Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 335 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Myśli nowoczesnego endeka - Rafał A. Ziemkiewicz

laczego endecja? Bo endecją obecnie się straszy. Mało, kto wie, co ten skrót oznacza i co się za nim w istocie kryje.

Rafał A. Ziemkiewicz rozprawia się z obiegowymi „prawdami” i dowodzi, że Polska owszem, dla Polaków – ale wszystkich.  Odwołując się do endeckiej szkoły myślenia, odrzuca ideały, które do naszych czasów już nie przystają. Piętnuje te, których trzeba się wstydzić i wreszcie na powrót przywołuje wartości, których teraz zwyczajnie potrzebujemy.

Można się zafascynować wizją kreśloną przez Ziemkiewicza. Można z nią polemizować lub zwyczajnie odrzucić. Warto jednak ją poznać, choćby dla punktu odniesienia do własnych poglądów, dla określenia własnego miejsca w kraju.

O tym poradniku nowoczesnego Polaka, będzie się w kraje mówiło.

Opinie o ebooku Myśli nowoczesnego endeka - Rafał A. Ziemkiewicz

Cytaty z ebooka Myśli nowoczesnego endeka - Rafał A. Ziemkiewicz

Mechanizm naśladowania elit silny jest w społeczeństwach zachodnich, ukształtowanych normalnie, gdzie elita pochodzi z naturalnego awansu i uważana jest za „tych lepszych”. Tam, gdy obywatel patrzy na kogoś stojącego w społecznej hierarchii wyżej, odruchowo zakłada z szacunkiem, że ten ktoś jest mądrzejszy, bardziej utalentowany, bardziej przedsiębiorczy – a co najmniej tacy byli jego rodzice. W kraju okupowanym, gdzie elita wzięła się z kolaboracji, o tych ze świecznika myśli się: „Musi być niezła świnia, że się tak wysoko wkręcił”. Zmasowana perswazja elit rodziła więc w masach reakcję obronną, odrzucenie. Partia Geremka, Kuronia
Ojczyzna to coś takiego, co może nam dać więcej, niżby wynikało z prostego zsumowania naszych indywidualnych wysiłków. Ojczyzna, mówiąc językiem współczesnym, agreguje wysiłki nas wszystkich i dbając o nią, możemy się spodziewać udziału w tej „wartości dodatkowej”, której bez niej by nie było. Polska nie powinna być – jak by to wynikało z naszej wielkiej romantycznej poezji – potworem, który domaga się od Polaków stałych ofiar, upiorem, który wysysa z nich krew, pożera siły i dobytek, ani ofiarnym stosem, na który Polacy mają się rzucać po to, by się zmienić w garstkę popiołu i za jedyny zysk z tego samospalenia zyskać pośmiertną sławę. Polska to wspólny, dobrze pojęty interes, w który powinniśmy inwestować i o który powinniśmy dbać, żeby nam dawał zysk. Jak każdy interes,
Ojczyzna to coś takiego, co może nam dać więcej, niżby wynikało z prostego zsumowania naszych indywidualnych wysiłków. Ojczyzna, mówiąc językiem współczesnym, agreguje wysiłki nas wszystkich i dbając o nią, możemy się spodziewać udziału w tej „wartości dodatkowej”, której bez niej by nie było. Polska nie powinna być – jak by to wynikało z naszej wielkiej romantycznej poezji – potworem, który domaga się od Polaków stałych ofiar, upiorem, który wysysa z nich krew, pożera siły i dobytek, ani ofiarnym stosem, na który Polacy mają się rzucać po to, by się zmienić w garstkę popiołu i za jedyny zysk z tego samospalenia zyskać pośmiertną sławę. Polska to wspólny, dobrze pojęty interes, w który powinniśmy inwestować i o który powinniśmy dbać, żeby nam dawał zysk. Jak każdy interes, tak i

Fragment ebooka Myśli nowoczesnego endeka - Rafał A. Ziemkiewicz

Póki w narodzie myśl swobody żyje Wola i godność, i męstwo człowiecze To ani łańcuch, co mu ściska szyję Ani utkwione w jego piersiach miecze Ani go przemoc żadna nie zabije

Zginąć on może z własnej tylko ręki: Gdy nim owładnie rozpacz senna, głucha I to zwątpienie, co szepce do ucha Że jednym tylko lekarstwem na męki

Wstęp

Trzeba wszystko zmienić, żeby wszystko pozostało po staremu” – powiada jeden z bohaterów sławnej powieści „Lampart” Giuseppego di Lampedusy. Kiedy wydawca zapytał mnie, czy przed kolejnym dodrukiem niniejszej książki nie chciałbym wprowadzić jakichś zmian, aktualizacji, w pierwszej chwili odparłem – oczywiście! Tyle się przecież w ostatnim roku zmieniło!

