59,99 zł
Bohaterami tej „prywatnej” historii z Historią w tle są najbliżsi krewni autorki: babka, rodzeństwo babki, ciotki, wujowie i kuzyni. Zasymilowani Żydzi – polscy inteligenci. Pracowici pozytywiści, którzy za swoje główne zadanie uznali służbę narodowi. Romantyczni szaleńcy, którzy uwierzyli, że można dźwignąć z posad bryłę świata. Jedni i drudzy znaleźli się później w diabelskich trybach totalitaryzmów: komunistycznego i hitlerowskiego.
Tak wnikliwie narysowanych, plastycznych postaci nie znajdziesz dziś, Drogi Czytelniku, w żadnej współczesnej powieści. Najbardziej utalentowany scenarzysta nie stworzyłby równie zaskakujących sytuacji. Tylko życie tak dramatycznie układa i splata ludzkie losy.
Joanna Olczak-Ronikier miała niezwykłą rodzinę. I szczęście, bo jej rodzina pozostawiła mnóstwo przekazów historycznych, notatek, ustnych relacji. Autorka scenariusza serialu teatralnego i filmowego Z biegiem lat, z biegiem dni oraz bestsellerów Piwnica pod Baranami i Piotr dzięki zachowanym źródłom i własnemu talentowi narracyjnemu stworzyła opowieść niezwykłą. Wyłania się z niej cały nasz szalony XX wiek, pełen wielkich iluzji i najgłębszych klęsk.
A także nadziei, jaką niesie pamięć ocalona.
Andrzej Wajda
Książka W ogrodzie pamięci otrzymała Nagrodę Literacką Nike 2002 oraz nagrodę Premio Acerbi 2011. Została przetłumaczona na angielski, włoski, niemiecki, francuski, hebrajski, szwedzki, rosyjski, serbski i niderlandzki. W Polsce stała się bestsellerem, kupiło ją już ponad 50 tysięcy czytelników.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 443
Data ważności licencji: 10/31/2030
W ogrodzie pamięci
Kasi i Marii
Opracowanie graficzne i projekt okładki
Witold Siemaszkiewicz
Drzewo genealogiczne
Kazimierz Wiśniak
Fotografie:
Fotografie pochodzą z archiwum Autorki
Adiustacja
Anna Rudnicka
Konsultacja historyczna
Paweł Dubiel
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Urszula Horecka
Copyright © by Wydawnictwo Znak, 2001, 2005
ISBN 978-83-8427-094-3
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie III, Kraków 2025
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Autorka dziękuje bohaterom tej książki:
Monice Bychowskiej-Holmes – za serce, energię i wysiłek, które włożyła w zbliżenie naszej rodziny,
Janowi Kancewiczowi – za jego opowieści, cenne informacje i uwagi.
A także wszystkim krewnym polskim, amerykańskim i rosyjskim – za pomoc, udostępnienie dokumentów i fotografii oraz życzliwą współpracę.
28 października 1998 roku, we wtorek, w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie spotkała mnie metafizyczna przygoda. Nieoczekiwanie pojawił się tam na chwilę mój prapradziadek czy też raczej cień jego cienia. Wcześniej w programie Miesiąca Spotkań z Kulturą Żydowską wyczytałam, że tego właśnie dnia o godzinie 18.00 odbędzie się spotkanie z naczelnym rabinem Austrii – Paulem Chaimem Eisenbergiem – pt. Razem z pieśniami wróci życie. Pobiegłam tam, myśląc sobie: Kto wie? A może?
W spotkaniu jako takim nie było żadnej metafizyki, żadnych objawień teologicznych czy filozoficznych; Paul Chaim, akompaniując sobie na gitarze, przez dwie godziny śpiewał w jidysz znane u nas żydowskie piosenki, w rodzaju As de rebe tanzt... czy Spielt bałałajke, przeplatając śpiew równie znanymi anegdotami o pobożnych Żydach, którzy szukali porad u rabina. Mimo to lub może właśnie dlatego wieczór bardzo się podobał. Zgromadzeni na sali klaskali i podśpiewywali do wtóru, a na końcu młodziutka Żydówka z Kazachstanu, siedząca wśród publiczności, wyszła na estradę i także zaśpiewała kilka popularnych piosenek. Potem ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, a że i rabin zaczął się zbierać do wyjścia, podeszłam do niego, od razu na wstępie robiąc niewybaczalną gafę, czyli wyciągając rękę przy przedstawianiu się, czego kobieta, w takim wypadku, nigdy, przenigdy robić nie powinna.
– Sto siedemdziesiąt lat temu głównym rabinem gminy żydowskiej w Wiedniu był mój prapradziadek. Nazywał się Lazar Horwitz. Czy istnieje jakakolwiek możliwość, by odszukać jego ślady? – zapytałam. – Horowitz – poprawił mnie. – Co znaczy odszukać ślady? Jego śladów nie trzeba odszukiwać. Jego portret wisi w moim gabinecie nad biurkiem. To bardzo znana postać, światły człowiek, jeden z naszych największych rabinów. Wsławił się zmianą rytualnych przepisów obowiązujących przy obrzezaniu; mimo sprzeciwów ortodoksyjnych Żydów nakazał tamowanie krwi gąbką zamiast wysysania jej z ranki przez dokonujących zabiegów mochelów, co powodowało często śmiertelne infekcje wśród niemowląt. Zaraz po powrocie do Wiednia każę zrobić fotografię tego portretu. Przyślę ją na pewno. Proszę mi dać swój adres.
I choć fotografii nie przysłał, wskrzesił ledwo istniejącą we wspomnieniach postać, która, im więcej znajdowałam o niej informacji, tym bardziej stawała się wyrazista.
Encyclopedia Judaica poświęca Horowitzom kilkanaście stron. Należeli do pokolenia lewitów – „Sług Świątyni”; kiedyś nosili przydomek Ha-Levi i od wieków tworzyli długie dynastie kapłanów i uczonych. W czasach nowożytnych rozprzestrzenili się po całej Europie i któryś z odłamów rodu osiedlił się w czeskim miasteczku Horowice. Stąd wzięło się nazwisko nadane im pod koniec osiemnastego wieku przez władze austriackie. Zmieniało swoje brzmienie na Horwitz,Hurwitz, nawet Gurwicz, w zależności od kraju, gdzie zamieszkały później poszczególne gałęzie rodziny. Mój prapradziadek miał jeszcze dwa „o” w nazwisku, a pradziadek już tylko jedno.
Lazar (Eleazar) Horowitz urodził się w roku 1804 w miejscowości Floss w Bawarii, jako syn i wnuk rabina, a w roku 1828, mając zaledwie dwadzieścia cztery lata, został rabinem gminy żydowskiej w Wiedniu. Był zwolennikiem judaizmu reformowanego, który próbował uwspółcześniać średniowieczną obyczajowość żydowską, akceptując europejskie stroje, świeckie wykształcenie i udział w życiu chrześcijańskiego społeczeństwa bez porzucania własnej religii. Dużo pisał i pozostawił po sobie wiele tomów komentarzy talmudycznych wydanych pod tytułem Yad Eleazar,w których bronił swych postępowych poglądów w kwestiach rytualnych, co narażało go na ostre ataki ortodoksyjnych członków gminy. Cechowały go stanowczość i odwaga; angażował się w problemy austriackich Żydów, starając się o polepszenie ich sytuacji prawnej i społecznej.
Miał lat czterdzieści, a więc jak na tamte czasy nie był młody, kiedy w roku 1844 przyszedł na świat mój przyszły pradziadek, Gustaw. Chłopiec ukończył studia uniwersyteckie w Wiedniu ze stopniem doktora filozofii i teologii, pracę doktorską pisał o Spinozie. Dlaczego więc wylądował w Warszawie jako kancelista w kantorku Izaaka Kleinmanna – kupca, który miał monopol na import soli z Wieliczki do Królestwa?
Pewnie dlatego, że uczony wiedeński talmudysta miał ośmioro dzieci i musiał troszczyć się o ich przyszłość, a jego syn, młody filozof, był człowiekiem niezaradnym. Szukano więc dla niego posażnej żony, bo istniała obawa, że nie znajdzie w Wiedniu posady na tyle intratnej, by móc utrzymać rodzinę. Kleinmann zaś, ojciec jedenaściorga dzieci, miał pieniądze i rozglądał się po Europie za odpowiednimi mężami dla swoich ośmiu córek. Był Żydem emancypowanym, nowoczesnym, kosmopolitą, który bieglej posługiwał się językiem niemieckim niż polskim i lepiej czuł się w Berlinie czy Wiedniu niż w Warszawie. Nie lubił polskich Żydów za fanatyzm środowisk ortodoksyjnych, a zwolennicy asymilacji mieli, jego zdaniem, zbyt uniżony stosunek do Polaków. Z kolei Polakom miał za złe ich pogardliwy stosunek do Żydów. Panny Kleinmann odebrały staranną domową edukację, znały obce języki, były ładne i posażne, bez trudu więc znajdował dla nich małżonków wśród Żydów holenderskich, niemieckich, francuskich – ludzi wykształconych i pozbawionych kompleksów. Najładniejsza Kleinmannówna – Amalia – zrobiła najlepszą partię, bo poślubiła pochodzącego z Holandii, a zamieszkałego w Paryżu bankiera Louisa Citroëna. Jej synem był André Citroën – konstruktor znanego samochodu.
