odoryk z Pordenone, który na początku XIV wieku odwiedził Jawę, zorientował się, że pochodzą z jakiejś wyspy leżącej dalej na południu, ale nie udało mu się ustalić skąd. Włoski podróżnik Ludovico di Varthema utrzymywał, że około 1505 roku dotarł zarówno do Wysp Banda, jak i Moluków i widział tam uprawy goździków i gałki muszkatołowej. Drukowany opis jego podróży znalazł się szybko w obiegu.
Ten splot spekulacji i pragnień stał się motorem dalekomorskich wypraw Europejczyków. Kolumb wyruszył na zachód, by znaleźć drogę do „Indii” – Chin, Japonii i Wysp Korzennych – dotrzeć do źródła orientalnych bogactw i wyeliminować muzułmańskich pośredników. Uwagi na zachowanym do naszych czasów jego łacińskim egzemplarzu opisu podróży Marca Polo wskazują, że Kolumba interesowały przyprawy, złoto i kamienie szlachetne. Ale trafił na barierę nie do przejścia – Amerykę. Vasco da Gama wybrał wschodnią drogę do Indii i w 1511 roku dotarł do Malakki na Półwyspie Malajskim, skąd niemal widać było Sumatrę.
To, co nastąpiło potem, jest tematem niniejszej książki. Moluki miały się stać epicentrum XVI-wiecznej wielkiej gry, która dosłownie ukształtowała świat – najpierw zaciętej walki między Portugalią i Hiszpanią o dalekosiężnych skutkach, a potem globalnej rywalizacji. W jej ramach wysłano dziesiątki ekspedycji przez Malaje, Cieśninę Magellana, wzdłuż wybrzeża Meksyku i koło podbiegunowe północne. Wyprawiano floty z Sewilli, Lizbony i Londynu z konkwistadorami z Kastylii, portugalskimi i baskijskimi nawigatorami, flamandzkimi kartografami, angielskimi marynarzami, niemieckimi i włoskimi bankierami. To ona doprowadziła do zatargów z imperium osmańskim i kontaktów Europejczyków ze starymi cesarstwami Chin i Japonii.
W latach 1511–1571 Europa, głodna, ambitna i agresywna, przesunęła się zdecydowanie z boku na środek sceny, a Hiszpania na krótko stała się potęgą światową. W ciągu tych sześciu ważnych dekad Europejczycy dowiedli, że Ziemia ma kształt kulisty1, zaczęli wypełniać białe plamy na mapach Pacyfiku, stworzyli pierwsze światowe metropolie i połączyli oceany. Ich imperia miały przez pół tysiąca lat dominować na morzach planety. Ich imponujące wyprawy oraz zderzenia ludów i kultur zaowocowały niezwykłymi opowieściami o wytrwałości, odwadze i cierpieniu, a także o aktach okrucieństwa wobec rdzennych mieszkańców odkrywanych lądów i ludobójstwie. Dzięki wynalazkowi druku zapoczątkowały epokę informacji i stworzyły sieć globalnego handlu. Napędzało ją srebro jako uniwersalny środek płatniczy, a impulsem do jej powstania był powab przypraw. Wszystko to nadało polityczne, handlowe, kulturowe i ekologiczne oblicze nowożytnemu światu.
W 1511 roku trzy portugalskie statki wypłynęły z Malakki w poszukiwaniu źródła goździków i gałki muszkatołowej. Były na najlepszej drodze po niesamowite zyski.
Wyprawy Magellana i innych XVI-wiecznych żeglarzy niczego nie dowodziły w kwestii kształtu Ziemi, ponieważ o jej kulistym kształcie wiedzieli wszyscy wykształceni mieszkańcy średniowiecznej Europy (i wielu niewykształconych). Przełomowe znaczenie rejsu floty Magellana polegało na udowodnieniu, że kulę ziemską da się opłynąć dookoła, co wcześniej część uczonych uważała za niewykonalne z powodu wielkich odległości na morzu i upału panującego wokół równika (przyp. red. meryt.). [wróć]
1 kwietnia 1512 roku, Koczin na zachodnim wybrzeżu Indii. List Afonsa de Albuquerque, portugalskiego gubernatora Indii, do króla Manuela I. Do listu dołączony fragment dużej mapy. Gubernator pisze:
Panie, wydaje mi się, że to najlepsza rzecz, jaką dotąd widziałem, i bardzo spodoba się Waszej Wysokości […]. Przesyłam Waszej Wysokości ten kawałek [mapy – A.J.], skopiowany przez Francisca Rodriguesa z innej. Wasza Wysokość zobaczy na nim, skąd naprawdę przybywają Chińczycy i Gorowie [mieszkańcy wysp Riukiu], kurs, jaki powinny obrać statki Waszej Wysokości, by dotrzeć do Wysp Goździkowych, gdzie znajdują się kopalnie złota, i wyspy Jawa i Banda, z goździkami i gałką muszkatołową, ziemia króla Syjamu, a także dokąd dopływają Chińczycy i w jakim kierunku pływają, i dlaczego nie zapuszczają się dalej3.
Większa mapa, o której wspomina Albuquerque, zatonęła podczas katastrofy statku, w której gubernator omal nie stracił życia, ale to, co zostało, miało niezmierną wartość. Z naniesioną „siatką rumbów i bezpośrednimi szlakami statków”4, fragment ów stał się mapą przewodnią dla Europejczyków zmierzających na Wyspy Korzenne, do ostatecznego celu ich wypraw, odkrytego po wiekach spekulacji o położeniu tych wysp, i stwarzał oszałamiającą perspektywę nawiązania bezpośredniego kontaktu z Chinami, bajeczną krainą w ich rozpalonej przez opis podróży Marca Polo wyobraźni.
Osiem miesięcy wcześniej Portugalczycy zdobyli strategiczne miasto Malakka na krańcu Półwyspu Malajskiego, w którym szlaki handlowe z najdalszych krajów Orientu łączyły się ze szlakami prowadzącymi przez Indie i Bliski Wschód. Tą drogą przyprawy docierały po bardzo zawyżonej przez pośredników cenie na rynki europejskie; teraz mogła ona powieść Portugalczyków do źródeł goździków i gałki muszkatołowej. Działali szybko. Mając w rękach Malakkę, Albuquerque natychmiast wysłał do Birmy, Tajlandii i na Sumatrę ambasadorów, by powiadomili władców tych krajów o obecności Portugalczyków i ich woli nawiązania z nimi stosunków handlowych. W liście do króla Manuela nie poinformował o tym, że na Wyspy Korzenne płynie już flota z Franciskiem Rodriguesem, „młodzieńcem […] z bardzo dobrą wiedzą i umiejętnością sporządzania map”5, jako nawigatorem. Wśród zdobywców Malakki było dwóch młodych ludzi pochodzących z drobnej portugalskiej szlachty: Francisco Serrão i Fernão de Magalhães, zwany później Magellanem.
