W cieniu siedmiu wojen - dr Jadwiga Jełowicka - ebook

W cieniu siedmiu wojen ebook

Jadwiga Jełowicka

0,0
9,90 zł

lub
Opis

Tytuł "W cieniu siedmiu wojen" wymownie charakteryzuje nie tylko losy bohaterów książki, ale też całego pokolenia Polaków, których życie przypadło na XX wiek. Tytułowe siedem wojen to kolejno: pierwsza wojna światowa (1914 r.), rewolucja w Rosji (1917r.), wojna z bolszewikami (1920r.), wybuch wojny z Niemcami i wkroczenie Sowietów (1939 r.), wojna niemiecko-sowiecka (1941 r.), powstanie w Warszawie (1944 r.) i kolejne wkroczenie Sowietów do Polski.
Choć brakuje obiektywnej skali do oceny przeżyć ludzkich, możemy wskazać tych, którzy częściej byli doświadczani w minionym stuleciu. Do nich z pewnością należeli mieszkańcy dawnych ziem wschodnich Rzeczypospolitej. Ich biografie niezwykle intensywnie są przeplatane wojnami, rewolucjami, wysiedleniami, czystkami politycznymi i etnicznymi itd. Najbardziej dramatyczne były losy ludności polskiej na ziemiach ukraińskich, skąd też pochodzą Autorki zamieszczonych tu tekstów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 427




Spis treści

Przedmowa
Od autorki
Zamiast wstępu. Wspomnienie o Róży z Mańkowskich Jełowickiej
W cieniu siedmiu wojen. Jadwiga Jełowicka
Z opowiadań Rodziców
Pierwsze własne wspomnienia. Żukocin
Styl wychowania w naszym domu
Życie sąsiedzkie, społeczne i polityczne naszej rodziny
Kołomyja 1934–1937
Lata tułaczki: 1937–1939
Wojna, 1939 rok
Warszawa okupacyjna
Pierwsze lata PRL-u
Zakończenie
Dodatek
Moje wspomnienia. Teresa z Jełowickich Korolcowa
...
Kołomyja
Czar­no­łoź­ce
In­ter­na­ty
Woj­na. Tu­łacz­ka
Wa­wer i zno­wu tu­łacz­ka
Koniec wojny i powrót do domu
Okres stu­diów
Ślub, mał­żeń­stwo, dzie­ci
Za­koń­cze­nie
Aneks. Listy rodzinne
Listy Henryka Jełowickiego do siostry, Eweliny Jełowickiej
List Krystyny Wieczffińskiej-Janickiej do Jadwigi Jełowickiej
Li­sty Ro­za­lii We­ryń­skiej do Ja­dwi­gi Je­ło­wic­kiej
Listy Marii Orzechowskiej-Pupin do Jadwigi Jełowickiej
Przypisy

Przedmowa

Pół­ka z pa­mięt­ni­ka­mi w ostat­nich dwóch de­ka­dach znacz­nie się roz­ro­sła. W du­żym stop­niu to za­słu­ga zmian po­li­tycz­nych w Pol­sce po 1989 roku, ale tak­że prze­jaw ogól­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia hi­sto­rią, szcze­gól­nie tą nie tak bar­dzo od­le­głą, obej­mu­ją­cą wy­da­rze­nia ostat­nich dwóch, trzech po­ko­leń. Pa­mięt­ni­ki, obok bio­gra­fii, re­por­ta­ży oraz zbio­rów ko­re­spon­den­cji sta­ły się li­te­ra­tu­rą po­szu­ki­wa­ną i chęt­nie czy­ta­ną. Oczy­wi­ście naj­więk­sze na­kła­dy mają tek­sty do­ty­czą­ce osób zna­nych. Tak za­wsze było, że uwa­gę więk­szo­ści lu­dzi przy­cią­ga­ły głów­nie wy­bit­ne jed­nost­ki. Inną ska­lą war­to­ści po­słu­gu­ją się hi­sto­ry­cy, któ­rzy z rów­ną do­cie­kli­wo­ścią oce­nia­ją cha­rak­ter re­la­cji, jak i sa­me­go au­to­ra. Ba­da­jąc prze­szłość, nie mo­że­my się obejść bez wspo­mnień mniej zna­nych po­sta­ci. Im jest ich wię­cej, tym otrzy­mu­je­my peł­niej­szy, stąd bar­dziej obiek­tyw­ny, ob­raz mi­nio­ne­go cza­su.
Z in­dy­wi­du­al­nych opo­wie­ści po­wsta­je opis ży­cia więk­szych zbio­ro­wo­ści, wresz­cie ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa. Ma­jąc do dys­po­zy­cji jed­ną sagę ro­dzin­ną, jesz­cze nie­wie­le wie­my o po­zo­sta­łych lu­dziach; gdy mo­że­my przyj­rzeć się więk­szej licz­bie po­sta­ci, ro­dzin i grup spo­łecz­nych, wów­czas na­sza wie­dza po­waż­nie się roz­sze­rza i po­zwa­la na pew­ne uogól­nie­nia i pod­su­mo­wa­nia. Dzie­je państw i na­ro­dów to wła­śnie ko­lek­cja ta­kich mniej­szych lub więk­szych, wy­raź­niej­szych lub sła­bych, ja­skra­wych lub cał­ko­wi­cie bla­dych ogniw, z któ­rych ukła­da­ny jest ob­raz prze­szło­ści. Tek­sty za­miesz­czo­ne w pre­zen­to­wa­nym to­mie są jed­nym z ta­kich ogniw skła­da­ją­cych się na hi­sto­rię Pol­ski. Ty­tuł W cie­niu sied­miu wo­jen wy­mow­nie cha­rak­te­ry­zu­je nie tyl­ko losy bo­ha­te­rów książ­ki, ale też ca­łe­go po­ko­le­nia Po­la­ków, któ­rych ży­cie przy­pa­dło na XX wiek. Ty­tu­ło­we sie­dem wo­jen to ko­lej­no: pierw­sza woj­na świa­to­wa (1914 r.), re­wo­lu­cja w Ro­sji (1917 r.), woj­na z bol­sze­wi­ka­mi (1920 r.), wy­buch woj­ny z Niem­ca­mi i wkro­cze­nie So­wie­tów (1939 r.), woj­na nie­miec­ko-so­wiec­ka (1941 r.), po­wsta­nie w War­sza­wie (1944 r.) i ko­lej­ne wkro­cze­nie So­wie­tów do Pol­ski.
Choć bra­ku­je obiek­tyw­nej ska­li do oce­ny prze­żyć ludz­kich, mo­że­my wska­zać tych, któ­rzy czę­ściej byli do­świad­cza­ni w mi­nio­nym stu­le­ciu. Do nich z pew­no­ścią na­le­że­li miesz­kań­cy daw­nych ziem wschod­nich Rze­czy­po­spo­li­tej. Ich bio­gra­fie nie­zwy­kle in­ten­syw­nie są prze­pla­ta­ne woj­na­mi, re­wo­lu­cja­mi, wy­sie­dle­nia­mi, czyst­ka­mi po­li­tycz­ny­mi i et­nicz­ny­mi itd. Naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ne były losy lud­no­ści pol­skiej na zie­miach ukra­iń­skich, skąd też po­cho­dzą Au­tor­ki za­miesz­czo­nych tu tek­stów.
Je­ło­wic­cy h. Je­ło­wic­ki na­le­żą do ro­dzin po­cho­dze­nia ru­skie­go, we­dług tra­dy­cji byli po­tom­ka­mi ksią­żąt pe­re­ja­sław­skich. Miesz­ka­li na Wo­ły­niu, gdzie na­le­ża­ła do ich pro­to­pla­stów już w wie­kach śred­nich wieś Ja­ło­wi­cze (Je­ło­wi­cze) na Wo­ły­niu (k. Łuc­ka), od któ­rej wzię­li na­zwi­sko. Póź­niej uży­wa­li tak­że przy­dom­ku – Bo­że­niec. Z cza­sem Je­ło­wic­cy spo­lo­ni­zo­wa­li się, przy­ję­li ka­to­li­cyzm i zwią­za­li się ko­li­ga­cja­mi ze szlach­tą pol­ską. Ro­dzi­na ta wy­da­ła wie­le wy­bit­nych po­sta­ci, za­słu­żo­nych dla Rze­czy­po­spo­li­tej. Nie­któ­rzy Je­ło­wic­cy peł­ni­li urzę­dy ziem­skie, byli po­sła­mi na sej­my, a po roz­bio­rach mar­szał­ka­mi szlach­ty. Inni wy­bra­li ka­rie­ry woj­sko­we lub du­chow­ne. W XIX wie­ku wie­lu Je­ło­wic­kich wzię­ło udział w po­wsta­niach na­ro­do­wych. Alek­san­der Je­ło­wic­ki był naj­pierw po­słem na Sejm war­szaw­ski w 1831 roku i żoł­nie­rzem po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go, ka­wa­le­rem Krzy­ża Zło­te­go Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri, na­stęp­nie pa­mięt­ni­ka­rzem, pi­sa­rzem oraz wy­daw­cą, a wresz­cie księ­dzem Zgro­ma­dze­nia Zmar­twych­wstań­ców.
Do Je­ło­wic­kich od śre­dnio­wie­cza na­le­ża­ły na Rusi róż­ne do­bra ziem­skie. Jesz­cze w koń­cu XIX wie­ku, mimo licz­nych kon­fi­skat po­po­wsta­nio­wych, w trzech gu­ber­niach ukra­iń­skich (ki­jow­skiej, po­dol­skiej i wo­łyń­skiej) po­sia­da­li bli­sko 20 ty­się­cy hek­ta­rów. Oj­ciec Au­to­rek: Ja­dwi­gi (ur. 1924) i Te­re­sy (ur. 1925), Alek­san­der Je­ło­wic­ki, ra­zem ze swo­im ro­dzeń­stwem był współ­wła­ści­cie­lem Basz­tań­ko­wa (Basz­tan­ko­wa) na Po­do­lu (po­wiat ol­ho­pol­ski). Ro­dzi­na mat­ki, Róży Mań­kow­skiej, osie­dli­ła się na Rusi do­pie­ro w XVIII wie­ku, szyb­ko zdo­by­wa­jąc tu wy­so­ką po­zy­cję spo­łecz­ną i eko­no­micz­ną. Do ojca mat­ki na­le­ża­ły do­bra w Sa­hin­ce na Po­do­lu (po­wiat jam­pol­ski). Już w XIX wie­ku obie ro­dzi­ny złą­czy­ły się ko­li­ga­cja­mi, tak że ro­dzi­ce (ślub już po wy­bu­chu re­wo­lu­cji, w 1918 roku w Win­ni­cy) au­to­rek byli da­le­ki­mi ku­zy­na­mi. Po wej­ściu woj­ska pol­skie­go na Po­do­le w 1920 roku prze­nie­śli się do Pol­ski. Re­wo­lu­cja ro­syj­ska i osta­tecz­ne opusz­cze­nie ziem ro­dzin­nych za­my­ka­ło waż­ny etap w hi­sto­rii obu ro­dzin. Au­tor­ki przy­szły na świat i do­ra­sta­ły w wol­nej Pol­sce, ale w zu­peł­nie in­nej rze­czy­wi­sto­ści niż ich ro­dzi­ce, któ­rzy w wy­ni­ku prze­wro­tu bol­sze­wic­kie­go z za­moż­nych wła­ści­cie­li ziem­skich sta­li się dzier­żaw­ca­mi i ad­mi­ni­stra­to­ra­mi cu­dzych ma­jąt­ków, w no­wym oto­cze­niu, w zu­peł­nie in­nych wa­run­kach. Ale i tak okres mię­dzy­wo­jen­ny ze swo­imi kło­po­ta­mi i trud­ny­mi do­świad­cze­nia­mi wy­da­wał się cu­dow­ny z per­spek­ty­wy ko­lej­nej epo­ki, jaka mia­ła nie­ba­wem na­stą­pić. Ro­dzi­na Je­ło­wic­kich spę­dzi­ła dwu­dzie­sto­le­cie we wschod­niej czę­ści daw­nej Ga­li­cji, któ­ra we wrze­śniu 1939 roku zo­sta­ła wchło­nię­ta przez So­wie­tów. Po kosz­ma­rze oku­pa­cji so­wiec­kiej przy­szła ko­lej­na in­wa­zja – nie­miec­ka. Już po roz­po­czę­ciu woj­ny nie­miec­ko-so­wiec­kiej umarł oj­ciec au­to­rek (1942 r.). Wkrót­ce wdo­wa z dzieć­mi mu­sia­ła ucie­kać do War­sza­wy przed ko­lej­nym nie­bez­pie­czeń­stwem – ban­da­mi ukra­iń­ski­mi, któ­re roz­po­czę­ły sys­te­ma­tycz­ne czyst­ki et­nicz­ne na tym te­re­nie. Część mło­dzie­ży wzię­ła udział w po­wsta­niu w 1944 roku. Brat Olo był cięż­ko ran­ny w nogę. W koń­cu dłu­go ocze­ki­wa­na wol­ność nie oka­za­ła się tym, o czym wszy­scy ma­rzy­li i o co wal­czy­li pod­czas woj­ny.
Oba pa­mięt­ni­ki wza­jem­nie się uzu­peł­nia­ją i po­ka­zu­ją z róż­nych stron prze­ży­cia tej sa­mej ro­dzi­ny w ko­lej­nych epo­kach: w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym, pod­czas oku­pa­cji so­wiec­kiej i nie­miec­kiej, w PRL. Au­tor­ki nie po­mi­ja­ją w swo­ich re­la­cjach na­wet bar­dzo trud­nych te­ma­tów – cier­pie­nia i śmier­ci swo­ich naj­bliż­szych. Jed­no­cze­śnie spo­ro miej­sca po­świę­ci­ły zwy­kłym opi­som dnia co­dzien­ne­go, ilu­stru­jąc czy­tel­ni­ko­wi naj­drob­niej­sze spra­wy: wa­run­ki miesz­ka­nio­we, edu­ka­cję, pra­cę za­wo­do­wą, sto­sun­ki ro­dzin­ne, ży­cie to­wa­rzy­skie, od­po­czy­nek i za­ba­wy, spo­sób od­ży­wia­nia, zma­ga­nia ze zdro­wiem i hi­gie­ną itd. Ude­rza w ca­łej nar­ra­cji, szcze­gól­nie Ja­dwi­gi Je­ło­wic­kiej, pe­wien spo­kój i opty­mizm. Na­wet w tych frag­men­tach, w któ­rych Au­tor­ka opi­su­je tra­gicz­ne wy­da­rze­nia woj­ny i oku­pa­cji, nie znaj­dzie­my za­cie­kło­ści czy nie­na­wi­ści do wro­ga, po­staw zu­peł­nie zro­zu­mia­łych w ta­kich sy­tu­acjach. Z pew­no­ścią upły­wa­ją­cy czas uła­twia spoj­rze­nie na prze­szłość z więk­szym dy­stan­sem, ale tu do­dat­ko­wym so­jusz­ni­kiem jest wia­ra Au­tor­ki, któ­ra po­zwa­la jej wi­dzieć głę­bo­ki sens na­wet w naj­po­waż­niej­szych do­świad­cze­niach ży­cio­wych.
Pa­mięt­ni­ki Ja­dwi­gi i Te­re­sy Je­ło­wic­kich po­prze­dza krót­kie wspo­mnie­nie o ich mat­ce, Róży z Mań­kow­skich Je­ło­wic­kiej, na­pi­sa­ne przez Ma­rię Widt i Annę Mu­lak, sio­stry Róży. Re­la­cja oma­wia dzie­ciń­stwo i mło­dość Róży do opusz­cze­nia Po­do­la w 1919 roku. Uzu­peł­nie­niem opi­sa­nych wspo­mnień jest aneks, za­wie­ra­ją­cy wy­bór li­stów ro­dzin­nych, róż­nych osób i z kil­ku epok. Szcze­gól­nie in­te­re­su­ją­ce są li­sty z okre­su oku­pa­cji, któ­re do­da­ją wie­le waż­nych i no­wych szcze­gó­łów o ży­ciu ro­dzi­ny pod oku­pa­cją so­wiec­ką i nie­miec­ką.
Re­la­cje były ra­czej ad­re­so­wa­ne do węż­sze­go gro­na czy­tel­ni­ków, zwią­za­nych z Au­tor­ka­mi wię­za­mi ro­dzin­ny­mi i to­wa­rzy­ski­mi, co nie prze­szka­dza udo­stęp­nie­niu ni­niej­szej edy­cji szer­szej pu­blicz­no­ści, dla któ­rej opi­sa­ne tu do­świad­cze­nia mogą być in­te­re­su­ją­cym świa­dec­twem hi­sto­rycz­nym. Lek­tu­ra wszyst­kich tek­stów po­ka­zu­je m.in. ogrom­ną ży­wot­ność opi­sa­nej tu ro­dzi­ny, jej umie­jęt­ność do­sto­so­wa­nia się do zu­peł­nie no­wych wa­run­ków ży­cia i go­to­wość do po­dej­mo­wa­nia nie­ła­twych obo­wiąz­ków bez gry­ma­sze­nia czy oglą­da­nia się o za­pła­tę.
Tadeusz Epsztein

