Wagabunda część 2 - Andrzej Peszko - ebook

Wagabunda część 2 ebook

Andrzej Peszko

0,0

Opis

Po latach pełnych podróży, odważnych decyzji i nieustannego poszukiwania własnej drogi Andrzej ponownie zaprasza czytelników do swojego świata.

Tym razem zabiera nas jeszcze dalej – za kulisy życia emigranta, w miejsca, gdzie codzienność miesza się z przygodą, a przypadkowe spotkania potrafią odmienić los. Szwajcaria, kolejne powroty do Polski i nowe wyzwania stają się tłem dla historii o miłości, stracie, pracy, ludzkiej życzliwości i sile, która pozwala zaczynać od nowa.

To opowieść szczera, pełna humoru, wzruszeń i zaskakujących zwrotów akcji. Andrzej po raz kolejny udowadnia, że najciekawsze scenariusze pisze samo życie, a wiek nigdy nie powinien być przeszkodą w spełnianiu marzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 200

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



an­drzej pesz­ko

Wa­ga­bun­da

Część 2

Co­py­ri­ght © An­drzej Pesz­ko

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2026

ISBN (e-bo­ok): 978-83-982442-1-3

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Au­tor ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cia na okład­ce

An­drzej Pesz­ko

Re­dak­cja i ko­rek­ta

Mo­ni­ka Cał­ka | krop­ka­ispol­ka.pl

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Książ­kę tę de­dy­ku­ję wraz z wiel­ki­mi po­dzię­ko­wa­nia­mi re­dak­tor Mo­ni­ce Cał­ce oraz gra­ficz­ce Ka­ta­rzy­nie Se­re­din-Ko­lar­czyk. Bez ich tak wiel­kie­go za­an­ga­żo­wa­nia w nią i żmud­nych sta­rań w ska­li XXL książ­ka ta ni­g­dy by nie po­wsta­ła.

Bar­dzo wdzięcz­ny au­tor

An­drzej Pesz­ko

Roz­dział 1

Po raz dru­gi w ży­ciu sie­dzia­łem w sa­mo­lo­cie le­cą­cym w kie­run­ku Chi­ca­go. Sam nie wie­dzia­łem, co mnie tam cią­gnie i ja­kie prze­ży­cia sta­ną się mo­im udzia­łem. Na­tręt­ne my­śli ci­snę­ły się do gło­wy.

Jak już wie­cie, pod­czas ostat­nie­go po­by­tu w USA na­wią­za­łem mnó­stwo zna­jo­mo­ści z Po­la­ka­mi ży­ją­cy­mi tam dłu­żej lub kró­cej. Za­przy­jaź­ni­łem się mię­dzy in­ny­mi z dzien­ni­kar­ką i z spi­ker­ką Pol­skie­go Ra­dia Chi­ca­go, Zo­sią B. Po mo­ich przy­go­dach w Pol­sce i RFN za­pra­gną­łem po raz ko­lej­ny po­wró­cić do USA. Pa­dło na Chi­ca­go, bo przy­po­mnia­łem so­bie, że pod­czas ostat­nie­go po­by­tu na­wią­za­łem tą mi­łą zna­jo­mość.

W te­le­fo­nie usły­sza­łem ty­po­wy dźwięk: krót­ki, trzy­krot­ny „piiip”. Po dłuż­szej chwi­li ci­szy w słu­chaw­ce roz­le­gło się prze­cią­głe, ame­ry­kań­skie „Hel­lo” wy­po­wie­dzia­ne ko­bie­cym gło­sem Zo­si.

– Wi­taj, Zo­siu, przy­wi­tam się z to­bą sło­wa­mi z pio­sen­ki Nie­me­na: „Czy mnie jesz­cze pa­mię­tasz?” – za­py­ta­łem i przy­po­mnia­łem jej, w ja­kich oko­licz­no­ściach się po­zna­li­śmy. Oczy­wi­ście pa­mię­ta­ła mnie, ku mo­jej ra­do­ści.

– Co u cie­bie, An­drze­ju? – za­gad­nę­ła uprzej­mie. Po­krót­ce opo­wie­dzia­łem o swo­im do­tych­cza­so­wym ży­ciu w Eu­ro­pie, wy­ja­wi­łem rów­nież oko­licz­no­ści bę­dą­ce po­wo­dem te­le­fo­nu do niej.

– Co za­mie­rzasz, An­drzej­ku? – spy­ta­ła po wy­słu­cha­niu mych opo­wie­ści.

– Wi­dzisz, Zo­siu, za­ma­rzył mi się po­wrót do Ame­ry­ki i cie­ka­wi mnie, co o tym są­dzisz – od­par­łem.

– Ro­zu­miem, po­trze­bu­jesz miesz­ka­nia i dzwo­nisz do mnie. Bo tak coś czu­ję, że o to cho­dzi – za­śmia­ła się.

– Przy­zna­ję szcze­rze, że tak, bo nie mam z ni­kim in­nym kon­tak­tu, a wiem, że świet­nie się do­ga­dy­wa­li­śmy, gdy by­łem tu po­przed­nim ra­zem – wy­ja­śni­łem.

– Tak, tak – po­wie­dzia­ła. – Wszy­scy wie­dzą, że Zo­sia ma do­bre ser­ce i jak trze­ba, to po­mo­że – stwier­dzi­ła żar­to­bli­wie.

– Oczy­wi­ście i ja na to li­czę, Zo­siu – za­śmia­łem się w słu­chaw­kę.

– Ok, An­drze­ju. Przy­la­tuj do Chi­ca­go, mo­żesz za­miesz­kać u mnie. Miej­sca mam wy­star­cza­ją­co w mo­im wiel­kim do­mu. Mam na­dzie­ję, że mój ner­wo­wy, wiecz­nie szcze­ka­ją­cy pies nie bę­dzie ci prze­szka­dzał? – spy­ta­ła.

– Oczy­wi­ście, że nie bę­dzie mi prze­szka­dzać – rzu­ci­łem, szczę­śli­wy, że ze­chcia­ła udzie­lić mi po­mo­cy.

***

Sie­dzia­łem za­tem w Bo­ein­gu na tra­sie War­sza­wa–Chi­ca­go. Po dzie­się­ciu go­dzi­nach nu­żą­ce­go lo­tu wy­lą­do­wa­li­śmy szczę­śli­wie na lot­ni­sku Chi­ca­go-O’Ha­re. Gdy tyl­ko sta­ną­łem w drzwiach ma­szy­ny, go­rą­ce, wil­got­ne po­wie­trze ude­rzy­ło mnie w twarz, przy­ty­ka­jąc od­dech. Nikt na mnie nie cze­kał.

– 3151 North Long – rzu­ci­łem do czar­ne­go jak he­ban tak­sów­ka­rza. Po trzy­dzie­stu mi­nu­tach do­tar­li­śmy na miej­sce. Zo­sia cze­ka­ła już w pro­gu swo­je­go do­mu, w miej­scu mo­je­go no­we­go star­tu w USA.