Prawdopodobnie w listopadzie 1511 z Malakki wypłynęły „na Moluki po goździki i na Wyspy Banda po gałkę muszkatołową”6 trzy okręty pod dowództwem Antónia de Abreu: Santa Catarina, Sabaia, której kapitanem był Francisco Serrão, i lekka karawela prowadzona przez Rodriguesa. Obsadzone były przez 120 Portugalczyków i 60 niewolników do pracy przy pompach. Dowódcy byli ludźmi zahartowanymi w boju o Malakkę. Abreu dochodził do siebie po postrzale z muszkietu, który pozbawił go zębów i części języka, ale ekspedycja była pokojową wyprawą handlową. W jej skład wchodziło również dwóch Malajów znających szlak, którym płynęła. Albuquerque zdawał sobie sprawę, że wiadomość o zajęciu Malakki przez Portugalczyków rozniosła się wśród mieszkańców Archipelagu Malajskiego i zagrażała nawiązaniu z nimi kontaktów handlowych. Dla przetarcia drogi wysłał przodem dżonkę pod dowództwem Persa imieniem Ismael, „byśmy po dotarciu Antónia de Abreu do tych portów nie zostali źle przyjęci, jako że nasza nazwa budziła strach”7. Opłynąwszy koniec półwyspu, Portugalczycy znaleźli się na nowym morzu i w nowym świecie – Archipelagu Malajskim z tysiącami wysp, wieloma językami, malutkimi królestwami i nieznanymi im warunkami żeglugi. W trakcie tej podróży przekształcili się ze zdobywców w kupców działających na skraju portugalskiego imperium.
Statki płynęły wzdłuż północnego wybrzeża Jawy, łańcucha wulkanów wznoszących się nad zielonymi tarasowymi poletkami ryżu. Zawinąwszy dla uzupełnienia zapasów do portu Gresik, Serrão, wzorem pływających tam sezonowych kupców, pojął za żonę Jawajkę, „monsunową pannę młodą”. Podczas przechodzenia przez pas raf Sabaia została uszkodzona i trzeba było ją porzucić. Dwa pozostałe statki trzymały kurs na północ. Rodriguesa zdumiała stercząca z morza samotna wulkaniczna wysepka Gunung Api, z której „najwyższego punktu spływały bez przerwy strumienie ognia, tworząc wspaniały widok”8. Po drodze rysował mapę nowego świata i kreślił zarysy mijanych wybrzeży.
Wyprawa wyruszyła jednak w złym czasie. Wiejące o tej porze roku przeciwne wiatry nie pozwoliły jej dotrzeć do goździkowych Moluków i zmusiły do skierowania się na południe w poszukiwaniu gałki muszkatołowej na innej grupie wysp, Banda, dziesięciu malutkich skrawkach ziemi leżących wokół kaldery zapadniętego wulkanu. Przybysze rzucili kotwice w zatoce Lontar, największej z tych wysp, mającej według portugalskiego historyka Barrosa „kształt sierpaka”9. Nad nimi wznosił się czynny wulkan, wypluwający z krateru siarkę. Zbocza wysp spowite były soczystą zielenią drzew muszkatołowych. Ten widok przechodził wyobraźnię Portugalczyków: „zdawało się, że to ogród, w którym Natura stworzyła w postaci tego konkretnego owocu coś zachwycającego”. Kwiaty drzewa muszkatołowego „miały złożony zapach, nieporównywalny z niczym, co jest u nas. Po kwiatach [pojawiają się – A.J.] owoce, koloru zielonego […], a gdy zaczynają dojrzewać, przylatuje mnóstwo papug i różnych innych ptaków […]. Sama różnorodność ich gatunków, kolorów, które dała im Natura, i pieśni jest osobnym spektaklem”10. Ptaki, roznoszące nasiona drzew muszkatołowych, odgrywały istotną rolę w skomplikowanej sieci ekologicznych zależności tych wysp. Zaciekawieni Portugalczycy opisywali szczegółowo także mieszkańców wysp i ich strukturę społeczną.
Portugalczycy obserwowali, ale im też się przyglądano. Według jednej z relacji mieszkańców wysp przestraszyło pojawienie się floty Abreu i wielkość wchodzących w jej skład okrętów. Przybysze szybko wykorzystali psychologicznie i praktycznie wrażenie, jakie wywarły na tubylcach ich potężne żaglowce. Rui de Brito Patalim, dowódca fortu w Malakce, donosił, że „na Moluki, Banda, Timor i Jawę potrzebujemy dużych okrętów, mimo że mieszkańców przeraża ich widok”. Proponował wysłanie jednego lub dwóch nao (wielkich żaglowców) o wyporności 500 ton, „gdyż poza tym, że pokażą naszą siłę, mogą zabrać ogromną ilość przypraw, jakiej nie da się przewieźć mniejszymi okrętami. Co więcej, droga jest już znana, żeglowna i łatwa do pokonania”11.
Mieszkańcy Wysp Banda mieli rozległe kontakty handlowe z sąsiednimi wyspami. Dostawali goździki z Moluków, pływali na Jawę i czasami do Malakki. Powitali przybyszów jako jeszcze jednego partnera w interesach. Przyjęli ich gościnnie głównie dlatego, że ci sami Portugalczycy rozerwali ich sieci handlowe, a oni żyli z handlu. Idąc za radami kupców z Malakki, Europejczycy przywieźli odpowiednie towary: ubrania, ryż i chińską porcelanę. Na wyspach wielką popularnością cieszyły się jawajskie gongi, które można było wymienić na duże ilości przypraw: „Na nich i na metalowych misach grają muzykę”12.
Portugalczycy załadowali gałkę muszkatołową i macis (mającą delikatniejszy zapach osnówkę nasiona owocu muszkatołowca) oraz importowane przez tubylców goździki i kupili dżonkę, która miała zastąpić Sabaię. Podobnie jak oba ocalałe statki nie była ona w dobrym stanie. Dżonki znakomicie spisywały się w żegludze między wyspami, ale niezbyt się nadawały do rejsów dalekomorskich i miały tylko drewniane kotwice, ale wzięli ją, gdyż potrzebowali sporych ładowni na gałkę muszkatołową, która zajmowała dużo miejsca. Gdy wyruszyli z powrotem przez Morze Banda, dowództwo nad dżonką objął Francisco Serrão. Ta jednak w połowie drogi zaczęła nabierać wody. Osiadła na nagiej wysepce, gdzie oprócz Portugalczyków były tylko żółwie. Nie było żadnego innego pożywienia ani słodkiej wody. Ich trudna sytuacja nie została wszakże niezauważona. Wyspy Lucopina [Lucipara] były ewidentnie dobrze znanym cmentarzyskiem statków na Morzu Banda i źródłem dochodów morskich łupieżców. Na horyzoncie pojawiła się łódź wojenna, której załoga chciała sprawdzić, co da się wydobyć z wraku. Za radą muzułmańskiego pilota Portugalczycy ukryli się, wzięli rabusiów z zaskoczenia i przejęli ich łódź. Niedoszli piraci, a teraz także potencjalni rozbitkowie, zostali zmuszeni do przewiezienia ich do wioski Hitu na pobliskiej wyspie Ambon.
1. Ciągnący się wzdłuż wybrzeża Jawy łańcuch wulkanów na rysunku Francisca Rodriguesa. W środku buchająca ogniem wulkaniczna wyspa Gunung Api.
Mała grupa Portugalczyków, ogółem 8–9 ludzi, zeszła na brzeg w pełnych zbrojach, z muszkietami. Zrobiła na tubylcach wielkie wrażenie. Hitu było w konflikcie z ludem Luhu osiadłym na sąsiedniej wyspie, Seram. Wojny między wyspami toczyły się według tego samego schematu: „mieszkańcy jednej przypuszczając na drugą niespodziewany atak czółnami, brali jeńców albo zabijali się wzajemnie”13. Przybysze z Portugalii szybko zaznajomili się z tym stylem walki, jak również z zawiłościami miejscowej polityki. Skaptowana przez Hitu drużyna Serrão wywarła decydujący wpływ na wynik zatargu. Wieści o przybyszach i ich wyczynach szybko rozeszły się po archipelagu. Wkrótce dotarły do odległych o 450 kilometrów, będących źródłem goździków Moluków i natychmiast zainteresowały ich władców.
