Viva Warszawa - Steffen Möller - ebook
Opis

Zakochaj się w Warszawie! – apeluje Steffen Möller, uchodźca z Wuppertalu, który darzy stolicę nieustającą miłością (potrzeba Niemca, by Polacy pokochali Warszawę!). Zna ją lepiej niż warszawiacy, choć nadal odkrywa nieznane zakątki. Nawet z tarasu widokowego Pałacu Kultury i Nauki nie patrzy na nią z góry. Miasto odwzajemnia to dojrzałe uczucie, odkrywając przed nim swoje tajemnice. Viva Warszawa!
 
Kolega Sören, którego po wielu zabiegach udało mi się zwabić do Warszawy, poszedł na Starówkę, usiadł w kawiarni i usłyszał od kelnerki takie oto pytanie:
– Are you here for business or holidays?
– For holidays.
– You are the first one!
 
Przyznaję, ja też zakochałem się najpierw w Krakowie. Kraków jest cudowny – bez dwóch zdań! Ale zaraz potem trzeba jechać do Warszawy.
Na Kraków wystarczą dwa dni, na Warszawę... no nie wiem, jestem już tu ponad dwadzieścia lat  i wciąż nie znam wszystkiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Steffen Möller

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przechowywanie lub wprowadzanie do systemu wyszukiwania, dystrybucja w jakiejkolwiek formie lub za pomocą jakichkolwiek środków (elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych) bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.

Autor: Steffen Möller

Tłumaczenie: Jacek Stanaszek

Redakcja: Joanna Zaborowska

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Skład i projekt graficzny makiety: Jarosław Jabłoński

Projekt graficzny okładki: Aleksandra Zimoch

Redaktor prowadzący: Roman Książek

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Zdjęcia na okładce: Peter von Felbert

Zdjęcia:

Ze zbiorów Steffena Möllera: 35, 96, 145, 162, 172, 203, 225

Peter von Felbert: 56, 91, 135, 139, 148, 151, 154, 174, 196, 215, 220, 244, 270

Ireneusz Sobieszczuk: 116

Zdjęcie na s. 109 udostępnione przez dom handlowy „Vitkac”.

Mapa na s. 21: Andreas Drahs

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-651-8

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Wstęp

Jed­nym z pol­skich słów, któ­rych nie ma w ję­zy­ku nie­miec­kim, jest „chał­tu­ra”. Przez dłu­gie lata w ogó­le nie wie­dzia­łem, co to jest. Pra­co­wa­łem jako lek­tor ję­zy­ka nie­miec­kie­go na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, a naj­więk­szą po­ku­sę sta­no­wi­ły dla mnie ewen­tu­al­ne do­dat­ko­we za­ję­cia na stu­diach za­ocz­nych. Zmie­ni­ło się to do­pie­ro, kie­dy za­czą­łem wy­stę­po­wać w se­ria­lu M jak Mi­łość oraz w pro­gra­mie Eu­ro­pa da się lu­bić. Na­gle roz­dzwo­ni­ły się te­le­fo­ny z ca­łej Pol­ski. Pierw­sza albo dru­ga „chał­tu­ra” za­pro­wa­dzi­ła mnie do Cho­rzo­wa. Wy­stę­po­wa­łem w Ślą­skim We­so­łym Mia­stecz­ku w ra­mach wiel­kie­go fe­sty­nu piw­ne­go. Kil­ka ty­się­cy lu­dzi po­wi­ta­ło mnie grom­ki­mi okrzy­ka­mi, bo był już póź­ny wie­czór i im­pre­za roz­krę­ci­ła się na do­bre. Za­da­nie wy­da­wa­ło się nie­zbyt trud­ne, opo­wie­dzia­łem kil­ka żar­tów i po­czu­łem, jak stop­nio­wo pu­blicz­ność i ja za­czy­na­my się zży­wać. Na chwi­lę przed koń­cem wy­stę­pu ze­psu­łem jed­nak wszyst­ko jed­nym tyl­ko stwier­dze­niem. W naj­lep­szym hu­mo­rze za­wo­ła­łem do mi­kro­fo­nu: „A te­raz chciał­bym wam jesz­cze w paru sło­wach po­wie­dzieć, dla­cze­go tak bar­dzo lu­bię War­sza­wę...”.

Nie mo­głem do­koń­czyć zda­nia, bo w na­mio­cie za­wrza­ło, ode­zwa­ły się gwiz­dy i bu­cze­nie. Pa­trzy­łem na to zdzi­wio­ny i nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Ura­to­wał mnie kon­fe­ran­sjer, któ­ry wy­rwał mi z ręki mi­kro­fon i po­wie­dział do roz­draż­nio­nej pu­blicz­no­ści: „Dro­dzy pań­stwo, pro­szę wy­ba­czyć na­sze­mu go­ścio­wi. Prze­cież on nie jest war­sza­wia­kiem, tyl­ko przy­je­chał z… z da­le­ka!”. Po­tem za­cią­gnął mnie za ku­li­sy i wy­sy­czał mi do ucha: „Zwa­rio­wa­łeś? Masz szczę­ście, że je­steś cu­dzo­ziem­cem. Praw­dzi­we­go war­sza­wia­ka ro­ze­rwa­li­by na strzę­py!”.

Na­praw­dę nie mo­głem się temu na­dzi­wić. Le­piej być Niem­cem niż war­sza­wia­kiem? Kto by po­my­ślał! Miesz­ka­łem już wte­dy w Pol­sce dzie­więć lat, wie­dzia­łem, że War­sza­wa i Kra­ków się nie lu­bią, ale nie mia­łem po­ję­cia, jak złą sła­wą cie­szy się War­sza­wa do­słow­nie w ca­łym kra­ju. W cią­gu ko­lej­nych lat po­twier­dza­ło się to na każ­dym kro­ku, naj­moc­niej chy­ba na Gór­nym Ślą­sku i w Po­zna­niu. Wszę­dzie sto­li­ca była sy­no­ni­mem aro­gan­cji, sno­bi­zmu, ko­rup­cji, bru­du i kor­ków. Jed­no­cze­śnie za­uwa­ży­łem, że więk­szość hej­tu­ją­cych War­sza­wę nie mia­ła o niej zie­lo­ne­go po­ję­cia.

Za­wsze uwa­ża­łem to za ra­żą­cą nie­spra­wie­dli­wość, ale do­pie­ro dwa­dzie­ścia lat po przy­jeź­dzie do War­sza­wy po­ja­wi­ła się oka­zja, żeby to cho­ciaż­by tro­chę zmie­nić. Pod­kre­ślam więc, że moją am­bi­cją nie było na­pi­sa­nie gru­be­go prze­wod­ni­ka dla i tak już wta­jem­ni­czo­nych miesz­kań­ców War­sza­wy, tyl­ko lek­kie­go, su­biek­tyw­ne­go po­rad­ni­ka dla przy­jezd­nych, obo­jęt­nie, czy to ga­star­be­ite­rzy z Ber­li­na – jak ja – czy ra­czej sło­iki z Piotr­ko­wa Try­bu­nal­skie­go (po­zdra­wiam!).

