Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 467 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polactwo - Rafał A. Ziemkiewicz

Jeśli ktoś chce się schylać, żeby sprawdzać, czy przypadkiem nie noszę słomy w butach, powiem mu od razu: noszę, szkoda fatygi. I właśnie dlatego nie myślę sobie zakładać tłumika i wstrzymywać się od pisania o polactwie prawdy, nie myślę kombinować, komu ta prawda służy i kogo uraduje, a kogo zmartwi. Nic mnie to nie obchodzi. Obchodzi mnie mój kraj, i to, jak wygląda. A wygląda tak, że tylko rzygać. I wiem, dlaczego. I o tym właśnie tu piszę.

Rafał A. Ziemkiewicz

Opinie o ebooku Polactwo - Rafał A. Ziemkiewicz

Fragment ebooka Polactwo - Rafał A. Ziemkiewicz

O, jakże szybko nastrój prysnął wzniosły! Albowiem w kraju tym zaczarowanym, gdzie – jak w złej bajce – ludźmi rządzą osły, jakież tu mogą być właściwie zmiany?

Tu tylko szpiclom coraz większe uszy rosną, milicji – coraz dłuższe pałki, i coraz bardziej pustka rośnie w duszy, i coraz bardziej mózg się robi miałki. Tu tylko może prosperować gnida, cwaniak i kurwa, łotr i donosiciel...

Janusz Szpotański (ok. 1975)

Polactwo po przejściach

(przedmowa do nowego wydania)

Podobno publicystyka polityczna żyje krótko. Szczęśliwie dla mnie – nie zawsze. Na zamówienie wydawcy piszę wstęp do kolejnego, czwartego już (a może i piątego, jeśli policzyć osobno edycję w twardej oprawie) wydania „Polactwa”. A że wydawca ów nie jest instytucją charytatywną, mam w ten sposób dowód, że książka, która po raz pierwszy ukazała się w roku 2003, odkryła przed Czytelnikami coś istotnego.

Siedem lat nieprzerwanej obecności w księgarniach to sporo jak na dzieło, które zostało w mediach albo zupełnie przemilczane, albo w najlepszym wypadku odnotowane, nie wzbudzając sporów, polemik ani dyskusji. Nie dlatego o tym piszę, żeby się przy okazji nowego wydania żalić czy kreować na niedocenionego, ale dlatego, że tę różnicę pomiędzy przyjęciem książki przez rynek a reakcją mediów uważam za potwierdzenie tez, które postawiłem – po części tu, po części w późniejszych „Michnikowszczyznie” i „Czasie wrzeszczących staruszków”. Przede wszystkim tej niewesołej konstatacji, że na dostrzeganie podstawowych spraw, na dyskusję o nich generalnie nie ma w Polsce koniunktury. Ci właśnie, których powinno to być żywiołem, nie są niczego ciekawi. Ani skąd przyszli, ani dokąd zmierzają, ani co powoduje, że tak, a nie inaczej układa się los naszego kraju. Polskiemu inteligentowi wystarcza intensywne przeżywanie poczucia wyższości, jaką czerpie z zaliczania się do „elity tego kraju”. Od myślenia ma innych. Ktoś mówi mu wszystko, co powinien wiedzieć, i już niczego więcej wiedzieć nie potrzebuje.

Niby nic nowego. Na umysłową gnuśność Polaków, na ich wieczną niedojrzałość, niezdolność nie tylko do stawiania czoła istotnym problemom, ale nawet myślenia o nich narzekali od pokoleń najwięksi, złościła ta nasza stadna bezmyślność umysły tak diametralnie różne jak Dmowski i Brzozowski, Żeromski i Gombrowicz, Piłsudski i Witkacy... by do tych tylko kilku nazwisk się ograniczyć. Warstewka tych, którym chce się weryfikować potoczne stereotypy, pytać o sens i przyczynę, przeciwstawiać się stadności, jest u nas cieniutka – dziś, po wszystkich nieszczęściach, jakie na nas w minionym stuleciu spadły, bodaj jeszcze cieńsza niż kiedykolwiek.

A jednak jest. Więc warto stawiać pytania i szukać odpowiedzi, nawet jeśli z czysto życiowego punktu widzenia znacznie bardziej opłaca się wygłaszanie laudacji i zgodne przeklinanie wskazanego przez autorytety wroga.

1.

Postanowiłem niczego w tekście nie skreślać, zachowując te nieliczne zmiany, które wprowadziłem w wydaniuIIz roku 2004. Dopisać – owszem, byłoby co. Dużo się przecież zdarzyło. Można wręcz rzec, że pisałem „Polactwo” w zupełnie innej, zamierzchłej epoce. Przede wszystkim jeszcze przed ostatecznym sfinalizowaniem wejścia Polski do Unii Europejskiej, które po roku 1989 tak długo zapowiadano i tak często odwlekano, że można było w chwili powstawania tego tekstu naprawdę poważnie wątpić, czy kiedykolwiek w końcu do tego dojdzie.

Pisałem też przed wielką batalią o eurokonstytucję, zmieniającą tę Unię, do której w roku 2005 weszliśmy, w coś zupełnie innego, znacznie bardziej scentralizowanego: w niby-państwo mające rozcieńczyć w sobie i stopniowo zlikwidować narody. I przed krachem bankowym, który niemal nazajutrz po ostatecznym przeforsowaniu owej eurokonstytucji uczynił ją fikcją i pokazał, że wbrew wszystkim pracowicie i wielkim kosztem stwarzanym pozorom nic się w międzynarodowej polityce nie zmieniło, nadal pozostaje ona „koncertem mocarstw”, sposobem osiągania i ugruntowywania przez silnych dominacji nad słabymi.

W chwili oddawania „Polactwa” do druku nic nie zapowiadało dalekosiężnych skutków afery Rywina i prac sejmowej komisji, która na chwilę otworzyła Polakom oczy na cały brud i draństwo ukrywane za fasadą „największego bezkrwawego zwycięstwa w dziejach Polski”. Wydawało się, że polska scena polityczna długo jeszcze podzielona będzie pomiędzy postsolidarność i postkomunę i że jeszcze przez wiele lat, którakolwiek z nich akurat weźmie górę, skazani będziemy na te same „reformy”, jedynie słuszne, jedynie możliwe i bezalternatywne. Tymczasem zaledwie rok po pierwszym wydaniu „Polactwa” 80 procent uczestniczących w wyborach Polaków oddało swe głosy na partie radykalnie odrzucające Okrągły Stół i obiecujące budowę nowej, IV Rzeczypospolitej.

Już tego byłoby dość, żeby unieważnić wywody publicysty. A przecież zdarzyło się znacznie więcej. Andrzej Lepper, o którym piszę w książce – bo na takim był wtedy etapie kariery – jako o „polskim Żyrinowskim”, medialnym konstrukcie stworzonym przez skrytych w cieniu macherów wedle rosyjskiej licencji, by w przebiegły sposób obrócić ślepą wściekłość najniższych warstw społecznych na korzyść postkomunistycznej oligarchii, urwał się ze smyczy, przeżył krótkie chwile wielkości i został strącony tam, skąd przybył. A politycy niegdyś zgodnie obiecujący wyborcom „oczyszczenie” i „moralną rewolucję”, podzieliwszy między siebie scenę polityczną, wzięli się za łby w świętej wojnie. Jarosław Kaczyński zaparł się, że wszelkie pokomunistyczne zło pokonane może zostać tylko wtedy, gdy on osobiście – dzieląc się co najwyżej z bratem – skupi w swoim ręku całą władzę nad wszystkim. Donald Tusk zaś jedynym sensem swego ubiegania się o władzę i jej sprawowania uczynił zniszczenie raz na zawsze i odsunięcie od wpływów Kaczyńskich, w ciągu kilku miesięcy zmieniając się z odnowiciela i reformatora w najbardziej zajadłego reakcjonistę, namaszczonego przez establishment obrońcę III RP, jej salonów, hierarchii i sitw, a także jej wersji historii, dostarczającej temu wszystkiemu ideologicznej podkładki.