Od autorki

Sie­dem wo­jen!
1914 – I woj­na świa­to­wa
1917 – Re­wo­lu­cja bol­sze­wic­ka
1920 – In­wa­zja bol­sze­wic­ka
1939 – II woj­na świa­to­wa i wtar­gnię­cie Ar­mii Czer­wo­nej
1941 – Woj­na nie­miec­ko-so­wiec­ka
1944 – Po­wsta­nie War­szaw­skie
1945 – Tak zwa­ne wy­zwo­le­nie – gor­sze niż woj­na
Kie­dy wi­dzę, że tyle przy­ja­znych mi osób po­chy­la się nad moją książ­ką, nie mogę nie zło­żyć wszyst­kim po­dzię­ko­wań zaW cie­niu sied­miu wo­jen. Opo­wieść ro­dzin­ną.
Naj­pierw dzię­ku­ję wy­daw­nic­twu „ADAM”, a ra­czej Panu Ada­mo­wi Ma­zur­ko­wi, Panu Ste­fa­no­wi Bu­dzyń­skie­mu i ca­łej Ofi­cy­nie Wy­daw­ni­czo-Po­li­gra­ficz­nej za pierw­sze wy­da­nie mo­jej książ­ki.
Tak­że dzię­ku­ję – Pań­stwu Her­mi­nie i To­ma­szo­wi Ha­int­ze za ini­cja­ty­wę no­wej re­dak­cji książ­ki i pra­cę tak kom­pe­tent­ną. Panu To­ma­szo­wi Zie­liń­skie­mu z wy­daw­nic­twa Cur­sor Me­dia za pra­cę wy­daw­ni­czo-spon­so­ru­ją­cą. Panu Pro­fe­so­ro­wi Ta­de­uszo­wi Epsz­te­ino­wi dzię­ku­ję za pięk­ny i tak po­chleb­ny dla mnie wstęp. Cho­dzi prze­cież o to, aby wy­peł­nić „bia­łe pla­my”, któ­re zo­sta­ły wy­two­rzo­ne przez sys­te­my to­ta­li­tar­ne, nie ma­ją­ce skłon­no­ści do szcze­rych wy­po­wie­dzi, gdy do­ty­czą wsty­dli­wych ak­tów prze­mo­cy i ra­bun­ków.
Dzię­ku­ję tak­że ze­słań­com – ro­dzeń­stwu Alek­san­dro­wi Orze­chow­skie­mu i Ma­rii Orze­chow­skiej-Pu­pin oraz Kry­sty­nie Wieczf­fiń­skiej-Ja­nic­kiej. Opi­sa­li oni swo­je dzie­je, za­ha­cza­ją­ce o dro­gi na­szej ro­dzi­ny.
Dzię­ku­ję też mo­je­mu ro­dzeń­stwu, Te­re­ni, mo­jej sio­strze, bra­tu Jó­ze­fo­wi i bra­tan­kom, Ta­de­uszo­wi i Ant­ko­wi, za wstaw­ki przy­po­mi­na­ją­ce ra­do­ści i wspo­mnie­nia z ich mło­do­ści.
Je­że­li te na­sze wspo­mnie­nia choć tro­chę wy­peł­nią luki w na­uce hi­sto­rii „na­szych cza­sów”, będę szczę­śli­wa. A ja bio­rę te moje ksią­żecz­ki i czy­tam, bo gdy tę­sk­nię do domu, do Mamy, Ta­tu­sia i mo­ich licz­nych bra­ci i je­dy­nej sio­stry – już je­stem w domu.
Uro­dzi­li­śmy się tu­ła­cza­mi, bo Ro­dzi­ce zo­sta­li wy­gna­ni z Po­do­la w 1919 roku. Ni­g­dy w na­szej mło­do­ści nie mie­li­śmy wła­sne­go miesz­ka­nia, ja oso­bi­ście miesz­kam już w sześć­dzie­sią­tym miej­scu, co wy­da­je się pew­ną prze­sa­dą, i nie­wąt­pli­wie jest. Jed­nak, na przy­kład, bę­dąc przez rok w szpi­ta­lu, w 1949, nie mia­łam do­kąd wró­cić, mu­szę więc ten po­byt li­czyć jako przy­naj­mniej dwa miej­sca za­miesz­ka­nia (Otwock i War­sza­wa). Ta­kie ży­cie wę­drow­ca ma swo­ją war­tość, ale też i swo­je uciąż­li­wo­ści. Dzię­ki Bogu, nie­dłu­go za­miesz­kam w Domu Ojca (mam już osiem­dzie­siąt sie­dem lat).
Ja­dwi­ga Je­ło­wic­ka
ul. Świer­ko­wa 4
03–054 War­sza­wa
Dzieciom i wnukom 
śp. Róży z Mańkowskich Jełowickiej 
ofiarujemy te wspomnienia.
Ciocie: Marynia i Andzia
Sa­hin­ka – ma­ją­tek na­sze­go ojca, odzie­dzi­czo­ny po przod­kach. Tam się uro­dzi­li­śmy i wy­cho­wa­li i tam za­wsze kie­ro­wa­li­śmy i kie­ru­je­my na­sze my­śli i ser­ca.
Na te­re­nie fa­li­stym, wśród roz­le­głe­go par­ku i sa­dów wzno­sił się dwór. Nie­da­le­ko od nie­go sta­ły bu­dyn­ki go­spo­dar­cze, kuch­nie, pral­nie, staj­nie, kur­ni­ki, a tak­że miesz­ka­nia służ­by.
Sa­dy­ba dwor­ska znaj­do­wa­ła się wśród du­żej wsi, za­miesz­ka­łej przez lud­ność ru­ską, pra­wo­sław­ną. Cer­kiew pra­wo­sław­na była on­giś cer­kwią grec­ko­ka­to­lic­ką, fun­do­wa­ną przez któ­re­goś pra­dziad­ka. Osób do ob­słu­gi ca­łe­go domu, nie li­cząc fol­war­ku od­da­lo­ne­go o kil­ka wiorst (wior­sta – ki­lo­metr i osiem­dzie­siąt me­trów), była znacz­na licz­ba, oko­ło dwa­dzie­ścia pięć osób sta­le za­trud­nio­nych (służ­ba do­mo­wa, ku­charz, pracz­ki, fur­ma­ni, ogrod­ni­cy itp.), a po­nad­to przy­cho­dzą­cy na dniów­ki do ogro­du i sadu.
Służ­ba była mie­sza­na: na­ro­do­wo­ści pol­skiej (z daw­nej szlach­ty za­gro­do­wej) i ru­skiej, ka­to­li­cy i pra­wo­sław­ni. Ję­zyk pa­nu­ją­cy we dwo­rze był pol­ski, a Ru­si­ni rów­nież mó­wi­li po pol­sku. Pa­ra­fia rzym­sko­ka­to­lic­ka była od­da­lo­na o pięć wiorst od Sa­hin­ki, w Czer­nie­jo­wi­cach (przez tam­tej­szą lud­ność zwa­nych Czer­niow­ca­mi), do­kąd co nie­dzie­la i w świę­ta jeź­dzi­ła cała ro­dzi­na (dzie­ci od siód­me­go roku) i służ­ba ka­to­lic­ka na Mszę Świę­tą. Nie­za­leż­nie od pory roku i po­go­dy, wszy­scy mu­sie­li być w ko­ście­le. Czer­nie­jo­wi­ce na­le­ża­ły do ro­dzi­ców na­szej Mat­ki, na­stęp­nie do bra­ta Mamy, Lu­dwi­ka Je­ło­wic­kie­go, któ­ry sprze­dał ten ma­ją­tek przed samą pierw­szą woj­ną świa­to­wą.
Dom nasz był pro­wa­dzo­ny do­stat­nio, ale skrom­nie i oszczęd­nie. Naj­więk­szą uwa­gę zwra­ca­li ro­dzi­ce na wy­cho­wa­nie dzie­ci w uczci­wo­ści i pra­cy dla Boga i upra­gnio­nej wol­nej Oj­czy­zny. Ry­gor w domu był duży, wy­ma­ga­no od nas po­słu­szeń­stwa, punk­tu­al­no­ści, oszczęd­no­ści i roz­po­czy­na­no na­uki z nami od naj­wcze­śniej­szych lat. Każ­dy z nas miał do­kład­ny plan ty­go­dnio­wy lek­cji, do któ­re­go mu­siał się sto­so­wać.
Rów­nież za­pra­wia­no nas do współ­ży­cia nie tyl­ko z naj­bliż­szą ro­dzi­ną i na­uczy­cie­la­mi, ale tak­że z ca­łym oto­cze­niem, sta­no­wią­cym jak­by małą spo­łecz­ność. W ten spo­sób przy­go­to­wy­wa­no nas do obo­wiąz­ków, któ­re nas ocze­ki­wa­ły w przy­szło­ści.
Je­śli któ­reś z dzie­ci było nie­grzecz­ne, to kar­co­no je nie tyle za wy­stę­pek, co za zły przy­kład da­wa­ny in­nym dzie­ciom, bo dwór miał świe­cić przy­kła­dem. Wy­ra­bia­ło to w nas opa­no­wa­nie i pew­ną god­ność oso­bi­stą. W ta­kim oto­cze­niu i at­mos­fe­rze uro­dzi­ła się 19 stycz­nia 1896 roku na­sza sio­stra Róża, w ro­dzi­nie zwa­na Ró­zią. Czwar­te dziec­ko z ośmior­ga ro­dzeń­stwa. Przed nią było trzech bra­ci. Była nie­du­ża, kształ­tów peł­nych (typ ojca). Sza­tyn­ka, twarz okrą­gła, o du­żych, ciem­nych, wy­ra­zi­stych oczach, brwi ciem­ne, moc­no za­ry­so­wa­ne, nos pro­sty. Pięk­no­ścią nie była, jed­nak in­te­li­gent­nym i mi­łym wy­ra­zem twa­rzy zjed­ny­wa­ła so­bie każ­de­go.
Przez służ­bę bar­dzo lu­bia­na, od dziec­ka chęt­nie z wszyst­ki­mi roz­ma­wia­ła o ich spra­wach ro­dzin­nych. Naj­czę­ściej szła do ofi­cy­ny, do sta­rej klucz­ni­cy, pani Ka­ta­rzy­ny Hry­nie­wi­czo­wej, na dłuż­sze roz­mo­wy. To­też pani Ka­ta­rzy­na „pan­nę Ró­ziecz­kę” bar­dzo ko­cha­ła.
Ró­zia mia­ła we­so­łe uspo­so­bie­nie z du­żym po­czu­ciem hu­mo­ru. Umia­ła śmiać się z dro­bia­zgów. Śmiech jej był udzie­la­ją­cy się, za­raź­li­wy. Nie­raz i póź­niej śmie­li­śmy się nie tyle z tego, co ją za­ba­wi­ło, ile ze spo­so­bu w jaki się śmia­ła.
Była roz­sąd­ną dziew­czyn­ką, zda­je się, że nie przy­spa­rza­ła ro­dzi­com kło­po­tu z wy­cho­wa­niem. Tem­pe­ra­ment mia­ła jed­nak żywy. Re­ago­wa­ła sil­nie na prze­ciw­no­ści, ale była opa­no­wa­na i naj­wy­żej moc­no się za­ru­mie­ni­ła i orze­kła, że coś nie ma sen­su.
Do­wo­dem jej opa­no­wa­nia był fakt, po­ni­żej przy­to­czo­ny, z póź­niej­szych cza­sów. W 1917 roku w cza­sie re­wo­lu­cji ro­syj­skiej prze­ży­li­śmy, jesz­cze w Sa­hin­ce, na­pad ban­dy­tów. Wpa­dli oni jed­ne­go je­sien­ne­go wie­czo­ru, kie­dy by­li­śmy wszy­scy ze­bra­ni w sa­lo­ni­ku. Trzy­ma­li nas pod ka­ra­bi­na­mi tak dłu­go, aż nie ob­ra­bo­wa­li wszyst­kich z ze­gar­ków, pier­ścion­ków itp. Sy­tu­acja była groź­na. Każ­dy bez ru­chu sie­dział i cze­kał co bę­dzie da­lej. Jed­na tyl­ko Ró­zia, jak­by ni­g­dy nic, spo­koj­nie pod­ję­ła swo­ją ro­bo­tę i szy­ła da­lej.
Wy­gląd ze­wnętrz­ny mało Ró­zię ob­cho­dził. Nie mia­ła w so­bie nic ko­kie­te­rii, do lu­stra rzad­ko za­glą­da­ła. Nie lu­bi­ła, gdy zwra­ca­no jej na to uwa­gę. Uwa­ża­ła, że to nie­waż­ne. Jako dziew­czyn­ka za­baw­ka­mi mało się ba­wi­ła. La­lek nie cier­pia­ła. Ko­lek­cjo­no­wa­ła kart­ki pocz­to­we. Lu­bi­ła bar­dzo ka­nar­ka ślicz­nie śpie­wa­ją­ce­go i bar­dzo pła­ka­ła, kie­dy ka­na­rek wy­rwał się z klat­ki i uciekł przez otwar­te okno. A wła­ści­wie to pra­wie wszyst­kie wol­ne chwi­le od na­uki oraz nie­dzie­le i świę­ta po­świę­ca­ła czy­ta­niu ksią­żek, któ­re po­chła­nia­ła za­pa­mię­ta­le. Trud­no ją było od lek­tu­ry ode­rwać.
Z ro­dzeń­stwem sto­sun­ko­wo mało się ba­wi­ła, ra­czej na­ucza­ła cze­goś lub opo­wia­da­ła. Ru­cho­wych za­baw tak­że mało upra­wia­ła. Rzad­ko gra­ła z nami w te­ni­sa czy kro­kie­ta. Tro­chę wio­sło­wa­ła na sta­wie w par­ku i śli­zga­ła się na łyż­wach. Lu­bi­ła da­le­kie pie­sze spa­ce­ry, w cza­sie któ­rych chęt­nie roz­ma­wia­ła ze star­szy­mi lub przy­słu­chi­wa­ła się ich roz­mo­wom. Dla młod­szych dzie­ci była au­to­ry­te­tem, do któ­re­go się szło po radę w róż­nych kło­po­tach wie­ku dzie­cię­ce­go. Uczy­ła się ła­two, do­brze przy­swa­ja­ła so­bie ję­zy­ki. Pa­mięć mia­ła do­sko­na­łą. Po prze­czy­ta­niu paru stron książ­ki umia­ła pra­wie do­słow­nie po­wtó­rzyć ich treść.
Pod za­bo­rem car­skiej Ro­sji nie było pol­skich szkół. Star­si bra­cia uczy­li się w ro­syj­skim gim­na­zjum w Ode­ssie, gdzie na okres szkol­ny z ca­łym do­mem jeź­dzi­li­śmy (oj­ciec zo­sta­wał na wsi i tyl­ko do­jeż­dżał do nas). Tam bra­cia po­zda­wa­li ma­tu­ry. Ma­tu­ra w gim­na­zjum ro­syj­skim da­wa­ła pra­wo do krót­szej służ­by woj­sko­wej. Re­krut bez ma­tu­ry od­słu­gi­wał czte­ry lata.
Ró­zia uczy­ła się w domu pod kie­run­kiem na­uczy­ciel­ki, pani Eu­ge­nii Fi­lip­kow­skiej, któ­ra kil­ka­na­ście lat z nami miesz­ka­ła. Uczy­ła się we­dług pro­gra­mu pol­skich szkół żeń­skich, obo­wią­zu­ją­ce­go w ów­cze­snej Ga­li­cji. Gdy star­si bra­cia, po skoń­cze­niu gim­na­zjum w Ode­ssie, da­lej kształ­ci­li się w Kra­ko­wie i War­sza­wie, cały dom na zimę prze­no­sił się do Kra­ko­wa. Ró­zia na­dal uczy­ła się z pa­nią Fi­lip­kow­ską i in­ny­mi do­cho­dzą­cy­mi na­uczy­cie­la­mi i co roku jako eks­ter­nist­ka zda­wa­ła eg­za­mi­ny do na­stęp­nej kla­sy w li­ceum sióstr ur­szu­la­nek. Ostat­nią kla­sę prze­ro­bi­ła na miej­scu w li­ceum, gdzie w 1913 roku zda­ła ma­tu­rę. W roku 1913 w ka­pli­cy sióstr ur­szu­la­nek zo­sta­ła przy­ję­ta do So­da­li­cji Ma­riań­skiej, co so­bie za­wsze bar­dzo ce­ni­ła.
W zi­mie z 1913/14 roku, bę­dąc jesz­cze w Kra­ko­wie, do­kształ­ca­ła się na kur­sach dla ko­biet im. Ada­ma Ba­ra­niec­kie­go w za­kre­sie li­te­ra­tu­ry, hi­sto­rii i hi­sto­rii sztu­ki.
Lu­bi­ła mu­zy­kę. Czę­sto słu­cha­ła płyt pa­te­fo­no­wych z wy­bo­rem oper i pie­śni wy­ko­ny­wa­nych przez sław­nych śpie­wa­ków. Grę na for­te­pia­nie za­rzu­ci­ła, za to chęt­nie śpie­wa­ła z Ma­ry­nią przy akom­pa­nia­men­cie Mamy, przy for­te­pia­nie. Tro­chę ry­so­wa­ła i ma­lo­wa­ła pej­za­że olej­ny­mi far­ba­mi.
Ży­cie to­wa­rzy­skie od­po­wia­da­ło jej bar­dzo. Cie­szy­ła się na przy­jazd go­ści lub na wy­jaz­dy w są­siedz­two. Z ró­wie­śnicz­ka­mi po­tra­fi­ła roz­ma­wiać na te­ma­ty po­waż­ne, o przy­szłych pra­cach spo­łecz­nych, pro­jek­to­wa­nych fun­da­cjach szpi­ta­li, ochro­nek, szkół itp. Po­tem za­do­wo­lo­na mó­wi­ła: „Bu­do­wa­ły­śmy Pol­skę”.
W 1913 roku bar­dzo żywo i bo­le­śnie od­czu­ła śmierć na­szej sio­stry Ja­dwi­si, o dwa lata młod­szej od niej, z któ­rą była bar­dzo zży­ta. W cza­sie dłu­giej jej cho­ro­by na ty­fus i za­pa­le­nie płuc z kom­pli­ka­cja­mi, Ró­zia, szu­ka­jąc dla cho­rej ra­tun­ku, na­pi­sa­ła list do pa­pie­ża Piu­sa X z proś­bą o mo­dli­twę i bło­go­sła­wień­stwo.
Lata pierw­szej woj­ny świa­to­wej od po­ło­wy 1914 roku do 17 grud­nia 1917 spę­dzi­li­śmy w Sa­hin­ce. Młod­sze ro­dzeń­stwo uczy­ło się z pa­nią Fi­lip­kow­ską, czę­ścio­wo z Mamą, a tak­że z Ró­zią. Uczy­ła nas ma­te­ma­ty­ki i hi­sto­rii. Lek­cje z nią były zaj­mu­ją­ce, uroz­ma­ico­ne, pa­no­wał na nich na­strój po­go­dy. Poza lek­cja­mi po­ma­ga­ła Ró­zia Ma­mie w za­rzą­dza­niu do­mem. Za­jęć do­mo­wych ko­bie­cych nie lu­bi­ła i nie mia­ła do nich naj­mniej­sze­go ta­len­tu. Ce­ni­ła bar­dzo ład­nie urzą­dzo­ne miesz­ka­nia czy do­brze pro­wa­dzo­ne go­spo­dar­stwo, jed­nak sama nie umia­ła tego do­brze ani zor­ga­ni­zo­wać, ani wy­ko­nać. Na­to­miast bar­dzo ją in­te­re­so­wa­ło ogrod­nic­two i go­spo­dar­stwo rol­ne. Umia­ła do­brać ga­tun­ki kwia­tów, ro­ślin i krze­wów, aby klom­by w par­ku efek­tow­nie wy­glą­da­ły, jak rów­nież ro­dza­je drzew owo­co­wych dla od­no­wie­nia sa­dów.
Za­wsze zna­la­zła czas na lek­cje z dzieć­mi pol­skiej służ­by, któ­re do ro­syj­skich szkół nie cho­dzi­ły. W tym cza­sie zaj­mo­wa­ły­śmy się, wszyst­kie sio­stry wraz z Mamą, prze­pi­sy­wa­niem ksią­żek al­fa­be­tem Bra­il­le`a dla ociem­nia­łych. Książ­ki te od­sy­ła­ło się do za­kła­du ociem­nia­łych w War­sza­wie na ręce pani Czac­kiej, póź­niej­szej za­kon­ni­cy, za­ło­ży­ciel­ki i pierw­szej prze­ło­żo­nej za­kła­du w La­skach.
Ró­zia poza prze­pi­sy­wa­niem tych ksią­żek zszy­wa­ła je, opra­wia­ła w kar­ton i zaj­mo­wa­ła się wy­sył­ką. Słu­żył jej do tego wła­sny warsz­tat in­tro­li­ga­tor­ski. Se­zo­no­we za­ję­cia mia­ły­śmy w okre­sie je­sien­nym. Wie­czo­ra­mi szy­ły­śmy cie­płe su­kien­ki na gwiazd­kę dla dzie­ci ca­łej służ­by dwor­skiej. Ró­zia spo­rzą­dza­ła wy­kaz dzie­ci we­dług wie­ku, zaj­mo­wa­ła się kup­nem ma­te­ria­łów, a w koń­cu roz­daw­nic­twem po­da­run­ków.
Lu­bi­ły­śmy bar­dzo te wie­czor­ne ro­bo­ty, bo za­wsze ktoś ze star­szych czy­tał nam na głos róż­ne książ­ki pol­skich au­to­rów. Ró­zia sama dużo czy­ta­ła z dzia­łu hi­sto­rii i li­te­ra­tu­ry. Do­bie­rał jej lek­tu­rę Oj­ciec i nie­raz po­tem dys­ku­to­wa­li na te­ma­ty prze­czy­ta­ne. W domu bi­blio­te­ka była bo­ga­to za­opa­trzo­na (oko­ło pięć ty­się­cy po­zy­cji), tak że było w czym wy­bie­rać.
W 1915 roku przy­je­chał do Sa­hin­ki ze Lwo­wa Bro­ni­sław Widt, stu­dent pra­wa, póź­niej­szy mąż Ma­ry­ni. Mu­siał w związ­ku z roz­wią­za­niem w roku 1914 przez rząd au­striac­ki le­gio­nu pol­skie­go szu­kać schro­nie­nia poza gra­ni­ca­mi ów­cze­snej Au­strii. Szyb­ko się w na­szym domu za­akli­ma­ty­zo­wał. Udzie­lał lek­cji na­sze­mu bra­tu Lo­lo­wi, a poza tym brał udział we wszyst­kich na­szych pra­cach i roz­ryw­kach. W pierw­szym roku po­by­tu w Sa­hin­ce za­pi­sał wspo­mnie­nia z wra­żeń po przy­jeź­dzie do na­sze­go domu i krót­ką cha­rak­te­ry­sty­kę ca­łej ro­dzi­ny. O Rózi na­pi­sał te sło­wa:
„Pani Róża ni­skie­go wzro­stu, nie żad­na pięk­ność, bar­dzo miła i pro­sta. Zdol­na bar­dzo, a in­te­li­gen­cja błysz­czy w jej oczach. Uczy­ła się pod kie­run­kiem pani Fi­lip­kow­skiej. Zda­ła ma­tu­rę li­ce­al­ną w Kra­ko­wie u ur­szu­la­nek. Jest ulu­bie­ni­cą pani Fi­lip­kow­skiej, swo­ją dro­gą zu­peł­nie za­słu­że­nie”.
Naj­waż­niej­szą pra­cą Rózi od roku 1915 było na­ucza­nie dzie­ci w ochron­ce. Ty­sią­ce dzie­ci, wsku­tek dzia­łań wo­jen­nych odłą­czo­nych od ro­dzi­ców, zo­sta­ły ewa­ku­owa­ne z Lu­belsz­czy­zny i Kie­lec­czy­zny do Ki­jo­wa i da­lej w głąb Ro­sji. W Ki­jo­wie za­wią­zał się za­raz ko­mi­tet pol­ski, któ­ry zaj­mo­wał się tymi dzieć­mi i w po­ro­zu­mie­niu z wła­ści­cie­la­mi ziem­ski­mi po­roz­sy­łał gru­py dzie­ci do ma­jąt­ków. Tam za­pew­nio­no im od­po­wied­nią opie­kę, na­ukę i utrzy­ma­nie. Nasi ro­dzi­ce przy­ję­li kil­ka­na­ścio­ro dzie­ci, któ­re za­miesz­ka­ły w domu nie­da­le­ko dwo­ru pod opie­ką ochro­niar­ki. Dzie­ci te były w wie­ku od pię­ciu do pięt­na­stu lat, chłop­cy i dziew­czyn­ki. Ró­zia co­dzien­nie spę­dza­ła z nimi parę go­dzin. Po­dzie­li­ła je na gru­py i prze­ra­bia­ła z nimi nor­mal­ny pro­gram szkol­ny. Przy­go­to­wy­wa­ła je rów­nież do Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej i po prze­eg­za­mi­no­wa­niu przez pro­bosz­cza przy­stę­po­wa­ły do sa­kra­men­tów świę­tych z dzieć­mi ca­łej pa­ra­fii. Na te­re­nie ochron­ki Ró­zia wy­ka­za­ła wiel­kie zdol­no­ści pe­da­go­gicz­ne. Dzie­ci z na­uki bar­dzo ko­rzy­sta­ły, ko­cha­ły Ró­zię i przy­wią­za­ły się do niej. Po woj­nie, już na te­re­nie Pol­ski, nie­któ­re z nich od­na­la­zły Ró­zię i na­wią­za­ły dal­szy kon­takt.
W la­tach wo­jen­nych ży­cie to­wa­rzy­skie na wsi było dość ogra­ni­czo­ne. Od­le­gło­ści, a tak­że złe dro­gi, zwłasz­cza w je­sie­ni i na wio­snę, utrud­nia­ły wszel­kie kon­tak­ty. Sta­cja ko­le­jo­wa od­le­gła o czter­dzie­ści osiem wiorst, oko­ło pięć­dzie­siąt dwa ki­lo­me­try. W le­cie ży­cie to­wa­rzy­skie oży­wia­ło się w cza­sie wa­ka­cji szkol­nych.
Do let­nich go­ści, a tak­że w okre­sie świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia, na­le­ża­ła bli­ska ro­dzi­na Je­ło­wic­kich z Basz­tań­ko­wa. Było ich sze­ścio­ro ro­dzeń­stwa (ro­dzi­ce ich wcze­śnie od­umar­li), ró­wie­śni­cy na­szych naj­star­szych bra­ci i sio­stry. Dom od naj­daw­niej­szych lat był za­przy­jaź­nio­ny. Chłop­cy basz­tań­kow­scy z na­szy­mi brać­mi uczęsz­cza­li w Ode­ssie do gim­na­zjum, stąd bli­skie i ser­decz­ne sto­sun­ki na­dal się utrzy­my­wa­ły. Nic dziw­ne­go, że sym­pa­tie wza­jem­ne się za­wią­zy­wa­ły.
W 1917 roku Olo Je­ło­wic­ki oświad­czył się o rękę Rózi. Nie zo­stał od razu przy­ję­ty. Ró­zia się na­my­śla­ła, bo zda­wa­ła so­bie do­brze spra­wę, ja­kie obo­wiąz­ki ją cze­ka­ją i czy im po­do­ła. Jed­nak Olo do­cze­kał się przy­chyl­nej od­po­wie­dzi, w 1918 roku Miesz­ka­li­śmy już wte­dy przez parę mie­się­cy w Sza­ro­gro­dzie, mia­stecz­ku od­da­lo­nym od Sa­hin­ki oko­ło dwa­dzie­ścia pięć wiorst. Tam był pierw­szy etap na­szej wę­drów­ki po na­głym wy­jeź­dzie z domu, gdy pa­lił się dwór w są­sied­niej Bo­rów­ce, ma­jąt­ku Eme­ry­ka Mań­kow­skie­go, bra­ta na­sze­go dziad­ka, Wa­le­re­go.
Pro­jek­ty na przy­szłość Rózi i Ola były bar­dzo pro­ble­ma­tycz­ne, wo­bec cią­głych prze­mian ogól­nych. W każ­dym ra­zie Olo­wie uzgad­nia­li pro­ble­my ro­dzi­ny, któ­rą mie­li za­miar za­ło­żyć, za­zna­cza­jąc, że dzie­ci bę­dzie dużo, bo dwa­na­ścio­ro. Gdy w 1933 roku po­je­cha­ła An­dzia do szpi­ta­la w Sta­ni­sła­wo­wie od­wie­dzić Ró­zię po uro­dze­niu syna, Jó­zia, przy­wi­ta­ła ją tymi sło­wa­mi: „No, Ró­ziu, już tyl­ko je­den raz i bę­dzie dwa­na­ścio­ro”. A bied­na Ró­zia od­po­wie­dzia­ła sła­bym gło­sem: „Z dwu­na­ste­go już re­zy­gnu­ję”.
Je­sie­nią 1918 roku miesz­ka­li­śmy w Win­ni­cy. Sto­sun­ki na tyle się unor­mo­wa­ły, że usta­ły dzia­ła­nia wo­jen­ne. Po­do­le zo­sta­ło za­ję­te przez woj­ska nie­miec­kie i we­zwa­no wła­ści­cie­li, aby za­czę­li tym­cza­so­wo ad­mi­ni­stro­wać ma­jąt­ka­mi. Olo Je­ło­wic­ki ob­jął za­rząd Basz­tań­ko­wa. Za­miesz­kał o dzie­sięć wiorst stam­tąd, w Ko­dy­mie, bo dwór w Basz­tań­ko­wie był znisz­czo­ny. Po urzą­dze­niu się jako tako przy­je­chał do Win­ni­cy, gdzie od­był się ślub z Ró­zią, i na­stęp­nie od­je­cha­li do sie­bie do Ko­dy­my. Krót­ko trwał ten względ­ny spo­kój. W 1919 Niem­cy opu­ści­li te te­re­ny i za­czę­ła się z po­wro­tem bra­to­bój­cza wal­ka czer­wo­nych i bia­łych. Ni­g­dzie nie było bez­piecz­nie. Do Ko­dy­my zbli­żał się front. Olo­wie mu­sie­li w sierp­niu 1919 roku ucie­kać pod ku­la­mi. Naj­pierw pie­szo, na­stęp­nie fur­ką cof­nę­li się aż do Win­ni­cy. W kil­ka­na­ście go­dzin po ich przy­jeź­dzie uro­dził się im pierw­szy syn, Ka­zio.
Po na­stęp­nych paru mie­sią­cach, w grud­niu 1919, uda­ło się Olom do­je­chać koń­mi z Mamą i dziec­kiem do Ka­mień­ca Po­dol­skie­go, gdzie sta­cjo­no­wa­ły woj­ska pol­skie, a na­stęp­nie do Krakowa.
Maria, Jadwiga i Róża Mańkowskie, około 1905 r.

Rodzina Mańkowskich, z Sahinki około 1907 r. Na dole, od lewej: Rózia (moja Mama – J.J.), Jaś, Lolo, Andzia, Paula Mańkowska (moja Babunia), Ludwik. Na górze, od lewej: Jadwisia, Jan Mańkowski, Walerek, Marynia.

Rodzina Jełowickich, Basztańków 1912 r.
Basztańków, dom rodzinny Tatusia, przed 1917 r.
Sahinka, 1914 r. Po lewej siedzi Wacio Jełowicki, za nim Aleksander Jełowicki (mój Tatuś – J.J.) i Walerek Mańkowski (stoi). Na środku siedzi Ewelina Jełowicka (z psem), obok niej Edward Jełowicki (bliźniak Tatusia). Na ziemi siedzi Ludwik Mańkowski.
Róża Mańkowska, około 1918 r. „Budowałyśmy Polskę”.
Ślub Róży i Aleksandra Jełowickich w Winnicy, 8 października 1918 r.
Zdjęcie ślubne Róży i Aleksandra Jełowickich
Ma­mie i Ta­tu­sio­wi
tę pra­cę po­świę­cam

Z opowiadań Rodziców

Opo­wieść1 o na­szej ro­dzi­nie jest po­my­słem Szczep­ka, jed­ne­go z bra­ci, któ­ry po­wie­dział: „Cho­ciaż wy­szli­śmy cało z wszyst­kich opre­sji wo­jen­nych i wy­cho­wa­li­śmy się ja­koś przy wiel­kim wy­sił­ku na­szych ro­dzi­ców, to gdy­by się­gnąć pa­mię­cią w prze­szłość, zo­ba­czy­li­by­śmy, że prze­szli­śmy na­praw­dę rze­czy strasz­ne. War­to by to było opi­sać”. Nie chcę spe­cjal­nie pod­kre­ślać tej „strasz­no­ści”, ale ra­czej wiel­kość Mamy i Ta­tu­sia, oraz Opatrz­no­ści Bo­żej, któ­ra nad nami czu­wa­ła. Na na­szej ro­dzi­nie w peł­ni spraw­dzi­ło się po­wie­dze­nie: „Je­że­li Pan Bóg daje dzie­ci, to da i na dzie­ci”. Na ludz­ki ro­zum po­win­ni­śmy w po­ło­wie wy­mrzeć, a ży­je­my. Oczy­wi­ście, śmierć Ta­tu­sia to było strasz­ne nie­szczę­ście, ale rów­nież trud­no to tak na­zwać, bo prze­cież to było jego ży­cie za na­sze ży­cie, i w tym była jego wiel­kość.
Nasi ro­dzi­ce to Róża z Mań­kow­skich i Alek­san­der Je­ło­wic­ki. Ich mał­żeń­stwo zo­sta­ło za­war­te pod­czas re­wo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej. Ro­dzi­na Mamy była już wte­dy wy­gna­na z Sa­hin­ki. Ta­tuś jesz­cze go­spo­da­ro­wał w ro­dzin­nym Basz­tań­ko­wie, ale kie­dy ro­dzi­ce się po­bra­li, 8 paź­dzier­ni­ka 1918 roku, byli już poza Basz­tań­ko­wem. Ta­tuś tam jesz­cze do­jeż­dżał i do­glą­dał prac je­sien­nych.
Sa­hin­ka i Basz­tań­ków leżą na da­le­kim Po­do­lu. Basz­tań­ków dwie­ście pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów, a Sa­hin­ka sto ki­lo­me­trów od Ka­mień­ca Po­dol­skie­go. By­li­śmy ro­dzi­ną rdzen­nie tam­tej­szą, ru­skim ro­dem ksią­żę­cym, a ra­czej knia­ziow­skim2. Pod Wied­niem, na Kah­len­ber­gu, wisi tar­cza ry­ce­rza Krzysz­to­fa Je­ło­wic­kie­go, z her­bem „wła­snym” Je­ło­wic­kich (bra­ma obo­zo­wa z mi­trą ksią­żę­cą); mu­sie­li­śmy być już wte­dy cał­ko­wi­cie pol­ską i ka­to­lic­ką ro­dzi­ną. Po­do­le na­le­ża­ło do ziem Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej od cza­sów unii z Li­twą, gdy zie­mie te wraz z Li­twą we­szły do Rze­czy­po­spo­li­tej Troj­ga Na­ro­dów. Na Kre­sach krze­wi­ła się pol­ska kul­tu­ra, na co mamy mnó­stwo do­wo­dów. Wie­lu pi­sa­rzy, po­etów, wie­lu wspa­nia­łych na­ukow­ców po­cho­dzi­ło wła­śnie z Po­do­la i two­rzy­ło pol­ską kul­tu­rę.
Z ta­kich dwóch za­moż­nych dwo­rów po­cho­dzi­li nasi ro­dzi­ce. Ta­tuś był w gor­szej sy­tu­acji, bo jego oj­ciec umarł, gdy on miał szes­na­ście lat, a jego Mama – gdy miał osiem­na­ście lat, więc ro­dzeń­stwo do­ra­sta­ło samo. Było ich sied­mio­ro, naj­star­sza Ewe­li­na (1883 † 1965), po­tem Wa­cław (1885 † 1937); obo­je za­stę­po­wa­li ro­dzi­ców i go­spo­da­ro­wa­li w Basz­tań­ko­wie do ja­kie­goś cza­su. Po Wa­cła­wie był Hen­ryk (1888 † 1953), po­tem bliź­nia­ki, Edward (1889 † 1941) i Alek­san­der (1889 † 1942), nasz Oj­ciec, a po­tem jesz­cze je­den bra­ci­szek, któ­ry w wie­ku sied­miu czy ośmiu lat umarł z po­wo­du uda­ru sło­necz­ne­go. Ostat­nią była Ma­ria (1896 † 1971), zwa­na Mi­cią.
Stryj­cio Wa­cio skoń­czył rol­nic­two na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim. Hen­ryś – nie pa­mię­tam – ale go­spo­da­ro­wał na roli. Edward skoń­czył che­mię na uni­wer­sy­te­cie w Ry­dze. Ta­tuś nie skoń­czył wy­dzia­łu rol­ni­cze­go na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim, bo po­szedł do woj­ska w 1920 roku. Hi­sto­rii bra­ci Ta­tu­sia do­kład­nie nie pa­mię­tam.
Mama była w Sa­hin­ce jed­ną z ośmior­ga ro­dzeń­stwa. Naj­pierw trzech bra­ci: Wa­le­ry, Lu­dwik, Jan. Po­tem Mama – Róża, na­stęp­na Ja­dwi­sia, któ­ra zmar­ła w wie­ku pięt­na­stu lat, po niej Ma­ry­nia, Lolo, czy­li Leon, i An­dzia; cio­cia An­dzia za­koń­czy­ła ży­cie w wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu sze­ściu lat, 4 lip­ca 2000 roku.
Gdy za­czę­ła się re­wo­lu­cja, Dzia­du­nio, Jan Mań­kow­ski, prze­wiózł całą ro­dzi­nę do Win­ni­cy i tam ja­koś za­bez­pie­czył. Sam zo­stał aresz­to­wa­ny i roz­strze­la­ny w Ki­jo­wie przez bol­sze­wi­ków, 26 sierp­nia 1919 roku. Kil­ka ty­go­dni wcze­śniej zo­stał roz­strze­la­ny jego syn, wuj­cio Lu­dwiś. W 1920 zgi­nął w cza­sie woj­ny bol­sze­wic­kiej – Wa­le­rek. Oj­ciec i dwóch sy­nów w jed­nej woj­nie, a po­tem, jak­by tego było jesz­cze mało, w dru­giej woj­nie świa­to­wej zgi­nął w Ka­ty­niu Leon. Tyl­ko je­den z Mamy bra­ci oca­lał, Jan, ale się nie oże­nił, tak że na nim ta ga­łąź rodu Mań­kow­skich się za­koń­czy­ła. Tyl­ko my „po ką­dzie­li” je­ste­śmy je­dy­ny­mi po­tom­ka­mi z tej licz­nej ro­dzi­ny sa­hi­niec­kiej.
Ślub na­szych ro­dzi­ców od­był się w Win­ni­cy, jak już mó­wi­łam, 8 paź­dzier­ni­ka 1918 roku. Ro­dzi­ce za­miesz­ka­li w Ko­dy­mie, nie­wiel­kim mia­stecz­ku koło Basz­tań­ko­wa, skąd Ta­tuś jesz­cze do­jeż­dżał do pra­cy. Po­tem zro­bi­ło się cał­kiem nie­bez­piecz­nie; ro­dzi­ce mu­sie­li ukry­wać się w Ko­dy­mie. Wspo­mi­na­li nie­raz, jak to przez cały dzień sie­dzie­li w domu u przy­ja­ciół, naj­czę­ściej u We­ryń­skich albo u Ro­zal­ki Kre­tów­ny, daw­nej ma­mi­nej uczen­ni­cy, i tyl­ko w nocy wy­cho­dzi­li ze swe­go ukry­cia na spa­ce­ry. Cała ro­dzi­na We­ryń­skich w tym sa­mym cza­sie co ro­dzi­ce stam­tąd się wy­do­sta­ła i wła­ści­wie całe ży­cie nam to­wa­rzy­szy­ła.
W tym cza­sie Mama była już w po­waż­nym sta­nie: miał się uro­dzić Ka­zio. Ucie­ka­jąc z Ko­dy­my furą, do­je­cha­li do Win­ni­cy. Mama w bó­lach je­cha­ła na wo­zie przez trzy­dzie­ści sześć go­dzin, do­pie­ro po przy­jeź­dzie do Win­ni­cy przy­szedł na świat Ka­zio, 23 sierp­nia 1919 roku. Kil­ka dni póź­niej przy­szła wia­do­mość, że trzy dni po uro­dze­niu Ka­zia zo­stał roz­strze­la­ny oj­ciec Mamy. Całe więc na­sze ży­cie ro­dzin­ne roz­po­czę­ło się od strasz­li­we­go do­świad­cze­nia i wiel­kiej ża­ło­by, bo Dzia­du­nio, Jan Mań­kow­ski, był bar­dzo ko­cha­nym oj­cem. To był papa, uko­cha­ny papa, więc stra­ta była strasz­na. Ba­bu­nia, co nas okrop­nie dzi­wi­ło, była z domu Je­ło­wic­ka, więc mamy krew­nych Je­ło­wic­kich od stro­ny Ta­tu­sia i od stro­ny Mamy. Ba­bu­nia na­zy­wa­ła się: Pau­la z Je­ło­wic­kich Mań­kow­ska. Do koń­ca ży­cia no­si­ła ża­ło­bę po mężu i sy­nach.
Gdy i w Win­ni­cy zro­bi­ło się nie­bez­piecz­nie – re­wo­lu­cja, rze­zie, prze­ga­nia­nie, mor­do­wa­nie – Ta­tuś po­sta­no­wił prze­bić się do Kra­ko­wa. Była zima, mie­li ja­kieś sa­nie, ko­nie, wy­ru­szy­li więc w dro­gę do Pol­ski cen­tral­nej. Ba­bu­nia je­cha­ła z na­szy­mi ro­dzi­ca­mi, jako ostat­nia, gdyż cała ro­dzi­na była już w Kra­ko­wie, a więc: Wa­le­rek, Jaś, Ma­ry­nia, Lo­luś i An­dzia. Ba­bu­nia mia­ła ty­fus pla­mi­sty. Wy­obraź­my so­bie te­raz: Ba­bu­nia leży na sa­niach, Mama z ma­leń­kim dziec­kiem obok, Ta­tuś sie­dzi na oca­la­łych rze­czach i po­wo­zi. Po dro­dze spo­ty­ka­ją pa­trol bol­sze­wic­ki, któ­ry za­gra­dza im dro­gę. Pada py­ta­nie: „Kto wy je­ste­ście?”. I, jak Ta­tuś opo­wia­dał: „Wte­dy przy­szło na­tchnie­nie jak­by z nie­ba: mów praw­dę”, więc po­wie­dział: po­miesz­czi­ki, to zna­czy: zie­mia­nie. Bol­sze­wik się ro­ze­śmiał i po­wie­dział: „Gdy­byś ty był po­miesz­czik, to byś się nie przy­znał, da­waj jidi”, co zna­czy – jedź. Do­je­cha­li do Ka­mień­ca Po­dol­skie­go i tam spo­tka­li pol­skie woj­sko, któ­re z Pił­sud­skim szło w kie­run­ku Ki­jo­wa. Była taka umo­wa z Pe­tlu­rą, przy­wód­cą ukra­iń­skim, że mia­ła po­wstać nie­pod­le­gła Ukra­ina obok nie­pod­le­głej Pol­ski. Do­kład­nie nie znam tej hi­sto­rii. Ta wy­pra­wa była nie­uda­na, ale ura­to­wa­ła na­szych ro­dzi­ców, bo w tej strasz­nej za­wie­ru­sze spo­tka­li się z Po­la­ka­mi i już mo­gli do­stać się do Kra­ko­wa.
Wte­dy się oka­za­ło, że Mama tak­że do­sta­ła ty­fu­su, a Ka­zio, małe nie­mow­ląt­ko – czer­won­ki. To wszyst­ko było bar­dzo nie­bez­piecz­ne, ale w Kra­ko­wie byli już le­ka­rze. Ba­bu­nia do­szła do zdro­wia, Mama się prze­cho­ro­wa­ła, ale wy­zdro­wia­ła. Ka­zia le­czył dok­tor Cy­bul­ski. Dla­te­go za­pa­mię­ta­łam jego na­zwi­sko, że był on po la­tach le­ka­rzem w Rab­ce. Gdy ja mia­łam czter­na­ście lat, w 1938 roku, i mia­łam zmia­ny w płu­cach, by­łam w Rab­ce u cio­ci Dziu­ni (Wa­cła­wo­wej). Mama po­szła ze mną do dok­to­ra Cy­bul­skie­go. A on mówi: „A ja pa­nią znam, tyl­ko, o ile pa­mię­tam, była pani wte­dy z syn­kiem”. Mama była zdu­mio­na, że dok­tor ma taką pa­mięć i że po osiem­na­stu la­tach pa­mię­ta jesz­cze Mamę i Ka­zia. Było to bar­dzo sym­pa­tycz­ne.
W 1920 Ta­tuś idzie do woj­ska, tak jak wszy­scy zresz­tą – na ochot­ni­ka, na woj­nę bol­sze­wic­ką. Na fron­cie jed­nak nie był. Wiem, że przy­jął się taki zwy­czaj, aby nie wy­sta­wiać na nie­bez­pie­czeń­stwo mło­dych oj­ców. Był w puł­ku uła­nów kre­cho­wiec­kich ra­zem z dwu­na­sto­ma in­ny­mi Je­ło­wic­ki­mi. Wró­cił. Zło­żył ofia­rę za oj­czy­znę, nie z ży­cia, ale taką, że prze­rwał stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim w Kra­ko­wie. Prze­rwał je po dru­gim roku i już ni­g­dy nie skoń­czył. Mimo to kształ­cił się w swo­jej dzie­dzi­nie, bar­dzo dużo czy­tał, znał wszyst­kie no­wo­ści rol­ni­cze. Był bar­dzo do­bry w swo­im za­wo­dzie. Gdy wró­cił po Cu­dzie nad Wi­słą, ro­dzi­ce po­my­śle­li o ja­kiejś sta­bi­li­za­cji. Był to 1922 rok.
Ta­tuś wy­dzier­ża­wił Hur­ko pod Prze­my­ślem od swe­go stry­jecz­ne­go bra­ta, a mo­je­go chrzest­ne­go ojca, księ­dza Eu­sta­che­go Je­ło­wic­kie­go. On i jego brat, Wło­dzi­mierz, byli sy­na­mi Alek­san­dra Je­ło­wic­kie­go i Olgi Su­la­tyc­kiej – po­dwój­nie stry­jecz­ni bra­cia Ta­tu­sia, bo ich oj­co­wie byli brać­mi, a mat­ki sio­stra­mi. Wło­dzi­mierz miał Cho­ci­mierz nie­da­le­ko Ko­ło­myi, Eu­sta­chy – Hur­ko. Moi ro­dzi­ce nie mie­li nic. Dzia­dek zgi­nął w Ki­jo­wie, ro­dzi­ce mu­sie­li ucie­kać stam­tąd i nie mie­li żad­nych środ­ków, aby się urzą­dzić – wszyst­ko stra­ci­li w cza­sie re­wo­lu­cji. Stryj­cio Sta­szek dał im tę dzier­ża­wę i tam się na­sza ro­dzi­na osie­dli­ła. Był już Ka­zio, uro­dzo­ny w Win­ni­cy, po­tem uro­dzi­li się Edzio i Olo, po roku Jaś, po­tem ja – Ja­dwi­sia, i jesz­cze Te­re­nia. Po­byt w Hur­ku trwał czte­ry lata. Te­re­nia była nie­mow­lę­ciem, ja mia­łam dwa lata, kie­dy stam­tąd wy­jeż­dża­li­śmy.
Hur­ko le­ża­ło nad sta­rym ko­ry­tem Sanu i to tak zwa­ne „Sa­ni­sko” co roku wy­le­wa­ło. Były z tym zwią­za­ne stra­ty, ale Mama mó­wi­ła, że prze­ży­li­by te po­wo­dzie. Może by się tro­chę ure­gu­lo­wa­ło brzeg sta­re­go ko­ry­ta Sanu, może by się coś prze­ko­pa­ło, lecz stryj wy­mó­wił im dzier­ża­wę. Bu­do­wał ko­ściół w Trem­bow­li i po­trze­bo­wał na to pie­nię­dzy, dla­te­go Hur­ko sprze­dał, a my mu­sie­li­śmy iść da­lej. Było to bar­dzo przy­kre dla ro­dzi­ców, bo mie­li na­dzie­ję, że bę­dzie­my całe ży­cie na tej dzier­ża­wie, że może z cza­sem Ta­tuś by Hur­ko ku­pił. Spra­wy Hur­ka po­to­czy­ły się nie­szczę­śli­wie, bo gdy je stryj sprze­dał, zo­stał ob­ra­bo­wa­ny, więc na bu­do­wę ko­ścio­ła nic nie zo­sta­ło. Po­mi­mo to stryj ko­ściół wy­bu­do­wał, a my bez Hur­ka mu­sie­li­śmy też da­lej żyć.
Hur­ko było uro­czym do­mem, a Mama była uro­czą go­spo­dy­nią. Przy­jeż­dża­ło tam oczy­wi­ście Mamy ro­dzeń­stwo, bo Ba­bu­nia była z nami, więc wszy­scy od­wie­dza­li ją w Hur­ku. Poza tym przy­jeż­dżał star­szy pan, na któ­re­go mó­wi­li­śmy „dzia­du­nio”, jego pa­mię­tam, bo póź­niej też przy­jeż­dżał do Żu­ko­ci­na. Na­zy­wał się Ka­zi­mierz Kos­sow­ski, da­le­ki krew­ny. Dzie­ciom było przy­jem­nie mó­wić do nie­go „dzia­du­nio”, bo już ani je­den nasz dzia­dek nie żył. Bar­dzo lu­bił Mamę i spe­cjal­nie od­wie­dzał Hur­ko, żeby u Mamy trosz­kę po­być3.
Przy­jeż­dżał tak­że brat ojca Mamy, ar­cy­bi­skup Piotr Mań­kow­ski, i róż­ni inni krew­ni i zna­jo­mi. Dom był uro­czy i ser­decz­ny, go­ścin­ny, cie­pły – i nas co­raz wię­cej. Po­tem zda­rzył się tra­gicz­ny wy­pa­dek, gdy Jaś, pół­to­ra­rocz­ne dziec­ko, wpadł pod koła wozu i zgi­nął na miej­scu (1924 r.). Zo­stał po­cho­wa­ny w Hur­ku. Mama opła­ka­ła pierw­sze zmar­łe dziec­ko, było ono bar­dzo uda­ne i sym­pa­tycz­ne, okaz zdro­wia. Ja się do­pie­ro uro­dzi­łam, mia­łam kil­ka mie­się­cy. Było nas pię­cio­ro: Ka­zio, Edzio, Olo, Jaś, Ja­dwi­sia. Ubył Jaś. Po­tem jesz­cze w Hur­ku uro­dzi­ła się Te­re­nia. To zna­czy, że z pię­cior­giem dzie­ci po­je­cha­li ro­dzi­ce na na­stęp­ne miej­sce – do Żu­ko­ci­na. Był to fol­wark nie­da­le­ko Ko­ło­myi, dzier­ża­wio­ny od pani Hen­ry­ki Szy­ma­now­skiej. Jest to głów­ne miej­sce na­sze­go dzie­ciń­stwa, bo Hur­ka nie pa­mię­tam, znam tyl­ko z opo­wia­dań.
Róża i Aleksander Jełowiccy, Winnica 1919 r.
Mama, Róża Jełowicka, z Kaziem, około 1920 r.
Hurko k. Przemyśla, pierwszy dom naszej rodziny (1922–1926)
Hurko, ogród
Kazio i Olo w Hurku
Babunia, Paula z Jełowickich Mańkowska w Hurku

Pierwsze własne wspomnienia. Żukocin

Kie­dyś się za­sta­na­wia­łam, ja­kie jest moje naj­daw­niej­sze wspo­mnie­nie, od kie­dy ja w ogó­le pa­mię­tam. A było ta­kie naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nie, już w Żu­ko­ci­nie, o któ­rym się mó­wi­ło: „kie­dy Te­re­nia stłu­kła lu­stro”. Był to „fakt hi­sto­rycz­ny”, gło­śny i prze­ra­ża­ją­cy.
Te­re­nia racz­ko­wa­ła, mia­ła nie­ca­ły rok. Pa­mię­tam po­kój, naj­więk­szy, cen­tral­ny, sy­pial­nia ro­dzi­ców, a jed­no­cze­śnie w ra­zie po­trze­by po­kój za­baw. I to małe dziec­ko tam racz­ko­wa­ło. Od stro­ny Mamy łóż­ka – bo były dwa wiel­kie łoża, jak by­wa­ło w sy­pial­niach ro­dzi­ców – sta­ło coś ta­kie­go, ni to sto­lik, ni to szaf­ka, ja­kieś ta­kie coś, ple­cio­ne z wi­kli­ny, sto­lik mało sta­bil­ny i na nim lu­stro: duże, cięż­kie, opra­wio­ne tak jak ob­raz, w sze­ro­ką, czar­ną, drew­nia­ną ramę. Te­re­nia za­czę­ła się wspi­nać po no­dze tego sto­li­ka i wte­dy wszyst­ko się za­trzę­sło i ru­nę­ło z wiel­kim hu­kiem. Pa­mię­tam (mia­łam ja­kieś dwa i pół roku, bo nie mo­głam mieć wię­cej), że za­mar­łam z prze­ra­że­nia, a Te­re­nia pod­wi­nę­ła nóż­kę i „po­że­glo­wa­ła”, też trosz­kę wy­stra­szo­na, w inną stro­nę. Jesz­cze do dziś dnia pa­mię­tam jej minę. Mia­ła ogrom­ne piw­ne oczy i nie­bie­ska­we biał­ka, więc te swo­je oczy­ska po­ka­za­ła i za­do­wo­lo­na „od­że­glo­wa­ła” z tego miej­sca. A tu wszę­dzie peł­no roz­bi­te­go szkła. Jesz­cze pa­mię­tam mój lęk, żeby nie „wje­cha­ła” na ja­kiś odła­mek. By­łam taki ma­lu­szek, a za­pa­mię­ta­łam tyle rze­czy, a na­wet to za­tro­ska­nie.
Mama wpa­dła do po­ko­ju, zła­pa­ła Te­re­nię na ręce i tu­li­ła prze­ra­żo­na. Po­tem po­zbie­ra­li to szkło, po­za­mia­ta­li, i już było wszyst­ko do­brze. Te­re­ni nic się nie sta­ło. Nie było już tego lu­stra, zja­wi­ło się nowe, któ­re sta­ło w in­nym miej­scu. Pa­mię­tam, jak to nowe wy­glą­da­ło, było w me­ta­lo­wej ra­mie, a z tyłu skó­ra. Sta­ło tak ja­koś, jak ob­raz, pod­par­te na nóż­ce, i już na moc­niej­szym sto­li­ku. Przed tym no­wym lu­strem Ta­tuś się go­lił, a Mama się cze­sa­ła. W każ­dym ra­zie te lu­stra były hi­sto­rycz­ne.
Po­tem był dru­gi wy­pa­dek, może ja­kieś dwa lata póź­niej. W tym sa­mym po­ko­ju w ką­cie przy drzwiach sta­ła ogrom­na sza­fa, a na tej sza­fie ma­szy­na do szy­cia. Mama mia­ła ręcz­ną ma­szy­nę, nie­raz była ona uży­wa­na, a nie­raz cał­kiem ze­psu­ta i od­sta­wia­na na bok. I wła­śnie wte­dy sta­ła ze­psu­ta na tej sza­fie. Dom w Żu­ko­ci­nie był drew­nia­ny, do­syć sta­ry, de­ski w pod­ło­dze tro­chę „kla­wi­szo­wa­ły”. Kie­dy się tam ba­wi­li­śmy, w pew­nym mo­men­cie ta sza­fa „wzię­ła i się prze­wró­ci­ła” w moim kie­run­ku. Ja by­łam nie­da­le­ko. Ma­szy­na też spa­dła obok mnie, ale by­łam na tyle da­le­ko, że nic mi się nie sta­ło. Gdy­bym była pół kro­ku bli­żej, ta sza­fa by mnie roz­płasz­czy­ła. Mama wpa­dła do po­ko­ju, sły­sząc ło­skot i mój płacz z prze­ra­że­nia. Zła­pa­ła mnie na ręce, ale tyl­ko się prze­stra­szy­łam.
Ta­kie roz­ma­ite przy­go­dy by­wa­ły. Wi­dać, że Pan Bóg chro­nił przed naj­gor­szym. Gdy jest tak dużo dzie­ci, to ja­kieś wy­pad­ki cią­gle się zda­rza­ją. Anio­ło­wie stró­żo­wie mają wie­le ro­bo­ty.
W Żu­ko­ci­nie uro­dził się Staś i – po roku – Szcze­pek. Staś umarł bar­dzo szyb­ko, miał może mie­siąc. W tym sa­mym roku (1927) umarł tak­że Edzio, bliź­niak Ola. Miał za­pa­le­nie ucha, po­tem za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych. Zro­bi­ło się wo­do­gło­wie. Mama go ja­koś le­czy­ła, pie­lę­gno­wa­ła do sze­ściu lat, i w tym wie­ku umarł. O an­ty­bio­ty­kach jesz­cze nie było mowy. Staś umarł już jako nie­mow­lę. Te­raz by pew­nie po­wie­dzie­li, że było to dziec­ko „bez­glu­te­no­we”, bo mu wszyst­ko szko­dzi­ło. Miał strasz­ną bie­gun­kę i ni­czym nie moż­na było tej bie­gun­ki za­ha­mo­wać. Umarł z od­wod­nie­nia. Le­karz za­le­cił śmie­tan­kę. Mama mó­wi­ła, że nie była cał­kiem prze­ko­na­na, czy od­po­wied­nio się go le­czy, ale nie mia­ła nic lep­sze­go. Może wła­snym po­kar­mem by go wy­le­czy­ła, ale wła­śnie stra­ci­ła po­karm po ja­kiejś gry­pie i nie od­zy­ska­ła go dla na­stęp­nych dzie­ci.
Były więc dra­ma­tycz­ne rze­czy. Śmierć Ja­sia, Sta­sia i Edzia. Już tro­je dzie­ci umar­ło. Mama bar­dzo prze­ży­wa­ła ich utra­tę. Ja wte­dy nie zda­wa­łam so­bie z tego spra­wy. Tyl­ko jed­ne­go Edzia pa­mię­tam, choć nie pa­mię­tam kie­dy „znik­nął”. Kie­dyś, gdy mi­nę­ło dwa­dzie­ścia lat, spy­ta­łam się Mamy o tam­te dzie­ci, a Mama w płacz. Po dwu­dzie­stu la­tach! Są ta­kie ża­ło­by nie do za­go­je­nia. Mama mó­wi­ła, że tak bar­dzo się mo­dli­ła za te dzie­ci, a Pan Bóg nie wy­słu­chał. Mia­ła po­dwój­ną zgry­zo­tę, nie tyl­ko stra­tę dzie­ci, ale mu­sia­ła ja­koś wró­cić do za­ufa­nia Panu Bogu.
Te wy­pad­ki two­rzy­ły na­sze ży­cie. Kie­dyś przy­go­to­wy­wa­no ką­piel, pew­nie dla Szczep­ka. U nas nie było ła­zien­ki – wiej­ski dom – więc usta­wia­ło się na dwóch stoł­kach czy krze­słach wa­nien­kę. Przy­no­si­ło się z kuch­ni go­rą­cą wodę. Ja sta­łam przy tym wia­drze z go­rą­cą wodą – pra­wie ukrop. Ja­kiś pa­pie­rek wpadł mi do wia­dra, a ja, nie my­śląc wie­le, za­nu­rzy­łam całą rękę aż po pa­chę, szu­ka­jąc tego pa­pier­ka. Opa­rzy­łam całą. Cho­dzi­łam po­tem z za­ban­da­żo­wa­ną ku­kłą w miej­scu ręki. Cie­ka­we, że nie pa­mię­tam bólu. Pa­mię­tam to wia­dro z wodą, pa­mię­tam ten pa­pie­rek, nie pa­mię­tam bólu, gdy za­nu­rzy­łam rękę. Po­tem cho­dzi­łam i mó­wi­łam: „Ja mam dzieć­ko” i ko­ły­sa­łam tę za­ban­da­żo­wa­ną ku­kłę.
Z ta­kich naj­daw­niej­szych lat pa­mię­tam, jak by­ły­śmy małe; ja jesz­cze nie mó­wi­łam „r”. Mó­wi­łam „j” za­miast „r”. Przy­je­chał naj­star­szy brat Ta­tu­sia, stryj­cio Wa­cio. Pod­niósł mnie do góry i pyta: „Jak ty się na­zy­wasz?”. A ja mó­wię: „Kjó­jo­wa Ja­dwi­ga”, bo wie­dzia­łam, że jak Ja­dwi­ga, to kró­lo­wa. Strasz­nie się ze mnie śmie­li, a ja nie wie­dzia­łam, o co im cho­dzi.
W tym cza­sie, kie­dy mia­łam czte­ry lata, Te­re­nia mia­ła dwa i pół. Gdy skoń­czy­ła trzy lata, cho­dzi­ła z za­ci­śnię­ty­mi piąst­ka­mi i wszyst­kich py­ta­ła: „Co ja tsi­mam?”. Cho­dzi­ło o to, że ma trzy lata, ale od­kry­ła, że „trzy mam” wy­cho­dzi­ło na to samo, co „trzy­mam”. Tym dow­ci­pem za­ba­wia­ła całe oto­cze­nie.
Te­re­nia zresz­tą była bar­dzo roz­kosz­nym dziec­kiem. Mia­ła bar­dzo de­li­kat­ne wło­ski i to do­da­wa­ło jej wdzię­ku. Ta­tuś się z nami ba­wił. Jego buty z cho­le­wa­mi słu­ży­ły nam jako zjeż­dżal­nia z ko­lan na zie­mię. Ta­tuś na no­dze bu­jał Te­re­nię i mó­wił: „Te­re­niu­cha, Te­re­niu­cha, jaka z cie­bie ro­pu­cha”. Te­re­nia śmia­ła się za­chwy­co­na. Mama mó­wi­ła, że ona się tak śmia­ła, jak „woda z ka­raf­ki”, taki był „per­li­sty” śmiech Te­re­ni. Wszy­scy ra­zem śmie­li­śmy się z nią. W pew­nym mo­men­cie Te­re­nia za­py­ta­ła: „A cio to jest ro­pu­cha?”. Ta­tuś od­po­wie­dział: „To taka brzyd­ka żaba”. Te­re­nia za­czę­ła pła­kać, nie chcia­ła, żeby Ta­tuś tak na nią mó­wił. Naj­pierw się po­do­ba­ło, było miłe i ser­decz­ne, a po­tem się oka­za­ło, że ja­kiś pod­stęp kry­je się pod ślicz­nym sło­wem „ro­pu­cha”.
Jak Szcze­pek się uro­dził, mia­łam czte­ry lata, Te­re­nia od­po­wied­nio mniej, nie­ca­łe trzy. Star­szych chłop­ców Ta­tuś wy­wiózł do Cho­ci­mie­rza, do cio­ci Mici, a Mama na ten czas prze­nio­sła się do po­ko­ju Ba­bu­ni. My by­ły­śmy małe i mało to nas ob­cho­dzi­ło. W każ­dym ra­zie były ja­kieś dziw­ne rze­czy: Mama w po­ko­ju Ba­bu­ni, tam ją od­wie­dza­ły­śmy. I na­gle przy­cho­dzi Ta­tuś, woła nas i mówi, że uro­dził się nam bra­ci­szek i mo­że­my go zo­ba­czyć. Bar­dzo by­ły­śmy cie­ka­we. Le­żał wy­ką­pa­ny, pur­pu­ro­wy, roz­grza­ny, z ja­kąś pie­lusz­ką na gło­wie. Wy­da­wa­ło się, że to kap­tur. Pa­mię­tam tyl­ko, że miał wy­raź­nie za­ry­so­wa­ną, wy­sta­ją­cą bród­kę, któ­ra zo­sta­ła mu na całe ży­cie. Bar­dzo się nam po­do­bał, te rącz­ki, te pa­zno­kiet­ki, cho­ciaż wte­dy, w pierw­szym mo­men­cie, był ab­so­lut­nie „za­pa­ko­wa­ny”, ale po­tem były za­chwy­ty nad jego rącz­ka­mi, nóż­ka­mi, tak jak póź­niej za każ­dym ra­zem.
Te­raz ko­niecz­nie na­le­ży opo­wie­dzieć, jak wy­glą­dał dom w Żu­ko­ci­nie. Był to dom drew­nia­ny, nic spe­cjal­ne­go, bez żad­ne­go sty­lu. Czte­ry po­ko­je, pią­ty był do­ro­bio­ny z du­żej sie­ni, z któ­rej szły scho­dy na strych, co było dla nas wiel­ką atrak­cją. W koń­cu przy­był po­kój szó­sty, prze­ro­bio­ny z kuch­ni. Po­nie­waż ro­bi­ło się cia­sno, Ta­tuś wy­bu­do­wał mały bu­dy­ne­czek na kuch­nię obok domu. Miesz­ka­li tam naj­pierw star­si chłop­cy, bo my ro­śli­śmy, więc chłop­ców i dziew­czyn­ki trze­ba było po­roz­dzie­lać: Ka­zio i Olo ra­zem, Ja­dwi­sia i Te­re­nia w dru­gim po­ko­ju, Szcze­pek ra­zem z ro­dzi­ca­mi. Po­tem, gdy Szcze­pek pod­rósł, uro­dzi­ły się bliź­nia­ki, Pio­truś i Pa­we­łek, Ka­zio i Olo wy­je­cha­li do in­ter­na­tu do Lwo­wa, więc po­kój chłop­ców zo­stał za­mie­nio­ny na po­kój dzie­cin­ny. Na koń­cu przy­był tam Jó­zio.
Cha­rak­te­ry­stycz­na dla tego bu­dyn­ku była tak zwa­na „ga­le­ria”. Na­zy­wa­li­śmy ją ga­le­rią, ale na­praw­dę była to dłu­ga we­ran­da, któ­ra ota­cza­ła dom pod ką­tem pro­stym, od fron­tu i jesz­cze wzdłuż bocz­nej ścia­ny. Tam się roz­sze­rza­ła pół­okrą­gło w ro­dzaj sa­lo­ni­ku: fi­ran­ki na wiel­kich oknach, sto­lik trzci­no­wy i fo­te­li­ki. Sia­da­li tam do­ro­śli z go­ść­mi, a my uga­nia­li­śmy się po ca­łej ga­le­rii. Było tam bar­dzo dużo skrzy­nek z kwia­ta­mi, roz­sa­dy, róż­ne zi­mu­ją­ce kwia­ty. Ta ga­le­ria była bar­dzo do­bra i wy­god­na. Na ścia­nie od stro­ny po­ko­ju Ba­bu­ni wi­sia­ła tak zwa­na „bu­zia dzicz­ki”. Był to wy­pcha­ny łeb dzi­ka – czy­jeś tro­feum, któ­re już tu za­sta­li­śmy. Bar­dzo się ba­li­śmy tego łba i nie­raz Mama mu­sia­ła nas obok nie­go prze­pro­wa­dzać, gdy któ­reś z nas „uda­wa­ło się na ko­niec ga­le­rii”, to zna­czy do pew­ne­go miej­sca, urzą­dzo­ne­go wła­snym prze­my­słem przez Ta­tu­sia. Gdy by­łam więk­sza, spe­cjal­nie cho­dzi­łam z Mamą na strych, żeby zo­ba­czyć „dal­szy ciąg” tego dzi­ka. My­śla­łam, że on stoi na stry­chu i wy­glą­da przez ja­kieś okien­ko na „ga­le­rię”. Bar­dzo się dzi­wi­łam, gdy się oka­za­ło, że on tam nie stoi, że sam łeb „wy­glą­da” i stra­szy.
Oczy­wi­ście, „ga­le­ria” słu­ży­ła nam naj­bar­dziej w desz­czo­we dni lata. Bo nor­mal­nie w le­cie by­li­śmy cały dzień na dwo­rze, a w zi­mie było na niej zim­no. W „sa­lo­ni­ku” czę­sto sie­dzia­ła Ba­bu­nia, bo był on obok Ba­bu­ni po­ko­ju. Stam­tąd wy­cho­dzi­ły drzwi wprost do ogro­du pani Szy­ma­now­skiej.
Pani Szy­ma­now­ska, wła­ści­ciel­ka Żu­ko­ci­na, po­zwa­la­ła nam cza­sem wejść do jej ogro­du. Był to ogród z du­ży­mi, wy­so­ki­mi drze­wa­mi, ro­dzaj par­ku, a wa­rzyw­na część była gdzieś da­lej. Oczy­wi­ście do ogro­du pani Szy­ma­now­skiej szło się pod opie­ką, to już była tro­chę „wy­ciecz­ka”, utrud­nio­na tym, że pani Szy­ma­now­ska mia­ła pie­ska, Pika. Szcze­kał okrop­nie prze­raź­li­wie. Ba­li­śmy się go wszy­scy, na­wet Ta­tuś tro­chę się go bał. Piko sko­wy­czał prze­raź­li­wie, nie do wy­trzy­ma­nia. Zresz­tą był dość roz­pusz­czo­ny, a pani Szy­ma­now­ska do­ga­dza­ła mu nie­sa­mo­wi­cie, na przy­kład do­da­wa­ła mu śmie­tan­kę do je­dze­nia. Jed­nym sło­wem był to nasz „wróg kla­so­wy”, bo nie tyl­ko, że ha­ła­śli­wy, nie tyl­ko, że szcze­rzył zęby i stra­szył, że ugry­zie, to jesz­cze zja­dał ta­kie spe­cja­ły, któ­rych dzie­ci nie ja­da­ły. Oczy­wi­ście, że śmie­tan­ka była wła­sno­ścią pani Szy­ma­now­skiej i co nam do jej go­spo­da­ro­wa­nia, nie­mniej ja­koś nam to nie pa­so­wa­ło, żeby pie­sek jadł ta­kie fry­ka­sy. Od tam­tej pory lęk przed psa­mi ja­koś się nam wszyst­kim za­ko­do­wał. Szła po­nu­ra wieść za Pi­kiem, że ko­goś po­gryzł.
Spe­cjal­ną spra­wą były scho­dy w na­szym po­ko­ju. Scho­dy – wia­do­mo, kor­cą. Mama so­bie po­ra­dzi­ła z pro­ble­mem scho­dów i nie­bez­pie­czeń­stwem na­sze­go spa­da­nia z nich. Była usta­lo­na raz na za­wsze taka re­gu­ła, że wol­no wcho­dzić tyl­ko na ten scho­dek, ile kto miał lat. Jak miał czte­ry, to na czwar­ty, jak miał pięć, to na pią­ty. W dniu uro­dzin było uro­czy­ste wej­ście na ten swój nowy scho­dek. To był je­den z przy­wi­le­jów „awan­su spo­łecz­ne­go”.
Ale jesz­cze w róż­nych in­nych spra­wach awan­so­wa­li­śmy w dniu uro­dzin. Na przy­kład do sze­ściu lat mia­ło się ser­we­tę pod bro­dą, za­wią­za­ną jak u nie­mow­lę­cia. W dniu ukoń­cze­nia sze­ściu lat zdej­mo­wa­li z czło­wie­ka tę ser­wet­kę i do­sta­wał dużą ser­wet­kę, jak do­ro­śli, któ­rą kła­dło się przy je­dze­niu na ko­la­na. Od sied­miu lat do­sta­wa­ło się wi­de­lec i nóż. Już nie Mama kro­iła mię­so na ta­le­rzu, tyl­ko każ­dy sam so­bie kro­ił. Był jesz­cze je­den awans, a mia­no­wi­cie do czter­na­stu lat jeź­dzi­ło się na ko­niu na cza­pra­ku, a od czter­na­stu lat za­czy­na­ło się jeź­dzić w sio­dle. Ja już nie do­cze­ka­łam tego awan­su, bo wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z Żu­ko­ci­na, po­tem już nie było koni. Na cza­pra­ku jeź­dzi­łam, mie­li­śmy sta­rą kasz­tan­kę – sta­rą klacz, któ­ra wo­zi­ła mle­ko do mle­czar­ni. Jak była za­ba­wa z Ta­tu­siem w jeż­dże­nie kon­no, Ta­tuś wsa­dzał na tę kasz­tan­kę i moż­na było trosz­kę po­je­chać. Była bar­dzo spo­koj­niut­ka i bez­piecz­na.
Nie wia­do­mo tyl­ko, co raz jej się sta­ło, bo wła­śnie po­ga­lo­po­wa­ła, po­nio­sła, i wte­dy na niej je­chał Szcze­pek. Był ma­leń­ki, czte­ro­let­ni, i pew­nie po raz pierw­szy w ży­ciu sie­dział sam na ko­niu, bo do­tąd małe dzie­ci Ta­tuś wo­ził przed sobą. Ona się na­gle po­de­rwa­ła, nie wia­do­mo co ją ugry­zło, i prze­le­cia­ła pod drze­wem ja­bło­ni, Szcze­pek za­cze­pił gło­wą o ga­łąź i spadł. Przez kil­ka dni ma­ja­czył, po­tem mu wszyst­ko prze­szło, ale nie wiem, czy to nie po­zo­sta­wi­ło ja­kie­goś śla­du. W ogó­le Szcze­pek miał wie­le ta­kich „pe­chów”, róż­ne inne wy­pad­ki i za­wsze cięż­kie. Był ja­koś na­zna­czo­ny na wiel­kie cho­ro­wa­nia i na­praw­dę trud­ne do­świad­cze­nia, ale o tym póź­niej.
Mu­szę jesz­cze opo­wie­dzieć o Ba­bu­ni, bar­dzo sym­pa­tycz­nej oso­bie. Była w domu kimś, kogo się ota­cza czcią, ale mia­ła też z nami swo­je za­ję­cia. Nie­raz czy­ta­ła nam gło­śno, nie­raz Mama zo­sta­wia­ła nas z Ba­bu­nią, nie­raz nas Ba­bu­nia pil­no­wa­ła, na przy­kład w ogro­dzie pod je­sio­nem. To było bar­dzo przy­jem­ne miej­sce. Ogrom­ne drze­wo, a pod nim sto­lik i ła­wecz­ka. Sie­dzie­li­śmy tam nie­raz po po­łu­dniu i je­dli­śmy pod­wie­czo­rek: chleb z se­rem i rzod­kiew­ką, ka­kao lub coś in­ne­go do pi­cia. Ba­bu­nia bar­dzo dba­ła o kwia­ty. Zmie­nia­ła kwia­ty w sa­lo­nie, przy oł­ta­rzy­ku do na­bo­żeństw ma­jo­wych i czerw­co­wych. To były róż­ne Ba­bu­nio­we za­ję­cia. Mia­ła bar­dzo ure­gu­lo­wa­ny tryb ży­cia. Rano po śnia­da­niu pi­sa­ła li­sty, czy­ta­ła, ro­bi­ła szy­deł­kiem, po obie­dzie od­po­czy­wa­ła, o pią­tej mó­wi­ła ró­ża­niec i to był że­la­zny po­rzą­dek dnia. W zi­mie wy­jeż­dża­ła do swo­jej ro­dzo­nej sio­stry – cio­ci Isi Or­set­ti4, do Ku­ro­wa. Poza tym była z nami.
Ba­bu­nia mia­ła swój osob­ny po­kój od stro­ny „ga­le­rii” i tam nie­raz sie­dzia­ła. Po­ko­je były ta­kie: po­kój ja­dal­ny, sion­ka, po­kój Ba­bu­ni. Od po­ko­ju ja­dal­ne­go wcho­dzi­ło się do tak zwa­ne­go sa­lo­nu i po­tem z sa­lo­nu wcho­dzi­ło się do po­ko­ju ro­dzi­ców. Z po­ko­ju ro­dzi­ców wcho­dzi­ło się do na­sze­go po­ko­ju, a póź­niej przez nasz po­kój do chłop­ców. Było też wej­ście z we­ran­dy do ich po­ko­ju. Jak przy­jeż­dża­li chłop­cy ze Lwo­wa, spa­li w róż­nych miej­scach: na stry­chu, na sia­nie, za­wsze gdzieś tam spa­li. To już trwa­ło bar­dzo krót­ko, ale nie chcę wy­bie­gać na­przód, bo jesz­cze mam dużo do opo­wia­da­nia o Żu­ko­ci­nie.
W fol­war­ku, w miesz­ka­niu służ­bo­wym, miesz­ka­li We­ryń­scy. Ci sami We­ryń­scy z Basz­tań­ko­wa i Ko­dy­my, któ­rzy u nas pra­co­wa­li. Po ko­lei wszyst­kie dziew­czę­ta nas niań­czy­ły. Chłop­cy uczy­li się. Nasi ro­dzi­ce wy­kształ­ci­li Fran­ka, a Sta­szek – naj­młod­szy syn, sam so­bie za­ła­twił stu­dia; za­trzy­mał sa­mo­chód pre­zy­den­ta Mo­ścic­kie­go w dro­dze do Spa­ły, wrę­czył list z proś­bą, aby pre­zy­dent ło­żył na jego na­ukę. Skoń­czył szko­łę ogrod­ni­czą na koszt Pre­zy­den­ta we Lwo­wie. Szko­ła mie­ści­ła się obok gma­chu uni­wer­sy­te­tu. Gdy go py­ta­no: „Stasz­ku, gdzie ty cho­dzisz?”, od­po­wia­dał: „Na pra­wo”. Szko­ła była na pra­wo od uni­wer­sy­te­tu. Ta­kie so­bie ro­bił dow­ci­py. Po tym cho­dze­niu „na pra­wo” zo­stał fa­cho­wym ogrod­ni­kiem i jesz­cze dłu­go, dłu­go po prze­pro­wa­dze­niu się do Wro­cła­wia pra­co­wał w Miej­skiej Zie­le­ni Wro­cław­skiej. Całe ży­cie w swo­im fa­chu. Fra­nek uczył się w se­mi­na­rium na­uczy­ciel­skim, Ma­nia wy­szła za mąż za Jana Orze­chow­skie­go. Miesz­ka­li w Żu­ko­ci­nie. Jó­zia była u nas dłu­go, niań­czy­ła Ka­zia i Ola, po­tem wy­szła za mąż i wy­je­cha­ła do Ar­gen­ty­ny. Po po­wro­cie z Ar­gen­ty­ny Sa­po­wie wy­bu­do­wa­li so­bie dom w Ka­mion­ce koło Ko­ło­myi i do­pie­ro wte­dy za­czę­ły się im ro­dzić dzie­ci. Po­tem była Ha­nia, żona Mi­cha­ła Ko­sia­ka – osia­dłe­go Cy­ga­na. Mie­li sied­mio­ro dzie­ci. Zo­sia, star­sza od Hani, nie wy­szła za mąż, miesz­ka­ła całe ży­cie u nas, aż do roz­sta­nia wo­jen­ne­go. Po­tem Elż­bie­ta, któ­ra skoń­czy­ła ja­kąś szko­łę, zda­je się ha­ftu. Pra­co­wa­ła sa­mo­dziel­nie, mało się u nas po­ka­zy­wa­ła. Naj­młod­sza, Ró­zia, prze­by­wa­ła też u nas dłu­go, a przed samą woj­ną wy­szła za mąż i wy­je­cha­ła do Lwo­wa. Wszy­scy tro­chę wcze­śniej do­ra­sta­li od nas.
Pa­mię­tam po­waż­ne prze­ży­cie: po­grzeb Ma­te­usza We­ryń­skie­go, ojca. Na­zy­wa­li­śmy ich – praw­do­po­dob­nie był to ję­zyk Ka­zia i Ola – „Tutu” i „Mumu”. Gdy umarł „Tutu”, wte­dy prze­ży­łam pierw­szy raz spra­wę umie­ra­nia, że ktoś umarł. Umarł „Tutu”. Pa­mię­tam ten po­grzeb, śpie­wa­li na rzew­ną me­lo­dię Sa­lve Re­gi­na po ła­ci­nie. Ja szcze­rze pła­ka­łam i żal mi było, że nie ma już „Tutu”, ale w ogó­le sam pro­blem śmier­ci był dla mnie wstrzą­sa­ją­cy. Jak to, był i nie ma? Było to dla mnie bar­dzo dziw­ne: czło­wiek był i go nie ma. A jesz­cze to Sa­lve Re­gi­na ta­kie rzew­ne, wy­do­by­ło ze mnie strasz­ny szloch i smu­tek. Zresz­tą wszy­scy pła­ka­li, bo „Tutu” był oj­cem du­żej ro­dzi­ny. Zo­stał po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu w Żu­ko­ci­nie, tam gdzie już le­ża­ły na­sze dzie­ci, czy­li Edzio i Staś. Gdy cho­dzi­li­śmy na cmen­tarz w Dzień Za­dusz­ny, od­wie­dza­li­śmy te gro­by.
Pa­mię­tam jesz­cze ta­kie nie­mal „me­ta­fi­zycz­ne” prze­ży­cie, gdy kie­dyś do­szło do mo­jej świa­do­mo­ści, że Mama do Ba­bu­ni mówi „Mamo”. Mama? Mamo? Mama mówi do Ba­bu­ni „Mamo”? „Tak”, po­wie­dzia­ła Mama, „bo Ba­bu­nia jest moją mamą”. Mamo? To zna­czy, że Mama jest dziec­kiem? Mama się śmia­ła i mó­wi­ła: „Tak, je­stem dziec­kiem mo­jej mamy”. Jak Mama jest dziec­kiem, to za­czę­li­śmy Mamę obej­mo­wać, bo je­śli jest dziec­kiem, to trze­ba ją wziąć na ręce, ale to się nie dało. Mama była duża, dość gru­ba, więc gdzieś w miej­scu ko­lan obej­mo­wa­li­śmy Mamę, żeby ją wziąć „na ląć­ki”. Mama okrop­nie się śmia­ła, że dla nas by­cie dziec­kiem zna­czy, że trze­ba dziec­ko wziąć na ręce. I znów Mama tłu­ma­czy­ła, że gdy była mała, jej mama no­si­ła ją na rę­kach. Ale i te­raz nie prze­sta­ła być dziec­kiem swo­jej mamy, cho­ciaż jest duża. Bar­dzo to wy­da­wa­ło się dziw­ne, ale przy­jem­nie pa­mię­tać te od­kry­cia.
Trze­ba by te­raz po­wie­dzieć o oboj­gu ro­dzi­cach. Ta­tuś i Mama sta­no­wi­li na­praw­dę wspa­nia­łą parę. Moż­na po­wie­dzieć, że wspa­nial­szych ro­dzi­ców nie zna­łam. Nie taka sztu­ka nie znać wspa­nial­szych, jak się zna tyl­ko ich dwo­je, ale pa­trząc cał­kiem obiek­tyw­nie, byli bar­dzo zgod­ni i so­li­dar­ni. By­wa­ło tak, że je­że­li któ­reś z dzie­ci chcia­ło prze­chy­trzyć Mamę czy Ta­tu­sia, to na przy­kład py­ta­ją o coś Mamę, Mama nie po­zwa­la, lecą do Ta­tu­sia, któ­ry aku­rat nie zo­rien­to­wał się i po­zwo­lił. Po­tem jak to wy­szło na jaw, Ta­tuś się gnie­wał: „Co? Wy­ście przy­szli mnie py­tać, jak Mama nie po­zwo­li­ła? Tak nie wol­no”. I za to otrzy­my­wa­ło się cał­kiem re­al­nie w skó­rę. Ta­tuś da­wał w skó­rę za to, że dziec­ko pod­wa­ża za­sa­dę, że Mama i Ta­tuś my­ślą jed­na­ko­wo. Tak było po­sta­no­wio­ne i po­wie­dzia­ne. Je­że­li Mama coś mó­wi­ła, to choć­by Ta­tuś o tym nie wie­dział, mówi to samo. Je­że­li Ta­tuś coś mówi, to choć­by Mama o tym nie wie­dzia­ła i nic nie mó­wi­ła, mówi tak samo. Czy chce­cie nas po­dzie­lić? My je­ste­śmy zgod­ni. Ro­dzi­ce nam to wbi­ja­li do gło­wy. Wie­dzie­li­śmy, że oni sta­no­wią na­szą „pew­ność i za­ufa­nie”. Pew­na osto­ja! Tacy ro­dzi­ce to jest je­dy­ne bez­piecz­ne miej­sce na świe­cie. Bo gdy sty­ka­li­śmy się z „róż­ny­mi rze­cza­mi”, gdy już by­li­śmy poza Żu­ko­ci­nem, w Ko­ło­myi, i „róż­ne rze­czy” nas spo­ty­ka­ły, wia­do­mo było, że u nas wszyst­ko jest tak, jak po­win­no być.
Mó­wi­ła mi Mama, że po­ko­cha­ła Ta­tu­sia za to, że był re­li­gij­ny: w ogó­le go po­ko­cha­ła, ale ze wszyst­kich bra­ci Ta­tuś naj­bar­dziej jej się po­do­bał, bo był naj­bar­dziej re­li­gij­ny. Inni byli mniej prak­ty­ku­ją­cy. Ta­tuś na­le­żał do So­da­li­cji Ma­riań­skiej, był po­boż­ny tak po pol­sku. Mo­dlił się, słu­chał Pana Boga i przy­ka­zań Bo­żych. Sam nie­raz o so­bie mó­wił, że on tak za bar­dzo nie ma się z cze­go spo­wia­dać. Ow­szem, spo­wia­dał się, jak Ko­ściół wy­ma­gał, a w nie­dzie­le za­zwy­czaj przy­stę­po­wał do Ko­mu­nii Świę­tej. Po­tem na­wet czę­ściej, gdy było bli­żej do ko­ścio­ła.
W Żu­ko­ci­nie było da­le­ko do ko­ścio­ła5, więc trud­niej było o spo­wiedź i ko­mu­nię. Mama z Ba­bu­nią za­wsze przy­stę­po­wa­ły, ale zda­rza­ły się pew­ne ogra­ni­cze­nia z po­wo­du po­stu eu­cha­ry­stycz­ne­go, któ­ry obo­wią­zy­wał od pół­no­cy, i to bez kro­pli wody. Gdy je­cha­li­śmy na sumę, Ta­tuś pro­sił, żeby Mama, ocze­ku­ją­ca na na­stęp­ne dziec­ko, nie przy­stę­po­wa­ła do ko­mu­nii, aby nie była tak dłu­go na czczo. To też wiem od Mamy, bo wów­czas nie by­li­śmy świa­do­mi Mamy sta­nu. Ta­tuś, o ile wiem, nie mógł być dłu­go głod­ny, wte­dy za­wsze bo­la­ła go gło­wa. Post eu­cha­ry­stycz­ny stwa­rzał duże utrud­nie­nie, ale naj­czę­ściej ro­dzi­ce sta­ra­li się je­chać do ko­ścio­ła na go­dzi­nę dzie­wią­tą. Wte­dy nie było pro­ble­mu, śnia­da­nie ja­dło się po po­wro­cie.
Gdy za­czę­li­śmy pod­ra­stać, za­czął się pro­blem szko­ły. W Żu­ko­ci­nie była szko­ła jed­no­kla­so­wa6, ro­dzi­ce nie bar­dzo mie­li do niej za­ufa­nie. Chłop­cy przez ja­kiś czas do niej cho­dzi­li, ale krót­ko, bo nie przy­go­to­wy­wa­ła do szko­ły śred­niej. W szko­le kie­row­ni­kiem i je­dy­nym na­uczy­cie­lem był pan Bąk, któ­ry przez ja­kiś czas chłop­ców uczył, ale po­tem ro­dzi­ce zre­zy­gno­wa­li, może z po­wo­dów fi­nan­so­wych, może ze wzglę­du na po­ziom, osta­tecz­nie Mama sama przy­go­to­wa­ła ich do gim­na­zjum. Wy­je­cha­li do Lwo­wa, Ka­zio do pierw­szej kla­sy gim­na­zjum. Olo cho­dził jesz­cze do szko­ły po­wszech­nej. Dwa lata byli we Lwo­wie w za­kła­dzie Abra­ha­mo­wi­czów7. Dziew­czyn­ki, czy­li Te­re­nię i mnie, Mama uczy­ła sama. Pa­mię­tam, że jak mia­łam lat sześć, za­czę­ła się na­uka. Po­tem do­szła Te­re­nia. Były wszyst­kie przed­mio­ty, pi­sa­nie, czy­ta­nie, re­li­gia, ra­chun­ki i od­ra­bia­nie lek­cji.
Na­uka re­li­gii – wspa­nia­ła, fa­scy­nu­ją­ca, ale też drą­ży­ła na­sze su­mie­nia. Pa­mię­tam to moje su­mie­nie, któ­re oka­za­ło się peł­ne skru­pu­łów. Mia­łam dużo pro­ble­mów, któ­re Mama roz­strzy­ga­ła jak wy­traw­ny kie­row­nik du­cho­wy. Poza tym jeź­dzi­li­śmy w nie­dzie­le do ko­ścio­ła. Jak był duży mróz czy deszcz, wte­dy Mama nas nie za­bie­ra­ła, ale za­raz po po­wro­cie, po śnia­da­niu, sia­da­ło się ra­zem i Mama czy­ta­ła Ewan­ge­lię i wszyst­ko nam opo­wia­da­ła. Jed­nym sło­wem, ro­bi­ła nam ta­kie nie­dziel­ne po­ucze­nia, że­by­śmy przy­naj­mniej wie­dzie­li, co na dany ty­dzień było „za­da­ne” z li­tur­gii Ko­ścio­ła. Do­brze więc zna­li­śmy Ewan­ge­lię od ma­łe­go, by­li­śmy bar­dzo do­brze ka­te­chi­zo­wa­ni, dziś by się po­wie­dzia­ło – ewan­ge­li­zo­wa­ni.
Mama mia­ła ogrom­ny ta­lent pe­da­go­gicz­ny, umia­ła wy­słu­chać, roz­wią­zać pro­ble­my, bar­dzo mą­drze i na­praw­dę od­po­wie­dzial­nie. Na­wet mia­ła taką opi­nię w So­da­li­cji Ma­riań­skiej, do któ­rej na­le­ża­ła. Mo­de­ra­to­rem so­da­li­cji był ksiądz Adam Bog­da­no­wicz ze Lwo­wa, któ­ry mó­wił o Ma­mie „ta pani teo­log”.
Mama ni­g­dy nie prze­sa­dza­ła. Był wspól­ny pa­cierz, krót­ki, od­po­wied­ni do wie­ku dzie­ci. Była Msza nie­dziel­na, było przy­go­to­wa­nie do Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej. Chłop­cy – o ile pa­mię­tam – mie­li Pierw­szą Ko­mu­nię Świę­tą w pa­ra­fii w Żu­ko­wie, a my, Te­re­nia i ja, cał­kiem osob­no. Mama nas przy­go­to­wa­ła, a sio­stry ur­szu­lan­ki w Ko­ło­myi urzą­dzi­ły nam uro­czy­stość 13 maja 1932 roku. Ksiądz Bog­da­no­wicz przy­je­chał ze Lwo­wa, wy­spo­wia­dał nas i on udzie­lił Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej. Że­by­śmy nie czu­ły się same, tyl­ko dwie, sio­stry po­pro­si­ły star­sze uczen­ni­ce gim­na­zjum, aby to­wa­rzy­szy­ły nam w bia­łych mun­dur­kach.
Pa­mię­tam, że poza