Wydawca ebooka: Fabryka Słów Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 36 min Lektor: Piotr Borowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 36 min Lektor: Piotr Borowski

Opis ebooka Walc Stulecia - Rafał A. Ziemkiewicz

"Walc okazał się książką gęstą, bardzo dobrą i niewesołą... Ślady literackie są dość znamienne. Odpomina się nieco Czarodziejska góra, a w niej postać Naphty, Rok 1984 i pewnie Mistrz i Małgorzata...

Przypomniało mi się, jak Brzozowski ubolewał na przełomie stuleci nad "brakiem wielkiej epiki dziejów". Gdyby nie zmogły go podejrzenia i gruźlica, gdyby pożył jeszcze odrobinę, to by się doczekał tej wielkiej epiki. Wiek dziewiętnasty rzeczywiście wdychał za wojną, uzasadniając to rozmaicie. Czytałem taki druczek Przybyszewskiego, "Tyrteusz". Co on tam wypisuje, że mu ręka nie zadrżała! Wojna jest oczywiście pożądana, czysta, szlachetna, wspaniała, oczyszczająca społeczeństwo. Sto stron komplementów dla wojny. Ziemkiewicz musiał czytać wydawnictwa podobne - zresztą wszyscy je pisali, wielkiego Manna nie wyłączając.

Oczywiście, po publicyście prawicy trzeba się spodziewać wszystkiego najgorszego... A książka naprawdę dobra."

Piotr Kuncewicz

"Przegląd Tygodniowy" nr 30/1999

Opinie o ebooku Walc Stulecia - Rafał A. Ziemkiewicz

Fragment ebooka Walc Stulecia - Rafał A. Ziemkiewicz

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Epigraf
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Karta redakcyjna
Okładka

Ból może nie być jałowy, jeśli tylko uda się go w coś przemienić.  James Jones „

1

Potem, gdy rozpamiętywał w nieskończoność, jego myśli wciąż wracały do balu w wiedeńskiej operze; do tej niepowtarzalnej chwili, gdy pośród blasku kryształowych lamp, pośród wirujących w rytm walca kandelabrów, galowych mundurów i koronek oznajmiał zdumionej lady Chatsworth, że nikt nie musi ich sobie przedstawiać, bo to on właśnie jest stwórcą tego świata.

Ale najpierw była rozmowa z Alem, menedżerem AC Games. Rozmowa, do czasu której Orin wciąż liczył, że jakoś z tego wszystkiego wybrnie. Właściwie nie; nie tyle liczył, co faktu, że już nie może na to liczyć, wciąż jeszcze nie przyjmował do wiadomości. W tym dziwnym stanie nieprzyjmowania do wiadomości trwał przez kilka ostatnich tygodni. Wiedział, oczywiście, że ostateczny termin kontraktu na „Walc stulecia” upływa nieubłaganie i że wyszedł ze wszystkich wynegocjowanych limitów. Wiedział, że powinien się jakoś przygotować do przykrej rozmowy, skonsultować z doradcą jej strategię, zgromadzić argumenty, przemyśleć zawczasu, z czego może po długich targach ustąpić, a co po prostu musi zostać jak jest. Wiedział, ale jakby nie wiedział. To znaczy: wiedział nie on, tylko coś w nim wiedziało i bezskutecznie próbowało się z tą wiedzą przebić do jego rozsądku. A on z dnia na dzień odkładał przemyślenie tej sprawy do jutra, skupiając się na mozolnym sprawdzaniu muzealnych archiwów w poszukiwaniu dwumiejscowego nieuporta czy lodówki dla Trockiego – tak obsesyjnie uważnym, jakby zależały od niego losy całego świata.

Dopiero po rozmowie z Alem przestało to już być możliwe.

– Nie możemy tego zrobić, Orin – westchnął Al tak żałośnie, jakby to własną pracę niweczył tymi słowami. – Po prostu nie możemy, nawet dla ciebie.

Rozmawiali przez sieć. To by nawet Orinowi odpowiadało; coraz częściej czuł wręcz fizyczną przykrość na myśl o wyjściu z domu, a wszystkie te biznesowe rytuały i hierarchie, regulowane etykietą sztywną jak obyczaje dworu Ludwików, naprawdę mało go obchodziły. Odpowiadałoby mu to, gdyby fakt, że tym razem nie zaproszono go już na rozmowę osobistą, nie był ze strony koncernu jasnym, zrozumiałym komunikatem. „Twoja integrity podupada” – krzyczało każde z uprzejmych słów kontaktującego się z nim asystenta. Aby mu ten bezlitosny komunikat osłodzić, kiedy już przemierzył wszystkie olśniewające, kosztowne pejzaże głównych interfejsów firmy, Al przyjął go w swojej prywatnej komórce, w nieoficjalnym awatarze. Ten z kolei gest miał podkreślić dawne zasługi Orina i to, że wciąż pozostaje dla koncernu kimś więcej niż tylko jednym z wielu kontraktowych kreatorów. Oczywiście, Orin wiedział doskonale, że to tylko trik obmyślony przez podprogowców firmy. Tak samo, jak sposób, w jaki Al i inni menedżerowie koncernu prowadzili negocjacje – zawsze otwarci aż do bólu, jakby z całego serca pragnęli ci jakoś pomóc. Wiedział, że to sztuczki, ale mimo wszystko, jak każdy, dawał się tymi sztuczkami rozbroić.

– Uważacie, że to jest złe? – zapytał, zdając sobie sprawę, że w żadnym wypadku nie jest to reakcja, na którą jego rozmówca nie byłby doskonale przygotowany.

– Złe?! – Widmowa postać Ala, nachylona w kapitańskim fotelu, rozłożyła bezradnie ręce. – Daj spokój, chłopie, ty nie robisz złych rzeczy. To jest bardzo dobre. Więcej, po prostu wspaniałe. I właśnie na tym polega kłopot. Za dobre: rozmach, dopracowanie szczegółów, komplikacja fabuły, obfitość postaci... Sam schemat bazowy interakcji rozgryzałem parę dni. Przeszedłeś samego siebie, bez żadnej przesady. Tylko, proszę, spójrz na to z naszej strony: koszty podstawowej obsługi co najmniej dziesięciokrotnie większe niż przy „Wilhelmie Zdobywcy”, a szanse rozpowszechnienia mniejsze.

– To po prostu coś nowego. Nikt jeszcze dotąd takiej gry nie zrobił.

Tego też nie chciał powiedzieć, dobrze rozumiał, że natychmiast stanie się żałosny. Nienawidził się za te słowa już w tej samej chwili, kiedy awatar Ala złożył modlitewnie ręce i wzniósł oczy ku sufitowi, jakby pragnął zademonstrować w ten sposób bogu menedżerów, z jakimi ludźmi musi się męczyć.

Prywatna komórka sieci Ala była zrobiona na kapitańską kajutę starego żaglowca i tak samo, jak komórka oficjalna, wystawiała projektantom koncernu znakomite świadectwo. Każdy słój na ścianie, każde włókno zwiniętej w kącie konopnej liny, dawały stuprocentowe złudzenie rzeczywistości. Ciężki mosiężny zegar, przyśrubowany nad fotelem, lśnił pełgającymi plamami światła stylowej lampy naftowej, pokrywające blat papiery szeleściły przy poruszeniu, gdzieś zza ścian docierały szum morza i marynarskie pokrzykiwania, a cała kajuta zdawała się z lekka kołysać – tak delikatnie, że nie było się pewnym, czy to fale, czy tylko pobudzona tą scenografią wyobraźnia.

– Otóż to, chłopie, otóż to. – Al uśmiechnął się smutno. – Skoro nikt wcześniej nie zrobił takiej gry, to znaczy, że takich gier się po prostu nie robi. Gdyby to był interes, gdyby choć mogło się zwrócić, przynajmniej zwrócić, ktoś by już dawno się połaszczył.

– Nie zrozumiałeś mnie. Nikt takiej gry dotąd nie zrobił, to znaczy, że nikt nie jest w stanie ocenić jej szans w rozpowszechnianiu. Wasze ankiety mogą zbadać popyt na coś, czego ludzie się spodziewają, ale nie powiedzą ci nic o szansach rzeczy zupełnie nowej. Klienci muszą ją dopiero zobaczyć, spróbować i wtedy się okaże, czy to ich zachwyci.

Al uśmiechał się tylko łagodnie i smutno, jakby chciał pokazać, że docenia wiarę Orina, ale nie potrafi jej podzielić.

– To by oznaczało poważne inwestycje, nawet sobie nie zdajesz sprawy, o jakich sumach mówisz. Kiedy sprzedajesz coś, co klient zna i czego oczekuje, wystarczy się odwołać do tych oczekiwań. A tu musielibyśmy wykreować popyt od zera, przeprowadzić kampanię zdolną przebić inne i wzbudzić zainteresowanie nowością. Tego się już nie robi. Wiesz, że ludzie dzisiaj w ogóle nie są ciekawi nowości, w żadnej branży.

– Oczywiście, że to by oznaczało inwestycję. Nie ma dużego zysku bez dużego ryzyka, w sztuce obowiązują te same prawa, co u was. Więcej tego samego, co się już spodobało, to recepta na mały sukces. Wielki sukces można odnieść tylko czymś zupełnie niespodziewanym, czymś, co zaskoczy i zachwyci.

Mówił to wszystko bez nadziei, że zdoła się przebić przez argumentację Ala. Po prostu uważał, że trzeba to powiedzieć.

– Chyba nie myślisz, Orin, że podejmowaliśmy decyzję bez dokładnych badań i kalkulacji? Wszystko, co mówisz, to oczywiście prawda. Tylko że nas w obecnej sytuacji rynkowej najnormalniej w świecie na takie ryzyko nie stać. Żeby uzyskać czterdziestoprocentową szansę osiągnięcia w pierwszym miesiącu rozpowszechniania dziesięcioprocentowego zainteresowania w segmencie potencjalnych nabywców, musielibyśmy zainwestować równowartość planowanych zysków z półrocza...

Głos Ala i jego intonacja nie zmieniły się ani odrobinę, ale rytm zdań zachwiał się gwałtownie – albo cytował jakieś ściągnięte z sieci dane, albo po prostu oddał głos systemowi eksperckiemu. Tak to jest z rozmową przez sieć: nigdy nie wiesz, co tak naprawdę ma w ręku człowiek skryty za awatarem, nie wiesz nawet, czy ktoś tam w ogóle naprawdę jest. Właśnie dlatego biznesowa etykieta kazała tak celebrować rytuał osobistego spotkania.

Al urwał po kilku zdaniach, gdy tylko zauważył, że wysypywane na rozmówcę dane osiągnęły cel. Orin powtórzył jeszcze, że powinni wypuścić przynajmniej betę i wysondować rynek choćby przez kluby, ale na te wszystkie „przecież” Ala nie mógł znaleźć dobrej odpowiedzi. Przecież tendencją światową jest geograficzna dywersyfikacja oczekiwań konsumentów, przecież segmenty rynku się oddalają, a ten europejski, poza którym „Walc” w ogóle nie może mieć szans, na dodatek przecież maleje, i coś tam, i coś jeszcze, w każdym razie, tak czy owak, AC musi minimalizować swoje koszty. Proste.

Al przeszedł do dalszej części rozgrywki. Znowu był teraz uosobieniem życzliwości.

– Naprawdę chciałbym z tego jak najwięcej ocalić. Tego rosyjskiego oficera i sprawę kolei transsyberyjskiej; to na pewno. Jest dobre tło, sceneria, jest pomysł na misję... No i ten nastrój. W tym jesteś znakomity, naprawdę. Tylko dodać jakąś sensowną kobietę, no i zredukować drugi plan.

– To właśnie drugi plan buduje nastrój.

– No tak... Tak, wiem. Zrozum, naprawdę to doceniamy, że u ciebie byle statysta, byle konduktor do przedziurkowania biletów ma jakąś ludzką cechę, jakieś swoje życie... Ale koszty, chłopie, koszty dystrybucji! Przecież wiesz, jak to żre pamięć.

– Przepraszam, Al, nie ucz mnie mojej roboty. Zużywam dokładnie tyle pamięci, ile jest potrzebne do uzyskania optymalnego efektu. Każda oszczędność w ten czy inny sposób zabije złudzenie rzeczywistości.

Awatar Ala pokiwał uprzejmie głową i podjął przerwany wątek, jakby w ogóle nie słyszał ostatnich słów rozmówcy.

– Zdaję sobie sprawę, że dla kogoś z twoim nazwiskiem taka propozycja może brzmieć jak obraza... Ale tylko tyle mogę ci na razie zaoferować. A musimy coś zrobić szybko, żeby jakoś podtrzymać twój kontrakt.

Tego się nie spodziewał.

– Podtrzymać kontrakt? Musimy podtrzymać mój kontrakt?

Zza kapitańskiego biurka dobiegło ciężkie westchnienie.

– Czy ty w ogóle nie sprawdzasz stanu konta? Mój Boże, jak ja bym chciał być artystą. Chłopie, nie możesz liczyć całe życie na swojego „Wilhelma”. Wiesz, ile osób sięgnęło w ostatnim miesiącu po demo? Sto siedemnaście. Jeśli zejdzie poniżej setki, po trzech miesiącach zdejmą go z naszych serwerów, takie są zasady. I jeśli do tego czasu nie będę miał od ciebie nic nowego... No, wybacz, ale żadna firma nie rozdaje zasiłków.

– Nie potrzebuję zasiłków, do cholery! – A jednak nie wytrzymał. – Zrobiłem najlepszą grę, jaką kiedykolwiek miałeś w dystrybucji i...

– I ja jej nie mogę kupić. Uwierz, naprawdę mnie to boli, ale nie mogę. Nie w tej wersji. Chcesz, idź do konkurencji, punkt dwudziesty szósty kontraktu. Słuchaj – Al zawahał się nagle z błyskiem podejrzliwości w oku – a może ty mnie specjalnie tak przyciskasz, żeby otworzyć tę opcję? Jeśli tak, to nie musisz, dam ci zgodę od ręki. Jakaś mała, niszowa firma, targetowana na hobbystów, może zdoła na twoim „Walcu stulecia” nawet zarobić. Ale ja wszystko, co mogę wziąć, to jeden wątek: prosta misja, sensacja i szczypta erotyki, na jedną, góra dwie postaci. I bez tej całej polityki. Ludzie rzygają polityką. Załatwię ci nawet na główną kobiecą postać Lukę, chcesz?

Nie chciał. Jak wszystkie sławne postaci, była pewnie obłożona dziesiątkami idiotycznych pomysłów swojego kreatora.

– Daj spokój, Luka jest przechodzona.

Przez dłuższą chwilę Al patrzył tylko na niego smutnym, współczującym wzrokiem. Wcale nie musiał mówić tego na głos.

– Nie ma konieczności podejmowania dzisiaj decyzji – rzucił pojednawczo. – Prześpij się z tym, zobacz, co się dzieje na twoim koncie. Ja wiem, że ciężko kroić własną fabułę, kiedy się nad nią tyle pracowało. Ale musisz mnie zrozumieć...

Dopiero wracając poprzez surrealistyczne, jakby powyjmowane z albumów Salvadora Dalego pejzaże sieci AC Games, uświadomił sobie, że najbardziej zabolał go w tej rozmowie nie wyrok na ukochane dzieło, ale to, czego Al wcale nie powiedział na głos. Czego nie musiał mówić. „Ty też już jesteś przechodzony”. Miał to po prostu wypisane w oczach, mimo całej tej nieszczerej życzliwości, jaką napełnił je komputerowy retusz.

Problemy z AC Games. Właściwie było to coś oczywistego, do czego dawno już przywykł. Zaczęły się niemal nazajutrz po sukcesie, przy „Bitwie pod Cuszimą”. Przygotowywał ją o pół roku dłużej niż przewidywał kontrakt i ostatecznie dał się przekonać do odstąpienia od pierwotnego zamysłu. W efekcie powstał system znacznie lepiej skonstruowany od „Wilhelma”, lecz nie dorównujący mu popularnością. Owszem, miał publiczność i tak jak poprzednia gra przyniósł Orinowi nagrodę Wahrenhoffa. Ale wzbudził uznanie głównie pośród kolegów po fachu i konkurentów, którzy natychmiast zaczęli zrzynać jego pomysły krótkich łączy matrycy i zbiorowego modelowania przez jeden jej obszar wielu postaci. AC Games zdjęło „Cuszimę” z serwerów i zarchiwizowało ją już prawie rok temu.

Tłumaczyli słabe zainteresowanie brakiem w grze kobiet. Rzeczywiście. Jakim niby cudem Orin miałby tam wsadzić kobiety? Do gry, która zaczynała się wyruszeniem rosyjskiej floty z Bałtyku, a kończyła jej beznadziejną rzezią na Morzu Japońskim? Do fabuły, która niemal w całości rozgrywała się na okrętach wojennych?

– W porządku, chłopie – perswadował na to sejlsmen koncernu. – To idź w grę strategiczną. Zrób głównym bohaterem Rożestwieńskiego, Niebogatowa albo Enkwista, któregoś z oficerów sztabu, daj graczowi możliwość poprowadzenia bitwy, ustawienia szyku, walki...

Ustąpił. Teraz nie mógł tego odżałować.

W AC Games nic nie rozumieli. Bohaterem „Cuszimy” nie mógł być żaden z admirałów ani dowódców pancerników, bo Orinowi nie chodziło o to, kto wygra morskie starcie. Wiadomo było, kto je wygra, Rosjanie nie mieli ani cienia szansy. Bohaterem gry był, w pierwotnym zamyśle, skromny porucznik Cywiński, dowódca wieży działowej średniej artylerii na liniowcu „Borodino”. Nikt, kto by zmieniał bieg historii, przeciwnie, jeden z takich, po których historia przejeżdża się jak walec, nie dając szansy ani na przeżycie, ani na sensowną śmierć. Jeden z wielu Polaków służących w ówczesnej rosyjskiej marynarce, a zarazem jeden z nielicznych, którego zdjęcie zachowało się i, zrekonstruowane komputerowo, wpadło Orinowi w ręce podczas przetrząsania archiwów floty w Sankt Petersburgu. Porucznik Cywiński z pancernika „Borodino”: młody oficer w odprasowanym mundurze galowym, upozowany z prawą ręką na biodrze i dumnie uniesionym podbródkiem, z teatralnie wypielęgnowanymi bokobrodami oraz czarnym, przystrzyżonym wąsem, który w jego czasach musiał rozpalać pożądanie kobiet. Zginął w bitwie.

Kim był, zastanawiał się wtedy, patrząc godzinami na wyświetlone na głównym ekranie pracowni zdjęcie, starając się przemknąć myślą dzielące go od tego człowieka stulecie wojen, zbrodni i nieszczęść. Czy dręczyło go poczucie daremności starań i poświęceń, nieuchronności zawisłego nad światem zła? Oficer rosyjskiej floty, ale Polak, więc ktoś wszędzie obcy, niemający powodu życzyć dobrze ani carowi, ani jego imperium, któremu służył; tak przynajmniej Orin go sobie wyobrażał. Oficer rangi na tyle niskiej, by nie móc nic zmienić – ale już wystarczająco wysokiej, by znać sytuację w całym jej absurdzie. By widzieć, jak głupota, ośli upór i kompleksy admirała pchają eskadrę w sytuację bez wyjścia, jak potężna ekspedycja, żegnana kwiatami i pewnością zwycięstwa, zamienia się w korowód pogrzebowy, ciągnący przez pół świata na niechybną zagładę, na śmierć w niepotrzebnej nikomu ofierze za nieudolnego władcę i jego skazane na rychły upadek imperium.

Oczywiście, w AC Games najpierw zamilkli ze zdumienia, a potem podnieśli wrzask: przecież tak pomyślana gra w ogóle nie miała zwyczajowej w scenariuszach „misji”, którą gracz powinien wykonać, aby zdobyć rękę księżniczki i pół królestwa. Dla Orina to było nieistotne; chodziło o przeżycie historii, znalezienie się w skórze człowieka poddanego takim musom i o to, by pozostać w zgodzie z wymogami oficerskiego honoru, nie poddać się do końca, nie dać się zgnoić. Nie zdezerterować podczas bunkrowania w wietnamskim porcie, oprzeć się pokusie uczestniczenia w rewolucyjnym spisku młodych oficerów, zainspirowanym, jak miało się w końcu okazać, przez japoński wywiad. Zwycięstwem gracza było polec w bitwie, do ostatniej chwili na stanowisku, z pełną świadomością, że wszystko to nie ma za grosz sensu. To działo się jeszcze w czasach, gdy Orin, może pod wpływem Malaspiny, bardzo był przejęty takim łatwym romantyzmem.

Niewiele z tych zamiarów zostało w ostatecznej wersji. Albo, patrząc na to z innej strony, zostało z nich jednak za dużo. Zmienił w końcu bohatera, znalazł w archiwach innego Polaka, dowódcę kontrtorpedowca, jednego z trzech okrętów, które zdołały się wyrwać z bitwy i przedrzeć do portu. AC Games nadal narzekało, ale w końcu to kupiło – wyjść cało z rzezi i ujść pogoni, to już była jakaś misja, którą potrafili zrozumieć. Krótko mówiąc, „Cuszima” stała się jeszcze jedną rozgrywką wojenną, tak że koncern nie miał problemów z przyszeregowaniem jej do odpowiedniego działu. Ale pozostał ten nastrój, który ogarnął Orina nad zdjęciem porucznika carskiej marynarki i z którego „Cuszima” powstała. Nastrój beznadziejności, upiornego korowodu, przygnębienia, tego bólu, który Orin pewnego dnia odkrył w sobie i którym chciał się dzielić.