Histeria, jaką na okoliczność tej międzypartyjnej wojny rozpętano, sprawiła, że niektórym Czytelnikom wydać się może, iż III RP nigdy nie miała innego sporu politycznego niż walka nowomodnie cwaniackiej Platformy Obywatelskiej z zaściankowo sanacyjnym PiS-em. Ale to oczywiście ta sama święta wojna, która toczy się nieprzerwanie od roku 1989, choć niektórzy w groteskowy sposób zmieniają w niej stronę barykady i poglądy.

To ta sama święta wojna, którą u zarania środowisko zapomnianego dziś ROAD toczyło z Lechem Wałęsą; wtedy Wałęsa, wspierany przez Kaczyńskich, uosabiał zło, ciasny katolicyzm, polski antysemityzm i zagrożenie dla demokracji, dziś, po dwudziestu latach, jest sztandarem i ikoną tych, którzy ongiś szydzili z jego prostactwa i ubolewali, że ośmiesza i kompromituje nas przed cywilizowanym światem. To również ta sama wojna, którą nieco później salony „lewicy laickiej” toczyły przeciwko „czarnym”, przeciwko „katolickim ajatollahom” i śmiertelnej grozie „państwa wyznaniowego” – wojna, w której zło uosabiało nieistniejące już ZChN, a pośród jego działaczy szczególnie Stefan Niesiołowski, atakowany, wyszydzany i demaskowany w wiodących mediach po kilka razy dziennie. Dziś, w roku 2010, Niesiołowski jest już od pewnego czasu po stronie jedynie słusznej, szanowany i podziwiany jako ten, który najostrzej i bez liczenia się z czymkolwiek dowala publicznie Kaczyńskim. Inny z liderów ZChN, Antoni Macierewicz, stał się natomiast jednym z głównych współpracowników Kaczyńskiego, na jego zlecenie likwidatorem WSI i twórcą nowych służb wojskowych – Kaczyński zaś, wówczas głoszący, że ZChN to „najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski”, swą deklarowaną „centrowość” i nowoczesną „chadeckość” w typie niemieckiej CDU/CSU zmienił w bliską współpracę z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, którego do pewnego momentu zwalczał jako rosyjskiego agenta wpływu, nie za darmo obdarowanego przez tamtejsze specsłużby nadajnikami na Uralu. A ówczesny antyklerykał Donald Tusk w ramach politycznej operacji przekształcenia niszowej liberalnej partyjki w wielką partię władzy cichcem wziął z żoną (po wielu latach szczęśliwego pożycia) ślub kościelny, jego partia zaś zaczęła odprawiać pielgrzymki do Matki Boskiej Trybunalskiej i do Łagiewnik. W innej odsłonie tej wojny dwudziestoletniej, dostrzegając swą szansę w manifestowaniu twardej postawy antykomunistycznej, Tusk sprzeciwiał się gorąco poparciu swej partii dla prezydenckiej kandydatury Andrzeja Olechowskiego, deklarując, że nigdy nie zagłosuje na agenta bezpieki – teraz przewodzi akcji niszczenia IPN i gnojenia historyków, którzy mieli czelność odkryć skrywaną prawdę o przeszłości wziętego przez PO na politycznego patrona Wałęsy.

Piszę „wtedy”, „teraz”, ale przecież punkty porównania są zupełnie przypadkowe. Polska polityka i więcej, cały medialny dyskurs zmieniają się co rusz, miotają od ściany do ściany, na pierwszy rzut oka wydaje się, że bez żadnej logiki i konsekwencji – wszystko jest tu pozorem, wszystko okazuje się maską, picem, zasłoną dymną. PiS, partia w retoryce najbardziej antykomunistyczna z antykomunistycznych, wynosi na wysokie stanowiska byłych aparatczyków PZPR, sędziów wsławionych w czasach peerelu haniebnymi wyrokami na opozycjonistów czy nawet prokuratorów zaangażowanych w do dziś nie w pełni wyjaśnione komunistyczne zbrodnie. Platforma, w retoryce liberalna, w praktyce realizująca interesy establishmentu zawdzięczającego swe przywileje rozbuchanemu etatyzmowi, a kulturowo identyfikująca się z kręgiem Michnika, będąc u władzy, bez żenady promuje związkowca Mariana Krzaklewskiego, byłego szefa AWS, wsławionego porównaniem konstytucji napisanej przez Aleksandra Kwaśniewskiego i Tadeusza Mazowieckiego z targowicą i „nawałą bolszewicką” roku 1920, jednocześnie kokietując postkomunistę Cimoszewicza, jednocześnie przyjmując (w transferze dającym władzę w sejmiku małopolskim) byłych Wszechpolaków, którzy ledwie co rzucali kamieniami w paradujących homoseksualistów, a dla pozyskania elektoratu wiejskiego ściągając byłego członka Samoobrony, a potem PiS, odsądzonego nie tak dawno od czci i wiary za „polityczną korupcję”, jakiej dopuszczał się w pokoju „wkręcającej go” przed TVN-owską ukrytą kamerą posłanki Beger – która też, mówiąc nawiasem, przeszła w wirtualnym świecie polskiego dyskursu publicznego ewolucję z wyszydzanej idiotki od „kurwików” i „Anana Kofana” po świętą bohaterkę walki z pisowskim zagrożeniem i z powrotem.

Niektórym wszystkie te groteskowe wolty i metamorfozy zupełnie umknęły, do tego stopnia wystarczyło im zachłyśnięcie histerią świętej wojny z Kaczyńskimi, czy też, rzadziej, w obronie Kaczyńskich. Cokolwiek rozsądniejszym wydać się musi, że nie ma w tym wszystkim żadnego sensu, żadnej zasady, poza ordynarnym pchaniem się do koryta.

Otóż – jest zasada. I jakkolwiek zarozumiale to zabrzmi, proszę wybaczyć, ale muszę to powiedzieć: pisząc „Polactwo”, już w roku 2003 odkryłem ją i opisałem mechanizm, który dał potem takie właśnie efekty. Nie mogłem oczywiście przewidzieć konkretnych nazwisk, zdarzeń. Ale co do ogólnych prawidłowości, rzeczywistość, niestety, potwierdziła moje rozpoznania w całej rozciągłości.

Dlatego właśnie mam śmiałość niczego w tej książce nie poprawiać, choć wiele budujących ją sądów z perspektywy lat wydaje mi się zbyt surowymi, niesprawiedliwymi czy jednostronnymi. I choć współczesny Czytelnik ma prawo nie pamiętać już pewnych wydarzeń i nazwisk, do których się odwołuję.

2.

Uczył mądry rabin z Góry Kalwarii (a może z Czerwińska – nie pamiętam już, czy słyszałem to od Mamy, czy od Taty), że z każdego dzieła trzeba umieć wydestylować główny sens tak zwięźle, aby dało się je opowiedzieć, stojąc na jednej nodze.

Proszę bardzo. Głównym sensem „Polactwa” i następujących po nim książek jest przekonanie, że problemy, jakie mamy ze sobą, z odzyskaną wolnością i z demokracją, mają konkretne przyczyny, możliwe do racjonalnego wytłumaczenia i zrozumienia. Nie żadne fatum, nie (odrzucony już na wstępie) charakter narodowy, nie knowania ciemnych sił, ale uwarunkowania historyczne i socjologiczne. I że, przy uwzględnieniu pewnej polskiej specyfiki, są te uwarunkowania typowe dla szeregu krajów, a także społeczności, które łączy z Polską współczesną kształtowanie się w warunkach niewoli.