Ale gdy się do tej pracy zabrałem, doszedłem szybko do wniosku, że jest niepotrzebna. Bo, jak w „Lamparcie” – zmieniło się, ale tak, że się nie zmieniło. Że – by użyć cytatu z innego świetnego pisarza, Alfreda Bestera – „jest tak samo, tylko bardziej”.

To „bardziej” dotyczy przede wszystkim emocji. Wyborcze zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości nad Platformą Obywatelską nie rozstrzygnęło plemiennej, postkolonialnej wojny, której przyczyny i mechanizmy w swojej książce opisuję – tak jak wcześniej nie rozstrzygnęły jej kilkakrotne zwycięstwa Platformy Obywatelskiej nad Prawem i Sprawiedliwością, zwycięstwa, które społeczne zaplecze uznało za wynikające z dialektyki dziejów, a więc ostateczne, i uwierzyło, że ta gorsza, „pisowska” Polska, którą postkolonialna elita gardziła, definiując ją sobie jako „starszych, gorzej wykształconych, z mniejszych ośrodków”, po prostu, jak to rzucił z sejmowej trybuny Donald Tusk, „wymrze jak dinozaury”, względnie z łatwością się ją, jak określił to z kolei Radosław Sikorski, „dorżnie”.

Gdy sprawy się odwróciły – w tym samym złudzeniu żyją politycy Prawa i Sprawiedliwości i ich stronnicy. Że tamtych, z wrogiego plemienia, nie warto pozyskiwać, nie warto im nawet składać żadnych rozejmowych czy pokojowych propozycji. Pójdą na śmietnik historii, jak owe salony, którym przed prawie dwustu laty rzucił Mickiewicz w twarz, że są jak „zimna, sucha i plugawa” skorupa, która utonie w morzu „lawy” – zdrowego, patriotycznego żywiołu narodowego.

Oba polityczne plemiona, to „peowskie” i to „pisowskie”, nie wyobrażają sobie niczego mniej niż wyniszczenie przeciwnika. Mamy więc erupcje najbardziej nikczemnej propagandy, nieznającej miary w szczuciu i judzeniu, poniżaniu i odczłowieczaniu przeciwnika, mamy wpychanie zdarzeń bieżących w zupełnie nieadekwatne schematy powstańcze i martyrologiczne, mamy wynoszenie polskich politycznych sporów na forum międzynarodowe i szukanie wsparcia w wojnie domowej na obcych dworach. Żywiący się nienawiścią, histerią i przekonaniem o swojej moralnej wyższości politycy, jeśli dostrzegają możliwość uderzenia w przeciwnika, nie wahają się łamać zasad, odrzucać norm i szkodzić państwu.

Nigdy jeszcze polska polityka nie była tak destrukcyjna, a zarazem tak jałowa. A wraz z polityką – debata publiczna.

Mam wrażenie, że książka napisana kilka lat temu stała się w tej sytuacji – przewidzianej przeze mnie zresztą, proszę czytać dalej i się przekonać – jeszcze bardziej aktualna. Przeniesienie polityki w sferę symboli, oparcie jej o różnice kulturowe i spór tożsamościowy, gdzie nie ma mowy o żadnym kompromisie, sprowadzenie całej polityki polskiej do kwestii, CZYJA będzie Polska, zamiast JAKA będzie – to trucizna, która może nas po raz kolejny pozbawić państwa i podmiotowości w międzynarodowej grze.