Nad Ternate i Tidore górują wznoszące się wprost z morza symetryczne wulkany o zboczach pokrytych lasami. W tamtym momencie te dwie małe wyspy, przedzielone zaledwie kilkusetmetrowym pasem wody, były w stanie wojny. Mieszkańców obu powierzchownie zislamizowali muzułmańscy kupcy, a ich sułtanowie byli zaciekłymi rywalami. Każdy z nich przewodził konfederacji innych wysp i osad. Serrão i jego towarzysze znali już z udziału w walkach na Ambon miejscowy sposób wojowania. Ataki przypuszczano w dużych i szybkich łodziach zwanych kora-kora lub joanga, które mogły pomieścić do stu wioślarzy. Największą flotę tych łodzi miało Ternate i jedna z nich przypłynęła do Hitu z zaproszeniem dla Serrão.
Portugalskich awanturników powitał ciepło sułtan Bajan Sirrullah: „przyjął ich w swoim kraju z wielkimi honorami”14. Powiedział, że miał proroczy sen o przybyciu mężczyzn zakutych w żelazo, którzy rozszerzą jego panowanie. Szybko udowodnili swoją wartość, dając Ternate przewagę nad Tidore. Serrão stał się niezastąpionym doradcą i powiernikiem sułtana. Gdy w 1514 roku Bajan Sirrullah napisał do króla Portugalii list, w którym zobowiązywał się, że zostanie jego wasalem, zrobił to nie tylko dlatego, że Portugalczycy sprawowali władzę nad Malakką, kluczowym węzłem handlu przyprawami, odgrywającym ważną rolę w eksporcie goździków z Ternate, lecz również dlatego, że widział w nich siłę, która pomoże mu zapanować nad sąsiednimi wyspiarskimi królestwami. Miał tego dokonać Serrão. Portugalczycy postrzegali to inaczej. We wrześniu 1515 roku Albuquerque pisał do Manuela I, że doszły go „wieści, iż Serrão żyje i ma władzę nad wyspami goździkowymi oraz rządzi królem i całą tą ziemią”15, domyślnie w imieniu swego władcy.
2. Ternate i znajdujący się na niej wulkan na XVIII-wiecznej rycinie holenderskiej
Malakka była wysuniętym najdalej na wschód punktem imperium portugalskiego. Jego ograniczone zasoby ludzkie były z rzadka rozmieszczone w rozciągającym się od Afryki po Zatokę Perską i wybrzeże Indii łańcuchu fortów i baz. Moluki znajdowały się o dwa monsuny i niemal 14 tysięcy kilometrów od stolicy monarchii, a Serrão – jak się wydaje – coraz bardziej wymykał się spod władzy króla rezydującego w odległej Lizbonie. W latach po jego przybyciu zawijały na wyspę Ternate portugalskie statki handlowe, zabierały ładunek goździków i odpływały, natomiast on pozostawał na niej, ignorując wszelkie wezwania do powrotu. Na pół niezależny od Portugalii mieszał się do wewnętrznej polityki wysp. Prowadził życie, o jakim marzyło wielu portugalskich poszukiwaczy przygód, kierując się bynajmniej nie pragnieniem służenia królowi, lecz chęcią zysku i opływania w orientalne luksusy niczym egzotyczny radża. Z listu Albuquerquego wynika, że był co najmniej tolerowany.
Serrão pozostaje zagadkową postacią. Niewiele o nim wiadomo, ale jego nazwisko przewija się niczym cienka nić w kronikach tej epoki. Przyszło mu odegrać kluczową rolę w tym, co miało się wydarzyć. Podobnie jak wiele innych portugalskich dokumentów, jego listy prawdopodobnie zaginęły podczas trzęsienia ziemi w Lizbonie w 1755 roku. We współczesnych mu kronikach możemy odnaleźć tylko ich echo. Wiadomo jednak, że pisał je do króla i swojego przyjaciela, Fernão de Magalhãesa, i wysyłał wracającymi do kraju portugalskimi statkami.
Portugalczycy skrzętnie zbierali informacje o Wyspach Korzennych. Opisali wyjątkową strukturę polityczną mieszkańców Wysp Banda: „nie mają króla, są rządzeni przez starszych”, ich wygląd, pożywienie, które opierało się na sago, „[mące – A.J.] otrzymywanej z miękiszu pewnego drzewa i bardzo mocno spieczonej […], używanej jako pieniądz”, geografię wysp i miejsca dogodne do lądowania, a przede wszystkim ich sieci handlowe oraz szczegółowe koszty przypraw. Z zainteresowaniem odkrywali sposoby uprawy i zbioru gałki muszkatołowej i macis: „drzewa podobne do wawrzynów, których owocami są orzechy, nad nimi rozpościera się macis niczym kwiat, a znowu nad tym gruba skorupa. Jeden kwintal macis jest wart tyle, co siedem kwintali gałki muszkatołowej”16. „Macis jest owocem jak brzoskwinia czy morela, a kiedy dojrzeje, pęka i wypada z niego zewnętrzna pulpa, a to, co zostaje w środku, przybiera czerwony kolor, i to właśnie jest macis gałki muszkatołowej. Zbierają ją i suszą. Owoce rodzą się przez cały rok i są zbierane co miesiąc”17.
3. Gałka muszkatołowa i jej osnówka, macis
Tyle samo uwagi poświęcali produkcji goździków na Molukach:
Lasy na tych wyspach obfitują w pewne drzewa podobne do wawrzynów, a ich liście przypominają liście chruściny; nad nimi rosną jak kwiaty pomarańczy czy dzikiego wina grona goździków. Są bardzo zielone, a później białe, ale gdy dojrzeją, mają piękny czerwony kolor. Wtedy tubylcy je zbierają i rozkładają na słońcu, by wyschły, aż staną się czarne, a kiedy nie ma słońca, suszą je w wędzarniach. Gdy wyschną, spryskują je odrobiną słonej wody, by się nie pomarszczyły i zachowały wszystkie swoje zalety. I na tych pięciu wyspach zbierają ich tak wiele, że nie są w stanie wywieźć ich z kraju. […] jeśli nie zbiera się ich przez trzy lata, drzewa dziczeją i to, co potem rodzą, jest bezwartościowe18.
Te relacje, gromadzone przez kupców i ich pośredników, były w istocie podręcznikami handlu i zapewniały Portugalczykom ciągły dopływ danych o geografii, ekologii, strukturach władzy i antropologii. Zresztą wszyscy Europejczycy zbierali informacje o świecie i żadne z nich nie były całkowicie niewinne.
4. Kiść owoców drzewa goździkowego
W 1519 roku król Manuel I zlecił wykonanie atlasu z mapami egzotycznych krajów, obecnie zwanego Atlasem Millera. Jest to zarówno piękne dzieło sztuki, jak i hołd dla odkryć dokonanych przez Portugalczyków. Moluki są w nim nakreślone złotym kolorem i przyszpilone portugalską flagą do morza jak rzadki motyl w gablocie kolekcjonera. Był to swoisty akt własności, o czym mieszkańcy tych wysp nie mieli pojęcia. Na zamieszczonej w tym atlasie mapie świata są one otoczone półkolem mielizn sugerującym, że są niedostępne. Położenie samych wysp zaznaczone jest dość dokładnie, ale owe mielizny nie istnieją. W dodatku znajdują się one w labiryncie cieśnin i przesmyków między innymi, wyimaginowanymi wyspami, co ma wskazywać, że niezwykle trudno jest do nich dotrzeć1. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że nie istnieje na niej Pacyfik, który cztery lata wcześniej zobaczyli Hiszpanie i w tamtym czasie był już szeroko znany. Ta mapa jest anachronicznym powrotem do obrazu świata, jaki przedstawił starożytny geograf Ptolemeusz. Atlantyk jest tu morzem otoczonym ze wszystkich stron lądem, przez który nie ma żadnego przejścia na wschód. Atlas Millera nie był obiektywnym opisem świata znanego Portugalczykom, lecz geopolitycznym narzędziem, które miało zapewnić im hegemonię w handlu przyprawami i zniechęcić rywali, zwłaszcza Hiszpanów, do prób dotarcia do Moluków przez Pacyfik drogą wokół Ameryk.