Jesteśmy, mówiąc krótko, społeczeństwem postkolonialnym. Przejawiamy te same cechy co liczne kraje afrykańskie, latynoskie, azjatyckie, ale też kolorowe getta w Ameryce czy Wielkiej Brytanii. Jakie konkretnie? O tym jest cała książka. A właściwie – o tym są wszystkie trzy książki, które ułożyły mi się w cykl. Było ich pisanie jakby krążeniem wokół tematu, czy też, ptasim lotem, kołowaniem nad nim, ze zbliżaniem się to od jednej, to od drugiej strony – stąd każda część po trosze traktuje o wszystkim. Ale generalnie głównym tematem „Polactwa” jest to, jak – mówiąc wieszczem – „okucie w powiciu” zdeformowało rzeszę prostych Polaków, wpychając ich w pańszczyźnianą mentalność „cwanych niewolników”, oduczając poczucia wspólnego dobra i deformując sposób myślenia o swoim miejscu pośród innych. „Michnikowszczyzna” skupiła się z kolei przede wszystkim na aberracjach i uroszczeniach inteligenckich „elit”, niewiele mających wspólnego z etosem dawnej warstwy inteligenckiej, za to wiele z tym posowieckim tworem społecznym, który Aleksander Sołżenicyn nazwał „obrazowanszcziną”. „Czas wrzeszczących staruszków” to wreszcie głównie analiza polskiej polityki i kasty ludzi ją uprawiających, skupiona głównie na okresie obciążonych wielkimi nadziejami i zakończonych równie wielkim rozczarowaniem rządów Jarosława Kaczyńskiego 2005–2007.

Czasem Czytelnicy pytają, czy ta analiza doczeka się swojej kontynuacji. Czy napiszę książkę o tym, co stało się z Polską po roku 2007, o hegemonii Donalda Tuska i jego partii. Odpowiadam cytatem, że „tego Łapszennikowa nie wydrukuje, zresztą, prawdę mówiąc, to nieciekawe”. Znowu muszę powiedzieć coś, co nie zabrzmi skromnie, ale wszystko to, co się w naszej polityce dzieje, ta wściekła nienawiść mediów do pisowców i próba – która już? – usunięcia z dyskursu publicznego ludzi niepoddających się Michnikowemu formatowaniu mózgów, tym razem jako rzekomych stronników Kaczyńskiego, ten klangor stad wątpliwej konduity autorytetów o „zagrożeniu demokracji” i „endeckich demonach”, potwierdza w całej rozciągłości to, że Polskę zrozumieć można tylko poprzez porównanie z innymi krajami postkolonialnymi.

Jedną z cech najbardziej typowych dla takich krajów jest bowiem, o czym szerzej piszę w książce, napięcie pomiędzy elitą a prostym ludem. Więcej niż napięcie: rozdarcie. Przepaść.

W kraju normalnym sukces budzi szacunek – ktoś wdrapał się wyżej, widać był zdolniejszy albo bardziej pracowity, bardziej przedsiębiorczy, no, niechby nawet był tylko szczęściarzem, to też rzecz godna podziwu. W kraju podbitym, skolonizowanym sukces jest rzeczą podejrzaną. Ktoś awansował? Bo się sprzedał! Awans jest wszak w takim kraju reglamentowany przez kolonizatorów, jest zapłatą, a warunkiem jej otrzymania jest zdrada, wyrzeczenie się swoich korzeni, odwrócenie do nich i do wszelkiej swojskości plecami.

Kraj postkolonialny jeszcze przez wiele pokoleń nie może sobie z tym dać rady: z jednej strony elity szczerze gardzą swoim ludem, przypisują sobie misję jego ucywilizowania na modłę metropolii, bo wzorce cywilizacji są dla nich wyłącznie wzorcami obcymi, własny może być tylko smród i ciemnota – i zarazem boją się go, widzą w nim ciemną, wrogą siłę, która jeśli się wyrwie spod kontroli, może zadeptać wszystko, co najcenniejsze, czego tylko oni, członkowie światłej elity, są strażnikami. Z drugiej strony lud szczerze nienawidzi tych, co są „na narodu wierzchu”, ale i zazdrości im, prywatnie marząc o tym, by się znaleźć po ich stronie, by też dostać ofertę sprzedania się i skorzystać z niej, stając się jednym z tych lepszych, tych dobrze ustawionych.

3.

Popatrzmy na III RP, pamiętając o tej prawidłowości, zasadniczej dla krajów, które z trudem odzyskują wolność, a zauważymy łatwo, jaki naprawdę jest podział organizujący dwadzieścia parę lat naszej najnowszej historii.

Nie jest to podział na lewicę i prawicę, bo w kraju niedźwigniętym jeszcze z feudalizmu nic te pojęcia nie znaczą. Nie na postsolidarność i post-PZPR, bo tę kontrowersję dawno już przezwyciężyły elity „z obu stron historycznego podziału”, ochoczo bratając się u koryta i jednocząc we wspólnym dziele rozszabrowywania upadłego peerelu i łupienia jego obywateli. Nawet nie na klerykałów i antyklerykałów, bo i jedni, i drudzy podobnie biegają na pokaz do kościoła, a po cichu mają jego nauki gdzieś, która to sytuacja, odkąd Kościół zasilany jest należycie z krajowej i europejskiej kasy, zdaje się mieć pełną aprobatę hierarchów.

Prawdziwy podział to podział na – tak to ujmijmy – Nachapanych i Wyślizganych. Wszystko inne jest wobec tego podziału wtórne.

Był czas, zwłaszcza u zarania transformacji ustrojowej, kiedy Wyślizgani budzili w Nachapanych prawdziwe przerażenie. Byli w większości. Wybory wygrywał ten, kto głośniej krzyczał „Balcerowicz musi odejść” i zapowiadał przewrócenie nowych porządków. Kiedy rozczarowanie skutkami ustrojowej transformacji przywróciło do władzy postkomunę, to jeszcze przyjął establishment spokojnie, bo wiedział, że widząc w komuchach („Na komucha zagłosujemy, tylko na komucha!” – krzyczało do mnie wtedy rozsierdzone chłopstwo) wrogów okrągłostołowej transformacji, wykazuje się ciemny lud kompletną dezorientacją; w istocie wszak to komuch był rzeczywistym autorem scenariusza przemian, więc na pewno nie chciał „reformom” zaszkodzić. Ale gdy Kaczyńskiemu udało się wreszcie omalże zjednoczyć niezadowolonych i na fali przeciwstawienia „Polski solidarnej” „Polsce liberalnej” stać się trybunem tej pierwszej, panika na salonach sięgnęła granic histerii i przekroczyła je.

Ale Kaczyński przegrzał emocje, Tusk zaś prawidłowo odczytał zachodzącą stopniowo zmianę i porzuciwszy odgrywaną przez dłuższy czas rolę tego, który dopiero zbuduje prawdziwą IV Rzeczpospolitą i oczyści kraj z patologii, przedzierzgnął się w porę w rzecznika i obrońcę zadowolonych. W wyborach 2007 wystąpił już jako zupełnie inny przywódca, jako ostatnia nadzieja establishmentu, ucieczka salonów, elit i przerażonych wierchuszek zawodowych korporacji, osieroconych po kompromitacji Kwaśniewskiego z „filipińską chorobą” i upadku tak zwanej LiD, wspólnego projektu SLD i „lewicy laickiej”.

W skrócie największym: zmiana, do której doszło w 2007 roku, miała cztery przyczyny.

