Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po latach pełnych podróży, odważnych decyzji i nieustannego poszukiwania własnej drogi Andrzej ponownie zaprasza czytelników do swojego świata.
Tym razem zabiera nas jeszcze dalej – za kulisy życia emigranta, w miejsca, gdzie codzienność miesza się z przygodą, a przypadkowe spotkania potrafią odmienić los. Szwajcaria, kolejne powroty do Polski i nowe wyzwania stają się tłem dla historii o miłości, stracie, pracy, ludzkiej życzliwości i sile, która pozwala zaczynać od nowa.
To opowieść szczera, pełna humoru, wzruszeń i zaskakujących zwrotów akcji. Andrzej po raz kolejny udowadnia, że najciekawsze scenariusze pisze samo życie, a wiek nigdy nie powinien być przeszkodą w spełnianiu marzeń.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 200
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
andrzej peszko
Wagabunda
Część 2
Copyright © Andrzej Peszko
Wydanie I
Warszawa 2026
ISBN (e-book): 978-83-982442-1-3
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Autor zezwala na udostępnianie okładki książki w internecie.
Projekt okładki i stron tytułowych
Katarzyna Seredin-Kolarczyk | www.kaes-seredin.pl
Zdjęcia na okładce
Andrzej Peszko
Redakcja i korekta
Monika Całka | kropkaispolka.pl
Projekt typograficzny, skład i łamanie
Katarzyna Seredin-Kolarczyk | www.kaes-seredin.pl
Książkę tę dedykuję wraz z wielkimi podziękowaniami redaktor Monice Całce oraz graficzce Katarzynie Seredin-Kolarczyk. Bez ich tak wielkiego zaangażowania w nią i żmudnych starań w skali XXL książka ta nigdy by nie powstała.
Bardzo wdzięczny autor
Andrzej Peszko
Rozdział 1
Po raz drugi w życiu siedziałem w samolocie lecącym w kierunku Chicago. Sam nie wiedziałem, co mnie tam ciągnie i jakie przeżycia staną się moim udziałem. Natrętne myśli cisnęły się do głowy.
Jak już wiecie, podczas ostatniego pobytu w USA nawiązałem mnóstwo znajomości z Polakami żyjącymi tam dłużej lub krócej. Zaprzyjaźniłem się między innymi z dziennikarką i z spikerką Polskiego Radia Chicago, Zosią B. Po moich przygodach w Polsce i RFN zapragnąłem po raz kolejny powrócić do USA. Padło na Chicago, bo przypomniałem sobie, że podczas ostatniego pobytu nawiązałem tą miłą znajomość.
W telefonie usłyszałem typowy dźwięk: krótki, trzykrotny „piiip”. Po dłuższej chwili ciszy w słuchawce rozległo się przeciągłe, amerykańskie „Hello” wypowiedziane kobiecym głosem Zosi.
– Witaj, Zosiu, przywitam się z tobą słowami z piosenki Niemena: „Czy mnie jeszcze pamiętasz?” – zapytałem i przypomniałem jej, w jakich okolicznościach się poznaliśmy. Oczywiście pamiętała mnie, ku mojej radości.
– Co u ciebie, Andrzeju? – zagadnęła uprzejmie. Pokrótce opowiedziałem o swoim dotychczasowym życiu w Europie, wyjawiłem również okoliczności będące powodem telefonu do niej.
– Co zamierzasz, Andrzejku? – spytała po wysłuchaniu mych opowieści.
– Widzisz, Zosiu, zamarzył mi się powrót do Ameryki i ciekawi mnie, co o tym sądzisz – odparłem.
– Rozumiem, potrzebujesz mieszkania i dzwonisz do mnie. Bo tak coś czuję, że o to chodzi – zaśmiała się.
– Przyznaję szczerze, że tak, bo nie mam z nikim innym kontaktu, a wiem, że świetnie się dogadywaliśmy, gdy byłem tu poprzednim razem – wyjaśniłem.
– Tak, tak – powiedziała. – Wszyscy wiedzą, że Zosia ma dobre serce i jak trzeba, to pomoże – stwierdziła żartobliwie.
– Oczywiście i ja na to liczę, Zosiu – zaśmiałem się w słuchawkę.
– Ok, Andrzeju. Przylatuj do Chicago, możesz zamieszkać u mnie. Miejsca mam wystarczająco w moim wielkim domu. Mam nadzieję, że mój nerwowy, wiecznie szczekający pies nie będzie ci przeszkadzał? – spytała.