Hiszpanie, z aktywnym udziałem Fernão de Magalhãesa, planowali tego dokonać w tym samym roku. Król Manuel z pewnością o tym wiedział.
Umieszczenie tych fikcyjnych wysp na mapie było nie tylko formą dezinformowania potencjalnej konkurencji. Ich obecność w tym miejscu wynikała również (a raczej przede wszystkim) z utrwalonej tradycji. W europejskiej geografii od czasów Marca Polo istniało głębokie przekonanie, że całe wschodnie i południowo-wschodnie wybrzeża Azji są otoczone niezliczonymi wyspami. Widzimy je na większości map tego obszaru powstałych w XIV–XVI wieku (przyp. red. meryt.). [wróć]
Hiszpanie nadrabiali zaległości w wyścigu do Indii. Pojawiały się wątpliwości, czy Kolumb rzeczywiście – jak twierdził – dotarł w pobliże Japonii; na razie jego odkrycia nie przedstawiały dużej wartości. Stałe postępy Portugalczyków budziły zazdrość i niepokój po drugiej stronie granicy. Portugalia i Korona Kastylii, scalająca wówczas inne królestwa Półwyspu Iberyjskiego w jednolitą całość, Hiszpanię, tworzyły dzięki małżeństwom ich władców i sąsiedztwu związek, który można nazwać pasywno-agresywnym. Ich królowie zwracali się do siebie per „drogi przyjacielu”, ale byli zawziętymi rywalami. Przez granicę przenikały wiedza i umiejętności żeglarskie. Oba państwa opierały się nie tylko na mieszkańcach Półwyspu Iberyjskiego, ale także na cudzoziemcach: Wenecjanach, Genueńczykach i Francuzach. Na ogół wiedza przepływała w jedną stronę, z przodującej w eksploracji świata Portugalii do kastylijskiego centrum informacji w Sewilli.
Obszar eksploracji obu stron określał traktat z Tordesillas. W 1494 roku, po gwałtownych sporach dotyczących Atlantyku, Portugalia i Kastylia zgodziły się na podział stref wpływów wzdłuż wyobrażonej linii ciągnącej się przez ten ocean od bieguna południowego do północnego. Wyznaczono ją w odległości 370 lig na zachód od Wysp Zielonego Przylądka. Miała ona odgraniczać terytoria nad Atlantykiem, do których zgłaszali roszczenia Hiszpanie, od obszarów eksploracji Portugalczyków, ale implikacje traktatu ujawniły się w pełni, gdy ci drudzy ruszyli na wschód, w stronę Wysp Korzennych. Okazało się, że linia demarkacyjna powinna przebiegać przez cały glob, przecinając go jak nóż pomarańczę dokładnie na połowy. Decydujące znaczenie miało to, kto „posiadał” bardzo pożądane źródła goździków i gałki muszkatołowej na drugiej półkuli. Mimo tych sporów władcy państw iberyjskich obstawali przy tym, że mają monopol na odkrycie wszystkich zakątków planety i włączenie ich do prywatnych stref wpływów politycznych. „Pokażcie mi testament Adama” – skomentował to szyderczo Franciszek I, król Francji, zawziętej rywalki Hiszpanii. Kluczowe znaczenie dla nakreślenia południka biegnącego przez Archipelag Malajski miała wielkość dzielonej pomarańczy. Zdaniem Kolumba świat był mniejszy, niż jest w rzeczywistości. Ten mniejszy świat odpowiadał ambicjom Kastylii, gdyż pozwalało to jej na roszczenie pretensji do części terytoriów na wschodzie, do których przyznali już sobie prawo Portugalczycy. To oni pływali dalej niż rywale i bardziej realistycznie oceniali wielkość tych terytoriów, chociaż ani jedni, ani drudzy nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, jak ogromny jest Ocean Spokojny.
Linia wyznaczona w traktacie z Tordesillas okazała się klątwą ciążącą na iberyjskich pionierach. Precyzyjne zmierzenie długości geograficznej było niemożliwe, ponieważ na wschodzie brakowało odpowiednika Wysp Zielonego Przylądka, zatem dokładne wyznaczenie, jak i gdzie przebiega granica terytoriów, do których zawłaszczenia przyznawała sobie prawo każda ze stron traktatu, również było niemożliwe. Spory o przebieg linii demarkacyjnej ciągnęły się, niczym obsesyjne poszukiwanie cząstek subatomowych w naszych czasach, przez cały wiek XVI, powodując zalew dokumentów, wzajemnych roszczeń, patów dyplomatycznych i wojen. Wydawało się, że kwestię tę rozstrzygnie tylko zajęcie spornych terytoriów, co było niuansem, o którym ich rdzenna ludność nie miała pojęcia.
W świetle traktatu z Tordesillas jedynym sposobem, w jaki Hiszpanie mogli przystąpić do rywalizacji w handlu przyprawami, było dotarcie do Wysp Korzennych od zachodu, a do tego potrzebne było znalezienie drogi wodnej prowadzącej przez Ameryki do morza, które znajdowało się za nimi, albo opłynięcie końca kontynentu południowoamerykańskiego, leżącego równolegle do Przylądka Dobrej Nadziei, który okrążali Portugalczycy, żeglując na wschód, do Indii. Bardzo ekscytowano się myślą, że może tam być jakaś cieśnina łącząca Atlantyk z tym morzem. Dwie pierwsze dekady XVI wieku widziały co rusz ponawiane, to przez Portugalczyków, to przez Hiszpanów, próby znalezienia tej drogi. Statki pływały wzdłuż wybrzeża Ameryki Południowej na południe, gdzie, w zimniejszej strefie, zdawało się ono przybierać kształt klina, zapuszczając się w górę rzek i ich dopływów. To, że w 1513 roku konkwistador Vasco Núñez de Balboa przebył wąski Przesmyk Panamski i dotarł do nowego oceanu, który nazwał Mar del Sur, Morzem Południowym, potraktowano jako zachętę. Jego wyprawa nasuwała przypuszczenie, że rzeczywiście może tam istnieć jakaś droga wodna. W tym samym roku ukazała się słynna mapa Martina Waldseemüllera, pierwszego, który nazwał ów kontynent Ameryką, z kanałem w tym regionie. Ferdynand Aragoński zlecił Juanowi Díazowi de Solís, nawigatorowi prawdopodobnie portugalskiego pochodzenia, znalezienie takiego kanału. De Solís wyruszył w następnym roku, po początkowym sprzeciwie króla Portugalii, na poszukiwanie zachodniej drogi na „wyspy Maluco, które leżą w granicach uzgodnionej strefy naszych wpływów, by wziąć je w nasze posiadanie”19, które to stwierdzenie powtarzano w Hiszpanii bez końca w następnych dziesięcioleciach. Pożeglował w górę rzeki La Plata w nadziei, że może ona być owym transkontynentalnym kanałem, ale został zabity i zjedzony przez tubylców. Jednak nadzieja na znalezienie przejścia i hiszpańskie roszczenia nie umarła.