Po pierwsze – prezes PiS popełnił u władzy zasadniczy błąd, wyprowadzając ciosy we wszystkich kierunkach naraz, we wszystkich wypadkach za słabe, by naprawdę zrobić krzywdę, a wystarczająco bolesne, żeby ściągnąć na siebie wściekłą zemstę zaatakowanych. Zjednoczył w ten sposób przeciwko sobie liczące się środowiska zawodowe, grupy interesu i wpływowe osoby (charakterystycznym przykładem jest Władysław Bartoszewski, który w 2005 popierał Lecha Kaczyńskiego, a dwa lata później pluł na pisowskie „bydło”). Być może robił to Kaczyński w mylnym wyrachowaniu, za przykładem Leppera uznając, że atakując wszelkie elity, zyskuje mocne poparcie „ludu” – ale osobiście sądzę, że takie postępowanie wynikało z cech jego charakteru. Prezes PiS posiadł wielką sprawność w rozgrywkach gabinetowych, ale wbrew legendzie nie jest zbyt wielkiego formatu politycznym strategiem.

Po drugie – poziom życia po wejściu do Unii Europejskiej wyraźnie się poprawił, zwłaszcza na wsi, a ludzie tak mają, że kiedy im się nie powodzi, winią za to innych, najchętniej rząd, kiedy zaś zaczyna się im powodzić, widzą w tym własną, osobistą zasługę i do żadnej wdzięczności wobec władzy się nie poczuwają. Podczas więc gdy wielkie miasta zmobilizowały się w strachu przed Kaczorami maksymalnie, „lud” wybory odpuścił.

Po trzecie – hasło „oczyszczania państwa” i walki z „układami”, które odbierane było wcześniej bardzo dobrze, bo w potocznym mniemaniu oznaczało ściganie Kulczyka, Krauzego i innych oligarchów, za rządów PiS zaczęło nagle oznaczać łapanie lekarzy biorących koperty czy policjantów odpuszczających za drobną grzeczność mandaty. A to w kraju, w którym właściwie każdy musi dać albo wziąć, żeby przeżyć, uświadomiło ludziom, że na celownik wzięty może zostać każdy, i uwiarygodniło medialny wizerunek Kaczorów jako ludzi groźnych.

No i po czwarte – weszło na szeroką skalę do polityki nowe pokolenie, które wcale nie marzyło o tym, żeby salony rozpędzić, tylko o tym, by do nich dołączyć. I to właśnie, symboliczne dołączenie do elit, zaoferował im Tusk oraz ci, których zdaniem Tusk „musiał”. Dołączając do szyderstw z Kaczorów, do seansów nienawiści urządzanych przeciwko oszołomom i moherom oraz do aktów lizusostwa wobec Unii (bo „specjaliści od śpiewu i mas” wykorzystali też skutecznie prowincjonalne kompleksy Polaków, na których argument, że Niemcy nas za coś pochwalą albo za coś wyśmieją, działa z siłą dla normalnych narodów nie do wyobrażenia), aspirujący do awansu Polak ma dziś poczucie, że przynależy do prawdziwej elity. I trochę jeszcze czasu minie, zanim zrozumie, że „słodkich pierniczków dla wszystkich nie starczy” i że drogę awansu ma zamkniętą przez rozmaite sitwy zblatowanych ze sobą i z władzą pierników, tak iż zostaje mu tylko wyjazd za granicę albo ślub z córką szefa.

Jeśli dodać jeszcze, że po przegranych wyborach Kaczyński popełnił najgorszy ze swych wizerunkowych błędów, publicznie deprecjonując większość wyborców stwierdzeniem, że ich decyzja w zasadzie się nie liczy, bo była skutkiem propagandowych manipulacji, a Tusk ma go przepraszać za bliżej nieokreślone chamstwo, i że zamiast, czego się zawsze po przegranym oczekuje, choćby symbolicznie i na chwilę odsunąć się w cień, wbrew zasadom demokracji pozostał na stanowisku, wywalając z partii prawie wszystkich o jakim takim IQ – to stają się jasne przyczyny, dla których PiS po roku 2007 utkwiło w głębokim sondażowym dole i nie jest go w stanie wyciągnąć z niego żadna afera hazardowa, żaden kryzys, deficyt ani wzrost bezrobocia.

Kaczyński – jak często o nim piszę: „człowiek, który ukradł Polsce prawicę” – zablokował głosy Wyślizganych i powstało wrażenie, że niezadowoleni w ogóle zniknęli. Jest charakterystyczna rzecz, o której ośrodki badania opinii publicznej milczą: w miarę rządów Tuska wzrasta liczba tych, którzy odmawiają uczestnictwa w badaniach opinii publicznej. Zwykle tych, którzy nie wpuszczają ankietera, jest pół procent, czasem procent. W sondażach badania preferencji partyjnych dochodzi dziś ta niepodawana w gazetowych wynikach wielkość nawet – znam takie badanie – do trzydziestu procent. Łatwo się domyślić, że odmawiają wypełnienia ankiety raczej ci, którzy oficjalnej propagandy sukcesu o „zielonej wyspie rozwoju na morzu kryzysu” nie podzielają.

Głos niezadowolonych zniknął więc z debaty publicznej, znika także z sondaży, w których popularność PO jest tym większa, im mniejsza i bardziej zadowolona część społeczeństwa jest de facto badana. Wprawiło to establishment w poczucie niewiarygodnej wręcz euforii. Tusk wszechmogący z nami, więc któż przeciwko nam? Oszołomy i mohery w odwrocie, CBA i wszystkie osiem pozostałych służb odzyskanych i zaprzęgniętych do służby szeroko rozumianym warstwom uprzywilejowanym, takoż prokuratury, umarzające taśmowo kolejne wątki sprawy mafii paliwowej i inne afery, takoż sądy zabraniające głośno mówić nawet o twardych faktach, zniszczenie IPN już na wyciągnięcie ręki... Jest dobrze. Jak to się niegdyś mawiało w kręgach sanacyjnych pułkowników – byczo jest!

Podpisanie się pod takim rozpoznaniem rzeczywistości stało się znakiem i warunkiem przynależności do elity. Byczo jest! Pisarzom nie wolno opisywać nieprawości i krzywd, jakie się w Polsce dzieją – jedynym złem jest Radio Maryja i polski, katolicki ciemnogród. Dziennikarzom nie wolno denerwować przeżuwaczy konsumujących media, zwłaszcza elektroniczne, pokazywaniem rzeczywistości, na przykład służby zdrowia; przecież, jak z radością i urzędowym optymizmem donoszą media, już prawie pięć milionów Polaków obywa się bez państwowej służby zdrowia i leczy się prywatnie. Miliony Polaków uniezależniają się też od ZUS, opłacając same albo przez pracodawców III filar. Dla tej grupy problemy Wyślizganych stają się czymś głęboko obcym, odległym, wydumanym – wiadomo wszak nie od dziś, że syty głodnego nie zrozumie. Jak w sławnym powiedzeniu ojca motoryzacji, możesz wybrać sobie dowolny kolor samochodu, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny – możesz dziś w Polsce mieć własne poglądy, pod warunkiem wszelako, że nie negujesz, iż jest dobrze, najlepiej jak być mogło, reformy, Europa, modernizacja i tak dalej. Nawet jeśli chcesz być lewicą, bo to się nagle stało strasznie modne, to proszę bardzo, bądź – ale tylko taką „rozporkową”. Problemy gejów i lesbijek, walka z patriarchatem i fallocentrycznym, heteroseksistowskim „dyskursem adoracji”, cokolwiek by to znaczyło, ogólne potępienie dla neoliberalizmu – tak. Ale już o konkretnej biedzie i krzywdzie, i o tym, skąd się wziął ten neoliberalizm i ta uprzywilejowana kasta, na rzecz której on działa – Maul halten, bo się zaraz fundrajzingowe sukcesy młodej lewicy i jej doskonała prasa mogą skończyć!