– Wi­taj, An­drze­ju. – Wy­cią­gnę­ła do mnie rę­kę i bez zbęd­nych czu­ło­ści za­pro­si­ła do środ­ka.

– Masz ocho­tę na coś do pi­cia lub do je­dze­nia? – za­py­ta­ła.

– Chęt­nie coś prze­ką­szę – od­po­wie­dzia­łem.

Po ko­la­cji Zo­sia za­pro­wa­dzi­ła mnie do ba­se­men­tu (za­go­spo­da­ro­wa­na i urzą­dzo­na piw­ni­ca w Ame­ry­kań­skich do­mach).

– Tu bę­dziesz spał. – Po­ka­za­ła ma­łe i ład­nie urzą­dzo­ne po­miesz­cze­nie z so­fą i te­le­wi­zo­rem. – Po­do­ba ci się?

– A jak­że, oczy­wi­ście, że tak! Je­stem bar­dzo szczę­śli­wy, że w ogó­le zna­la­złem u cie­bie kąt – od­po­wie­dzia­łem

– No do­bra, roz­gość się, czuj się jak u sie­bie – po­wie­dzia­ła. – A tak w ogó­le co za­mie­rzasz ro­bić w Chi­ca­go? – spy­ta­ła, pa­trząc na mnie uważ­nie.

– Bę­dę ro­bił to, co naj­le­piej po­tra­fię, Zo­siu. Chcę otwo­rzyć ga­bi­net te­ra­pii ma­nu­al­nej. Mam na­dzie­ję, że mi w tym po­mo­żesz – wy­ja­śni­łem, uważ­nie pa­trząc jej w oczy. Za­my­śli­ła się i po chwi­li ci­szy od­po­wie­dzia­ła:

– Ja­sne, że mo­gę to zro­bić dla cie­bie. Po­mo­gę ci, bo wi­dzę, że te­go po­trze­bu­jesz.

W na­szej re­la­cji od po­cząt­ku, bez słów by­ło wia­do­mo, że wspól­ne łóż­ko nie wcho­dzi w grę. Ona, mi­mo iż by­ła ko­bie­tą sa­mot­ną, oko­ło czter­dziest­ki, nie sy­gna­li­zo­wa­ła na­wet naj­mniej­szym ge­stem i za­cho­wa­niem, że chce, abym od­pła­cał jej za miesz­ka­nie w na­tu­rze. Przy­ję­ła mnie pod swój dach z czy­stej sym­pa­tii. I ku mo­je­mu zdzi­wie­niu ni­g­dy nic za to nie chcia­ła. Zo­sia Bo­rys, bo tak na­zy­wa­ła się owa prze­mi­ła i bez­in­te­re­sow­na ko­bie­ta, pra­co­wa­ła w po­lo­nij­nej sta­cji ra­dio­wej, gdzie co­dzien­nie w ję­zy­ku pol­skim czy­ta­ła wia­do­mo­ści ze świa­ta i Ame­ry­ki, jak też ogło­sze­nia re­kla­mo­we róż­nych firm po­lo­nij­nych, któ­re w owych cza­sach po­wsta­wa­ły jak grzy­by po desz­czu, a wów­czas był rok 1998. A więc ide­al­ne miej­sce na re­kla­mę mo­ich usług w bran­ży te­ra­pii ma­nu­al­nej.

– Ale jak mam za­cząć? Jak po­sta­wić pierw­sze kro­ki, Zo­siu? – spy­ta­łem.

– Nie martw się, pod­po­wiem ci i po­pro­wa­dzę cię przez wszyst­kie nie­zbęd­ne for­mal­no­ści.

Tak rze­czy­wi­ście się sta­ło. Tyl­ko w Ame­ry­ce by­ło to moż­li­we. Bez po­zwo­le­nia na po­byt, tyl­ko na trzy­mie­sięcz­nej wi­zie wjaz­do­wej, któ­rą pod­bi­li mi na nie­miec­kim pasz­por­cie na lot­ni­sku O’Ha­re, otwo­rzy­łem ga­bi­net w pol­skiej dziel­ni­cy Bel­mont. Bez po­zwo­le­nia na pra­cę i na dłuż­szy po­byt. Uru­cho­mi­łem swo­ją dzia­łal­ność już po trzech dniach od chwi­li wjaz­du do mia­sta Chi­ca­go. Mia­łem praw­dzi­we szczę­ście. Ale w tam­tych la­tach nie był to ża­den pro­blem, bo nie by­ło wte­dy tej ogrom­nej fa­li nie­le­gal­nych uchodź­ców z Mek­sy­ku, z ja­ką bo­ry­ka się USA w ro­ku 2025. Oczy­wi­ście bez Zo­si Bo­rys nic nie by­ło­by z mo­ich za­mie­rzeń.

Po­je­cha­ła ze mną do wszyst­kich nie­zbęd­nych Urzę­dów w Do­wn­ton (Śród­mie­ście) i prze­szła ze mną przez wszyst­kie nie­zbęd­ne for­mal­no­ści. Już po ty­go­dniu sta­łem się te­ra­peu­tą-ma­sa­ży­stą, pro­wa­dzą­cym wła­sny ga­bi­net w Chi­ca­go. Zo­sia pra­wie co­dzien­nie re­kla­mo­wa­ła w swej sta­cji ra­dio­wej mój no­wo otwar­ty ga­bi­net w Bel­mont. Po­ma­ga­ły też jej kon­tak­ty z re­dak­cją ga­ze­ty Chi­ca­go, gdzie rów­nież za­miesz­cza­łem swo­je re­kla­my.

Po­miesz­ki­wa­łem u Zo­si ze trzy ty­go­dnie, ale wkrót­ce wy­pro­wa­dzi­łem się, bo po­ja­wi­ła się w mo­im ży­ciu ko­lej­na ko­bie­ta, o wdzięcz­nym imie­niu Alin­ka. Spo­tka­łem ją pod­czas jed­nej z licz­nych im­prez po­lo­nij­nych. W ogó­le po­zna­łem ma­sę Po­lo­nii z Chi­ca­go, za­rów­no lu­dzi miesz­ka­ją­cych tam od lat, jak i tych, któ­rzy do­pie­ro co przy­je­cha­li. Jed­ną z ta­kich osób by­ła dość już zna­na w śro­do­wi­sku po­lo­nij­nym wróż­ka i chi­ro­mant­ka Elż­bie­ta. By­ła to ko­bie­ta bar­dzo pu­szy­sta, wa­gi su­per­cięż­kiej, mia­ła na­to­miast przy­ja­cie­la wa­gi su­per­lek­kiej. Ta pa­ra zde­cy­do­wa­nie zwra­ca­ła na sie­bie uwa­gę. Oczy­wi­ście pod­czas im­pre­zy za­po­zna­łem się z Elż­bie­tą, bo tak jak i ja star­to­wa­ła po raz ko­lej­ny w Chi­ca­go. Od ra­zu zła­pa­li­śmy kon­takt. Roz­mo­wa na­tu­ral­nie ze­szła na mo­je pla­ny i za­mie­rze­nia. Szu­ka­ła też miej­sca, w któ­rym mo­gła­by upra­wiać swo­je cza­ry-ma­ry, dla­te­go moc­no za­in­te­re­so­wa­ła się mo­ją oso­bą. Wy­ja­wi­łem jej, że w wy­na­ję­tym po­miesz­cze­niu w Bel­mont mam ga­bi­net ma­sa­żu. Od te­go dnia spo­ty­ka­li­śmy się dość czę­sto. Do współ­pra­cy nie do­szło, bo Elż­bie­ta zna­la­zła ma­łe nie­za­leż­ne miesz­kan­ko, po­kój z ko­ry­ta­rzem, któ­ry zmie­ni­ła w po­cze­kal­nię z krze­sła­mi dla klien­tów chęt­nych na jej wróż­biar­skie usłu­gi.