W Europie rosło zaciekawienie nowym światem wyłaniającym się z wiadomości docierających z Lizbony i Sewilli. Niemieccy i hiszpańscy bankierzy finansowali wyprawy, spodziewając się zysków. Kartografowie rysowali nowe obrazy świata. Oparte na domysłach mapy były projekcjami marzeń odkrywców o cieśninach łączących Atlantyk z nowym morzem. Jedna z nich, z 1514 roku, oparta na wyprawach portugalskiego nawigatora, João de Lisboa, pokazuje Amerykę Południową ze zwężającym się stożkowato końcem. Na sporządzonym w następnym roku globusie innego kartografa, Johannesa Schönera, widnieje zarówno kanał Waldseemüllera, jak i cieśnina oddzielająca Amerykę Południową od nazwanej już, ale jeszcze nieodkrytej Antarktyki1. Towarzyszy temu komentarz twórcy globusa, w którym czytamy:
A zatem Portugalczycy opłynęli ten region, Brasilie Regio, i odkryli boczne przejście między wschodem i zachodem, bardzo podobne do tego w naszej Europie (gdzie mieszkamy). Z jednej strony widać ląd po drugiej stronie, a – jak pokazuje nasz globus – przylądek tego regionu leży w odległości około sześćdziesięciu mil od Bieguna Antarktycznego, czyli tak jakby się płynęło na wschód przez Cieśniny Gibraltarską czy Sewilską i Berberyjską albo Marokańską w Afryce. Co więcej, odległość tego Regionu Brazylii do Malaki, gdzie Święty Tomasz zdobył męczeńską koronę, jest umiarkowana20.
Schöner, kurcząc świat, przedstawiał europejskiej publiczności wizję wygodnej, analogicznej do rejsu przez Morze Śródziemne, żeglugi przez Atlantyk do Ameryki Południowej, skąd jest tylko żabi skok przez wąskie morze oddzielające ją od Malakki. Być może u jej podłoża leżały zniekształcone opisy wypraw w górę La Platy.
Na tę arenę spekulacji i eksploracji wkroczył przyjaciel Francisca Serrão, Fernão de Magalhães, który wywodził się z drobnej szlachty portugalskiej i miał typowe dla tamtych czasów i warstwy społecznej wychowanie, przesiąknięte późnośredniowiecznymi ideałami rycerskości, włącznie z dążeniem do wielkich czynów i chwały. We wczesnej młodości został zgodnie z panującym wówczas zwyczajem paziem na dworze króla Manuela w Lizbonie, co było odskocznią do wszelkich awansów, a potem brał udział w dalekomorskiej ekspansji Portugalczyków, która – choć wiązała się z wielkim ryzykiem – stwarzała poszukiwaczom przygód i pieniędzy okazję do zdobycia majątku i sławy. Podobnie jak Luís de Camões, wielki portugalski poeta epoki odkryć, był świadkiem oblężeń, katastrof statków, bitew morskich, zdobywania niezmiernych bogactw i nagłych odmian fortuny. W 1505 roku wybrał się do Indii z pływającą tam co roku portugalską flotą, uczestniczył w plądrowaniu wybrzeża Afryki Wschodniej, cztery lata później walczył w rozstrzygającej bitwie morskiej pod Diu, w 1511 roku był przy zdobyciu Malakki, pomógł Serrão wyjść z życiem z zasadzki i wyprawił się z nim aż na Sumatrę. Stracił cały zdobyty na Wschodzie majątek, gdy ich statek zatonął na Malediwach podczas potyczki, w której – jak się zdaje – walczył mężnie i z zachowaniem zimnej krwi. Udało mu się dotrzeć do Goa, ale był niemal bez grosza przy duszy, tak biedny, że Afonso de Albuquerque podarował mu używaną zbroję. Powróciwszy w końcu do rodzinnego kraju, wziął udział w wyprawie przeciw marokańskim Maurom. Gdzieś po drodze został ranny w nogę i odtąd utykał. Widział świat Orientu, dostrzegał rysujące się tam możliwości i miał listy od Serrão o bogactwach Wysp Korzennych. Zagłębił się w studiowanie map i domysłów kartografów.
5. Globus Johannesa Schönera, 1515 r. Ameryka Północna niemal na nim nie istnieje, za to Południowa ma kształt prawie zgodny z rzeczywistością. Ukazana jest tu także cieśnina prowadząca do Pacyfiku. Schöner mógł potraktować jako cieśninę rzekę La Plata. Pod nią znajduje się Brazylia. Jego globus prawdopodobnie był jednym z dzieł kartograficznych, które natchnęły Magellana wiarą w istnienie jakiejś cieśniny na południu Ameryki.
Kampania marokańska w latach 1513–1514 okazała się zgubna dla jego kariery w Portugalii. Został oskarżony o nielegalną sprzedaż części łupów. Zdołał oczyścić swoje imię, ale pewne jego cechy – upór, drażliwość i duma – irytowały króla Manuela, który odmówił mu przywrócenia dworskiego uposażenia. Niezrażony tym Magalhães zwrócił się do niego ponownie z tą samą prośbą, która też została odrzucona. Pozbawiony widoków na przyszłość i z poczuciem niesprawiedliwego potraktowania postanowił poszukać szczęścia za granicą, w sąsiedniej Kastylii.
Być może to listy od Serrão oraz własne spostrzeżenia rozbudziły w nim zainteresowanie Molukami. Mapy i globusy przekonały go, że musi istnieć jakaś droga prowadząca z zachodu na Wyspy Korzenne. W takim razie, biorąc pod uwagę traktat z Tordesillas, szansę na zyski dawała praca na rzecz Hiszpanii, nie Portugalii. Strząsnąwszy z butów kurz rodzinnej ziemi, jesienią 1517 roku przekroczył granicę. 20 października znalazł się w Sewilli, centrum kastylijskich wypraw, gdzie złożył przysięgę wierności temu królestwu i zmienił nazwisko na Fernando de Magallanes. Miał papiery uwierzytelniające – listy od Serrão, przekonujące mapy – i pewność siebie. O jego wiarygodności świadczyło, oprócz znajomości Wschodu, dwoje niewolników – mężczyzna zwany Enrique de Malacca i kobieta z Sumatry. Potrzebował tylko dojścia do właściwej instytucji.
Taką instytucją była w Sewilli kierowana przez potężnego biskupa Burgos Juana Rodrígueza de Fonseca Casa de Contratación, która sprawowała nadzór nad wszystkimi badaniami obu Ameryk i prowadzonymi tam interesami. Magalhães zastał w Sewilli także małą, lecz wpływową grupę portugalskich emigrantów. Byli wśród nich Diogo Barbosa, dobrze sytuowany wygnaniec z Portugalii, z którym tak się zaprzyjaźnił, że dwa miesiące później pojął za żonę jego córkę, oraz Juan de Aranda, który miał znajomości w Casa de Contratación. Magalhães miał też wspólnika w swym przedsięwzięciu, nieco ekscentrycznego Ruya Faleirę, kosmografa i astrologa, który twierdził, że rozwiązał problem oznaczania długości geograficznej. Faleiro, podzielając wiarę Magalhãesa w to, że Moluki leżą w hiszpańskiej strefie wpływów, w grudniu podążył za nim do Kastylii.
Tak się złożyło, że Magalhães przyjechał do Kastylii w szczęśliwym momencie, ważnym dla jej i całej Hiszpanii dziejów. Miesiąc po jego przybyciu wylądował w tym kraju Karol książę Burgundii, by objąć jako Karol I tron Hiszpanii odziedziczony w ramach koneksji dynastycznych. Prawie wszyscy jego doradcy byli Flamandami, a on sam nie znał ani słowa po kastylijsku, mimo to dokonał przełomu w sprawach swego nowego królestwa. Kastylia sięgała po Ameryki, ale pragnęła więcej; w tym samym czasie, pod panowaniem młodego władcy, hiszpańskie królestwa scalały się w spójny blok. Karol osiadł w Valladolid, faktycznej stolicy Hiszpanii, i Juan de Aranda zaproponował Magellanowi, że właśnie tam zaoferuje jego usługi. W styczniu 1518 roku Magellan i Faleiro wyruszyli pod przewodem Arandy do stolicy.