Można oczywiście trochę ponarzekać, nawet na PO, jeśli zbyt pazernie dobiera się do publicznych stołków albo przyjmuje w swe szeregi Wszechpolaków. Poczucie bezpieczeństwa stało się tak wielkie, że formację rządzącą krytykuje czasem nawet „Gazeta Wyborcza”, zdarza się, że i na pierwszej stronie. Ale to – jak w peerelu – krytykowanie „bolączek życia codziennego”. Bolączki krytykować wolno. Dostrzegać, skąd się one biorą – nie. Pytać retorycznie, czy którakolwiek z powszechnych patologii, jakie w 2005 roku popchnęły Polaków ku poparciu „rewolucji moralnej” i zrodziły tęsknotę za IV Rzecząpospolitą, zniknęła albo została ograniczona – też nie wolno.

Bo to tak, jakby na „Titanicu” zapytać, czy aby konstrukcja statku naprawdę jest tak doskonała i niezatapialna, jak to pisano w folderach reklamowych.

W apogeum takiego właśnie „stanu silnej rozkoszy”, jakby swoistego malutkiego „końca historii” na miarę tych, którzy się w III RP zdołali załapać i ustawić, piszę ten wstęp do czwartego, a może już piątego wydania „Polactwa”. Z głębokim przekonaniem, że ogólnie wspaniałe samopoczucie zachwyconych sobą i swoimi jasnymi perspektywami Nachapanych jest bardzo kruche.

Bo owszem, obelgą „pisowski” można skutecznie zaczarować rzeczywistość – na czas jakiś. Można „pisowskie” tematy, czyli wszystko to, co rzuca cień na błogostan, unieważnić, a „pisowców” wyrzucić za drzwi salonu i grać im na nosie. „Dobrze jest, psiakrew, a kto mówi, że nie, to go w mordę!” Ale to nie jest bezkarne. Wymogiem radosnej afirmacji dla rzeczywistości w każdym jej przejawie establishment III RP ogłupił się i sparaliżował totalnie. Nie wolno myśleć, nie wolno dostrzegać, bo myślenie i dostrzeganie jest „pisowskie”. Więc póki jest fajnie, dziennikarze, intelektualiści i inni salonowi celebryci nie myślą i nie dostrzegają.

Ale Wyślizgani nie zniknęli. Kreska, pod którą ich zepchnięto, jest coraz grubsza i tłumi ich złorzeczenia, kto się nie rusza poza rogatki, może się upajać sukcesami i grillować radośnie – byczo jest! Jak za Gierka! I skończy się to tak samo nagle, jak skończyła się gierkowska dekada sukcesów, jak skończyła się pewność ludzi Kwaśniewskiego i Millera, że nikt ich nigdy nie odstawi od władzy, jak wcześniej skończyło się przekonanie Wałęsy, że zawsze wygra każde wybory, a jeszcze wcześniej przekonanie wyartykułowane przez Michnika, że jego środowisko ma przed sobą „co najmniej dwanaście lat stabilnej, niczym niezagrożonej władzy”. Inna sprawa oczywiście, ile wcześniej szkód wyrządzi Polsce ta władza, którą bez żadnej przesady uważam za najgorszą po roku 1989. Najgorszą, bo abdykującą. Wszyscy poprzednicy Tuska chcieli Polskę jakoś zmienić. On uznał, że „na układy nie ma rady” i że utrzymać się na wierzchu może, tylko godząc się, że całe ogromne obszary państwa pozostają pod kontrolą rozmaitych sitw, koterii i mafii. Widząc, jak zadzieranie z nimi skończyło się dla Kaczyńskiego, wybrał świadomie sposób działania średniowiecznego suwerena z czasów najgłębszego rozbicia feudalnego, który cokolwiek przedsięwziąć może, tylko jeśli uzyska na to każdorazową zgodę większości baronów – i bezustannie balansuje pomiędzy silnymi lobby, nie tylko krajowymi.

Dla państwa w takim stanie, położonego w tym punkcie mapy to sytuacja skrajnie niebezpieczna, w jakiś sposób analogiczna do stanu, w jakim znalazła się dawna Rzeczpospolita pod rządami Sasów. Pod szczelnym przykryciem ogólnego zadowolenia, świętego spokoju i radosnego „grillowania” pogłębia się bezład i ogólna niemożność. Dług państwa, o którym pisałem w tonie alarmu już w roku 2003, stale rośnie i rośnie, i to w tempie coraz szybszym, niczym śniegowa kula. Nie można tego w żaden sposób zmienić. W żaden cudowny sposób nie można naprawić beznadziejnie chorej służby zdrowia, powstrzymać degrengolady edukacji, stworzyć podstaw niezawisłej, broniącej interesów narodowych polityki zagranicznej, odbudować sił zbrojnych doprowadzonych do groteskowego stanu armii z poboru bez poborowych, w której na jednego żołnierza przypada półtora dowódcy, a kilka tysięcy doborowych żołnierzy na „dzikich polach” (które w dobie globalizacji odsunęły się aż do Afganistanu) pochłania wszystkie przeznaczane na obronność fundusze; nie można usprawnić sądów, w których na terminy rozpraw trzeba czekać latami, a wyroki bywają tak kuriozalne, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać, nie można powstrzymać budowy rosyjsko-niemieckiej rury pod Bałtykiem, radykalnie zmieniającej na naszą niekorzyść geopolitykę regionu... Mam tak wymieniać dalej?

A przecież, powtórzę, to nie żadne fatum ani klątwa. To logiczny skutek. Proszę, jeśli ktoś nie wierzy – a wcale nie chcę, żeby mi ktokolwiek wierzył na słowo – niech przeczyta.

Rozdział 1

Niepodległość się nam, Polakom, należy jak psu buda. Pod takim zdaniem każdy się podpisze z głębokim przekonaniem. Ale zadajmy, proszę, tak z głupia frant, jedno proste pytanie: a właściwie dlaczego? Z jakiej racji? Czym sobie Polacy na prawo samostanowienia zasłużyli?

Już słyszę, że powstania, że Westerplatte i Monte Cassino, zabory i rozbiory, trudy, ofiary i tak dalej. Nie, kochani, proszę was bardzo – nie mieszajmy w to umarłych. Niech sobie spokojnie spoczywają w Panu, szczęśliwi, że nie muszą oglądać tej wymarzonej wolnej Polski, za którą dali się pozabijać. Mówmy o żywych, dzisiejszych Polakach, o tych trzydziestu paru milionach, które jeszcze nie dały stąd nogi i popychają lepiej lub gorzej swoje życiorysy na obszarze pomiędzy Odrą, Bugiem, południowym wybrzeżem Bałtyku a pasmami Sudetów i Karpat. Czym oni zasługują na własne niepodległe państwo, uczestniczące w międzynarodowej polityce na prawach samodzielnego podmiotu? Tym, że istnieją, mówią innym językiem i mają swoją odrębną historię?

Obawiam się, że to trochę za mało. Kurdowie także istnieją, mają swoją mowę i swój język, zamieszkują na zwartym obszarze, a także złożyli w imię swojej niepodległości wiele krwawych ofiar. To samo daje się powiedzieć o Ujgurach, Czeczenach, Tybetańczykach i jeszcze paru innych nacjach, które cokolwiek by tam gadano, wcale na niepodległość w oczach świata nie zasługują i nikt im jej nie proponuje.