Jak doszło do skojarzenia mojej przyszłej prababki Julii z moim przyszłym pradziadkiem? Izaak Kleinmann z racji swoich kontaktów handlowych dużo podróżował i często odwiedzał Wiedeń. Przy całej swej postępowości był człowiekiem religijnym i na pewno obracał się w środowisku wiedeńskich współwyznawców. Może tam poznał rabina Lazara Horowitza? Może pośredniczył w tej sprawie ktoś ze wspólnych przyjaciół? Albo zawodowy swat, szadchan. Związek ze znanym rabinackim rodem musiał Kleinmannowi pochlebiać. Pieniądze plus intelekt – to było najlepsze połączenie.
Nikt się już nigdy nie dowie, kiedy i gdzie Julia po raz pierwszy zobaczyła Gustawa. Ojcowie z pewnością zaaranżowali kilka spotkań, by młodzi mogli się lepiej poznać. Czy się sobie spodobali? On jej na pewno. Był przystojny, wykształcony, pełen melancholijnego wdzięku, który zawsze urzeka kobiety. Miał jasne oczy i romantyczne bokobrody ocieniające młodą, poważną twarz. Przypominał, jak mówiono, Norwida, a może powstańca z obrazów Grottgera. A co myślał młody rabinowicz o przedstawionej mu pannie? Że jest niebrzydka, niegłupia, budzi zaufanie, na pewno będzie dobrą żoną i urodzi mu udane dzieci. To zupełnie wystarczało. Niechętnie decydował się na wyjazd do ponurego, rosyjskiego miasta, które nazywało się Warszawa. Ale nie protestował. Był człowiekiem bogobojnym i wiedział, że jego podstawowym życiowym zadaniem jest założenie rodziny. A szczęście? Szczęście płynęło z dobrze wypełnianych obowiązków.
Cudownym przypadkiem zachowało się zawiadomienie o ich zaręczynach, wydrukowane na welinowym papierze ozdobionym wytłaczaną koroneczką i girlandami kwiatów.
Moja babka przechowywała z pietyzmem w Warszawie dwie wielkie paczki korespondencji narzeczeńskiej swych rodziców, ale dyskrecja nie pozwoliła jej nigdy zapoznać się z jej treścią.
Wszystko spaliło się w powstaniu warszawskim wraz z całym rodzinnym archiwum. Zachowało się tylko parę listów, zapełnionych ślicznym kaligraficznym pismem, wysyłanych z Wiednia do Warszawy i z Warszawy do Wiednia. Pisali do siebie po niemiecku. Geliebte Julienchen! Verehrter und geliebter Gustav!
W roku 1867 w wiedeńskiej synagodze odbył się ich ślub potwierdzony przez wiedeński magistrat. Ona miała dwadzieścia dwa lata, on dwadzieścia trzy. Zamieszkali w Warszawie przy ulicy Królewskiej 49, kilka kroków od Ogrodu Saskiego, w kamienicy będącej własnością starych Kleinmannów. Z czego żyli? Z procentów od posagu Julii, ulokowanego w rodzinnych interesach. I ze skromnych zarobków Gustawa, który zatrudniony został w biurze teścia. Zamiast traktatów filozoficznych wypisywał teraz faktury na kolejne cetnary soli.
Półki biblioteczne ich mieszkania wypełniały niezliczone tomy zielono oprawnych dzieł pióra Lazara Horowitza, a w salonie zawisł wielki olejny portret dostojnego mędrca, otoczony fotografiami rodzinnymi w okrągłych czarnych ramkach. Wnętrze zdobiły podarki ślubne od wiedeńskiej rodziny: srebrne lichtarze, tace, koszyczki, cukiernice i porcelanowe wazony w stylu biedermeier. Wszystkie pamiątki po Lazarze spłonęły podczas wojny. Zostało tylko przekazywane z pokolenia na pokolenie wspomnienie jego buńczucznej żony – Karoliny – która odwiedziwszy syna w Warszawie, trafiła na jakąś patriotyczną manifestację i podczas szarży kozackiej na tłum wybiegła na ulicę, wołając na cały głos: Schämen Sie sich, Herren Kosaken! (Wstydźcie się, panowie Kozacy).
Lazar umarł w roku 1868 w Vosslau pod Wiedniem, rok po ślubie syna. W tym samym roku urodziła się pierwsza córka Gustawa, Flora. W ciągu kolejnych czternastu lat narodziło się następnych dziewięcioro dzieci (jedno zmarło w niemowlęctwie).
Fünf Töchter ist kein Gelächter (pięć córek to nie żarty), mówiono, kiedy jako piąta, w roku 1873, urodziła się moja przyszła babka. Gdy dwa lata później przyszło na świat szóste dziecko, chłopiec, i Gustaw, uszczęśliwiony, że ma wreszcie syna, poszedł do kawiarni, by pochwalić się przed znajomymi, powiedziano mu ze śmiechem: „Niech pan wraca i przyjrzy się dokładnie, panie Horwitz, na pewno pan się pomylił, to znowu córka!”. Dwa lata później pojawił się następny chłopiec, potem córka, a po niej znowu syn.
Starsze dziewczęta, zgodnie z duchem epoki, otrzymały imiona roślinno-kwietne: Flora i Róża, młodsze wyraźnie cudzoziemskie: Gizella, Henrietta, Żaneta, pierworodny syn nazwany został na cześć dziadka – Lazar, ale przez całe życie używał imienia Ludwik, następny – Maksymilian – nosił imię typowo austriackie, Kamilla – znowu botaniczne, i wreszcie nazwanie najmłodszego syna Stanisławem można uznać za świadomie podjętą decyzję o polonizacji rodziny.
Moja babka od dzieciństwa nie cierpiała swego obco brzmiącego imienia Żaneta i upierała się, by nazywano ją Janiną. Jak zwracał się do niej ojciec, nie wiadomo. Niewiele zachowała o nim wspomnień. Ze starszymi córkami rozmawiał częściej, a jej pozostało tylko ogólne wrażenie cichego, delikatnego, nieśmiałego człowieka, który – obcy i zagubiony w ogromnej rodzinie nie wtrącał się w domowe sprawy i w wychowanie swoich dzieci.
Jednak jako potomek rabinów domagał się skrupulatnego przestrzegania wszelkich religijnych przepisów. Moja babka pamiętała jeszcze świece zapalane w piątek wieczorem przed szabatową kolacją, soboty, podczas których zakazana była jakakolwiek praca, święto Pesach, kiedy żywiono się przez cały tydzień macą jako jedynym pieczywem, Jom Kipur obchodzony całkowitym postem dorosłych, inne tradycyjne święta i obrzędy.
Gustaw Horwitz nigdy nie zaaklimatyzował się w Warszawie. Do końca pozostał cudzoziemcem zagubionym w obcym mieście. Nie był chyba zbyt szczęśliwy, zajmując się handlową korespondencją w sprawie soli. Na pociechę czytał Goethego i Heinego. Czy przynajmniej był szczęśliwy w małżeństwie z Julią, która odziedziczyła po swoim ojcu energię i życiową zaradność – cechy, z których sam kompletnie był wyzuty? Dystans wobec rodziców i obowiązująca dyskrecja nie pozwalały dzieciom na zadawanie jakichkolwiek pytań, nie przekazały więc następnym pokoleniom żadnych na ten temat informacji. Nie wiadomo nic o piętnastoletnim pożyciu tej pary, nie zapamiętano żadnej sprzeczki, konfliktu, nawet podniesionego głosu. Jeden drobny szczegół, który dziwnym trafem utkwił mojej babce w pamięci, charakteryzuje w przejmujący sposób nieporadność życiową ojca i władczą postawę matki. Dotyczył on reprymendy dla służącej, która popełniła jakieś wykroczenie.
– Sage ihr (Powiedz jej) – poprosił Gustaw cicho.
– Sage du ihr. Warum immer ich? (Powiedz jej sam. Dlaczego zawsze ja?) –zaprotestowała głośno matka.
Póki żył, w domu mówiło się po niemiecku. Stąd wzięła się u wszystkich dzieci doskonała znajomość literackiej niemczyzny, zabarwionej lekkim wiedeńskim akcentem. Dużo czytał i następne pokolenia odziedziczyły po nim miłość do niemieckiej literatury, kultury i sztuki. Po latach fascynacja poezją Heinego połączyła moją babkę i mego dziadka, Jakuba Mortkowicza, a jednym z pierwszych autorów stworzonego przez niego wydawnictwa był Fryderyk Nietzsche.
W sierpniu 1940 roku babka została wezwana na przesłuchanie do siedziby gestapo, na aleję Szucha. Chodziło o to, że uliczny sprzedawca miał na straganie książki zabronionych przez okupanta niemieckich pisarzy, wydawanych niegdyś przez Mortkowicza. Książki zostały skonfiskowane i choć babka nie była już oficjalną właścicielką ani wydawnictwa, ani księgarni i z całą sprawą nie miała nic wspólnego, domagano się od niej wyjaśnień. Zachowywała się tak suwerennie, z taką swobodą posługiwała się nieskazitelną niemczyzną, że wzbudziła wyraźny respekt w przesłuchującym ją oficerze. Mimo że wiedział o jej pochodzeniu, jakoś załagodził sprawę i pozwolił jej wrócić do domu. Parę miesięcy później byłoby to już niemożliwe.
W październiku 1940 roku ukazało się rozporządzenie o utworzeniu getta w Warszawie. Moja babka i matka, ukrywszy się na prowincji, przez całą wojnę udawały, że nie rozumieją po niemiecku ani słowa. Podejrzanie dobra znajomość tego języka mogła tylko zaszkodzić.
W Krakowie, bo tam mieszkałyśmy po wojnie, nie chciałam słuchać opowieści o Jasiu Orłowskim, dwudziestoletnim powstańcu umierającym w piwnicy domu przy Mokotowskiej 59, gdzie babkę i matkę, po rozlicznych okupacyjnych perypetiach, zastało powstanie warszawskie. Bomba, zwana szafą, uderzyła wtedy w pięciopiętrową oficynę kamienicy, która zapadła się, grzebiąc pod gruzami przebywających w mieszkaniach ludzi. Ocalały tylko pomieszczenia na parterze, gdzie był szpital powstańczy, i uratowali się ci, którzy zdążyli uciec do piwnic. Naokoło rozpętało się piekło. Na podwórze wynoszono zabitych wyciągniętych z ruin, rodziny szukały wśród nich swoich bliskich, do piwnic znoszono rannych. Nie było środków opatrunkowych ani znieczulających, nie było też lekarstw.
– Do domu, do mamy... – płakał w gorączce poparzony chłopiec, wyniesiony ze szpitala. Parę dni wcześniej, podczas pożaru domów przy ulicy Moniuszki, ratując ludzi z wyższych pięter, spadł wraz z płonącymi stropami na dół i sam byłby spłonął, gdyby nie bohaterstwo kolegi, który go wyniósł z ognia.
– Pani ma taki głos jak moja mama. Niech pani przyjdzie, niech pani mnie weźmie za rękę, niech pani coś do mnie mówi... – prosił babkę. Więc zaczęła mówić wiersze. Znała na pamięć całą poezję polską, francuską, rosyjską, niemiecką. Była mistrzynią deklamacji, tej dziś już anachronicznej sztuki interpretowania tekstu za pomocą modulacji głosu, mimiki, gestykulacji. W dzieciństwie mogłam słuchać jej bez końca. Więc wyobrażam sobie, jak uspokajała chłopca słowami Lermontowa, zawodząc śpiewnie na rosyjską modłę:
A otiec twoj staryj woin, zapalen w boje, spij maleńkij, bud’ spokojen, bajuszki baju... A może podnosiła głos do krzyku, lamentując słowami Hagar z wiersza Ujejskiego: Od słońca pożarów sczerniała mi głowa, do ciebie dziś wołam Jehowa, Jehowa...
To jej deklamowanie sprawiło cud. Zgromadzeni w piwnicy ludzie, szalejący z bólu, ze strachu, z bezradności, z rozpaczy, uspokoili się i zaczęli słuchać. Teraz, kiedy to piszę, zdałam sobie sprawę, że słowo „deklamować” pochodzi od łacińskiego „clamare” – czyli wołać. De profundis clamavi ad te, Domine – „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie!”. Gdy babka, zmęczona, ustawała, wyręczała ją moja matka, bo chłopiec błagał: „Niech pani mówi, niech pani nie przestaje mówić...”. Z całego ogromnego repertuaru recytowanych wtedy wierszy najbardziej przydatny okazał się Goethe.
Höchstes Glück der Menschenkinder
Ist doch die Persönlichkeit.
Jedes Leben sei zu führen
wenn man sich nicht selbst vergisst.
Alles könne man verlieren,
wenn man bleibe, was man ist.
Jaś – student architektury – znał niemiecki. I podobno, ściskając babkę za rękę, powtarzał: „Wszystko można by utracić, jeśli się zostanie sobą”.
Nie cierpiałam tej opowieści. Nie byłam z nimi w tej piwnicy. Nie mogłam sobie wyobrazić koszmaru, którego sama nie przeżyłam. Nie chciałam go sobie wyobrażać. Marzyłam, żeby jak najszybciej zapomnieć o okupacyjnych przeżyciach. A poza tym drażnił mnie ukryty w tej historii morał. Niemiecka poezja przeciwko niemieckim okrucieństwom? Godność ludzka przeciwko przemocy? Z najwyższym trudem i zażenowaniem opisuję ten epizod. Jeszcze dziś wydaje mi się zbyt patetyczny, nazbyt ckliwy.
Ale babka miała charakter starego Rzymianina i lubiła moralne przesłania. Nie byłaby sobą, gdyby nie wystąpiła z tym okupacyjnym wspomnieniem, kiedy w roku 1957 odwiedził ją po raz pierwszy przyprowadzony przeze mnie Ludwig Zimmerer – mój przyszły mąż. Przez lata wypominałam mu, że poprosił mnie o rękę tylko dlatego, że tak był wstrząśnięty symbolicznym sensem tej rozmowy i brakiem jakichkolwiek antyniemieckich resentymentów ze strony mojej rodziny. Różne kumy bardzo były wtedy zgorszone tą znajomością: „Po tym, coście przeszły, przyjmować Niemca u siebie, godzić się na jego małżeństwo z cudem uratowaną przed śmiercią Joasią?” – sączyły w ucho mojej matce. Paradoksalnym zbiegiem okoliczności napisała pracę doktorską o Wandzie, co nie chciała Niemca. Powiem szczerze, że poznawszy Ludwiga, z pewnym strachem zapytałam, czy mogę zaprosić go do domu. Babka rozpromieniła się: „Wreszcie będę mogła znowu rozmawiać z kimś po niemiecku”.
Gustaw Horwitz umarł w roku 1882, mając zaledwie trzydzieści osiem lat. Błahy zabieg chirurgiczny, który zgodnie z panującymi wtedy zwyczajami odbywał się w domu, w jadalni, na stole okrytym białym prześcieradłem, skończył się zakażeniem krwi. Przed śmiercią zażądał pożegnania ze wszystkimi dziećmi. Podchodziły więc kolejno do jego łóżka: najstarsza czternastoletnia Flora, młodsza o rok Róża, następnie Gizella i Henrietta, dziewięcioletnia Żaneta, siedmioletni Lutek, pięcioletni Maks, trzyletniaKamilka, a on kładł każdemu rękę na głowie i prosił: Bleib fromm! (Pozostań pobożny). Żona, z najmłodszym rocznym Stasiem na rękach, krzyczała: „Będziesz je błogosławił do ślubu. Nie odejdziesz!”.
Na pogrzebie były podobno tłumy ubogich Żydów, których za życia wspomagał w tajemnicy przed teściem.
Zostało po nim w sercach uczucie żalu i współczucia, w pamięci obraz przygarbionych pleców pochylonych nad biurkiem, ręki osłaniającej przed światłem wiecznie zaczerwienione oczy, w uszach monotonny odgłos butów, stukających pod oknem po drewnianym bruku – gdy wcześnie rano zmierzał do kantorku, a późnym popołudniem znużony wracał do domu. Tak krótko żył. Tak niewiele, zdawałoby się, dla wszystkich znaczył. Nawet jego przedśmiertna prośba: Bleib fromm,przez żadne z dzieci nie została wypełniona. Ale w przyziemne, prozaiczne życie warszawskiej kupieckiej rodziny wniósł tęsknotę do czegoś więcej niż tylko wygodny byt. Następne pokolenia zawdzięczały mu trudny czasem do zniesienia duchowy niepokój, ale także przeświadczenie, że dzięki sztuce i literaturze można łatwiej znieść życie. To niemało.
Energiczny światowiec i biznesmen Izaak Kleinmann umarł niedługo po swym cichym zięciu. Pochowani zostali obok siebie na cmentarzu żydowskim w Warszawie. A Julia Horwitz, moja prababka, mając lat trzydzieści siedem, pozostała sama z dziewięciorgiem dzieci.
Jeszcze długo po nocach słychać było rozpaczliwy płacz Julii. Moja babka na zawsze zapamiętała jej krzyk przy łóżku umierającego męża: „Nie odejdziesz! Nie zostawisz mnie samej!”. Musiała go bardzo kochać. I bardzo cierpieć. Ale nigdy nie rozmawiała z nikim o swoim bólu. Znamienne, że po śmierci Gustawa przestała przestrzegać przepisów religijnych i nie wymagała tego od dzieci. Jakby obraziła się na Boga za to, że nie chciał go ocalić. Przestała także rozmawiać z dziećmi po niemiecku i językiem panującym w domu stał się polski.
Dokonała wtedy wyboru, który przesądził o przyszłości następnych pokoleń. Zdecydowała się na polonizację rodziny. Ale porzuciwszy żydowskie tradycje i obyczaje, nie zmieniła wiary i pozostała, przynajmniej formalnie, przy wyznaniu mojżeszowym, choć chrzest ułatwiłby dzieciom wstęp do polskiego społeczeństwa. Nie chciała wyrzekać się swojej tożsamości i zacierać śladów pochodzenia. Była bardzo harda. Nie szukała oparcia ani w judaizmie, ani w żadnej innej religii. Jeżeli kiedyś ufała Boskiej opiece, od tej pory wierzyła już tylko we własne siły. Gdy w kręgu najbliższych pojawiały się jakieś smutki czy dramaty, nie namawiała nigdy do pokory, rezygnacji, cierpliwego poddania się losowi. Udzielała zdesperowanemu zawsze tej samej rady: Kopf hoch!, co po polsku znaczy: „Głowa do góry!”. To jej ulubione zdanie, powtarzane latami w kółko, aż do znudzenia, stało się w końcu dewizą życiową całej rodziny. Przypominały je sobie później w najtrudniejszych chwilach kolejne pokolenia. Być może właśnie ono wtedy umożliwiało przetrwanie.
Skąd wzięło się to niemieckie zawołanie? Czy to Gustaw przywiózł je z Wiednia? Czy żegnał go tymi słowami ojciec – mądry rabin – który domyślał się, że dość gorzkie będzie życie jego syna, pędzone na łasce bogatego teścia, w obcym, barbarzyńskim kraju? Czy też raczej jego zapalczywa matka – Karolina, która nie bała się nikogo, nawet Kozaków – tak upominała go, by nie tracił ducha?
Wezwanie „głowa do góry!” można rozumieć na dwa sposoby. Jako zachętę do okazania siły i męstwa: „Dasz sobie radę. Sprostasz sytuacji”. I jako apel, by nigdy nie zapominać o własnej godności. Iść przez życie z podniesionym czołem, patrząc ludziom prosto w oczy. Skądkolwiek przybyło to powiedzenie i cokolwiek znaczyło, odegrało niewątpliwie bardzo ważną rolę w kształtowaniu się mentalności wszystkich bohaterów tej opowieści. Tkwiło w umyśle i wyznaczało pion. Nie pozwalało tonąć bezradnie w kolejnych katastrofach. Załamywać rąk. Kapitulować. Być może właśnie to zdanie pozwoliło mojej prababce znaleźć siły i mądrość, by wychować dziewięcioro dzieci.
Nie została zupełnie sama. Miała w Warszawie matkę, ojca i trzech braci. Ojciec, póki żył, czuł się za Julię odpowiedzialny, zarządzał jej posagiem, regularnie wypłacał od niego procenty i często dorzucał coś hojną ręką z własnych funduszy. Ale umarł niedługo po śmierci zięcia i jego pieniądze odziedziczyła żona – Miriam Kleinmannowa, osoba skąpa i egocentryczna, której nie przychodziło do głowy, by wesprzeć córkę finansowo. Opiekę nad wdową przejęli bracia – Bernard i Michał – prywatni bankierzy. Widać kiepsko wywiązywali się ze swoich obowiązków, bo w domu zapanowała bieda i Julia postanowiła sama zająć się interesami.
Zaczęła, z pomocą braci, obracać swymi posagowymi kapitałami, pożyczając chętnym pieniądze na procent. Popularny wówczas proceder, uprawiany z reguły przez Żydów, budzi do dziś obrzydzenie, kojarząc się wyłącznie z lichwą i wyzyskiem, choć wcale nie musiał oznaczać żerowania na ludzkiej krzywdzie i nędzy. Nikt nigdy nie słyszał o bezwzględności czy chciwości Julii, a jednak w rodzinie uważano jej zajęcie za wstydliwe i unikano nazywania go po imieniu. Musiał to być bolesny problem dla dzieci. Nienawidziły ciągłych wizyt w domu Bernarda i Michała, którzy zamykali się z siostrą w kuchni i prowadzili hałaśliwe rozmowy w niezrozumiałym języku. Często wydawało się, że na nią krzyczą, kłócą się o coś, domagają się czegoś podniesionymi głosami. Po takich rozmowach Julia bywała zdenerwowana i miała zaczerwienione oczy.
Zdawała sobie sprawę z odium, jakie ciążyło na tego rodzaju działalności, ale nie miała innych możliwości zarobkowania. Zdobywając w ten sposób środki na chleb i naukę potomków, wbijała im więc do głowy, czasem dosłownie, że najważniejsze w życiu są wiedza, pracowitość i ambicje, tępiła zaś surowo wszystko, co mogło uchodzić za spryt i „kombinowanie”. Kiedy doniesiono jej, że trzynastoletni Maks handluje jako „konik” biletami przed teatrem w Ogrodzie Saskim, by zdobyć pieniądze na jakiś interesujący go spektakl, stanęła w drzwiach kuchennych, którymi dzieci wchodziły do domu, i – doczekawszy się przyjścia chłopca – wymierzyła mu polanem kilka potężnych razów, krzycząc: „Mój synu! Nie będziesz się odtąd wdawał w żadne nieczyste sprawy”. A potem tłumaczyła: „Wychowuję was bez ojca i tym bardziej jestem odpowiedzialna za wasze postępowanie”.
Wychowywała je po swojemu. Wedle własnych zasad. Sama była nadzwyczaj zaradna, przedsiębiorcza i obrotna, ale w hierarchii wartości wpajanej przez nią dzieciom dobra materialne znajdowały się na ostatnim miejscu. Nie chciała, by zajmowali się „geszeftami”. Wierzyła przede wszystkim w wagę wykształcenia. Tylko ono mogło im zapewnić godne miejsce w polskim społeczeństwie. Ze swoimi rodzicami i braćmi rozmawiała po niemiecku lub w jidysz, a po polsku mówiła z wyraźnym żydowskim akcentem. Własne dzieci posyłała do polskich szkół, gdzie uczyły się bezbłędnej polszczyzny, znajomości polskiej literatury i historii. Jedynie najstarszy syn – Ludwik – pewnie zgodnie z wolą ojca, rozpoczął naukę w szkole żydowskiej. Później przeniósł się do polskiego, prywatnego gimnazjum Wojciecha Górskiego, które ukończyli także dwaj młodsi – Maks i Staś. Natomiast wszystkie dziewczęta chodziły na pensje znane z patriotycznego nastawienia.
Zdumiewająca determinacja. Znacznie wygodniej byłoby wychować całą dziewiątkę na kosmopolitów. Wypchnąć z udręczonego niewolą kraju w wolny, szeroki świat. Do Wiednia, do rabinackiej rodziny ojca. Do Berlina, Paryża, Amsterdamu, gdzie siostrzeńcom mogły pomóc w starcie zamożne ciotki. Ale widocznie Julia uważała, że ludzie powinni przynależeć do miejsca, gdzie się urodzili, i ponosić konsekwencje, jakie z tego wynikają.
Jak wyglądało życie tych dziewięciorga dzieci, stłoczonych w kilkupokojowym mieszkaniu, żyjących w dość skromnych warunkach? Jakich sposobów używała ich matka, by to życie toczyło się normalnie, bez szczególnych zakłóceń, zatargów czy wstrząsów, by sprawy zdrowia, odżywiania, kształcenia, wychowania nie przysparzały specjalnych problemów? Moja babka, która powojenne lata spędziła w Krakowie, tuż przed śmiercią zaczęła spisywać wspomnienia. Ocalały więc i zachowały swój zetlały koloryt opowieści o dzieciństwie w dziewiętnastowiecznej Warszawie, o dziecięcych zabawach i kłótniach, o domowych zwyczajach, o spacerach po nieistniejących od dawna ulicach, miejscach i pejzażach.
W domu była oczywiście służba do pomocy; kucharka Fryderyka wnosiła do jadalni na śniadanie olbrzymi miedziany rondel z wrzącym mlekiem i kosz bułek, które w ciągu paru minut znikały co do jednej. Jedzenia w domu nie brakowało, jak wynika z dwóch anegdotek. Sąsiadką na Królewskiej była żona znanego przemysłowca, pani Gancwolowa, która ubrana w piękny biały peniuar z koronkami, całe dnie grała na fortepianie. Gdy jej synowie Lutek i Olek upominali się o posiłek, mówiła: „Idźcie do pani Horwitzowej, ona was nakarmi”. Więc przychodzili i zasiadali do stołu razem z całą rodziną. W porze kolacji zaś, na którą były bułki z serdelkami, wpadała do jadalni, niby w jakimś interesie, zgłodniała horda innych sąsiadów, małych Luksemburgów, z Różą na czele.
Gorzej było z ubraniem; nowe sukienki dostawała tylko najstarsza córka – Flora – potem przechodziły z jednej dziewczynki na drugą. Flora miała czternaście lat, kiedy umarł ojciec. Stała się dla matki wielką pomocą w opiece nad młodszym rodzeństwem. Codziennie rano przed pójściem na pensję smarowała masłem dziesięć bułek na drugie śniadanie do szkoły, po dwie dla każdego z pięciorga uczących się dzieci. Cerowała też pończochy i skarpetki, które ta gromada darła niemiłosiernie. Matce pomagała również młodsza o rok Róża, najładniejsza z całego rodzeństwa, skromna przy tym i niezwykle dobra.
Regułą było, że starsze dzieci uczyły młodsze czytać i pisać. Obowiązywały pilność i sumienność w odrabianiu lekcji zadanych w szkole. Wszystkim imponowała Henrietta, prymuska, która przed egzaminami wstawała o świcie i powtarzała cały materiał. By nie zaspać, przywiązywała sobie do nogi sznurek, a drugi jego koniec zaczepiała o łóżko kucharki wstającej najwcześniej. Szarpnięcie sznurka budziło ją podobno z najgłębszego snu.
Ze wspomnień babki wynika, że jej matka w trosce o zdrowie i o prawidłowy rozwój dzieci, zarówno umysłowy, jak i fizyczny, przestrzegała najnowocześniejszych zasad higieny. Dziecięca pościel musiała być codziennie wietrzona. Przy rozmieszczeniu łóżek kierowano się stanem zdrowia dzieci – skłonne do przeziębień sypiały w pokojach słonecznych. Starannie dbała o ich wzrok i o pielęgnację zębów. Każde dziecko prowadzone było regularnie do najlepszego warszawskiego dentysty, Franciszka Kobylińskiego, na ulicę hr. Berga, później Traugutta, do kontroli i ewentualnego plombowania. Potem, dla osłody, wstępowało się do cukierni Lourse’a na Krakowskim Przedmieściu na czekoladę. W ten sposób wyprawa do dentysty przestawała być zmorą.
W każdym z dziewiątki rodzeństwa geny niezaradnych życiowo, wrażliwych intelektualistów Horwitzów i mocnych, pnących się do góry arywistów Kleinmannów połączyły się w inny sposób. Najstarsza córka, Flora, energiczna, zdecydowana, despotyczna, była najbardziej podobna do matki. Druga z kolei, Róża, zmysł praktyczny odziedziczyła po Julii, łagodność po Gustawie. Trzecia, Gizelka, marzycielska, cicha, skryta, skłonna do melancholii, wydawała się wierną kopią ojca. Czwarta, rudowłosa Henrietta, miała skomplikowaną naturę; najpierw wszczynała kłótnie, potem żaliła się, że jej nikt nie kocha. Janina, impetyczna po matce, po Horwitzach odziedziczyła pasje intelektualne i największą jej namiętnością od dziecka były książki. Najmłodsza, Kamilka, z pozoru najcichsza i najmniej sprawiająca kłopotów, miała, jak się potem okazało, najsilniejszy charakter ze wszystkich dzieci.
Chłopcy kontrastowali ze sobą jeszcze wyraźniej. Lutek i Staś swoim ściszeniem i niechęcią do konfliktów przypominali ojca. Maks – zapalczywy, odważny, pewny siebie – nie bał się niczego i nikogo. Od najwcześniejszego dzieciństwa roznosił go temperament. Ciągle wdawał się w jakieś bójki i spory. Krążyły legendy o jego wyczynach. Niezwykle silny fizycznie, mając zaledwie trzy lata, przesuwał najcięższe sprzęty w mieszkaniu. Inteligentny, zdolny, pojętny, zapamiętywał najdłuższy wiersz po jednorazowym usłyszeniu. Gdy na pogrzebie ojca najstarszy syn – siedmioletni Lutek – miał wygłosić kadysz nad grobem i speszony tłumem ludzi, nie mógł wydobyć z siebie głosu, pięcioletni Maks odepchnął go i bez zająknięcia wyrecytował z pamięci hebrajską modlitwę. Przysparzał matce najwięcej zmartwień i może dlatego najbardziej był przez nią kochany.
Julia starała się pielęgnować w dzieciach witalność i zdecydowane stąpanie po ziemi zamiast bujania w obłokach. A więc cechy własnej osobowości, tak sprzeczne z usposobieniem Gustawa. Charakterystyczny dla męża brak życiowej przedsiębiorczości uważała za nieszczęście, może nawet za przyczynę przedwczesnej śmierci. Musiała chyba mieć do niego mniej lub bardziej uświadomiony żal za to, że owdowiała tak młodo, że zostawił ją samą z gromadą dzieci. Tępiła więc u nich surowo wszystko to, co wydawało się przejawem wewnętrznego nieładu: gnuśność, skłonność do dzielenia włosa na czworo, wszelkie „nie chce mi się”, „nie mogę”, „nie potrafię”.
Chciała je uchronić przed zgubnymi skutkami życia wyłącznie w sferze ducha. Dbała o równowagę. Moja przyszła babka, maniacko czytająca wszystko, co jej wpadło w ręce, była stale napominana, by nie psuła sobie oczu przy złym oświetleniu, a także często odrywana od książki i posyłana do pomocy przy sprzątaniu czy do magla. Jej siostra Róża, która wolała zajęcia gospodarskie od intelektualnych, wyrzucana była z kuchni i zaganiana do czytania. Zdarzały się zapewne zatargi i awantury, ale nie zakłócały one na dłużej spokoju domowego. Bójki między chłopcami Julia, o dziwo, popierała, uważała, że wyrabiają mięśnie, i była w ogóle wielką zwolenniczką ćwiczeń fizycznych. Surowe kary wymierzała niezmiernie rzadko, tym bardziej się ich obawiano. Bicie jako zabieg pedagogiczny nie było stosowane, choć raz nieszczęsny Maks dostał polanem, a innym razem Flora w twarz za nieposłuszeństwo. Julia była despotką i dużo krzyczała, od rana do wieczora słychać było jej rozkazy, nakazy i zakazy wygłaszane podniesionym głosem. Maks, który najczęściej obrywał, zachęcał: „Niech mama krzyczy, krzyczy, zawsze coś się z tego przylepi, coś zostanie!”.
Myślę, że gdyby nie żelazna niezłomność, z jaką realizowała swój program wychowawczy, w którym nie było miejsca na wątpliwości i rozterki, nie dałaby sobie rady z „wyprowadzeniem dzieci na ludzi”, jak to się wówczas mawiało. Musiała jednak owej żelaznej niezłomności towarzyszyć wielka mądra miłość. Mimo kłopotów finansowych i zmartwień, których nigdy nie brakowało, panowała w tym domu atmosfera ciepła i serdeczności, zapewniająca poczucie bezpieczeństwa.
A jednak wspomnienie, które na zawsze utkwiło mojej babce cierniem w sercu, świadczy o tym, że przy całej miłości dziecięce uczucia bywały czasem przez matkę ranione. Któregoś razu nauczycielka robót ręcznych na pensji panien Kosmowskich kazała uczennicom przynieść tiul do haftowania. Mała Żaneta, już wtedy estetka, przygotowała więc starannie blaszane błyszczące pudełko od tytoniu i schowała do niego różową bibułkę. Marzyła, że położy na niej biały, przezroczysty materiał. Będzie potem miała swoją własnoręcznie wyhaftowaną serwetkę. Sam wyraz „tiul” – jak opowiadała – wprawiał ją w zachwyt. Ale kiedy poprosiła o pieniądze na wymarzony sprawunek, usłyszała od matki: „Takie fanaberie to zbytek. W domu, gdzie jest dziewięcioro dzieci i sama muszę dbać o wszystko, każde z was powinno mi pomagać. Patrz, ile jest waszych pończoch i skarpetek do cerowania. Będziesz je zabierała na lekcje robót i nauczysz się porządnie cerować. Przyda ci się to w życiu”.
Można sobie wyobrazić wstyd tej dziewięcioletniej dziewczynki przynoszącej do szkoły, zamiast białego tiulu na różowej bibułce, furę podartych dziecięcych skarpetek. Znienawidziła roboty ręczne raz na zawsze, ale nauczyła się porządnie cerować. I choć nigdy w życiu nie przyszyła guzika, pamiętam dokładnie, jak w powojennych latach wkłada okulary, wyjmuje z blaszanego pudełka po rosyjskiej herbacie grzybek, naparstek, czerwoną włóczkę, grubą igłę, którą musiałam jej nawlekać, i starannie, powoli, równiutko ceruje moje zimowe skarpety.
Tylko w tej jednej opowiastce o rodzinnym domu czaił się lekki żal. Wszystkie inne pełne były czułości, wdzięczności i podziwu. Za pamięć, z jaką matka troszczyła się o pierzchnące na mrozie ręce jednej z córek, łzawiące oczy drugiej, zbytnią nerwowość trzeciej. Za to, że gdy zdarzała się cięższa choroba, siedziała całe noce przy łóżku chorego dziecka, nie pozwalając nikomu się wyręczyć. Za niezwykłą intuicję medyczną, dzięki której podejmowała najtrafniejsze diagnozy dotyczące zdrowia dzieci. Do końca życia nie mogła sobie darować, że – choć przeciwna operowaniu męża – uległa w końcu namowom dwóch najwybitniejszych ówczesnych lekarzy warszawskich – internisty Ignacego Baranowskiego i chirurga Juliana Kosińskiego – co skończyło się tragicznie.
Może dlatego, gdy rozchorował się Maks, nie zabrakło jej odwagi, by przeciwstawić się autorytetom. Siedmiolatek założył się z rówieśnikami na podwórzu, że zeskoczy z drewnianej wysokiej przybudówki. Skoczył i uderzył się tak mocno w kolano, że wytworzył się wysięk i powstały jakieś nieprzyjemne komplikacje. Choroba trwała długo, stan chłopca był coraz gorszy i w końcu konsylium złożone z najwybitniejszych chirurgów zdecydowało, że tylko amputacja nogi może uratować życie dziecka. Nie zgodziła się na to. Postanowiła działać sama. Zostawiła dom, dzieci i pojechała z chorym chłopcem do Berlina, by zasięgnąć rady niemieckich chirurgów. Zastosowane przez nich zabiegi ocaliły nogę od amputacji, choć pozostała sztywna i Maks przez całe życie kulał.
Źródłem bezustannego zachwytu i uciechy był ogród mieszczący się na tyłach kamienicy przy ulicy Królewskiej, do końca życia wspominany przez babkę jako raj jej dzieciństwa. Wydawał się bezpański, nie miał ani ogrodnika, ani dozorcy i dzieci mogły tam robić, co chciały. Rosły w nim jabłonie i grusze, wiśnie i śliwy, krzaki agrestu, porzeczek i róż. Kiedyś starannie pielęgnowany i uprawiany, później zdziczał i dzięki temu stał się jeszcze bardziej atrakcyjny. Żadne owoce świata nie miały później takiego smaku i słodyczy – opowiadała babka – jak te z ogrodu przy Królewskiej, żadne róże nie pachniały tak rozkosznie. Latem nie trzeba było jeździć na letnisko: ... bieganina, gry i zabawy lat dziecięcych, szepty i zwierzenia podlotków na tle tego zacisznego „własnego” ogrodu miały niewypowiedziany urok niczym nie skrępowanej nie zamąconej swobody – pisze w swoich wspomnieniach. – A w zimie na największym trawniku mama poleciła urządzić ślizgawkę. Woda, rozlana obficie, zamarzła wspaniale i dzieciarnia, ucząca się najpierw ślizgania na łyżwach przy posuwanych krzesełkach, wyrabiała się z czasem na zwinne łyżwiarki i łyżwiarzy, produkujących się potem na modnej ślizgawce stawu w Ogrodzie Saskim.
W parterowym mieszkaniu oficyny, w oknie wychodzącym na ów raj stał często starzec z siwą brodą i przyglądał się bawiącym dzieciom. Był to Chaim Zelig Słonimski, dziadek poety – Antoniego Słonimskiego.
Kamienica przy Królewskiej mieściła się w okolicy Ogrodu Saskiego. Dzieci chodziły tam często na poobiednie spacery. W alei „Owocowej” był kiosk, w którym sprzedawano cukierki i lemoniadę. W alei „Literackiej” – studnia, z której podopieczne Towarzystwa Dobroczynności czerpały najsmaczniejszą wodę na świecie i sprzedawały ją za grosze spragnionym. W alei „Głównej” szumiał gąszcz olbrzymich kasztanów i sypał się na głowy puch z kwitnących drzew. W strugach wody tryskających z fontanny załamywało się światło słoneczne, tworząc czarodziejskie tęcze. Po alejkach biegały elegancko ubrane dziewczynki z piłką lub skakanką, pilnowane przez francuskie bony. Moja przyszła babka patrzyła na nie z zazdrością i marzyła o tym, by się z którąś zaprzyjaźnić. Kiedyś zdobyła się na odwagę, podeszła do ślicznej Stefci Krysińskiej, córki znanego adwokata, i zapytała: „Czy panienka chce się ze mną bawić?”. Usłyszała krótkie „nie” i do końca życia nie zapomniała zniewagi.
W latach szkolnych Ogród Saski przemierzany był dwa razy dziennie, w drodze na pensję i z powrotem. Obok sadzawki, po której pływały bielutkie łabędzie, a w zimie ślizgali się wesoło łyżwiarze i łyżwiarki, wychodziło się na ulicę Niecałą i szło dalej przez plac Teatralny, gdzie starsze siostry trzymały mocno za ręce młodsze i rozglądały się uważnie, przechodząc przez jezdnię, żeby nie wpaść pod wóz albo dorożkę. Potem droga prowadziła przez Senatorską do rogu Miodowej.
Na rogu Senatorskiej i Miodowej stała ogromna stara budowla – Pałac Sołtyka – dawna siedziba biskupów krakowskich. Nowy właściciel wynajmował tam pomieszczenia niezliczonej liczbie lokatorów. Od ulicy Senatorskiej, na parterze, znajdowały się najelegantsze sklepy w mieście: skład szkła i porcelany Izdebskiego, konfekcja damska Thonnesa, zakład zegarmistrzowski Lilpopa. Można było godzinami wpatrywać się w okna wystawowe magazynów, ale panny Horwitzówny nie przystawały przed nimi w obawie, że spóźnią się na lekcje. Jednak mała Żaneta wymuszała często na siostrach krótki postój przed księgarnią Hoesicka. Pożerała wtedy wzrokiem kolorowe okładki wystawianych tam książek dla dzieci, a tytuły: Lalki Maniusi, Pudelek pani Grypskiej, Zabawki Kazia, Światełko, Kampanella, Pamiętnik Laury, Księżniczka,zapamiętała na całe życie. Ów dziecinny, niezaspokojony głód książek sprawił, że później, jako właścicielka własnej firmy wydawniczej, tyle poświęcała uwagi literaturze dziecięcej. A w okna wystawowe księgarni Mortkowicza przy ulicy Mazowieckiej wpatrywały się następne pokolenia dzieci, zapamiętując tytuły przetłumaczonych przez nią książek.
Oderwawszy się od witryny księgarni, panienki skręcały w ulicę Miodową i wchodziły w ogromną pałacową bramę. W dni powszednie biegły w kierunku dziedzińca i stamtąd, schodami kuchennymi, pędziły, przeskakując po dwa stopnie, na pierwsze piętro budynku. W uroczyste dni początku i końca roku, imienin przełożonej czy innych ważnych szkolnych wydarzeń szły powoli parami schodami od frontu prowadzącymi do drzwi, na których widniała mosiężna tabliczka z napisem: „Pensja żeńska Leokadii i Bronisławy Kosmowskich”.
Żeńskie szkoły prywatne dla panien to ważny fragment pejzażu duchowego tamtych lat. W roku 1882, kiedy moja babka rozpoczynała naukę, rusyfikacyjna polityka caratu w Królestwie osiągnęła apogeum. Bezwzględnymi jej wykonawcami byli osławiony generał-gubernator warszawski Hurko i kurator warszawskiego okręgu szkolnego Apuchtin, który obejmując w roku 1879 stanowisko, oświadczył, że za dziesięć lat żadna matka nie będzie w tym kraju mówiła do swego dziecka po polsku. I robił wszystko, by obietnicy dotrzymać. Terror dotykał przede wszystkim uczniów gimnazjów rządowych. „Szkoła prowadzona systemem Apuchtina może wychować albo kretynów, albo bohaterów” – mówiono w Warszawie. O mękach, jakich przysparzała dzieciom, opowiadają Syzyfowe prace Żeromskiego, Feralny tydzień Korczaka, Wspomnienia niebieskiego mundurka Gomulickiego. Kiedy Henryk Sienkiewicz złożył w redakcji „Niwy” opowiadanie zatytułowane Zpamiętnika korepetytora warszawskiego,cenzura nie zgodziła się na druk. „Będę musiał przenieść Michasia do Poznania. Może się nie połapią i puszczą” – powiedział. I rzeczywiście, opowiadanie zaczęło ukazywać się w odcinkach pod tytułem Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela.
Rosyjskie podręczniki uczyły pogardy dla polskiej historii i tradycji. Szpicle nachodzili stancje uczniowskie i sprawdzali, czy młodzież nie czyta książek zabronionych przez cenzurę. Nie tylko na pauzach w szkole, ale także i w miejscach publicznych nie wolno było mówić po polsku. Za najdrobniejsze przewinienie groziły karcer, chłosta, wydalenie z gimnazjum. Poziom intelektualny i moralny rosyjskich nauczycieli wołał o pomstę do nieba. Tępe i bezwzględne wymagania, jakie stawiali dzieciom, ciągłe represje i szykany nierzadko prowadziły do samobójstw wśród gimnazjalistów. Dlatego niechętnie posyłano dziewczęta do gimnazjów rządowych. Panny ze środowisk ziemiańskich miały zazwyczaj guwernantki i domowych nauczycieli. Te ze średnich sfer posyłano na pensje, mimo że były droższe od szkół państwowych i ukończenie ich nie uprawniało do wstępu na uniwersytet. Ale chęć zdobycia wyższego wykształcenia traktowano jak przelotną, dziewczęcą fanaberię, a studia w Królestwie i tak niedostępne były dla kobiet. Szkoła prywatna miała więc za zadanie wychowywać światłe żony i matki, w przyjaznej atmosferze, wolnej od strachu i upokorzeń. I o takiej właśnie atmosferze myślała Julia Horwitzowa, zapisując swoje córki na pensję Leokadii Kosmowskiej. Wysoka temperatura ideowa tej szkoły, panujący tam duch oporu wobec zaborcy, kult niepodległościowych zrywów i romantycznej poezji – wszystko to działało na wyobraźnię panienek i budziło miłość do Polski, także wśród uczennic-Żydówek. Ale miłość, jak wiadomo, nie zawsze bywa wzajemna.
W tym samym pałacu mieszkał z rodziną Ferdynand Wilhelm Hoesick, właściciel księgarni, w której witrynę wpatrywała się z takim zachwytem Żaneta. Jego syn – jedynak – Ferduś, czyli Ferdynand Hoesick, przyszły pisarz i krytyk, w swoich wspomnieniach zatytułowanych Dom rodzicielski opowiada o zabawach z rówieśnikami, współmieszkańcami gmachu. Na ogromnym dziedzińcu grali w klipę, palanta, berka, żyda, orła i reszkę, chętnie także znęcali się nad małymi sąsiadami Weinkranzami, sprawiając im na przykład „chrzest” pod wodociągiem. Jako Żydzi, już tem samem byli uważani przez resztę chłopców za coś gorszego, a że z natury nie grzeszyli odwagą, więc raz po raz musieli znosić różne łobuzowskie figle z naszej strony – pisze z rozbrajającą szczerością. Czasem chłopcy szukali rozrywek na mieście. Szczególny urok miały dla nas, a raczej dla mych niektórych kolegów, bójki na placu Dzieciątka Jezus z małemi żydziakami. Pamiętam, że wracając ze szkoły, zawsze wracaliśmy tamtędy, z kantówkami ukrytemi w rękawach, by nimi przy sposobności obić malców żydowskich, zawsze tam gromadzących się o pewnej porze, bo właśnie wychodzili z jakiejś żydowskiej szkoły – rozrzewnia się dalej subtelny humanista.
Jak żyło się w poczuciu ciągłego zagrożenia? Dowiadując się, już jako dziecko, że w kraju, w którym mieszkasz, uważają cię za „coś gorszego” i tylko dlatego mogą cię znieważyć? Nigdy nie zadałam tego pytania. Więc nie znam odpowiedzi. Mogę sobie tylko wyobrazić, że należało mądrze wybierać ścieżki życiowe i przyjaciół, by nieuniknionych przykrości było jak najmniej.
Połowa moich szkolnych koleżanek była pochodzenia semickiego, co jednak wobec ich całkowitej asymilacji nie odgrywało żadnego znaczenia i nigdy nie było wypominane ani zaznaczane przez nauczycieli – podkreślała z uznaniem babka. Uważała to widać za fakt niezwyczajny.
Trafiła na pensję panien Kosmowskich dzięki swemu uporowi, w dość dramatycznych okolicznościach. Uczyły się tam już od paru lat cztery starsze siostry: Flora, Gizella, Róża i Henrietta. Ona zaś zapisana została na pensję Izabelli Smolikowskiej, późniejszej Hewelke, bo szkoła ta mieściła się bliżej domu, a dziewczynka rozpoczynała naukę pod nieobecność matki, która właśnie wtedy wyjechała z chorym Maksem do Berlina, by szukać ratunku u tamtejszych lekarzy.
Parę miesięcy wcześniej umarł ojciec i dziewięcioletnia córka pamiętała dobrze religijne rygory, których przestrzegał. Zajęcia szkolne rozpoczęły się w poniedziałek. Nowa uczennica, pojętna i posłuszna, świetnie sobie radziła z poleceniami nauczycieli. Do soboty. W sobotę kazano dzieciom napisać wypracowanie. Ona jedna nie otworzyła zeszytu i siedziała bezczynnie. Zdumionemu profesorowi wyjaśniła, że w szabat nie wolno jej brać pióra do ręki. Profesor poskarżył się przełożonej, która oświadczyła, że podobnego zachowania w swojej szkole tolerować nie będzie. W odpowiedzi harde dziecko, które kiedyś stać się miało moją babką, włożyło książki do tornistra i bez słowa poszło do domu. Następnego dnia Żaneta zakomunikowała siostrom, że nie przekroczy progu szkoły panny Smolikowskiej. Kiedy dziewczęta po paru dniach zorientowały się, że mała nie ustąpi, zabrały ją ze sobą na pensję panien Kosmowskich. Widocznie tam potraktowano jej zasady poważniej lub pobłażliwiej, więc sama dość szybko z nich zrezygnowała. Z żalem? Bez żalu? Nie wiem.
Obie przełożone, siostry Kosmowskie, dostojne, w podeszłym – jak mi się wydawało – wieku, wielkie patriotki, nastawione były szczególnie na moralne zagadnienia wychowawcze. Bardzo przez nas szanowane, miały wielki autorytet. Nie pamiętam ani jednego faktu oporu czy krytycznego stosunku którejkolwiek z uczennic do swych przełożonych. Szczególnie liczyłyśmy się z surową, ale zawsze sprawiedliwą panną Leokadią – pisała babka w swoich wspomnieniach. I tu, jak w gimnazjum rządowym, oficjalnie językiem wykładowym był rosyjski, ale nauczyciele, ignorując nakazy, prowadzili zajęcia po polsku, a podczas godzin przeznaczonych niby to na naukę robót ręcznych i rysunków z reguły uczyli potajemnie tzw. przedmiotów ojczystych, czyli literatury polskiej, historii i geografii. Niespodziewana inspekcja i wykrycie najmniejszego wykroczenia przeciwko obowiązującym przepisom groziło surową karą, z zamknięciem szkoły włącznie. Panny oswajały się więc także z zasadami konspiracji: na umówiony sygnał chowano zakazane zeszyty i książki w specjalnych skrytkach i używano najrozmaitszych forteli, by wyprowadzić w pole wizytatora. Gdy się pojawiał, dziewczęta na przerwach zaczynały paplać po rosyjsku, a nauczycielka na lekcji wywoływała do odpowiedzi zawszę tę jedną prymuskę, która umiała wyliczyć bezbłędnie wszystkie tytuły cesarza i jego ogromnej rodziny.
Nauczyciele Polacy byli ludźmi światłymi, o szerokich horyzontach. Tak na przykład historii Polski, oczywiście tajnie, uczyła Jadwiga Szczawińska, później Dawidowa – znana działaczka oświatowa i społeczna, przyszła twórczyni Uniwersytetu Latającego, nielegalnej wyższej uczelni dla kobiet. W młode głowy wtłaczano nie tylko fakty i daty. Wpajano przede wszystkim podstawowe przykazanie pozytywizmu, które głosiło, że żyje się dla innych, nie dla siebie. Ówcześni pedagodzy, ucząc zaangażowania społecznego, odpowiedzialności, bezinteresowności, ofiarności, umieli równocześnie budzić w dzieciach ciekawość i zapał do nauki. Z owych szkolnych lat wyniosła moja babka imponująco dużo wiadomości i zainteresowań. Na przykład pasje botaniczne: umiejętność oznaczania roślin i suszenia ich w zielniku, znajomość polskich, rosyjskich i łacińskich nazw każdego ziółka i kwiatka napotykanego w czasie spacerów po łąkach. Przynosząc z nich ogromne bukiety kwiatów, z miłością i ze znawstwem opowiadała o naturze i o obyczajach poszczególnych gatunków.
Zawsze lubiła czytać, ale na pensji zrodziła się jej fascynacja poezją i nałóg przepisywania do grubych kajetów pięknym, kaligraficznym pismem wierszy, które zrobiły na niej szczególne wrażenie. Kajety te towarzyszyły jej przez całe życie. Najpierw były to skromniutkie, oprawione w ceratę bruliony pensjonarskie, później eleganckie albumy w safianowych i brokatowych okładkach. W czasie wojny sklejała przypadkowe kartki papieru, jakie wpadły jej w ręce, po wojnie przejmowała po mnie moje nie zapisane do końca liche zeszyty szkolne z okładkami w ziemistych kolorach.
Zmieniała się także zawartość tych kajetów. Najpierw pojawiali się tam Słowacki, Norwid, Goethe, Heine. Później Lenartowicz, Syrokomla, Ujejski, Konopnicka. Jeszcze później budzący „dziwne dreszcze” Tetmajer. Potem autorzy własnego wydawnictwa – Staff, Tuwim, Leśmian, Pawlikowska-Jasnorzewska. W czasie wojny Krzysztof Kamil Baczyński. Po wojnie poeta, zdawałoby się, kompletnie obcy jej gustom, a tak serdecznie pokochany – Tadeusz Różewicz – przez chwilę sąsiad na Krupniczej. Zapisywała te wiersze nie wiadomo po co, bo wszystkie umiała na pamięć. Całe moje dzieciństwo upłynęło przy dźwiękach słów: „Trzy razy księżyc obrócił się złoty...”, „A jak poszedł Stach na wojnę...”, „W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje...”. Albo: „Prażę się w słońcu gałgan stary...”.
Ukazywały się później w wydawnictwie Mortkowicza domowe zbiorki poezji zwane Lira i Lirenka, w których drukowane były te wszystkie najpiękniejsze wiersze świata. Czasem śni mi się, że w jakimś antykwariacie natrafiam na malutki tomik w żółtawej oprawce ze skóry. I ogarnia mnie uczucie cudownej słodyczy. Ale budzę się zawsze z pustymi rękami.
Lata szkolne babka wspominała zawsze z ogromną przyjemnością. Chętnie opowiadała o szkolnych perypetiach i o własnych pensjonarskich przejawach patriotycznego oporu. Mimo względnej swobody egzekwowano bardzo surowo znajomość języka rosyjskiego i rosyjskiej literatury. Przedmiotów tych uczyli rodowici Rosjanie. W swoich wspomnieniach opisuje, jak skończyła się zbytnia poufałość z profesorem Juraszkiewiczem. Był nawet dość dobroduszny i lubił z nami rozmawiać, co raz naraziło mnie na dużą przykrość. Uczyłyśmy go żartobliwie wymowy polskiej i w pewnej chwili powiedziałam: „Tak długo mieszka pan w Polsce i nie mógł się pan nauczyć po polsku?”. Na to on, zmieniwszy natychmiast swój żartobliwy ton na ostry, odparł groźnie: „Nie ja żiwu w Polsze, tolko wy w Rossii”. Incydent ten doszedł do uszu przełożonej, która skarciła mnie surowo, przypisując mi całą winę, „bo z Moskalem nie prowadzi się podobnych rozmów”.
Pożegnanie nasze z przełożoną po skończeniu nauki było bardzo uroczyste i wzruszające. „Oddawajcie teraz innym to, co wam tutaj dano”, powiedziała, rozstając się z nami – pisze babka. I opowiada dalej, jak zaraz potem młode abiturientki pobiegły zrobić sobie zdjęcie na pamiątkę. W sąsiedztwie, w zakładzie fotograficznym Mieczkowskiego, który mieścił się w pałacowej oficynie i miał kształt wielkiej oszklonej altany. Był rok 1888. Miała wtedy piętnaście lat.
Ach, ta fotografia pamiątkowa! Jaka szkoda, że i ona się nie zachowała, że zniknęła wraz z całym naszym dobytkiem w gruzach powstania warszawskiego. Stoi mi tak żywo w pamięci. Widzę tak dokładnie każdy jej szczegół. Wszystkie, nieliczne zresztą koleżanki kończące ze mną naukę szkolną... – pisała z żalem blisko siedemdziesiąt lat później. I wyliczała kolejne nazwiska.
W roku 1960 w „Expressie Wieczornym” – warszawskiej popołudniówce – ukazał się ten właśnie fragment jej wspomnień. Tuż potem wydarzył się cud. Do redakcji zatelefonowała starsza pani, skarżąc się, że w tekście nie było o niej mowy, a przecież chodziła z autorką na tę samą pensję, do tej samej klasy i jako dowód może przedstawić opisaną fotografię, na której figuruje. Siostrzenica babki – Karolina Beylin, pracująca w gazecie – wzięła sprawę w swoje ręce. Posłała woźną redakcyjną po zdjęcie, a następnie doręczyła je do Krakowa.
Było to właściwie pół zdjęcia. Lewa część została oddarta. Ale na szczęście dotarło do babki na parę tygodni przed śmiercią i mogła się była jeszcze nacieszyć zmartwychwstaniem drogiej sercu pamiątki. Jednak czuła się już zbyt chora, by podziękować ofiarodawczyni. Później list z nazwiskiem i adresem owej pani gdzieś się zawieruszył. Pozostała w archiwach rodzinnych jedynie ta pożółkła fotografia. Wypisana na niej obcą ręką data 1889 niezgodna jest z relacją babki, która twierdziła, że pensję ukończyła rok wcześniej. Nie jest to zbyt istotna różnica. Natomiast na odwrocie ujawnia się inna pomyłka pamięci. Okazuje się, że panienki nie zrobiły sobie zdjęcia pamiątkowego w zakładzie Mieczkowskiego, lecz w firmie „Fotografia artystyczna Rembrandt” przy ulicy Marszałkowskiej 151. Istotnie, widać, że fotograf był artystą. Bardzo starannie wyreżyserował każdy gest i pozę, ułożenie rąk, wyraz twarzy, spojrzenie. Sprawa była poważna, więc żadna z dziewcząt się nie uśmiecha. I tak zastygły na wieki w malowniczej grupie, ubrane odświętnie, zapięte po szyję na niezliczone guziczki, ściśnięte gorsetami, zapatrzone przed siebie.
Jedna z nich, ta siedząca pośrodku, jest najwyraźniej „kobietą wyzwoloną”. Nie nosi gorsetu, krótko ostrzygła kręcące się włosy, na szyi ma fantazyjnie zawiązany fontaź w kropki. To Ada Kosmowska, bratanica przełożonych, później aktorka teatrów krakowskich. Po jej lewej stronie siedzi moja przyszła babka, z książką na kolanach. Obok, z książką w ręku, stoi Helena Hirszfeldówna, cicha, delikatna, bardzo kulturalna dziewczyna – siostra słynnego Bolesława Hirszfelda, żarliwego Polaka żydowskiego pochodzenia, bogatego przemysłowca, a zarazem ofiarnego filantropa, działacza politycznego i społecznego, którego Stefan Żeromski w Słowie o bandosie nazwał Synem Nieśmiertelności. U stóp Ady Kosmowskiej siedzi najukochańsza przyjaciółka babki, Mania Ziembińska, piękna czarnooka i czarnowłosa dziewczyna, córka kasjera w firmie Krzysztof Brun i Synowie. Obok stoi Tola Chwatówna – córka znanego warszawskiego lekarza. Na skraju siedzi Madzia Goldfluss – pilna, inteligentna, później pierwszorzędna siła bibliotekarska we Lwowie.
Identyfikuję widoczne na zdjęciu pensjonarki dzięki informacjom, które zostawiły moja babka i matka. Ale kim jest panienka, która stoi pierwsza od lewej? Ta przedarta ukośnie na pół? Może to Stasia Adamska? Albo Wacia Mazurowska? Może Mania Buszkowska, córka wybitnego adwokata, przykładna pod każdym względem?A może to jest właśnie ta zapomniana koleżanka? Już się tego nigdy nie dowiem. Sądząc z kompozycji zdjęcia i z liczby nazwisk wymienionych we wspomnieniach, co najmniej trzy albo cztery dziewczęce podobizny zginęły na zawsze wraz z urwaną lewą połową.
Wiele tajemnic kryje owa fotografia. Na jej odwrocie widnieje informacja skreślona nieznanym mi charakterem pisma: Spod grubej warstwy zbrukanych książek i papierów wydobyto w 1945 roku. Nie wiem, kto i gdzie ją znalazł. W gruzach zburzonego domu? W zasypanej piwnicy? Czy była już uszkodzona, kiedy ją odnaleziono? Czy też owa pani przedarła ją na dwie połowy i sobie zostawiła część z własną osobą, a babce oddała tamtą drugą w nadziei, że w zamian utrwalone zostanie na piśmie jej istnienie?
Ponad sto lat minęło od czasu, gdy młodziutkie pensjonarki fotografowały się w firmie „Rembrandt”. A uparty duch tej bezimiennej nie chce odejść i rozpłynąć się w niebycie. Krąży koło mnie i prosi o pamięć. Wcale nie nadaremnie. Ukończywszy ten rozdział, znalazłam w rodzinnych papierach zagubiony ślad – świadectwo jej istnienia – czyli list Karoliny Beylin do mojej babki:
Warszawa dnia 27 września 1960
Ciociu droga, kochana! Posyłam Ci tę uroczą fotografię, która jest piękną ilustracją do Twoich pamiętników (...). Ta Twoja koleżanka, pani Wrzesińska (nie powiedziała, jak z domu), mieszka na ulicy Akademickiej.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Wiedeńska krew
Dzieci z ulicy Królewskiej
Tajemnica przedartej fotografii
Okładka
Dedykacja
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