Aranda był człowiekiem interesu szukającym przewidywanych zysków, co szybko stało się przedmiotem sporów całej trójki, ale miał kontakty. 17 marca doprowadził do spotkania, na którym obaj wspólnicy przedstawili swoją sprawę radzie ministrów. Składała się ona z trzech flamandzkich doradców i szanownego Juana de Fonseca. Magellan pokazał dowody: listy od Serrão, „dając mu [Fonsece – A.J.] do zrozumienia, że odkrył jeszcze jeden świat, większy i bogatszy od tego, który znalazł Vasco da Gama”21, i ukazując jego rąbek w postaci Enriquego i kobiety z Sumatry, oraz przekonujące mapy i globusy. Faleiro dowodził, że Wyspy Korzenne leżą w strefie wpływów hiszpańskich. Obaj roztoczyli miraż bogactw, które znajdowały się tuż za drzwiami Hiszpanii i prawnie jej się należały. Decydujące pytanie brzmiało: Jak dotrzeć do Moluków, skoro do tej pory nie odkryto żadnej cieśniny ani innego przejścia przez zaporę, jaką stanowiły Ameryki? To, czy pewnemu siebie Magellanowi, opierającemu się na tym, co wiedział albo co wydedukował z poprzednich podróży, uda się przekonać radę do swojego pomysłu, zależało od przedstawionego przez niego globusa.
Naocznym świadkiem tego spotkania był dominikanin Bartolomé de las Casas. Według niego Magellan, niczym magik, który nie chce wyjaśnić sekretu swych sztuczek, „przyniósł ze sobą dobrze namalowany globus ukazujący cały świat, na którym wykreślił kurs, który proponował obrać, oprócz cieśniny, której nie zaznaczył, by nikt go nie ubiegł”22. Jak przedsiębiorca reklamujący opatentowany wyrób, którego składu nie chce wyjawić, gdyż jest on tajemnicą handlową, odmówił podzielenia się swym sekretem. Był to oszałamiający popis pewności siebie i brawury. Bez względu na to, co wiedział, czego się domyślał lub na co miał nadzieję, Magellan opierał swój plan na myśleniu życzeniowym i sile woli. W każdym razie projekt tego człowieka, który nawet nie mówił dobrze po hiszpańsku i którego lojalność wobec nowej ojczyzny była dyskusyjna, powinien zostać z miejsca odrzucony.
Dodatkowe pytanie zadane mu przez Casasa zapewne byłoby nokautującym ciosem dla każdego, kto składałby ofertę sceptycznym inwestorom: „Zapytałem go, jaką drogę proponuje obrać. Odparł, że zamierza popłynąć tą, która wiedzie do Cabo Santa María, który my nazywamy Río de la Plata, i stamtąd płynąć wzdłuż wybrzeża, dopóki nie znajdzie tej cieśniny. Powiedziałem: «Co pan zrobi, jeśli nie znajdzie pan cieśniny, żeby się dostać na to drugie morze?». Odparł, że jeśli żadnej takiej nie znajdzie, popłynie trasą, którą obierają Portugalczycy [żeglując na wschód]”23. Zważywszy na cierpkie stosunki między tymi dwoma królestwami i dbałość każdego z nich, by nie naruszyć strefy wpływów drugiego, odpowiedź ta powinna była zdyskredytować Magellana. Było to również pośrednie przyznanie, że jego sekretna droga wokół Ameryki może w ogóle nie istnieć. Nic zatem dziwnego, że rada ministrów nie przychyliła się do jego propozycji. Casas zostawił słowny portret stojącego przed radą trzydziestosiedmioletniego Magellana: „Ten Hernándo de Magallanes musiał być dzielnym człowiekiem, odważnie myślącym i skorym do wielkich przedsięwzięć, chociaż nie wyglądał zbyt imponująco, gdyż był małej postury i ludzie sądzili, że brak mu śmiałości i rozwagi i można go okpić”24. Bardzo się mylili. Może był nieroztropny, lecz z pewnością nie brakowało mu odwagi. Towarzyszyły jej drażliwość i skrytość, upór i przekonanie o swojej wielkiej wartości i zdolnościach: „myślał, że zostanie wielkim panem”25.
O dziwo, propozycję Magellana przedstawiono królowi w pozytywnym świetle. Być może tych, którzy to zrobili, tak oszołomiły bogactwa Moluków, że nie zważali na pytanie, jak się tam dostać; może uznali, że gra warta jest świeczki, i patrząc z zazdrością na dochodzące z Portugalii tryumfalne roszczenia do wyłączności w handlu przyprawami, obawiali się, że z niej wypadną. Zdaje się, że Karol I przełamał wszelkie obawy. Zdumiewająco szybko, bo już 22 marca 1518 roku, niespełna pięć miesięcy po przybyciu Magellana do Kastylii, zaaprobował jego pomysł, by „w domenach, które do nas należą na tym obszarze Morza Oceanicznego, w granicach uzgodnionej strefy naszych wpływów, znaleźć wyspy, lądy stałe i bogactwo przypraw”26. Szczególnie ważna była i ponownie została podkreślona kwestia terenu eksploracji: „Musisz tak prowadzić te poszukiwania, by nie naruszyć strefy najjaśniejszego króla Portugalii, mego drogiego wuja i brata, i jej granic ani nie przynieść żadnego innego uszczerbku jego interesom, jedynie w granicach uzgodnionej strefy naszych wpływów”27. Zważywszy na niejasny przebieg linii wyznaczonej w traktacie z Tordesillas, był to złożony przykład nowomowy. Dwa miesiące później Karol I podpisał traktat, na mocy którego jego siostra została małżonką króla Portugalii Manuela. Z biskupem Burgos Magellanowi nie poszło tak łatwo.
Magellan poprosił o włączenie do umowy na jego wyprawę dziwnej klauzuli: że gdyby odkrył, iż jest więcej niż sześć wysp, będzie mu wolno zachować dwie dla siebie. Wskazuje to, że mógł mieć zamiar wykrojenia sobie własnego lenna, jak Serrão. Wiadomo było, że w archipelagu Moluków jest pięć wysp korzennych i że dobrze usadowili się na nich Portugalczycy. Czyżby więc w ogóle nie wybierał się na Moluki?
Po jego powrocie do Sewilli przygotowania do podróży ruszyły pełną parą. Od samego początku Magellan napotykał trudności. Miał dostać pięć okrętów, wszystkie małe (największy o wyporności 130 ton), przy czym żaden nie był nowy. Mimo to koszty ich zakupu, przyholowania, zaopatrzenia i zrekrutowania załogi były duże. Gdy doszło do kluczowej sprawy sfinansowania wyprawy, Karol zdecydował, że większość wydatków na tę inwestycję, około 80 procent, zostanie pokryta ze skarbu królestwa. Miał to być projekt imperialny. Pozostałą część mogli wpłacić inni udziałowcy. Dowódcami ekspedycji, która miała otrzymać nazwę Armada de Molucca, mianowano Magellana i Faleirę. Później obaj otrzymali dodatkową nagrodę – król pasował ich na rycerzy Zakonu Świętego Jakuba, co było zaszczytem podnoszącym autorytet i prestiż przybyszów z Portugalii.