– Chłopie, fantastycznie zrobiona gra – powiedział mu jeden z ważniaków na którymś z tych przeklętych, wytwornych przyjęć, na jakie wyciągała go Malaspina. – Ale muszę ci się przyznać, że nie wytrzymałem nawet do połowy. Dla mnie to zbyt ponure.

To był właśnie jego problem jako kreatora systemów. Ludzie nie chcieli, by ich poił swoją goryczą. Sięgali po grę, aby się oczyścić, przeżyć łatwe, proste wzruszenia świata, w którym wiadomo, gdzie dobro, gdzie zło i jak się znaleźć. Słali potem do firmy pełne obelg mejle, cedzone zduszonym wściekłością głosem. Ale przecież bywało także inaczej. Wiedział na pewno, miał ich listy, że byli tacy, którzy zrozumieli, którzy poczuli, czym chciał się podzielić, przeżyli... I to było najważniejsze.

Odpuścił z „Cuszimą”, bo już wtedy traktował ją jak odprysk, drobny fragment poważniejszego projektu, o którym zaczął w którymś momencie przemyśliwać. Jak przymiarkę do „Walca stulecia”. Wtedy to był jeszcze mglisty zarys, niejasne przeczucie jakiejś wielkiej, ważkiej historii – no i to, od czego zazwyczaj zaczynały mu się gry: nastrój. Podobny jak w „Cuszimie”, ale jeszcze bardziej wszechogarniający nastrój upadku, rozprzężenia, zagłady.

– Cały czas jesteś u nas gwiazdą – powiedzieli mu dwa lata temu, kiedy przedstawiał pierwszy zarys nowej gry; wtedy jeszcze rozmawiali nie przez sieć, ale osobiście, w biurach filii w Reims. A teraz, kiedy był już tak blisko końca, wirtualny fantom Ala rozkładał przed nim bezradnie ręce, mówiąc, że nie stać go na takie inwestycje.

To nie było w porządku.

Długo czekał wieczorem na Malaspinę. Zeszła na kolację późno, zmęczona i zła – coraz częściej widział ją w takim stanie, a może coraz częściej zwracał na ten stan uwagę. Musiała być tuż po treningu: na szyi przysychały strużki potu, oddech wciąż jeszcze zdradzał niedawny wysiłek. Falujące piersi napinały kusząco materiał błękitnego szlafroczka.

– Już skończyłeś? – powiedziała tylko.

Kuchnia była dość ciasna, przy projektowaniu domu woleli przeznaczyć więcej miejsca na salon i kiedy tak siedział przy drzwiach, po swojemu oparty ramieniem o ścianę, Malaspina, żeby wejść, musiała się o niego niemal otrzeć. Na chwilę Orina ogarnął delikatny, przytłumiony dezodorantami zapach jej potu. Nie mógł zrozumieć, co w tym zapachu tak go brało; w każdym razie choć doskonale wiedział, co będzie dalej, choć po tysiąckroć przysięgał sobie, że już nigdy – gdy nachyliła się nad wyświetlaczem, a skraj błękitu podjechał wysoko po jej udzie, aż do krawędzi majtek, wyciągnął rękę i pogładził skórę żony, tak samo gładką i jędrną jak zawsze.

– Jestem spocona! – uchyliła się gwałtownie niczym porażona prądem, ale ani na chwilę nie przestała błądzić palcami po fosforyzujących wzorach wyświetlacza. – Jadłeś?

– Nie... Nie, na razie dziękuję.

Wyglądała w tym szlafroczku cholernie kusząco. We wszystkim wyglądała cholernie kusząco. Malaspina: wysoka, posągowo zbudowana blondynka, smukłe uda, wypracowane ćwiczeniami oraz elektrostymulacją pośladki i talia, sterczące wyzywająco piersi, a do tego wszystkiego to spojrzenie – wyniosłe i jakby pogardliwe, spojrzenie kobiety, która doskonale zna swoją wartość i nie zamierza tracić na darmo bodaj jednego uśmiechu. Każdy, kto zobaczył Malaspinę, marzył, by się z nią przespać. Wszyscy o tym marzyli.

Jej mąż także.

Cofnął dłoń, nie przestając się przypatrywać w zamyśleniu niknącemu między pośladkami żony klinowi cieniutkiej bawełny.

– Znowu kogoś zećpali – powiedziała, prostując się powoli. Podstawiła dzbanek pod kran filtru wody, czekając, aż Orin jakoś zareaguje na jej słowa.

– Tak?

– Tuż koło nas – oznajmiła. – Dwie przecznice w stronę miasta.

– Niemożliwe?! – Oderwał od niej wzrok, uświadamiając sobie znaczenie tych słów.

Ten jej nawyk oglądania wiadomości. Zawsze ćwiczyła w goglach, by potem męczyć go streszczaniem, co w nich zobaczyła. Zresztą Malaspinę przynajmniej usprawiedliwiała jej praca. Inni wślepiali się w serwisy informacyjne zupełnie bezinteresownie, chłonęli je z zapałem i w takich ilościach, że w końcu wszystkie wiadomości mieszały się ze sobą, wymazywały jedna drugą i nie zostawało z tego nic, tylko zalepiający mózg glut z poodrywanych słów i migających obrazków.

Orin nie chciał zalepiać sobie mózgu. Starał się, na ile to było możliwe, kiedy pracowało się głównie w sieci, omijać serwisy i polityczne klipy jak najdalej. Malaspinę to irytowało. Widziała w tym przejaw rezygnacji i bierności, których nie pochwalała. Dlatego korzystała z podobnych okazji, by przekazać mężowi wiedzę o najnowszych wydarzeniach. Inna sprawa, że z reguły wybierała do tego politykę i sprawy międzynarodowe, a nie kroniki lokalne.

– Jakiegoś faceta – podjęła. – Nie pamiętam nazwiska, w każdym razie nic mi nie mówiło. Nikt znajomy.

– Co tutaj robił?

Wzruszyła ramionami.

– Pewnie jakiś włóczęga. Przecież nie o to chodzi.

Tak, nie o to chodziło. A o co? O to, że takie rzeczy nie powinny zdarzać się w ich dzielnicy. W mieście, owszem, tam można się spodziewać wszystkiego. W mieście takie rzeczy były na miejscu, ale przecież nie tu, na ich osiedlu, pełnym elektronicznych bramek, kamer i strażników.

– Cholera – powiedział. – To się nie powinno u nas zdarzać. Za co, do diabła, płacimy tyle pieniędzy?

– Właśnie – odparła Malaspina.

Filtr zamrugał kilkakrotnie zielonym światełkiem, elektroniczna pozytywka odegrała skoczną, krótką melodyjkę, sygnalizując, że analiza oraz uzdatnianie gwarantowaną metodą SuperSec zostały zakończone i że woda nadaje się do picia. Kran otworzył się na parę sekund i automatycznie zamknął po napełnieniu dzbanka do dwóch trzecich.

– Dom, sto stopni. Właśnie – podjęła, wstawiwszy dzbanek do ekspresu. – Skoro jesteśmy przy pieniądzach...

Westchnął równie boleśnie, jak niedawno robił to fantom Ala.

– Orin, nie chcę cię męczyć, ale od pół roku jedziemy tylko na moich zarobkach. Zamierzasz wreszcie coś z tym zrobić?

– Tak, zamierzam. Pewnie, że zamierzam. Musimy o tym rozmawiać właśnie teraz?

– A kiedy mamy o tym rozmawiać? – Usiadła naprzeciwko z filiżanką naparu i sałatką. – Ilekroć wspomnę o pieniądzach, mówisz dokładnie to samo: „Czy musimy o tym rozmawiać akurat teraz?”. Powiedzmy, że teraz nie musimy. Tylko bądź łaskaw wyznaczyć jakiś termin. No, więc kiedy?

– Myślę o tym, nie martw się.

Wzruszyła gniewnie ramionami.

– Myśl o tym, jak skończyć grę i ją sprzedać. Rozmawiałeś już z nimi?

Prawdę mówiąc, po to tu właśnie siedział, czekając, aż Malaspina wyjdzie ze swoich pokoi. Po to, by porozmawiać o „Walcu stulecia”, o AC Games i propozycji Ala. By opowiedzieć jej to, wyrzucić z siebie, podeprzeć się jej radą.

– Jeszcze się nie odezwali.

– A jeśli nie wezmą? – powiedziała nagle.

– Ich strata. Najlepsza gra, jaką w życiu zrobiłem. Nie oni, to inni, ktoś zawsze kupi.

Nie wyglądała na przekonaną.

– Mogę zawsze spróbować poza główną siecią. To nie jest tak, że poza wielkimi koncernami nie ma już żadnego rynku. Są dziesiątki niezależnych firm, małych, ale rzutkich...

– Komu będziesz bajki opowiadał – zgasiła go. Milczeli przez chwilę. – Więc nie wezmą?

– Nie wiem! Co się martwisz na zapas? Coś wymyślę.

Jakież to było wkurzające. Cokolwiek obudził w nim zapach potu Malaspiny, zostało tą rozmową skutecznie przepędzone.

– Orin, przestań mnie i siebie oszukiwać – perswadowała. – Nie wiedzie ci się ostatnio. To się zdarza, rozumiem. Nie masz powodu histeryzować, po prostu trzeba się chłodno zastanowić nad sytuacją i wyciągnąć z niej wnioski, tylko tyle. Od pół roku praktycznie nie zarabiasz. Ja się zdecydowałam pracować przy kampanii, muszę zawiesić praktykę, a to znaczy, że tracę większość dochodów, przynajmniej na parę miesięcy. A odsetki trzeba spłacać.

Ten jej ton, kiedy tak wykładała coś punkt po punkcie; to go po prostu dobijało.

– To co, mam nie zamawiać scenografii, robić każdy drobiazg samemu? W takim tempie nie skończę za dziesięć lat.

Był pewien, że zaraz usłyszy coś podobnego, jak w rozmowie z Alem: ogranicz się, bądź rozsądny, zmniejsz liczbę postaci, nie pakuj tylu wątków. Ale Malaspina zbyt dobrze go znała.

– Nie mówię, że powinieneś oszczędzać na grze. Oszczędzaj na czym innym.

– Podpiszemy drugi kredyt najwyżej. Sprzedam grę, to oddamy.

Pokręciła głową.

– A jak nie sprzedasz? Wolałabym, żebyś raczej załatwił sprawę z ubezpieczeniami.

No tak.

– Nie chcę o tym słyszeć. – Zebrał się w sobie, aby jego głos zabrzmiał jak najbardziej stanowczo. – Rozmawialiśmy już na ten temat i więcej nie będziemy.

– Owszem, będziemy. – To nie był dobry pomysł, jej głos także natychmiast stwardniał, niemal w ułamku sekundy; zabrzmiała w nim skrywana furia. Wiedział, że jeszcze moment, jeszcze jedna taka wymiana zdań i Malaspina wybuchnie złością. – Uparłeś się jak dziecko i będziemy o tym rozmawiać tak długo, aż zaczniesz myśleć.