– Oczywiście, że nie będzie mi przeszkadzać – rzuciłem, szczęśliwy, że zechciała udzielić mi pomocy.
***
Siedziałem zatem w Boeingu na trasie Warszawa–Chicago. Po dziesięciu godzinach nużącego lotu wylądowaliśmy szczęśliwie na lotnisku Chicago-O’Hare. Gdy tylko stanąłem w drzwiach maszyny, gorące, wilgotne powietrze uderzyło mnie w twarz, przytykając oddech. Nikt na mnie nie czekał.
– 3151 North Long – rzuciłem do czarnego jak heban taksówkarza. Po trzydziestu minutach dotarliśmy na miejsce. Zosia czekała już w progu swojego domu, w miejscu mojego nowego startu w USA.
– Witaj, Andrzeju. – Wyciągnęła do mnie rękę i bez zbędnych czułości zaprosiła do środka.
– Masz ochotę na coś do picia lub do jedzenia? – zapytała.
– Chętnie coś przekąszę – odpowiedziałem.
Po kolacji Zosia zaprowadziła mnie do basementu (zagospodarowana i urządzona piwnica w Amerykańskich domach).
– Tu będziesz spał. – Pokazała małe i ładnie urządzone pomieszczenie z sofą i telewizorem. – Podoba ci się?
– A jakże, oczywiście, że tak! Jestem bardzo szczęśliwy, że w ogóle znalazłem u ciebie kąt – odpowiedziałem
– No dobra, rozgość się, czuj się jak u siebie – powiedziała. – A tak w ogóle co zamierzasz robić w Chicago? – spytała, patrząc na mnie uważnie.
– Będę robił to, co najlepiej potrafię, Zosiu. Chcę otworzyć gabinet terapii manualnej. Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz – wyjaśniłem, uważnie patrząc jej w oczy. Zamyśliła się i po chwili ciszy odpowiedziała:
– Jasne, że mogę to zrobić dla ciebie. Pomogę ci, bo widzę, że tego potrzebujesz.
W naszej relacji od początku, bez słów było wiadomo, że wspólne łóżko nie wchodzi w grę. Ona, mimo iż była kobietą samotną, około czterdziestki, nie sygnalizowała nawet najmniejszym gestem i zachowaniem, że chce, abym odpłacał jej za mieszkanie w naturze. Przyjęła mnie pod swój dach z czystej sympatii. I ku mojemu zdziwieniu nigdy nic za to nie chciała. Zosia Borys, bo tak nazywała się owa przemiła i bezinteresowna kobieta, pracowała w polonijnej stacji radiowej, gdzie codziennie w języku polskim czytała wiadomości ze świata i Ameryki, jak też ogłoszenia reklamowe różnych firm polonijnych, które w owych czasach powstawały jak grzyby po deszczu, a wówczas był rok 1998. A więc idealne miejsce na reklamę moich usług w branży terapii manualnej.
– Ale jak mam zacząć? Jak postawić pierwsze kroki, Zosiu? – spytałem.
– Nie martw się, podpowiem ci i poprowadzę cię przez wszystkie niezbędne formalności.
Tak rzeczywiście się stało. Tylko w Ameryce było to możliwe. Bez pozwolenia na pobyt, tylko na trzymiesięcznej wizie wjazdowej, którą podbili mi na niemieckim paszporcie na lotnisku O’Hare, otworzyłem gabinet w polskiej dzielnicy Belmont. Bez pozwolenia na pracę i na dłuższy pobyt. Uruchomiłem swoją działalność już po trzech dniach od chwili wjazdu do miasta Chicago. Miałem prawdziwe szczęście. Ale w tamtych latach nie był to żaden problem, bo nie było wtedy tej ogromnej fali nielegalnych uchodźców z Meksyku, z jaką boryka się USA w roku 2025. Oczywiście bez Zosi Borys nic nie byłoby z moich zamierzeń.
Pojechała ze mną do wszystkich niezbędnych Urzędów w Downton (Śródmieście) i przeszła ze mną przez wszystkie niezbędne formalności. Już po tygodniu stałem się terapeutą-masażystą, prowadzącym własny gabinet w Chicago. Zosia prawie codziennie reklamowała w swej stacji radiowej mój nowo otwarty gabinet w Belmont. Pomagały też jej kontakty z redakcją gazety Chicago, gdzie również zamieszczałem swoje reklamy.