Tym bardziej że świat się zmienia. Kruszy się zachodnia demokracja, która odeszła od swych wartości i od cnót republikańskich, narasta wzajemna agresja nie tylko w stosunkach międzynarodowych, ale i wewnętrznych. Koniunktura dla Polski, która trwała bez mała trzy dziesięciolecia, kończy się nieuchronnie. „Zaczynają się schody”, by przypomnieć powiedzonko generała Wieniawy. I Polska nie może pozwolić na to, żeby być ciągle podpalana przez szaleńców, dla których partykularny, partyjny triumf w walce o stołki, wpływy, czy wręcz już tylko małpia radość z wyrządzenia szkody znienawidzonym przeciwnikom są warte demolowania podstawowych, niezbędnych państwu instytucji albo donoszenia na własne państwo i szkodzenia mu w przekonaniu, że im Polakom będzie gorzej, tym lepiej, bo zatęsknią wtedy za zmianą władzy.

Jakaż to jednak ma być zmiana, skoro plemię odstawione od koryt i żłobów, wybudowanych, jak o tym piszę w książce, przez sowieckiego kolonizatora i troskliwie napełnianych w ćwierćwieczu III RP przez „jeszcze nowszą klasę”, proponuje Polakom tylko jedno – kolejny obrót politycznej karuzeli? Przywróćcie nas, a powsadzamy tamtych do więzień, cofniemy wszystkie wprowadzone przez nich zmiany, wyrzucimy tych, których oni nominowali, i nominujemy z powrotem tych, których wyrzucili? Cały program opozycji, która sama siebie nazwała „totalną” w przekonaniu, że tępe „jak oni tak, to my nie, jak oni nie, to my tak” przynosi jej zaszczyt, da się ująć parafrazą słów wieszcza: „zemsta, zemsta, zemsta na wroga – z sensem czy choćby bez grama sensu!”.

Jałowa, obsesyjna i pełna resentymentów opozycja to dla władzy PiS wspaniały dar losu, dający nadzieję na utrzymanie przez dłuższy czas sukcesu, który w dużym stopniu zawdzięcza Jarosław Kaczyński szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (gdyby Miller nie zawarł bezsensownej koalicji z Palikotem albo gdyby Kukiz i Korwin, któremu do progu wyborczego zabrakło zaledwie 30 tysięcy głosów, byli zdolni do połączenia sił, ten sam wynik głosowania przełożyłby się przecież na zupełnie inny rozkład mandatów w parlamencie). Ale jak PiS z tego korzysta?

Oczywiście, wiele zrobiło dla tej części społeczeństwa, do której się politycznie zwraca, a która była dotąd w państwie realizującym interesy postkolonialnej elity pogardzana i pauperyzowana jako „nieradząca sobie w transformacji”. Dobrze pokazuje sytuację regularnie prowadzone badanie socjologiczne, w którym badacze pytają Polaków, czy czują się w swoim państwie gospodarzami – albo też, jak to się mówi za obecnych rządów, „suwerenem”. Otóż za rządów poprzednich mniej więcej połowa ankietowanych odpowiadała, że tak, a połowa – nie, nie mam na nic wpływu, cała ta demokracja to pic, mój głos się wcale nie liczy. I za rządów obecnych – również połowa mówi tak, połowa przeciwnie. Ale te połowy wymieniły się miejscami. Przez ćwierć wieku bezradni, pomijani, pozbawieni wpływu na sprawy publiczne czuli się ci zarabiający mniej i mieszkający poza wielkimi miastami. Po podwójnym sukcesie ta grupa poczuła się ważna, za to we frustrację popadła ta druga, bogatsza, przeprowadzona niedawno do miast i dopieszczana propagandowo przez media III RP.

Więc – zmieniło się? Tak. Nie zmieniło się? Również tak. Proszę, zadajcie sobie Państwo pytanie, czytając tę książkę: którą z opisanych w niej chorób postkolonialnej III RP uleczyły rządy PiS? Czy inny jest dziś stosunek państwa do obywatela, czy mamy więcej własności, a kasta mandaryńska – mniej władzy nad nami, czy jesteśmy mniej strzyżeni i dojeni, czy mamy więcej wolności? Czy zniknął któryś z opisywanych tu absurdów i polskich rekordów Guinnessa – czy polski rząd przestał liczyć sobie około stu ministrów i wiceministrów, czy Warszawa nie ma już ponad sześć razy więcej radnych niż wielomilionowe Chicago i Los Angeles, a ponad osiem razy więcej niż Londyn? Czy udało się wprowadzić prawo o „trzeciej próbce” na stacjach benzynowych, odebrać ministrowi finansów afrykańskie prawo zwalniania po uważaniu wybranych podmiotów z należności podatkowych, uchwalić nowe prawo prasowe na miejsce tego ze stanu wojennego i zlikwidować haniebny artykuł 212 Kodeksu karnego?