– Proszę cię, przestań. – Musiał teraz przybrać cichy, żałosny ton, jakby miał zaraz umrzeć. – Nie dziś. Jestem zmęczony, nie chcę się na noc denerwować, znowu nie będę mógł zasnąć.

– To pobiegaj trochę – powiedziała już spokojniej. −Tylko wysiadujesz po całych dniach w gnieździe, nic dziwnego, że nie możesz spać. Obrosłeś już sadłem, aż wstyd się gdzieś z tobą pokazać.

Ugryzł się w język. Kiedyś by ci to nie przeszkadzało, myślał tylko, patrząc, jak żona wstaje od stołu i odkłada naczynia do zmywarki.

– Idę spać. Przyjdziesz dziś?

Przyjdziesz dziś. Parsknąłby drwiąco, gdyby nie fakt, że to też, nawet tyle, byłoby rozdrapywaniem czegoś, czego instynktownie nie chciał ruszać. Nie miał sił, żeby ruszać.

To nie była oziębłość, znudzenie partnerem – nic prostego, co znalazłby w seksuologicznych poradnikach. W zasadzie, gdyby podejść do sprawy czysto mechanicznie, wszystko było w porządku. Tylko jakaś nieludzka sztywność; jakby kochał się z robotem. Jakby Malaspiny tam nie było, pod tą wypielęgnowaną, pachnącą skórą. Niczego w ogóle: tylko pobudzające impulsy korowe z przyłącza. Bez łącza w ogóle nie pozwalała, tak jak bez całego rytuału kąpieli, przygotowań, specjalnych kosmetyków na noc... Marzył, żeby kiedyś ot, tak po prostu, pójść do łóżka, bez robienia z tego od razu przedsięwzięcia. Ale kiedy próbował coś delikatnie sugerować, Malaspina sztywniała jeszcze bardziej i wtedy to było już w ogóle dno, aż uznał, że trzeba się po prostu pogodzić, nie myśleć, nie można przecież mieć wszystkiego.

– Muszę jeszcze popracować. I pobiegać.

Zaśmiała się, odchodząc. Śledził ją kątem oka, kiedy ściągała szlafrok i wchodziła do kabiny natrysku.

Nie chciał pokazać Malaspinie, jak bardzo zdołała go dotknąć. Nie chciał dać jej poznać, jak skuteczną broń wymyśliła – zachowałaby ją wtedy w swoim arsenale i używała bezlitośnie. Nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Nie chodziło wcale o sadło. Rzeczywiście – w drodze do schodów zatrzymał się na chwilę przed lustrem w przedpokoju – jego ciało sflaczało i jakby opuchło, powoli upodabniał się do bladego, tłustego robaka, rozdymanego od wewnątrz ciśnieniem wodnistej treści. Nieważne. Któregoś dnia wróci mu nastrój, by o siebie zadbać i wtedy szybko odzyska formę.

Chodziło o coś innego. Gdyby był nadal na fali, mógłby do woli obrastać sadłem. Dopóki był na fali, Malaspinie nie przeszkadzały jego kaprysy, przepłacana składka w ubezpieczeniach ani dziecięcy upór. O tak, wtedy się nie wstydziła z nim pokazywać. To ten facet od „Wilhelma Zdobywcy”, słyszałem, że podobno robi teraz „Bitwę pod Cuszimą”. Pół roku w pierwszej dwudziestce, jak na grę historyczną to po prostu rewelacja. Twój mąż ma prawdziwy talent, Malaspina, wszyscy ci zazdroszczą, uśmiech-uśmiech.

Prawdziwy talent. Na krótko tego talentu starczyło, pewnie mówili za jego plecami, jeśli jeszcze mówili o nim w ogóle.

Szlag.

I tym sposobem wszystko wróciło do punktu wyjścia: do „Walca stulecia”. Z łazienki dobiegło buczenie uruchamianego natrysku. Orin oderwał się od lustra i ruszył ku schodom, poddając się bezwolnie walczącym gdzieś głęboko w jego wnętrznościach siłom – jednej, która ciągnęła go do gniazda komputera, popychała, by zaraz podłączyć implant i nie dbając o późną porę, wrócić do gry, i drugiej, która od tego odpychała. Zawsze tak ze sobą walczyły, sprawiając, że krążył i krążył wokół gniazda, przekładając jakieś nieistotne drobiazgi, wynajdując sobie w nieskończoność bezsensowne zajęcia i marnotrawiąc czas. A kiedy wreszcie siadał do pracy, też jeszcze nie potrafił się do niej zabrać od razu – najpierw długo bawił się konfigurowaniem po raz nie wiedzieć który podstawowego interfejsu czy bezmyślnym przepatrywaniem domowych zapisów.

Być może właśnie tego chcąc uniknąć, nieoczekiwanie dla samego siebie, skręcił w stronę pokoju gimnastycznego. Gogle wisiały tak, jak je zostawiła Malaspina, na poręczy slimslajdera. Podniósł je; wciąż były włączone.

Postawił prawą stopę na jednej z klamer ślizgających się miękko po równoległych, zakrzywionych niczym bieguny fotela szynach. Pokrycie klamry wydęło się, otaczając pantofel twardym, półtoracentymetrowym występem. Postawił drugą nogę, a potem założył gogle, w których nadal jarzył się interfejs serwisów informacyjnych, i na oślep chwycił otulone miękką pianką uchwyty dla rąk.

Szarpnął się i z trudem wykonał pierwszy krok, a po nim kilka następnych. Jego nogi i ręce z ledwością pokonywały opór.

– Słabiej – powiedział i przez chwilę daremnie czekał na efekt. – Dom – powtórzył, teraz już z właściwą komendą – zmniejsz obciążenie. Jeszcze... Wystarczy.

Opór ustąpił. Orin ruszył długimi, rytmicznymi posunięciami rąk i nóg w komputerową poświatę sączoną do oczu przez gogle. Odetchnął parę razy głęboko, rozgrzewając się.

W przednią część uchwytu na prawą dłoń wtopiono chropawą, twardą płytkę czułego na dotyk tworzywa. Przejechał po niej czubkami palców – świetlna strzałka, skryta w rogu pola widzenia gogli, ożyła, wędrując posłusznie w prawo, w lewo i do góry, gdziekolwiek skierował ją ruch palca. Wciąż poruszając się rytmicznie, ni to płynąc, ni biegnąc przez nieistniejącą przestrzeń, Orin naprowadził kursor na okno serwisów lokalnych, a kiedy urosło ono, spychając na bok inne, i ożyło, wywołał spis wiadomości. Nie musiał długo szukać, morderstwo w Muizon było główną informacją dnia; krwistoczerwone odsyłacze na dole strony informowały o jej rozszerzeniach oraz komentarzach w serwisach regionalnych i krajowych. Jak na złość dopadła go akurat reklamówka ubezpieczalni – zanim zaczęły się newsy, świetnie zakonserwowana czterdziestka zapewniała przez pół minuty, że dzięki jakiemuś tam programowi czuje się wspaniale, jest bezpieczna i oszczędza mnóstwo pieniędzy.

Nawet nie zauważał, że jego ruchy stają się coraz bardziej gwałtowne; szarpał uchwytami, jakby chciał je poodrywać. Człowiek, którego nadjedzone zwłoki leżały o dwie przecznice od willi Orina, nazywał się Thoury, Leon Thoury, i w chwili, gdy go znaleziono, miał na sobie smoking ze smartu, sztucznego jedwabiu z inteligentną strukturą kolantowych włókien, samoczynnie zmieniającego barwy i desenie. Kolorowe prążki wciąż mieniły się na trupie, gdy pod wścibskimi oczami kamer znoszono go do policyjnego ambulansu.

Autochton, sądząc po nazwisku, powyżej czterdziestki, raczej średnio zamożny, choć z jakiegoś powodu tej nocy starał się chyba sprawić wrażenie lepiej sytuowanego niż w rzeczywistości. Pewnie nie wiedział, że wśród naprawdę bogatych stroje ze smartu od jakiegoś już czasu uchodzą za przejaw złego gustu. Ten szpan kosztował Thoury’ego życie – biały, bogaty i po czterdziestce, ulubiona ofiara pastuszków. W chwili śmierci miał we krwi zero sześć promila alkoholu. Akurat dość, by doskonale zdawać sobie sprawę z tego, co go spotkało, ale już za dużo, by zdołać uciec. Zresztą zapewne nie miał dokąd uciekać. Mordercy wepchnęli mu do ust jego osobisty sygnalizator, alarm był uruchomiony, ale najwyraźniej nikogo nie sprowadził.

W każdym razie w ich okolicy znalazł się przypadkowo, już martwy. Musieli przywieźć go tu samochodem i zrzucić z idącej górą estakady, z głową zmiażdżoną licznymi uderzeniami wypełnionych ołowiem pałek oraz z wyrżniętym sercem i pośladkami, jak to zazwyczaj robili młodzi kanibale. Komputerowe animacje pokazywały w zwolnionym tempie, jak widmowe postaci zrzucają trupa z estakady, później zastąpiła je rekonstrukcja ciała, na której czerwone linie prezentowały kolejne ślady noży i miejsca uderzeń.

Nie skorzystał z oferowanych przez serwis wypowiedzi policjantów, psychologów i specjalistów od młodzieżowych subkultur, z montażowych felietonów o ostatnich podobnych zdarzeniach i wszystkiego, co z wielkim poświęceniem przygotowały dla niego sieci telewizyjne. Przez chwilę machinalnie zostawił komentarz, ale nie rejestrował sensu cieknących mu w uszy zdań; coś tam się tylko stale powtarzało o jessenistach. W pewnym momencie poczuł, że już dłużej nie może i zaciskając konwulsyjnie palce na uchwycie, wyłączył serwis; na sekundę zatonął w ciemności, a potem rozpaliła się przed nim znajoma komórka domowego interfejsu, z migoczącym sygnałem nieodebranej poczty.

Ale właściwie go nie dostrzegał. Niepotrzebnie obejrzana wiadomość wystarczyła, by imaginacja Orina, wiecznie obolała i drżąca jak otwarta ostryga, zaczęła to, do czego ją od lat ćwiczył i rozwijał, świadomie potęgując swą wrażliwość aż poza granice rozsądku i bólu: by zaczęła podsuwać mu obrazy, sytuacje i emocje, zasypywać go nimi tak, że zupełnie nie mógł się opędzić...