Chciał­bym po­dzię­ko­wać mo­je­mu tłu­ma­czo­wi Jac­ko­wi Sta­nasz­ko­wi, któ­ry tak­że tę książ­kę zna­ko­mi­cie prze­tłu­ma­czył na pol­ski. Współ­pra­co­wa­li­śmy tak samo, jak pod­czas prze­kła­du Mo­jej kla­sycz­nej pa­ra­noi (2010) i Ber­lin-War­sza­wa express (2012), czy­li naj­pierw Ja­cek tłu­ma­czył nie­miec­ki tekst na pol­ski, po­tem ja opra­co­wy­wa­łem zno­wu jego wer­sję, tro­chę wy­kre­śla­łem, tro­chę do­pi­sy­wa­łem – a na ko­niec Ja­cek ko­ry­go­wał jesz­cze raz moje do­pi­ski. Kil­ka­krot­nie od­rzu­ca­łem jego rady, by usu­nąć ja­kiś roz­dział o hi­sto­rycz­nych wy­da­rze­niach, bo rze­ko­mo każ­dy w Pol­sce po­wi­nien o nich wie­dzieć. Nie je­stem prze­ko­na­ny, czy każ­dy czy­tel­nik z Rze­szo­wa czy Czę­sto­cho­wy – z ca­łym sza­cun­kiem dla tych wspa­nia­łych miast! – do­kład­nie wie, kie­dy i dla­cze­go prze­nie­sio­no sto­li­cę z Kra­ko­wa do War­sza­wy albo o co cho­dzi­ło w tym „cu­dzie nad Wi­słą”. Zo­ba­czy­my, kto miał ra­cję: Ja­cek czy ja! Oczy­wi­ście cze­kam na li­sty od Czy­tel­ni­ków ([email protected]­fen.pl)!

Ży­czę mi­łej lek­tu­ry!

1. Legenda na horyzoncie

Nikt nie lubi Warszawy

Nie pa­mię­tam, ile razy mu­sia­łem na­ma­wiać mo­je­go ko­le­gę Söre­na z Ham­bur­ga na przy­jazd do War­sza­wy. Wresz­cie uda­ło się, Sören za­bu­ko­wał so­bie lot do Pol­ski, ale tuż przed od­lo­tem po­peł­nił wiel­ki błąd, bo po­wie­dział o swo­im za­mia­rze zna­jo­mej Po­lce. Ko­bie­ta, od lat miesz­ka­ją­ca w Niem­czech, za­czę­ła go za­kli­nać: „Daj spo­kój! War­sza­wa to po­śpiech, brud i dro­ży­zna, a do tego nic tam nie ma! Jedź le­piej do Kra­ko­wa!”.

Szko­da, że mnie wte­dy tam nie było. Od razu wy­to­czył­bym cięż­kie dzia­ła: „A kie­dy to ko­le­żan­ka ostat­ni raz była w War­sza­wie?”.

Od­po­wiedź nie­trud­no so­bie wy­obra­zić: „No... ja­koś tak w `94, jak od­bie­ra­łam bab­cię z lot­ni­ska…”.

Nie znam in­ne­go kra­ju, któ­re­go miesz­kań­cy tak sła­bo zna­ją wła­sną sto­li­cę, a tak bez par­do­nu ją kry­ty­ku­ją. Ta sil­na nie­chęć do War­sza­wy za­czę­ła się chy­ba za­raz po woj­nie: Pol­ska prze­szła w ręce za­leż­nych od Mo­skwy ko­mu­ni­stów, a War­sza­wa sta­ła się cen­tra­lą par­tyj­nej wier­chusz­ki, taką małą Mo­skwą. Do tego wszyst­kie za­so­by kra­ju szły na od­bu­do­wę znisz­czo­ne­go mia­sta, pod­czas gdy resz­ta kra­ju cier­pia­ła wiel­ką bie­dę.

Rów­nież prze­łom roku 1989 za bar­dzo tego wi­ze­run­ku nie po­pra­wił. Przez Pol­skę prze­to­czy­ła się wte­dy fala wil­cze­go ka­pi­ta­li­zmu – czy­niąc z War­sza­wy nad­wi­ślań­skie Go­tham City. Do­pie­ro wy­dat­ny li­fting sto­li­cy zwią­za­ny z or­ga­ni­za­cją Euro 2012 spra­wił, że jej ne­ga­tyw­ny wi­ze­ru­nek w Pol­sce za­czął po­wo­li tra­cić kon­tu­ry. Nie­ste­ty, wie­lu miesz­ka­ją­cych za gra­ni­cą Po­la­ków wciąż jesz­cze nie mia­ło oka­zji się o tym prze­ko­nać. Dla nich War­sza­wa to na­dal sza­ry post­so­wiec­ki mo­loch, skąd już nie­da­le­ko do gra­ni­cy z Bia­ło­ru­sią. Krót­ko mó­wiąc, wciąż moż­na po­dzie­lić 38 mi­lio­nów oby­wa­te­li Pol­ski na dwa mi­lio­ny war­sza­wia­ków i 36 mi­lio­nów an­ty­war­sza­wia­ków.

Przy­zna­ję, ja też za­ko­cha­łem się naj­pierw w Kra­ko­wie. Kra­ków jest cu­dow­ny – bez dwóch zdań! Ale za­raz po­tem trze­ba je­chać do War­sza­wy. Na Kra­ków wy­star­czą dwa dni, na War­sza­wę... no nie wiem, ja je­stem tu już po­nad dwa­dzie­ścia lat i wciąż nie znam wszyst­kie­go. Kra­ków to lu­kro­wa­ny ba­śnio­wy świat, któ­ry ja­kimś cu­dem unik­nął po­żo­gi wo­jen­nej. War­sza­wa na­to­miast jest sym­bo­lem krwa­wej hi­sto­rii Pol­ski XX wie­ku, ale przede wszyst­kim obec­nych cza­sów, za­dzi­wia­ją­ce­go bo­omu go­spo­dar­cze­go po roku 1989. Jej spe­cy­fi­kę pod­kre­śla­ją nie­tu­zin­ko­wi miesz­kań­cy, któ­rzy – w prze­ci­wień­stwie do kra­ku­sów – cier­pią na bar­dzo sym­pa­tycz­ny kom­pleks niż­szo­ści. Taka ce­cha to ewe­ne­ment w ska­li świa­to­wej, bo miesz­kań­cy sto­li­cy za­zwy­czaj pę­ka­ją z dumy i lo­kal­ne­go pa­trio­ty­zmu. Dla tu­ry­stów to na pew­no dar z nie­bios: war­sza­wia­cy, bar­dzo nie­pew­ni ran­gi swe­go mia­sta, przyj­mą ich z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. W Kra­ko­wie zaś gi­niesz w tu­ry­stycz­nych tłu­mach pę­dzą­cych po Ryn­ku. O ile je­steś więc ty­po­wym tu­ry­stą, dla któ­re­go tłum in­nych tu­ry­stów jest nie­za­prze­czal­nym do­wo­dem war­to­ści za­byt­ków – za­cznij od Kra­ko­wa. War­sza­wa to mia­sto dla za­awan­so­wa­nych tra­we­ler­sów, któ­rzy nie wpad­ną w pa­ni­kę, gdy przy Gro­bie Nie­zna­ne­go Żoł­nie­rza za­uwa­żą, że tak na­praw­dę są w tej chwi­li je­dy­ny­mi tu­ry­sta­mi na tym gi­gan­tycz­nym pla­cu.