Jest jedna rzecz, którą nazwę prawdziwie „dobrą zmianą”. Rośnie odsetek Polaków, którzy nie chcą obracać w nieskończoność politycznej karuzeli, na której siedzą Tusk i Kaczyński, nie chcą życia publicznego sprowadzonego do wojny sekty z mafią, nie chcą, by cała polityka ograniczała się do tego, aby „nasi” odsunęli od władzy „tamtych”, względnie nie pozwolili, by „tamci” do władzy wrócili, nie chcą wreszcie, by jedynym, a w każdym razie najważniejszym pytaniem, wokół którego kręci się całe życie publiczne, było to, czy rondo ma się nazywać im. Lecha Kaczyńskiego, czy im. Władysława Bartoszewskiego.

To dla nich pisałem przed kilku laty tę książkę, to ich starałem się przekonać, że w Polsce dzisiejszej, celowo podjudzanej do wzajemnego zagryzania się w wojnie o tożsamościowe imponderabilia, porozumienia trzeba szukać nie „ponad podziałami”, bo tam nie ma już niczego, ale „pod podziałami” – że tym, co wciąż łączy „pisowców” i „antypisowców”, są wspólne polskie interesy, z których wynikają owe „obowiązki polskie” z wiekopomnej maksymy Dmowskiego. I że właśnie u Dmowskiego, Popławskiego i Balickiego, w republikańskiej i wolnorynkowej, skupionej na budowaniu polskiej klasy średniej tradycji Narodowej Demokracji znajdujemy wzorce najstosowniejsze dla dzisiejszych czasów i dzisiejszej polskiej sytuacji.

Jest moim wielkim szczęściem, że znalazłem zrozumienie. Pisałem te „Myśli nowoczesnego endeka” jako samotny strzelec, któremu nawet życzliwi powtarzali – zgłupiałeś z tą endecją, nikogo to dziś nie obchodzi, źle się ludziom kojarzy, wymyśl coś innego. Wznawiam je dziś jako współzałożyciel stowarzyszenia Endecja.pl, obserwujący z satysfakcją, jak rośnie apetyt Polaków na nową, inną politykę, politykę, która zajmie się nie tym, czyja, ale JAKA ma być Polska, aby stała się Polską dla wszystkich Polaków.

Ta książka jest propozycją dla tej części Polski i tych, którzy chcą tę nową politykę budować. Jak na razie nic a nic mimo upływu czasu niezdezaktualizowaną.

1. Dwie dekady dynamicznego rozwoju

Wbrew stereotypowi Polacy są jednym z najciężej pracujących narodów w Europie. Statystyczny Polak według badania przeprowadzonego pod egidą OECD – światowej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju – w roku 2010 przepracował prawie 1940 godzin. Dużo więcej niż Francuz (1591 godzin), Niemiec (1473 godziny), nie wspominając już o Holendrze (najmniej w Europie – 1435).

Tylko że podczas jednej godziny swej pracy statystyczny Polak wytwarza dobra i usługi o wartości zaledwie 24,7 dolara. A godzina pracy Francuza i Niemca to odpowiednio 57,7 oraz 53,6 dolara. Nie jest to wcale europejski rekord – ten dzierży (tuż przed Luksemburgiem) Norwegia, gdzie pracuje się statystycznie 1455 godzin rocznie i wytwarza w ciągu jednej godziny równowartość 75 dolarów.

Jeśli ktoś nie wierzy obliczeniom OECD, może sięgnąć po badania europejskiego instytutu statystycznego Eurostat. Ten posługuje się nieco inną metodologią obliczania, ile w ciągu godziny wytwarza jeden pracownik. Według Eurostatu w tym samym roku 2010 statystyczny Polak przepracował 40,7 godziny tygodniowo, Niemiec 35,7 godziny, a Holender 30,6 – wypracowując w ciągu godziny: Polak 8,8 dolara, Niemiec 24,8, a Holender 29,6. Rekordziści – wspomniani już Norwegowie i Luksemburczycy – wedle tej metodologii osiągnęli nieco ponad 54 dolary wypracowywane w ciągu jednej godziny pracy. Więc tutaj ich przewaga nad nami jest jeszcze bardziej miażdżąca: już nie trzy-, ale sześciokrotna.