A jednak w rozkazach króla Karola przewija się nić braku zaufania. Za kulisami, w Casa de Contratación, Fonseca starał się podważyć pozycję Magellana. Jednemu z zaufanych ludzi Fonseki, Juanowi de Cartagena, powierzono stanowisko generalnego inspektora tej floty, które pozwalało mu sprawować kontrolę nad wszystkimi poczynaniami Magellana. Otrzymał on również poufne rozkazy od króla:
Będziesz donosił nam w pełni i szczegółowo o sposobie, w jaki wykonywane są na rzeczonych ziemiach nasze instrukcje i polecenia, o naszych sędziach, o traktowaniu mieszkańców rzeczonych ziem […] o tym, jak rzeczeni kapitanowie i oficerowie stosują się do naszych poleceń i o innych sprawach naszej służby28.
Obecność Cartageny świadczyła o nieufności wobec Portugalczyków. Został przydzielony do wyprawy, by trzymać Magellana i Faleirę w ryzach. Nie miał żadnego doświadczenia w rejsach dalekomorskich, ale zaoferowano mu wynagrodzenie znacznie wyższe od tego, które otrzymał Magellan. Nie był człowiekiem znikąd. Był „siostrzeńcem” Fonseki, jak eufemistycznie nazywano nieślubnego syna. Fonseca zadbał także o obsadzenie innych kluczowych stanowisk. Kapitanami statków, z wyjątkiem tych, którymi dowodzili Magellan i Faleiro, byli ludzie wybrani przez niego. Wszystko to stwarzało sytuację, w której łatwo mogły pojawić się kłopoty.
Panowały jawne obawy co do portugalskiego kontyngentu. Wydano rozkaz, by ograniczyć jego wielkość do 12 osób. Byli to przeważnie doświadczeni nawigatorzy. W rezultacie kapitanami niemal wszystkich statków zostali Hiszpanie, natomiast nawigatorami Portugalczycy. Cała załoga floty miała liczyć najwyżej 235 osób. Magellan starał się jak mógł zmieścić udział Portugalczyków w tej kwocie, ale trudno było zwerbować dostateczną liczbę marynarzy z Kastylii. Ostatecznie zwiększono liczbę Portugalczyków do 37. Na dzień przed wyjściem w morze Magellana zmuszono do złożenia przysięgi, że czynił wszelkie starania, by zwerbować Hiszpanów: „Ogłosiłem w całym mieście, na placach, rynkach, w ruchliwych miejscach i na nadrzecznych ulicach, że każdy – marynarz, chłopiec okrętowy, stolarz, cieśla i inny – kto chce dołączyć do Armady, powinien się ze mną skontaktować […]. Nie chciał się przyłączyć żaden z tutejszych wieśniaków”29. Jedynym, który podpisał kontrakt, był Juan Sebastián Elcano, doświadczony żeglarz z Baskonii.
Z kompletowaniem załogi wiąże się pewna ciekawostka. Nadliczbowym jej członkiem został włoski szlachcic i uczony, Antonio Pigafetta. Bardzo oczytany, kulturalny i dociekliwy, zaciągnął się na statek dla samego rejsu: „wiedząc […] z lektury wielu książek […] o wspaniałych i strasznych rzeczach w oceanie, postanowiłem dzięki łaskawości cesarza [Karola] […] popłynąć tam i ujrzeć część z nich na własne oczy”30, a także po to, by opisać wyprawę. Miał się stać hagiografem Magellana. W jego dziele trudno znaleźć jakąś krytyczną uwagę o dowódcy. Jednocześnie stworzył fascynującą relację z tej podróży, a był ciekaw świata. Jako zarazem przyrodnik, etnolog, zdyscyplinowany kompilator języków, badacz astronomii i klimatu – oraz rozbitek – Pigafetta był ucieleśnieniem renesansowego ducha dociekań.
Lizbonę ogarnęła wściekłość na poczynania Magellana. Władze przymykały oko na to, że granicę przekracza wielu Portugalczyków szukających sposobności dorobienia się majątku w Kastylii, ale Magellan był osobnym przypadkiem. Uznano, że może wyrządzić rzeczywiste szkody narodowym interesom swej ojczyzny, co doprowadziło do napiętnowania go jako zdrajcy. Portugalski ambasador w Hiszpanii starał się to obietnicami, to pogróżkami ściągnąć i Magellana, i Faleirę z powrotem do kraju. Propozycja, by wrócili do Lizbony i przedstawili swoją ofertę pod rozwagę królowi Manuelowi, spotkała się z brakiem odzewu. Magellan uznał, że bardziej prawdopodobne jest ich uwięzienie i stracenie. Możliwość nasłania morderców, choć mało realna, skłoniła Karola I do przydzielenia im ochrony.
Magellan walczył na wielu frontach. Mimo pełnomocnictwa udzielonego mu przez króla powszechne było antyportugalskie nastawienie, zwłaszcza w Casa de Contratación. W październiku znalazło ono wyraz w incydencie, do którego doszło w Sewilli po podniesieniu przez Magellana flagi omyłkowo wziętej za flagę Korony Portugalskiej. Wybuchły zamieszki, podczas których został zasztyletowany portugalski nawigator. Magellan głośno zaprotestował i powiedział królowi, że zauważył na nabrzeżu podżegającego tłum Sebastião Alvaresa, portugalskiego agenta w Sewilli.
6. Podpis Juana Sebastiána Elcano. Tutaj podpisał się jako del Cano.
Alvares próbował storpedować ekspedycję Magellana jeszcze 18 lipca 1519 roku, miesiąc przed jej wyruszeniem. W liście do króla Manuela pisze, że przyłapał żeglarza w rzadkiej chwili jego pobytu w mieszkaniu, gdy tamten pakował swój dobytek: „Poszedłem do domu Magellana, gdzie zastałem go przy ładowaniu do koszy i skrzyni trwałych wiktuałów i innych rzeczy”31. Chociaż groźby, łapówki i emocjonalne apele nie przekonały Magellana do rezygnacji z wyprawy, ewidentnie zburzyły jego spokój ducha. „Wtedy zaczął bardzo użalać się nad sobą i powiedział, że wielce niepokoi się tym wszystkim, ale nie znalazł niczego, co by mogło usprawiedliwić jego odejście od króla, który wyświadczył mu taką łaskę”32. Ale były też inne sposoby na zniechęcenie renegata. Dobrze poinformowany Alvares ostrzegł go, by uważał na siebie: „On, Magellan, myślał, że wypłynie jako admirał, podczas gdy ja wiedziałem, że wysyła się inne, będące w opozycji do niego osoby, o których dowiedziałby się, dopiero gdy byłoby już za późno, by mógł uratować honor. I powiedziałem mu, żeby nie zważał na miód lejący się z ust biskupa Burgos”33. Alvares trafnie oszacował podziały w łonie dowództwa i zły wpływ biskupa. Przetwory, o których wspomniał, później okażą się ważne dla przeżycia.
Alvares miał szczegółową wiedzę o planowanej trasie ekspedycji. Pisał do króla Manuela: „droga, którą według doniesień zamierzają obrać, wiedzie prosto do Cape Frio [przez Rio de Janeiro], zostawiając Brazylię z prawej strony […], a stamtąd pożeglują prosto do Maluco, którą to ziemię Maluco widziałem na globusie i mapie [które zabierają ze sobą]”34. Dodał do tego klątwę: „Oby Bóg Wszechmogący sprawił, że ich wyprawa zakończy się tak jak wyprawa Cortego Realsa, i by Wasza Wysokość mógł pozostać spokojny”35. Corte Reals, portugalski podróżnik, zaginął bez śladu na morzach północnych.