Nikt tego na głos nie powie, ale zasada samostanowienia narodów jest jedną z tych pięknych zasad polityki międzynarodowej, która jej, owszem, przyświeca, tylko że nie zawsze. Przyświeca konkretnie wtedy, kiedy nie wchodzi w sprzeczność z zasadą ważniejszą. Jeśli wchodzi, to się o niej dyplomatycznie zapomina. Słowem, z tym samostanowieniem narodów jest tak samo jak z demokracją: generalnie kraje rozwinięte popierają demokrację, ale kiedy na przykład w Algierii demokratyczne wybory wygrali fundamentaliści islamscy, to cały demokratyczny świat rzucił się popierać wojskowy reżim, który tam demokrację obalił. Albo jak z prawami człowieka, o które potrafi Zachód narobić wiele krzyku, gdy na przykład miejscowy reżim skaże na śmierć za cudzołóstwo obywatelkę jakiegoś mało ważnego afrykańskiego kraiku – ale gdy podobne i większe okropności dzieją się codziennie w sojuszniczej Arabii Saudyjskiej, Czeczenii, stanowiącej „wewnętrzną sprawę” bratniej Rosji, albo w Chinach, z którymi lepiej nie zadzierać, to obrońcy praw człowieka albo sami wiedzą, że powinni patrzeć akurat w inną stronę, albo nagle przestają być zapraszani do telewizji.

..

Muszę tu od razu zrobić zastrzeżenie, które dotyczyć będzie wielu stwierdzeń zawartych w tej książce. Babrzę się w publicystyce od kilkunastu lat, piszę felietony, artykuły i polemiki na bardzo różne tematy i dobrze już to znam, że ilekroć o czymś, co wygląda ponuro, napiszę rzeczowo, tak jak naprawdę wygląda, to słyszę od razu: Ależ pan narzeka, ależ pan straszy, czy wręcz – Ależ pan pluje jadem, żółcią i pogardą. Zaproszono mnie na przykład do jakiejś dyskusji o polskiej literaturze. Zaczynam od pieca, że w Polsce połowa obywateli nie czyta nic, a przytłaczająca większość pozostałych jeśli w życiu wzięła do ręki jakąś książkę, to tylko telefoniczną, że w związku z tym w naszym prawie czterdziestomilionowym kraju nakład sprzedany książki literackiej 3 tysiące egzemplarzy uchodzi za duży, a 10 tysięcy to już bestseller. Dla porównania, Czesi, których jest od nas ponad trzykrotnie mniej, drukują książki w nakładzie podstawowym 5 tysięcy egzemplarzy (co sprawia, że polskiemu pisarzowi bardziej się opłaca być przekładanym na czeski niż wydawanym po polsku). Co tam Czesi, Litwini, których jest trzy miliony, z czego jeden nie mówi po litewsku, a pozostałe dwa znają rosyjski i mogą czytać wszystko w tamtejszych, masowych, a więc wielokrotnie tańszych wydaniach, za nakład podstawowy uważają 2 tysiące. Na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia, przechrzczonym bezsensownie na „Jarmark Europa” (bezsensownie, bo jest to akurat jarmark Azja), nie znalazłem ani jednego stoiska z polskimi książkami; potrzeby kulturalne miejscowych zaspokajają w zupełności pirackie kompakty i wideokasety, przeważnie zresztą z pornosami. Znalazłem tam natomiast aż cztery wypożyczalnie książek rosyjskich. Aż tyle jest potrzebne do obsłużenia handlujących przy barachołkach kacapów, w stosunku do których przeciętny Polak żywi bezgraniczne poczucie cywilizacyjnej wyższości, odreagowując na nich kompleksy niższości, jakie z kolei ma wobec Zachodu. Nie pytałem o szczegóły, ale interesy w tych wypożyczalniach musiały iść nieźle, skoro oferowały nowości sprzed miesiąca, nawet dwóch tygodni. A ile razy zdarzyło się Państwu widzieć polskiego straganiarza czytającego w oczekiwaniu na klientów książkę?

Takie są realia i od tego trzeba rozmowę o polskiej literaturze zacząć. Tymczasem w odpowiedzi słyszę: Ach, pan tu kreśli czarny obraz, pan narzeka, no rozumiem, pan jest rozczarowany, rozgoryczony, sfrustrowany, pan się obraża na Polaków, bo pana nie czytają, i po dziesięciu minutach wszyscy w najlepsze dyskutują o objawionej przeze mnie frustracji pisarza, który się nie cieszy taką popularnością, jaką by chciał, a do oczywistych faktów i liczb nikt się w ogóle nie czuje w obowiązku odnieść.

O czymkolwiek byłaby mowa – czy o literaturze fantasy, czy o reformach gospodarczych (w III RP to zresztą tematy sobie bliskie) – miałem takich przygód zbyt wiele, żeby wzruszyć na nie ramionami. Wydaje mi się, że w takich chwilach dotykamy jednej z głównych przyczyn, dla których tak trudno w Polsce o sensowną i prowadzącą do jakichś wniosków rozmowę o naszej sytuacji i sposobach wybrnięcia z niej. Nie żyjemy w świecie realnym, tylko w świecie mitów i stereotypów. Samo stwierdzanie faktów, które powinno być po prostu ustalaniem obiektywnego stanu rzeczy i punktem wyjścia do dyskusji, jest tym samym już traktowane jako polemika – polemika z naszym na niczym nieopartym, ale powszechnym: a jakoś to będzie, nie jest tak źle, nie zginiemy. Świętej pamięci Kisiel wspominał kiedyś, że pukano mu się w czoło i nazywano skrajnym defetystą, kiedy w czterdziestym piątym nie podzielał powszechnej wiary, że najdalej za rok, dwa Amerykanie wypowiedzą Ruskim wojnę, żeby nas wyzwolić; we wspomnieniu Janusza Tazbira znalazłem wzmiankę o jego dziadku, który po klęsce wrześniowej jako jedyny skrajny pesymista w całej podłomżyńskiej okolicy oburzył wszystkich obawą, że ta wojna może jeszcze potrwać nawet ze dwa lata. Kolekcjonowanie innych podobnych cytatów (zaręczam, że można ich znaleźć w różnego rodzaju pamiętnikach mnóstwo) pozostawiam Czytelnikowi, jeśli mu się oczywiście chce. Ograniczę się tylko do stwierdzenia faktu, że mamy w Polsce niewiarygodną wręcz skłonność do głupkowatego optymizmu, który dawał nam wielką siłę w chwilach narodowych katastrof (na tej zasadzie, że czyny bohaterskie najłatwiej przychodzą idiocie, bo nie umie on ogarnąć rozmiarów grożącego mu niebezpieczeństwa), ale w rzadkich momentach, kiedy odzyskamy niepodległość i moglibyśmy zacząć żyć i funkcjonować normalnie, natychmiast wprowadza on nas w świat urojeń i fantomów, uniemożliwiając rozsądną ocenę własnej sytuacji, a tym samym sensowne działanie.