Jakkolwiek liczyć, czy metodą OECD, czy Eurostatu, zajmujemy ostatnie miejsce w Europie, i to z dużą stratą. Chyba że zaliczymy do Europy także Rosję, bo tylko tam wskaźnik wartości wytwarzanej w ciągu godziny pracy jest niższy od naszego.

Fachowo wskaźnik ten nazywa się wydajnością pracy – co nie ma nic wspólnego z potocznym rozumieniem tego terminu, instynktownie pojmowanego jako stopień wkładanego w pracę wysiłku czy emocjonalnego zaangażowania. Przeciwnie, wysoka wydajność pracy w sensie ekonomicznym jest właśnie odwrotnie proporcjonalna do potocznie rozumianej pracowitości. Im praca jest mniej wydajna, tym więcej trzeba w nią wkładać wysiłku, tym bardziej się nią umęczyć i umordować, tym więcej czasu poświęcić. Widać to i w powyższych rankingach: narody, które pracują najwydajniej, mogą sobie pozwolić na to, by pracować krócej. A Polacy – co jaskrawo widać z obliczenia Eurostatu – i tak muszą pracować znacznie więcej, niż im pozwala kodeks pracy, podczas licznych przysługujących z łaski władzy dni wolnych.

Zaraz, zaraz – zirytuje się zapewne w tym miejscu niechętny mi Czytelnik, zakładając, że takowy w ogóle raczył wziąć tę książkę do ręki i dobrnął z lekturą aż do tego miejsca – co to w ogóle za początek? Co ten „prawicowiec”, ten „pisowski” (względnie „smoleński”) oszołom wypisuje? Zamiast ogólnej inwokacji, zamiast retorycznych paradoksów czy felietonistycznych konceptów sypie od pierwszego słowa jakimiś drętwymi statystykami, posługując się określeniami w rodzaju „odwrotnie proporcjonalne”? O co chodzi?

O to – odpowiem od razu – że powyższe fakty uważam za jeden z najbardziej dobitnych dowodów, iż od lat żyjemy w wielkim propagandowym kłamstwie, zupełnie tak samo jak w peerelu. Szeroko rozumiana władza – rozumiem pod tym pojęciem nie tylko bezpośrednio rządzących polityków, ale i służące im elity medialne, naukowe, artystyczne etc. – zachłystuje się sukcesami III RP. Przy każdej okazji powtarza, że obecna Polska, po 20 latach tzw. transformacji ustrojowej, jest „najlepszym państwem polskim, jakie kiedykolwiek istniało”, „największym historycznym sukcesem Polaków”, „liderem i wzorcem wzrostu gospodarczego”, „zieloną wyspą na morzu światowego kryzysu”, a nasze reformy i dynamiczny rozwój stanowią obiekt podziwu całej Europy i świata. Wpływowe media dzień w dzień wbijają Polakom w głowy bezkrytyczny, by nie rzec wprost – barani entuzjazm dla władzy, jej dokonań i ogólnego kierunku, w którym się posuwamy. Kto zgłasza wątpliwości, jest albo wyciszany, spychany do niszy, albo publicznie poniżany jako „pisowiec”, „moher” i „oszołom”, wyszydzany i ośmieszany. A jeśli nie można mu łatwo odmówić fachowej wiedzy i znajomości spraw, o których mówi, próbuje się go albo przekupić, albo zastraszyć. Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP (za kadencji Leszka Balcerowicza) i jeden z najprzytomniejszych polskich ekonomistów, opowiedział nawet o tym publicznie: gdy zaczął krytykować posunięcia rządu, najpierw zaproponowano mu lukratywną posadę za publiczne pieniądze, a potem postraszono wyrzuceniem z pracy żony. Ale do świadomości większości Polaków, którzy jedyną wiedzę o świecie czerpią z telewizji, jego opowieść nie miała szansy się przebić.