Oto był tam, był tym podpitym, wystrojonym w drogi smoking nieszczęśnikiem, wracającym z jakiejś niezbyt legalnej imprezy, przed którym nagle stanęła banda dzieciaków. Podobno nie wyglądali jakoś specjalnie – żadnych tam łańcuchów, skórzanych kurtek, ruchomych tatuaży, jak wśród dawnych gangów z podmiejskich dżungli; zwykłe dzieci ze szkół, przejęte swą dziejową misją, walką o lepszy, sprawiedliwy i wolny od zła świat. A więc dzieci, ulica – albo stacja napowietrznej kolejki, a może wagon? W każdym razie ta wataha, osaczająca go ze wszystkich stron. Czy próbował negocjować? Tłumaczył się jakoś, jeszcze liczył na ocalenie, czy od razu rzucił się do ucieczki albo próbował pięściami wywalczyć sobie wyjście z kręgu napastników?

A może po prostu poddał się biernie swemu losowi?

W wyobraźni Orin rzucał się na pastuszków, miażdżył pięściami dziecięce twarze, pastwił się nad nimi. Rozsądek natychmiast korygował te wizje, przypominał, że w żadnym wypadku nie mógłby liczyć na siłę i sprawność swoich zaniedbanych mięśni, więc w rękach wyimaginowanego Orina pojawiały się malownicze narzędzia do zabijania, jakieś wielkokalibrowe spluwy, rozkwaszające trafionych napastników na miazgę, wzięte wprost z prymitywnych gier taniej masówki AC Games i jemu podobnych koncernów. Ale to nie było to i zaraz, wbrew rozsądkowi, powracał obraz, na którym Orin miażdżył twarze małych potworów gołą pięścią albo zaciskał im pazury na gardłach, aż do chrupnięcia skręconego karku, i te obrazy otaczały go coraz ciaśniej, nieodparte, obsesyjne, powtarzane wciąż i wciąż...

Uświadomił sobie nagle, że się dusi.

Zatrzymał się. Teraz dopiero dotarł do jego świadomości alarmujący komputerowy pisk, narastający z każdym powtarzanym wściekle przez Orina ruchem. Puls rozsadzał mu skronie, serce uwięzło wysoko w gardle, trawione ogniem płuca nie przyjmowały powietrza. Nawet zdjęcie z twarzy gogli sprawiło mu trudność.

Zszedł ze slimslajdera i usiadł ciężko na podłodze, spocony, czerwony na twarzy, oddychając z trudem. Wariat. Chciało mu się rzygać, z wysiłkiem powstrzymywał torsje, czując, jak wewnętrzne ciśnienie wysadza mu z głowy gałki oczne. Boże, co za wariat.

Mdłości, dudniące tętno i ból w tchawicy odpędziły od niego obrazy walki z pastuszkami. Odpędziły też wspomnienie zapachu Malaspiny, nawet wściekłość na Ala i całe AC Games. Siedział wciąż w pokoju ćwiczeń, nawet wtedy, gdy oddech i tętno już się uspokoiły, a w wyłożonych metalem ustach znowu pojawiła się ślina. Siedział, ogarnięty nagłą słabością, wdychając zapach sosnowego odświeżacza, który dom rozpylił w pomieszczeniu, gdy tylko jego czujniki wywąchały pot Orina. Dom: żadnego nieprzyjemnego zapachu, żadnej odrobiny brudu albo kurzu.

To nieprawda, że uciekał przed informacjami, aby nie zalepiły mu mózgu kolorowym glutem, nie ogłupiły. Uciekał przed nimi, żeby go nie poraniły. Miał nerwy na wierzchu; musiał, żeby jego światy były prawdziwe, żeby ludzie, którzy z nimi obcowali, poznawali w nich prawdziwe emocje, prawdziwe życie. Tego właśnie Malaspina uparcie nie chciała zrozumieć, przerażona rosnącymi zastraszająco składkami z ubezpieczenia. Musiał pielęgnować swoją cienką skórę, musiał rozhuśtywać emocje w naprzemiennym cyklu przygnębienia i euforii. Tylko dzięki temu umiał czasem poczuć to COŚ, czego szukał i co wydawało mu się najważniejsze. Mieć nerwy na skórze nie było przesadną ceną szlachectwa, ceną bycia tym Orinem Bethlenem, któremu od lat na każdym zjeździe stowarzyszenia autorów gotowano długą owację na stojąco.

Tylko że to bolało.

Dotarł do łóżka, kiedy Malaspina spała już głęboko, ale nie mógł zasnąć. A gdy wreszcie zapadł w wymęczoną leżeniem drzemkę, śniło mu się, że jego ciało pożerają robaki: drążyły w nim setki cienkich, poplątanych kanalików, a on nie był w stanie się bronić.

Dał za wygraną i poszedł do swego gniazda w pokoju na górze pospacerować trochę po cesarsko-królewskim Wiedniu.

Zawsze skuteczny sposób, by zaznać ukojenia: przemierzać w nocnej ciszy opustoszałe zaułki, ścigany tylko dalekim echem turkoczących wozów dostawczych i pogłosem okrzyków rozbawionego towarzystwa opuszczającego nad ranem kawiarnie. A potem aż do świtu – tamtejszego świtu – stać na moście, podziwiając świat umarły ponad stulecie wcześniej, nim wydobył go z nicości i puścił raz jeszcze w ruch.

2

Nawet gdyby Prepostvary starał się zapamiętywać wszystkie mijane drzwi i kolejne zakręty, nie zdołałby w labiryncie Tannenbaumu zachować zbyt długo orientacji. Pomimo swoich zdolności, spotęgowanych latami ćwiczeń, i mimo że chodzenie w gęstwinie otwierających się jeden po drugim korytarzy i rozległych sal, w tej chwili wygaszonych i ciemnych, przypominało do złudzenia wędrówkę po interfejsach worldnetu. Z tą różnicą, że net standardowo wizualizował się jako struktura prowadząca w dół, jakby system wirtualnych, ciągnących się bez końca jaskiń – tutaj zaś kolejne windy i ażurowe schody w szybach awaryjnych prowadziły wciąż wyżej i wyżej.

Oczywiście, nie próbował zapamiętywać przebytej drogi, wręcz walczył z własnym umysłem, który odruchowo starał się to robić. Choć przemierzał ją po raz pierwszy – ale nie ostatni, co do tego był głęboko przekonany – nie trzeba było wielkiej bystrości umysłu, by się domyślić, iż oprócz laserowych ostrzy, skanujących na kolejnych etapach tęczówki i linie papilarne, szczytu Sosenki i spokoju jej władców pilnować muszą także skanery elektroaktywności kory mózgowej. Z dużym prawdopodobieństwem mógł nawet pokazać, gdzie je umieszczono, a w każdym razie gdzie on by je umieścił: w krzyżowych, fosforyzujących wspornikach pseudogotyckich sklepień wąskiego korytarza, zarezerwowanego najwyraźniej dla prywatnych gości suwerena. Przechodząc w tych miejscach, nie sposób było nie zbliżyć do nich głowy. Oczywiście, wbrew nabożnemu lękowi, jakim nowoczesna technika śledcza napełniała przeżuwaczy, żaden detektor nie był w stanie czytać w myślach; ale rytm, jaki wzbudziłyby w umyśle Prepostvary’ego próby zapamiętywania drogi, na pewno nie spodobałby się programowi analizującemu skany.

O obfitości i niezawodności elektronicznej straży świadczył także fakt, iż przydzielanie wezwanym eskorty najwyraźniej uważano tu za zbędne. Prowadził ich tylko portier w błękitnej, mundurowej koszuli, nienoszący przy sobie żadnej broni. Szedł pierwszy, pewnym, równym krokiem, nie zmieniając tempa ani gdy wchodzili znienacka w mrok wielkiej sali, ani kiedy trzeba się było wspinać po schodach. O dwa kroki za portierem szedł stryj Prepostvary’ego, on sam – dopiero jako trzeci. Tak powinno być. Chociaż to Prepostvary był tym, kogo suweren potrzebował, jego stryj, formalnie rzecz biorąc, przyprowadzał mu bratanka, protegował go i symbolicznie wprowadzał do kręgu ludzi godnych zaufania; symbolicznie, bo przecież jego lojalność była zapewniona i sprawdzona metodami stokroć skuteczniejszymi niż więzy krwi. Ale stary Kuruta przywiązywał do podobnych rytuałów wielką wagę, a jego synowie ściśle stosowali się do oczekiwań ojca, nie tylko w tym względzie.

U końca drogi czekała na nich otwarta winda, o ścianach wyświetlających pejzaż rozsłonecznionego lasu. Gdy drzwi zasunęły się za plecami Prepostvary’ego, ściany zmieniły nagle barwę, widok drzew i zieleni zastąpiły poruszające się szybko drobne prążki interferujące we wszystkich barwach tęczy. Poza tym nie działo się nic, nie dało się wyczuć najdrobniejszego ruchu, aż Prepostvary zaczął powoli dochodzić do wniosku, że nie była to wcale winda, tylko jakaś poczekalnia, być może służąca poddaniu przychodzących dokładniejszemu podsłuchowi.

Ale jednak musiała to być winda; po siedmiu minutach miejsce kolorowych interferencji zajął ponownie obraz lasu, a trzydzieści sekund później pośród tego lasu otworzyły się drzwi. Ciągnął się za nimi kolejny korytarz, również utrzymany w pseudogotyckim stylu, ale szerszy od poprzednich i o ścianach nie imitujących cegieł, lecz jednolicie białych, jakby pobielono je wapnem; ceglane były jedynie wsporniki pod sufitem i obramowania głębokich na kilkadziesiąt centymetrów wykuszy, które, idąc za portierem, mijali co jakiś czas to po lewej, to po prawej stronie. W większości z nich umieszczono nieco ponad podłogą wysokie na półtora metra obrazy. Wyglądały jak wybite w murze okna, za którymi rozpościerały się rozmaite światy, skrzące się kolorami i kształtami prawdziwszymi od prawdziwych.

Wreszcie portier zatrzymał się w miejscu niewyróżniającym się na oko zupełnie niczym i z półobrotem wskazał uprzejmym ruchem dłoni nieskazitelnie białą, gładką ścianę. Stryj Prepostvary’ego bez chwili wahania wkroczył w nią i zniknął. Chwilę później zrobił to także jego bratanek.

Ściana była projekcją. Od drugiej strony nie dało się jej dostrzec; mieli za sobą po prostu szerokie drzwi w zakończonym ostro łuku, zasuwające się automatycznie po ich przejściu.

Ta część sali, w której się znaleźli, była pusta, jeśli nie liczyć fotela ustawionego przodem do szyby przedzielającej pomieszczenie. Czekało na nich dwóch ludzi. Pierwszego Prepostvary zaledwie omiótł wzrokiem; stojący przy drzwiach mężczyzna w szarym garniturze wyglądał na jednego z licznych tu zapewne sekretarzy – upewniał co do tego niewielki czarny tablid w jego ręku.