Operacja „Blitzbesuch”

Na dwor­cu w Stut­t­gar­cie wi­dzia­łem nie­daw­no bil­l­bo­ard ko­lei nie­miec­kich, re­kla­mu­ją­cy po­dróż do War­sza­wy po­cią­giem Ber­lin-War­sza­wa-Express: „Bi­le­ty już od 29 euro!”. Mu­szę przy­znać, że tak od­waż­ny mar­ke­ting tuż przy szwaj­car­skiej gra­ni­cy chwy­cił mnie za ser­ce. Dzię­ku­ję Ci, Deut­sche Bahn! Ze wszyst­kich są­sia­du­ją­cych z Niem­ca­mi kra­jów War­sza­wa na pew­no jest naj­mniej zna­ną sto­li­cą. W me­diach sły­szy się o niej wła­ści­wie tyl­ko wte­dy, gdy mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych skła­da swo­je­mu pol­skie­mu ko­le­dze po fa­chu dwu­go­dzin­ną wi­zy­tę. Wte­dy ten i ów czy­tel­nik ga­zet może so­bie po­my­śleć, że mi­ni­ster już tam do­brze wie, dla­cze­go nie za­trzy­mu­je się wsto­li­cy Pol­ski na dłu­żej...

A to dziw­ne, bo prze­cież z Ber­li­na do War­sza­wy jest przy­sło­wio­wy rzut be­re­tem. Sześć­set ki­lo­me­trów – w sam raz tyle, co do Ko­lo­nii, tyl­ko w od­wrot­nym kie­run­ku. Po­dróż sa­mo­lo­tem trwa za­le­d­wie go­dzi­nę, po­cią­giem nie­ca­łe sześć. Sa­mo­cho­dem, po no­wej au­to­stra­dzie, też się je­dzie szyb­ko i wy­god­nie, prze­kra­cza­jąc gra­ni­cę bez żad­nych kon­tro­li. Wy­ru­sza­jąc spod Bra­my Bran­den­bur­skiej przed po­łu­dniem, jest się na obiad w Po­zna­niu, gdzie moż­na zro­bić so­bie krót­ki spa­cer po sta­rów­ce. Na pod­wie­czo­rek war­to za­wi­nąć do Ło­dzi, spo­koj­nie wy­star­czy cza­su na wi­zy­tę w ele­ganc­kiej „Ma­nu­fak­tu­rze”. Wie­czo­rem na­szym oczom uka­zu­je się mi­ga­ją­ca czer­wo­nym świa­tłem igli­ca Pa­ła­cu Kul­tu­ry – chy­ba że prze­sła­nia ją aku­rat syl­wet­ka wie­żow­ca Lie­be­skin­da. Sa­mo­chód naj­le­piej za­par­ko­wać pod Pa­ła­cem Kul­tu­ry, na pla­cu De­fi­lad. Bez oba­wy – par­king jest strze­żo­ny, a licz­ba kra­dzie­ży w ostat­niej de­ka­dzie spa­dła o całe 75 pro­cent. (Draż­li­wy te­mat od razu z gło­wy: sieć obuw­ni­cza De­ich­mann, ma­ją­ca w Pol­sce po­nad 200 skle­pów, od­no­to­wu­je co roku naj­mniej­szą licz­bę kra­dzie­ży skle­po­wych ze wszyst­kich swo­ich fi­lii w Eu­ro­pie).

Szok na tarasie

Pa­łac Kul­tu­ry jest naj­bar­dziej zna­ną bu­dow­lą w Pol­sce i we­dług mnie naj­pięk­niej­szym dra­pa­czem chmur w Eu­ro­pie. Uro­czy­ście otwar­ty w 1955 roku Pa­łac Kul­tu­ry i Na­uki im. Sta­li­na (ów­cze­sna na­zwa) był za­raz po wie­ży Eif­fla dru­gą co do wiel­ko­ści bu­dow­lą Sta­re­go Kon­ty­nen­tu. Jego pięk­no uwi­dacz­nia się naj­bar­dziej nocą, kie­dy to war­szaw­ski ko­los pod­świe­tla­ny sur­re­ali­stycz­nym świa­tłem mie­ni się od­cie­nia­mi fio­le­tu, zie­le­ni i ko­bal­tu. Zwie­dza­nie mia­sta trze­ba za­cząć obo­wiąz­ko­wo od wjaz­du na jego ta­ras wi­do­ko­wy.

Ale uwa­ga, wca­le nie tak ła­two do­stać się do środ­ka. Nie­je­den tu­ry­sta błą­ka się do­oko­ła bu­dyn­ku, za­cho­dząc po ko­lei do jed­nej z jego od­nóg, tra­fia­jąc a to do te­atru czy Mu­zeum Tech­ni­ki, a to do Sali Kon­gre­so­wej czy pły­wal­ni. Wej­ście głów­ne znaj­du­je się, pa­trząc od dwor­ca, pod dru­giej stro­nie bu­dyn­ku, a strze­gą go dwie nie­na­tu­ral­nej wiel­ko­ści po­sta­ci. Pierw­sza rzeź­ba przed­sta­wia Ada­ma Mic­kie­wi­cza, któ­ry ma sym­bo­li­zo­wać pol­ską kul­tu­rę, dru­ga zaś Mi­ko­ła­ja Ko­per­ni­ka, któ­ry w Pol­sce uzna­wa­ny jest za Po­la­ka i sym­bo­li­zu­je na­ukę. Idzie­my parę stop­ni do góry i znaj­du­je­my się przy ka­sie sprze­da­ją­cej bi­le­ty (12 zł) na ta­ras. Szyb­ko­bież­ną win­dą je­dzie się po­tem do góry, po­ko­nu­jąc 114 me­trów w 30 se­kund. Win­dziar­ka sie­dzi na wy­so­kim jak w ba­rze stoł­ku i jest cał­kiem atrak­cyj­ną ko­bie­tą, mimo że ma śmier­tel­nie znu­dzo­ny wy­raz twa­rzy. Pa­trzy pu­stym wzro­kiem na gu­zi­ki kon­so­le­ty. Trze­ba ją ko­niecz­nie za­ga­dy­wać, bo wte­dy oży­wia się i chęt­nie wy­mie­nia wszyst­kie moż­li­we szcze­gó­ły tech­nicz­ne, przy­kła­do­wo, że wy­so­kość pa­ła­cu wy­no­si 243 me­try.

– Jak to, nie 230, wszę­dzie pi­szą 230?

– Nie, bo jest jesz­cze igli­ca!