Alvares wiedział też, że coś jest nie tak z Ruyem Faleirem. „Dwukrotnie rozmawiałem z Ruyem Faleiro […] i wydaje mi się, że jest on jak człowiek poszkodowany na umyśle i że odebrało mu to wszelką mądrość, jaką kiedykolwiek był obdarzony”36. Również inne osoby zauważyły, że Faleiro wykazuje niepokojące oznaki zaburzeń psychicznych. Ten w połowie astronom, w połowie astrolog postradał zmysły. Tydzień później wykluczono go z załogi z mglistą obietnicą, że wypłynie z drugą flotą.
Usunięcie Faleira dało biskupowi możliwość zacieśnienia kontroli nad Magellanem. Skoro Faleirę trzeba było kimś zastąpić, rola drugiego dowódcy wyprawy przypadła Juanowi de Cartagena, w czym maczał palce Fonseca. Cartagena objął stanowisko „współdowodzącego”, które wcześniej piastował Faleiro, co zaburzyło hierarchię służbową. Czy był podwładnym Magellana, czy też był mu równy stopniem? Każdy z nich interpretował to na swój sposób. Gdy flota znalazła się na morzu, stało się to jeszcze jednym składnikiem receptury na kłopoty. Na pewno konsekwencją tego aktu była konieczność omawiania przez Magellana wszystkich spraw z Cartageną.
8 maja 1519 roku Magellan otrzymał ostatnie instrukcje od Karola I. Były one, jak zawsze w czasach, gdy monarchowie starali się mieć nadzór nad sprawami, nad którymi nie sposób było zapanować, niezwykle drobiazgowe i zupełnie niewykonalne w trudnych realiach na morzu. Jako inspektor generalny Cartagena dostał ich kopię, na podstawie czego mógł domniemywać, że ma taką samą rangę jak Magellan. Król jeszcze bardziej pogłębił podziały w strukturze dowodzenia. Kilkukrotnie powtórzył, że wyprawa nie może naruszyć granic terytoriów, które należą do Portugalii, chociaż dla każdego, kto się nad tym zastanowił, było jasne, że armada musi popłynąć wzdłuż wybrzeża Brazylii, przez terytorialne wody portugalskie. Kwestia przebiegu granicy rozdzielającej strefy wpływów obu państw na Molukach była wciąż nierozstrzygnięta.
Możliwe, że sam Karol I nie był pewien, jakie zamiary ma wybrany przez niego dowódca. Powtarzający się, natarczywy rozkaz, „by płynął wprost do źródła przypraw”37, zdaje się świadczyć, że podejrzewał, iż Magellan myśli o obraniu innego kierunku. Takie przypuszczenie mogła mu nasuwać klauzula o sześciu wyspach. Alvares donosił królowi Manuelowi o różnicach zdań między Magellanem i Casa de Contratación; członkowie tej instytucji nie znosili Portugalczyka. W tych warunkach – przy rozdźwiękach między Magellanem i Cartageną, między frakcjami portugalską i hiszpańską oraz fantazjach, które mógł snuć nieustępliwy pomysłodawca wyprawy – z chwilą gdy żegluga stanie się trudna, mogło dojść do pojawienia się poważnych kłopotów.
Król wymagał przede wszystkim, by Magellan dzielił się informacjami z kapitanami i oficerami wszystkich statków armady – miał sporządzić na piśmie plan całej wyprawy, kapitanowie zaś, zgodnie z przyjętym na morzu zwyczajem, mieli każdego popołudnia osobiście meldować się na okręcie flagowym, a w przypadku oddzielenia się od floty postępować według ustalonej procedury. Innymi słowy członkowie ekspedycji mieli ze sobą ściśle współpracować. Jednak jasne jest, że Magellan widział to inaczej. Zapytany przez Alvaresa o hierarchię służbową, odparł, że „gdy znajdzie się na morzu, będzie mógł postępować, jak zechce”38.
Na początku sierpnia 1519 roku statki miały już w ładowniach zapasy na dwa lata i były gotowe do podróży. Niespełna dwa miesiące wcześniej, 28 czerwca, Karol I został po licznych przekupstwach wybrany na władcę Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Od tej pory wierzył, że skoro ma ogromne posiadłości w Europie i obu Amerykach, jego przeznaczeniem jest zostać władcą świata. Kierował się maksymą Plus ultra, „Jeszcze dalej”2. Magellan miał być jego pośrednikiem w tym dziele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Nazwanie lądu zaznaczonego na południe od Ameryki na globusie Schönera i innych XVI-wiecznych mapach „Antarktyką” jest pewną nadinterpretacją. Była to Terra Australis, czyli całkowicie fikcyjny ląd wywodzący się z wyobrażeń starożytnych i średniowiecznych, który przedstawiano sobie jako coś w rodzaju skrzyżowania Antarktydy z Australią (przyp. red. meryt.). [wróć]
Dewiza herbowa cesarza Karola V Plus ultra nawiązywała do starożytnej legendy, zgodnie z którą Herakles po zakończeniu dziesiątej ze swoich dwunastu prac postawił dwie kolumny między Morzem Śródziemnym a Atlantykiem (czyli skały po obu stronach Cieśniny Gibraltarskiej) i wykuł w nich napis Non plus ultra oznaczający, że dalej człowiek nie powinien się zapuszczać. Dewiza cesarza symbolicznie oznaczała więc zerwanie z dawnymi ograniczeniami w ekspansji morskiej na cały świat, a w konsekwencji także w podbijaniu kolejnych lądów (przyp. red. meryt.). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wallace, t. 1, s. 2. [wróć]
Tamże, s. 4. [wróć]
Pires, t. 1, s. lxxxviii i lxxix. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, s. lxxix. [wróć]
Castanheda, s. 155–156. [wróć]
Barros, s. 584. [wróć]
Pires, t. 2, s. 302. [wróć]
Barros, s. 587. [wróć]
Tamże, s. 586. [wróć]
Villiers, Trade and society, s. 743 [wróć]
Barbosa, t. 2, s. 203. [wróć]
Tamże, s. 199. [wróć]
Pires, t. 1, s. 215. [wróć]
Lagoa, t. 1, s. 155. [wróć]
Pires, t. 1, s. 208 [wróć]
Tamże, s. 206. [wróć]
Barbosa, t. 2, s. 201–202. [wróć]
Fernández-Armesto, s. 72. [wróć]
https://en.wikipedia.org/wiki/ Johannes_Sch%C3%B6ner_globe (dostęp 6.11.2023). [wróć]
Guillemard, s. 71. [wróć]
Morison, s. 319. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
Fernández-Armesto, s. 43. [wróć]
Bergreen, s. 33. [wróć]
Tamże, s. 34. [wróć]
Tamże, s. 46. [wróć]
Tamże, s. 58. [wróć]
Pigafetta, t. 1, s. 36 [wszystkie cytaty z relacji Pigafetty w przekładzie Andrzeja Jankowskiego]. [wróć]
Guillemard, s. 80. [wróć]
Tamże, s. 81. [wróć]
Tamże, s. 82. [wróć]
Tamże, s. 83. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, s. 82. [wróć]
Tamże, s. 127. [wróć]
Fernández-Armesto, s. 117. [wróć]
Tytuł oryginału: Spice: The 16th Century Contest that Shaped the Modern World
Copyright © 2024 Roger Crowley
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja: Katarzyna Raźniewska
Redakcja merytoryczna: prof. UAM dr hab. Adam Krawiec
Projekt okładki
David Wardle
Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki i łamanie
Sławomir Folkman / www.kaladan.pl
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Walka o przyprawy. XVI-wieczna rywalizacja, która ukształtowała nowożytny świat,wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-575-4
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