Drugi z obecnych siedział po przeciwnej stronie szyby w stylowym fotelu z ciemnego drewna, mając za plecami elegancki biedermeierowski gabinet. Nie mógł być wiele starszy od Prepostvary’ego; miał najwyżej około trzydziestu lat, śniadą cerę południowca i czarne włosy z bardzo starannym przedziałkiem. Z kieszeni cytrynowożółtej kamizelki zwisał mu złoty łańcuszek imitujący dewizkę zegarka. Komputerowy wizjer na prawym oku udawał doskonale staroświecki monokl z cienkiego złotego drutu i szkła tak grubego, że oko użytkownika, wyświetlane po zewnętrznej stronie, wyglądało jak widziane przez butelkę.

Ten człowiek był jednym z synów Ivana Kuruty, którego nieliczni szczęśliwcy – w ich liczbie i Prepostvary – mieli prawo nazywać: „nasz starik”. Urodzenie czyniło go automatycznie jednym z szefów licznych korporacji, bractw i struktur administracyjnych, które miały swą centralę w budynku nazywanym od dziwnego kształtu Tannenbaumem lub czasem, bardziej po swojsku, Sosołoczką. Wśród przeżuwaczy chodziła plotka – niezbyt intensywnie; ich uwaga, skupiona na konstruktach sławnych postaci gier, rozrywki i polityki, rzadko sięgała osób tak ważnych – że stary Kuruta kazał się sklonować. Miał tego dowodzić fakt, że synów doczekał się dopiero grubo po skończeniu setki i że wszyscy byli jakoby do niego łudząco podobni.

Jak większość kursujących po sieci opinii i ta była wyssaną z palca bzdurą. Prepostvary widział kiedyś starszego z synów Kuruty i, patrząc teraz przez panoramiczną szybę na jego brata, ledwie dostrzegał przejawy rodzinnego podobieństwa. Ojca, znanego Prepostvary’emu z rozmaitych zapisów, obaj nie przypominali w większym stopniu niż sam Prepostvary stryja.

Ten ostatni zatrzymał się o kilka kroków od gospodarza i powitał go lekkim skłonieniem głowy. Odczekał chwilę, aż młody Kuruta odwzajemni pozdrowienie, i wypowiedział tych kilka słów, dla wypowiedzenia których przemierzył labirynt sal i korytarzy.

– Panie przyjacielu, przyprowadzam mojego bratanka, syna Riszy Kokoczki, psychologa, który pracował kiedyś dla twojego ojca i zasłużył na jego wdzięczność. Nazywa się Wiktor Prepostvary i jest psychologiem, tak samo jak jego ojciec. Mój brat przekazał mu swoje doświadczenia i wychował na porządnego człowieka, a dzięki pomocy twojego ojca chłopiec ukończył dobre szkoły. Jest zdolny, pracowity, oddany Sprawie i przyjaciołom. Ręczę za niego jak za samego siebie.

Kuruta pokiwał z zadowoleniem głową.

– Przyjmuję twoją porękę, Jovanie. Dziękuję ci w imieniu ojca, że przyprowadziłeś tu swojego bratanka i że opiekowałeś się nim, dopóki nie osiągnął pełnoletności i nie udowodnił swoich talentów. Możesz zawsze liczyć na naszą pomoc, gdyby była ona potrzebna.

Stryj odczekał jeszcze chwilę na wypadek, gdyby Kuruta miał do niego jakieś pytania albo polecenia, potem pożegnał się i ruszył do drzwi. Prepostvary nie oglądał się, czując, że zainteresowanie człowieka zza szyby skupia się teraz na nim.

Diabli zresztą wiedzieli, czy była to szyba, pole zabezpieczające, czy po prostu ścienny ekran wyświetlający obraz z zupełnie innego pomieszczenia. Umeblowanie za plecami rozmówcy zdawało się wskazywać na to ostatnie.

– Siadaj, Wiktorze – powiedział Kuruta.

Zajmując miejsce w przeznaczonym dla siebie fotelu, mógł rzucić szybkie spojrzenie ku drzwiom. Sekretarza już tam nie było, musiał wyjść razem ze stryjem.

Kuruta milczał jeszcze przez chwilę, w końcu zaśmiał się i zdjął monokl z oka.

– To dość niezwykłe, muszę przyznać – powiedział. – Ty się naprawdę nie denerwujesz?

– Nie. – Już wcześniej postanowił sobie odpowiadać na każde pytanie natychmiast, bez wahania. – Jestem... podekscytowany, tak bym to ujął. Przejęty. Ale nie, nie widzę powodu do zdenerwowania, skoro dotarłem aż tu.

Suweren pokiwał głową.

– Logiczne. Tylko że mało kto bywa logiczny.

– Ja bywam. W każdym razie staram się. Kiedy człowiek przestaje rozumieć swoje zachowanie, prędzej czy później rodzi się w nim słabość.

– Tak... To jedna z nauk twojego ojca, prawda?

– Chyba tak.

– Twój ojciec bardzo się zasłużył dla Sprawy w czasie podziału regionu i walki o autonomię. Nie było nikogo, kto tak by umiał rozgryźć każdego przeciwnika i znaleźć sposób na jego wyprofilowanie. Uczył cię tego, prawda?

– Uczył mnie, że jest pięć sposobów na człowieka. Władza, misja, pieniądze, strach i seks. Któryś z nich zadziała zawsze. Jeśli kogoś nie można kupić, na pewno można go albo zastraszyć, albo omotać. Trzeba tylko od razu wybrać właściwą drogę. Mój ojciec to umiał. Podobno jeszcze tam, na Bałkanach, mówiono, że radzi sobie z każdym.

– Nie tylko to. Potrafił wyczuć, nad kim opłaca się pracować, a nad kim nie. Bo nie każdego warto rozpracowywać. Byle kogo łatwiej po prostu zniszczyć.

Tym razem Prepostvary musiał się chwilę zastanowić, jakiej odpowiedzi oczekuje po nim rozmówca.

– Jak dotąd nie powierzano mi tego rodzaju decyzji.

Kuruta pokiwał głową.

– Wiem, czym się dotąd zajmowałeś i z jakimi efektami. Jak ci się podoba praca u Schweinherza?

Tę dziwną nazwę ich łocz-dog zawdzięczał pierwszemu dyrektorowi. Różni sensaci rozpowiadali, że żył on z wszczepionym sercem świni. W istocie, wszyto mu je kiedyś tylko na kilka dni, zanim udało się znaleźć immunopozytywnego dawcę do sklonowania autoprzeszczepu, po tym, jak ówcześni konkurenci Sprawy podziurawili faceta pociskami igłowymi z przesuniętym środkiem ciężkości. Ale przezwisko „Świńskie Serce” przylgnęło i w końcu stało się oficjalną nazwą spółki, nawet po tym, gdy jej szef znowu dostał się pod lufy i tym razem już go nie zdołano poskładać. Kurucie spodobała się ta nazwa, przypominająca, że batiuszka w potrzebie dba o swoich ludzi – takie wszycie kosztowało kasę dla przeciętnego pacjenta niewyobrażalną, którą starik wyłożył bez zmrużenia oka.

– To prosta praca. Powoli zaczynam mieć wrażenie, że już niewiele mogę się tam nauczyć. Monitoring, wszystkie rzeczy, które należą do tego typu agencji, dają dobrą orientację w sieci i doświadczenie w pracy z ludźmi, ale to tylko podstawowy poziom. Nie jestem podprogowcem, chociaż się na tym znam. Chciałbym się zająć aktywnym profilowaniem, tak jak ojciec. Rekonstruowanie osobowości, odczytywanie jej to miła zabawa. Ale dopiero zabrać się do jej zmiany, posterować obiektem... To musi w sobie mieć coś upajającego, tak sądzę. Zresztą, ojciec czasem mi opowiadał, na ile oczywiście mógł, bez zdradzania tajemnic...

– Tak... Jednym słowem: czas na zmierzenie się z jakimś poważnym zadaniem?

– A czy nie po to zostałem tutaj wezwany?

Jego rozmówca skinął głową.

– Tylko że sam wiesz, jak to jest z poważnymi zadaniami. Jest nagroda za sukcesy... ale jest i kara za niepowodzenia. Musi być.

Prepostvary uśmiechnął się.

– Więc tak, rzeczywiście po to cię tu wezwałem. Rzecz może w swej istocie nie różni się tak bardzo od przygotowywania profili dla Świńskiego Serca. Różnica będzie jedynie w dyskrecji. Tym razem wszystko zrobisz sam. Sam będziesz grzebał w sieci, sam zbierał kontakty, a potem sam je zinterpretujesz. Jeśli zajdzie potrzeba, zajmiesz się także operacyjną stroną zagadnienia.

– Tak.

Kuruta poruszył się w fotelu i dzieląca ich szyba, co do której Prepostvary zdążył już nabrać pewności, że jest ściennym ekranem, zamgliła się na moment, a potem rozpłynęła bez śladu. Gabinet po drugiej stronie nie był projekcją.

– Nie chce mi się powtarzać tych wszystkich banałów – wyznał szczerze gospodarz, podnosząc się. – Gdybym nie miał pewności, że można na ciebie liczyć i że się przyłożysz do roboty, nie dotarłbyś tu. Zbliż się.

Prepostvary podszedł do swojego suwerena sztywnym, ceremonialnym krokiem. Kuruta otworzył ramiona i przycisnął go do siebie, całując w usta.

Więc tak wyglądał ten przełomowy moment życia? Powinien coś teraz czuć, dumę, radość, cokolwiek, myślał, oddając uścisk. Ale, prawdę mówiąc, nie czuł nic. Po prostu jeszcze jedna z takich chwil w życiu, które trzeba zaliczyć po drodze do celu.

– Jak się zapewne domyślasz, panie przyjacielu, traktuję to jak osobistą sprawę, choć rzecz dotyczy interesów. Grywasz w „Wilhelma Zdobywcę”, prawda?

– Nawet nieźle mi to wychodzi.

– Więc tutaj będą obowiązywać podobne zasady. Jedyną osobą, która wie, kim się zajmujesz, jestem ja. Spostrzeżenia, wątpliwości, zapytania... wszystko do mnie. Wyznaczyłem człowieka, który pomoże ci opanować narzędzia Tannenbaumu, ale on nie orientuje się, czym konkretnie masz się zająć i dla którego z nas. I tak ma pozostać.

– Rozumiem.

– Pytania?

Zastanowił się. Wszystko i tak znajdzie się w pakiecie danych z zadaniem.

– Tak tylko, z czystej ciekawości: kobieta czy mężczyzna?

– Lepiej sprawdź sam. Pozory często mylą. – Kuruta wyciągnął rękę i poklepał go po ramieniu. – Nie zawiedź mnie, panie przyjacielu.

Prepostvary skłonił głowę.

– Wolałbym umrzeć – odparł. Całkowicie szczerze; ta szczerość była jedną z rzeczy, której ci inni, czasem nawet wydawałoby się z głową na karku, ale nienależący do Sprawy, nigdy nie umieli pojąć. I zapewne to właśnie zdecydowało, że Sprawa wyglądała tak, a nie inaczej.

– Prepostvary! – Zatrzymał go głos suwerena, gdy już się odwracał. – Pamiętasz, co wpisałeś w ankiecie na wejściu do Schweinherzu?

– Tak. Chodzi o kwalifikacje?

– Nie. O plany. Napisałeś, że zamierzasz zostać mędrcem. To była jakaś sztuczka, żeby zwrócić na siebie uwagę?

– Nie. Ja zawsze jestem szczery, zresztą w tych czasach inaczej nie można. Takie mam po prostu marzenie.

Kuruta zaśmiał się.

– Nigdy w życiu się z czymś podobnym nie spotkałem. Ale życzę spełnienia marzeń. Ta robota na pewno ci dostarczy materiału do myślenia.

Sekretarz czekał za drzwiami, w pseudogotyckim korytarzu. Na widok Prepostvary’ego ścisnął kciukiem i dużym palcem brzeg swojego tablidu; z ukrytej szczeliny wyskoczyła prosto w dłoń cienka jak opłatek kwadratowa karta pamięci. Podał ją Prepostvary’emu bez słowa i poprowadził do windy, w której przejrzystych ścianach wciąż kołysały się na lekkim wietrze gałęzie i młode liście.

Kilka godzin później Prepostvary znowu znalazł się w tym samym gotyckim korytarzu o sklepieniu żebrowanym czerwoną cegłą. Teraz jednak była to projekcja komputera; tak właśnie zwizualizował się wewnętrzny interfejs Tannenbaumu, do którego wprowadziły Wiktora kody z otrzymanej od sekretarza karty.

Dobrze, że w ogóle zdążył dotrzeć do domu, zanim przeszył go zjadliwy świergot kapusia. Chociaż wylotowe estakady w tej części miasta były pustawe nawet w godzinach szczytu, blokowały je czerwone światła w miejscach, gdzie krzyżowały się z pasmami uprzywilejowanymi. Odkąd sięgał pamięcią, owe wyodrębnione według niezrozumiałych zasad pasma stanowiły powód narzekań i złorzeczeń, i odkąd pamiętał, nikt nie umiał tego zmienić. Pod drzwiami pożegnał się ze swoim cieniem – zgodnie z zasadą, że w strefie czuwania domu jego właściciel odpowiada za bezpieczeństwo swoje i gości sam. Liczył, że zanim odezwie się człowiek zapowiedziany przez Kurutę, coś jeszcze przekąsi, zwłaszcza iż wieczorna sesja zapowiadała się na długą i kłopotliwą. Ale zdążył tylko umyć ręce i rozłączyć wyjściowe ubranie. Przynaglany wezwaniem sięgnął pod kuchenny blat po przechowywany z myślą o takich sytuacjach koncentrat. Wrzucił do ust dwie kostki i czując, jak powoli rozpływają się na języku, zasiadł w gnieździe.

Potrafił w razie potrzeby wchodzić w sieć błyskawicznie i z każdego miejsca. W szerokim pasie obszernego, ciemnego garnituru zawsze spoczywał wzmacniacz; jedno i drugie należało do zawodowego umundurowania. Płaskie złote pudełko, upodobnione do staroświeckiej papierośnicy z monogramem, dostrojono do wprasowanych w tkaninę obwodów unerwiających wysoki kołnierz koszuli, ten zaś ciasno otulał podgolony kark i niczym przedwieczny vatermoder uciskał sprężyście dolną szczękę, gdzie sensory drajwera komunikowały się z przedłużeniami nerwowymi implantu. W banalnych, związanych z pracą sprawach nie musiał nawet przerywać codziennych czynności. Wielokrotnie zdarzało mu się przeszukiwać jakąś kartotekę czy wymieniać opracowania i jednocześnie prowadzić samochód, patrząc na drogę przez płonące wewnątrz oczu okna komputerowych interfejsów.

Ale tym razem nie chodziło o żadną banalną czynność wynikającą z pracy dla łocz-doga. Tym razem trzeba się było porządnie wymościć przy bezpośrednim przyłączu, musiało to potrwać kilkadziesiąt sekund. Gniazdo: ognisko domowe doby postinformatycznej. Miękki kokon na cielesny futerał człowieka przebywającego właśnie w swym ulubionym serialu, w grze, w którymś z miejsc rozrywek albo – to może najrzadziej – w miejscu pracy.

Na ścianę ozdobioną murzyńskimi maskami (wielkoseryjne kopie ściągnięte z podrzędnego sklepiku w Dubaju; na prawdziwą, ręczną robotę jeszcze nie było Wiktora stać) zaczął nakładać się migoczący wszystkimi barwami obraz dostrajania. Wcisnął do szczeliny odczytu kartę z Tannenbaumu i przymknął powieki.

Jednym niedbałym ruchem dłoni wygasił wszystkie standardowe testy wejścia i otworzył panel komunikacji. Zasygnalizował gotowość połączenia. Sterownik programu karty już zdążył porozumieć się z wzywającym; w panelu nawigacji zamigotało żądanie potwierdzenia. Zgasił je.

Program poprowadził go jakimś skróconym łączem, z pominięciem interfejsu macierzystej firmy i węzłów ustawionych w setapie jego prowadzącego serwera. Nie było to przyjemne uczucie – leciał w pustkę, w straszliwą, nieprzeniknioną czerń. Niczym w sennym koszmarze tracił cielesną integralność, pozbawiony bodźców system nerwowy rozpadał się na dziesiątki swędzących bądź bolących punktów, oddalających się na wszystkie strony, jak rozsadzone big-bangiem słońca.

Na szczęście trwało to tylko moment. Po chwili zawrót głowy ustał, wróciły wzrok, słuch, dotyk, czucie głębokie, a w końcu i równowaga statyczna.

Stał w wąskim, sklepionym wysoko korytarzu prowadzącym do pomieszczenia, gdzie dopiero co rozmawiał z Kurutą.

– No, wreszcie – odezwał się stojący przed nim zwalisty grecki hoplita, o opalonym na brąz, muskularnym i lśniącym od oliwy ciele pokrytym złotymi tatuażami. Niektóre z nich poruszały się i falowały, trzeba było dopiero dłuższej chwili, by stwierdzić, że ruchem tym rządzi jakaś trudna do opisania, ale niewątpliwa regularność. – Słuchaj, koleś, panie przyjacielu, nie mam tyle czasu, żeby na niego czekać, w kija złamanego, nawet jeśli to sam batiuszka go tu wkręca. Jasne?

– Jasne. Sorry, prastitie... panie przyjacielu, kij ci w oko.

Hoplita zaśmiał się; serdecznie i bez cienia urazy.

– Tobie kij w oko. Mnie tam rybka, pokażę, co mam pokazać, potem będzie miał własny pejdż i ident, i niech sobie radzi, jak umie. Doszedł do siebie?

Prepostvary poruszył się ostrożnie, z obawą, czy nie wzbudzi to jakichś nowych funkcji podpiętych mu przez nieznany program.

– W porządku.

– Dobra, odwróci się. Ta dziura z tyłu to będzie jego okno na świat. W czym dotąd robił?

– W synteku – odmruknął, rozważając, czy przypadkiem nie powinien się czuć dotknięty. Ale sądząc po tonie głosu, przewodnik raczej nie miał zamiaru go obrażać. Widać tutaj, w centrali Tannenbaumu, panowały po prostu takie zwyczaje.

– No, to spoko. U nas prawie tak samo, tylko jakby chciał dżampnąć, to musi najpierw zbekrandować cały autlajn. Setap ustawia lewym panelem, Pomagiera woła podwójnym egzekiem, spid standardowo na szóstce... Co tam jeszcze... Co do samej bazy, zanim wejdzie, musi podać cerberowi ident, potem czeka, aż potwierdzi i dostanie link na narzędziownię...

Prepostvary pospiesznie otwierał wokół siebie kolejne wymieniane przez hoplitę panele. Tamten potwierdził swoim kodem komendy zmiany serwera prowadzącego.

– A tamte obrazki? Na prawo i lewo? Cudze gniazda, czy wejścia do innych danych?

– To bardziej złożony system, koleś – oznajmił hoplita takim tonem, jakby oprowadzał dzikusa po metrze. – W razie potrzeby Pomagier wprowadzi, jest na to ustawiony. Ale to kiedyś, jak dobrze pójdzie. Trzeba mieć wyższy przywilej. Ustawiłem mu ścieżkę do danych od kierownictwa i dostrojenie wspomagania, tyle powinno wystarczyć.

– Wystarczy. Podprogramy są moje?

– Wspólne. Ale można zażądać czasowej wyłączności, jeśli idzie jakiś ważny risercz dla naczalstwa. No, koleś, nie mam czasu się bawić, panie przyjacielu. Jakby coś mu się obsrywało, może mnie wzywać przez Pomagiera. – Sięgnął dłonią ku jednemu ze swych tatuaży. – A, niech pyta o Platona – przypomniał sobie w ostatniej chwili o autoprezentacji, zanim dotknął rozstawionymi szeroko palcami złotych linii na swej skórze i zniknął.

Prepostvary przez chwilę jeszcze wpatrywał się z irytacją w miejsce, gdzie wcześniej tkwił awatar Platona.

– A chuj ci w dupę i złamany kij, koleś, panie przyjacielu – powiedział wreszcie głośno i dobitnie, po czym, już spokojniejszy, odwrócił się do swojego gniazda. Wkroczył pomiędzy zawieszone dookoła panele kontrolne i zanurzył się, nogami naprzód, w przydzielonym mu oknie. Wektor pionu, dotąd wskazujący sufit, zmienił się gwałtownie o dziewięćdziesiąt stopni. Tkwił w przejrzystym graniastosłupie, niczym w opuszczanej na dno morza szklanej budce telefonicznej.

Interfejs należał do najbardziej intuicyjnych, z jakimi kiedykolwiek miał do czynienia; cała głupia robota, od której zawsze trzeba było zaczynać pracę w nowym miejscu, konfigurowanie podprogramów, definiowanie makropoleceń, uczenie programu prowadzącego swych podstawowych reakcji i wszystkie te męczące przygotowania nie zajęły mu więcej niż pół godziny. Oczywiście, zdanie się na standardowe defolty skróciłoby sprawę do kilku minut, ale coś podobnego nikomu szanującemu się nie mogło nawet przyjść do głowy – paradować po necie w standardach, jak jakiś przeżuwacz, który wygrał sprzęt w trójkowym turnieju i rzucił się na poszukiwanie rozkodowanych gier?

Z drugiej strony, zanadto był ciekaw swego zlecenia, żeby zbyt długo się bawić. Przeniósł więc tylko większość ustawień z dotychczasowego serwera prowadzącego, włącznie ze swoim awatarem w czerwonym mundurze saskiego grenadiera i trójkątnym pierogu z pióropuszem.

Z wolna budziło się w Wiktorze to cudowne, niezwykłe podniecenie, jakiego dostarczyć potrafiła tylko ta praca. Mówiło się o kretach z globali, że są tak skuteczni w sieci, bo mają programy prowadzące sprzęgane z ośrodkiem seksualnym w mózgu i osiągnięcie wyznaczonego zleceniem celu sterownik wynagradza im orgazmami. Globale: kilkanaście czy kilkadziesiąt – tylko fachowcy wiedzieli to dokładnie – ogromnych światowych superkoncernów, łączących banki, firmy, media i partie z różnych kontynentów w jedno gigantyczne mrowisko i niczym pradawne cesarstwa mające na swe rozkazy całe armie specjalistów. Może to była jeszcze jedna z niezliczonych legend chodzących po ludziach. Jak z tymi kluczami – zawsze mu się chciało śmiać, niby tyle się na świecie zmieniło, a wiara w czary i cuda trwała w najlepsze. Tyle że miejsce złotych rybek czy graali zajęły tajemnicze programy, poukrywane jakoby przez dawnych twórców w systemowym softłerze i czekające na właścicieli odpowiednich haseł, aby im spełnić życzenia. Bzdury oczywiste, ale to właśnie było typowe. Wiek totalnego dostępu do informacji okazał się wiekiem totalnej dezinformacji, w którym nie tylko przeżuwacze, ale nawet specjaliści mieli problemy z wygrzebaniem prawdy ze spotęgowanych netem plotek, bzdur i miejskich legend.

Ale akurat w warunkowanie kretów Prepostvary gotów był uwierzyć, bo i on sam, bez żadnych przeróbek, potrafił odczuć przy pracy coś na kształt nieomal seksualnej ekscytacji, wynagradzającej nawet całe godziny mordęgi. To nie znaczy, że zgodziłby się poddać takiemu przestrojeniu. Był człowiekiem Sprawy, jak wszyscy jego pobratymcy pielęgnującym swą dumę; zredukowanie siebie samego do roli prowadzonego na neuronowej smyczy niewolnika anonimowego koncernu nie wchodziło w ogóle w grę. Tym bardziej, że nie był byle kretem. Był psychologiem, wyuczonym do aktywnego profilowania – a aktywne profilowanie to sama śmietanka wśród specjalistów, wywodząca się wprost od pracowników tajnych laboratoriów służb specjalnych, jeszcze z czasów, gdy służyły one rządom państw. Między Prepostvarym a kretem istniała taka różnica, jak między baronem a prostym knechtem. Nawet jeśli na razie, aby udowodnić swe kwalifikacje i prawa, musiał sam wziąć się za krecią robotę.

Ale czasem, w takich chwilach podniecenia wirtualnym światem, w który się zagłębiał, majaczył mu jakiś cień zrozumienia dla tych nieszczęsnych durniów. To musiała być kusząca obietnica – obietnica rozkoszy w stanie czystym, bez tych wszystkich spazmów i podrygiwania spoconego mięcha, bez cuchnącej fizjologii, cieknących płynów ustrojowych i zwierzęcych ruchów.

Baza, na której pracował, początkowo wydawała mu się zupełnie niezrozumiałym labiryntem identycznych katalogowych szaf. W jednej z nich, do której doprowadziły go instrukcje z karty, sygnalizując zaraz potem wykonanie i samolikwidację programu, czekała na niego w szufladzie staroświecka, skórzana aktówka. Kiedy jej dotknął, rozpostarła się w szeroki ekran, który zawisł przed nim ukośnie, niczym deska kreślarska upstrzona po bokach przyciskami filtrów wyszukiwania.

Świadomość, że ten widok powinien mu się z czymś kojarzyć, męczyła Wiktora przez dobrych kilka minut, zanim wreszcie przyszło olśnienie. Oczywiście – ten pejzaż i sposób wizualizowania danych omawiano kiedyś w biuletynie, już ładnych parę lat temu, kiedy sprawa była nowa. Zresztą dlatego go zapamiętał. Odkąd ukończył szkołę i zaczął piąć się po szczeblach kariery, nie miał już czasu ani ochoty tak pilnie śledzić rynku.

Znajdował się w zintegrowanym systemie danych służb bezpieczeństwa regionu. Systemie, który po latach hałaśliwych sporów i dyskusji stworzono, by chronić prawa obywatelskie poprzez ich przemyślane ograniczenie. Nie udało się ani jedno, ani drugie. Przede wszystkim dlatego, że korzystanie z tej obfitości danych, ich aktualizowanie i sortowanie, angażujące potężne obszary pamięci i wiele godzin pracy centrów przeliczeniowych netu, było po prostu potwornie drogie, a miało sens jedynie wtedy, jeśli robiło się to stale. Ani administracja, ani policja nie miały na to budżetów i system, do którego sięgano od święta, wydawało się, umarł naturalną śmiercią, jak setki otrąbionych głośno reform przedtem i potem.

Ale jednak istniał nadal i oto Prepostvary stał się jednym z jego autoryzowanych użytkowników.

Nie miał czasu o tym myśleć. Niecierpliwym ruchem rzucił na stół przed sobą przygotowany pakiet, zastrzeżony na jego osobisty kod. Otwierał jeden dokument po drugim i przeglądał je, na razie starając się niczego z niczym nie kojarzyć, dopóki nie zbierze danych wystarczających do wyrobienia sobie pełnego obrazu sytuacji. Tak jak się należało spodziewać, zleceniem było rozpracowanie osoby. Kobiety. Niebrzydkiej, choć o urodzie dość banalnej, zdecydowanie nie w jego typie – wyglądem, na pierwszy rzut oka, nie odbiegała zanadto od kanonów mody lansowanych przez żurnale kosmedów, choć gdy przyjrzał się bliżej twarzy, odniósł wrażenie, że jest w niej coś interesującego. Wykładał na wirtualny pulpit po kolei skany jej twarzy z ewidencji ludności i całego ciała z rejestrów ubezpieczeniowych, diagramy uzębienia i historię chorób, dokumentacje operacji korekcyjnych, klipy filmowe z egzaminów i rozmów kwalifikacyjnych, potwierdzenia majątkowe i rozliczenia podatków, zapisy urzędowe... Dokument po dokumencie, całe gigabajty bezsensownie zapchanej pamięci, gromadzone bez ustanku o każdym, kto choć odrobinę liczył się w społeczeństwie – i prawie nigdy niewykorzystywane.

Z punktu widzenia Prepostvary’ego wszystko to było prawie bezużyteczne. O człowieku nie mówiło nic. Ale mogło podpowiedzieć, gdzie szukać dalej.

Najwięcej czasu zajęła mu pierwsza selekcja. Większość dokumentów trafiła z powrotem do bloków pamięci, pewnie już na zawsze. Te, po których mógł sobie cokolwiek obiecywać, zwijał i zostawiał na później, aż w końcu tkwił przy swoim wirtualnym, dwuwymiarowym pulpicie otoczony gęstwą lewitujących wokół kolorowych karteczek i piktogramów symbolizujących zbiory zatrzymane w podręcznej pamięci. Wyglądał jak astronauta remontujący w stanie nieważkości stację kosmiczną, pośród roju części zamiennych, narzędzi i starych nitów.

Zanim skończył pobieżny przegląd dokumentów, poczuł pierwsze objawy narastającego zniechęcenia. Ogrom danych i ich zupełna nieprzydatność wywoływały poczucie kompletnego bezsensu i dojmującej bezradności. Zaplącze się w tym wszystkim, ugrzęźnie na długi czas w setkach szczegółów i w końcu pozostanie z pustymi rękami.

To nie było nic nienormalnego – zwyczajny rytm pracy. Przywykł już, że zanim cokolwiek stanie się jasne, najpierw musi okazać się całkowicie beznadziejne. Widocznie jego umysł potrzebował takiego momentu zwątpienia, by zmobilizować wszystkie siły. Nie wpadał już z tego powodu w panikę. Zmusił się, by dokończyć wstępny przegląd i zasuspendował program, żeby zrobić sobie chwilę przerwy.

Otworzył oczy i wstał z gniazda; nie rozłączał kapusia, na wypadek, gdyby nagle coś go olśniło, ale zdławił łącze prawie do zera, tak że znieruchomiały obraz pulpitu zblakł niemal zupełnie i powracał wyraźniej dopiero po zmrużeniu powiek.

W przepierzeniu pomiędzy kuchnią a pokojem dziennym wybita była na wysokości oczu podłużna dziura wyłożona imitacją drewna. Nie miał pojęcia, po co – kupił gotowe mieszkanie, urządzone przez kogo innego i nigdy nie miał za grosz czasu ani ochoty, by cokolwiek w jego wystroju zmieniać. W zionącej pośrodku mieszkania dziurze ustawił tylko rząd ruskich drewnianych bab. W jednej z większych, drugiej od prawej, trzymał papierosy. Otworzył ją teraz i przez chwilę ugniatał w palcach białą bibułkę ozdobioną srebrną pajęczyną chińskich ideogramów. Tytoń uginał się sprężyście pod naciskiem jego palców i roztaczał delikatny, upojny zapach. Papieros: prawdziwy, drogi, z azjatyckiej kontrabandy. Nie miał w zwyczaju używać żadnego z tych pobudzających czy tonizujących świństw sprzedawanych w legalnych sieciach, jakimi podkręcała się oraz usypiała ludzka mierzwa z miast.

– Dom, czasowa dezaktywacja czujników pożarowych – zarządził, siadając na taborecie w kuchni. Nie chciało mu się szukać zapalniczki, rozpalił więc papierosa od płyty żarowej pieca. Trwało to dłuższą chwilę, ale i tak stanowiło najmniej kłopotliwy sposób uzyskania otwartego ognia w pomieszczeniu, którego projektanci w zasadzie nie brali takiej możliwości pod uwagę. Zresztą skupienie się na tej czynności było mu teraz na rękę – pozwalało oderwać się od pracy, której ogrom wciąż działał na niego porażająco.

Zaciągnął się głęboko mocnym, siwym dymem. Dawno nie palił; zawirowało mu w głowie, aż przez moment musiał się przytrzymywać krawędzi taboretu, by z niego nie spaść. Jakby ktoś go zdzielił po czerepie. Dobrze. Potrzebował teraz takiego kopa. Stopniowo zawrót głowy mijał, a po ciele rozlewała się fala przyjemnego odrętwienia. Zaciągnął się jeszcze raz.

Kwalifikacji profilera nie zdobywało się w szkołach. Tak zresztą było z większością umiejętności naprawdę dających pozycję w życiu. Prawdziwą wiedzę sprzedawało się drogo, a tej najlepszej nie sprzedawało się w ogóle, strzegąc ją dla swojego klanu, konglomeratu czy rodziny. Uczelnie miały przede wszystkim produkować nosicieli naukowych tytułów, kreowanych potem przez media. Wiktor zrozumiał sens tego układu społecznego jeszcze jako nastolatek i od razu uznał go za słuszny: kreowane elity poprawiały samopoczucie przeżuwaczy, dając im wrażenie, że droga do góry jest otwarta, a w każdym razie widoczna.