Ku mo­je­mu za­do­wo­le­niu mój ga­bi­net za­czął cie­szyć się wśród chi­ca­gow­skiej Po­lo­nii co­raz więk­szą po­pu­lar­no­ścią. Zja­wia­li się kon­trak­to­rzy, czy­li Po­la­cy pra­cu­ją­cy na kontr­ak­cie (przyj­mu­ją­cy zle­ce­nia na bu­do­wę do­mów), pa­nie sprzą­ta­ją­ce do­my bo­ga­tych, ame­ry­kań­skich Ży­dó­wek, czę­sto mó­wią­cych po pol­sku, kie­row­cy wiel­kich ko­lo­ro­wych cię­ża­ró­wek, jak też wła­ści­cie­le ma­łych chi­ca­gow­skich biz­ne­sów. Mia­łem co­raz wię­cej klien­tów i po­zna­wa­łem Po­la­ków ze wszyst­kich grup spo­łecz­nych – od zwy­kłych lu­dzi pra­cy po by­łych dy­rek­to­rów i pro­mi­nen­tów. Tra­fił mi się na­wet kie­dyś by­ły mi­ni­ster, ale ze wzglę­dów oso­bi­stych nie po­dam na­zwi­ska. Z mo­ich usług ko­rzy­stał na­wet pol­ski biz­nes­men i re­stau­ra­tor Ta­de­usz Ko­wal­czyk, by­ły mąż Vio­let­ty Vil­las. Naj­wię­cej hi­sto­rii i opo­wie­ści przy­no­si­ły do mo­je­go ga­bi­ne­tu pa­nie sprzą­ta­ją­ce do­my i chi­ca­gow­skie biu­ra. Jed­na z tych hi­sto­rii sta­ła się póź­niej przy­czy­ną mo­je­go roz­sta­nia z Alin­ką, mi­strzy­nią ero­tycz­nych tech­nik sek­su­al­nych, na punk­cie któ­rych pra­wie że osza­la­łem. Zresz­tą nie tyl­ko ja, jak póź­niej się oka­za­ło. Ale wróć­my do Elż­bie­ty. Co­raz czę­ściej za­przą­ta­ła mo­je my­śli i co­raz wię­cej o niej roz­my­śla­łem. By­wa­łem w jej ga­bi­ne­cie re­gu­lar­nie, bo lu­bi­łem za­rów­no sta­wia­ne przez nią kar­ty, jak i wi­zje mo­jej przy­szło­ści, któ­re wy­da­wa­ły mi się cał­kiem praw­do­po­dob­ne.

Pod­czas jed­nej z ko­lej­nych wi­zyt, w trak­cie roz­mo­wy, za­gad­nę­ła mnie o ży­cie oso­bi­ste.

– No i co, An­drze­ju, jak tam spra­wy ser­co­we? – spy­ta­ła. – Nic się nie dzie­je, jak mó­wią mo­je kar­ty. Mo­że nad­szedł czas, by to zmie­nić. – Po­pa­trzy­ła na mnie dwu­znacz­nie.

– Przy­znam szcze­rze, że sam też o tym my­ślę, ale jak do­tąd na ho­ry­zon­cie nie po­ja­wi­ła się żad­na od­po­wied­nia oso­ba. A wła­ści­wie żad­na od­po­wied­nia ko­bie­ta – do­pre­cy­zo­wa­łem.

– Wiesz co, my­ślę, że mam od­po­wied­nią kan­dy­dat­kę dla cie­bie – po­wie­dzia­ła. – To czter­dzie­sto­let­nia roz­wód­ka, któ­ra jest mo­ją sta­łą klient­ką. Mi­ła, atrak­cyj­na i bar­dzo ory­gi­nal­na, tak jak i ty zresz­tą. Na mo­je oko sta­no­wi­li­by­ście ład­ną pa­rę. Co ty na to, An­drzej­ku? – spy­ta­ła.

– Ten opis brzmi za­chę­ca­ją­co – za­uwa­ży­łem – ale za­sta­na­wia mnie, na czym po­le­ga ta jej ory­gi­nal­ność?

– Po­le­ga na wło­sach – od­po­wie­dzia­ła.

Zdu­mia­łem się.

– Tak, mój dro­gi, wszyst­ko przez jej wło­sy, któ­re ma­ją oko­ło dwóch me­trów dłu­go­ści. Wła­śnie dla­te­go chcia­no wpi­sać ją do Księ­gi Re­kor­dów Gu­in­nes­sa.

– To rze­czy­wi­ście ory­gi­nal­ny eg­zem­plarz – po­twier­dzi­łem.

– Mi­mo że ca­łe chi­ca­gow­skie po­lo­nij­ne śro­do­wi­sko świet­nie ją zna, ja­koś nie mo­że zna­leźć so­bie od­po­wied­nie­go part­ne­ra. My­ślę, że bę­dzie­cie pa­so­wa­li do sie­bie – za­chę­ca­ła Elż­bie­ta. Póź­niej nie­ste­ty sam prze­ko­na­łem się, dla­cze­go mia­ła pro­ble­my ze stwo­rze­niem sta­łe­go związ­ku.

– A po­wiedz mi, Elu, z cze­go ona jest, jak to się wy­ra­zi­łaś, zna­na po­śród Po­lo­nu­sów?

– Ano spra­wa jest pro­sta. Po­la­cy, jak wiesz, uwiel­bia­ją wszel­kie­go ro­dza­ju trun­ki, naj­czę­ściej te wy­so­ko­pro­cen­to­we. Ich nad­mier­ne spo­ży­cie czę­sto pro­wa­dzi do róż­nych eks­ce­sów. Fru­stra­cja, tę­sk­no­ta za bli­ski­mi i pro­ble­my co­dzien­ne­go ży­cia na ame­ry­kań­skiej zie­mi, na co dzień skry­wa­ne, po al­ko­ho­lu prze­ra­dza­ją się w agre­sję, awan­tu­ry i bój­ki. Naj­czę­ściej koń­czy się to in­ter­wen­cją miej­sco­wej po­li­cji, któ­ra w sta­nie Mi­chi­gan ra­czej nie sły­nie z ła­god­no­ści.

– No do­brze, ale co ma two­ja Alin­ka z tym wspól­ne­go?

– No wła­śnie to sta­no­wi sed­no jej za­ję­cia. Od dwu­dzie­stu lat jest ona se­kre­tar­ką bar­dzo zna­ne­go w pol­skim śro­do­wi­sku ad­wo­ka­ta po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go. Po kil­ku la­tach po­wie­rzył Alin­ce pro­wa­dze­nie biu­ra i re­pre­zen­to­wa­nie je­go in­te­re­sów. On w biu­rze po­ja­wia się do­pie­ro po dzie­więt­na­stej. W cią­gu dnia wy­stę­pu­je w tu­tej­szym są­dzie ja­ko obroń­ca pol­skich pi­ja­ków, awan­tur­ni­ków i drob­nych zło­dzie­jasz­ków. Ro­bo­ty ma co nie­mia­ra, na­si ro­da­cy przy­spa­rza­ją mu ty­le za­ję­cia, że mógł­by pra­co­wać dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na do­bę – oznaj­mi­ła Ela z uśmie­chem. – Alin­ka od go­dzi­ny dzie­wią­tej do dzie­więt­na­stej, dzia­ła­jąc w je­go imie­niu, ro­bi nie­sa­mo­wi­te biz­ne­sy, ka­su­jąc przez ewi­den­cję i ka­sę fi­skal­ną od klien­tów do­la­ry, re­ali­zu­jąc nad­pro­gra­mo­we usłu­gi. Pi­sze róż­ne­go ro­dza­ju od­wo­ła­nia i tłu­ma­czy pi­sma wsze­la­kie na ję­zyk an­giel­ski, któ­ry w prze­ci­wień­stwie do wie­lu Po­la­ków opa­no­wa­ła zna­ko­mi­cie. A więc jest to bar­dzo bo­ga­ta ko­bie­ta z wła­snym dwu­pię­tro­wym do­mem w do­brej, spo­koj­nej dziel­ni­cy. Do­ro­bi­ła się, pro­wa­dząc, jak­by to ująć, wła­sny biz­nes w biz­ne­sie ad­wo­ka­ta. On wie o tym, ale i tak jest bar­dzo z niej za­do­wo­lo­ny, bo wciąż na­pę­dza mu już przez ty­le lat co­raz to wię­cej no­wych pe­ten­tów i nie prze­szka­dza mu, że krę­ci ta­ki in­te­res u je­go no­wych i sta­łych klien­tów.

Tak, mój An­drzej­ku, Alin­ka to świet­na par­tia dla cie­bie. Tyl­ko jak tu za­aran­żo­wać wa­sze spo­tka­nie… – za­my­śli­ła się głę­bo­ko.

Po chwi­li mil­cze­nia, pa­trząc na mnie uważ­nie, po­wie­dzia­ła:

– Już wiem, mam po­mysł. Ona przy­cho­dzi tu re­gu­lar­nie na kar­ty w po­nie­dział­ki i piąt­ki. Ja­ki ma­my dzień?

– Śro­da, o ile się nie my­lę – od­po­wie­dzia­łem.

– OK, w pią­tek tak usta­wię klien­ta, któ­re­go mam przed nią, by mu­sia­ła po­cze­kać w ko­ry­ta­rzu, aż on wyj­dzie. W tym cza­sie przyj­dziesz też i ty, usią­dziesz obok niej na krze­seł­ku i na­wią­żesz roz­mo­wę. Do­ło­żę sta­rań, by nikt wam nie prze­szka­dzał i że­by­ście mie­li wy­star­cza­ją­co du­żo cza­su.

Tak też się sta­ło. W pią­tek o umó­wio­nej go­dzi­nie zna­la­złem się przed do­mem, gdzie Ela wy­naj­mo­wa­ła ga­bi­net. Sta­ną­łem przed drzwia­mi z gło­śno bi­ją­cym z emo­cji ser­cem. Od­cze­ka­łem chwi­lę, wzią­łem głę­bo­ki od­dech i… wsze­dłem do środ­ka.

We­wnątrz za­sta­łem za­my­ślo­ną ko­bie­tę, ład­ną, z po­cią­głą bu­zią, dziw­nym spoj­rze­niem i dwo­ma ory­gi­nal­ny­mi, gru­by­mi war­ko­cza­mi zwi­sa­ją­cy­mi aż do ta­lii. Uwa­gę zwra­ca­ła fry­zu­ra – ty­po­wa „ko­ro­na”. Ta ko­bie­ta zde­cy­do­wa­nie mi się spodo­ba­ła… Mi­mo iż by­ła ra­czej dość prze­cięt­nej uro­dy, trze­ba przy­znać, że mia­ła w so­bie to „coś”… czy­li ema­no­wa­ła sek­sa­pi­lem. Tembr gło­su, ge­sty­ku­la­cja, spo­sób, w ja­ki ukła­da­ła pięk­ne dło­nie, po­cią­ga­ją­cy ak­cent an­giel­ski w pol­skim ję­zy­ku. Za­lot­ność, któ­rą sy­gna­li­zo­wa­ła w roz­mo­wie, da­wa­ła mi znać: „Je­stem do wzię­cia”. Po­nie­waż ko­bie­cy świat i jej ocze­ki­wa­nia by­ły mi już do­sko­na­le zna­ne dzię­ki wie­lo­let­nie­mu do­świad­cze­niu, roz­mo­wa po­to­czy­ła się lek­ko i w przy­jem­nej at­mos­fe­rze.

Ja ocza­ro­wa­łem Alin­kę, a ona rów­nież do­kła­da­ła sta­rań, by ocza­ro­wać mnie. I tak mi­nę­ło nam pół go­dzi­ny i zdą­ży­li­śmy wy­mie­nić się wi­zy­tów­ka­mi. Umó­wi­li­śmy się na ka­wę, a że by­ło pięk­ne i go­rą­ce la­to, spo­tka­nie mia­ło się od­być w par­ko­wej ka­wia­ren­ce.

W umó­wio­nym dniu, a był to bo­daj­że po­nie­dzia­łek, sta­wi­łem się punk­tu­al­nie o umó­wio­nej go­dzi­nie w lo­ka­lu o na­zwie Park Vil­la­ge. By­łem pierw­szy, Alin­ka po­ja­wi­ła się dzie­isęć mi­nut po mnie, ubra­na w ku­szą­cą spód­nicz­kę mi­ni z cien­kie­go tiu­lu, któ­ra ku­szą­co prze­świ­ty­wa­ła, uka­zu­jąc jej zgrab­ne cia­ło i w po­ry­wach wia­tru bia­łą, mar­ko­wą bie­li­znę.

Przy­wi­ta­ła się, ku mo­je­mu ra­do­sne­mu zdu­mie­niu, lek­ko ca­łu­jąc mnie w po­li­czek. Och… ja­kie to obie­cu­ją­ce, po­my­śla­łem.

Roz­mo­wa po­to­czy­ła się wart­ko. Roz­ma­wia­li­śmy ży­ciu w Chi­ca­go i pra­cy za­wo­do­wej, jej klien­tach i ich pro­ble­mach z ame­ry­kań­skim pra­wem. Opo­wie­dzia­ła przy tym pa­rę prze­za­baw­nych hi­sto­ry­jek o pi­jac­kich eska­pa­dach i zwią­za­ny­mi z tym pro­ble­ma­mi uczest­ni­ków pol­skie­go po­cho­dze­nia. Mu­szę przy­to­czyć jed­ną z nich, bo to hi­sto­ryj­ka war­ta, by ją opi­sać.

***

Nasz bo­ha­ter, zwą­cy się Ma­rian, ba­wiąc się ca­łą noc w Wan­de­rze (dys­ko­te­ka w Mil­wau­kee w Chi­ca­go), stwier­dził, spoj­rzaw­szy na ze­ga­rek, że jest czwar­ta nad ra­nem i czas wra­cać do do­mu. Opu­ścił lo­kal, z trud­no­ścią znaj­du­jąc wyj­ście. By­ło to dla nie­go pro­ble­ma­tycz­ne, bo ilość al­ko­ho­lu we krwi, lub krwi w al­ko­ho­lu, któ­ry tej no­cy spo­żył, by­ła zna­czą­ca.

Ale nie ba­cząc na tę drob­nost­kę, uszczę­śli­wio­ny od­na­lazł swo­je au­to na par­kin­gu, z wy­sił­kiem je otwo­rzył, po usa­do­wie­niu się i dłu­gim ce­lo­wa­niu klu­czy­kiem w sta­cyj­kę w koń­cu ru­szył z miej­sca.

Jed­nak krą­żą­cy w ży­łach al­ko­hol unie­moż­li­wiał je­go mó­zgo­wi pra­wi­dło­we funk­cjo­no­wa­nie. Z tru­dem pa­no­wał nad au­tem i wę­ży­kiem su­nął nasz bo­ha­ter wol­no po opu­sto­sza­łych o tej po­rze uli­cach mia­sta. W pew­nym mo­men­cie za je­go au­tem roz­bły­sły ko­lo­ro­we, pul­su­ją­ce świa­tła ra­dio­wo­zu. Du­ży na­pis „STOP” (moc­no i wy­raź­nie pod­świe­tlo­ny), pra­wie na­tych­miast go otrzeź­wił. Strach i zdu­mie­nie (skąd oni rap­tem się wzię­li?) spa­ra­li­żo­wa­ły mu umysł i cia­ło. Zje­chał na po­bo­cze, po­ło­żył rę­ce na kie­row­ni­cy (zgod­nie z ame­ry­kań­skim pra­wem) i nie ru­sza­jąc się cze­kał, co na­stą­pi. Po chwi­li za­uwa­żył w bocz­nym lu­ster­ku, jak po­tęż­na po­stać chi­ca­gow­skie­go po­li­cjan­ta wy­ła­nia się z la­tar­ką w rę­ku z ra­dio­wo­zu. Po­li­cjant zbli­żył się do je­go au­ta bar­dzo po­wo­li, oświe­tlił la­tar­ką je­go nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne, rzu­cił coś przez krót­ko­fa­lów­kę i zbli­żył się do na­sze­go bo­ha­te­ra, pod­cho­dząc od stro­ny kie­row­cy… Ge­stem na­ka­zał opu­ścić szy­bę ze­sztyw­nia­łe­mu ze stra­chu Ma­ria­no­wi. Gdy ten wy­ko­nał po­le­ce­nie, sta­ry po­li­cyj­ny wy­ga z po­li­cyj­ne­go pa­tro­lu, oce­niw­szy szyb­ko na­sze­go pi­ja­ne­go kie­row­cę, wsa­dził gło­wę do środ­ka, wcią­ga­jąc głę­bo­ko no­sem po­wie­trze z wnę­trza (nie bez po­wo­du w Pol­sce mó­wi się na po­li­cjan­tów „psy”). Kie­dy po­czuł cha­rak­te­ry­stycz­ną woń prze­tra­wio­ne­go al­ko­ho­lu, sy­tu­acja na­tych­miast sta­ła się dla nie­go oczy­wi­sta. Oświe­tlił la­tar­ką twarz Ma­ria­na, zaj­rzał mu w oczy…

– Are you pi­ja­ny? – za­py­tał pra­wie po pol­sku. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, bo by­ło to prze­cież oczy­wi­ste, za­żą­dał oka­za­nia wy­ma­ga­nych do­ku­men­tów. Kie­dy nasz im­pre­zo­wicz po­dał mu je do rę­ki, po­li­cjant, rzu­ciw­szy krót­kie:

– Wa­it her. – Udał się do ra­dio­wo­zu, by przez ra­dio­sta­cję ści­śle prze­świe­tlić de­li­kwen­ta.

Mi­nę­ło ze dwa­dzie­ścia mi­nut, nim funk­cjo­na­riusz po­wró­cił. Ma­rian w tym cza­sie prze­stra­szo­ny ukła­dał w gło­wie naj­czar­niej­sze sce­na­riu­sze!

– Ok. Two­je pa­pie­ry są w po­rząd­ku, a te­raz – zwró­cił się do nie­go, po­now­nie wkła­da­jąc gło­wę do wnę­trza au­ta – ile masz w kie­sze­niach pie­nię­dzy? – po­wie­dział, uważ­nie pa­trząc mu w oczy.

Ma­rian wy­cią­gnął z pra­wej kie­sze­ni spodni dwa­dzie­ścia sie­dem do­la­rów i otwo­rzył dłoń przed no­sem po­li­cjan­ta, ten jed­nym szyb­kim ru­chem zgar­nął pie­nią­dze, cof­nął gło­wę i…

– You can go – rzu­cił, ma­cha­jąc rę­ką.

Ma­rian ru­szył po­słusz­nie i na od­chod­nym usły­szał jesz­cze:

– Pro­wadź po­wo­li i uwa­żaj, aby nie je­chać wę­ży­kiem.

Jak póź­niej usły­sza­łem w roz­mo­wach ze sta­ry­mi Po­lo­nu­sa­mi, chi­ca­gow­ska po­li­cja sły­nie wła­śnie z ta­kich prak­tyk. Wie­dząc, że Po­la­cy lu­bią so­bie wy­pić, funk­cjo­na­riu­sze nad ra­nem cza­tu­ją pod pu­ba­mi i dys­ko­te­ka­mi w pol­skich dziel­ni­cach, w ten spo­sób „za­ra­bia­jąc” na swo­je po­ran­ne śnia­da­nie.

Po­wra­ca­jąc do na­sze­go Ma­ria­na, na­stęp­nym ra­zem nie miał już ty­le szczę­ścia i jaz­da po spo­ży­ciu… skoń­czy­ła się w są­dzie. Ale wte­dy wkro­czy­ła Alin­ka, któ­ra ja­ko re­pre­zen­tant­ka „spra­wy” szyb­ko za­ła­twi­ła wy­ku­pie­nie go z aresz­tu. Oczy­wi­ście przy oka­zji ska­so­wa­ła od­po­wied­nią pro­wi­zję, po czym wpła­ci­ła kau­cję i wy­cią­gnę­ła go na wol­ność. Śmie­jąc się opo­wia­da­ła, że w ten spo­sób za­ra­bia na pol­skich mi­ło­śni­kach wy­sko­ko­wych trun­ków spo­re pie­nią­dze, gdyż sły­nie w pol­skim śro­do­wi­sku ze swo­ich ko­nek­sji w są­dzie i ra­to­wa­nia ich czte­rech li­ter w ta­kich przy­pad­kach.

Gdy skoń­czy­li­śmy roz­mo­wę, za­pro­po­no­wa­ła wspól­ny spa­cer po par­ku, na co przy­sta­łem z wiel­ką ocho­tą. Od po­cząt­ku spo­tka­nia mię­dzy na­mi wy­raź­nie iskrzy­ło. Sło­wa, ge­sty i mi­mi­ka – wszyst­ko mię­dzy na­mi wy­peł­nia­ła nie­wi­dzial­na, ero­tycz­na au­ra, cał­ko­wi­cie za­cie­ra­ją­ca dy­stans dzie­lą­cy dwo­je ob­cych so­bie lu­dzi. Wsta­li­śmy od sto­li­ka i za­pła­ci­łem ra­chu­nek.

– Do­kąd pój­dzie­my, Alin­ko? – spy­ta­łem.

Wzię­ła mnie za rę­kę, ści­ska­jąc de­li­kat­nie mo­je pal­ce i po­wie­dzia­ła:

– Nie martw się, znam ten park, nie zbłą­dzi­my.

Czu­łem, jak pod wpły­wem cie­pła jej dło­ni prze­bie­ga­ją prze­ze mnie de­li­kat­ne elek­trycz­ne im­pul­sy, spodnie na­gle sta­ły się przy­cia­sne w kro­czu, a puls roz­cho­dził się po ca­łym cie­le – od gło­wy aż po pod­brzu­sze. Szli­śmy w ten pięk­ny lip­co­wy dzień przez ma­lo­wa­ny zie­le­nią i ko­lo­ra­mi róż­no­barw­nych kwia­tów park, w mil­cze­niu roz­ko­szu­jąc się do­ty­kiem na­szych dło­ni, któ­ry tak obie­cu­ją­co za­po­wia­dał przy­szłe wy­da­rze­nia i na­szą… mi­łość. Sam dziś nie wiem, co to by­ło. Z per­spek­ty­wy lat po­wie­dział­bym, że by­ła to przede wszyst­kim ogrom­na na­mięt­ność i przy­cią­ga­nie, któ­re spra­wia­ły, że przy każ­dym spo­tka­niu lgnę­li­śmy do sie­bie ni­czym ma­gne­sy. By­ło tam też sil­ne emo­cjo­nal­ne za­an­ga­żo­wa­nie i chęć bli­sko­ści, ale bar­dziej ciał niż dusz.

Alin­ka za­trzy­ma­ła się, ro­zej­rza­ła się wo­kół i po­pa­trzy­ła mi za­lot­nie w oczy.

– Chcesz jesz­cze po­spa­ce­ro­wać, czy masz już dość? – Po­now­nie ro­zej­rza­ła się się wo­ko­ło. W par­ku nie by­ło ni­ko­go, kom­plet­na pust­ka, w alej­kach par­ko­wych ży­wej du­szy. Spoj­rza­ła na mnie bez sło­wa. Wpa­tru­jąc się pro­sto w mo­je oczy, zmy­sło­wo przy­gry­zła gór­ną war­gę. Od ra­zu zro­zu­mia­łem, cze­go pra­gnie. Ob­ją­łem ją w pa­sie, moc­no przy­cią­gną­łem do sie­bie i po­ca­ło­wa­łem na­mięt­nie. Jej war­gi jak­by tyl­ko na to cze­ka­ły. Lek­ko je roz­chy­li­ła i z dra­pież­ną, wy­głod­nia­łą zmy­sło­wo­ścią za­czę­ła za­chłan­nie ca­ło­wać mnie oraz pie­ścić ję­zy­kiem wnę­trze mo­ich ust. Na­sze cia­ła moc­no przy­lgnę­ły do sie­bie. Kie­dy po­czu­ła twar­dość mo­je­go pe­ni­sa, aż jęk­nę­ła z roz­ko­szy, wy­gi­na­jąc się i prę­żąc pod na­po­rem na­ra­sta­ją­ce­go po­żą­da­nia. Ro­zej­rza­ła się jesz­cze raz i roz­su­nę­ła mi su­wak u spodni. Wy­do­by­ła na wierzch mo­ją twar­dą mę­skość i spraw­ną rę­ką za­czę­ła mnie pie­ścić. Nie mu­sia­ła dłu­go cze­kać. Mo­je pod­nie­ce­nie na­ra­sta­ło od po­cząt­ku na­sze­go spo­tka­nia, a każ­de jej sło­wo i każ­dy gest tyl­ko bar­dziej roz­pa­la­ły we mnie ogień na­mięt­no­ści. Fi­nał piesz­czot jej pra­co­wi­tej dło­ni oka­zał się gwał­tow­ny i nie­zwy­kle in­ten­syw­ny. Ku mo­je­mu zdu­mie­niu ona też osią­gnę­ła swój cel, na­pie­ra­jąc kro­czem na mo­je udo, kie­dy ja dzię­ki jej sta­ra­niom do­bi­ja­łem do brze­gu. Obo­je by­li­śmy usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni, gdy opa­dły już emo­cje tej gwał­tow­nej, nie­mal zwie­rzę­cej kul­mi­na­cji po­żą­da­nia i prze­szy­wa­ją­cych nas fal ero­tycz­ne­go na­pię­cia. Po dro­dze, wra­ca­jąc do au­ta, by­li­śmy już jed­nym cia­łem, ob­ję­ci i przy­tu­le­ni nie od­ry­wa­li­śmy się od sie­bie. Wsia­da­jąc do au­ta Alin­ka spy­ta­ła:

– Gdzie ty wła­ści­wie miesz­kasz?

Po­da­łem jej ad­res i opo­wie­dzia­łem, w ja­kich oko­licz­no­ściach zna­la­złem się u Zo­si. Dziw­ne spoj­rze­nie prze­rwa­ło mo­ją opo­wieść

– Jak to, miesz­kasz u tej Zo­si? – spy­ta­ła.

– Ow­szem, nie mia­łem in­nej al­ter­na­ty­wy.

– Ok. Nie wiem, czy wiesz, ale od za­raz już tam nie miesz­kasz. Je­śli chcesz, aby­śmy by­li ra­zem, to wła­śnie je­dzie­my po two­je rze­czy i wpro­wa­dzasz się do mnie – oznaj­mi­ła.

Pod­czas te­go chi­ca­gow­skiej la­ta nic lep­sze­go nie mo­gło mnie spo­tkać. Nie wa­ha­łem się ani chwi­li.

– Oczy­wi­ście, że się zga­dzam – od­po­wie­dzia­łem. Ta pro­po­zy­cja by­ła dla mnie jak wy­gra­na ku­mu­la­cji w to­to­lot­ka. Zdo­być ko­bie­tę, za któ­rą sza­la­ło ca­łe mo­je je­ste­stwo, i jesz­cze z nią za­miesz­kać – to wy­da­wa­ło się speł­nie­niem ma­rzeń każ­de­go przy­by­sza z Eu­ro­py, a już szcze­gól­nie z Pol­ski. A więc pod­je­cha­li­śmy pod dom Zo­si, któ­rej nie by­ło w do­mu. Szyb­ko spa­ko­wa­łem swój skrom­ny do­by­tek, na­pi­sa­łem wy­ja­śnia­ją­cą kar­tecz­kę z prze­pro­si­na­mi i obiet­ni­cą dal­szej mi­łej współ­pra­cy, tym ra­zem za­pła­ty za re­kla­mę mo­je­go ga­bi­ne­tu i ru­szy­li­śmy z pi­skiem opon do do­mu Alin­ki. Ku na­szej wspól­nej przy­szło­ści.

Roz­dział 2

Za­czę­ły się dni i no­ce na­szej wspól­no­ty. Alin­ka oka­za­ła się pra­co­ho­licz­ką na­sta­wio­ną na ro­bie­nie biz­ne­su. Co­dzien­nie od dzie­wią­tej ra­no do dzie­więt­na­stej sie­dzia­ła w biu­rze ad­wo­kac­kim swo­je­go sze­fa. Przyj­mo­wa­ła i re­je­stro­wa­ła no­wych klien­tów, udzie­la­ła po­rad praw­nych, pi­sa­ła pi­sma w imie­niu pol­skich klien­tów, ka­su­jąc przy tym do­la­ry na swój ra­chu­nek. Kie­dy zmę­czo­na wra­ca­ła do do­mu ko­ło dwu­dzie­stej, nie­wie­le już cza­su po­zo­sta­wa­ło dla mnie, stę­sk­nio­ne­go i wy­cze­ku­ją­ce­go na jej wspa­nia­łe i tak chęt­ne cia­ło.

Jed­nak ukry­tym pra­gnie­niem mo­jej ko­bie­ty by­ła wiel­ka chęć po­sia­da­nia dziec­ka. A więc, mi­mo bra­ku ener­gii i zmę­cze­nia, Alin­ka ro­bi­ła wszyst­ko, bym ją za­płod­nił. Co­dzien­ny wie­czor­ny seks stał się już pra­wie (po raz ko­lej­ny w mym ży­ciu) ry­tu­ałem. By­ła ab­so­lut­ną i nie­po­wta­rzal­ną mi­strzy­nią w sek­sie oral­nym, mu­szę to przy­znać. Kie­dy wie­czo­rem przy­cho­dzi­ła do sy­pial­ni, świe­żo po ką­pie­li, pach­ną­ca per­fu­ma­mi, w lek­kiej, pół­prze­źro­czy­stej tu­ni­ce sub­tel­nie pod­kre­śla­ją­cej kształ­ty jej cia­ła, już sam ten wi­dok do­pro­wa­dzał mnie do sza­leń­stwa. Na­stęp­nie ukła­da­ła się na bo­ku przy mnie, pod­no­sząc tu­ni­kę w gó­rę, roz­su­wa­jąc no­gi, na­pie­ra­jąc kro­czem na mo­je udo. By­ła to jej ulu­bio­na gra wstęp­na. Ca­ło­wa­ła mnie przy tym z fi­ne­zją, do­cie­ra­jąc do wszyst­kich punk­tów ero­gen­nych ję­zy­kiem i suk­ce­syw­nie zjeż­dża­jąc w dół. Ob­ra­ca­ła ko­li­sty­mi ru­cha­mi pier­si wo­kół naj­bar­dziej wraż­li­wych punk­tów mo­jej klat­ki pier­sio­wej i brzu­cha. Kie­dy już do­tar­ła do mo­je­go na­brzmia­łe­go pe­ni­sa, obej­mo­wa­ła go de­li­kat­nie usta­mi, krę­cąc przy tym ję­zy­kiem ar­ty­stycz­ne pi­ru­ety na je­go czub­ku, i ma­so­wa­ła go śli­ski­mi, na­wil­żo­ny­mi wcze­śniej lu­bry­kan­tem rę­ka­mi. Efekt jej za­bie­gów był nie­sa­mo­wi­ty – po­tra­fi­ła do­pro­wa­dzić mnie do eja­ku­la­cji w prze­cią­gu pa­ru mi­nut. Nie za­po­mi­naj­cie przy tym, że u fa­ce­ta po czter­dzie­st­ce nie jest to ta­kie oczy­wi­ste. Stre­fy ero­gen­ne nie re­agu­ją już tak, jak w wie­ku dwu­dzie­stu lat. Dla­te­go też na­zwa­łem ją ab­so­lut­ną mi­strzy­nią sek­su oral­ne­go. Bez wzglę­du na to, jak bar­dzo by­łem zmę­czo­ny po pra­cy czy ko­lej­nych im­pre­zach, w któ­rych przy­szło mi uczest­ni­czyć, wy­star­czy­ło kil­ka jej ge­stów, by w cią­gu pa­ru mi­nut cał­ko­wi­cie roz­pa­li­ła we mnie po­żą­da­nie.

Jej pra­gnie­nie po­sia­da­nia dziec­ka by­ło tak sil­ne, że pew­nej no­cy obu­dzi­łem się, gdy nie­spo­dzie­wa­nie przy­cią­gnę­ła mnie do sie­bie, peł­na na­mięt­no­ści i po­śpie­chu. Chwi­lę póź­niej, w środ­ku no­cy, za­tra­ci­li­śmy się w so­bie cał­ko­wi­cie, aż obo­je rów­no­cze­śnie osią­gnę­li­śmy speł­nie­nie. Po wszyst­kim prze­pro­si­łem ją za tą noc­ną po­bud­kę. Wy­słu­cha­ła mo­ich prze­pro­sin i ku mo­je­mu ko­lej­ne­mu wiel­kie­mu zdu­mie­niu od­po­wie­dzia­ła:

– Ho­ney, kie­dy tyl­ko ze­chcesz… nie­waż­ne, jak moc­no bę­dę spa­ła… bierz mnie bez py­ta­nia. Chcę wresz­cie zo­stać mat­ką. Ma­rzę o tym, że­by w mo­im wnę­trzu za­czę­ło ro­snąć na­sze dziec­ko.