Pomieszkiwałem u Zosi ze trzy tygodnie, ale wkrótce wyprowadziłem się, bo pojawiła się w moim życiu kolejna kobieta, o wdzięcznym imieniu Alinka. Spotkałem ją podczas jednej z licznych imprez polonijnych. W ogóle poznałem masę Polonii z Chicago, zarówno ludzi mieszkających tam od lat, jak i tych, którzy dopiero co przyjechali. Jedną z takich osób była dość już znana w środowisku polonijnym wróżka i chiromantka Elżbieta. Była to kobieta bardzo puszysta, wagi superciężkiej, miała natomiast przyjaciela wagi superlekkiej. Ta para zdecydowanie zwracała na siebie uwagę. Oczywiście podczas imprezy zapoznałem się z Elżbietą, bo tak jak i ja startowała po raz kolejny w Chicago. Od razu złapaliśmy kontakt. Rozmowa naturalnie zeszła na moje plany i zamierzenia. Szukała też miejsca, w którym mogłaby uprawiać swoje czary-mary, dlatego mocno zainteresowała się moją osobą. Wyjawiłem jej, że w wynajętym pomieszczeniu w Belmont mam gabinet masażu. Od tego dnia spotykaliśmy się dość często. Do współpracy nie doszło, bo Elżbieta znalazła małe niezależne mieszkanko, pokój z korytarzem, który zmieniła w poczekalnię z krzesłami dla klientów chętnych na jej wróżbiarskie usługi.
Ku mojemu zadowoleniu mój gabinet zaczął cieszyć się wśród chicagowskiej Polonii coraz większą popularnością. Zjawiali się kontraktorzy, czyli Polacy pracujący na kontrakcie (przyjmujący zlecenia na budowę domów), panie sprzątające domy bogatych, amerykańskich Żydówek, często mówiących po polsku, kierowcy wielkich kolorowych ciężarówek, jak też właściciele małych chicagowskich biznesów. Miałem coraz więcej klientów i poznawałem Polaków ze wszystkich grup społecznych – od zwykłych ludzi pracy po byłych dyrektorów i prominentów. Trafił mi się nawet kiedyś były minister, ale ze względów osobistych nie podam nazwiska. Z moich usług korzystał nawet polski biznesmen i restaurator Tadeusz Kowalczyk, były mąż Violetty Villas. Najwięcej historii i opowieści przynosiły do mojego gabinetu panie sprzątające domy i chicagowskie biura. Jedna z tych historii stała się później przyczyną mojego rozstania z Alinką, mistrzynią erotycznych technik seksualnych, na punkcie których prawie że oszalałem. Zresztą nie tylko ja, jak później się okazało. Ale wróćmy do Elżbiety. Coraz częściej zaprzątała moje myśli i coraz więcej o niej rozmyślałem. Bywałem w jej gabinecie regularnie, bo lubiłem zarówno stawiane przez nią karty, jak i wizje mojej przyszłości, które wydawały mi się całkiem prawdopodobne.
Podczas jednej z kolejnych wizyt, w trakcie rozmowy, zagadnęła mnie o życie osobiste.
– No i co, Andrzeju, jak tam sprawy sercowe? – spytała. – Nic się nie dzieje, jak mówią moje karty. Może nadszedł czas, by to zmienić. – Popatrzyła na mnie dwuznacznie.
– Przyznam szczerze, że sam też o tym myślę, ale jak dotąd na horyzoncie nie pojawiła się żadna odpowiednia osoba. A właściwie żadna odpowiednia kobieta – doprecyzowałem.
– Wiesz co, myślę, że mam odpowiednią kandydatkę dla ciebie – powiedziała. – To czterdziestoletnia rozwódka, która jest moją stałą klientką. Miła, atrakcyjna i bardzo oryginalna, tak jak i ty zresztą. Na moje oko stanowilibyście ładną parę. Co ty na to, Andrzejku? – spytała.
– Ten opis brzmi zachęcająco – zauważyłem – ale zastanawia mnie, na czym polega ta jej oryginalność?
– Polega na włosach – odpowiedziała.
Zdumiałem się.
– Tak, mój drogi, wszystko przez jej włosy, które mają około dwóch metrów długości. Właśnie dlatego chciano wpisać ją do Księgi Rekordów Guinnessa.
– To rzeczywiście oryginalny egzemplarz – potwierdziłem.
– Mimo że całe chicagowskie polonijne środowisko świetnie ją zna, jakoś nie może znaleźć sobie odpowiedniego partnera. Myślę, że będziecie pasowali do siebie – zachęcała Elżbieta. Później niestety sam przekonałem się, dlaczego miała problemy ze stworzeniem stałego związku.
– A powiedz mi, Elu, z czego ona jest, jak to się wyraziłaś, znana pośród Polonusów?
– Ano sprawa jest prosta. Polacy, jak wiesz, uwielbiają wszelkiego rodzaju trunki, najczęściej te wysokoprocentowe. Ich nadmierne spożycie często prowadzi do różnych ekscesów. Frustracja, tęsknota za bliskimi i problemy codziennego życia na amerykańskiej ziemi, na co dzień skrywane, po alkoholu przeradzają się w agresję, awantury i bójki. Najczęściej kończy się to interwencją miejscowej policji, która w stanie Michigan raczej nie słynie z łagodności.
– No dobrze, ale co ma twoja Alinka z tym wspólnego?
– No właśnie to stanowi sedno jej zajęcia. Od dwudziestu lat jest ona sekretarką bardzo znanego w polskim środowisku adwokata pochodzenia żydowskiego. Po kilku latach powierzył Alince prowadzenie biura i reprezentowanie jego interesów. On w biurze pojawia się dopiero po dziewiętnastej. W ciągu dnia występuje w tutejszym sądzie jako obrońca polskich pijaków, awanturników i drobnych złodziejaszków. Roboty ma co niemiara, nasi rodacy przysparzają mu tyle zajęcia, że mógłby pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę – oznajmiła Ela z uśmiechem. – Alinka od godziny dziewiątej do dziewiętnastej, działając w jego imieniu, robi niesamowite biznesy, kasując przez ewidencję i kasę fiskalną od klientów dolary, realizując nadprogramowe usługi. Pisze różnego rodzaju odwołania i tłumaczy pisma wszelakie na język angielski, który w przeciwieństwie do wielu Polaków opanowała znakomicie. A więc jest to bardzo bogata kobieta z własnym dwupiętrowym domem w dobrej, spokojnej dzielnicy. Dorobiła się, prowadząc, jakby to ująć, własny biznes w biznesie adwokata. On wie o tym, ale i tak jest bardzo z niej zadowolony, bo wciąż napędza mu już przez tyle lat coraz to więcej nowych petentów i nie przeszkadza mu, że kręci taki interes u jego nowych i stałych klientów.
Tak, mój Andrzejku, Alinka to świetna partia dla ciebie. Tylko jak tu zaaranżować wasze spotkanie… – zamyśliła się głęboko.
Po chwili milczenia, patrząc na mnie uważnie, powiedziała:
– Już wiem, mam pomysł. Ona przychodzi tu regularnie na karty w poniedziałki i piątki. Jaki mamy dzień?
– Środa, o ile się nie mylę – odpowiedziałem.
– OK, w piątek tak ustawię klienta, którego mam przed nią, by musiała poczekać w korytarzu, aż on wyjdzie. W tym czasie przyjdziesz też i ty, usiądziesz obok niej na krzesełku i nawiążesz rozmowę. Dołożę starań, by nikt wam nie przeszkadzał i żebyście mieli wystarczająco dużo czasu.
Tak też się stało. W piątek o umówionej godzinie znalazłem się przed domem, gdzie Ela wynajmowała gabinet. Stanąłem przed drzwiami z głośno bijącym z emocji sercem. Odczekałem chwilę, wziąłem głęboki oddech i… wszedłem do środka.
Wewnątrz zastałem zamyśloną kobietę, ładną, z pociągłą buzią, dziwnym spojrzeniem i dwoma oryginalnymi, grubymi warkoczami zwisającymi aż do talii. Uwagę zwracała fryzura – typowa „korona”. Ta kobieta zdecydowanie mi się spodobała… Mimo iż była raczej dość przeciętnej urody, trzeba przyznać, że miała w sobie to „coś”… czyli emanowała seksapilem. Tembr głosu, gestykulacja, sposób, w jaki układała piękne dłonie, pociągający akcent angielski w polskim języku. Zalotność, którą sygnalizowała w rozmowie, dawała mi znać: „Jestem do wzięcia”. Ponieważ kobiecy świat i jej oczekiwania były mi już doskonale znane dzięki wieloletniemu doświadczeniu, rozmowa potoczyła się lekko i w przyjemnej atmosferze.
Ja oczarowałem Alinkę, a ona również dokładała starań, by oczarować mnie. I tak minęło nam pół godziny i zdążyliśmy wymienić się wizytówkami. Umówiliśmy się na kawę, a że było piękne i gorące lato, spotkanie miało się odbyć w parkowej kawiarence.
W umówionym dniu, a był to bodajże poniedziałek, stawiłem się punktualnie o umówionej godzinie w lokalu o nazwie Park Village. Byłem pierwszy, Alinka pojawiła się dzieisęć minut po mnie, ubrana w kuszącą spódniczkę mini z cienkiego tiulu, która kusząco prześwitywała, ukazując jej zgrabne ciało i w porywach wiatru białą, markową bieliznę.
Przywitała się, ku mojemu radosnemu zdumieniu, lekko całując mnie w policzek. Och… jakie to obiecujące, pomyślałem.
Rozmowa potoczyła się wartko. Rozmawialiśmy życiu w Chicago i pracy zawodowej, jej klientach i ich problemach z amerykańskim prawem. Opowiedziała przy tym parę przezabawnych historyjek o pijackich eskapadach i związanymi z tym problemami uczestników polskiego pochodzenia. Muszę przytoczyć jedną z nich, bo to historyjka warta, by ją opisać.
***
Nasz bohater, zwący się Marian, bawiąc się całą noc w Wanderze (dyskoteka w Milwaukee w Chicago), stwierdził, spojrzawszy na zegarek, że jest czwarta nad ranem i czas wracać do domu. Opuścił lokal, z trudnością znajdując wyjście. Było to dla niego problematyczne, bo ilość alkoholu we krwi, lub krwi w alkoholu, który tej nocy spożył, była znacząca.
Ale nie bacząc na tę drobnostkę, uszczęśliwiony odnalazł swoje auto na parkingu, z wysiłkiem je otworzył, po usadowieniu się i długim celowaniu kluczykiem w stacyjkę w końcu ruszył z miejsca.
Jednak krążący w żyłach alkohol uniemożliwiał jego mózgowi prawidłowe funkcjonowanie. Z trudem panował nad autem i wężykiem sunął nasz bohater wolno po opustoszałych o tej porze ulicach miasta. W pewnym momencie za jego autem rozbłysły kolorowe, pulsujące światła radiowozu. Duży napis „STOP” (mocno i wyraźnie podświetlony), prawie natychmiast go otrzeźwił. Strach i zdumienie (skąd oni raptem się wzięli?) sparaliżowały mu umysł i ciało. Zjechał na pobocze, położył ręce na kierownicy (zgodnie z amerykańskim prawem) i nie ruszając się czekał, co nastąpi. Po chwili zauważył w bocznym lusterku, jak potężna postać chicagowskiego policjanta wyłania się z latarką w ręku z radiowozu. Policjant zbliżył się do jego auta bardzo powoli, oświetlił latarką jego numery rejestracyjne, rzucił coś przez krótkofalówkę i zbliżył się do naszego bohatera, podchodząc od strony kierowcy… Gestem nakazał opuścić szybę zesztywniałemu ze strachu Marianowi. Gdy ten wykonał polecenie, stary policyjny wyga z policyjnego patrolu, oceniwszy szybko naszego pijanego kierowcę, wsadził głowę do środka, wciągając głęboko nosem powietrze z wnętrza (nie bez powodu w Polsce mówi się na policjantów „psy”). Kiedy poczuł charakterystyczną woń przetrawionego alkoholu, sytuacja natychmiast stała się dla niego oczywista. Oświetlił latarką twarz Mariana, zajrzał mu w oczy…
– Are you pijany? – zapytał prawie po polsku. Nie czekając na odpowiedź, bo było to przecież oczywiste, zażądał okazania wymaganych dokumentów. Kiedy nasz imprezowicz podał mu je do ręki, policjant, rzuciwszy krótkie:
– Wait her. – Udał się do radiowozu, by przez radiostację ściśle prześwietlić delikwenta.
Minęło ze dwadzieścia minut, nim funkcjonariusz powrócił. Marian w tym czasie przestraszony układał w głowie najczarniejsze scenariusze!
– Ok. Twoje papiery są w porządku, a teraz – zwrócił się do niego, ponownie wkładając głowę do wnętrza auta – ile masz w kieszeniach pieniędzy? – powiedział, uważnie patrząc mu w oczy.
Marian wyciągnął z prawej kieszeni spodni dwadzieścia siedem dolarów i otworzył dłoń przed nosem policjanta, ten jednym szybkim ruchem zgarnął pieniądze, cofnął głowę i…
– You can go – rzucił, machając ręką.
Marian ruszył posłusznie i na odchodnym usłyszał jeszcze:
– Prowadź powoli i uważaj, aby nie jechać wężykiem.
Jak później usłyszałem w rozmowach ze starymi Polonusami, chicagowska policja słynie właśnie z takich praktyk. Wiedząc, że Polacy lubią sobie wypić, funkcjonariusze nad ranem czatują pod pubami i dyskotekami w polskich dzielnicach, w ten sposób „zarabiając” na swoje poranne śniadanie.
Powracając do naszego Mariana, następnym razem nie miał już tyle szczęścia i jazda po spożyciu… skończyła się w sądzie. Ale wtedy wkroczyła Alinka, która jako reprezentantka „sprawy” szybko załatwiła wykupienie go z aresztu. Oczywiście przy okazji skasowała odpowiednią prowizję, po czym wpłaciła kaucję i wyciągnęła go na wolność. Śmiejąc się opowiadała, że w ten sposób zarabia na polskich miłośnikach wyskokowych trunków spore pieniądze, gdyż słynie w polskim środowisku ze swoich koneksji w sądzie i ratowania ich czterech liter w takich przypadkach.
Gdy skończyliśmy rozmowę, zaproponowała wspólny spacer po parku, na co przystałem z wielką ochotą. Od początku spotkania między nami wyraźnie iskrzyło. Słowa, gesty i mimika – wszystko między nami wypełniała niewidzialna, erotyczna aura, całkowicie zacierająca dystans dzielący dwoje obcych sobie ludzi. Wstaliśmy od stolika i zapłaciłem rachunek.
– Dokąd pójdziemy, Alinko? – spytałem.
Wzięła mnie za rękę, ściskając delikatnie moje palce i powiedziała:
– Nie martw się, znam ten park, nie zbłądzimy.
Czułem, jak pod wpływem ciepła jej dłoni przebiegają przeze mnie delikatne elektryczne impulsy, spodnie nagle stały się przyciasne w kroczu, a puls rozchodził się po całym ciele – od głowy aż po podbrzusze. Szliśmy w ten piękny lipcowy dzień przez malowany zielenią i kolorami różnobarwnych kwiatów park, w milczeniu rozkoszując się dotykiem naszych dłoni, który tak obiecująco zapowiadał przyszłe wydarzenia i naszą… miłość. Sam dziś nie wiem, co to było. Z perspektywy lat powiedziałbym, że była to przede wszystkim ogromna namiętność i przyciąganie, które sprawiały, że przy każdym spotkaniu lgnęliśmy do siebie niczym magnesy. Było tam też silne emocjonalne zaangażowanie i chęć bliskości, ale bardziej ciał niż dusz.
Alinka zatrzymała się, rozejrzała się wokół i popatrzyła mi zalotnie w oczy.
– Chcesz jeszcze pospacerować, czy masz już dość? – Ponownie rozejrzała się się wokoło. W parku nie było nikogo, kompletna pustka, w alejkach parkowych żywej duszy. Spojrzała na mnie bez słowa. Wpatrując się prosto w moje oczy, zmysłowo przygryzła górną wargę. Od razu zrozumiałem, czego pragnie. Objąłem ją w pasie, mocno przyciągnąłem do siebie i pocałowałem namiętnie. Jej wargi jakby tylko na to czekały. Lekko je rozchyliła i z drapieżną, wygłodniałą zmysłowością zaczęła zachłannie całować mnie oraz pieścić językiem wnętrze moich ust. Nasze ciała mocno przylgnęły do siebie. Kiedy poczuła twardość mojego penisa, aż jęknęła z rozkoszy, wyginając się i prężąc pod naporem narastającego pożądania. Rozejrzała się jeszcze raz i rozsunęła mi suwak u spodni. Wydobyła na wierzch moją twardą męskość i sprawną ręką zaczęła mnie pieścić. Nie musiała długo czekać. Moje podniecenie narastało od początku naszego spotkania, a każde jej słowo i każdy gest tylko bardziej rozpalały we mnie ogień namiętności. Finał pieszczot jej pracowitej dłoni okazał się gwałtowny i niezwykle intensywny. Ku mojemu zdumieniu ona też osiągnęła swój cel, napierając kroczem na moje udo, kiedy ja dzięki jej staraniom dobijałem do brzegu. Oboje byliśmy usatysfakcjonowani, gdy opadły już emocje tej gwałtownej, niemal zwierzęcej kulminacji pożądania i przeszywających nas fal erotycznego napięcia. Po drodze, wracając do auta, byliśmy już jednym ciałem, objęci i przytuleni nie odrywaliśmy się od siebie. Wsiadając do auta Alinka spytała:
– Gdzie ty właściwie mieszkasz?
Podałem jej adres i opowiedziałem, w jakich okolicznościach znalazłem się u Zosi. Dziwne spojrzenie przerwało moją opowieść
– Jak to, mieszkasz u tej Zosi? – spytała.
– Owszem, nie miałem innej alternatywy.
– Ok. Nie wiem, czy wiesz, ale od zaraz już tam nie mieszkasz. Jeśli chcesz, abyśmy byli razem, to właśnie jedziemy po twoje rzeczy i wprowadzasz się do mnie – oznajmiła.
Podczas tego chicagowskiej lata nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Nie wahałem się ani chwili.
– Oczywiście, że się zgadzam – odpowiedziałem. Ta propozycja była dla mnie jak wygrana kumulacji w totolotka. Zdobyć kobietę, za którą szalało całe moje jestestwo, i jeszcze z nią zamieszkać – to wydawało się spełnieniem marzeń każdego przybysza z Europy, a już szczególnie z Polski. A więc podjechaliśmy pod dom Zosi, której nie było w domu. Szybko spakowałem swój skromny dobytek, napisałem wyjaśniającą karteczkę z przeprosinami i obietnicą dalszej miłej współpracy, tym razem zapłaty za reklamę mojego gabinetu i ruszyliśmy z piskiem opon do domu Alinki. Ku naszej wspólnej przyszłości.
Rozdział 2
Zaczęły się dni i noce naszej wspólnoty. Alinka okazała się pracoholiczką nastawioną na robienie biznesu. Codziennie od dziewiątej rano do dziewiętnastej siedziała w biurze adwokackim swojego szefa. Przyjmowała i rejestrowała nowych klientów, udzielała porad prawnych, pisała pisma w imieniu polskich klientów, kasując przy tym dolary na swój rachunek. Kiedy zmęczona wracała do domu koło dwudziestej, niewiele już czasu pozostawało dla mnie, stęsknionego i wyczekującego na jej wspaniałe i tak chętne ciało.
Jednak ukrytym pragnieniem mojej kobiety była wielka chęć posiadania dziecka. A więc, mimo braku energii i zmęczenia, Alinka robiła wszystko, bym ją zapłodnił. Codzienny wieczorny seks stał się już prawie (po raz kolejny w mym życiu) rytuałem. Była absolutną i niepowtarzalną mistrzynią w seksie oralnym, muszę to przyznać. Kiedy wieczorem przychodziła do sypialni, świeżo po kąpieli, pachnąca perfumami, w lekkiej, półprzeźroczystej tunice subtelnie podkreślającej kształty jej ciała, już sam ten widok doprowadzał mnie do szaleństwa. Następnie układała się na boku przy mnie, podnosząc tunikę w górę, rozsuwając nogi, napierając kroczem na moje udo. Była to jej ulubiona gra wstępna. Całowała mnie przy tym z finezją, docierając do wszystkich punktów erogennych językiem i sukcesywnie zjeżdżając w dół. Obracała kolistymi ruchami piersi wokół najbardziej wrażliwych punktów mojej klatki piersiowej i brzucha. Kiedy już dotarła do mojego nabrzmiałego penisa, obejmowała go delikatnie ustami, kręcąc przy tym językiem artystyczne piruety na jego czubku, i masowała go śliskimi, nawilżonymi wcześniej lubrykantem rękami. Efekt jej zabiegów był niesamowity – potrafiła doprowadzić mnie do ejakulacji w przeciągu paru minut. Nie zapominajcie przy tym, że u faceta po czterdziestce nie jest to takie oczywiste. Strefy erogenne nie reagują już tak, jak w wieku dwudziestu lat. Dlatego też nazwałem ją absolutną mistrzynią seksu oralnego. Bez względu na to, jak bardzo byłem zmęczony po pracy czy kolejnych imprezach, w których przyszło mi uczestniczyć, wystarczyło kilka jej gestów, by w ciągu paru minut całkowicie rozpaliła we mnie pożądanie.
Jej pragnienie posiadania dziecka było tak silne, że pewnej nocy obudziłem się, gdy niespodziewanie przyciągnęła mnie do siebie, pełna namiętności i pośpiechu. Chwilę później, w środku nocy, zatraciliśmy się w sobie całkowicie, aż oboje równocześnie osiągnęliśmy spełnienie. Po wszystkim przeprosiłem ją za tą nocną pobudkę. Wysłuchała moich przeprosin i ku mojemu kolejnemu wielkiemu zdumieniu odpowiedziała:
– Honey, kiedy tylko zechcesz… nieważne, jak mocno będę spała… bierz mnie bez pytania. Chcę wreszcie zostać matką. Marzę o tym, żeby w moim wnętrzu zaczęło rosnąć nasze dziecko.
Tak bardzo pragnąłem i pożądałem tej kobiety, że bez zastanowienia byłbym gotów zrobić jej nawet dziesięcioro dzieci. Z czasem jednak w swoim zauroczeniu zacząłem poznawać szczegóły z jej życia – a te coraz bardziej mnie zaskakiwały i boleśnie raniły moje serce.
Pracując w gabinecie jako masażysta, jak już wspominałem, przyjmowałem ludzi ze wszystkich grup społecznych. Jednak na dolegliwości kręgosłupa najczęściej cierpiały kobiety sprzątające domy i biura bogatych Amerykanów. Jedną z takich pań sprzątających była moja stała klientka. Gdy kolejnego wieczoru po pracy pojawiła się u mnie z silnym bólem kręgosłupa, dość szybko przyniosłem jej wytchnienie i nowe życie wstąpiło w nią podczas zabiegu. Kiedy już weszliśmy w etap relaksujący, oddychała z ulgą i niejako w rewanżu lub z potrzeby wynurzeń na temat moralności naszych kobiet z Polski, zaczęła opowiadać:
– Panie Andrzeju, nawet nie zdaje pan sobie sprawy, jakie te nasze Polki to kurwy. – Nie wiedziała oczywiście, kim jest moja partnerka, więc mówiła dalej:
– Niech pan sobie wyobrazi, że sprzątam biura adwokackie w Downtown, więc mam ustalone godziny, kiedy kancelarie są już zamknięte i mogę wejść posprzątać. Tego dnia poprzednie biuro skończyłam wcześniej i w kolejnym pojawiłam się prawie godzinę przed wyznaczonym czasem. Kiedy już dochodziłam do drzwi, ze środka zaczęły dobiegać mnie jakieś jęki i stękania. Wsadziłam klucz w zamek, otworzyłam drzwi i… co widzę? Ta długowłosa Alinka z wałkowanymi włosami leży na biurku adwokata na plecach, z rozłożonymi szeroko nogami, a jego wielki zad porusza się rytmicznie między nimi. Oboje dyszą i stękają jak zwierzęta. Nie poznałam jej od razu, bo te kręcone włosy zwisały aż poza biurko, niemal do podłogi. Pomyśli pan, że od razu przerwali? Nie… robili to dalej. Wycofałam się jak niepyszna, na korytarzu czekałam, aż skończą. Musiałam posprzątać, by zarobić pieniądze. Nawet tę spermę z błyszczącego blatu po nich z obrzydzeniem zmywałam.
Możecie sobie wyobrazić moją reakcję: zaskoczenie, ból i późniejszą rozterkę. Szalałem za Alinką, robiłem wszystko, by ją zadowolić i z nią pozostać, a tu taki cios. Teraz pewne elementy tej życiowej układanki zaczęły wreszcie wskakiwać na swoje miejsce.
W polonijnym środowisku wszyscy wiedzieli o układach mojej Alinki z adwokatami i jej szemranych interesach prowadzonych z rodakami z Polski. W środowisku tym była też znana, jak później dowiedziałem się od kolejnej mojej klientki, ze współpracy z polskimi Cyganami. Przylatywali oni do Stanów z Polski, łączyli się w grupy lub szajki złodziejskie i jeździli po całej Ameryce, kradnąc w centrach handlowych: okradali sklepy odzieżowe i jubilerskie, nie gardzili również elektroniką.
Od początku mojej znajomości z Alinką zauważyłem, że nosi ona najlepsze markowe ciuchy od Diora, Victoria’s Secret i tym podobne. Domyślałem się, że musi to kosztować majątek, a przy jej oszczędnym sposobie życia jedno z drugim nijak się nie kleiło. Ale im lepiej poznawałem jej życie, tym więcej informacji wypływało na wierzch. Zacząłem powoli domyślać się, na czym to wszystko polega. Ten codzienny tryb życia był dowodem ogromnego zaangażowania mojej partnerki w pomoc cygańskim klientom, graniczącego wręcz z poświęceniem.
Spis treści
Rozdział 1
Rozdział 2