Dowodem, jak bardzo udała nam się III RP, ma być fakt, że pozwolono polskiemu rządowi sprawować przez pół roku tzw. prezydencję europejską, przypadającą z rozdzielnika każdemu z państw członkowskich po kolei i polegającą w istocie tylko na technicznej obsłudze posiedzeń różnych pośledniejszych gremiów unijnych. Dowodem naszej wysokiej pozycji ma też być fakt, iż były premier Polski objął na pół kadencji czysto symboliczną godność przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, co wynagrodziło nam fakt, że choć jesteśmy pod względem liczby ludności szóstym krajem Unii Europejskiej, w jej wspólnotowych organach Polaków jest wciąż jak na lekarstwo. Dowodem naszego cywilizacyjnego awansu ma być powierzenie nam organizacji mistrzostw piłkarskich. Co zaś do gospodarki, to jedynym dowodem sukcesu, przywoływanym bezustannie i wizualizowanym na zielono-czerwonych mapach, na których tle zwykł pokazywać się premier Tusk, jest wskaźnik wzrostu produktu krajowego brutto. Przeciętny Polak nie zna się na ekonomii na tyle, by wiedzieć, jak zwodniczy to wskaźnik i jak niewiele mówi o sytuacji gospodarczej.

Jesteśmy, głosi propaganda władzy, dwudziestą gospodarką świata i najwyższy czas, by przyjęto nas do grupy G-20. W istocie owo dwudzieste miejsce na światowej liście zajmujemy właśnie pod względem wielkości PKB. Ale mówi to tylko o tym, jaki jest nasz potencjał. Jednocześnie w badaniu konkurencyjności ogłaszanym dorocznie przez Światowe Forum Ekonomiczne w Davos zajmujemy miejsce 41. To pokazuje, jak ten potencjał jest przez nasze państwo wykorzystywany.

Można powiedzieć, że ogłaszając się dwudziestą gospodarką świata, III RP jest i tak o połowę skromniejsza niż jej poprzedniczka. W czasach mojego dzieciństwa wyliczano w mediach, że PRL na liście światowych potęg gospodarczych należy się miejsce dziesiąte. Warto o tym pamiętać dlatego, że dane, na których opierała to wyliczenie propaganda towarzysza Szczepańskiego, nie były bynajmniej sfałszowane. Fałszywy był sposób ich wykorzystania: założenie, że stan i pozycję międzynarodową państwa wyznaczać może zsumowana pozycja zajmowana przez nie w światowej produkcji węgla, siarki, boksytów, wytopie stali czy hodowli żywca wieprzowego. Ta ostatnia dziedzina może najlepiej pokazuje, jak zwodnicze bywają statystyki. Dawały nam one wtedy w produkcji żywca miejsce w pierwszej światowej piątce, a przecież to właśnie brak w sklepach mięsa i wędlin stanowił najlepiej zapamiętaną dolegliwość gierkowskich „sukcesów” i bezpośrednią przyczynę ich niesławnego zakończenia.

Gdyby brać poważnie całą tę propagandę, jaką zalewają nas telewizyjne programy publicystyczne, zaludniane przez zawsze doskonale ze sobą zgodnych „ekspertów”, to w tytule niniejszej książki najbardziej skandaliczne jest nawet nie afirmowanie znienawidzonej na salonach tradycji endeckiej, ale użycie słowa „myśli”. Bo po co i o czymkolwiek tu myśleć, skoro wszystko jest jasne? Trzeba tylko słuchać tych, którzy lepiej wiedzą, implementować unijne normy, wdrażać dyrektywy i wytyczne. Im widnieje, jak mawiali niegdyś komuniści o moskiewskiej centrali – oni wszystko wiedzą lepiej. Trzeba ich słuchać. Cieszyć się, że dzięki „mądremu kompromisowi Polaków z obu stron historycznego podziału” udało się zbudować taką Polskę, która jest „w Europie”, jest po prostu „fajna” – i stanowczo zwalczać „frustratów”, którzy „kwękolą”, umniejszają sukcesy, psują nastrój wiecznym narzekaniem, próbując Polsce odebrać słuszną dumę z osiągnięć. No i „dzielą społeczeństwo”. W istocie, „psucie nastroju” jest w znacznym stopniu działalnością antysystemową, bo nasz PKB opiera się na popycie wewnętrznym, popyt wewnętrzny na kredycie, a kredyt na wierze przeciętnego Polaka, że kiedyś się go uda spłacić. O znaczącym eksporcie, na jakim zbudowany jest dobrobyt i siła na przykład Niemiec, przy takiej wydajności pracy marzyć raczej trudno.

Mówiąc krótko, publicysta – jeśli chce być chwalony i wpuszczany do mediów elektronicznych w roli eksperta – nie powinien zachęcać społeczeństwa do myślenia, bo w naszym imieniu myślą lepsi, ale winien nawoływać tylko do brania kolejnych kredytów, grillowania, popijania piwka i kontemplowania błogostanu, w jaki szeroko pojęta władza wprawiła nasz kraj.

Chyba nie muszę wyjaśniać, że bycie chwalonym i zapraszanym nie jest dla mnie aż tak ważne, by się tym oczekiwaniom poddawać. Mnie to całe radosne paplanie mediów przypomina ostatnie zapewnienia, jakie słyszeli piloci polskiego tupolewa od wieży kontrolnej lotniska w Smoleńsku: że są „na kursie i na ścieżce”. I dlatego właśnie pozwalam sobie te rozważania zacząć od statystyk dotyczących wydajności pracy, że jak w pigułce zawiera się w nich cała prawda, czym jest państwo nazwane III Rzeczpospolitą i dlaczego jest ono całkowicie do wymiany.

Co bowiem mierzą te statystyki? Co w ogóle mierzą rozmaite wskaźniki, którymi ekonomia stara się opisać sytuację gospodarczą? Na przykład ów wskaźnik wzrostu produktu krajowego brutto, który uczyniono takim fetyszem, teoretycznie mierzy, o ile zwiększyła się (bądź zmniejszyła) suma wszystkich towarów i usług wytworzonych w danym roku w badanym kraju. Ale w praktyce mierzony jest po prostu ruch pieniądza. Przyrost PKB oblicza się bowiem poprzez zsumowanie wszystkich poniesionych w danym roku wydatków (minus import i ewentualny wzrost zapasów). Natura tych wydatków, pytanie, kto się wskutek nich wzbogacił, a kto zubożał, ich zasadność i sensowność całkowicie pomiarowi umykają, choć każdy student wie, że znakomicie podnoszą PKB na przykład klęski żywiołowe i równie znakomicie napędza statystyki jego wzrostu zaciąganie długów. Sucha informacja, że PKB wzrósł o jeden koma siedem, nie powie nam też, jak wiele pieniędzy zostało bezsensownie roztrwonionych, a jak wiele zainwestowanych w przedsięwzięcia owocne – gdyby podobne do naszych ewaluacje przeprowadzano w Egipcie faraonów, bez wątpienia podawano by budowę piramid za dowód, iż ich poddani się bogacą.

Natomiast wskaźnik wydajności pracy mierzy – raz jeszcze powtórzę – nie intensywność wykonywanych przez obywateli czynności zarobkowych, ale ich efektywność, czy też, inaczej mówiąc, sensowność. Pozwala on ocenić, czy ich praca rzeczywiście coś wytwarza, czy jest przysłowiowym przelewaniem z pustego w próżne. Odbija się więc w tym wskaźniku przede wszystkim organizacja pracy, ale pośrednio także – organizacja całego kraju. Albo jego dezorganizacja. Im więcej biurokratów, im więcej rozdawanych przez władzę synekur, które służą tylko dojeniu publicznych pieniędzy, niczego nie wytwarzając, im liczniejsza kasta pasożytnicza, im bardziej nieracjonalne przepisy, im większa korupcja, im potężniejszy chaos i absurd – tym wydajność pracy niższa.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Publicystyka Rafała A. Ziemkiewicza wydana nakładem naszego wydawnictwa:

Viagra maćPolactwoMichnikowszczyznaCzas wrzeszczących staruszkówW skrócieMyśli nowoczesnego endekaUwarzałem żeJakie piękne samobójstwoŻycie seksualne lemingówPycha i upadekZłowrogi cień Marszałka

Copyright © by Rafał A. Ziemkiewicz Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2012

Wydanie II

ISBN 978-83-7574-814-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Fotografia na okładce Adobe Stock | Mikhail Mishchenko

Projekt okładkiSzymon Wójciak

Redakcja Rafał Dębski

KorektaMagdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka