W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy - Mitchell Joseph - ebook + książka

W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy ebook

Mitchell Joseph

0,0
89,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Klasyka literatury amerykańskiej

Karczmarze i uliczni kaznodzieje, kobieta z brodą i Profesor Mewa – dziwacy i wizjonerzy Nowego Jorku.

Prawie stuletni ekscentryk żywiący się wyłącznie owocami morza przekonany, że taka dieta zapewnia mu długowieczność, Philippa – dziecko geniusz o nieposkromionej wyobraźni, stalowi budowniczowie z plemienia Mohawków, którzy wznosili nowojorskie wieżowce, oraz Mazie, charakterna bileterka kultowego kina opiekująca się nowojorskimi wyrzutkami.

To tylko niektórzy bohaterowie tej książki; wszyscy tworzą niezwykłą galerię postaci, które Joseph Mitchell uwieczniał w swoich reportażach.

„W starym hotelu” to zmysłowy, malarski portret miasta menażerii ułożony z tysięcy drobnych kawałków. Mitchell z czułością i precyzją opowiada o zwyczajnej niezwyczajności swoich bohaterów – outsiderów, ekscentryków i ludzi z pogranicza – i tworzy jedyną w swoim rodzaju panoramę Nowego Jorku.

Legendarne portrety Mitchella, przez lata publikowane w „The New Yorkerze”, zdobyły status klasyki amerykańskiego reportażu. Teraz wreszcie ukazują się po polsku w brawurowym tłumaczeniu Kai Gucio i Jakuba Marka Klawego. To książka obowiązkowa dla wszystkich, których fascynują Nowy Jork i jego niezwykli mieszkańcy.

Joseph Mitchell (1908–1996) – amerykański dziennikarz i pisarz, związany przez większość kariery z tygodnikiem „The New Yorker”. Znany z niesamowitej umiejętności dostrzegania potencjalnych bohaterów w zwykłych ludziach. Choć rozmawiał także z wielkimi osobistościami, takimi jak Albert Einstein czy Eleanor Roosevelt, najbardziej kochał pisać o outsiderach, ekscentrykach i dziwakach zamieszkujących ulice Nowego Jorku. Ich życiu przyglądał się z niemal detektywistyczną pasją połączoną z niezwykłą empatią i współczuciem. Jego twórczość ukształtowała gatunek reportażu literackiego i na trwałe wpisała się w historię amerykańskiej kultury. „W starym hotelu” to książka, która dziś uznawana jest za obowiązkową lekturę dla miłośników reportażu i historii Nowego Jorku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1052

Data ważności licencji: 1/13/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Up in the Old Hotel

Copyright © 1938, 1939, 1940, 1941, 1942, 1943, 1944, 1945, 1947, 1948, 1949, 1951, 1952, 1955, 1956, 1959, 1964, 1965, 1976, 1992 by Joseph Mitchell

Copyright renewed © 1966, 1967, 1968, 1969, 1970, 1971, 1972, 1973, 1975, 1976, 1977, 1979, 1980, 1983, 1984, 1987, 1992 by Joseph Mitchell

Introduction copyright © 2008 by David Remnick

All rights reserved. Published in the United States by Vintage Books, a division of Random House, Inc., New York, and in Canada by Random House of Canada Limited, Toronto.

Originally published in hardcover in the United States by Pantheon Books, a division of Random House, Inc., New York, in 1992. Vintage and colophon are registered trademarks of Random House, Inc.

The stories in this book were originally published in a somewhat different form in The New Yorker.

Copyright © for the translation by Katarzyna Gucio & Jakub Klawe

Projekt okładki: Kira Pietrek

Fotografia na okładce:

© Fred Stein Archive / Archive Photos / Getty Images

© Berenice Abbott / The New York Public Library Digital Collections / domena publiczna

Fotografie na wyklejce:

© Berenice Abbott & Rómulo Lachatañeré / The New York Public Library Digital Collections / domena publiczna

Fotografie w książce:

@ Berenice Abbott / The New York Public Library Digital Collections / domena publiczna

Redaktorka nabywająca: Milena Rachid Chehab

Redaktorka prowadząca: Ewelina Janowska

Adiustacja: Dawid Wiktorski

Korekta: Maria Zając, Beata Stefaniak-Maślanka, Joanna Wiśniewska

Łamanie: DAKA - Studio Graficzna, Dawid Kwoka

Koordynatorka produkcji i przygotowanie do druku: Maria Król, Karolina Korbut

Opieka promocyjna: Bogna Piechocka

ISBN 978-83-8427-238-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach:

www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Dla Sheili McGrath

ANNA ARNODzika precyzja

„Pisarz dla pisarzy” – a writer’s writer – Joseph Mitchell bywa nagradzany tym honorowym, a zarazem niepokojącym tytułem. Z jednej strony obdarzony nim autor to mistrz dla kolegów, którzy go cytują, zazdroszczą mu precyzji i stylistycznej wirtuozerii. Z drugiej strony taki komplement sugeruje, że mamy do czynienia z pisarzem erudycyjnym i nieprzystępnym, który nie podbija serc czytelników. „Absolutnie klarowna w swoim czystym, przejrzystym minimalizmie proza Mitchella jest niczym krystaliczna rzeka, której dno nie jest zamulone, lecz błyszczy – pisze Adam Gopnik. – To mogą być plamki słońca pełgającego na kamieniach, a może diamenty, po które warto zanurkować. Kamyki czy klejnoty, tak czy inaczej każde zdanie Mitchella sprawia wrażenie, że znacznie więcej zostało w nim niedopowiedziane” 1.

Mitchell sięgał po tematy „na uboczu”. Nie interesowała go sława, chyba że ta „zła”, lokalna i dwuznaczna, za którą ciągnie się woń frytury i trawionego alkoholu. Zastrzegał, że unika wielkich dam, milionerów, podróżników, uznanych pisarzy i młodych aktorek. Wolał tak zwanych zwykłych ludzi, którzy tak naprawdę byli nadzwyczajni: tych ułomnych i ekscentrycznych, marzycieli i niespełnionych artystów. Poznawał robotników i włóczęgów, cyganów, przekupniów i ulicznych kaznodziejów. Rozmawiał z bywalcami spelunek. Wiedział, że najlepszym źródłem dla reportera bywa barman z knajpy na rogu.

W przeciwieństwie do swoich bohaterów sam wydawał się nudny. Miał tylko jedną żonę, z którą spędził pół wieku. Nosił się z elegancją międzywojennego dżentelmena: biała koszula i garnitur Brooks Brothers, do tego kapelusz – zimą filcowy, a latem słomkowy. Do redakcji przychodził jak urzędnik do biura, na dziewiątą, i wychodził o szóstej. Lubił wypić, ale pod dobrą datą robił się odrobinę melancholijny i nie wynikały z tego pikantne anegdoty.

Joseph Mitchell urodził się w 1908 roku jako najstarszy syn plantatora bawełny i tytoniu w Karolinie Północnej. Wbrew nazwie rodzinne Fairmont nie było „pięknym wzgórzem”. Bezkresne, płaskie pola obsiewano na przemian soją, kukurydzą i pszenicą ozimą. W okolicznych bagnistych lasach rosły ambrowce balsamiczne, dęby i sosny. Mały Joe wspinał się na najwyższe gałęzie. Ukryty w gąszczu liści obserwował ludzi pracujących przy uprawach bawełny i tytoniu. Pisał później: „Oczywiście nie mieli pojęcia, że się im przyglą­dam… Czułem się jak bóg na Olimpie, ale jednocześnie dziwnie samotny, obcy, zakłopotany i odcięty od reszty ludzkości, jak szpieg albo podglądacz” 2.

W dzieciństwie ojciec uczył go wyliczać ceny bawełnianych bali, ale przerastały go najprostsze rachunki. Przez całe życie Mitchell będzie obsesyjnie notował koszty: napiwki i ceny biletów do kina, ile zapłacił za taksówkę lub za czyszczenie garnituru. Nie ze skąpstwa, lecz w nadziei, że zdoła nad chaosem liczb jakoś zapanować. Być może trudności z matematyką sprawiły, że został pisarzem. Nie dostałby się na medycynę, bo nie zdałby wymaganego licencjatu. Wiedząc, że nie otrzyma dyplomu, w college’u studiował zachłannie i szeroko – filozofię i literaturę, socjologię i historię. Z wypiekami na twarzy czytał Ulissesa – pokątnie zdobyty egzemplarz wówczas jeszcze zakazanej powieści.

Rankiem 25 października 1929 roku, po całonocnej podróży, Joe Mitchell wysiadł na Penn Station. Miał dwadzieścia jeden lat i niedawno opublikował pierwszy artykuł w „New York Herald Tribune”. Potraktował go jako przepustkę: przyjechał do Nowego Jorku z nadzieją na karierę dziennikarza. „Nie masz nic do roboty, tylko wściubiać nos w nie swoje sprawy?” 3 – tak ostro plany Mitchella skomentował ojciec. Walizka, którą chłopak przytaszczył z Południa, była ciężka: od goryczy zawiedzionych oczekiwań, rodzicielskich wyrzutów, podniecenia i nadziei. Czy w tym bagażu miał już notes i ołówek? Od tej pory nie rozstawał się z narzędziami pisarskiego rzemiosła: nie nosił ich w torbie, lecz bliżej serca, w kieszeni marynarki. Nie mógł wiedzieć, że na Manhattanie wylądował w fatalnym momencie – zaledwie kilka godzin po krachu na nowojorskiej giełdzie. Bagaż zostawił w przechowalni i ruszył do redakcji.

Mitchell przyjechał do Nowego Jorku z marzeniem, że zmierzy się z wielką polityką. Tymczasem w „Herald Tribune” posadzono go w zapchlonym fotelu z widokiem na posterunek policji. Całymi nocami czekał na doniesienia o morderstwach. Patrolował nielegalne spelunki, relacjonował pijackie burdy, zaglądał do nielegalnych kasyn i burdeli. Pierwszy szef – nomen omen, Stanley Walker – pouczył go, że swoje historie musi „wydeptać”: spenetrować mroczne zaułki, poznać okolicznych dziwaków. Mitchell kończył dyżur o trzeciej nad ranem, a potem dalej przemierzał ulice upojony nocną metropolią. „Szczury w Nowym Jorku są bystrzejsze od wiejskich i potrafią przechytrzyć każdego, kto nie zna wystarczająco dobrze ich zwyczajów” 4 – przestrzegał po latach czytelników. Został „szczurem miejskim”.

Stałą posadę dostał w „New York World-Telegram” – gazecie, którą A.J. Liebling (wkrótce zostanie najbliższym przyjacielem Mitchella w „New Yorkerze”) nazwał organem „nowojorskich dipisów”, „przesiedlonych” z głębszych rejonów Ameryki. Teraz Mitchell penetrował nowojorskie peryferie: Staten Island, Bronx i Queens, „egzotyczne” dzielnice, oddalone mile świetlne od Manhattanu. Jako początkujący dziennikarz nauczył się pisać na zadany temat, terminowo, z pazurem. Miał do czynienia ze słynnymi ludźmi, jak George Bernard Shaw czy Bing Crosby, przeprowadzał wywiady z Albertem Einsteinem i Eleonorą Roosevelt. Znalazł swój sposób na wyciąganie pikantnych szczegółów: „Przeważnie najlepszym chwytem na rozpoczęcie wywiadu ze znaną osobą jest przypomnieć sobie najgorszą rzecz, jaką się o niej słyszało, i zapytać, czy to prawda” 5. Zauważył jednak, że gwiazdy bywają nudne, bo cały czas mają się na baczności i pilnują swojego wizerunku.

Mitchell do końca życia trzymał się wskazówek, których udzielił mu redaktor działu miejskiego w pierwszej pracy: notuj każdy szczegół; w pisaniu trzeba mieć uszy i oczy otwarte; używaj wszystkich zmysłów; bądź ciekawski; bądź cierpliwy; trzeba więcej słuchać, niż mówić. Mitchell potrafił słuchać bez końca, a rozmówców zachęcał uprzedzającą grzecznością. Rozmawiał z dyrektorką biura matrymonialnego, producentem wachlarzy, honorowym dawcą krwi i właścicielką domu pogrzebowego. Tego rodzaju tematy w dziennikarskim żargonie lekceważąco określano mianem low life (niskie, pospolite życie). Młody Mitchell przypominał holenderskich małych mistrzów: Teniersa czy Brouwera, którzy malowali podchmielonych chłopów, ich rubaszne zabawy, zaniedbane gospody i hałaśliwe bójki. Po latach, kiedy redagował W starym hotelu – swoją antologię i opus magnum – postanowił nie włączać swoich wczesnych szkiców: był to inny rodzaj pisania.

W 1938 roku Mitchell dołączył do redakcji „New Yorkera”. Tutaj nie musiał zbierać „rozmaitości”, tropić skandali ani pisać o osobach ze świecznika. Nie zmuszano go do pracy na akord. Bohaterów mógł oswajać miesiącami. Dlatego chętnie powracał do osób, które kiedyś przelotnie spotkał i migaw­kowo opisał – po to, by przyjrzeć im się uważniej. Od dawna kusiła go fikcja, pisywał nawet krótkie opowiadania. Na szczęście „New Yorker” nie wymagał zachowania czystości gatunku. Przeciwnie – od lat dwudziestych promował „profil”: esej biograficzny, którego bohater zostaje przedstawiony poprzez opisy, anegdoty i rozmowy.

Mitchell nie był już małym mistrzem, lecz podobnie jak Hals czy Rembrandt – zbieraczem ludzkich dusz. Wierzył w prawdę opowieści, a nie suchych danych: „Możesz nazbierać masę faktów, ale to nie będzie prawda. W środku faktu jest inny fakt, a w nim jeszcze inny. Musisz dotrzeć do prawdziwych faktów” 6. Jako solidny reporter Mitchell weryfikował fakty, ale zakładał, że bohater ma prawo zatajać i koloryzować. Jak choćby kapitan Charley, właściciel Prywatnego Muzeum Dla Inteligentnych Ludzi przy nowojorskim Columbus Circle. Nieprawda, że pijał tylko brandy i szampana. Ale to nieistotne, podobnie jak autentyczność jego eksponatów. Mitchell spotykał się z bohaterami wielokrotnie, w różnych okolicznościach; czekał na chwilę rewelacji, która odsłania prawdę o człowieku. Swój styl określił jako „dziką precyzję” – w tych słowach zawiera się to, co nadal stanowi o wyjątkowości „New Yorkera”: „[…] uwielbienie dla faktów i szczegółów samych w sobie, podszyte odrobiną namiętności czy szaleństwa, dzięki którym wszystko nabiera znaczenia” 7.

Swoich bohaterów Mitchell znajdował na obrzeżach miejskiego życia. Niezrównoważeni albo fizycznie zdeformowani żyją we własnych, intensywnych światach. Kobieta z brodą jest zwyczajną osobą, skazaną na los cyrkowego dziwadła. W rozmowie z Diane Arbus, która pragnęła zrobić zdjęcie słynnej brodaczce, Mitchell tłumaczył: „Najbardziej porusza mnie w niej to, że hoduje pelargonie i marzy, by zostać stenotypistką” 8. Namawiał, by wystrzegać się sentymentów, bo odmieńcy bywają równie nudni jak „normalni” ludzie. W pisarskiej postawie Mitchella nie wszyscy znajdowali empatię i głęboki humanizm. Jeden z krytyków stwierdził, że pisarz z cierpliwością botanika studiuje „ludzkie chwasty”… Poirytowany Mitchell odpowiadał tym, którzy krytykowali jego „pospolitych” czy zdziwaczałych bohaterów: „Ludzie w wielu z tych opowiadań należą do tego gatunku, który ostatnimi czasy wielu piszących zaczęło określać jako »ludków«. Uważam, że jest to określenie odpychające i pełne pychy. W tej książce nie ma małych ludzi. Są równie ważni jak ty, kimkolwiek jesteś” 9.

***

Mitchell został pisarzem nowojorskim, a nawet „pisarzem Nowego Jorku”. W swojej niedokończonej autobiografii pisał: „Od tego trzeba zacząć, że to dziwne, że mam coś wspólnego z Nowym Jorkiem – większość moich przodków uprawiała ziemię albo miała coś wspólnego z rolnictwem i pochodzę z tej części naszego kraju – z hrabstwa Robeson w Karolinie Północnej – skąd mało kto się rusza” 10. Warsztat dziennikarski zaczął kształtować już tam, podglądając ludzi. Jego głód szczegółów kojarzył się ze  stylem lokalnego plotkarza, który zagaduje osoby na każdym straganie i wie, co w trawie piszczy. Był zresztą uzależniony od gazet. Całe życie prenumerował dziennik swojego miasteczka. Uważnie studiował nekrologi, doniesienia sądowe, wreszcie najbardziej lokalne z lokalnych wiadomości: „[…] kto do kogo przyjechał, kto siedzi chory w domu, kto jest na obserwacji w szpitalu, kto miał operację, kto pojechał na delegację (albo na zakupy, pozwiedzać, na ryby czy polowanie), które dziecko poszło do college’u, komu urządzono przyjęcie niespodziankę z okazji urodzin, kto się przeprowadził, kto obchodził złote gody, kto pojechał na zakończenie szkoły syna czy córki, a kto na pogrzeb i tym podobne” 11.

Poniekąd w tym małomiasteczkowym stylu Mitchell pisał o Nowym Jorku. W Dnie nabrzeża pokazał miasto z perspektywy jednej dzielnicy, ulicy, kawiarnianego stolika. Kiedy nachodziły go myśli o śmierci, pocieszał go targ rybny Fulton na Dolnym Manhattanie. Zachodził tam o wpół do szóstej rano: rumor na straganach, zapach glonów, obfitość towarów działały niczym wzmacniający eliksir. Pragnął, by w tej opowieści jak w kalejdoskopie odbijał się cały Nowy Jork: ze swoimi wieloma językami i akcentami, sprzeczkami i pogaduszkami zwykłych ludzi. Stosował też swoją ulubioną metodę: spiętrzenie szczegółów i nazw. Jak na apelu, Mitchell przywołuje rozmaite gatunki ryb i skorupiaków, tak, jakby to on je łowił, ocalał od zapomnienia. Opisywał świat, który znikał na jego oczach. O nostalgii rzadko mówił w pierwszej osobie – wyrażał ją ustami swoich bohaterów, którzy uparcie naprawiają stare meble, sami splatają sieci, ubolewają, że na lunch do ich lokalu coraz częściej wpadają maklerzy zamiast rybaków. Mitchella pociągały zrujnowane budynki, zaniedbane uliczki, towarzystwo umarłych. „Kiedy wszystko zaczyna mnie przerastać, wkładam do kieszeni książkę o dzikich kwiatach i kilka kanapek, a potem schodzę na południowe wybrzeże Staten Island, żeby powłóczyć się trochę po jednym z tamtejszych starych cmentarzy.” – wyznał kiedyś pisarz. „Za każdym razem, z jakiegoś powodu, którego nie znam i nie chcę poznawać, po tym, jak spędzę na którymś z tych cmentarzy godzinę czy dwie, oglądając wzory na nagrobkach, czytając napisy, rozpoznając dzikie kwiaty, płosząc króliki z krzaków i rozmyślając o końcu, który czeka mnie i nas wszystkich, nastrój mi się poprawia, staję się zupełnie pogodny, a wtedy wyruszam na długi spacer.” 12.

Na szczęście w Nowym Jorku jest jedno miejsce, gdzie prawie nic się nie zmieniło od młodości Mitchella, a nawet na długo przedtem. Podłoga wciąż jest wysypana świeżymi trocinami, pośrodku stoi piecyk koza; w ustawionym na nim czajniku gotuje się woda na herbatę. Saloon McSorley’s Old Ale House, najstarszy irlandzki pub w Nowym Jorku, Mitchell traktował jak swoje biuro. Do 1970 roku bar pozostawał przybytkiem tylko dla mężczyzn, panie dopuszczono dopiero po prawnym zakazie dyskryminacji w miejscach publicznych. Była to jedyna istotna zmiana w lokalu założonym w połowie XIX wieku. Zasadą saloonu McSorley’s jest brak innowacji. W 1940 roku Mitchell z prawdziwą rozkoszą opowiadał o miejscu, które uparcie opierało się czasowi.

Sam Mitchell już jako trzydziestolatek był „panem starej daty”, a niektóre z jego staroświeckich upodobań byłyby dziś nie do przyjęcia. Swoich nienormatywnych bohaterów nazywał freaks (odszczepieńcami, dziwakami) i nie do końca żartował, kiedy stwierdzał, że emancypacja kobiet zepsuła jakość befsztyków. Ale choć używał niepoprawnego dziś słownictwa, Mi­tchell nie lekceważył swoich „dziwaków”: przeciwnie, oddawał godność bohaterom poniewieranym przez życie. Mimo że nostalgicznie wspominał spelunki nietknięte kobiecą ręką, nie był też macho ani mizoginem. Z żoną Therese tworzył serdeczny, partnerski związek. Z aparatem towarzyszyła mu w reporterskich peregrynacjach, a uchwycone przez nią scenki zdradzają pokrewną wrażliwość. Ludzie na murku, widok na Most Brookliński, właściciel restauracji wypisujący na szybie dania dnia, pijana do nieprzytomności kobieta na plaży na Coney Island. Oto kronika Nowego Jorku z lat kryzysu. I jeszcze portret męża: Joseph Mitchell stoi swobodnie oparty w drzwiach restauracji Sloppy Louie’s – swojej ulubionej rybnej knajpy niedaleko targu rybnego Fulton.

Therese Mitchell zmarła w 1980 roku. Joseph nie miał głowy do porządkowania jej spuścizny. Po jego śmierci, w 1996 roku, córki natknęły się na stosy negatywów. Nora Sanborn Mitchell wywołała zdjęcia i stworzyła dla nich efemeryczną galerię. Odkryła nieznaną dotychczas twórczość swojej matki. Równolegle zdradziła „sekretną” pasję ojca. Przez kilkadziesiąt lat Joseph Mitchell zgromadził potężny zbiór najrozmaitszych, w większości „bezwartościowych” przedmiotów. Metalowe elementy budynków przeznaczonych do wyburzenia, śruby, szyldy do klamek, skrzynki alarmowe. Zbierał też sztućce i porcelanę z dawno nieczynnych restauracji, cegły i odłamki ceramicznych kafli. Fragmenty szyldów nieistniejących już firm. Druty wyrwane z murszejących murów, kurki i krany. Zioła zasuszone w słoiku. Na karteczkach zapisywał „legendę”: z jakiego pochodzą budynku, kiedy zostały pozyskane. Znaleziska całymi workami znosił do domu. Uwielbiał butelki – przezroczyste i te z błękitnego szkła. Dowiadywał się, jakie przechowywano w nich płyny.

Mitchell „ratował” miasto swojej młodości, ale także dawniejsze, które tylko sobie wyobrażał. Jego ulubione porty na Dolnym Manhattanie zaczęły podupadać po 1883 roku, kiedy zainaugurowano Most Brookliński… Mitchell uwielbiał stare kościoły i stare hotele, staroświeckie sklepy, posterunki policji, drukarnie i magazyny. Wspinał się na wieże i strychy, penetrował kanały i piwnice pachnące jeszcze towarami, które niegdyś tam składowano. Wchodził na rusztowania wznoszonych właśnie wieżowców i mostów. Z bliska kontemplował drążenie tuneli. Ale chyba jeszcze bardziej pociągały go budowle opuszczone, zabite deskami, skazane na zagładę.

Wyszukiwał odłupane fragmenty architektonicznych dekoracji, gałki i klamki, metalowe okucia. Swoje zdobycze przechowywał w pudłach i kopertach, kruche drobiazgi zamykał w słojach po konfiturach. Już w młodości chodził na pchle targi, polował na mosiężne i srebrne bibeloty. W latach sześćdziesiątych zbieractwo Mitchella się nasiliło. W tym okresie jego ulubione okolice na Dolnym Manhattanie przechodziły gwałtowne przemiany. Bliscy cierpliwie wysłuchiwali jego tyrad o bezdusznym niszczeniu miasta i ohydzie nowych, ostentacyjnie luksusowych budowli. Aby zrobić miejsce dla World Trade Center, zburzono sto sześćdziesiąt cztery budynki. Mitchell miał znajomości w firmach rozbiórkowych i nieraz grzebał w gruzach. Brał ze sobą narzędzia – zawinięte w szary papier i gazety. Z wyburzanych budynków zabierał pamiątki. „Jeśli kiedyś zaginie, szukajcie go pod stosem cegieł, przywalonego zardzewiałymi schodkami przeciwpożarowymi i z błogim uśmiechem na twarzy” 13 – żartował znajomy właściciel pubu. „Łapał, co się dało – wspominała córka – odbudowywał Nowy Jork, do jakiego przyjechał jako młody człowiek. Starał się go ocalić, ale nie wzniośle ani z rozmachem. Dla własnej przyjemności” 14.

Mitchell był zatrudniony w „New Yorkerze” przez pięćdziesiąt osiem lat. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela Lieblinga pisał powoli: przyci­nał, szlifował każdą frazę. Każdy jego artykuł był cudem – redaktorzy szli wcześniej do domu, bo nie zostawiał im nic do roboty. Jednak ostatni utwór Mitchella ukazał się w „New Yorkerze” w 1964 roku. Niektórzy twierdzili, że głęboką, psychiczną zapaść wywołała w nim historia Joe Goulda, któremu poświęcił dwa mistrzowskie eseje. Gould był znanym w Greenwich Village włóczęgą i ekscentrykiem. Na ulicy skrzeczał jak mewa i utrzymywał, że od  lat tworzy swoje opus magnum, Historię mówioną naszych czasów. Mitchell miesiącami słuchał gadaniny Goulda, który regularnie wyciągał z niego drobne datki. Całymi latami Gould nachodził Mitchella o dowolnych porach i buńczucznie stwierdzał: „Postanowiłeś napisać o mnie artykuł, musisz ponieść konsekwencje”.

Mitchell, któremu Gould udostępnił kilka stronic Historii mówionej, uznał, że jest to mikstura plotek, gadaniny i bełkotu. Po miesiącach krążenia wokół tematu doszedł do wniosku, że miliony wersów tego dzieła tkwią tylko w głowie Goulda. Później miał poczucie winy; nie lubił nikogo demaskować, łapać na gorącym uczynku. Poza tym Mitchell – jak zresztą sam przyznał – doskonale rozumiał sens dzieła potencjalnego. Sam miał kiedyś w głowie coś w rodzaju nowojorskiego Ulissesa. W autobiograficznej historii chciał opisać dobę z życia reportera pochodzącego z Południa. Obsesyjnie o tej książce rozmyślał, ale nigdy nie zapisał ani zdania. Sekret Joe Goulda stał się literacką legendą, ale i zmorą Mitchella. Była to opowieść o pisarzu, który nie umiał dokończyć dzieła. Parafrazując Flauberta, Mitchell powiedział: „Joe Gould to ja”.

Tymczasem po publikacji eseju do autora zgłosili się przyjaciele i znajomi, którzy zapewniali, że w piwnicach i na strychach trzymają pudła pełne zapisków zmarłego w 1957 roku Goulda. Mitchell uprzejmie dziękował i zapewniał, że wykorzysta te materiały, o ile jeszcze kiedyś będzie pisał na ten temat. Zafascynowana Gouldem historyczka Jill Lepore zaczęła grzebać w archiwach. Znalazła dowody na istnienie Historii mówionej – rozproszonej, gadatliwej, pełnej chorobliwych obsesji i rasistowskich uwag. Jak zauważa w swojej książce Joe Gould’s Teeth (Zęby Joe Goulda), chwała Mitchellowi za to, że nie napisał erraty do swojej opowieści o Gouldzie i w zasadzie całkowicie zamilkł. Z historii głęboko zaburzonego, opętanego obsesjami straceńca Mitchell zrobił coś pięknego: opowieść o sztuce.

Po 1964 roku Mitchell nadal miał swoje biuro w „New Yorkerze” i regularnie przychodził do pracy. Od czasu do czasu zza drzwi słychać było stukanie na maszynie. W powieści Jasne światła wielkiego miasta Jay McInerney umieścił karykaturę Mitchella: autora widmo, który od siedmiu lat pracuje nad jednym artykułem. Koledzy spekulowali, czym się zajmuje, dlaczego złamał pióro. Mitchell uważał, że każdy nowy tekst musi być lepszy od poprzedniego. Może blokował go samokrytycyzm? Albo miał trudności z koncentracją, odkąd po pięćdziesiątce rzucił palenie? (Niewykluczone, że sam Mitchell rozpuścił taką pogłoskę). Nikt go jednak nie popędzał z powodu przeciągającej się posuchy. Przeciwnie: koledzy byli dumni, że ich redakcja może sobie pozwolić na tak ekscentryczny gest. On, który jako początkujący dziennikarz potrafił wysmażyć trzy artykuły dziennie, teraz utknął. Mówił: „Włóczę się tu jak zjawa. Wszystko się zmieniło”. Lecz przecież świat się zmienia. „Czasem człowiek straci swój temat – wyznał koleżance – albo spojrzenie ma się nie tak ostre jak dawniej” 15.

Można się tylko domyślać, z jakimi tematami przez te trzy dekady mierzył się Joseph Mitchell. Nie miał zamiaru tworzyć wokół siebie aury tajemnicy, dlatego opowiedział, jak spędzał czas. Odziedziczył po rodzicach ziemie w rodzinnych stronach i zajął się ich zarządzaniem. Intensywnie angażował się też w projekt ponownego zalesiania terenów po wycince i znaczną część roku spędzał na Południu. Z kolei w Nowym Jorku był związany z South Seaport Museum i zasiadał w komisji ochrony zabytków. Jednak ani interesy farmera, ani działalność publiczna nie wyjaśniają wszystkiego. Mitchell nie przestał pisać. Przestał tylko kończyć, sam siebie zwolnił z wszelkich terminów.

Pośmiertnie ukazały się trzy rozdziały niedokończonej autobiograficznej książki. Street Life (Życie uliczne) to pean na cześć miasta, które Mitchell znał na wylot. Był w każdej z setek dzielnic, niektóre miał stale przed oczami. „O każdej porze dnia i nocy mogę zamknąć oczy i w najdrobniejszych szczegółach zobaczyć, co dzieje się na ulicach, popularnych i nieznanych, we wszystkich zakątkach miasta” 16. Uliczka na Bronxie, gdzie pachną magazyny z przyprawami, i inna, na uboczu, gdzie spotykają się narkomani. Kawałek chodnika, na którym znajdował nowy gatunek mchu czy dziki kwiatek. Mitchell wyznał wręcz, że nierzadko w godzinach pracy ruszał na badania w terenie:

Naprawdę uwielbiam snuć się po mieście bez celu. Chodzić ulicami, w dzień i w nocy. To więcej niż upodobanie – to aberracja. Na przykład dosyć często około dziewiątej rano wynurzam się z metra i zmierzam w kierunku biurowca na środkowym Manhattanie, gdzie pracuję, ale po drodze zachodzi we mnie zmiana – właściwie tracę poczucie odpowiedzialności – i kiedy docieram do wejścia, mijam je obojętnie, jakby to było obce miejsce. Idę dalej i chodzę, czasami tylko dwie godzinki, ale nieraz włóczę się do późnego popołudnia i ląduję daleko od środkowego Manhattanu – gdzieś w okolicach Bronx Terminal Market, przy zrujnowanych dokach cukrowych na Brooklynie albo w najbardziej zachwaszczonym zakątku jakiegoś zarośniętego cmentarza w Queens. Bez kłopotu znajduję usprawiedliwienia dla takiego zachowania (mam doświadczenie w usprawiedliwianiu się przed samym sobą – zawsze można się tłumaczyć uporczywym bólem głowy, a wybitnie ponury i pochmurny dzień to równie dobra wymówka jak cudowna wiosenna pogoda) 17.

Podczas swoich miejskich peregrynacji Mitchell przygarniał bezpańskie przedmioty. Znaleziska opisywał troskliwie, zwykle na firmowym papierze „New Yorkera”. Na karteczce z lipca 1972 roku zapisał: „piwnica 78 Duane, drut elektryczny z izolatora nr 2, gwoździe zapewne nie pochodzą z najstarszej części budynku – to znaczy być może z boazerii albo belek zamontowanych podczas remontu. Izolatory z belki (nośnej?) pośrodku sklepienia” 18.

Z odłamków Mitchell układał mozaikę starego Nowego Jorku. Miasta, które sam dla siebie stwarzał, na podstawie archeologicznego znaleziska, jak buteleczka z zaschniętą resztką leku: „APTEKA PERRY’EGO. CZYNNA CAŁĄ DOBĘ. ATRAKCYJNE CENY. WORLD BUILDING, NOWY JORK” 19. Młodsza córka Liz kolekcjonerską pasję Josepha Mitchella nazywała „tropieniem skarbów”. „Po co mu to było?” – zastanawiał się dziennikarz Paul Maliszewski. „Tak jakby podjął próbę odepchnięcia od siebie jakiegoś mroku. Był dosyć posępny, ale tyle rzeczy go fascynowało i chyba to go ratowało od rozpaczy” 20.

DAVID REMNICKPrzedmowa do wydania oryginalnego

Joseph Mitchell zdobywał dziennikarskie szlify w redakcjach nieistniejących już gazet w mieście, które na zawsze odeszło w niebyt. W październiku 1929 roku, tuż po tym, jak rozpoczął się wielki kryzys, Mitchell wyruszył z rodzinnego domu w Karolinie Północnej i przybył na nowojorski dworzec Pennsylvania Station. Miał dwadzieścia jeden lat. W Nowym Jorku szybko wyrobił sobie markę jako autor artykułów w dziennikach „Morning World”, „Herald Tribune” i „World­-Telegram”. Jako felietonista, reporter poli­cyjny i redaktor relacjonował przebieg procesu sądowego sprawców porwa­nia syna Charlesa Lindbergha oraz niezliczone pożary i morderstwa. Przeprowadzał wywiady z właścicielami pchlich cyrków, mieszkańcami jaskiń w Central Parku, handlarzami ostryg, kapitanami statków, tancerkami wodewilowymi, Clarą Bow, Fatsem Wallerem, Albertem Einsteinem i „królową nudystów”, która przyjęła młodego Mitchella ubrana jedynie w niebieskie stringi. Mitchell miał iście reporterski dar słuchania ludzi – łatwość wczuwania się w ich sytuację – porównywalny z jego talentem pisarskim. Swoich ulubionych rozmówców określał mianem „zagadywaczy”.

Szybko stał się jednym z najpopularniejszych dziennikarzy w mieście. Zdjęcie Mitchella widniało na burtach samochodów dostawczych. Był bystry, pełen cichej ambicji i bezgranicznie dociekliwy. Jeśli chciał lepiej poznać jakąś okolicę, wynajmował w jej obrębie pokój w tanim pensjonacie. Odznaczał się niebywałą komunikatywnością i werwą. Jak sam opowiadał, w czasach, gdy pracował w gazecie, zdarzało mu się jednego dnia przygotować i napisać trzy artykuły:

Pewnego ranka o dziewiątej dostałem zadanie odnalezienia włoskiego murarza, który wyglądem przypominał księcia Walii, i przeprowadzenia z nim wywiadu, ponieważ ktoś zadzwonił do redakcji z informacją, że zaproponowano mu pracę w Holly­wood. Namierzyłem go w piwnicy sklepu z macą na West Side, gdzie naprawiał piec… Wróciłem do biura i napisałem ten tekst, a następnie zlecono mi zorganizowanie rozmowy z bokserką, która mieszkała w hotelu St. Moritz. W pokoju miała całe swoje wyposażenie treningowe. Unosił się tam zapach potu i mokrych skórzanych sprzętów, który przypominał mi siłownię Jacka O’Briena z Filadelfii w deszczowy dzień. Powiedziała, że jest nie tylko bokserką, ale także hrabiną […]. Wróciłem do redakcji i spisałem tę relację, po czym wysłano mnie na rozmowę z Samuelem J. Burgerem, który zatelefonował do gazety z informacją, że sprzedaje ludziom z wyższych sfer karaluchy wyścigowe po siedemdziesiąt pięć centów za parę. Pan Burger jest agentem teatralnym i reprezentuje trupę nagich tancerek oraz sławy takie jak ojciec zmarłego Johna Dillingera i żona Jacka „Legsa” Diamonda. Kiedyś próbował nawet wypromować całą ławę przysięgłych ze sprawy Hauptmanna. Znalazłem go w delikatesach na Broadwayu, gdzie kupował kanapki z szynką i serem dla dwóch striptizerek.

W 1938 roku „New Yorker” uporał się już z pierwszymi trudnościami finansowymi, a Harold Ross, jego założyciel i redaktor, który sam pochodził z prowincji, zatrudnił Mitchella, niewątpliwie licząc nie tylko na ewidentny talent tego młodego człowieka, ale także na jego imponującą wręcz wydajność. Mitchell pracował dla magazynu przez pięćdziesiąt jeden lat. Najpłodniejszym okresem w jego karierze był rok 1939, kiedy opublikował trzynaście tekstów, a przez kilka kolejnych lat utrzymywał podobne tempo. W wyniku tej pracy powstała jego pierwsza książka Cudowny saloon McSorleya – cykl nowojorskich reportaży i etiud, równie celnych, różnorodnych i przejmujących jak historie zawarte w Dublińczykach Jamesa Joyce’a.

Ulubione rewiry Mitchella obejmowały Times Square, Village, saloony na East Side, Harlem i – być może przede wszystkim – doki oraz mola. Nie interesowali go wielcy tego świata. Podobnie jak wcześniej, gdy pracował w redakcjach dzienników, pociągali go „wizjonerzy, obsesjonaci, szarlatani, fanatycy, zagubione dusze, uliczni kaznodzieje, starzy cygańscy królowie i stare cygańskie królowe, a także kompletne dziwolągi”. Teraz jednak jego twórczość nabrała większej głębi. Żartobliwość obecna w jego artykułach prasowych – zebranych w tomie My Ears Are Bent(Uszy mi puchną) – zniknęła, a ich ton stał się dojrzalszy. W tekstach zagościły cienie, a smutek pobrzmiewał nawet w najzabawniejszych komentarzach. W redakcji „New Yorkera” pod rządami Rossa Mitchell odnalazł swój styl.

Najcenniejszą rzeczą w moim redakcyjnym biurze jest zdjęcie dwóch mężczyzn – najlepszych przyjaciół – którzy w swoim czasie wyznaczali standardy literatury faktu. Fotografia przedstawia Mitchella – smukłego, eleganckiego, figlarnego – i A.J. Lieblinga – postaci rabelaisowskiej pod względem zarówno postury, jak i ducha – siedzących na wiklinowych fotelach pod wykrzywionym drzewem we wschodniej części Long Island. Obaj uśmiechają się zdecydowanie szerzej, niż wymagało tego pozowanie do zdjęcia – być może to skutek wypicia kilku butelek wina, które są widoczne na fotografii już puste. Mitchell i Liebling często pracowali na tym samym terenie i z tymi samymi bohaterami: przyciągali ich wyga­dani mężczyźni i kobiety z półświatka – trenerzy boksu, awanturnicy, drobni przedsiębiorcy, którzy prowadzili interesy w budkach telefonicznych (telephone­-booth Indians). Pod względem języka Mitchell i Liebling różnili się jednak jak Czechow i Gogol. Liebling pisał szybko, zawzięcie, „szybciej niż inni, lepiej niż inni”. Budował barokowe, strzeliste zdania, pełne dygresyjnego komizmu (z wyjątkiem lat wojny, kiedy skupiał się wyłącznie na relacjonowaniu wydarzeń). Mitchell, choć równie zabawny, pisał przejmująco, powściągliwie, z precyzją i wyrafinowaniem. Roger Angell, jego kolega po fachu, powiedział kiedyś, że pisarstwo Mitchella „tkwi w umysłach czytelników pewnie i schludnie niczym szejkerskie meble”.

Nawet gdy Mitchell pisał o cyrkowych dziwolągąch lub bywalcach barów, w tych portretach próżno doszukiwać się znamion kiczu. Jego bohaterowie nie byli powszechnie znani, a opisywane przez niego miejsca nie przyciągały turystów. Jeden z jego ulubionych lokali, saloon McSorley’s, prastary bar przy Cooper Square, był – podobnie jak sam Mitchell – mroczny i melancholijny. W tym oświetlonym lampami gazowymi przybytku, pogrążonym w cieniu XIX wieku, który przeciągnął się na XX stulecie, „trzon klienteli stanowi szybko kurcząca się grupa stetryczałych staruszków, głównie Irlandczyków, którzy pili tam od czasów młodości, a teraz uważają to miejsce za własne. Niektórzy mają niewielkie emerytury i są na świecie całkiem sami, nocują w hotelach w dzielnicy Bowery i niemal całe dnie spędzają w McSorley’s”.

Bohaterami wczesnych tekstów Mitchella byli między innymi: komandor Dutch, który organizował bale charytatywne dla własnej korzyści, Arthur Samuel Colborne, który jako samozwańczy założyciel Ligi Przeciwko Wulgaryzmom odwiedzał bary Yorkville i głosił kazania nawołujące do powstrzymywania się od przekleństw, a co najważniejsze – Joseph Ferdi­nand Gould, Bostończyk z dobrego domu, który ukończył Harvard w 1911 roku, zrezygnował z wyprawy antropologicznej, podczas której mierzył czaszki rdzennych mieszkańców Dakoty Północnej – Odżibwejów i Mandanów – i na stałe osiadł w Greenwich Village, gdzie wynajmował pokoje w tanich pensjonatach i przesiadywał w barach. Znali go wszyscy w okolicy – drobny mężczyzna w podniszczonym garniturze, który twierdził, że opanował mowę mew (zamierzał przetłumaczyć poezję Longfellowa na ten język). Opowiadał wszystkim, że tworzy epicki dziennik, literacki majstersztyk zatytułowany Historia mówiona naszych czasów. Uważał się za ostatniego przedstawiciela bohemy: „Jedni trafili do grobu, inni do wariatkowa, a jeszcze inni do branży reklamowej”. Za sprawą barowych gawęd i kilku wyrywków z dziennika Gould zaskarbił sobie zainteresowanie Ezry Pounda, Edwarda Estlina Cummingsa i Malcolma Cowleya. A ponieważ był bezkonkurencyjnym „zagadywaczem”, zwrócił także uwagę Josepha Mitchella, który w 1942 roku opublikował poświęcony mu artykuł zatytułowany Profesor Mewa.

Zbiór, który trzymasz, drogi Czytelniku, po raz pierwszy ukazał się nakładem wydawnictwa Pantheon w 1992 roku dzięki Danowi Frankowi. Zawiera wszystkie teksty Mitchella powstałe po tym, jak porzucił on pracę w redakcjach dzienników na rzecz tygodnika „New Yorker”. Znajdziemy tu bez liku ciekawych wątków, jednak chyba najciekawszą i najoczywistszą przemianą, nad którą warto się pochylić, jest ta widoczna pomiędzy Profesorem Mewą a Sekretem Joe Goulda opublikowanym w 1964 roku, siedem lat po śmierci Goulda w szpitalu psychiatrycznym. Nie tylko poznajemy tu bolesną prawdę o Gouldzie – że nie istniała żadna Historia mówiona naszych czasów, że wszystkie jego zapewnienia były kłamstwem, a codzienna egzystencja udręką – ale także możemy zajrzeć w głąb duszy samego Mitchella.

Sekret Joe Goulda to dziennikarskie arcydzieło. Był to także, rzecz jasna, ostatni utwór Mitchella. Niczego więcej już nie opublikował. Przez kolejne trzydzieści jeden lat i sześć miesięcy przychodził do pracy niemal codziennie, lecz nie oddał ani jednego tekstu do rubryki „The Talk of the Town”. Członkowie zespołu darzyli tego uprzejmego, łagodnego geniusza ogromnym szacunkiem i tylko największy głupiec odważyłby się zapytać o powody jego milczenia. Krążyły teorie na temat tego, co mogło stanąć mu na przeszkodzie: jakaś osobista tragedia, ciężar reputacji, drastyczne zmiany zachodzące w Nowym Jorku. „Wygląda na to, że nie potrafię już niczego skończyć” – przyznał, gdy był już po osiemdziesiątce. „Świat znalazł się w tak strasznym położeniu, że pisarstwo, które zwykłem uprawiać, po prostu nie ma już racji bytu”.

Triumfalna publikacja zbioru W starym hotelu to swoisty podwójny dar. Po pierwsze, książka była darem dla pokoleń czytelników, którzy nie znali twórczości Mitchella lub niewiele o niej wiedzieli, a także dla garstki tych, którzy latami poszukiwali jego niedostępnych książek i płacili zawrotne sumy za egzemplarze z wyczerpanych nakładów. Po drugie, darem była możliwość obserwowania, jak pisarstwo Mitchella znów cieszy się popularnością oraz uznaniem krytyków i czytelników. Kiedy niedawno skończyłem ponowną lekturę tej książki, przed oczami stanął mi pewien obraz: kilka miesięcy przed śmiercią Mitchell zgodził się publicznie odczytać swój tekst w wytwornej – już zresztą nieistniejącej – księgarni Books & Company przy Madison Avenue. Tłumy wyległy na chodnik. Wszyscy chcieli usłyszeć jego głos. Tego wieczoru słuchaliśmy z zapartym tchem. Joseph Mitchell sam stał się zagadywaczem.

1 Adam Gopnik, Adam Gopnik on Joseph Mitchell’s Joe Gould’s Secret, „The New Yorker”, 25 sierpnia 2025, newyorker.com/magazine/takes/adam-gopnik-on-joseph-mitchells-joe-goulds-secret.
2 Joseph Mitchell, Days in the Branch, „The New Yorker”, 24 listopada, 2014, newyorker.com/magazine/2014/12/01/days-branch.
3 Thomas Kunkel, Man in Profile: Joseph Mitchell of the New Yorker, New York 2015, s. 47.
4 Joseph Mitchell, Szczury na nabrzeżu, w tym tomie, s. 572.
5 Joseph Mitchell, My Ears Are Bent, New York 2008, 12.
6 Sarah Gordon, Joe Gould, Daddy Hall, and Lady Olga: The New Yorker’s Joseph Mitchell and Flannery O’Connor, „Flannery O’Connor Review”, Vol. 7, 2009, s. 43.
7 Adam Gopnik, dz. cyt.
8 Thomas Kunkel, dz. cyt., s. 115.
9 Tamże, s. 140.
10 Joseph Mitchell, Days in the Branch, dz. cyt., s. 40.
11 Tamże, s. 41.
12 Joseph Mitchell, Grób pana Huntera, w tym tomie, s. 587–588.
13 Brendan Gill, Joseph Mitchell, „The New Yorker”, 10 czerwca 1996, newyorker.com/magazine/1996/06/10/joseph-mitchell-2.
14 Paul Maliszewski, The Collector, „Granta”, Iss. 88, 1 stycznia 2005, granta.com/the-collector.
15 Mary Hawthorne, Joseph Mitchell, „London Review of Books”, Vol. 18, No. 15, 1 sierpnia 1996, lrb.co.uk/the-paper/v18/n15/mary-hawthorne/diary.
16 Joseph Mitchell, Street Life, „The New Yorker”, 11 lutego 2013, newyorker.com/magazine/2013/02/11/street-life.
17 Tamże.
18 Paul Maliszewski, dz. cyt.
19 Joseph Mitchell, W starym hotelu, w tym tomie, s. 542.
20 Paul Maliszewski, dz. cyt.

Nota od autora

Na niniejsze wydanie składają się cztery tomy, które napisałem wiele lat temu i które od dawna są niedostępne w sprzedaży, a także późniejsze uzupełnienia jednego z nich. Są to: Cudowny saloon McSorleya (1943), Stary pan Flood (1948), Dno nabrzeża (1960) oraz Sekret Joe Goulda (1965). Do zbioru Cudowny saloon McSorleya dodałem kilka nowych tekstów. Są to: Cyganki, Spizm i spazm, Klub głuchoniemych, Święty mikołaj Smith, Mohawkowie na wysokościach, Miła starsza blondynka oraz Nie mogłem tego rozgryźć. Edmund Wilson wykorzystał opowiadanie Mohawkowie na wysokościach jako wstęp do swojej książki Apologies to the Iroquois (Przeprosiny dla Irokezów). Pozostałe utwory nigdy nie zostały wznowione. Napisałem również dwa szkice biograficzne poświęcone Joe Gouldowi. Pierwszy z nich, zatytułowany Profesor Mewa, powstał w 1942 roku i został wykorzystany w zbiorze Cudowny saloon McSorleya. Dwadzieścia dwa lata później, w 1964 roku, napisałem drugą część, zatytułowaną Sekret Joe Goulda. Wyjąłem Profesora Mewę z Cudownego salonu McSorleya i wykorzystałem jako pierwszą część tomu Sekret Joe Goulda, ale w niniejszej publikacji umieściłem ją z powrotem w pierwotnym miejscu, a Sekret… stanowi teraz odrębną całość. Cztery opowiadania, jeśli tak można je nazwać, zamieszczone w drugiej części Cudownego saloonu…są fikcyjne, podobnie jak trzy teksty o hrabstwie Black Ankle w trzeciej sekcji tego zbioru. Wszystkie pozostałe historie zawarte w tomie Cudowny saloon…opierają się na faktach. Trzy opowiadania zamieszczone w zbiorze Stary pan Flood są fikcyjne. Wszystkie utwory z antologii Dno nabrzeża są oparte na faktach, podobnie jak w przypadku Sekretu Joe Goulda. Wszystkie teksty zawarte w tych tomach ukazały się pierwotnie na łamach magazynu „New Yorker”.

Przeglądając te opowiadania – niektóre z nich czytałem po raz pierwszy od czasu ich publikacji – z zaskoczeniem i radością zauważyłem, jak często pojawia się w nich specyficzny rodzaj humoru, który mogę określić jedynie mianem cmentarnego. W pewnych tekstach stanowi on wręcz sedno narracji. W innych pojawia się w tle lub między wierszami. Często przewija się w rozmowach między mną a osobami, z którymi przeprowadzałem wywiady, lub we fragmentach rozmów, które zdecydowałem się zacytować. Ucieszyło mnie to odkrycie, ponieważ humor cmentarny doskonale odzwierciedla mój sposób postrzegania świata. Jest typowy dla mojego sposobu myślenia.

Jestem przekonany, że na sposób myślenia danej osoby oddziałuje wiele czynników, zbyt nieuchwytnych i tajemniczych, by dało się je dokładnie określić, ale tak się składa, że znam kilka takich, które miały wpływ na mnie. Jeden z tych czynników ma swoje źródło w moim dzieciństwie i młodości. Dorastałem w rolniczej miejscowości w południowo­-wschodniej części hrabstwa Robeson w Karolinie Północnej. Miasteczko nazywa się Fairmont, co zupełnie do niego nie pasuje 21. Pierwotna nazwa brzmiała Ashpole, następnie zmieniono ją na Union City, a ostatecznie właśnie na Fairmont. W okolicy nie ma żadnych gór ani wzgórz. Miejscowość położona jest pośród płaskich, żyznych, czarnych ziem poprzecinanych bagnami i rozgałęzionymi kanałami, porośniętych lasami, w których dominują sosny Pinus echinata. Moi przodkowie z obu stron mieszkali w tym regionie jeszcze przed wojną o niepodległość i zajmowali się uprawą bawełny, tytoniu, kukurydzy i drzew. Kiedy byłem młody, w niedzielne popołudnia wraz z rodzicami i rodzeństwem wyjeżdżaliśmy z Fairmont na przejażdżkę po okolicy. Czasami kierowaliśmy się na południe i jeździliśmy bocznymi drogami w okolicach Marietty, Black Ankle i Bear Swamp, skąd pochodziła rodzina mojego ojca. Większość mieszkańców tych terenów ma angielskie oraz walijskie korzenie i przeważnie należy do Kościoła metodystycznego lub baptystycznego.

Kiedy indziej wybieraliśmy się na zachód i przemierzaliśmy boczne drogi w okolicach Iona i McDonald, skąd pochodziła rodzina mojej matki. Tamtejsi mieszkańcy mają głównie szkockie korzenie (hrabstwo sąsiadujące z hrabstwem Robeson od zachodu nosi nazwę Scotland) i w większości są prezbiterianami. W tych okolicach jest mnóstwo rodzinnych cmentarzyków, na których pochowani są członkowie mojej familii lub osoby z nią spowinowacone. Większość cmentarzy znajduje się pośród pól, zazwyczaj w gajach cedrowych i magnoliowych, a otaczają je stare, zniszczone żeliwne ogrodzenia. Od czasu do czasu ojciec zatrzymywał samochód, wysiadaliśmy i odwiedzaliśmy jeden z takich cmentarzy, a potem któreś z rodziców opowiadało nam o każdym nagrobku – o tym, kto tam spoczywa i jak dokładnie jest z nami spokrewniony. Bardzo lubiłem te wyprawy.

Raz czy dwa razy każdego lata nasza rodzina i rodziny dwóch sióstr mojej matki (cioci Annie Parker Lytch i cioci Mary Parker Davis) spotykały się na pikniku w zagajniku na tyłach wiejskiego kościółka – starego szkockiego kościoła prezbiteriańskiego, który pomagali budować przodkowie matki – i kroiły arbuzy. Owoce były zebrane tego samego ranka z naszych ogrodów – podłużne, ciężkie, pasiaste odmiany Georgia Rattlesnake oraz duże, okrągłe, ciężkie odmiany Cuban Queen, tak zielone, że wydawały się niemal czarne. Kładliśmy je na stołach piknikowych i kroiliśmy na plasterki. Po zjedzeniu owoców zbieraliśmy się w grupkę i rozmawialiśmy. A potem, gdy robiło się późno, niektórzy z nas szli na cmentarz przy kościele w swego rodzaju procesji. Na czele zawsze kroczyła ciocia Annie. Wszyscy ją kochaliśmy i podziwialiśmy. Była wysoka, szczupła, trzymała się prosto i wręcz biła od niej pewność siebie. Wiele przeszła w życiu i pamiętam, jak smutne miała spojrzenie, ale mimo to pozostawała pogodna. Nosiła staromodne ubrania i często opowiadała o „dawnych czasach”, a my uważaliśmy ją za łącznik z przeszłością. Cechowało ją poczucie humoru, które jej siostry określały jako sarkastyczne, a czasami zachwycała nas, wymawiając (lub, jak to ujęła moja mama, „wynajdując”) słowa i wyrażenia, które w tamtych czasach uważano za „dosadne”. Miała piękny ogród o powierzchni około pół hektara, w którym rosły obok siebie stare odmiany warzyw i kwiatów, zioła, winorośl, drzewa brzoskwiniowe, figowce, kasztanowce i granaty. Wzdłuż jednego ogrodzenia rósł szpaler starych róż, a ludzie przyjeżdżali z daleka, aby je podziwiać i dostać sadzonki. Była miłośniczką kur rasy dominicker i miała ich duże stado, a także gromadkę perliczek gniazdujących na drzewach.

Jak już wspomniałem, ciocia Annie prowadziła nas na cmentarz i zatrzymywała się przy poszczególnych grobach, a następnie opowiadała nam o mężczyźnie lub kobiecie, którzy tam spoczywali. Przy niektórych nagrob­kach moja mama i ciocia Mary wtrącały się do opowieści, ale to ciocia Annie mówiła najwięcej. „Ten człowiek tutaj był naszym kuzynem, tak wrednym, że nie wiem, jak bliscy z nim wytrzymywali” – wspominała. Po chwili robiła kilka kroków i kontynuowała: „A ten był tak dobry, że nie wiem, jak bliscy z nim wytrzymywali”. Potem przechodziła do szczegółów. Niektóre z jej opowieści budziły przerażenie, a inne były przerażająco zabawne.

Mam obsesję na punkcie książki Finneganów tren – przeczytałem ją co najmniej sześć razy – i za każdym razem, gdy dochodzę do fragmentu o Annie Livii Plurabelle, słyszę głosy matki i ciotek spacerujących po starym cmentarzu, gdy zapada zmrok.

Duży wpływ na mój sposób myślenia miał także meksykański artysta Posada. Po raz pierwszy usłyszałem o nim w 1933 roku, w najgorszych dniach wielkiego kryzysu, kiedy pracowałem jako reporter w gazecie „World­-Telegram”. Udałem się do hotelu Barbizon­-Plaza, żeby przeprowadzić wywiad z Fridą Kahlo, żoną Diego Rivery i również świetną malarką, swego rodzaju demoniczną surrealistką. W tym czasie Rivera malował murale w Rockefeller Center. Na ścianach apartamentu hotelowego przypięte były bardzo dziwne ryciny wydrukowane na najtańszym papierze gazetowym. „José Guadalupe Posada. Meksykanin. Tysiąc osiemset pięćdziesiąt dwa–tysiąc dziewięćset trzynaście” – powiedziała Kahlo niemal nabożnym tonem. Wyznała mi, że sama powiesiła te reprodukcje, aby móc od czasu do czasu na nie spojrzeć i nie stracić zmysłów podczas pobytu w Nowym Jorku. Niektóre z nich były ulotkami. „Ukazują sensacyjne wydarzenia, które miały miejsce w Meksyku, na ulicach, targowiskach, w kościołach i sypialniach. Sprzedawano je na ulicach za grosze” – wyjaśniła Kahlo.

Jedna z ulotek przedstawiała tramwaj, który uderzył w karawan i zrzucił trumnę na tory. Pośród rozbitych pozostałości sarkofagu pewien dystyngowany mężczyzna leżał płasko na wznak, z rękami złożonymi na piersi. Na innej widniał ksiądz, który powiesił się w katedrze. Na jeszcze innej zobaczyłem mężczyznę na łożu śmierci w chwili, gdy dusza opuszczała jego ciało. Jednak tematem zdecydowanej większości rycin były ożywione szkielety, które naśladowały żywych ludzi podczas różnych czynności, imitując ich i wyśmiewając: szkielet mężczyzny na kolanach, śpiewający miłosną pieśń do szkieletowej kobiety, szkielet wchodzący do konfesjonału, szkielety na weselu, szkielety na pogrzebie, szkielety wygłaszające przemówienia, szkieletowi dżentelmeni w cylindrach, szkieletowe damy w modnych czepkach. Zaskoczyły mnie te rysunki, a najbardziej zdumiewające było to, że wszystkie miały humorystyczny charakter – nawet te najbardziej makabryczne, jak na przykład zniszczona trumna na torach tramwajowych.

Innymi słowy, zawierały silny humorystyczny podtekst. Był to rodzaj humoru, który dawni holenderscy mistrzowie uchwycili na drzeworytach przedstawiających skąpca zamkniętego w komnacie i liczącego pieniądze, podczas gdy Śmierć stoi tuż za drzwiami. Był to humor Starego Testamentu, zwłaszcza humor zawarty w Księdze Przysłów i Księdze Koheleta. Humor Gogola. Humor Brueghela. Myślę tu o obrazie Brueghela, na którym ślepy prowadzi ślepych, co moim zdaniem stanowi przykład humoru cmentarnego. W każdym razie od tamtego popołudnia w apartamencie Fridy Kahlo rozglądam się za albumami z rycinami Posady. Gdy przechodzę obok księgarni lub sklepu ze starociami w hiszpańskiej dzielnicy, zawsze zaglądam do środka, aby sprawdzić, czy nie ma tam książki tego artysty. Z każdym rokiem mój szacunek dla niego coraz bardziej rośnie.

Joseph Mitchell

(1992)

21Fair (ang.) – jasny, mont (fr.) – góra [przyp. tłum.].

Cudowny saloon McSorleya

McSorley’s Old Ale House

East Seventh Street 15 1 listopada 1937 roku

Część I

Stary dom

Saloon McSorley’s mieści się na parterze murowanej kamienicy przy Seventh Street 15, tuż przy Cooper Square, gdzie kończy się dzielnica Bowery. Otwarty w 1854 roku lokal to najstarszy saloon w Nowym Jorku. Przez osiemdziesiąt osiem lat miał czterech właścicieli – irlandzkiego imigranta, jego syna, emerytowanego policjanta i jego córkę – i wszyscy sprzeciwiali się jakimkolwiek zmianom. Owszem, podłączono tu elektryczność, ale bar wciąż oświetlają dwie lampy gazowe, które migoczą niespokojnie i za każdym razem, gdy ktoś otwiera drzwi od ulicy, rzucają cienie na niski, pokryty pajęczynami sufit. Nie ma kasy fiskalnej. Monety wrzuca się do misek na zupę – są osobne na pięciocentówki, dziesięciocentówki, ćwierćdolarówki i półdolarówki – a banknoty trzyma się w kasetce z drewna różanego.

Panuje tutaj senna atmosfera: barmani nie wykonują zbędnych ruchów, klienci trzymają kufle z piwem, a na ścianach trzy zegary od lat wskazują każdy inną godzinę. Bywa tu bardzo różnorodne towarzystwo. Należą do niego mechanicy z okolicznych warsztatów samochodowych, sprzedawcy z punktów zaopatrzenia restauracji przy Cooper Square, kierowcy ciężarówek z domu towarowego Wanamaker’s, stażyści ze szpitala Bellevue, studenci z Cooper Union i pracownicy antykwariatów położonych na północ od Astor Place. Trzon klienteli stanowi szybko kurcząca się grupa stetryczałych staruszków, głównie Irlandczyków, którzy pili tam od czasów młodości, a teraz uważają to miejsce za własne. Niektórzy mają niewielkie emerytury i są na świecie całkiem sami, nocują w hotelach w Bowery i niemal całe dnie spędzają w McSorley’s. Kilku z tych weteranów wyraźnie pamięta Johna McSorleya, założyciela, który zmarł w 1910 roku, w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat. Mówią o nim „Stary John”. Lubią siedzieć w rozklekotanych fotelach wokół wielkiego pieca, który ogrzewa lokal, gryźć cybuchy fajek i rozprawiać o dawnym właścicielu.

Stary John miał swoje dziwactwa. Zwykle był uprzejmy, ale zdarzały mu się okresy niewyjaśnionej gburowatości, podczas których nie odpowiadał, gdy się do niego zwracano. Wyłysiał w młodości, a zanim skończył czterdzieści lat, zaczął nosić niechlujne bokobrody godne nestora rodu. Zachowało się wiele jego zdjęć, na których wyraźnie widać, że Stary John odznaczał się niewymuszoną godnością. Swój saloon wzorował na pubie, który pamiętał z rodzinnego irlandzkiego miasteczka Omagh w hrabstwie Tyrone, i pierwotnie nazwał go Old House at Home 22. Około 1908 roku szyld uległ zniszczeniu, a gdy Stary John zamawiał nowy, zmienił nazwę na McSorley’s Old Ale House. To wciąż oficjalna wersja; klienci lokalu nazywają go jednak od zawsze tak samo – McSorley’s. Stary John uważał, że mężczyźni nie mogą spokojnie pić w obecności kobiet. W saloonie jest ładne pomieszczenie na tyłach, ale przez wiele lat na drzwiach od ulicy wisiała tabliczka z napisem: UWAGA! BRAK SALONIKU DLA PAŃ. W całej historii przybytku jedyną mile widzianą tu klientką była zniedołężniała stara handlarka znana jako Matka Świeżo Prażona, która twierdziła, że jej mąż zmarł od ugryzienia jaszczurki na Kubie podczas wojny hiszpańsko­-amerykańskiej, i która latami krążyła od saloonu do saloonu na Lower East Side, oferując orzeszki ziemne prosto z fartucha. W ciepłe dni Stary John sprzedawał jej piwo, a ona darzyła go tak wielkim szacunkiem, że któregoś 4 lipca wręczyła mu małą, ręcznie wyhaftowaną amerykańską flagę – John oprawił ją w ramkę i umieścił na ścianie nad mosiężną pompą do piwa, gdzie znajduje się do dziś. Kiedy przychodziły inne kobiety, Stary John pospiesznie podchodził, kłaniał się i mówił: „Przykro mi, ale nie obsługujemy pań”. Jeśli któraś nalegała, chwytał ją za łokieć, prowadził w stronę drzwi i dodawał: „Niech mnie szanowna pani nie prowokuje. Proszę natychmiast opuścić lokal, bo będę zmuszony zapomnieć, że jest pani damą”. Zwyczaj ten, z wiernie zachowaną argumentacją, wciąż jest praktykowany.

W swoim czasie Stary John obsługiwał irlandzkich i niemieckich robotników – cieśli, garbarzy, murarzy, rzeźników, woźniców i piwowarów – którzy zamieszkiwali okolicę Seventh Street. Sprzedawał im piwo w cynowych kuflach po pięć centów za porcję i serwował darmowy lunch składający się z krakersów, surowej cebuli i sera. Dzisiejsi klienci mają zwyczaj narzekać, że kawałek sera, który Stary John podał gościom wieczorem podczas otwarcia lokalu w 1854 roku, wciąż się tu uchował. Obok bezpłatnego jedzenia stał pojemnik na tytoń oraz stojak z glinianymi i kukurydzianymi fajkami – zakup piwa uprawniał do palenia na koszt firmy; na stojaku wciąż można znaleźć kilka wspólnych fajek. Stary John żył oszczędnie i udało mu się kupić kamienicę – pięciopiętrową, ośmiorodzinną – jakieś dziesięć lat po tym, gdy otworzył w niej saloon. Nie ufał bankom i zawsze trzymał pieniądze w żeliwnym sejfie. Ten do dziś stoi na zapleczu, tyle że drzwiczki się obluzowały, a w środku nie ma nic oprócz wygasłych licencji na prowadzenie lokalu i kilku pamiątek po McSorleyach, w tym brzytwy Starego Johna.

John McSorley mieszkał z rodziną tuż nad saloonem. Codziennie wstawał o piątej, a przed śniadaniem szedł na długi spacer, bez względu na pogodę. O siódmej otwierał lokal, sam go zamiatał i rozsypywał trociny na podłogę. Do momentu, gdy stracił siły i nie mógł powozić wyścigową dwukółką, trzymał konia i kozę w stajni za rogiem przy St. Mark’s Place. Zwierzęta przebywały w tym samym boksie, ponieważ John, podobnie jak wielu koniarzy, uważał, że konie powinny mieć w nocy towarzystwo. Po południu, gdy ruch w barze nieco ustawał, stajenny prowadził konia do koniowiązu znajdującego się przed saloonem, a Stary John, ubrany w barowy fartuch, stawał przy krawężniku i oporządzał zwierzę. Jeśli klient potrzebował obsługi, stukał w okno – Stary John odkładał zgrzebło, wchodził do środka, nalewał piwo i od razu wracał do konia. W niedziele startował w wyścigach dwukołowych wózków na szosach północnego Manhattanu.

Między dwudziestym a pięćdziesiątym piątym rokiem życia Stary John pił nieprzerwanie, ale przez ostatnie trzydzieści dwa lata życia nie wziął do ust ani kropli alkoholu, bo – jak mawiał – swoje już wypił. Z wyjątkiem kilku miesięcy w 1905 czy 1906 roku w McSorley’s nie sprzedawano wysokoprocentowych alkoholi. Stary John utrzymywał, że żaden człowiek nie potrzebuje niczego mocniejszego niż kufel piwa podgrzanego na płycie kuchennej. Uwielbiał jeść. Tuż przed zamknięciem lokalu zwykł smażyć na grillu blisko półtorakilogramowy stek – kładł go na szufli do węgla i trzymał nad żarem z dębowego drewna w palenisku na zapleczu. Lubił wkładać całą cebulę w wydrążoną piętkę francuskiego chleba i jeść ją jak jabłko. Przepadał za cebulą – im ostrzejsza, tym lepsza – i mawiał, że „dobre piwo, surowa cebula i żadnych kobiet” to motto jego saloonu.

Zimą, mniej więcej raz w miesiącu, organizował na zapleczu biesiadę na koszt firmy, podczas której serwowano befsztyki, a pod koniec życia przewodniczył stowarzyszeniu smakoszy o nazwie Klub Korniszona, Befsztyka, Baseballowej Dziewiątki i Chowdera imienia Czcigodnego Johna McSorleya, które organizowało grille w gaju piknikowym na wyspie North Brother w East River. Na ścianach saloonu wiszą liczne zdjęcia zrobione podczas takich wypadów klubu – na większości z nich członkowie siedzą w kucki wokół beczek piwa; z wyjątkiem prezesa wszyscy mają pijackie uśmiechy na twarzach i nieprzytomne spojrzenia. Stary John mówił niezwykle niskim basem i chętnie śpiewał z chórem pijaków. Do jego ulubionych piosenek należały: Muldoon the Solid Man (Muldoon, solidny chłop), Swim Out, You’re Over Your Head (Uciekaj, bo wpadłeś po uszy), Maggie Murphy’s Home (Dom Maggie Murphy) i Since the Soup House Moved Away (Nie ma już jadłodajni). Autorami tych utworów byli Harrigan i Hart, określani wówczas mianem amerykańskiej wersji Gilberta i Sullivana. John darzył ich wielkim szacunkiem i niezmiernie się ucieszył, gdy w 1882 roku jego saloon stał się miejscem akcji jednej z ich slumsowych komedii zatytułowanej McSorley’s Inflation (Inflacja McSorleya).

Co prawda Stary John nie obracał się w wyższych sferach, ale znał wiele ważnych osobistości. Jednym z jego najbliższych przyjaciół był Peter Cooper, prezes North American Telegraph Company i założyciel uczelni Cooper Union, której główna siedziba leży pół przecznicy na zachód od saloonu. Pod koniec życia pan Cooper tak często przesiadywał na zapleczu i prowadził filozoficzne dysputy z robotnikami, że przydzielono mu własne krzesło z gumową nadmuchiwaną poduszką. (Krzesło nadal stoi w lokalu; przez wiele lat przykrywano je żałobnym kirem dokładnie 4 kwietnia, w rocznicę śmierci pana Coopera, który zmarł w 1883 roku). Ponadto, podobnie jak inni stali bywalcy, pan Cooper miał cynowy kufel, na którym szpikulcem do lodu wygrawerowano jego imię i nazwisko. Podarował saloonowi portret samego siebie naturalnej wielkości, który wisi teraz nad kominkiem na zapleczu. To stosowny akcent, ponieważ od początku prohibicji McSorley’s służył uczęszczającym na Cooper Union jako oficjalny saloon. Zdarza się, że jakiś owładnięty sentymentem student staje przed portretem i wznosi toast za pana Coopera.

Stary John pasjami zbierał pamiątki. Przez wiele lat przechowywał rozwidlone „kości życzeń” z indyków podawanych w Święto Dziękczynienia i na Boże Narodzenie; nawlekał je na sznurek i wieszał na drążku łączącym lampy gazowe nad barem. Każdy nowy klient najpierw pytał o te zakurzone kości. Niedawno jakiś przypadkowy gość zirytował jednego z barmanów, mówiąc: „Może staruszek wierzył w voodoo”. Stary John ozdobił przegrodę między salą barową a zapleczem kartami dań bankietowych, autografami, wysuszonymi rozgwiazdami, programami teatralnymi, plakatami politycznymi i wytartymi podkowami zdjętymi z kopyt różnych koni wyścigowych i browarnianych. Nad wejściem na zaplecze zawiesił irlandzki kij i napis: ZACHOWUJ SIĘ ALBO WYNOCHA. Na jednej ze ścian baru umieścił wizerunki koni, parowców, szefów organizacji Tammany Hall, dżokejów, aktorów, piosenkarzy i mężów stanu. Około 1902 roku zamontował tam też ciężką dębową ramę ze znakomitymi portretami Lincolna, Garfielda oraz McKinleya i przymocował do niej mosiężną tabliczkę z napisem: PODŁE PSY ZABIŁY TYCH DOBRYCH LUDZI. Na tej samej ścianie powiesił oprawione pierwsze strony starych gazet: jedna, z dziennika „London Times” z 22 czerwca 1815 roku, w prawym dolnym rogu zawiera ustęp poświęcony rozpoczynającej się bitwie pod Waterloo, a w „New York Herald” z 15 kwietnia 1865 roku w jednej z kolumn opisano zabójstwo Lincolna.

Kolejną ścianę wypełnił litografiami i stalorytami. Na jednej z grafik przedstawiono śmierć Garfielda. Inna została zatytułowana Wielka walka i uwiecznia stoczony na gołe pięści pojedynek między Tomem Hyerem a Yankee Sullivanem w Still Pond Heights w Maryland w 1849 roku. Po szesnastu rundach zwyciężył Hyer, a nagroda wynosiła dziesięć tysięcy dolarów. Sędziowie mieli na głowach cylindry. Tytuł innej ryciny brzmi Ocalenie pułkownika Thomasa J. Kelly’ego i kapitana Timothy’ego Deacy’ego przez członków Irlandzkiego Bractwa Rewolucyjnego z rąk rządu angielskiego w Manchesterze, 18 września 1867. Na tej samej ścianie znajduje się również reprodukcja Proklamacji emancypacji, a także, co nieuniknione, faksymile licencji Lincolna na prowadzenie saloonu. Grawerunek przedstawiający Waszyngtona i jego generałów wisi obok ryciny ukazującej sesję Wielkiego Parlamentu Irlandii. Z czasem Stary John pokrył zdjęciami i pamiątkami praktycznie każdy centymetr kwadratowy przestrzeni między boazerią a sufitem. Wciąż są nieźle zachowane, choć pająki utkały na nich pajęczyny. Nowi klienci wpatrywali się w eksponaty całymi godzinami.

Co prawda jeszcze na kilka lat przed śmiercią Stary John nie uważał się za emeryta, ale około 1890 roku zrezygnował z codziennych dyżurów za barem i mianował głównym barmanem swojego syna Williama. Bill McSorley był typem człowieka, który zawzięcie pilnuje własnych interesów. Odziedziczył po ojcu gburowatość, ale niewiele z jego życzliwości. John w żadnym razie nie był lekkoduchem, syn jednak doprowadził wstrzemięźliwość do skrajności: pił tylko kranówkę i herbatę, czym zresztą się chełpił. Do tego zażywał odrobinę tabaki. Był tak poważny, że zanim skończył trzydzieści lat, niektórzy klienci zaczęli nazywać go Starym Billem. Uwielbiał ojca, ale nikt nie zdawał sobie sprawy z głębi tego uczucia, dopóki Stary John nie umarł. Po pogrzebie Bill zamknął saloon, poszedł na górę do mieszkania, zatrzasnął okiennice i nie wychylał nosa przez niemal tydzień. Wreszcie, wychudzony i milczący, w niedzielny poranek zszedł na dół z młotkiem i ze śrubokrętem i przez cały dzień pieczołowicie mocował na ścianach obrazy oraz pamiątki ojca, wcześniej powieszone byle jak na drucikach, więc klienci mieli w zwyczaju je zdejmować. Następnie zlecił nauczycielowi sztuki z Cooper Union wykonanie niewielkiego portretu Starego Johna na podstawie fotografii. Bill umieścił obraz na ścianie za barem, a nad nim powiesił elektryczną lampkę, której nigdy nie wyłączał – ten nabożny zwyczaj jest przestrzegany do dziś.

Przez całe życie Bill troszczył się przede wszystkim o to, by McSorley’s wyglądał dokładnie tak jak za czasów jego ojca. Kiedy trzeba było coś zmienić lub naprawić, sprawiało mu to niemal fizyczny ból. Przez dwadzieścia lat lada barowa coraz bardziej się zapadała. Stolarz wielokrotnie ostrzegał, że konstrukcja może się zawalić. W końcu, w 1933 roku, Bill kazał ją podeprzeć. Podczas prac siedział przy stole na zapleczu z głową w dłoniach i tak się denerwował, że przez kilka dni nie mógł jeść. W tym samym roku farba na suficie, oblepiona nalotem z dymu tytoniowego i pajęczynami, zaczęła się łuszczyć i odpadać. Po skargach klientów, że w piwie trafiają się płatki farby i można się nimi zadławić, niechętnie zlecił odmalowanie sufitu. W 1925 roku musiał przestawić się na ceramiczne kufle (większość cynowych naczyń ukradli łowcy pamiątek). Wtedy też na zapleczu zainstalowano automat telefoniczny na monety, którego Bill nigdy nie odbierał. To jedyne większe zmiany, na jakie pozwolił. Od czasu do czasu jeden z obrazków powieszonych przez jego ojca spadał ze ściany, szkło pękało, a Bill wypełniał lukę czymś nowym. Jego wkład obejmował między innymi zbiór portretów małżonek prezydentów, począwszy od pierwszej żony Woodrowa Wilsona, plakat Barneya Oldfielda w czerwonym samochodzie wyścigowym i wiersz zatytułowany The Man Behind the Bar (Człowiek za barem). Bill znał ten wiersz na pamięć i szczególnie lubił ostatni wers:

Gdy go Święty Piotr zobaczy, to uchyli nieba bram,

Bo ten człowiek piekło przeżył już za barem sam.

W interesach Bill był anachroniczny: nienawidził banków, kas fiskalnych, księgowości i akwizytorów. Kiedy w saloonie robiło się zbyt tłoczno, zamykał go wcześniej, mówiąc: „Za dużo tu zamieszania, w głowie mi się kręci”. Przedstawiciele handlowi browaru, w którym kupował piwo, często próbowali nakłonić go do otwarcia rachunku czekowego, on jednak uparcie płacił gotówką – głównie monetami. Przeliczał pieniądze po cztery, pięć razy i podawał kierowcy w papierowej torbie.

Świetnie znał się na barmaństwie. Rozumiał piwo, wiedział, jak je nalewać i przechowywać, a instalacja piwna w jego barze zawsze była czysta. W ciepłe dni chłodził kufle w kadzi z lodem – nawet jeśli klient długo sączył piwo, kamionkowy kufel utrzymywał trunek w odpowiedniej temperaturze. Z wyjątkiem okresu prohibicji mocne piwo barwy wosku sprzedawane w McSorley’s zawsze pochodziło z browaru Fidelio przy First Avenue, założonego dwa lata przed powstaniem saloonu. W 1934 roku Bill odsprzedał właścicielom tego browaru prawo do używania nazwy „McSorley’s Cream Stock” i zgodził się na użycie wizerunku Starego Johna na etykiecie. Wokół portretu widnieje napis: „Warzone dla McSorley’s Old Ale House”. W czasie prohibicji piwo McSorley’s potajemnie wytwarzał w ustawionych rzędem w piwnicy beczkach i baliach emerytowany piwowar Barney Kelly, który trzy razy w tygodniu przyjeżdżał do baru z domu na Bronxie. W te dni w lokalu unosiła się silna woń słodu i mokrego chmielu. Wyrób Kelly’ego był nieoczyszczony i niezwykle wyrazisty, więc Bill zwyczajowo rozcieńczał go piwem bezalkoholowym. Przez całą prohibicję nazywał swój trunek „bezalkoholowym” – ten eufemizm niezmiernie bawił klientów. Pewnego wieczoru policjant, który znał Billa, zajrzał do lokalu i powiedział: „Widziałem na rogu starszego mężczyznę szarpiącego się z koniem pociągowym. Zapytałem go, co pił, a on odparł, że bezalkoholowe piwo z McSorley’s”. W latach prohibicji piwo kosztowało piętnaście centów, a dwa kufle – ćwierć dolara. Teraz kufel można dostać za dziesięć centów.

Bill był postawny i barczysty, ale nie wyglądał na siłacza. Poruszał się ociężałym, niepewnym krokiem, miał wynędzniałą twarz i ciągle sprawiał wrażenie, jakby właśnie dochodził do siebie po chorobie. Nosił wypłowiałe czarne garnitury i muszki, ale dobierał do tego zaskakująco eleganckie koszule – jedwabne w jaskrawe prążki. Cierpiał na krótkowzroczność, saloon był zazwyczaj słabo oświetlony, Bill zaś nade wszystko przestrzegał zakazu sprzedaży alkoholu nieletnim, dlatego czasami spoglądał znad lady na jakiegoś niskiego dorosłego klienta i mówił: „Niczego ci nie sprzedam, młody. Wracaj do domu, tam gdzie twoje miejsce”.

Pewnego razu długo wpatrywał się w kąt sali i nagle krzyknął: „Zabieraj nogę ze stołu!”. Coś musiało mu się przywidzieć, bo w kącie nikt nie siedział. Był despotą. Kiedy czytał gazetę, nie zwracał uwagi na kolejkę klientów czekających na obsługę. Jeśli ktoś się niecierpliwił i domagał napitku, Bill podnosił gniewnie wzrok i rzucał nieprzyzwoite komentarze wysokim, nosowym głosem. Takie traktowanie nie denerwowało klientów. Wręcz przeciwnie, wybuchali śmiechem – uważali, że Bill jest zabawny. Mimo jego paskudnego usposobienia spora część bywalców darzyła go sympatią. Znali go, odkąd byli młodymi mężczyznami, i zdążyli przywyknąć do jego dziwactw. Poniekąd byli nawet z niego dumni, a kiedy powtarzali, że to najbardziej ponury albo najbardziej skąpy człowiek na półkuli zachodniej, mówili to raczej w formie przechwałek. Im większym ekscentrykiem się stawał, tym bardziej go szanowali. Czasami, na użytek nowego gościa, jeden z tych klientów popisywał się przed Billem, krzycząc: „Ej, Bill, pożycz mi pięć dyszek!” albo: „Ej, Bill, nie zabierzesz pieniędzy do grobu!”. Zwykle kończyło się to stekiem niewybrednych wyzwisk. Wtedy stały bywalec odwracał się do nowicjusza i pytał z dumą: „Widzisz?”. Gdy wprowadzono prohibicję, Bill po prostu ją zignorował. Działał zupełnie otwarcie. Nie zainstalował wizjera w drzwiach ani nie opłacał ochrony, ale lokal nigdy nie został przeszukany – zaglądało tu wielu polityków ze stowarzyszenia Tammany i pomniejszych policyjnych oficjeli, co najprawdopodobniej zapewniło McSorley’s nietykalność.

Nigdy nie miał sztywno ustalonej godziny zamknięcia – kończył pracę, gdy zaczynał odczuwać senność, co zwykle następowało około dwudziestej drugiej. Tuż przed tym zwoływał wszystkich gości i stawiał kolejkę. Zwyczaj ten wprowadził jego ojciec, a on wiernie go kultywował, choć wyraźnie go to bolało. Jeśli klienci ociągali się z dopiciem ostatniego drinka, najpierw pokasływał nerwowo, później bębnił pięściami w ladę i wołał: „Słuchajcie no, chłopaki! Nie mam, cholera, obowiązku stać tu całą noc i czekać, aż skończycie!”. Kiedy naprawdę tracił panowanie nad sobą, podskakiwał i jęczał żałośnie.

Pewnego wieczoru zimą 1924 roku feministka z Greenwich Village włożyła spodnie, męski płaszcz i czapkę, wetknęła cygaro do ust i weszła do McSorley’s. Kupiła piwo, wypiła je, zdjęła czapkę, a długie włosy opadły jej na ramiona. Następnie nazwała Billa męskim szowinistą, krzyknęła coś o równości płci i wybiegła. Kiedy Bill zdał sobie sprawę, że sprzedał piwo kobiecie, wydobył z siebie coś między jękiem a rykiem i zaczął podskakiwać. Wrzasnął: „To była kobieta! Cholerna baba!”.

Był głuchy albo przynajmniej udawał głuchego, mimo to zwyczajne dźwięki najwyraźniej nadmiernie mu przeszkadzały. Obmyślił więc własny sposób utrzymywania spokoju w saloonie: kupił gong alarmowy, podobny do tych, których używano w szkołach i fabrykach, i przymocował go do wysokiej, ponaddwumetrowej lodówki za barem. Jeśli ktoś zaczynał śpiewać albo starsi mężczyźni usadowieni wokół piecyka wdawali się w głośną dyskusję, podchodził do gongu i kilkakrotnie szarpał za linkę. Gong wisi tam do dziś i zazwyczaj rozbrzmiewa kwadrans przed północą na znak, że zbliża się czas zamknięcia. Klienci przyciskają wtedy dłonie do uszu.

Niechęć Billa do hałasu pozostawała niezmienna. Nie lubił nawet dźwięku własnego głosu. Potrafił milczeć całymi dniami i odpowiadać na pytania jedynie prychnięciem lub chrząknięciem. Pewien stały bywalec opowiadał, że przez szesnaście lat usłyszał od Billa dokładnie sześć zrozumiałych słów. Brzmiały one: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Ów mężczyzna poprosił wtedy Billa, by ten opowiedział mu historię pary zardzewiałych kajdan na ścianie. Później dowiedział się, że pewien weteran wojny secesyjnej przywiózł je z konfederackiego więzienia w Andersonville w Georgii i podarował Staremu Johnowi na pamiątkę.

Zdarzało się niekiedy, że Bill obdarzał jakiegoś klienta sympatią bez wyraźnego powodu. Około 1911 roku w McSorley’s zaczęło bywać wielu malarzy. Należeli do nich John Sloan, George Luks, Glenn O. Coleman i Stuart Davis. Wszyscy byli rozpoznawalnymi artystami, nie wywyższali się, a robotnicy w saloonie przyjęli ich jak swoich. Pewnego wieczoru wraz z malarzami przyszedł do lokalu anarchista Hipolit Havel. Był to długowłosy, krótkowzroczny Czech o łagodnym usposobieniu, który za sprawą publicznych wystąpień miewał kłopoty z policją. Nawet Bill był nim zaintrygowany. „Czym się zajmuje ten wariat?” – zapytał jednego z malarzy. Tamten odparł wymijająco, że Havel to ktoś w rodzaju polityka. Czechowi spodobało się w saloonie i został jego stałym bywalcem. Wieczorami, zwykle po wygłoszeniu płomiennego przemówienia na Union Square, spieszył prosto do McSorley’s. Ku zdumieniu starych gości między nim a Billem – demokratą z Tammany i reakcjonistą do szpiku kości – zawiązała się silna przyjaźń, której podstaw nikt nie potrafił pojąć. Bill nazywał anarchistę „Hippo” i sprzedawał mu napitki do dwóch dolarów na kredyt. Innym klientom nie dawał na zeszyt nawet cygara za dziesięć centów. Bill miał mgliste pojęcie o politycznej działalności Havla. Charles Francis Murphy, szef Tammany Hall, zaglądał czasem do lokalu i pewnego razu Bill powiedział Havlowi, że szepnie o nim dobre słowo Murphy’emu. „Może załatwi ci jakąś robotę” – stwierdził. Anarchista, który uważał Murphy’ego za najpodlejszego nikczemnika, uśmiechnął się i podziękował. Kapitan policji kiedyś ostrzegł Billa przed Havlem.

– Lepiej miej oko na tego długowłosego świra – powiedział.

– Dlaczego? – zapytał Bill.

Pytanie zirytowało policjanta, który warknął:

– Cholera jasna! Havel to anarchista! Najchętniej wysadziłby wszystkie banki w tym kraju.

– Ja również.

Przyjaźń Billa z Havlem była wyjątkowa pod każdym względem. Na ogół życzliwość okazywał wyłącznie kotom. Miał ich aż osiemnaście i pozwalał im robić w saloonie, co im się żywnie podobało. Karmił je zmielonymi wołowymi wątrobami, a one rosły na tej diecie do pokaźnych rozmiarów. Gdy zbliżała się pora ich karmienia, Bill wychodził zza lady, bez względu na ruch w lokalu, i bębnił w dno blaszanej patelni, a ze wszystkich zakamarków saloonu zbiegały się tłuste koty, wtedy zwinne niczym lamparty.

Bill był żonaty, ale bezdzietny, i zwykł mawiać: „Kiedy umrę, ten lokal umrze razem ze mną”. W marcu 1936 roku zmienił jednak zdanie i – ku zaskoczeniu weteranów – sprzedał zarówno saloon, jak i kamienicę Danielowi O’Connellowi, byłemu policjantowi, który od 1900 roku spędzał większość wolnego czasu przy stoliku na zapleczu. O’Connell przeszedł na emeryturę dwa dni przed zakupem saloonu. O takich ludziach mawiało się: „Jeśli nie może powiedzieć o tobie dobrego słowa, nie powie złego”. Był niemal tak dumny z tradycji saloonu jak Bill i od razu przyrzekł, że niczego nie zmieni; stanowiło to zresztą jeden z warunków umowy.

Prawie od razu po sprzedaży baru Bill zaczął podupadać na zdrowiu. Zamieszkał u krewnego w Queens. W niektóre popołudnia, jeśli pogoda dopisywała, przychodził do baru – zgarbiony, przygnębiony starzec – i siadał na krześle Petera Coopera, a sękate dłonie kładł na kolanach. Godzinami wpatrywał się w portret Starego Johna. Klienci byli pewni, że zbliża się do końca swoich dni, ale kiedy wchodził, mówili: „Nieźle dziś wyglądasz, Billy”, albo wygłaszali podobne uprzejmości. Sprawiał wrażenie, jakby mu to schlebiało. Rzadko się odzywał. Raz tylko zwrócił się do mężczyzny, którego znał od czterdziestu lat:

– Czasy się zmieniły, McNally.

– Co racja, to racja, Bill – odparł tamten.

Jakby spłoszony swoim sentymentalizmem, Bill odkaszlnął, splunął i dodał:

– Ten chleb, który teraz sprzedają, nie nadaje się nawet na karmę dla psa.

W nocy 21 września 1938 roku, zaledwie trzydzieści jeden miesięcy po tym, jak odstawił piwo, Bill zmarł we śnie. Jego przyjaciele ustalili, że miał siedemdziesiąt sześć lat.

Emerytowany policjant okazał się łagodnym szynkarzem. W przeciwieństwie do Billa nigdy nie wyrzucał awanturującego się pijaka na ulicę, ale próbował postawić go na nogi kawą albo zupą. Powiedział kiedyś: „Jeśli człowiek dostaje szału po tym, co mu sprzedałem, nie mogę go przecież wykopać. To byłoby uchylanie się od odpowiedzialności”. Prowadził saloon niespełna cztery lata. Zmarł w grudniu 1939 roku i pozostawił nieruchomość córce, Dorothy O’Connell Kirwan. Jako osoba szanująca tradycję pani Kirwan postanowiła pozostać w tle. Początkowo klienci bali się, że wyremontuje lokal. Szybko się jednak przekonali, że obawy były bezpodstawne. „Doskonale wiem, co mój ojciec czuł do McSorley’s, i dopóki ja prowadzę ten przybytek, żadnych zmian nie będzie. Nie odwołam nawet zakazu wstępu kobietom” – powiedziała pani Kirwan. Do saloonu zagląda tylko w niedziele, już po zamknięciu. Jednak na samym początku zarządzania lokalem popełniła błąd w ocenie, który doprowadził do kryzysu w McSorley’s. Długo nie mogła przeboleć tej pomyłki, ale teraz widzi jej dobre strony i uważa tamten trudny moment za punkt graniczny między przeszłością McSorley’s pod rządami Starego Johna, Starego Billa i jej ojca a teraźniejszością pod jej kierownictwem. Lubi o tym opowiadać:

– Po śmierci ojca przez kilka miesięcy pozostawiłam sprawy w McSorley’s własnemu biegowi. Powierzyłam prowadzenie interesu dwóm starym barmanom pracującym jeszcze u ojca, dziennemu i wieczornemu, ale szybko się okazało, że odpowiedzialność ich przerasta, a sytuacja stopniowo wymykała się spod kontroli. Musiałam więc znaleźć menedżera – kogoś, kto poprowadziłby księgowość, zapłacił rachunki i po prostu przejął dowodzenie. Im dłużej o tym myślałam, tym mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że idealną osobą będzie mój wuj Joe Hnida. Wychowałam się w irlandzkiej rodzinie, która od pokoleń mieszkała w jednej ze starych irlandzkich dzielnic po zachodniej stronie Greenwich Village, pośród cyganerii i ekscentryków, i wydawało mi się, że sporo już wiem o ludzkiej naturze i zachowaniach, ale szybko się przekonałam, że tak nie jest. Joe Hnida to Czech i mój powinowaty: jest mężem siostry mojego ojca. Pracował w wypożyczalni limuzyn obsługującej wesela i pogrzeby, był przełożonym szoferów. Joe to życzliwy, przyzwoity, pracowity i godny zaufania człowiek. Porozmawiałam z nim i zapytałam, czy chciałby zostać menedżerem McSorley’s. Przemyślał to i się zgodził.

Tak więc Joe zaczął pracę w McSorley’s w poniedziałek rano, a pod koniec tygodnia odebrałam pierwsze telefony od najstarszych stażem bywalców, dawnych przyjaciół mojego ojca, którzy bardzo narzekali na nowego zarządcę. Nie wzięłam pod uwagę, że Joe niewiele mówi, właściwie prawie wcale, i po prostu nie potrafi prowadzić pogawędek. Ponadto jest bardzo samowystarczalny. I na dodatek, z czym raczej sam by się zgodził, jego poczucie humoru (o ile w ogóle jakieś ma) jest czeskie, na pewno nie irlandzkie.

Wyglądało na to, że część staruszków, którzy całymi dniami przesiadywali w McSorley’s, rozmawiali i kłócili się między sobą, próbowała go zagadywać, a on po prostu nie reagował. Jak powiedział mi jeden z nich: „Czasem się przywita, powie »tak« lub »nie« i to wszystko. Nie skomentuje nawet pogody”. Inny mówił: „Gdy stoi za barem, to naleje piwo, weźmie pieniądze i wyda resztę, i na tym koniec. Jeśli nie musi, po prostu się nie odzywa”. Kilku weteranom Joe się spodobał, ale tylko tym, którzy sami niewiele mieli do powiedzenia.