Otóż więc: będę pisał o polskich sprawach z brutalną szczerością nie po to, żeby się oburzać, narzekać, protestować czy temu podobne. Nie dlatego również, jakobym był cyniczny i lubił tym epatować, bo to nie ja jestem cyniczny. Ja tylko stwierdzam fakty, a jeśli budzi to w Czytelniku jakieś reakcje emocjonalne, to dlatego, że w Polsce przyjęło się nie przyjmować faktów do wiadomości. Polityczne elity krajów, które takowe posiadają, od pokoleń praktykują sztukę dwójmyślenia, dzięki której potrafią realizować swoje wąsko, a czasem wręcz egoistycznie i cynicznie pojmowane interesy, motywując je różnymi wzniosłymi hasłami – i chyba nawet głęboko w te hasła wierząc, dopóki oczywiście pozostają one wygodne. Polacy natomiast podchodzą do polityki albo z naiwnością dziecka, albo z nieufnością ciemnego chłopa, który instynktem czuje, że ktoś go chce zrobić w konia, ale kto i w jaki sposób – nijak nie jest w stanie pojąć, więc na wszelki wypadek z góry jest obrażony na wszystkich. Obie postawy zresztą wychodzą na jedno, bo nie rozumiejąc praw tej gry, jaką jest polityka międzynarodowa, ani nawet nie rozumiejąc, że to gra, możemy w niej wygrać tylko sporadycznie i czystym fuksem. Ostatni raz udało nam się paręnaście lat temu, a co z tą wygraną zrobiliśmy, o tym właśnie jest ta książka.

..

Świat ma swoje kryterium oceniania, który naród zasługuje na niepodległość, a który nie, i nie ma to nic wspólnego z niepodległościowymi dążeniami tegoż narodu i jego ofiarami. Jest to kryterium czysto praktyczne: na niepodległość zasługują takie kraje, z którymi mniej będzie kłopotu, kiedy będą niepodległe. Jeśli ich niepodległość ma światu przysparzać problemów, to niech lepiej rządzi nimi ktoś inny. Wiele oczywiście zależy tu od położenia danego kraju. Gdy chodzi o jakiś zapomniany przez Boga i ludzi kawał afrykańskiego buszu, to wygodniej było państwom zachodnim, zamiast ponosić koszty utrzymywania w nim porządku, zabrać się stamtąd, skoro tylko posiadanie kolonii okazało się nie przynosić spodziewanych korzyści, i nadać miejscowym Murzynom niepodległość – choćby oznaczało to wydanie ich na pastwę ludożerców, sadystów i marksistów po moskiewskiej akademii imienia Lumumby oraz uruchomienie lawiny plemiennych rzezi (oczywiście Zachód nigdy nie przyznał uczciwie przed samym sobą, że o to w tak zwanej dekolonizacji chodziło – przyjemniej mu trąbić, jak to szlachetnie obdarował Czarne Ludy wolnością). Ale na przykład niepodległy Kurdystan, Palestyna czy którakolwiek z krain kaukaskich byłyby z tak wielkim prawdopodobieństwem państwami niestabilnymi, zagrażającymi spokojowi w regionie i matecznikami międzynarodowego terroryzmu, że lepiej, by były okupowane, skoro przypadkiem tak dobrze się składa, iż ma je kto okupować. Oczywiście świat by się ucieszył, gdyby każdy z tych narodów wytworzył własny reżim, zdolny utrzymać go w jakich takich ryzach. Takiemu reżimowi wybacza się wiele, jak wybacza się choćby środkowoazjatyckim satrapom, bez których świat miałby z tamtym regionem niezły ból głowy. No, oczywiście tak w ogóle to by było najwspanialej, gdyby tamtejsze narody były w stanie stworzyć demokratyczne państwa, szanujące przyjęte przez Zachód standardy wolności obywatelskich i praw człowieka. Ale skoro nie ma na to co liczyć, to trzeba się zadowalać tym, co jest realne.

Gwoli sprawiedliwości trzeba zresztą zauważyć, nie brnąc zbyt daleko w rozważania na ten temat, że ta gra interesów, nie mając nic wspólnego z moralnością, daje skutki na swój sposób moralne. Międzynarodowy ład jest wartością choćby dlatego, że zapobiega wojnom i rewolucjom, a wojna i rewolucja, gdziekolwiek się pojawi, kładzie kres wszelkiemu prawu i rozwojowi. A rozwój jest potrzebny po to, żeby ludzie żyli z pokolenia na pokolenie lepiej, żeby więcej dzieci dożywało dorosłości, a mniej dorosłych pozostawało w nędzy. Nędza sprzyja terrorowi i zbrodni. A postęp cywilizacyjny, zwany potocznie globalizacją, sprawia, że terror i zbrodnię coraz trudniej jest ogrodzić wysokim murem i machnąć ręką na cierpienia bliźnich, którzy się za tym murem znaleźli. Tak właśnie swego czasu zrobiono z byłymi koloniami w Afryce – od czasu do czasu posyłając im obłudnie darmową mąkę z nadwyżek, stare ubrania i różne zbędne rupiecie, które niszcząc popyt na rodzimą wytwórczość (zarazem pozbawioną wskutek protekcjonistycznej polityki państw bogatych szans sprzedaży za granicą), do reszty wykańczają tamtejszą gospodarkę i wpychają coraz większy procent ludności w nędzę. I chętnie by tak postąpiono z innymi obszarami globu, gdyby zamach na WTC nie pokazał światu dobitnie, jak takie „dzikie pola” w dowolnym, najbardziej nawet zapyziałym punkcie kuli ziemskiej wykorzystać może zdolny i pozbawiony skrupułów, a za to mający na swe zabawy trochę kasy terrorysta.

Polska to oczywiście nie Afryka ani Afganistan, ale sprawy mają się zasadniczo tak samo – tylko na innym poziomie. Jesteśmy państwem bez porównania bogatszym i stabilniejszym niż Zambia czy Afganistan. Ale też leżymy w punkcie świata, w którym wymagania są bez porównania większe niż wobec środkowej Azji czy równikowej Afryki. Co do Zambii czy Afganistanu, światu wystarczy, żeby nie runęła nań stamtąd niemożliwa do opanowana fala imigrantów, żeby żadni terroryści nie mogli tam bez przeszkód szkolić kadr i produkować broni masowego rażenia i, bardziej perspektywicznie, żeby nikt nie przeniósł tam zakazanych przez prawo krajów cywilizowanych eksperymentów naukowych, stanowiących „wyraźne zagrożenie” (clear and present danger, jak ujmuje to stosowna formuła amerykańskiego prawa) dla bezpieczeństwa państw rozwiniętych. No, dobrze by jeszcze było, aby nie miały tam miejsca masowe zbrodnie i katastrofy humanitarne, ale z tym świat zawsze może sobie poradzić tak samo jak z eksterminacją Czeczenii, po prostu nie wysyłając w trefne miejsce kamer.

Wymagania wobec kraju środkowoeuropejskiego idą dalej: chodzi o to, żebyśmy nie odstawali rażąco od sąsiadów. A więc żeby Polska się rozwijała, żeby jej gospodarka dawała pracę większości miejscowej siły roboczej, żeby egzekwowano tu prawo, nie czyniono narodowej specjalności z handlu kradzionymi na Zachodzie dobrami materialnymi i spiraconą własnością intelektualną, nie przemycano na masową skalę imigrantów i narkotyków, żeby państwo polskie nie bankrutowało od czasu do czasu, tak jak przydarzyło się Argentynie, było w stanie wybudować tranzytowe autostrady i szlaki kolejowe oraz dopilnować, aby miejscowa ludność nie rozkradła niezbędnych do ich funkcjonowania urządzeń, uregulować rzeki, dopilnować, aby nie zatruwano tu bardziej niż w krajach sąsiednich środowiska, aby nie szwendały się tu setki tysięcy nieleczonych nosicieli HIV i gruźlicy. I jeszcze dobrze by było, żebyśmy byli liczącym się partnerem w europejskiej wymianie gospodarczej, który ma co sprzedać i ma za co kupić, i przyczyniali się w ten sposób do rozwoju całej Europy, która nie zarzuciła jeszcze ambicji rywalizowania z coraz bardziej wyprzedzającą ją w rozwoju Ameryką i coraz ostrzej wychodzącymi na pozycję drugiego światowego mocarstwa Chinami. Żeby tutejsza ludność otrzymywała minimum niezbędnego dla funkcjonowania w cywilizacji informatycznej wykształcenia. I żeby oczywiście miała Polska stabilny ustrój spełniający wszelkie pozory demokracji, i względny spokój społeczny.