Tak bar­dzo pra­gną­łem i po­żą­da­łem tej ko­bie­ty, że bez za­sta­no­wie­nia był­bym go­tów zro­bić jej na­wet dzie­się­cio­ro dzie­ci. Z cza­sem jed­nak w swo­im za­uro­cze­niu za­czą­łem po­zna­wać szcze­gó­ły z jej ży­cia – a te co­raz bar­dziej mnie za­ska­ki­wa­ły i bo­le­śnie ra­ni­ły mo­je ser­ce.

Pra­cu­jąc w ga­bi­ne­cie ja­ko ma­sa­ży­sta, jak już wspo­mi­na­łem, przyj­mo­wa­łem lu­dzi ze wszyst­kich grup spo­łecz­nych. Jed­nak na do­le­gli­wo­ści krę­go­słu­pa naj­czę­ściej cier­pia­ły ko­bie­ty sprzą­ta­ją­ce do­my i biu­ra bo­ga­tych Ame­ry­ka­nów. Jed­ną z ta­kich pań sprzą­ta­ją­cych by­ła mo­ja sta­ła klient­ka. Gdy ko­lej­ne­go wie­czo­ru po pra­cy po­ja­wi­ła się u mnie z sil­nym bó­lem krę­go­słu­pa, dość szyb­ko przy­nio­słem jej wy­tchnie­nie i no­we ży­cie wstą­pi­ło w nią pod­czas za­bie­gu. Kie­dy już we­szli­śmy w etap re­lak­su­ją­cy, od­dy­cha­ła z ulgą i nie­ja­ko w re­wan­żu lub z po­trze­by wy­nu­rzeń na te­mat mo­ral­no­ści na­szych ko­biet z Pol­ski, za­czę­ła opo­wia­dać:

– Pa­nie An­drze­ju, na­wet nie zda­je pan so­bie spra­wy, ja­kie te na­sze Po­lki to kur­wy. – Nie wie­dzia­ła oczy­wi­ście, kim jest mo­ja part­ner­ka, więc mó­wi­ła da­lej:

– Niech pan so­bie wy­obra­zi, że sprzą­tam biu­ra ad­wo­kac­kie w Do­wn­town, więc mam usta­lo­ne go­dzi­ny, kie­dy kan­ce­la­rie są już za­mknię­te i mo­gę wejść po­sprzą­tać. Te­go dnia po­przed­nie biu­ro skoń­czy­łam wcze­śniej i w ko­lej­nym po­ja­wi­łam się pra­wie go­dzi­nę przed wy­zna­czo­nym cza­sem. Kie­dy już do­cho­dzi­łam do drzwi, ze środ­ka za­czę­ły do­bie­gać mnie ja­kieś ję­ki i stę­ka­nia. Wsa­dzi­łam klucz w za­mek, otwo­rzy­łam drzwi i… co wi­dzę? Ta dłu­go­wło­sa Alin­ka z wał­ko­wa­ny­mi wło­sa­mi le­ży na biur­ku ad­wo­ka­ta na ple­cach, z roz­ło­żo­ny­mi sze­ro­ko no­ga­mi, a je­go wiel­ki zad po­ru­sza się ryt­micz­nie mię­dzy ni­mi. Obo­je dy­szą i stę­ka­ją jak zwie­rzę­ta. Nie po­zna­łam jej od ra­zu, bo te krę­co­ne wło­sy zwi­sa­ły aż po­za biur­ko, nie­mal do pod­ło­gi. Po­my­śli pan, że od ra­zu prze­rwa­li? Nie… ro­bi­li to da­lej. Wy­co­fa­łam się jak nie­pysz­na, na ko­ry­ta­rzu cze­ka­łam, aż skoń­czą. Mu­sia­łam po­sprzą­tać, by za­ro­bić pie­nią­dze. Na­wet tę sper­mę z błysz­czą­ce­go bla­tu po nich z obrzy­dze­niem zmy­wa­łam.

Mo­że­cie so­bie wy­obra­zić mo­ją re­ak­cję: za­sko­cze­nie, ból i póź­niej­szą roz­ter­kę. Sza­la­łem za Alin­ką, ro­bi­łem wszyst­ko, by ją za­do­wo­lić i z nią po­zo­stać, a tu ta­ki cios. Te­raz pew­ne ele­men­ty tej ży­cio­wej ukła­dan­ki za­czę­ły wresz­cie wska­ki­wać na swo­je miej­sce.

W po­lo­nij­nym śro­do­wi­sku wszy­scy wie­dzie­li o ukła­dach mo­jej Alin­ki z ad­wo­ka­ta­mi i jej szem­ra­nych in­te­re­sach pro­wa­dzo­nych z ro­da­ka­mi z Pol­ski. W śro­do­wi­sku tym by­ła też zna­na, jak póź­niej do­wie­dzia­łem się od ko­lej­nej mo­jej klient­ki, ze współ­pra­cy z pol­ski­mi Cy­ga­na­mi. Przy­la­ty­wa­li oni do Sta­nów z Pol­ski, łą­czy­li się w gru­py lub szaj­ki zło­dziej­skie i jeź­dzi­li po ca­łej Ame­ry­ce, krad­nąc w cen­trach han­dlo­wych: okra­da­li skle­py odzie­żo­we i ju­bi­ler­skie, nie gar­dzi­li rów­nież elek­tro­ni­ką.

Od po­cząt­ku mo­jej zna­jo­mo­ści z Alin­ką za­uwa­ży­łem, że no­si ona naj­lep­sze mar­ko­we ciu­chy od Dio­ra, Vic­to­ria’s Se­cret i tym po­dob­ne. Do­my­śla­łem się, że mu­si to kosz­to­wać ma­ją­tek, a przy jej oszczęd­nym spo­so­bie ży­cia jed­no z dru­gim ni­jak się nie kle­iło. Ale im le­piej po­zna­wa­łem jej ży­cie, tym wię­cej in­for­ma­cji wy­pły­wa­ło na wierzch. Za­czą­łem po­wo­li do­my­ślać się, na czym to wszyst­ko po­le­ga. Ten co­dzien­ny tryb ży­cia był do­wo­dem ogrom­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia mo­jej part­ner­ki w po­moc cy­gań­skim klien­tom, gra­ni­czą­ce­go wręcz z po­świę­ce­niem.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Roz­dział 2