Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 15 godz. 17 min Lektor: Wydawnictwo Czarne

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 15 godz. 17 min Lektor: Wydawnictwo Czarne

Opis ebooka W rajskiej dolinie wśród zielska - Jacek Hugo-Bader

"Rajską doliną jest były Związek Radziecki wspominany przez bohaterów reportaży Jacka Hugo-Badera jako kraina mlekiem i miodem płynąca. Mleko było wprawdzie chudziutkie, a miód rzucano do sklepów tylko z okazji świąt państwowych. Nostalgia jednak pozostała i wyłazi wszystkimi szparami betonowych bloków na prowincji i eleganckich domów z cegły w miasteczku kosmonautów pod Moskwą. "Rosyjska dusza jest jak spaniel, nawet jak mu jest wesoło, ma mordę rozpaczliwie smutną" - pisze autor. I maluje obrazki z byłego imperium tak plastycznie, że niemal czuje się dym biełomorów, najtańszych papierochów, przez które kolejni dwaj mężowie Sofii Pietrowny z Workuty zmarli na raka, i smród wódki 'Stolicznej' od rosyjskiego generała w Czeczenii".

Anna Żebrowska

Opinie o ebooku W rajskiej dolinie wśród zielska - Jacek Hugo-Bader

Fragment ebooka W rajskiej dolinie wśród zielska - Jacek Hugo-Bader

WYDAWNICTWO CZARNE S.C.

www.czarne.com.pl

SEKRETARIAT: ul. Kołłątaja 14, III p.

38-300 Gorlice, tel./fax +48 18 353 58 93

e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl

REDAKCJ A: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70

e-mail: redakcja@czarne.com.pl

DZIAŁ PROMOCJI: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: anna@czarne.com.pl, agnieszka@czarne.com.pl, stanislaw@czarne.com.pl

DZIAŁ SPRZEDAŻY: Beata Motyl, MTM Firma

ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa, tel./fax +48 22 632 83 74

e-mail: mtm-motyl@wp.pl

Skład: D2D.pl

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2011

Wydanie III

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by THOMAS DWORZAK / MAGNUM PHOTOS / EK PICTURES

Fotografie w środku tomu: s. 8 - © AP, Agencja Gazeta; s. 22 - © S. Kamiński, Agencja Gazeta; s. 286 - Archiwum Floty Północnej Federacji Rosyjskiej; s. 326 - Państwowe Archiwum Dokumentacji Naukowo-Technicznej; s. 344 -Archiwum Zinaidy Azarch; pozostałe fotografie © by JACEK HUGO-BADER.

Copyright © by JACEK HUGO-BADER, 2002

Redakcja JAN KOŹBIEL

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład ROBERT OLEŚ / D2D.pl

Korekta MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-306-7

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Seria REPORTAŻ

Paweł SmoleńskiIzrael już nie frunie

Mariusz SzczygiełGottland

Włodzimierz NowakObwód głowy

Maciej ZarembaPolski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji

Renata RadłowskaNowohucka telenowela

Martin PollackDlaczego rozstrzelali Stanisławów

Jacek Hugo-BaderBiała gorączka

Klaus BrinkbäumerAfrykańska odyseja

Jean HatzfeldStrategia antylop

Włodzimierz NowakSerce narodu koło przystanku

20. 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła

W serii ukażą się m.in.:

Wojciech GóreckiToast za przodków

Witold SzabłowskiZabójca z miasta moreli

Peter Fröberg IdlingUśmiech Pol Pota

Wojciech GóreckiPlaneta Kaukaz

Chloe HooperWysoki

Swietłana AleksijewiczWojna nie ma twarzy kobiety

Wiem, że w dniu, kiedy otwieram gazetę z reportażem Jacka Hugo-Badera, a jeszcze lepiej jego książkę reporterską, nie będę się nudzić. Ale gdy zaczynał dopiero świetną karierę w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”, który wtedy prowadziłam, i przynosił nowy brawurowy tekst, czułam od czasu do czasu lekki niepokój. Za mało wtedy znałam Jacka, nie wiedziałam jeszcze, z jaką pasją tropi życie, aby je opisać.

Tak było już przy pierwszej stronie reportażu z rajskiej doliny, gdzie Jacek podgląda nagie dziewczęta oblepione pyłkiem anaszy. Zaniepokoiłam się.

Reporter może czasem podkolorować opis swoją emocją, jeśli rzeczywistość grozi nudą. Może zagęścić jakieś sytuacje, przyśpieszyć rytm wydarzeń. Może z paru postaci zrobić jedną albo losami jednej obdzielić parę - jeśli to konieczne, by chronić bohaterów lub siebie. Ale wszystkie te zabiegi nie mogą dotykać istotnej treści tekstu. Jednym słowem, reporter musi znać miarę. Utrata miary jest groźna dla reportażu.

Te gołe dziewczyny oblepione pyłkiem anaszy - wizja po prostu nieprawdopodobna! Czytałam dalej, i do obawy, czy Jacka nie poniosło, dołączył się niepokój o moje własne kwalifikacje. Gotowa jestem wątpić w niesamowity balet nagusek, a przecież nie wiem nic o kraju, z którego Jacek przywiózł ten obraz.

Zaczęłam szukać Kirgizji w encyklopediach. Od połowy XIX wieku podlegała kolonizacji rosyjskiej, po rewolucji została wydziedziczona ze stad, jurt i własnych sposobów życia.

Dowiedziałam się, że liczebność owiec i kóz spadła między 1928 a 1935 rokiem z sześciu milionów do niespełna miliona. Ale ani Encyklopedia Brytyjska z 1991 roku, ani polska PWN-owska z 1996 roku nie wspominały o kirgiskim narkobiznesie, zbudowanym na nędzy i zachwianiu równowagi życiowej. Rola Kirgizji w tym biznesie jest dziś znana i brak tego sygnału raczej dziwił (rolę Kolumbii w tej dziedzinie obie encyklopedie odnotowały).

Hasła w encyklopediach przypomniały mi jednak o Czyngisie Ajtmatowie. Dawno zabierałam się do tego, by przeczytać jego książkęGolgota(1986 r.).

Zapytałam Jacka, czy nie ma tej książki. Dowiedziałam się ze zdumieniem, że jej nie czytał. Owszem, słyszał o niej, ale była dostępna tylko w czytelni. Wyjeżdżał jak zawsze w pośpiechu, potem w pośpiechu pisał reportaż, i zaniedbał lekturę.

Nie omieszkał dodać, że nie lubi sugerować się lekturami. Jak się za bardzo naczyta, traci energię i ciekawość.

Wobec tego poszłam do biblioteki i zamówiłamGolgotę.Jej bohaterem jest Abdiasz, wrażliwy reporter obwodowej gazety, który wyrusza do Azji Środkowej zbadać szlaki narkotykowe i przyłącza się do grupy kurierów. I cóż się z nim dzieje, zanim go zamęczą bandyci, którym stanął na drodze?

Czyngis Ajtmatow pisze: „Trzeba było rozebrać się do naga i biegać wśród traw, żeby pyłek z kwiatów konopi przylepił się do ciała [...] tylko w panamie, okularach, kąpielówkach i trampkach Abdiasz Kallistratow - białoskóry cherlak z Północy, odurzony pyłkiem, biegał po stepie jak nakręcony, to w przód, to w tył, wybierając najwyższe i najgęstsze trawy. Wokół unosiła się chmura pyłku...”.

Jacku, wybacz, że podejrzewałam cię o nadmiar fantazji. Jeśli można mieć do ciebie jakąś pretensję, to tylko o to, że nie lubisz przesiadywać w czytelni. Ale nie o to, że zawsze wytropisz coś takiego, na co nam, mniej ruchliwym, nie starcza wyobraźni.

Małgorzata Szejnert

Michaił Timofiejewicz Kałasznikow, konstruktor

ROSJA Towarzysz Kałasznikow

Nie znalazłem go w czerwonej „Księdze radzieckich geniuszy nauki” z 1954 roku, w biurze meldunkowym, na liście lokatorów, wśród przodowników pracy w fabrycznej gablocie. W najnowszej radzieckiej encyklopedii nie napisali nawet, w jakiej mieszka republice, nie zamieścili zdjęcia.Portrieta niet- znaczy tajny.

W 1949 roku Kałasznikow otrzymuje Nagrodę im. Stalina. Odbiera ją z rąk samego generalissimusa. W 1971 roku zostaje doktorem nauk technicznych, członkiem Leningradzkiej Akademii. Nigdy nie ukończył żadnego instytutu.

Iżewsk to brzydkie miasto na Uralu. W centrum ogromna wieża z żelaznych belek - iżewska odmiana wieży Eiffla. Do puczu w 1991 roku miasto było zamknięte. To taka radziecka specjalność. W środku kraju miasto, ale z jakichś powodów nie wolno tam wjechać, jakby otoczone było granicą. W tym kraju do tej pory są takie miasta.

Iżewsk to stolica rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Rzecz jasna nie ma fabryki czołgów, karabinów czy samochodów pancernych. To kolejna radziecka specjalność. Czołgi składa się tutaj w fabryce snopowiązałek, rakiety w fabryce samochodów, armaty w zakładach wytwórczych maszyn dziewiarskich (w Tule np. karabiny produkują w fabrykach samowarów). W jednej z iżewskich fabryk broni pracuje, mimo emerytury, 74-letni Michaił Timofiejewicz Kałasznikow, konstruktor.

Garnitur konstruktora

- Jak by tu zacząć, Michaile Timofiejewiczu? Może tak: który automat jest najlepszy na świecie?

- Niech pan zapyta matkę, które dziecko jest najmądrzejsze. Oczywiście, że jej.

- A jak będzie wyglądał automat XXI wieku?

- Nie wiem. Amerykanie twierdzą, że do 2025 roku najlepszy będzie kałasznikow, a potem się zobaczy. Ciągle pracuję. A wie pan, dlaczego mój automat jest taki popularny? Bo jego idea to dar żołnierza dla żołnierza. Najważniejsza jest prostota, ale nie dlatego, że byłem niegramotny, nie. Cała trudność w pracy konstruktora to zrobić coś nieskomplikowanego. Konstrukcje skomplikowane są łatwe do zaprojektowania.

- Dlaczego w 1974 roku przystosował pan swój karabinek do amunicji o kalibrze 5.45?

- Dlatego, że Amerykanie zaczęli używać takiego w Wietnamie.

- Ale wtedy w całym ZSRR podniosły się protesty przeciwko niemu. Sami mówiliście, że to barbarzyńska, niehumanitarna broń. Jej pociski rozrywają się w ciele ofiary, straszliwie okaleczają...

- O, już pan widzi, dlaczego nie chcę rozmawiać z dziennikarzami? Bo głupoty piszecie.

Kałasznikow się zdenerwował. On rzeczywiście prawie nigdy nie rozmawia z dziennikarzami. Zrobił wyjątek dla „Ogonioka” i teraz dla „Gazety Wyborczej”.

- Jak pojechałem do Ameryki, napisali, że sam w domu sprzątam. To coś złego, że nie mam służby? Albo że nie mam porządnego garnituru. Wielki bohater, laureat tylu nagród, a nie ma garnituru. I po co o tym pisać? Pan, kiedy jechał do mnie, kupił nowe ubranie? O, widzę, że nie. Miał pan rację.

Spojrzenie konstruktora

- W jakich warunkach pracował pan przed laty?

- Nie nosili mnie na rękach. Szedłem ciernistą drogą. Wyobraźcie sobie. Jest rozpisany konkurs na automat i staje do niego taki Diegtariew - generał, Simonow - także generał, Szpagin - sławny konstruktor i w tym towarzystwie sierżancina jakiś plącze się pod nogami.

- Sam pan planował pracę?

- Tak. Nie miałem żadnych pomocników, wiele prototypów zrobiłem własnoręcznie, podobnie jak AK-47. Pracę rozumiałem zawsze jako pracę dla narodu - mówi Kałasznikow i poważnieje.

Ojczyzna, naród, praca to dla niego święte słowa. Kiedy je wymawia, spogląda jakoś tak po proletariacku. Chociaż mały, w kapciach i wciśnięty w kąt przy pianinie, dumnie wstrząsa zaczesanymi do góry siwymi włosami i patrzy na mnie trochę z góry.

- Jak czuł się pan w latach stalinowskich? Jak wolny człowiek?

- Nagroda stalinowska to było wielkie wyróżnienie. Kto ją dostał, z tym się liczyli.

- Mógł pan wypowiadać swoje zdanie?

- Zrozumcie, głównym konstruktorem mógł być tylko ten, który swoją ideą umiał zarazić cały kolektyw. Mnie się to udało.

- Na litość boską, Michaile Timofiejewiczu, mówię o tym, że w tamtych czasach rządzili politrucy, komisarze. W waszym biurze pewnie też.

- Partia sprawowała kierowniczą funkcję w każdej dziedzinie, nie widzę niczego złego w kierowniczej roli naszej partii. Wierzyliśmy w nią. Tak nas wychowano, no i jestem komunistą do dzisiaj.

- Widzę, że pracował pan w innych warunkach niż konstruktorzy samolotów z lat Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

- No nie, gdzie mi się równać z konstruktorami samolotów.

Kałasznikow bardzo źle słyszy. Choroba zawodowa. Ogłuchł od ciągłego strzelania. Siedzimy przy stole naprzeciw siebie, a wrzeszczymy, jakbyśmy byli w innych pokojach. Często, gdy czegoś nie rozumie albo nie chce zrozumieć, udaje, że nie słyszy.

- Oni pracowali w łagrach - naciskam. - W ekskluzywnych, ale łagrach. W takich złotych klatkach. Nie słyszał pan o tym?

- Ja tam u nich nie bywałem - ucina.

Polując na konstruktora

Siedzimy tak z Michaiłem Timofiejewiczem i czaj pijemy. A ileż to ja musiałem się nagimnastykować, żeby do niego dotrzeć. Bo to człowiek tajny. Do niedawna nikt w mieście nie wiedział, że Kałasznikow mieszka w Iżewsku, a rodzina dowiedziała się, czym się zajmuje, dopiero wtedy, gdy broń zaczęła nosić jego imię.

Dwa dni oblegałem fabrykę maszyn, w której pracuje Kałasznikow. Wiele godzin pod bramą, na korytarzach, w pokojach, gabinetach, biurach przepustek. Cztery godziny sterczę przy telefonie i czekam na Wiktora Nikołajewicza, głównego inżyniera. Co chwila dzwonię - „Już do was wyszedł, towarzyszu korespondencie”.

Nie marnowałem czasu. Obserwowałem. Jakież tam typy chodzą. Choćby ten. Wielki jak góra, kusy garniturek wypchany mięchem. Gęba ciemna, sztywna czupryna, nos złamany, brwi krzaczaste - gość z Kaukazu. Od razu widać, że garnitur pożyczył od kolegi, a na co dzień nosi panterkę. Łazi po pokojach i załatwia interesy. Ma wielką torbę z szarego papieru. Podchodzę i zagaduję:

- Co tam masz?

- Pieniądze - odpowiada niewinnie i w uśmiechu pokazuje zęby.

O Boże! Wszystkie złote! A już myślałem, że to żelazny człowiek.

Mówią mi: „Iżewsk, miasto mafii”. Dlaczego? Bo tutaj broń produkują. A choćby ten odpicowany goguś w skórce, który przed chwilą podjechał fordem i łazi teraz drogą, którą przebył już mój złotousty Azer. Też go zagaduję. Jest z Odessy. Przyjechał z Tadżykistanu, jedzie do Moskwy. W Polsce też bywał, zna nawet kilka słów. Czym się zajmuje?

- Biznesem.

Dobrze w Rosji znają tych biznesmenów. Po Moskwie chodzi taki kawał: „Jakie jest najgroźniejsze zwierzę na świecie? Biznesmen w BMW”.

Dochody konstruktora

- Na tym zdjęciu - pokazuję paluchem - stoi pan obok prawdziwego amerykańskiego milionera.

W 1991 roku Kałasznikow był w USA.

- To Stoner, konstruktor M16. On mnie zaprosił. Wielu ludzi sądzi, że ja też jestem milionerem. Owszem, ale tych milionów nie mam na koncie, tylko w Układzie Warszawskim. Te moje miliony to egzemplarze kałasznikowa, w które jest uzbrojony cały Układ, a za które nie dostałem ani kopiejki.

- Powiedział pan kiedyś, że gdyby za każdego wyprodukowanego kałasznikowa dali panu jednego rubla, byłby pan milionerem.

- Łatwo obliczyć, że byłoby tego co najmniej pięćdziesiąt pięć milionów. A co ja z tego mam? Nic! Gdy byłem w Ameryce, czułem się jak nędzarz, nie stać mnie było na lody. Kierownictwo powiedziało, że to podróż prywatna, i nic nie dało. Stoner ma własny samolot, a mnie nie stać na bilet lotniczy z Iżewska do Moskwy. Jeżdżę pociągiem - dwadzieścia godzin.

- Ile pan zarabia?

- Trudno powiedzieć. Co miesiąc się zmienia, ale emerytury ostatnio dostałem ze czterdzieści tysięcy rubelków.

- Średnia pensja w pańskiej fabryce - zaczynam głośno liczyć - to czterdzieści tysięcy, w takim razie pan musi mieć jakieś sześćdziesiąt, do tego dochodzi emerytura i już mamy sto tysiączków, czyli sto dolarów. Kto w Rosji ma takie pieniądze? Nawet w Ameryce za te pieniądze mógłby pan sobie kupić taczkę lodów, a tutaj trzy razy lecieć do Moskwy i z powrotem. O, jeszcze miał pan diety deputowanego. W Rosji są bardziej poszkodowani od pana.

- Niech pan nie myśli, że się skarżę. W moim kraju nie zapomniano o mnie. Nagradzano wieloma orderami. Jestem dwukrotnym Bohaterem Pracy Socjalistycznej, a muszę wam powiedzieć, że te odznaczenia dają tylko za wyjątkowe zasługi. Poza tym przez sześć lat byłem deputowanym Rady Najwyższej Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, więc myślę, że byłem stosownie, po naszemu, wynagradzany.

- Wszedł pan do Rady Najwyższej, kiedy jeszcze żył Stalin.

- Tak. Potem miałem przerwę i znowu kilka kadencji... Ale niech pan przypadkiem nie pomyśli, że u nas był taki porządek, że nasi konstruktorzy - nie tylko ja tak myślę, ale wszyscy twórcy radzieckiej myśli technicznej - domagali się za ich pasję, zaangażowanie, ideę jakichś przywilejów.

Łzy konstruktora

- O czym pan marzy, Michaile Timofiejewiczu?

- Serce mnie boli, kiedy widzę w telewizji, że moja broń zmienia się w argument w dyskusjach. Marzę o tym, żeby skończyła się anarchia w naszej Rosji, i myślę, że to jest marzenie naszego całego pracującego rosyjskiego narodu.

Głos konstruktora się załamuje. Pozwalam mu dojść do siebie.

- Narody Związku Radzieckiego walczą ze sobą pańską bronią.

- Co robić? Ale chyba nie można powiedzieć, że gdyby nie było mojej broni, nie byłoby tych wojen. Prawda? Ja przecież zrobiłem tę broń dla ochrony granic naszej ojczyzny, a teraz dawni bracia do siebie strzelają.

- A pan ciągle pracuje, pracuje, pracuje i wymyśla coraz to nowe i doskonalsze rodzaje broni.

- Tandety nie umiem robić.

- Zapewne uważa pan siebie za patriotę, tak? Czego, jeśli można wiedzieć?

- Rozumiem, o co panu chodzi. Całe życie pracowałem dla Związku Radzieckiego, więcej powiem, dla Układu Warszawskiego, i dlatego nie jest mi obojętny rozpad naszego państwa.

Ja się z tego nie cieszę. Jestem patriotą swojej ojczyzny, a ojczyznę swoją widzę ogromną...

- To znaczy?

- Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Pauza. Bardzo długa.

- Wszystko rozwalili politycy.

- Inne narody cieszą się z tego rozpadu - mówię. - Litwini, Ukraińcy, Gruzini...

- Tak wam powiem. Wielkie granice Związku Radzieckiego objechałem dwa razy dookoła, wszystkie przygraniczne okręgi wojskowe. Chciałem mieć kontakt z żołnierzami. W okopach byłem. Obejmowałem Kazachów, Gruzinów, Czeczeńców i wszystkie nasze dzieci. I łzy miałem w oczach od radości, że tak razem byliśmy. Teraz, jak widzę, że ci sami chłopcy do siebie strzelają, też płaczę.

Michaił Timofiejewicz łka.

- Teraz niech pan sam oceni. Jestem patriotą czy nie jestem.

Samotność konstruktora

Michaił Timofiejewicz budzi ambiwalentne uczucia. Raz jest to niechęć, złość, nawet agresja, innym razem zwykła litość. Stary, samotny, otoczony zgrają chciwych, zachłannych, żarłocznych ludzi, takich choćby jak Wiktor Nikołajewicz Sz., główny inżynier fabryki, który chciał się pożywić kosztem Kałasznikowa i na jego konto wyłudzić ode mnie kilkaset dolarów za wywiad.

Kałasznikow mieszka sam. Żona umarła 15 lat temu, przed paru laty w wypadku samochodowym zginęła ukochana córka Natasza. Ma jeszcze dwie córki i syna.

Na pewno jest to człowiek na swój sposób uczciwy, dumny i honorowy. Posługuje się bardzo ubogim słownictwem. Nie rozumie wielu słów z tych nieużywanych na co dzień, nie mówiąc już o różnychhonoris causa.W rozmowie co chwila zbacza, a nawet na siłę ciągnie na grunt techniczny. Chce mówić tylko o swojej broni, o modernizacjach, wersjach, odrzucie półswobodnego zamka, sile spustu i odprowadzaniu gazów prochowych z przewodu lufy. O bieżącej polityce mówi tchórzliwie, a już na pewno nie odważy się ocenić dostojnika, powiedzieć, co sądzi o przemianach Gorbaczowa albo kto ma rację - Jelcyn czy Chasbułatow.

W latach osiemdziesiątych do Kałasznikowa przyszedł list z Ameryki. Jakiś historyk wojskowości, który pisał książkę o broni, prosił o kilka informacji. Michaił Timofiejewicz odniósł list do kierownictwa zakładu. Po roku zadzwonili z MSZ.

- Pytają, czy dostałem list z USA. Dostałem. A czy odpisaliście. Niby nie wiedzą. Nie było pozwolenia, odpowiadam. No to odpiszcie. Odpisałem.

Lustracja konstruktora

Najbardziej dramatyczny dla Kałasznikowa był rok 1956, kiedy na XX Zjeździe potępiono Stalina.

- Okazało się, że do mnie mogą być różne pretensje. Do człowieka, który na imieniu Stalina nie zrobił żadnej kariery. Ni stąd, ni zowąd na zebraniu fabrycznej organizacji partyjnej, na którym rozprawialiśmy się z kultem jednostki, zamieniono mnie w worek treningowy - kopał, kto chciał.

Konstruktor do dzisiaj przechowuje numer zakładowej gazetki z tego zebrania.

Konstruktor towarzysz Drodonow przytoczył niemało przykładów na to, jak niektórzy osobnicy przypisują sobie wszystkie zasługi należne kolektywowi. W szczególności mówił o wysokim mniemaniu o sobie towarzysza Kałasznikowa, który nie ustosunkował się do zarzutów przedmówcy i zignorował jego wnioski.

- Kierownictwu nie podobała się moja twórcza niezależność i to, że nad ich głowami kontaktowałem się z ministerstwem i ludźmi składającymi zamówienia. Tak więc pod pozorem walki z resztkami kultu jednostki zaczęli mnie atakować. Gdziekolwiek się pokazałem, byłem traktowany jak parszywa sobaka. Przerwałem wszystkie prace i powiedziałem, że nie zacznę pracować, dopóki jakaś tam komisja partyjna nie sprecyzuje, co to ja sobie przypisałem. Przecież przyjechałem do Iżewska z gotowym automatem, który zrobiłem zupełnie sam. Z kim się więc miałem dzielić? Myśleli, że jestem skończony, ale ja znowu wygrałem konkurs na uniwersalny karabin maszynowy, który w 1961 roku Rada Ministrów wprowadziła do produkcji. I znów się zaczęło, że jestem nieznośny.

- A może kwalifikował się pan do destalinizacji?

- Pan żartuje. Byłem tylko konstruktorem.

- Nie tylko. Sześć kadencji, czyli dwadzieścia cztery lata w Radzie Najwyższej. Przeżył pan wszystkich sekretarzy generalnych.

- No i co z tego?

Jest zdenerwowany. Spogląda na zegarek.

- A choćby to, że naród nie mógł pana wybrać, bo był pan tajny. Nikt pana nie znał, nie wolno było wymieniać pańskiego nazwiska. Ile, Michaile Timofiejewiczu, odbył pan spotkań z wyborcami? Nie oszukujmy się. Nie był pan wybrańcem ludu, ale władzy.

Kałasznikow nie podejmuje dyskusji, w takich sytuacjach woli się obrażać, pokazywać, że rozmowa go męczy.

Pamiątki konstruktora

Konstruktor mieszka w ładnym, trzypokojowym, 70-metrowym mieszkaniu na drugim piętrze niewielkiego bloku. Nie jest to byle jaki blok z płyty leningradzkiej, ale solidny dom z cegły.

Mieszkanie z pianinem i sztucznym kominkiem, umeblowane solidnym „zestawem” kupionym jeszcze za nagrodę stalinowską. Kuchnia wielka. Liczę lodówki. Dwie. I jeszcze jedna w przedpokoju. Dużo, jak na kraj, w którym obywatele mieli kłopoty z zapełnieniem jednej. Sprawdzam. Dwie są wyłączone.

Szokuje gabinet, prawdziwy skansen komunizmu, mauzoleum marksizmu-leninizmu, izba proletariackiego internacjonalizmu. Na ścianach dyplomy, Lenin na polowaniu, flaga radzieckich pograniczników, dalej Kirow, Che Guevara; Amerykanie podarowali indiański pióropusz, Chińczycy gustowny zegar obwiedziony taśmą do karabinu maszynowego.

Doliczyłem się 23 głów, biustów i całych postaci Lenina, poza tym tuzina Dzierżyńskich; wszędzie ramki ze zdjęciami konstruktora w towarzystwie sławnych ludzi, miniaturki czołgów, okrętów, samolotów, medale pamiątkowe, ogromny zbiór metalowych znaczków okolicznościowych wpiętych w czarne sukno, ozdobny kindżał, kordzik oficerski i dziesiątki „drobiazgów” z motywem AK-47: na skałce, cokoliku, w szklanej kuli lub zielonym krysztale.

Duma konstruktora

- Porozmawiajmy o wojnie, Michaile Timofiejewiczu - próbuję skierować rozmowę na tematy miłe dla weteranów.

- O wojnie? Czort z wojną!

- Do wojska powołali pana w 1938 roku. Był pan czołgistą. Na jakim froncie? W Polsce w 1939 roku był pan?

- Gdzie? W Polsce...? - Znowu nic nie słyszy.

- Wasza armia weszła do Polski!!! - wrzeszczę.

- Zaraz, zaraz. A jest w Polsce takie miasto... Jak mu tam?... Stryj!

- Przed wojną było. Teraz jest na Ukrainie.

- Ja tam służyłem.

- A z Polakami pan walczył?

- A ja tam wiem, kto to był. Prostym, młodym żołnierzem byłem. Dwadzieścia lat miałem, ale pamiętam, dziewczyny ładne były, tylko że nas z koszar nie puszczali.

- A hasło „Za rodinu, za Stalinu” było dla pana żywe? Wierzył w nie pan, rozumiał?

- Ja byłem dzieckiem rewolucji. W tamtych latach uważałem, że to wspaniałe, górnolotne hasło. Popatrzcie na stare filmy dokumentalne, ile narodu szło za tym hasłem. Szli i łzy wycierali, i nie tylko takie żołnierzyki jak my, ale wielcy tego świata.

Kałasznikow nie chce pokazać swoich orderów, bo nie są przypięte do garnituru. Wreszcie ulega. Z gabinetu przynosi zawiniątko. Zdejmuje gumkę, odwija szmatkę.

- Trzy Ordery Lenina, Order Rewolucji Październikowej, dwa Ordery Pracy Socjalistycznej, Order Przyjaźni Narodów, Czerwona Gwiazda I stopnia... - Głos mu się łamie, ale bierze się w garść. - Nie myślcie sobie, że oni dawali to ot tak. Na to trzeba było zapracować wielkim wysiłkiem.

Zabrania fotografować odznaczenia. Oburza się, mówi, że to nie na pokaz - tym się nie handluje.

- Trochę się pan sprzedaje - gniotę bez litości. - Na targi broni w Abu Dabi pojechał pan z orderami, jak reklamowy breloczek. Osobiście wręczał pan arabskim szejkom automaty Kałasznikowa.

Chyba wzruszenie odbiera mu głos. Z nabożeństwem zawija odznaczenia w serwetkę i wychodzi do pokoju-muzeum.

Historia konstruktora

Michaił Timofiejewicz urodził się w Kraju Ałtajskim w chłopskiej, wielodzietnej rodzinie. Ukończył dziesięciolatkę. Miał 19 lat, kiedy w 1938 roku wzięli go do wojska.

- Całe moje wcześniejsze konstruktorskie doświadczenie - mówi - to zaprojektowanie mechanizmu do kontroli pracy czołgowego podnośnika, czym wygrałem w konkursie pułkowych racjonalizatorów.

Był dowódcą czołgu T-34, gdy na Związek Radziecki napadli Niemcy. Widział, jak cierpiała piechota uzbrojona w przestarzałe pięciostrzałowe karabiny. Ciężko ranny trafia do polowego szpitala, a tam wszyscy mówią o jednym: gdyby tak mieć broń taką jak faszyści. Michaił Timofiejewicz kupuje więc książkę o budowie broni i zeszyt w kratkę. Po wyjściu ze szpitala nie jedzie do domu na rekonwalescencję, tylko do zajezdni kolejowej, w której pracował przed wojną. Koledzy robią pierwszy pistolet maszynowy według jego rysunków.

Z tym prototypem oraz rekomendacją zastępcy naczelnika Kolei Turkiestańsko-Syberyjskiej ds. Komsomołu pojechał do Ałma Aty, do Komitetu Centralnego Kompartii Kazachstanu. Przyjęto go życzliwie i skierowano do Wydziału Wynalazczości Ludowego Komisariatu Obrony w Moskwie.

Pozwolono mu pracować, przydzielono miejsce w hotelu, zaprowiantowano, wyznaczono płacę. Pistolet maszynowy Kałasznikowa został jednak odrzucony. Do uzbrojenia Armii Czerwonej weszła słynna pepesza.

Następnym dziełem był karabinek automatyczny przystosowany do strzelania nabojem pośrednim. Broń stanęła do konkursu. Sławny potem na całym świecie AK-47 pokonał automaty wielkich twórców radzieckiej broni: Diegtariewa, Szpagina, Simonowa. Kałasznikow miał wtedy 28 lat.

Dobranoc, konstruktorze

- To może na koniec warto porozmawiać o Stalinie, Michaile Timofiejewiczu. Wiedział pan o jego zbrodniach?

- Nic nie wiedziałem.

- Wszyscy dziś mówią, że nie słyszeli o łagrach.

- Powiem wam tak: trudno się w tym połapać. To się rozgrywało gdzieś het, na górze, my byliśmy od tego daleko.

- W wywiadzie dla „Ogonioka” powiedział pan, że trudno jest panu jednym machnięciem ręki przekreślić siedemdziesiąt lat historii Związku Radzieckiego.

- Oczywiście...

- Pytał pan, czy ktokolwiek potrafi udowodnić, że popełniliście błąd. Ja mogę to udowodnić. Komuniści odpowiadają za śmierć dziesiątków milionów obywateliZSRR.Półtora miliona moich rodaków straciło życie w pańskiej ojczyźnie.

- Ja byłem daleko od tych rzeczy.

Piotr, który przyjechał ze mną sfotografować Kałasznikowa, ma skrupuły. Błaga - nie tak brutalnie. Przecież nie jestem brutalny, nie powiedziałem, że w Niemczech też potem wszyscy mówili, że nie wiedzieli, co narodowi socjaliści wyprawiali w obozach. Tydzień później byłem na Krymie i widziałem, jak komuniści przewalali się przez Symferopol w demonstracji pod czerwonymi sztandarami. Niech wam się nie wydaje, że komuniści w Rosji wymarli albo że polecieli na Marsa. Nic z tych rzeczy, oni tam ciągle są.

- Czy wiecie, Michaile Timofiejewiczu, że wasz automat nazywają bronią terrorystów? - pytam.

Ale Michaił Timofiejewicz już nie słucha. Stoi na środku pokoju i demonstruje, że skończyliśmy rozmowę. Włącza telewizor, a tam idą ormiańscy chłopcy. Trzymają ręce na głowach. Za nimi idą chłopcy azerscy. W rękach mają kałasze.

Z karabinka AK kaliber 7,62 mm można przestrzelić:

7-milimetrowy pancerz z odległości do 300 m;

każdy NATO-wski hełm z odległości do 900 m;

każdą kamizelkę kuloodporną z odległości do 600 m;

30-centymetrową przeszkodę z piasku z odległości do 500 m;

25-centymetrową belkę drewnianą z odległości do 500 m;

15-centymetrowy mur z cegieł z odległości do 100 m.

MAGAZYN nr 30, dodatek „Gazety Wyborczej” nr 224, 24.09.1993

Dawne osiedle Tatarów w Sewastopolu

KRYM Księga powrotu z niewoli sowieckiej

W dniu, w którym Katarzyna II zakończyła podbój chanatu, na Krymie było 1531 meczetów. Dziś jest jeden. Przedostatni spłonął w kwietniu 1993 roku.

- Rosjanie mówią, że Dżyngis-chan był dzikusem - skarżą się Tatarzy - ale takich barbarzyńców jak oni świat nie widział.

Na początku byli Kimerowie i Taurowie. Potem Krym zajęli Scytowie, po nich Grecy. Greków podbili Rzymianie, Rzymian Goci i Hunowie, a tych w XIII wieku pobiła Złota Orda.

To niezwykłe, że w XX wieku dzieją się historie jakby żywcem wyjęte ze Starego Testamentu, opisującego zdarzenia sprzed ponad trzech tysięcy lat.

Księga liczb

Rozmnożę wasze potomstwo jak gwiazdy na niebie,

a całą tę ziemię, o której mówiłem, dam waszemu potomstwu.

Będą ją dzierżyć na zawsze!

(Wj 32, 13)1

W dniu aneksji chanatu przez Rosję, 21 kwietnia 1783 roku, na Krymie żyli prawie wyłącznie Tatarzy. Było ich 300 tysięcy. W 1917 roku stanowili zaledwie czwartą część ludności Krymu.

Na trzy lata odzyskują niepodległość. Budują zręby wolnej, demokratycznej republiki, w której wszystkie narody żyją w zgodzie, bo Krym to w istocie prawdziwa Wieża Babel. Żyją tu Rosjanie, Tatarzy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Ormianie, Bułgarzy, Grecy, Polacy i Białorusini.

Gehenna zaczyna się pod koniec 1920 roku, kiedy Półwysep Krymski zajmują bolszewicy. W pół roku Czeka morduje 70 tysięcy ludzi, w ciągu następnych dwóch lat ginie z głodu 100 tysięcy Tatarów. W końcu lat dwudziestych przy okazji rozkułaczania Sowieci przesiedlają lub zabijają 40 tysięcy Tatarów.

W ten sposób wymordowano dwie trzecie narodu. Zabito prawie wszystkich duchownych, zamknięto meczety, alfabet arabski zastąpiono łacińskim, a potem cyrylicą.

Drugą wojnę przeżyło 195 tysięcy Tatarów. 30 czerwca 1945 roku zapada wyrok Rady Najwyższej: deportacja całego narodu za „zdradę ojczyzny i działalność szpiegowską na rzecz wroga w czasie II wojny światowej”. Zesłanie przeżyła tylko połowa.

Od sześciu lat wracają. I znowu, jak w XVIII wieku, na Krymie jest 250-300 tysięcy Tatarów, ale teraz obok nich żyje ponad 2,5 miliona osób innej narodowości. Głównie Rosjan.

Tatarzy mają swój parlament, który nazywają Kurałtajem. Prezydium Kurałtaju - Medżlis - pełni rolę rady ministrów.

Reprezentacja Tatarów nie jest uznawana przez władze Krymu, które sprzeciwiają się Kijowowi i marzą o unii z Rosją. Medżlis zadeklarował w imieniu narodu, że Tatarzy są obywatelami Ukrainy i że w jej ramach zabiegać będą o autonomię.

Księga zagłady

Dzień ten będzie dniem gniewu,

dniem trwogi i udręki,

dniem spustoszenia i zniszczenia,

dniem ciemności i mroku.

(Sf 1,15)

Grigorij Burluckij był pułkownikiem NKWD. Opowiada, że akcję rozpoczęto o drugiej w nocy 18 maja 1944 roku. Wszyscy dostali kwadrans na opuszczenie domów, załadowano ich w bydlęce wagony i wywieziono. Wielotygodniowej podróży nie przeżyły dziesiątki tysięcy ludzi.

Większość wywieziono do Uzbekistanu. Miejscowi, uprzedzeni o przyjeździe sprzedawczyków walczących przeciw władzy radzieckiej, przywitali kamieniami eszelony z wysiedleńcami. Stosunek do nich zmienił się, kiedy zobaczyli, że są to nieszczęśnicy: kobiety, dzieci, starcy. Prawie wszyscy mężczyźni byli na wojnie.

Razem z Tatarami z Krymu wysiedlono Ormian, Greków i Bułgarów. Niemców deportowano trzy lata wcześniej.

Księga żołnierzy

Każdy z was przypasał więc broń wojenną

i porwaliście się, by iść w góry.

(Pwt 1,41)

Nic nie mogło uchronić przed deportacją. Wywieziono nawet komunistów.

Osman Osmanowicz do dziś paraduje z orderami „za walkę przeciw faszystom”. Był porucznikiem. W ciągu trzech lat wojowania bateria, którą dowodził, strąciła 23 wrogie samoloty. Miał 20 lat i dwa ordery, kiedy dowódca kazał mu zapisać się do partii. „Nie mogę, towarzyszu pułkowniku, mój ojciec jest mułłą”, nie pomogło.

- Jak oswobodzicielskie wojska wracały z Zachodu, nas sortowali w Kiszyniowie - mówi. - Jeśli był Tatar, już nie jechał na Krym, tylko do Azji Środkowej.

Tam odebrano mu dokumenty. Od miejsca zamieszkania nie mógł się oddalać na więcej niż pięć kilometrów.

W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 22 Tatarów zdobyło tytuły i gwiazdy Bohaterów Związku Radzieckiego. Wszyscy, którzy przeżyli, zostali zesłani.

Wnuk Miszki Tatara jest członkiem Medżlisu. Miszka Tatar, czyli kapitan Adamowicz, był bohaterem polskich czytanek, przykładem braterstwa broni partyzantów radzieckich i tych z Armii Ludowej, uosobieniem internacjonalistycznej postawy. Dowodził radzieckim oddziałem partyzanckim w Polsce. Zginął na Zamojszczyźnie w 1943 roku podczas odbijania chłopów prowadzonych na rozstrzelanie. Przyznany pośmiertnie Krzyż Grunwaldu przesłano rodzinie do Uzbekistanu.

Kiedy pytam Tatarów, czy rzeczywiście współpracowali z Niemcami, pytają, czy słyszałem o Własowie. Według niemieckiej ewidencji w oddziałach Wehrmachtu znalazło się 20 tysięcy Tatarów. Rosyjski historyk Pisariew w wydanej w Londynie książceThe Chronicle of Current Eventsnapisał, że w Armii Czerwonej walczyło 53 tysiące Tatarów, a kolejnych 12 tysięcy zaangażowanych było w ruchu oporu i partyzantce.

Księga wyjścia

Dlatego zstąpiłem, aby go ocalić z ręki Egipcjan

i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi pięknej i rozległej,

do ziemi mlekiem i miodem płynącej.

(Wj 3, 8)

W 1964 roku ustawa Rady Najwyższej zrehabilitowała Tatarów i pozwoliła im na powrót do ojczyzny. Skutecznie jednak im to uniemożliwiano, odmawiając zameldowania na Krymie. Przepisy nie pozwalały zameldować człowieka, który nie miał mieszkania, z kolei bez meldunku nie można było kupić mieszkania, a także dostać pracy, renty, pójść do szkoły, leczyć się w przychodni.

Osman Osmanowicz powiedział w urzędzie, że albo niech go zameldują, albo rozstrzelają, więc go zamknęli: siedem dni na stojąco w wodzie po kolana, dziewięć miesięcy w izolatce bez okna i spaceru, pięć lat zaostrzonego reżimu w Wołgogradzie. Zameldowali go po wyjściu dzięki wstawiennictwu towarzyszy broni. Jest filologiem. Nie mógł dostać pracy. Ma pięcioro dzieci, poszedł więc do kołchozu zbierać kamienie na polach.

Osman Osmanowicz jest jednym z 14 tysięcy ludzi, którzy wrócili przed 1987 rokiem. Wędrówka ludów rozpoczęła się na dobre w czasach pierestrojki. Powróciło ponad ćwierć miliona ludzi. Sprzedawali domy, ogrody, mieszkania i jechali do ziemi obiecanej. Wcześniej pozwolono wracać Niemcom, Bułgarom, Ormianom i Grekom.

Najgorzej jest z pracą. Uczeni pracują w kołchozach. Młody malarz po akademii moskiewskiej Ismiet Seih Zade już dwa lata myje barany. Jego profesor Serwiej Chajbułajew pracuje w sadzie w tym samym kołchozie.

Powracający Tatarzy w pierwszej kolejności upominają się o zwrot swoich domów. O tym jednak nie ma mowy. Są zajęte przez Rosjan. Fala wyjazdów z Uzbekistanu spowodowała, że ceny domów bardzo tam spadły. Za dużą willę w Uzbekistanie nie można kupić nawet rudery na Krymie, a z przydziałem mieszkań w blokach czy ziemi pod budowę jest dramat.

Tragicznie jest na Południowym Brzegu.

- Chcą nam tu zrobić drugi Karabach - wykrzykują miejscowi aktywiści tatarscy. - Gotowi oddać nam wszystko, Symferopol, inne miasta, całą ziemie, byle nie na Południowym Brzegu. Mają tutaj swoje królestwo, swoje domy pobudowali, pensjonaty, hotele. Wypoczywają tutaj. Ale to jest nasza ziemia! Ziemia naszych przodków!

Tatar bez domu rozbija namiot. Stawiają je na miejskich trawnikach, na podwórkach własnych domów zajętych przez Rosjan, przed gmachami urzędów miast i władz Krymu.

O przydzielaniu ziemi mówią tak:

- Ruski jest jak sobaka, co leży na sianie. Sam nie żre, a drugiemu nie da. Wiesz, jak się czuje stary człowiek po dziesięciu miesiącach mieszkania w namiocie, z którego patrzy na swój dom?

Księga zmarłych

Rozdawałem chleb zgłodniałym i odzież nagim,

a skoro tylko ujrzałem zwłoki któregokolwiek z moich rodaków

wyrzucone poza mury Niniwy - grzebałem je.

(Tb 1, 17)

Są i inne powroty. Tatarzy przywożą na Krym swoich bliskich, którzy umierają na obczyźnie. Przywożą także tych, którzy wcześniej zmarli na zsyłce.

Mustafa Konsuł z Jałty powrócił o własnych siłach. Inżynier-konstruktor, żołnierz, Bohater Związku Radzieckiego, wielokrotnie ranny. Mówią, że zmarł na progu swojego domu, a raczej na jego ruinie. Ostatni jego mieszkańcy, Rosjanie, kilka lat temu przeprowadzili się do wielkiego bloku obok. Mimo to władze miasta przez trzy lata uparcie nie pozwalały wprowadzić się staremu Mustafie. Jałta to Południowy Brzeg.

Dziadek Mustafa był znaną osobistością. Na jego pogrzeb przyjechały dziesiątki przyjaciół, znajomych, działaczy tatarskich organizacji. Włamali się do rodzinnego domu Mustafy i złożyli tam jego ciało. Przykryli je błyszczącym materiałem. Na twarzy chustka. Co chwila ktoś przychodzi i pod nią zagląda. Broda podwiązana. Jeżeli ktoś przyniesie pieniądze dla wdowy, kładzie je pod Koran u wezgłowia. Wokół siedzą kobiety i zawodzą.

Stoję w wielkim oknie pozbawionym szyb i z łokciami na parapecie przyglądam się, jak mężczyźni rwą - jak każe obyczaj - kiepen, czyli całun z grubego płótna. Inni stoją grupkami na zewnątrz. Rwą śliwki z drzew. Jedzą. Dziewczyny przygotowują posiłek. Na ognisku w wielkiej misie smażą hatłama, czyli placki „zapach ziemi”.

Pogrzeb jest długi. Ludzie przez wiele godzin stoją na podwórku, w ogródkach, rozmawiają, piją cienką herbatę, jedzą hatłama i elwa, mdławą masę o konsystencji i smaku surowego ciasta.

Przy zmarłym wszystko robią mężczyźni. Przed i po każdej czynności z wielką starannością obmywają ręce, głowy, szyje, twarz, nogi, płuczą zęby, uszy i nos. Starego Mustafę myją w namiocie specjalnie postawionym na tę okazję. Robią to przyjaciele.

Zdarzył się wypadek. Pies pozostawiony przez Rosjan pogryzł dziewczynkę. „To ruska sobaka” - krzyczą rozjuszone kobiety. Pokazują palcami okna właścicielki psa, grożą, wykrzykują. Obarczają wszystkich Rosjan winą za śmierć starego Mustafy, którego mężczyźni wynoszą właśnie z namiotu.

Kapłan - mufti - odpędza kobiety. One nie pójdą na cmentarz, podnoszą więc ogromny pożegnalny lament, płacz, zawodzenie. Targają się za włosy, padają, tarzają po ziemi.

Cmentarz na granicy pola tytoniowego. Mustafa jest pierwszym od pięćdziesięciu lat człowiekiem, którego tu chowają. Rosjanie zamienili cmentarz na zwałkę. Przyjaciele grzebią więc starego Mustafę na śmietniku. To tutaj pełni goryczy Tatarzy mówili mi o Dżyngis-chanie i sowieckich barbarzyńcach.

Księga kapłanów

Potem lewici udadzą się do Namiotu

Zjednoczenia, aby pełnić swą służbę.

(Lb 8,15)

Tatarzy są muzułmanami, ale nie fundamentalistami. Do zasad Koranu dotyczących jedzenia, alkoholu czy obyczajowości podchodzą z dużą dowolnością. Są sunnitami. Ich jedność narodowa jest laicka - opiera się na wspólnocie losów, a nie na religii.

Kiebier Dżami ukończył szkołę religijną Mer-arab w Bucharze. Jest jedynym duchownym muzułmańskim na Krymie.

Opowiadam muftiemu, że widziałem zdjęcia z tatarskiej akcji protestacyjnej, na której demonstranci szlachtują świnię i przyrządzają z niej posiłek.

- Niemożliwe. To musiał być baran. Źle pan widział.

- Mufti, świnię to ja bym wszędzie poznał. U nas tylko świnie jadamy.

- Okropność! Ja nie twierdzę, że Tatarzy są wzorowymi, bogobojnymi muzułmanami, że nie spróbują wieprzowiny, ale żeby zabić?! W życiu!

Pytam muftiego o najświętsze miejsce na Krymie, o tatarską Jasną Górę.

- Dla każdego człowieka najświętsze miejsce to dom ojca. Dom mojego ojca jest w Bachczysaraju. Zawsze kiedy tamtędy przejeżdżam, bez względu na to, dokąd i do kogo bym się wybierał, muszę tam zajrzeć. Postoję, popatrzę, podumam, trochę się pomodlę. Wszyscy tak robią. Nie mogę przejść mimo ojcowskiego domu. Zgrzeszyłbym. Teraz mieszkają w nim Rosjanie.

- Czy powiedziałeś im, mufti, że chcesz ten dom odebrać?

- To żaden sekret. Mówiłem, żeby go oddali, bo jest mój. Mówiłem, że cokolwiek by się stało, ten dom do mnie wróci. Kiedyś będą w nim żyły moje dzieci.

- A dokąd mają się wynieść ci Rosjanie?

- Od tego jest władza, żeby zapewnić im mieszkanie. W 1944 roku kto nas wyrzucił? Władza! To niech teraz się martwi. My do tych ludzi nie mamy żadnych pretensji, ale muszą zrozumieć, że żyją w cudzych domach. Oni także muszą gnieść władzę, domagać się lokalu. Wiemy, że są nowe bloki, w których po kilka miesięcy stoją puste mieszkania.

- To je bierzcie.

- W Sakach dwadzieścia pięć osób wzięło. Milicja, OMON, kolejny pogrom. Dwanaście osób zostało inwalidami. W Krasnym Raju też wzięli. 20 sierpnia 1991 roku we wsi Maładiożnyj milicja, OMON i kołchoźnicy trzy razy wyrzucali dwustu dwóch Tatarów, którzy zamieszkali w kołchozowych blokach.

Mufti Dżami mówi, że nie jest mu wszystko jedno, jaki będzie jego kraj. Chce, żeby to była demokratyczna republika. Jest deputowanym, jednak wystąpił z Medżlisu.

- W wielu krajach, także katolickich, duchowni mają olbrzymie wpływy w państwie.

- Przyjęliśmy deklarację - powiada kapłan - że u Tatarów tak być nie może.

- A co się stanie, jeśli Medżlis lub Kurałtaj uchwali prawo niezgodne z Koranem?

- Nic. Będę prosił Allaha, żeby do tego nie doszło.

Księga łotrów

Wolisz zło niż dobro,

kłamstwo - od słowa rzetelnego.

Lubujesz się tylko w słowach niosących zgubę,

języku przewrotny!

(Ps 52,5-6)

Działacze tatarscy mówią, że są na etapie wczesnej Pribałtyki. „Krymskie Izwiestia” organ prorosyjskiej Rady Najwyższej Krymu, na czołówce pierwszej strony fantazjuje:

W tych dniach przybył na Krym pierwszy transport 700 ukraińskich komandosów z miotaczami ognia i samochodami pancernymi. W stanie gotowości oczekuje brygada piechoty morskiej, brygada specnazu i grupa dywersyjna Berkut.

W portach rozładowywane są tureckie transportowce z czołgami. Już sformowano trzy ukraińskie brygady pancerne. Turcy zachęcają Tatarów dolarami i uzbrojeniem. Rozkazem ministra obrony Morozowa sformowano dwa bataliony tatarskie uzbrojone w broń automatyczną, rakiety Strieła i Stinger.

Przeciwko komu zbroi się ukraiński, uzdrowiskowy Krym? Dlaczego nad Czarnym Morzem zaczęły się kłębić czarne chmury? Wszystko to nie wzbudzałoby wielkiej trwogi, gdyby nie hasło tych przygotowań: Będziemy walczyć z Rosją!

W tym samym czasie przez Symferopol maszerują demonstracje komunistów z hasłami: „Jesteśmy z tobą Rosjo”, „Krawczuk precz od Krymu”, „Krym jest nasz”.

Zapytałem Mustafę Dżamilowa, przywódcę duchowego Tatarów, a zarazem przewodniczącego Medżlisu, czy obawia się takiego obrotu sytuacji jak w Karabachu.

- Jest takie niebezpieczeństwo. Oni zrobią wszystko, żeby skonfliktować sytuację.

- Oni to kto?

- To jasne. Siły imperialistyczne z Moskwy, które chcą oderwać Sewastopol od Krymu.

Na Krymie budzi się nacjonalizm. Tatarzy i Rosjanie patrzą na siebie wilkiem. Rosjanie zarzucają Tatarom, że kradną z kołchozów i budów. Rzeczywiście, podwędzają czasami materiały budowlane, ale częściej kupują je od robotników. Opanowali także na półwyspie handel owocami i warzywami. Wykradają je z pól, ale tylko tych, które przed kolektywizacją należały do ich rodzin.

Rosjanie odwdzięczają się, jak potrafią. Kierowcy autobusów nie zatrzymują się na przystankach przy wioskach tatarskich, więc dzieci muszą chodzić do szkoły piechotą. To małpia złośliwość, ale ta fala nieprzyjemnie wzbiera.

Tymczasem Kurałtaj deliberuje nad zmianą cyrylicy na alfabet łaciński. Cały dzień deputowani zastanawiają się, jak odróżnić „x” od rosyjskiego „h” które wygląda tak samo.

Księga władców

Uczynię zatem przedział pomiędzy moim a twoim

ludem. Jutro dokona się ten znak.

(Wj 8,19)

Nikt z aparatu władzy na Krymie nie był dla mnie dostępny. Byli na urlopach, w delegacji, chorowali. Udało mi się dopaść Aleksandra Gniazdowa, który jest konsultantem jednego z wydziałów Rady Najwyższej. Zapytałem, dlaczego nie oddają Tatarom ich ziemi.

- To jest też ziemia Rosjan, którzy tu mieszkają od dwustu lat. Tatarzy przyszli ze Złotą Ordą. Zdobyli tę ziemię. Rosjanie także ją zdobyli. Nie można więc powiedzieć, że ta ziemia jest bardziej własnością Tatarów. Rozumując według zasady pierwszeństwa, można by powiedzieć, że ta ziemia jest Rzymian, Greków, a nawet Scytów.

Ostatnie wybory były trzy lata temu, więc władza na Krymie i Ukrainie spoczywa w rękach ludzi, którzy rządzili tu w czasach komunistycznych.

- W Radzie Najwyższej Krymu - mówi Gniazdow - zasiadają ludzie, którzy całe życie kierowali przedsiębiorstwami socjalistycznymi, kołchozami, sowchozami. Oni potrafią myśleć tylko tak, jak ich nauczono. Jak oni mogą być przychylni wobec Tatarów, skoro to właśnie oni ich stąd wyrzucili. Ludzie tej samej partii.

- Jak w demokratycznym kraju możliwe są pogromy? - pytam.

- Och, z tą demokracją to chyba pan przesadził. Nie odpowiem też panu, kto wydawał takie rozkazy. Myślę, że władze lokalne. Mechanizm jest znany. Tatarom nie daje się ziemi, więc budują miasteczko namiotowe powiedzmy w winnicy. Kołchoźnicy wpadają w gniew i proszą o pomoc władze, które tylko na to czekają.

- A jak przyjadą pozostali Tatarzy? - piętrzę trudności. - Jeszcze trzysta tysięcy ludzi. Będzie Karabach?

- Karabach? O nie. Nie sądzę, żeby były takie nastroje.

Księga pogromów

Otoczyły mnie fale śmierci,

potoki Beliala napadły na mnie,

więzy szeolu mnie skrępowały,

pochwyciły mnie sidła śmierci.

(2 Sm 22,5-6)

To miejsce nazywa się teraz Krasny Raj, czyli Czerwony Raj. To święta dolina Tatarów. Nazywali ją Szakban. Były tam cmentarze, meczety i wieś Diewiermienkoj. Dolinę zamyka miasto Ałuszta, jeden z najbardziej znanych kurortów na Południowym Brzegu. Rosną tutaj ogromne tuje, krojem koron przypominające groty tatarskich strzał.

W 1990 roku powrócili ludzie z Diewiermienkoj i zażądali zwrotu domów. Odmowa. Zażądali więc wyznaczenia miejsca pod budowę nowych. Najpierw wskazano im miejsce pod zaporą wodną, potem na terenie tatarskiego cmentarzyska. Tak byli zwodzeni dwa lata. Pisali do Rady Najwyższej Związku Radzieckiego, do Gorbaczowa - nic nie pomogło. Przez cały ten czas bezradnie przyglądali się żywiołowej prywatyzacji kołchozów. Winnice w Czerwonym Raju przechodziły w prywatne ręce, dzielono ziemię na działki budowlane i pod dacze, stawiano fundamenty nowych pensjonatów. W Polsce taką akcję nazwano by uwłaszczaniem nomenklatury.

W tej sytuacji stu mieszkańców dawnego Diewiermienkoj zajęło ziemie na terenie kołchozowej winnicy. Postawili namioty.

Najpierw napadali kołchoźnicy. Nie dali rady. Potem milicja i OMON z gazami i armatkami wodnymi. Tatarzy mieli widły, siekiery, kamienie i butelki z benzyną. Oddziałem pacyfikującym Czerwony Raj dowodził w lipcu 1992 roku starszy lejtnant Andriej Sapieszko, który pracuje dziś w wydziale do walki z narkotykami. Milicjantów było trzystu.

- Jeszcze nie wszyscy wyszli z autobusów - mówi Sapieszko - kiedy podbiegł Tatar i chlusnął na nas wiadro ropy. Za nim biegł drugi z pochodnią. Tak się zaczęło. Mieliśmy kilkudziesięciu rannych. Bitwa trwała kilka godzin. Od frontu walczyli mężczyźni.

Dostępu do tyłów broniły kobiety i dzieci. Całością dowodziła dwudziestoczteroletnia Ulwije Abłajewa.

Przegrali Tatarzy. Aresztowano 27 mężczyzn.

- Strasznie nas bili - relacjonuje Ulwije. - Jeśli ktoś upadł, kopali jak faszyści, twarzą w ziemię gnietli. Wołali: „Tobie ziemi się chce, tatarska twoja morda, to masz, żryj!”

Księga domów

Po co wyprowadziliście nas z Egiptu? Aby nas

doprowadzić do tego nędznego miejsca,

gdzie nie ma ziarna ni figi,

nie ma krzewu winnego ani granatu,

a nawet brak wody do picia?

(Lb 20,5)

Po pogromie ludzie z Diewiermienkoj dostali ziemię: wysoko w górach, gdzie nie ma ani drogi, ani wody.

Na Krymie są dziesiątki tatarskich wsi powstających od zera, większość budów jednak wlecze się w nieskończoność. Jedni zadaszyli fundament i mieszkają w piwnicy, inni kontynuują budowę, ale tylko nad częścią fundamentu, jeszcze innych nie stać na dach, więc zamiast niego rozwieszają płachtę foliową. Gdzieniegdzie z zabitego deskami okna wystaje rura od kozy. U najbiedniejszych na działce rosną tylko cztery kołki wyznaczające granice terytorium.

Tatarzy są gospodarni, każdy wolny kawałek ziemi przeznaczają na ogródek warzywny. W kilku miejscach znajduję grządki wewnątrz fundamentów. Nie mają pól, więc krowy, barany i kozy po prostu wypuszczają z komórek, aby same coś znalazły. W południe, kiedy wszyscy chowają się przed upałem, wieś wygląda jak wymarła, jak Pompeje po kataklizmie.

W Taszkiencie Enwier był projektantem butów, a Tatiana Nikołajewna dyrektorką przedszkola. Tutaj nauczyła się doić krowy, a Enwier ręcznie wyrabiać beton. Są tatarsko-rosyjskim małżeństwem.

Trzy lata temu za 50 tysięcy rubli sprzedali sześciopokojowy dom w Taszkiencie, ogród i 600 metrów sadu. Z oszczędnościami mieli 84 tysiące rubli. Przyjechali więc jak kapitaliści, milionerzy. Wszystkie pieniądze oddali do banku i czekali, aż skończą się korowody z przydziałem ziemi. Chcieli się budować.

Trzy lata żyli w namiocie, z tego osiem miesięcy w Ałuszcie na betonowym placu przed budynkiemgorispałkoma,czyli przed siedzibą władz miasta. Potem byli w Czerwonym Raju. Zanim dostali ziemię, część pieniędzy przejedli, a resztę pochłonęła inflacja i wymiana pieniędzy. Za jednego zdeponowanego w banku rubla dostawali jeden ukraiński kupon, wart na rynku 25 kopiejek. Miejscowa waluta leci na łeb, na szyję. W czasie mojego tygodniowego pobytu na półwyspie wartość kuponu spadła z 4200 do 4800 za dolara.

Tak więc Tatiana i Enwier swój sześciopokojowy dom w Taszkiencie zamienili na stos cegieł, który wystarczył na półtora piętra. Mają dwie prześliczne córki. Dorodne, opalone, bez złotych zębów, co jest tutaj rzadkością.

Z całej rodziny tylko Lira dostała pracę. Jest pielęgniarką w sanatorium. Zarabia 30 tysięcy kuponów, czyli 6 dolarów i 25 centów. Do tego dochodzi renta Enwiera: 3 dolary 75 centów i studenckie stypendium Limary - 72 centy. Z tych dziesięciu dolarów miesięcznie, krowy, cielaka i kozy żyją we czworo i powoluteńko ciągną budowę. Jedzą prawie wyłącznie warzywa z własnego ogródka, a do herbaty podają kostki cukru połamane na ćwiartki. Mówią, że są szczęśliwi.

U sąsiadów jest gorzej. Dzieci zaczynają chorować na gruźlicę. Rozpadają się rodziny. Uzbecka żona Ibrahima Ismaiłowa uciekła z ośmiomiesięcznym synkiem do rodziców. Ibrahim został. Mieszka w wykopie pod fundamenty.

Lira i Limara przygotowują jarskie przyjęcie. Ze starym Enwierem wypijamy wielką flachę armeńskiego koniaku. Pijemy z entuzjazmem. On, bo nie miał alkoholu w ustach półtora roku, ja, bo piję z sunnitą.

- A co z domem twojego ojca? - pytam Enwiera.

- Stoi tam, gdzie stał. Żyją w nim Rosjanie, ale to biedni ludzie. Mam ich wyrzucić? Ich też przecież zesłali tutaj w czterdziestym czwartym. Nie mogą wracać, bo w ich domu w Kraju Stawropolskim żyją inni zesłańcy - Buriaci. W domu tych Buriatów pewnie też ktoś żyje. Kto wie, może jacyś Tatarzy? Ot, los sowieckiego człowieka.

Księga zdrajców

Nie wolno ci kłaniać się ich bogom ani służyć im.

Nie wolno ci naśladować ich postępków;

masz ich wyniszczyć.

(Wj 23, 24)

Ta księga będzie krótsza od Księgi Abdiasza w Piśmie Świętym, Tatarzy bowiem mieli zdrajców niewielu i mało znaczących.

Komuniści niechętnie przyjmowali ich do partii. Udało się to tylko trzem tysiącom Tatarów.

Nie wchodzili i nie wchodzą w oficjalne struktury władzy. Wybory z 1990 roku bojkotowali. W Radzie Najwyższej półwyspu jest tylko jeden Tatar.

Księga Mustafy

Polowali na mnie jak na ptaka

ci, którzy nienawidzą mnie bez powodu.

Zepchnęli mnie żywcem do grobu,

zarzucili mnie kamieniami.

Wezbrały wody nad głową moją,

rzekłem: „Jestem zgubiony!”

(Lm 3, 52-54)

Kochają go bardziej niż Anglicy kochali Churchilla, Francuzi De Gaulle’a, a Polacy, w swoim czasie, Wałęsę.

Kochają go tak, jak Hindusi kochali Gandhiego, ale chociaż wyrzekł się przemocy, nie jest do niego podobny. Po ciosie nie nadstawia drugiego policzka.

Mustafa Dżamilow jest jak Mojżesz, który wyprowadził swój naród z niewoli egipskiej, przeprowadził go przez morze, pustynie, wrogie zastępy Moabitów i Edomitów i przywiódł do Ziemi Obiecanej. Tatarzy mówią o nim Mustafa Acha - Mustafa Brat.

To człowiek magnetyczny. Wszyscy milkną, kiedy otwiera usta, nawet deputowani. Mówi bardzo cicho, nie gestykuluje. Ma 50 lat, ale wygląda na 70.

- Nie chowam nienawiści do jakichś ludzi czy, tym bardziej, do narodu. Nienawidzę jednak ruskiego szowinizmu - mówi i jednym tchem wymienia przyjaciół swojego narodu.

Sacharow, Wagarankiewicz (pięć lat w psychuszce za pomoc dla Tatarów), Grigorienko, Żyd Gwarud (także wyrok), deputowany Rady Najwyższej Ormianin Hartmanian (rok odsiadki).

- Nikogo nie będziemy z naszego kraju wyrzucać. Tak jak dawniej, wszystkie narody mogą żyć tutaj razem. Cały czas chowam jednak nadzieję, że tak jak u nas, u Rosjan obudzi się naturalna potrzeba powrotu do ojczyzny.

W 1962 roku mówią mu, że z nim komunizmu zbudować się nie da. Wylatuje z uczelni. Zakłada Związek Krymskotatarskiej Młodzieży. Zamknęli wszystkich. Miał wtedy 19 lat. Potem zamykali go jeszcze sześć razy. Przesiedział 15 lat w zaostrzonym rygorze. W sumie przegłodował 300 dni.

Pomiędzy łagrami była zsyłka. Synowie rodzili mu się na Kołymie, bo żona jeździła za nim. Stamtąd cały czas kierował założoną przez siebie organizacją odrodzenia narodowego Tatarów. Ostatecznie wolność odzyskał w 1986 roku. Dwa lata później przyjechał na Krym, gdzie kupił z teściem dom w Bachczysaraju.

Kiedy podczas wyborów przewodniczącego Kurałtaju zgłoszona została jego kandydatura, pięciu innych kandydatów natychmiast się wycofało.

- Czy można powiedzieć, że to pan przyprowadził do ojczyzny swój naród?

- Nie, ja tylko im przewodziłem. Pomogłem im w odrodzeniu.

- Jak Mojżesz...

- Mojżesz zmusił Żydów do ucieczki. Mój naród rwał się do powrotu.

Księga kobiet

Jej sandały ściągnęły na nią jego oczy,

jej piękność uwięziła jego duszę,

ale miecz przeciął kark jego.

Ulękli się Persowie jej śmiałości,

a Medowie przerazili się jej zuchwalstwem.

(Jdt 16, 9-10)

Podwórko przed domem Mustafy Dżamilowa w starej części Bachczysaraju jest ze wszech miar godne opisania. Na środku stoi długi stół, przy którym piją herbatę i kawę domownicy oraz goście, a zawsze jest tu ich gromada. Nad głowami - sklepienie winorośli szczelnie zasłaniające upalne niebo. Na sznurkach schną majtki i skarpetki. Z magnetofonu wdzięczy się Julio Iglesias. Za rabatą lwich paszczy ukryty warzywniak. Zrywam gorące od słońca pomidory Mustafy. Po podwórku kręcą się młodzi mężczyźni o groźnym wyglądzie. Patrzą badawczo, myją wołgę Mustafy, jedzą jego pomidory, podlewają jego ogródek.

Najwspanialsze jednak są tutaj dziewczyny.

Dżamilowa odwiedził potomek ostatniego chana. Młody książę Jezzar Raji Pamir z grzywką à la wczesny John Lennon przyjechał z Londynu. Przewodniczący Kurałtaju przydzielił mu część własnej świty - część damską.

Dziewczyny są młode, piękne i wykształcone. Władają językami. Pokończyły uniwersytety rosyjskie lub tureckie. Są urzędniczkami Medżlisu, działaczkami organizacji tatarskich, współpracowniczkami Dżamilowa. Niektóre są delegatkami Kurałtaju.

Kobiety tatarskie są wyzwolone, chodzą w krótkich sukienkach i z odkrytymi głowami. Dumne są z tego, że w 1917 roku Republika Tatarska jako pierwszy kraj muzułmański na świecie zagwarantowała w konstytucji równouprawnienie kobiet.

Przyłącza się żona Mustafy. Opowiada, że byli na zsyłce w Jakucji, kiedy w Polsce wybuchł stan wojenny.

- Płakaliśmy razem z wami.

- Wszystkiemu winni Ruscy - konkluduje świta.

- Chyba komuniści - protestuję.

- Co ty tam wiesz.

Mustafa z księciem rozmawiają w gabinecie, a na podwórku trwa piknik. Wszyscy bawią się lekką rozmową, pytają wzajemnie o znaki zodiaku. Mustafa jest Skorpionem. Większość ludzi z jego otoczenia także. Niedobrze, skorpiony zabijają się i zjadają nawzajem.

Młody książę ma zbierać na Zachodzie pieniądze na monument upamiętniający 50. rocznicę deportacji Tatarów. Dziwię się, że nie żal im pieniędzy na gesty, gdy tysiące ich rodaków żyją jak psy w dziurach wygrzebanych w ziemi. Popsułem nastrój. Dziewczyny rzuciły się na mnie jak lwice. Musiałem słuchać komunałów o pamięci narodowej. Broniły tego pomysłu, bo podobał się Mustafie.

Przez kilka dni żyłem wśród nich i widziałem, że go uwielbiają. „Kleją się” do niego, ale nie po babsku, tylko jak święty Piotr do Chrystusa w czasie Ostatniej Wieczerzy.

Księga królewicza

Niech przyjdzie i usiądzie na moim tronie.

On będzie królem po mnie.

(2 Krl 1, 35)

Z domu Dżamilowa do pałacu chana idzie się akurat tyle czasu, że można najeść się czarnych morw, śliwek i morel, które rosną na uliczkach albo zwieszają się gałęziami z przydomowych ogródków. Przed bramą pałacu kupujemy gotowaną kukurydzę. Obgryzione kolby rzucamy kozom, które pasą się w fosie. Dnem płynie cuchnący strumyk, poniewierają się śmieci i resztki kamiennych konstrukcji. Popijam wodą z fontann Bachczysaraju. Ze 119 zdrojów pałacowych działają dwa.

Młody książę kupuje w bramie bilet wstępu do pałacu. Przybiega kustoszka, Rosjanka. Mustafa przedstawia księcia:

- Właściciel.

Zwiedzamy ostatni meczet na Krymie, cmentarz chanów, harem, stajnie. Przechodzimy przez wiele wąskich furtek między dziedzińcami. Mustafa i książę przepuszczają panie przodem.

To niecodzienne zachowanie u muzułmanina, a jednak obaj robią to naturalnie, z nawyku, chociaż tak inną przeszli edukację. Bo cóż oni mają ze sobą wspólnego? Co może łączyć dwudziestoparoletnią ozdobę londyńskich salonów arystokratycznych, doktoranta filozofii w Oksfordzie, z pięćdziesięcioletnim łagiernikiem, który ukończył jedynie uniwersytet drużby narodów na kołymskiej katordze?

Pałac jest jedynym zachowanym obiektem kultury materialnej Tatarów. Zadbano o niego dla propagandy. Miał być pomnikiem feudalnego ucisku Słowian przez potomków Dżyngis-chana.

Mustafa Dżamilow opowiada mi historię, o której myślałem, że jest zabawną dykteryjką, ale pani kustoszka potwierdza. Otóż w latach stalinowskich krymski oddział Akademii NaukZSRRzobowiązał się udowodnić, że Krym to prastara ruska ziemia. Archeolodzy mieli odkopać pomniki ruskiej kultury ziv-vwieku. Żeby dokonać czegoś takiego, naukowcy najpierw musieli sami je zakopać.

Ważne miejsce to sala, w której chan przyjmował posłów - odpowiednik sali tronowej. Obaj panowie zdejmują buty, przechodzą pod barierką i zasiadają na miękkiej ławie przeznaczonej dla władcy. Zachwycona świta klaszcze w dłonie. Spoglądam w osierocone obuwie. Lakierowane bitelsówy księcia zrobiła firma King’s z Chelsea, trzewiki Mustafy - Krasnyj Oktiabr z Charkowa.