Taki jest stan wymagań na dziś, pi razy drzwi absolutne minimum. Nie ma oczywiście żadnych gwarancji, że nie ulegnie on zmianie. Mamy akurat to szczęście, że po dwóch wielkich wojnach panuje na świecie, a zwłaszcza w Europie, względny spokój i nikt nie zabiera się do przesuwania słupków granicznych. Zachodnia Europa wyludnia się, usiłuje wyleźć ze stagnacji gospodarczej i poddać pewnej selekcji napływ imigrantów ze światowych centrów nędzy. Niemcy, których Drang nach Osten przysporzył tyle kłopotów naszym przodkom, dziś borykają się z Ostflucht, ucieczką niemieckiej ludności ze wschodnich, wyniszczonych socjalizmem landów na bogatsze tereny zachodnie, a Rosja, straciwszy rangę światowego supermocarstwa, ma na razie dość kłopotów ze swoją gospodarką, demografią, narodową tożsamością i „ludnością o kaukaskim wyglądzie”, żeby starania o odzyskanie kontroli nad swą dawną strefą wpływów odłożyć i ograniczyć do marzeń oraz prac studyjnych (których jednak skądinąd nie zaniedbuje, podobnie jak nie szczędzi kosztów na nic, co w przyszłości może posłużyć odbudowie imperium). Słabowite, wiecznie na poły zdechłe państwo polskie, stale zagrożone pomiędzy dwoma wielkimi drapieżnikami, zyskało od losu chwilę spokoju. Mogłoby ją wykorzystać, aby się wzmocnić, urosnąć, nabrać sił i znaczenia, bo nie wiadomo, jak długo ta laba będzie trwać.

Tylko że nie ma kto o tym myśleć. Nikomu nie spędza błogiego snu z powiek świadomość, że „to, co było, może przyjść”. Rozwój w ogóle jest ostatnią rzeczą, o której myślimy. Samo trwanie, byle do pierwszego, i tak staje się zadaniem ponad nasze siły. Nie ma dwóch zdań, że gdyby w ciągu najbliższych dziesięciu lat krajom ościennym coś odbiło i zapragnęły nas zaatakować, to sprawa Polska zostałaby załatwiona w ciągu 24 godzin (no, gdyby atakowała armia litewska, to z uwagi na swą liczebność być może potrzebowałaby 48 godzin). Ale nie o tym przecież mówimy, nie o zbrojnej inwazji, bo to na razie nam nie grozi. Mówimy o tym, że jeśli sprawy w Polsce będą dalej szły tak, jak idą, to w ciągu najbliższych dziesięciu lat ktoś po prostu będzie musiał odebrać Polakom kompetencje, które wydają się ich przerastać, i zająć się zapewnianiem streszczonego wyżej minimum za nas.

Dziś, żebyśmy znowu utracili państwowość, nie trzeba żadnej wojny. Wystarczy, że kolejny „chory człowiek Europy” w tym punkcie mapy jest staremu kontynentowi potrzebny jak gwóźdź w zadku. Jeśli niepodległa Polska okaże się niezdolna do spełnienia minimalnych oczekiwań, jakie ma wobec niej Europa i reszta świata, to sorry, Winnetou, trzeba będzie rozwiązać sprawę jakoś inaczej. Możliwe, że poprzez stopniową, niezauważalną kolonizację. Już jakiś czas temu urzędnicy w Brukseli musieli przygotować własne założenia planu rozbudowy polskich autostrad, bo z naszego Ministerstwa Infrastruktury nie mogli się obiecanych papierów latami doprosić. Może więc Belgowie, Niemcy, Francuzi czy ktokolwiek inny zechcą też zreformować nam służbę zdrowia, zrestrukturyzować górnictwo, hutnictwo i stocznie, zapewnić bezpieczeństwo na ulicach, wyprowadzić z wiekowego zacofania rolnictwo i załatwić jeszcze parę innych drobiazgów, których Polacy rękami swoich własnych demokratycznie wyłonionych rządów załatwić od kilkunastu lat nie są w stanie. Może skalkulują, że im się to opłaci.

Ale mogą też uznać, że bardziej opłaci się oddać ten przysparzający wiecznych kłopotów kraj pod protektorat Rosji, zawsze chętnej zagwarantować, że w Warszawie znowu zapanuje porządek.

..

Donoszę – pisał Sławomir Mrożek w kpiarskim Donosie do ONZ, w czasach, kiedy Zachód, a zwłaszcza zachodnia Europa, traktował nas tak jak dziś wspominaną tu już kilkakrotnie Czeczenię – że Polacy to też Murzyni, tyle że biali. W związku z tym należy im się niepodległość. O niepodległość dla Murzynów faktycznie ONZ się wtedy, w 1982, upominała, o naszą nie. Lubimy, co tu gadać, pławić się w takiej ironii. My dla nich, znaczy dla Zachodu, tyle robimy, a oni nam co? W 1920 powstrzymaliśmy bolszewicką inwazję na Europę, a w 1939 Francja z Anglią w podzięce wystawiły nas do wiatru. Nasi piloci, marynarze i strzelcy przelewali bohatersko krew, a zachodni dyplomaci po prostu sprzedali nas w Jałcie Stalinowi, jak zajeżdżonego konia na kiełbasę. My do Unii Europejskiej z taką miłością i oddaniem, a ona nas, zamiast przytulić do serca i wsunąć parę groszy w kieszonkę, doi jak frajerów, a to utnie fundusze strukturalne, a to przydusi jakimiś normami, a to w inny sposób odbierze, co wcześniej obiecała. My przy Ameryce wiernie u nogi, bez gadania posłaliśmy do Iraku całe dwa tysiące żołnierzy (kto by tam pamiętał, że w znacznej części na koszt budżetu USA), a ci nam nawet nie odpuszczą z wizami i pozwoleniami na pracę!

Stale skrzywdzeni, wystrychnięci na dudka i wydudkani na strychu, nabrani, wykorzystani i oszukani. Tak się czujemy, i wcale nie mówię, że nie mamy prawa się tak czuć. Ale z pławienia się w poczuciu krzywdy i przeżuwania doznanych zdrad niewiele wynika. A już lubować się w tym, wzruszać się, że jesteśmy niewolnicą Isaurą narodów, to po prostu zboczenie, jakiś cholerny narodowy masochizm. Jeśli ktoś został oszukany raz, to może się uznać za ofiarę przykrego wypadku, jeśli dwa razy – za szczególnego pechowca. Ale jeśli ktoś jest robiony w konia regularnie, i to stale przez tych samych, i stale w taki sam sposób, to chyba nawet będąc ostatnim idiotą, powinien w końcu zadać sobie pytanie, czy może nie popełnia w kółko jakiegoś zasadniczego błędu.

Książki Rafała A. Ziemkiewicza wydane nakładem naszego wydawnictwa

Viagra maćCała kupa wielkich braciFrajerzyPolactwoOgnie na skałachCoś mocniejszegoCzas wrzeszczących staruszkówW skrócieWalc stuleciaMichnikowszczyzna. Zapis chorobyŚpiąca Królewna. Pieprzony los Kataryniarza

COPYRIGHT©BYRafał A. ZiemkiewiczCOPYRIGHT©BYFabryka Słów sp. zo.o.,LUBLIN 2010

WYDANIE VI

ISBN 978-83-7574-877-2

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani wjakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana wśrodkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Magdalena Zawadzka

KOREKTAMagdalena Byrska

SKŁAD Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl