Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 149 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W słonecznej Grecji - Lynne Graham

Zaraz po rozwodzie grecki milioner Giorgios Letsos rozpoczął poszukiwania dawnej kochanki Billie Smith. Tęsknił za nią i był pewien, że ona też z radością ponownie rzuci mu się w ramiona. Spotyka go jednak rozczarowanie. Billie, głęboko zraniona tym, że przed dwoma laty ożenił się z inną, mówi zdecydowane „nie”. Giorgios nie zamierza jednak przyjąć odmowy. Powód, by nakłonić ją do wyjazdu z nim do Grecji, sam wpada mu w ręce…

Opinie o ebooku W słonecznej Grecji - Lynne Graham

Fragment ebooka W słonecznej Grecji - Lynne Graham

Lynne Graham

W słonecznej Grecji

Tłumaczenie Agnieszka Baranowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Grecki potentat naftowy, Giorgios Letsos, gospodarz przyjęcia roku, zamiast zajmować się gośćmi, zaszył się w gabinecie swojego londyńskiego domu. Odpowiadał na mejle, zadowolony, że zdołał się ukryć przed zdesperowanymi kobietami, które od czasu jego rozwodu krążyły wokół przystojnego, młodego miliardera. Zza uchylonych drzwi dobiegły go konspiracyjne szepty.

‒ Słyszałam, że się jej pozbył, bo wpadła w nałóg narkotykowy.

‒ A ja słyszałam, że ‒ odpowiedział drugi zaaferowany głos ‒ odstawił ją do domu rodzinnego w środku nocy, bo dłużej nie mógł z nią wytrzymać.

‒ I zostawił ją bez grosza przy duszy, bo przed ślubem zmusił ją do podpisania intercyzy! ‒ Trzeci głos aż się zachłysnął z oburzenia.

Gio uśmiechnął się pod nosem. Nie musiał nawet brać udziału w przyjęciu, żeby dostarczać swoim gościom rozrywki. Telefon leżący na biurku zaczął wibrować, więc bez żalu przestał słuchać plotek i przywitał się chłodno z prywatnym detektywem, który od wielu miesięcy nie popisywał się skutecznością. Gio zaczynał się niecierpliwić.

‒ Słucham?

‒ Tu Joe Henley. Panie Letsos, znaleźliśmy ją! To znaczy, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent! ‒ Detektyw nie krył podniecenia. ‒ Wysyłam panu zdjęcie, proszę spojrzeć, zanim podejmiemy kolejne kroki.

Znużenie, które Gio odczuwał od dłuższego czasu, znikło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Otworzył pocztę i rozgorączkowanym wzrokiem odszukał mejl od Henleya. Z mocno bijącym sercem otworzył wiadomość. Jakość zdjęcia pozostawiała wiele do życzenia, ale Gio natychmiast rozpoznał niewysoką, kształtną sylwetkę w kolorowym płaszczu przeciwdeszczowym. Fala upojnego podniecenia przetoczyła się przez jego spięte ciało.

‒ Hojnie pana wynagrodzę za pana pracę ‒ obiecał detektywowi w rzadkim przypływie serdeczności. Wpatrywał się w zdjęcie tak chciwie, jakby miało za chwilę zniknąć z ekranu komputera. Tak jak Billie zniknęła z jego życia, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. W pewnym momencie prawie stracił nadzieję, że kiedykolwiek zdoła ją odnaleźć, mimo że nie szczędził środków na poszukiwania.

‒ Gdzie ona jest?

‒ Zdobyłem adres, ale nadal nie mam kompletu informacji. Potrzebuję paru dni, żeby dokończyć raport…

‒ Interesuje mnie tylko adres. ‒ Gio aż się trząsł ze zniecierpliwienia, ale już po chwili, pierwszy raz od wielu miesięcy, jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.

Nareszcie ją znalazł! Oczywiście, nie zamierzał jej wybaczyć, zreflektował się i wyprostował odruchowo plecy, naprężając muskularne ramiona. Uśmiech zniknął z jego ust. Takiego znali go podwładni i współpracownicy ‒ nachmurzonego, zdeterminowanego, niezdolnego do kompromisu. Wzbudzał powszechny respekt w świecie biznesu i zachwyt wśród kobiet oczarowanych jego zwierzęcym magnetyzmem. Tym bardziej zabolało go odejście Billie, jedynej kobiety, która odważyła się postąpić wbrew jego woli. Niewysoka blondynka o wielkich zielonych oczach spoglądała na niego z ekranu smutnym wzrokiem. Kiedyś w jej oczach igrały wesołe iskierki…

‒ Kiepski z ciebie gospodarz.

W drzwiach stał niewysoki, jasnowłosy mężczyzna, całkowite przeciwieństwo Gia i jego najlepszy przyjaciel jeszcze z czasów szkoły. Leandros Conistis także pochodził z zamożnej, uprzywilejowanej i dysfunkcyjnej rodziny greckiej, w której dzieci wysyłało się do najbardziej prestiżowych angielskich szkół z internatem najwcześniej, jak to było możliwe.

Gio zamknął laptop i spojrzał na przyjaciela.

‒ Chyba nie spodziewałeś się po mnie niczego innego?

‒ Dzisiaj wyjątkowo słabo się starasz ‒ odparował Leandros.

‒ Wiesz, że nawet gdybym zorganizował przyjęcie w jaskini i nie podał żadnego alkoholu ani jedzenia, to i tak przyszłyby tłumy. ‒ Gio wzruszył lekceważąco ramionami. Zdawał sobie sprawę, że jego status materialny stanowił wystarczająco silny magnes dla mniej lub bardziej znamienitych gości.

‒ Nie wiedziałem, że będziesz chciał świętować rozwód.

Gio skrzywił się.

‒ Nie świętuję rozwodu.

‒ Naprawdę? Ale zorganizowałeś przyjęcie ‒ uszczypliwie zauważył Leandros.

‒ Rozstaliśmy się z Calisto w bardzo cywilizowany sposób… ‒ Gio natychmiast się usztywnił.

‒ Tak, a harpie bardzo szybko się zorientowały, że znów jesteś do wzięcia… ‒ zażartował Leandros.

‒ Nigdy więcej się nie ożenię ‒ odpowiedział ponuro przyjaciel.

‒ Nigdy nie mów nigdy…

‒ Mówię poważnie ‒ uciął Gio.

Leandros pokiwał ze zrozumieniem głową i zażartował, żeby rozweselić zafrasowanego przyjaciela:

‒ Przynajmniej Calisto wiedziała, że Canaletto to nie imię konia wyścigowego!

Gio zamarł; wpadka Billie nigdy go nie bawiła, choć nie dał tego po sobie poznać. Teraz jednak jego sroga mina mogła przestraszyć nawet znającego go od dzieciństwa Leandrosa.

‒ To znaczy ‒ próbował jakoś załagodzić niefortunny żartowniś ‒ nie dziwię się, że rzuciłeś tamtą głuptaskę.

Gio milczał. Nigdy nie zwierzał się nikomu, nawet swemu najlepszemu przyjacielowi, dlatego Leandros nie mógł wiedzieć, że Gio nie rozstał się wtedy z Billie. Po prostu przestał się z nią pokazywać w miejscach publicznych.

W garażu niewielkiego domku Billie sortowała nową dostawę ubrań i biżuterii. Niektóre rzeczy należało uprać bądź zreperować przed wystawieniem na sprzedaż w sklepiku z towarami vintage, który dzięki wyczuciu właścicielki przynosił skromny, ale stały dochód. Pracując, Billie zagadywała do swego synka siedzącego w krzesełku i zajadającego się ze smakiem biszkoptami z jogurtem.

‒ Jesteś najsłodszym bobasem na świecie.

Theo odpowiedział jej promiennym uśmiechem.

Billie wyprostowała zgarbione plecy i jęknęła cicho. Przynajmniej dzięki przerzucaniu hałd ubrań udało jej się w końcu zrzucić kilka nadprogramowych kilogramów, które pozostały jej po ciąży. Nie mogła sobie pozwolić na przytycie, i tak nie należała do wiotkich. Przy metrze sześćdziesiąt wzrostu i dużych piersiach oraz krągłych biodrach każdy dodatkowy kilogram natychmiast rzucał się w oczy. Nie zadręczała się swą wagą, ale nie zamierzała też zamienić się w baryłkę. Zabiorę wszystkie dzieciaki na spacer do parku i pozwolę, żeby dały mi wycisk, postanowiła.

‒ Kawy? ‒ W drzwiach prowadzących do domu pojawiła się Dee, kuzynka i współlokatorka Billie.

‒ Z przyjemnością.

Billie zdawała sobie sprawę, że miała wiele szczęścia, spotykając Dee na pogrzebie ciotki. Znały się jeszcze ze szkoły, ale ich drogi rozeszły się kilka lat wcześniej, mimo że zawsze się lubiły. Zauważyła siniaki na ramionach dawnej przyjaciółki. Z przerażeniem wysłuchała jej opowieści o agresywnym mężu i ucieczce do ośrodka opiekuńczego z malutkimi dziećmi. Billie, sama w czwartym miesiącu ciąży, długo nie mogła się otrząsnąć. Dwie samotne matki połączyły siły i zamieszkały razem w niewielkim domku na prowincji, dzieląc się obowiązkami, smutkami i radościami. Żyły skromnie i spokojnie, bez wzlotów, ale i bez bolesnych upadków. Obejmując dłońmi kubek z gorącą kawą, Billie słuchała jednym uchem Dee narzekającej na ilość pracy domowej zadawanej jej pięcioletnim bliźniakom, Jade i Davisowi. Może innym jej egzystencja wydawała się nudna, ale Billie nadal pamiętała czasy, kiedy dała się oczarować urokom światowego życia, tylko po to, by później pogrążyć się na wiele tygodni w rozpaczy. Wydawało jej się wtedy, że życie straciło sens i dopiero nieoczekiwane odkrycie, że jest w ciąży, pozwoliło jej ujrzeć światełko w ciemności. Spojrzała z czułością na synka.

‒ Powinnaś w końcu pomyśleć o sobie ‒ zauważyła z zatroskaniem Dee. ‒ Nie możesz żyć jedynie dla dziecka. Theo jest cudowny, ale kiedyś dorośnie i zostaniesz wtedy sama. Potrzebny ci mężczyzna…

‒ Jak rybie rower! ‒ zaśmiała się gorzko Billie. Jeden tragiczny w skutkach związek wystarczył, żeby na zawsze zraziła się do mężczyzn. ‒ A tobie mężczyzna nie jest potrzebny?

‒ Dziękuję bardzo!

‒ No właśnie!

‒ Ja to co innego ‒ skonstatowała smukła szatynka. ‒ Gdybym była tobą, chodziłabym na randki bez przerwy!

Bawiący się teraz na podłodze Theo, złapał mamę za nogę i podciągnął się do góry, kwiląc z zadowolenia. Szybko robił postępy, zważywszy, że przez parę miesięcy miał obie nogi w gipsie po operacji dysplazji bioder. Uśmiechnęła się do niego i zmierzwiła czarne loki, które odziedziczył po ojcu. Ich dotyk obudził w niej wspomnienia. Otrząsnęła się szybko; rozpamiętywanie błędów przeszłości do niczego nie prowadzi, zganiła się w myślach.

Dee przyglądała się kuzynce z nieskrywanym politowaniem. Billie Smith stanowiła ideał kobiecej urody: krągła, z grzywą miodowozłotych loków i śliczną twarzą z ogromnymi zielonymi oczyma działała na mężczyzn jak magnes. Gdyby nie wrodzona skromność i dobroć serca kuzynki, Dee uschłaby z zazdrości. Oczywiście nie zazdrościła jej romansu z okrutnym, egoistycznym draniem, który złamał Billie serce. Ufna młoda dziewczyna zapłaciła wysoką cenę za pokochanie niewłaściwego mężczyzny.

Pukanie do drzwi wyrwało obie kobiety z zamyślenia.

‒ Otworzę! ‒ Billie zerwała się z miejsca, bo Dee zajęta była prasowaniem. Theo na czworakach ruszył za matką. Davis prawie się o niego przewrócił, kiedy wybiegł z salonu, krzycząc:

‒ Przed domem stoi wielki samochód! Taki duży! ‒ Chłopczyk aż podskakiwał z podniecenia.

Billie założyła, że zafascynowany motoryzacją synek Dee zobaczył przez okno samochód dostawczy albo śmieciarkę. Otworzyła drzwi i… gwałtownie cofnęła się o krok.

‒ Bardzo trudno cię znaleźć ‒ zauważył Gio, który wypełniał sobą prawie całe drzwi.

Billie zamarła. Szok odebrał jej zdolność do wykonania najmniejszego nawet gestu.

‒ Dlaczego miałbyś mnie szukać? ‒ wykrztusiła wreszcie.

Gio pożerał ją wzrokiem. Dwadzieścia cztery piegi nadal zdobiły jej krągłe policzki i zadarty nosek; wiedział to, bo kiedyś je policzył. Wielkie zielone oczy, delikatne rysy twarzy i pulchne różowe usta nie zmieniły się ani trochę, zauważył z ulgą. Zerknął na opinający krągłe piersi błękitny podkoszulek i zadrżał ‒ jego libido obudziło się nagle z długiego zimowego snu. W pewnym momencie zaczął się nawet obawiać, że nieudane małżeństwo skutecznie go wykastrowało. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na Billie i krew zaczęła szybciej krążyć w jego żyłach. Powinien był się tego spodziewać. Zawsze budziła w nim szaleńcze, nienasycone pożądanie. Zdarzyło mu się nawet wysłać po nią prywatny samolot, kiedy podczas podróży służbowej w Nowym Jorku nie mógł przestać o niej myśleć.

Billie była tak przerażona i zaskoczona nagłym pojawieniem się Giorgiosa Letsosa, że stała bez ruchu, wpatrując się w gościa wielkimi oczyma. W uszach jej szumiało, słyszała jedynie walenie swego serca. Z otępienia wyrwało ją szarpanie małych rączek za nogawkę spodni. Theo wspiął się do pozycji stojącej, przytrzymując się dżinsów mamy, i kwilił radośnie.

‒ Billie? Wszystko w porządku? ‒ Dee wyjrzała z kuchni. ‒ Coś się stało?

‒ Nie, nic ‒ wykrztusiła Billie i schyliła się niezdarnie, by wziąć Thea na ręce. Po jej obu stronach stały bliźniaki i wpatrywały się w Gia, jakby przybył z kosmosu.

‒ Dee, zajęłabyś się dziećmi? ‒ zapytała drżącym głosem, przekazując synka kuzynce. Kiedy zostali sami, uwięzieni w ciasnym korytarzu, spojrzała na niego wrogo.

‒ Pytałam, dlaczego mnie szukałeś ‒ przypomniała nieproszonemu gościowi.

‒ Naprawdę chcesz, żebyśmy przeprowadzali tę rozmowę na progu? ‒ Gio emanował pewnością siebie. Jak zwykle niepostrzeżenie przejmował dowodzenie, co natychmiast ją zdenerwowało.

‒ Dlaczego nie? ‒ -syknęła cicho, próbując jednocześnie oderwać wzrok od jego pięknej męskiej twarzy i gęstych czarnych włosów, które kiedyś przeczesywała czule palcami. ‒ Nie jestem ci nic winna.

Gio wyglądał na zaskoczonego oporem stawianym przez kobietę, która kiedyś spijała słowa z jego ust i dokładała wszelkich starań, żeby go zadowolić. Na jego twarzy malowało się napięcie.

‒ Zachowujesz się nieuprzejmie ‒ zauważył lodowatym tonem.

Billie kurczowo trzymała się drzwi, żeby nie upaść. Gio jak zawsze zachowywał chłodny dystans i bez mrugnięcia okiem wymagał od niej, żeby traktowała go tak jak reszta świata, czyli ze służalczym oddaniem. Cóż, rozumiała go, przecież nigdy nie zaznał od ludzi niczego innego ‒ zawsze mu schlebiali i płaszczyli się przed nim, zabiegając o chwilę cennej uwagi charyzmatycznego miliardera.

Kiedyś postępowałam identycznie, stwierdziła z smutkiem. Nigdy mu się nie przeciwstawiła z obawy, że go rozgniewa i sprowokuje do odejścia. Jak na ironię losu, mimo wszystko i tak ją opuścił. Jej naiwność została ukarana. Kątem oka Billie dostrzegła sąsiadkę przyglądającą im się znad płotu.

‒ Lepiej wejdź ‒ poddała się.

Gio wszedł raźnym krokiem do dużego pokoju, który nagle wydał jej się ciasną klitką zagraconą dziecięcymi zabawkami. Zapomniała już, jak swą wysoką, atletyczną sylwetką dominował nad otoczeniem. Billie pospiesznie wyłączyła telewizor. Tak długo, jak to było możliwe, stała tyłem do swego gościa, starając się ukryć wrażenie, jakie zawsze na niej wywierał. Wywoływał w niej dziwną ekscytację i podniecenie, które raz już sprowadziło ją na manowce. Nawet teraz, nie patrząc, widziała oczyma wyobraźni jego miodowobrązowe oczy, królewski profil, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe, śniadą skórę i, przede wszystkim, zmysłowe usta, które kiedyś potrafiły dać jej tyle przyjemności.

‒ Mam prawo zachowywać się wobec ciebie nieuprzejmie ‒ burknęła przez ramię. ‒ Dwa lata temu ożeniłeś się z inną kobietą. ‒ Nawet teraz wspomnienie dawnego odrzucenia raniło ją okrutnie. Zrozumiała wtedy, że dla Gia okazała się wystarczająco dobra jedynie na sekretną kochankę, ale nie na żonę; to nie z nią chciał dzielić życie. ‒ Nic nas już nie łączy!

‒ Rozwiodłem się ‒ rzucił podenerwowanym tonem, bo nic nie szło tak, jak sobie założył. Nigdy wcześniej Billie nie okazywała mu wrogości, nie kwestionowała jego słów i zachowań. Nowa wersja dawnej kochanki zaskoczyła go niemile.

‒ I co z tego? ‒ odparowała natychmiast. ‒ Jeśli mnie pamięć nie myli, twoje małżeństwo to była twoja prywatna sprawa, która nie powinna mnie w ogóle obchodzić!

‒ Tylko że cię obchodziła. Albo użyłaś jej jako pretekstu, żeby ode mnie odejść.

‒ Pretekstu?! ‒ Słuchała go z rosnącym zdumieniem. Zapomniała już jak bardzo samolubny i arogancki potrafił być. ‒ Przecież nie byłeś już wolnym mężczyzną, ożeniłeś się, w twoim życiu nie było dla mnie miejsca!

‒ Bzdura, byłaś moją kochanką!

Bille poczerwieniała, jakby ją spoliczkowano.

‒ Nie, nigdy nią nie byłam. Kochałam cię. Nie zależało mi na prezentach, biżuterii i luksusowym apartamencie, tylko na tobie ‒ rzuciła przez zaciśnięte zęby.

‒ Przecież moja żona nie miała nic przeciwko naszemu związkowi. ‒ Gio zaczynał tracić cierpliwość.

„Moja żona”. Te dwa słowa nadal raniły Billie do żywego. Poczuła szczypanie pod powiekami, bo choć nienawidziła Gia, siebie oceniała równie surowo. Jak mogła pokochać kogoś tak samolubnego i niewrażliwego? I dlaczego on postanowił ją odszukać?

‒ Czasami wydaje mi się, że jesteś kosmitą, Gio. ‒ Billie ledwie panowała nad gniewem. ‒ W moim świecie przyzwoici mężczyźni, gdy żenią się z jedną kobietą, nie sypiają z drugą. Dla mnie to nie do zaakceptowania. A fakt, że poślubiłeś kobietę, której nie przeszkadza kochanka, przygnębia mnie jeszcze bardziej.

‒ Teraz jestem wolny ‒ przypomniał jej, zastanawiając się jednocześnie co się stało, że jego słodka, uległa Billie zmieniła się w upartą arogantkę.

‒ Nie chcę być niegrzeczna, ale wolałabym, żebyś już sobie poszedł.

‒ Nawet mnie nie wysłuchałaś! Co się z tobą dzieje, do diabła?!

‒ Nie mam ani ochoty, ani obowiązku cię wysłuchiwać. Rozstaliśmy się dawno temu.

‒ Nie rozstaliśmy się, zerwałaś ze mną! Zniknęłaś z powierzchni ziemi! ‒ odpowiedział z naciskiem.

‒ Kiedy mi oświadczyłeś, że się żenisz, a ja… zareagowałam, tak jak zareagowałam, kazałeś mi zmądrzeć. Więc zmądrzałam. I nie mam ochoty cię słuchać.

‒ Nie poznaję cię.

‒ Nic dziwnego. Minęły dwa lata, zmieniłam się ‒ oświadczyła z dumą.

‒ W takim razie powinnaś znaleźć odwagę, żeby powiedzieć to, patrząc mi w oczy ‒ zauważył kwaśno.

Bilie poczerwieniała i w końcu się odwróciła. Głęboko osadzone magnetyczne oczy o kolorze bursztynu wpatrywały się w nią badawczo, z niepokojem. Pierwszy raz, gdy je zobaczyła, zamroczone były gorączką, ale i tak wydały jej się niesamowite. Przełknęła ślinę i wykrztusiła:

‒ Zmieniłam się.

‒ Nie przekonałaś mnie, moja miła. ‒ Gio nawet nie mrugnął. Uśmiechał się pod nosem, świadom napięcia, jakie zawsze pomiędzy nimi powstawało, gdy tylko spędzili razem dłużej niż pięć minut. Widział to w jej oczach, nic się nie zmieniło. Tylko tyle potrzebował wiedzieć. – Chcę, żebyś do mnie wróciła.

Billie wstrzymała oddech. Dopiero po chwili otrząsnęła się z szoku. W świecie Gia takie żądanie zapewne miało sens. Jego małżeństwo rozpadło się bardzo szybko, a Gio nie znosił zmian w życiu prywatnym. Powrót do dawnej kochanki mógł w jego pokręconej, chorej logice oznaczać najprostszy sposób przywrócenia porządku.

‒ Nie ma mowy ‒ mruknęła. ‒ Mam nowe życie, którego nie mogę tak po prostu zostawić. ‒ Zorientowała się, że szuka jakiejś idiotycznej wymówki i rozzłościła się na siebie. ‒ To od początku był błąd…

‒ Nieprawda. Było cudownie ‒ zaprzeczył.

‒ A w twoim małżeństwie nie było? ‒ Billie nie mogła się powstrzymać.

Jego twarz stężała. Pamiętała tę minę: ostrzegał ją, że pozwoliła sobie na zbyt wiele, wyznaczał granicę.

‒ Skoro się rozwiedliśmy, to raczej nie było, prawda? Ale ty i ja…

Zanim zdążyła się zorientować, chwycił ją za dłonie i przyciągnął bliżej do siebie.

‒ To zupełnie co innego ‒ dokończył miękkim głosem. ‒ Układało nam się świetnie.

‒ Zależy, co rozumiesz przez świetnie. ‒ Wykręciła bezsilnie ręce. ‒ Ja nie byłam szczęśliwa.

‒ Zawsze się uśmiechałaś ‒ stwierdził z pewnością w głosie, bo pogodne usposobienie Billie uważał za jej najwspanialszą cechę.

‒ Nie byłam szczęśliwa ‒ powtórzyła, czując, jak jej skóra wilgotnieje z wysiłku włożonego w panowanie nad nerwami. Czuła zapach Gia, znajome, mimo upływu lat, upajające połączenie cytrusowych nut wody kolońskiej i jego ciepłej skóry. Ledwie się powstrzymała przed wtuleniem twarzy w jego szeroką pierś. ‒ Puść mnie, proszę, tracisz tylko swój cenny czas.

Jego usta przywarły do jej warg, pożądliwie, z zachłannym entuzjazmem, którego nigdy nie zdołała zapomnieć. Przeszyło ją elektryzujące podniecenie, ożywiając każdą komórkę ciała. Zmysłowa pieszczota języka Gia sprawiła, że ugięły się pod nią kolana, a pragnienie, by wtulić się w silne, męskie ramiona stało się zbyt silne, by mogła mu się oprzeć. Dziki głód, tęsknota tłumiona przez dwa długie lata, przebudziła się i rozgrzała Billie do czerwoności. Dopiero płacz Thea dobiegający z kuchni podziałał na nią niczym zimny prysznic. Otrzeźwiała w sekundę. Oderwała usta od rozpalonych warg Gia i, patrząc w oczy mężczyzny, który kiedyś złamał jej serce, powiedziała to, co powinna:

‒ Proszę cię, Gio, idź już.

Billie stała przy oknie i patrzyła, jak miłość jej życia wsiada do czarnej limuzyny i odjeżdża. Bez większego wysiłku znów ją zranił, co dobitnie świadczyło o kruchości z trudem odzyskanej przez nią równowagi. Wciąż jakaś słaba, przekorna część jej serca marzyła, by za nim pobiec i błagać, by do niej wrócił. Wiedziała jednak, że nie może sobie pozwolić nawet na chwilę słabości. Gdyby Gio się dowiedział, że Theo jest jego synem, wpadłby w furię. Od początku zdawała sobie sprawę, że ciąża byłaby dla Gia nie do zaakceptowania. Mimo to, kiedy wkrótce po ich rozstaniu zorientowała się, że spodziewa się jego dziecka, ze strachem, ale zdecydowała się je urodzić. Nie liczyła na zrozumienie ani tym bardziej wsparcie ze strony mężczyzny, który zdecydowanie deklarował swój brak zainteresowania ojcostwem. We wczesnych tygodniach ich związku ostrzegł ją nawet, że wpadka zrujnowałaby ich życie i oznaczałaby koniec wszystkiego. Jednak Billie miała w sobie zbyt wiele miłości, by pozbyć się dziecka. Postanowiła nie wtajemniczać w swe plany Gia, a z czasem uwierzyła nawet, że potrafi sprawić, by jej synek nigdy nie odczuł braku ojca. Tylko czasami, w chwilach zmęczenia, dopadało ją poczucie winny. Czy była egoistką, skazując Thea na dorastanie w niepełnej rodzinie? Czy pewnego dnia, gdy jej syn dorośnie, znienawidzi ją za to, że nie zapewniła mu lepszego życia? Billie oparła rozpalone czoło o chłodną szybę i zamknęła piekące od łez oczy.

Tytuł oryginału: The Secret His Mistress Carried

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2015 by Lynne Graham

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2237-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.