Do­je­chaw­szy na górę, ko­bie­ta jest już w siód­mym nie­­bie – po za­le­d­wie 30 se­kun­dach! Tak szyb­ko zmie­nia się na­strój w War­sza­wie, o czym bę­dzie się moż­na prze­ko­nać jesz­cze nie­je­den raz. Ni­g­dy nie na­le­ży dać się zwieść smut­nym ob­li­czom, za każ­dym ra­zem trze­ba nie­stru­dze­nie wy­ko­nać pierw­szy ruch! Ta ma­ska na twa­rzy to chy­ba post­ko­mu­ni­stycz­ne dzie­dzic­two, wie­lu lu­dzi wciąż jesz­cze ją so­bie na­kła­da, wy­cho­dząc z domu, co nie ozna­cza, że im to spra­wia ra­dość. Wręcz prze­ciw­nie – są wdzięcz­ni każ­de­mu, kto po­zwo­li im się jej po­zbyć – naj­le­piej za po­mo­cą hu­mo­ru. (Być może dla­te­go zna­ni ak­to­rzy z te­le­wi­zji cie­szą się tu taką sym­pa­tią. W ich obec­no­ści moż­na się wresz­cie po­ka­zać od lep­szej, bar­dziej ludz­kiej stro­ny).

Wi­dok z ta­ra­su roz­ta­cza się na całe mia­sto i przy do­brej po­go­dzie obej­mu­je na­wet da­le­kie za­kąt­ki Ni­zi­ny Ma­zo­wiec­kiej. Nie­ste­ty, o ile mi wia­do­mo, z tej per­spek­ty­wy nikt się jesz­cze w War­sza­wie nie za­ko­chał. Na­wet przy naj­szczer­szych chę­ciach trud­no na­zwać to mo­rze be­to­nu ro­man­tycz­nym wi­docz­kiem, jest ono wy­ni­kiem to­tal­nej de­struk­cji do­ko­na­nej przez Niem­ców, a za­raz po woj­nie sta­ło się pla­cem za­baw dla ar­chi­tek­tów so­cre­ali­zmu. W mo­jej pierw­szej książ­ce uzna­łem War­sza­wę, obok Ti­ra­ny i Bu­ka­resz­tu, za naj­brzyd­sze mia­sto Eu­ro­py. Dziś biję się w pier­si: ni­g­dy nie by­łem w Ti­ra­nie ani w Bu­ka­resz­cie i dla­te­go chciał­bym mo­ich licz­nych al­bań­skich i ru­muń­skich czy­tel­ni­ków, któ­rzy od lat za­sy­pu­ją mnie gniew­ny­mi ma­ila­mi, usil­nie pro­sić o wy­ba­cze­nie. Ujmę to jesz­cze raz, ale o wie­le ostroż­niej: ze wszyst­kich zna­nych mi brzyd­kich miast naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­ca jest War­sza­wa. Brzmi to okrut­nie, dla­te­go spie­szę wy­ja­śnić: a może wła­śnie w brzyd­kich mia­stach żyje się o wie­le cie­ka­wiej niż w pięk­nych? W moim przy­pad­ku się to na pew­no spraw­dzi­ło. W Kra­ko­wie nie wy­trzy­ma­łem dłu­żej niż kil­ka mie­się­cy, we Flo­ren­cji tyl­ko kil­ka dni. W War­sza­wie zaś czu­ję się do­brze i na pew­no wiem jed­no: gdy­by nie War­sza­wa, to bym ni­g­dy nie zo­stał w Pol­sce aż tyle lat.

Poza tym mogę obie­cać, że mia­sto nie jest tak nie­atrak­cyj­ne, na ja­kie wy­glą­da z lotu pta­ka. Są tu pięk­ne za­kąt­ki, ale na ich od­kry­cie po­trze­ba albo dużo cza­su, albo prze­wod­ni­ka, któ­ry nam je po­ka­że. W prze­ciw­nym ra­zie nie po­zo­sta­nie nic in­ne­go, jak po dwóch go­dzi­nach wy­je­chać stąd roz­cza­ro­wa­nym i za­wie­dzio­nym. Nie na­le­ży dać się zwieść pierw­sze­mu wra­że­niu!

Ale na­wet z góry moż­na wy­pa­trzyć coś atrak­cyj­ne­go. Bar­dzo oka­za­ły jest na przy­kład nowy Sta­dion Na­ro­do­wy, wy­bu­do­wa­ny po dru­giej stro­nie Wi­sły na Mi­strzo­stwa Eu­ro­py w 2012 roku. Pro­szę wy­ba­czyć ko­lej­ny za­chwyt – ale to dla mnie naj­pięk­niej­szy sta­dion pił­kar­ski na świe­cie. Zwłasz­cza wie­czo­rem, kie­dy pa­ne­le mi­go­cą bia­łym i czer­wo­nym bla­skiem, od razu ci­śnie mi się na usta mój ulu­bio­ny pol­ski kom­ple­ment: bom­ba!

Noga na gaz

Prze­mia­na War­sza­wy z brzyd­kie­go ka­cząt­ka w do­rod­ne­go ła­bę­dzia na­stą­pi­ła w tak krót­kim cza­sie, że mało kto w Pol­sce zdał so­bie z tego spra­wę, nie mó­wiąc już o Eu­ro­pie. W Niem­czech na pew­no nikt nie wie, jak szyb­ko War­sza­wa zmie­ni­ła się na lep­sze. Ow­szem, Eu­ro­ci­ty z Ber­li­na ma cza­sem kom­plet pa­sa­że­rów, ale jadą nim prze­waż­nie prze­bo­jo­wi in­dy­wi­du­ali­ści, biz­nes­me­ni w de­le­ga­cji lub Po­la­cy z za­gra­ni­cy, któ­rzy uda­ją się na urlop do oj­czy­zny. Nie­kie­dy spo­ty­ka się rów­nież nie­miec­kie wy­ciecz­ki szkol­ne oraz gru­py eme­ry­tów, ale zwy­kle są one prze­jaz­dem do Kra­ko­wa czy na Ma­zu­ry. Wspo­mnia­ny na po­cząt­ku ko­le­ga Sören, któ­re­go po wie­lu za­bie­gach uda­ło mi się zwa­bić do War­sza­wy, po­szedł na Sta­rów­kę, usiadł w ka­wiar­ni i usły­szał od kel­ner­ki ta­kie oto py­ta­nie:

– Are you here for bu­si­ness or ho­li­days?

– For ho­li­days.

– You are the first one!

Być może tu­ry­stycz­na po­su­cha jest zwią­za­na z ne­ga­tyw­nym wi­ze­run­kiem mia­sta, bo fak­tycz­nie wszel­kie sko­ja­rze­nia są po­nu­re: get­to war­szaw­skie, po­wsta­nie war­szaw­skie, Układ War­szaw­ski. W Niem­czech naj­bar­dziej zna­ne sko­ja­rze­nie war­szaw­skie to na pew­no uklęk­nię­cie Wil­ly’ego Brand­ta z 1970 roku, ale tu moż­na by dłu­go dys­ku­to­wać, czy to po­zy­tyw­na, czy ne­ga­tyw­na ko­no­ta­cja.

Jest jed­nak wię­cej prze­szkód sto­ją­cych na dro­dze do roz­kwi­tu tu­ry­sty­ki za­gra­nicz­nej. War­sza­wa cią­gle jesz­cze pła­ci za nie­ko­rzyst­ny wi­ze­ru­nek Pol­ski. Krót­ko mó­wiąc, nikt nie chce je­chać do War­sza­wy, bo ge­ne­ral­nie boi się Pol­ski – gra­su­je tam po­noć bie­da i sza­rzy­zna. Kra­ków i Ma­zu­ry? Chwa­leb­ne wy­jąt­ki... Ob­raz Fran­cji przed­sta­wia się od­wrot­nie: Pa­ryż przy­ćmie­wa swym bla­skiem cały kraj. Głów­nym ma­gne­sem jest wła­śnie sto­li­ca, a przy oka­zji moż­na ro­zej­rzeć się jesz­cze tro­chę po oko­li­cy. Fran­cja żyje z Pa­ry­ża – War­sza­wa cier­pi przez Pol­skę.

Do tego do­cho­dzi jesz­cze ba­rie­ra geo­gra­ficz­na: War­sza­wa leży 500 ki­lo­me­trów na wschód od nie­miec­kiej gra­ni­cy, co po­wo­du­je fa­tal­ne nie­po­ro­zu­mie­nia. Wie­lu ber­liń­czy­ków mia­ło nie­raz ocho­tę zo­ba­czyć, co sły­chać u ich wschod­nich są­sia­dów, wy­ru­sza­ło więc w dro­gę, po­peł­nia­jąc przy tym kar­dy­nal­ny błąd. Ogra­ni­cza­li bo­wiem re­ko­ne­sans do te­re­nów przy­gra­nicz­nych na za­cho­dzie Pol­ski. A po po­wro­cie do Ber­li­na re­la­cjo­no­wa­li z iro­nią w gło­sie: „Pol­ska to głę­bo­ka pro­win­cja, ale za to pa­pie­ro­sy mają tam ta­nie”.

Odległość z Berlina do Warszawy jest taka sama jak ze stolicy Niemiec do Kolonii

Naj­gor­sze jest to, że taka opi­nia nie do koń­ca mija się z praw­dą. Od Szcze­ci­na po Zgo­rze­lec cią­gnie się sze­ro­ki pas, na któ­rym znaj­du­ją się ta­nie sta­cje ben­zy­no­we, ba­za­ry z tan­de­tą i bur­de­le dla ti­row­ców. Re­gion przy­gra­nicz­ny, któ­ry oczy­wi­ście ma rów­nież pięk­ne za­kąt­ki, w oczach Niem­ców na­da­je się tyl­ko do krę­ce­nia se­ria­li kry­mi­nal­nych. Stąd moja rada dla ber­liń­czy­ków, któ­rzy nie mają naj­lep­szych wspo­mnień z pierw­szej wy­ciecz­ki do Pol­ski: nie uwa­żaj­cie się za „znaw­ców Pol­ski”, ale za­ry­zy­kuj­cie ko­lej­ny wy­pad, tym ra­zem za Frank­fur­tem noga na gaz, a do­pie­ro po trzech go­dzi­nach na ha­mu­lec! Ta­kie trak­to­wa­nie pe­da­łu gazu to ge­ne­ral­nie w Pol­sce pod­sta­wo­wa za­sa­da po­ru­sza­nia się po dro­gach. Kto pierw­szy ha­mu­je, ten prze­gry­wa. Sor­ry, ale wła­śnie dla­te­go wolę w tym kra­ju jeź­dzić ko­le­ją…

2. Mój układ warszawski

Dworzec dla troglodytów

W kwiet­niu 1993 roku po raz pierw­szy wy­bra­łem się do War­sza­wy. Zgło­si­łem się na stu­denc­ką kon­fe­ren­cję z oka­zji 50. rocz­ni­cy po­wsta­nia w get­cie war­szaw­skim. Wśród uczest­ni­ków mia­ło być 30 Niem­ców, 30 Po­la­ków i 30 Ży­dów z ca­łe­go świa­ta. Kon­fe­ren­cja przy­szła jak na za­wo­ła­nie, ide­al­na oka­zja, by po­znać War­sza­wę. Za­kwa­te­ro­wa­nie i wy­ży­wie­nie było gra­tis, mu­sia­łem opła­cić tyl­ko po­dróż. Nie mia­łem już ta­kiej tre­my przed wy­jaz­dem jak jesz­cze mie­siąc temu, kie­dy to po raz pierw­szy je­cha­łem do Pol­ski. Uda­łem się wte­dy do Kra­ko­wa na dwu­ty­go­dnio­wy kurs ję­zy­ko­wy. Wszyst­ko po­szło jak z płat­ka. Po pierw­sze nie zo­sta­łem okra­dzio­ny, po dru­gie do­wie­dzia­łem się, że wy­star­czą za­le­d­wie trzy pol­skie sło­wa, by tu­byl­ców wpra­wić w eks­ta­zę. Po­tra­fi­łem po­wie­dzieć „dzień do­bry” i „prze­pra­szam”. I to wy­star­czy­ło – tak Po­la­kom, jak i Niem­com. Po po­wro­cie do Ber­li­na za­pro­si­łem paru przy­ja­ciół do mo­je­go opa­la­ne­go wę­glem miesz­ka­nia na Pren­zlau­er Ber­gu i rzu­ci­łem im szpa­ner­sko na po­wi­ta­nie: „Dzień do­bry prze­pra­szam, prze­pra­szam dzień do­bry”. Zna­jo­mi marsz­czy­li brwi z nie­do­wie­rza­nia – co on gada! Pod ko­niec wie­czo­ru okrzyk­nę­li mnie „ta­len­tem ję­zy­ko­wym”.

Po­dróż na mię­dzy­na­ro­do­wą kon­fe­ren­cję za­czę­ła się na sta­cji Lich­ten­berg, naj­bar­dziej wy­su­nię­tym na wschód dwor­cu Ber­li­na. Tak jak mie­siąc temu, gdy je­cha­łem do Kra­ko­wa, zno­wu wsia­dłem do wiel­kich zie­lo­nych wa­go­nów PKP, wy­pro­du­ko­wa­nych w cza­sach, kie­dy moi ro­dzi­ce jesz­cze się nie zna­li. Za­ją­łem grzecz­nie miej­sce w prze­dzia­le, zgod­nie ze wska­za­niem na bi­le­cie. (Dziś już nie za­przą­tam so­bie tym gło­wy, lecz pę­dzę od razu do War­su).

W prze­dzia­le sie­dział ze mną Po­lak, oko­ło sześć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna, któ­ry świet­nie wła­dał nie­miec­kim, bo od wie­lu lat miesz­kał w Za­głę­biu Ruh­ry. Opo­wia­dał mi o naj­bar­dziej ele­ganc­kiej dziel­ni­cy War­sza­wy, pra­wo­brzeż­nej Sa­skiej Kę­pie. Oczy­wi­ście sam był jej miesz­kań­cem. Gdy tak za­chwa­lał uro­ki tej dziel­ni­cy oraz ca­łe­go swo­je­go kra­ju, za­sta­na­wia­łem się, skąd u nie­go taki mi­sjo­nar­ski za­pał. Za­kła­dał chy­ba, że mam nie naj­lep­sze zda­nie o jego kra­ju. Nic bar­dziej błęd­ne­go! Czy wła­śnie nie dla­te­go tam je­cha­łem, że o Pol­sce nie wie­dzia­łem pra­wie nic, że chcia­łem od­kryć eg­zo­tycz­ny kraj i pójść pod prąd? Nie­ste­ty, czę­sto dziś wi­dzę u sie­bie to samo. Gdy ktoś mnie pyta o Pol­skę, wy­gła­szam nie­koń­czą­ce się pe­any, za­miast spo­koj­nie ży­wić na­dzie­ję, że mój in­ter­lo­ku­tor nie jest ma­in­stre­amo­wym tu­ry­stą. Oto ty­po­wy ob­jaw pol­skie­go kom­plek­su niż­szo­ści, któ­ry rów­nież mną za­wład­nął już bez resz­ty…

Gdy po­ciąg zbli­żał się do War­sza­wy, męż­czy­zna ży­czył mi po­wo­dze­nia. Mo­gło nie­wąt­pli­wie się przy­dać. Bo na­gle zda­rzy­ło się coś, co wy­trą­ci­ło mnie zu­peł­nie z rów­no­wa­gi. Bez­po­śred­nio przed dwor­cem War­sza­wa Cen­tral­na po­ciąg wje­chał do tu­ne­lu – i już tam po­zo­stał. Za­trzy­ma­li­śmy się na pod­ziem­nym pe­ro­nie! Pierw­szy raz prze­ży­łem coś ta­kie­go. Ja­skra­we świa­tło neo­nów od­bi­ja­ło się na wy­bla­kłej mar­mu­ro­wej po­sadz­ce, czuć było gro­zę, jak­by czło­wiek tra­fił do taj­ne­go la­bo­ra­to­rium ja­kie­goś zwa­rio­wa­ne­go pro­fe­so­ra.

Na krawędzi

Tasz­cząc ple­cak, mo­zol­nie sze­dłem po (nie)ru­cho­mych scho­dach na górę. W wy­so­kiej, opu­sto­sza­łej wie­czo­rem hali na­tar­czy­we go­łę­bie la­ta­ły mi nad gło­wą. Wszę­dzie czuć było jesz­cze ko­mu­ni­stycz­ną stę­chli­zną. Na ze­wnątrz wca­le nie było le­piej: kil­ka sta­rych la­tarń świe­cą­cych sła­bym po­ma­rań­czo­wym bla­skiem, mo­rze re­flek­to­rów su­ną­cych przede mną aut, pę­dzą­cych sze­ścio­pa­smo­wą ar­te­rią, prze­cię­tą nie­opo­dal be­to­no­wym wia­duk­tem. Su­per, po­my­śla­łem – cen­trum mia­sta, a tu roz­jazd jak na au­to­stra­dzie! W po­bli­żu nie było żad­ne­go przej­ścia czy kład­ki dla pie­szych. Sta­łem na wy­spie ze­wsząd oto­czo­nej wzbu­rzo­nym mo­rzem. I jak tu przejść na dru­gą stro­nę? Zresz­tą dziś wca­le nie jest le­piej: dwor­ca strze­gą na­dal trzy sze­ro­kie ar­te­rie oraz pę­tla dla au­to­bu­sów. Sta­łem bez­rad­ny jak dziec­ko. W koń­cu za­ci­sną­łem ręce na ra­mio­nach ple­ca­ka i bra­wu­ro­wo wsko­czy­łem na sze­ścio­pa­smów­kę, mię­dzy świa­tła roz­pę­dzo­nych aut. Dy­go­cąc ze stra­chu do­tar­łem na dru­gą stro­nę pod pierw­szy dra­pacz chmur, ho­tel Mar­riott. Poza mną nikt nie prze­dzie­rał się w ten spo­sób. Jak za­tem po­ra­dzi­li so­bie inni pa­sa­że­ro­wie? I wte­dy zo­ba­czy­łem ich nie­spiesz­nie wy­cho­dzą­cych z głę­bi pod­ziem­ne­go przej­ścia. Nie tyl­ko pod dwor­cem, ale też pod są­sied­ni­mi skrzy­żo­wa­nia­mi – wszę­dzie, o zgro­zo, były tu­ne­le! Po pro­stu za­raz po wyj­ściu z po­cią­gu nie­po­trzeb­nie uda­łem się do nad­ziem­nej hali dwor­co­wej. Tu­byl­cy na­wet tam nie za­cho­dzą, tyl­ko po­zo­sta­ją pod zie­mią i pę­dzą z pe­ro­nu bez­po­śred­nio do jed­ne­go z przejść pod­ziem­nych, któ­re pro­wa­dzą do mia­sta. Oto pierw­sza z ta­jem­nic War­sza­wy…

Konferencja dla ludzi o mocnych nerwach

Z dwor­ca po­ma­sze­ro­wa­łem przez wy­mar­łe, oświe­tlo­ne sła­bym po­ma­rań­czo­wym świa­tłem la­tarń śród­mie­ście. Ho­tel znaj­do­wał się nad Wi­słą, tak na­praw­dę nie był to ho­tel, tyl­ko „Dom Na­uczy­cie­la”, taki tro­chę lep­szy aka­de­mik. Po­sze­dłem do re­cep­cji. Za zwy­czaj­nym sto­łem sie­dzia­ła tam bar­dzo atrak­cyj­na ru­do­wło­sa stu­dent­ka. Była ucze­sa­na na boba i mia­ła na so­bie sre­brzy­ście po­ły­sku­ją­cą bluz­kę. Rzu­ciw­szy okiem na li­stę go­ści, oświad­czy­ła mi, że będę miesz­kał ra­zem z człon­kiem gru­py ży­dow­skiej, któ­ry przy­je­chał z Ka­na­dy. Cel tej kon­fe­ren­cji jest taki, po­wie­dzia­ła, żeby prze­mie­szać na­sze gru­py.

Za­nio­słem więc ple­cak do po­ko­ju. Było to nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie z dwo­ma łóż­ka­mi. Mo­je­go współ­lo­ka­to­ra jesz­cze nie było, stał tyl­ko jego ple­cak opar­ty o ścia­nę. Chło­pak przy­szedł do­pie­ro póź­ną nocą, kie­dy już spa­łem. Ale na tyle się prze­bu­dzi­łem, by do­tar­ło do mnie, że spa­ko­wał swo­je rze­czy i opu­ścił po­kój. Nie po­dej­rze­wa­łem nic złe­go. Do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia do­wie­dzia­łem się od zbi­tej z tro­pu re­cep­cjo­nist­ki, że ów Ka­na­dyj­czyk w żad­nym ra­zie nie miał za­mia­ru dzie­lić po­ko­ju z Niem­cem.

Na­wet nie by­łem zły, po­czu­łem tyl­ko coś w ro­dza­ju lek­kie­go dresz­czy­ku hi­sto­rii. To był ten pierw­szy raz, kie­dy oso­bi­ście mu­sia­łem po­nieść po­ku­tę za zbrod­nie Au­schwitz. Inni człon­ko­wie gru­py ży­dow­skiej po ci­chu pró­bo­wa­li mnie jed­nak po­cie­szać. Dwóch chor­wac­kich Ży­dów po­szło ze mną na prze­chadz­kę po Sta­rów­ce. Pod­czas spa­ce­ru dali mi do zro­zu­mie­nia, że to wro­gie na­sta­wie­nie wo­bec Niem­ców nie jest w żad­nym ra­zie ce­chą ca­łej gru­py ży­dow­skiej. Tych trzy­dzie­stu lu­dzi to skła­dan­ka z ca­łe­go świa­ta, wro­go na­sta­wie­ni byli tyl­ko Ży­dzi ame­ry­kań­scy i ka­na­dyj­scy. Naj­sym­pa­tycz­niej­si byli za to de­le­ga­ci z Izra­ela.

Kon­fe­ren­cja trwa­ła cały ty­dzień, prze­wi­dy­wa­ła też oczy­wi­ście udział w uro­czy­sto­ściach upa­mięt­nia­ją­cych 50. rocz­ni­cę wy­bu­chu po­wsta­nia w get­cie war­szaw­skim, pod­czas któ­rych za­bra­li głos pre­zy­dent Lech Wa­łę­sa i pre­mier Izra­ela Ic­chak Ra­bin. Na­stęp­ne­go dnia, gdy prze­ci­ska­łem się wśród tłu­mu dzien­ni­ka­rzy przy po­mni­ku ofiar Umschlag­plat­zu, spo­czął na mnie znie­nac­ka wzrok Ic­cha­ka Ra­bi­na – ni­g­dy nie za­po­mnę tych jego prze­ni­kli­wych nie­bie­skich oczu.

Przed­ostat­nie­go dnia ob­rad gru­pa ży­dow­ska zwo­ła­ła nad­zwy­czaj­ne po­sie­dze­nie wszyst­kich dzie­więć­dzie­się­ciu człon­ków kon­fe­ren­cji i za­pro­po­no­wa­ła, by na ko­niec wspól­nie po­je­chać do Oświę­ci­mia. Roz­po­czę­ła się za­żar­ta dys­ku­sja, gdyż zmia­na ta ozna­cza­ła do­dat­ko­we kosz­ty, płat­ne oczy­wi­ście z wła­snej kie­sze­ni. Jak wszy­scy po­ja­dą, to bę­dzie ta­niej. Jed­nak więk­szość Po­la­ków nie mia­ła ocho­ty na wy­jazd, bo już tam była. Na­gle cała spra­wa przy­bra­ła za­trwa­ża­ją­cy ob­rót, wy­szły na wierzch rze­czy, któ­re już od kil­ku dni wi­sia­ły w po­wie­trzu. Po­szło o kwe­stię, kto wię­cej wy­cier­piał pod­czas woj­ny: Po­la­cy czy Ży­dzi. Jed­na z pol­skich stu­den­tek wy­szła z sali, za­no­sząc się pła­czem: ona nie po­je­dzie, cho­ciaż jej dzia­dek też zgi­nął w Au­schwitz. Ona już dłu­żej nie znie­sie za­własz­cza­nia Au­schwitz przez Ży­dów. Niech Ży­dzi so­bie nie my­ślą, że są je­dy­ny­mi ofia­ra­mi Au­schwitz!

My Niem­cy nie wda­wa­li­śmy się w dys­ku­sję albo naj­wy­żej pró­bo­wa­li­śmy po­śred­ni­czyć w spo­rze, ale Po­la­cy i Ży­dzi nie przy­ję­li na­szej po­mo­cy. „Daj­cie spo­kój, to na­sza spra­wa”.

Sta­nę­ło na tym, że na­stęp­ne­go ran­ka zo­sta­nie pod­sta­wio­ny je­den au­to­kar. Ale poza gru­pą ży­dow­ską za­bra­ło się tyl­ko kil­ku Po­la­ków i Niem­ców. Ja aku­rat zde­cy­do­wa­łem się po­je­chać, bo w owym cza­sie jed­no­znacz­nie sta­łem po stro­nie ży­dow­skiej. Za­cho­wa­nie Po­la­ków wy­da­wa­ło mi się skan­da­licz­ne.

Do­świad­cze­nia z kon­fe­ren­cji nie od­wio­dły mnie jed­nak od po­my­słu, by parę mie­się­cy póź­niej prze­pro­wa­dzić się osta­tecz­nie do War­sza­wy. Po głęb­szym na­my­śle moż­na stwier­dzić, że kon­fe­ren­cja oka­za­ła się dla mnie do­świad­cze­niem za­ska­ku­ją­co po­zy­tyw­nym: pół wie­ku po woj­nie mo­głem so­bie spo­koj­nie spa­ce­ro­wać po War­sza­wie, nie oba­wia­jąc się ja­kich­kol­wiek za­rzu­tów. Wręcz prze­ciw­nie – Po­la­cy i Ży­dzi po­kle­py­wa­li mnie przy­ja­ciel­sko po ra­mie­niu i za­pew­nia­li, że woj­na na­le­ży już do prze­szło­ści. Wte­dy po raz pierw­szy za­świ­ta­ła mi w gło­wie myśl, że je­stem be­ne­fi­cjen­tem do­brej po­li­ty­ki Nie­miec po woj­nie. Kanc­lerz Wil­ly Brandt i całe jego po­ko­le­nie wy­ko­na­ło ka­wał do­brej ro­bo­ty.

Mała cie­ka­wost­ka dla zwie­dza­ją­cych byłe get­to: w roku 2000 nie­da­le­ko po­mni­ka Bo­ha­te­rów Get­ta, przed któ­rym Wil­ly Brandt 7 grud­nia 1970 roku spon­ta­nicz­nie uklęk­nął, zo­stał po­sta­wio­ny dru­gi oka­za­ły po­mnik, upa­mięt­nia­ją­cy to wy­da­rze­nie. Ten po­mnik jest czymś nie­zwy­kłym, bo jest po­mni­kiem wy­da­rze­nia przy po­mni­ku, czy­li me­ta­po­mni­kiem, chy­ba uni­ka­to­wym na ca­łym świe­cie. Poza tym, je­śli się nie mylę, to je­dy­ny w War­sza­wie po­mnik po­świę­co­ny Niem­co­wi.

3. Z Krakowa do Warszawy

Późniak

Żyli so­bie daw­no temu Wars i Sawa, pro­ści ry­ba­cy, za­miesz­ku­ją­cy mo­kra­dła nad Wi­słą. Pew­ne­go wie­czo­ra na­tknę­li się w przy­brzeż­nych za­ro­ślach na nie­co wy­stra­szo­ne­go mło­de­go księ­cia o imie­niu Zie­mo­wit, któ­ry za­gu­bił się pod­czas po­lo­wa­nia. Mał­żon­ko­wie za­pro­wa­dzi­li księ­cia do swo­jej chat­ki, po­czę­sto­wa­li skrom­ną ko­la­cją, przy­go­to­wa­li po­sła­nie i na­za­jutrz po­ka­za­li mu, któ­rę­dy wy­do­stać się z ba­gien. W po­dzię­ko­wa­niu ksią­żę po­da­ro­wał im ka­wa­łek zie­mi, na któ­rym sta­ła ich chat­ka. Pięk­ne to były cza­sy, kie­dy za zwy­kłą go­ści­nę dzię­ko­wa­no nie­ru­cho­mo­ścia­mi z praw­dzi­we­go zda­rze­nia.

Je­śli ko­muś le­gen­da ta wy­da­je się tro­chę na­cią­ga­na, ten musi zmie­rzyć się z przy­naj­mniej dwie­ma teo­ria­mi na te­mat ety­mo­lo­gii na­zwy War­sza­wa. Jed­na z nich gło­si, że te­re­ny wzdłuż Wi­sły na­le­ża­ły do czło­wie­ka imie­niem „Warsz”, któ­re po­cho­dzi od sta­ro­pol­skie­go imie­nia „War­ci­sław” lub „Wro­ci­sław”. War­sza­wa ozna­cza­ła­by za­tem „te­re­ny War­sza”.

Dru­ga teo­ria wy­wo­dzi tę na­zwę nie z ję­zy­ka pol­skie­go, lecz z wy­mar­łe­go ję­zy­ka Pru­sów. „Wa­rza” zna­czy­ło u nich pu­łap­kę na ryby za­sta­wio­ną w po­przek rze­ki, a „saw” łódź ry­bac­ką z po­dziu­ra­wio­ną skrzyn­ką do prze­cho­wy­wa­nia ryb.

Dru­ga wer­sja świad­czy wy­raź­nie o tym, czym War­sza­wa nie­gdyś była – małą wio­ską ry­bac­ką nad Wi­słą. I taką po­zo­sta­ła, na­wet gdy Kró­le­stwo Pol­skie z Gnie­znem, Kra­ko­wem i Lu­bli­nem od daw­na było już li­czą­cym się w Eu­ro­pie pań­stwem. War­sza­wa była po pro­stu „póź­nia­kiem”. Pierw­sze wzmian­ki o niej po­cho­dzą do­pie­ro z roku 1281.

A co w koń­cu spra­wi­ło, że mała nad­wi­ślań­ska wio­ska sta­ła się w cią­gu ko­lej­nych stu­le­ci sto­li­cą naj­więk­sze­go po­wierzch­nio­wo pań­stwa re­ne­san­so­wej Eu­ro­py? Przede wszyst­kim po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne: po pierw­sze znaj­do­wa­ła się w tym miej­scu wy­so­ka skar­pa wi­śla­na. Skar­pa to oko­ło dwu­dzie­sto-, trzy­dzie­sto­me­tro­wy klif, któ­ry od ostat­nie­go zlo­do­wa­ce­nia two­rzy na­tu­ral­ną za­po­rę prze­ciw­po­wo­dzio­wą. Po dru­gie w „War­sza­wie” ist­niał płyt­ki bród na rze­ce, z któ­re­go szcze­gól­nie chęt­nie ko­rzy­sta­ły ka­ra­wa­ny ku­piec­kie zmie­rza­ją­ce do Ro­sji. Czyż samo się nie pro­si­ło, żeby na naj­wyż­szym punk­cie skar­py zbu­do­wać za­mek, w któ­rym prze­jeż­dża­ją­cy kup­cy uisz­cza­li­by myto? Od tego bro­du wzię­ła się poza tym na­zwa jed­nej z sied­miu sta­rych dziel­nic War­sza­wy – Bród­na. Już w XVI wie­ku po­wstał tam pierw­szy most na Wi­śle.

Sta­ry za­mek na skar­pie wi­śla­nej nie prze­trwał do na­szych cza­sów. Stał on w miej­scu, gdzie dziś znaj­du­je się Za­mek Ujaz­dow­ski. Naj­star­szą za­cho­wa­ną, a ści­ślej: od­bu­do­wa­ną po 1945 roku bu­dow­lą mia­sta jest dziś mały go­tyc­ki ko­śció­łek pod we­zwa­niem Zwia­sto­wa­nia NMP, wznie­sio­ny w 1409 roku.

Za tym sta­rym ko­ścio­łem roz­ta­cza się je­den z naj­pięk­niej­szych wi­do­ków na Wi­słę. Nie­ocze­ki­wa­nie prze­ciw­le­gły brzeg nie jest za­bu­do­wa­ny i wy­po­sa­żo­ny w pro­me­na­dę, lecz wciąż jesz­cze, tak jak ty­siąc lat temu, jest dzi­ki i po­ro­śnię­ty drze­wa­mi oraz krze­wa­mi. Pa­trząc wie­czo­rem przez lor­net­kę na pra­wą stro­nę Wi­sły, moż­na do­strzec tam po­dej­rza­ne ru­chy. Albo bę­dzie to je­den z licz­nych w War­sza­wie ama­to­rów jog­gin­gu, albo wę­drow­ny łoś. Po­waż­nie! Pod­czas je­sien­nych wę­dró­wek z pół­no­cy na po­łu­dnie Pol­ski ło­sie uła­twia­ją so­bie orien­ta­cję, po­dą­ża­jąc czę­sto wzdłuż Wi­sły, i już nie­je­den truch­ta­ją­cy war­sza­wiak zo­stał na­gle wy­prze­dzo­ny przez to do­stoj­ne zwie­rzę.

Płomienie przeznaczenia

A te­raz nie­co hi­sto­rii. Dla­cze­go wła­ści­wie prze­nie­sio­no sto­li­cę z Kra­ko­wa do War­sza­wy? W roku 1569 za­wią­za­ła się w Lu­bli­nie unia po­li­tycz­na mię­dzy Kró­le­stwem Pol­skim a Wiel­kim Księ­stwem Li­tew­skim, alians, któ­ry za­owo­co­wał po­wsta­niem naj­więk­sze­go po­wierzch­nio­wo pań­stwa w Eu­ro­pie. W trak­ta­cie za­pi­sa­no, że sejm bę­dzie zwo­ły­wa­ny w War­sza­wie, chcia­no bo­wiem po­słom li­tew­skim oszczę­dzić dłu­giej po­dró­ży do sto­li­cy, czy­li do Kra­ko­wa.

Za­le­d­wie 30 lat póź­niej, zimą 1596 roku, w Zam­ku Kró­lew­skim na Wa­we­lu wy­buchł po­żar, któ­re­go nie uda­ło się stłu­mić, bo woda do jego ga­sze­nia za­mar­z­ła. Ogień stra­wił spo­rą część zam­ku, cze­ka­ła go więc wie­lo­let­nia od­bu­do­wa. By uciec od jej nie­wy­gód, ów­cze­sny król Zyg­munt III Waza prze­niósł się wraz z ca­łym dwo­rem do War­sza­wy. Od tam­tej chwi­li fak­tycz­ną sto­li­cą Pol­ski sta­ła się War­sza­wa – choć jesz­cze do po­ło­wy XVIII wie­ku był nią ofi­cjal­nie Kra­ków, za­cho­wu­jąc pra­wo do ko­ro­na­cji nowo wy­bra­nych kró­lów. Jed­nak wład­ca re­zy­do­wał de fac­to w war­szaw­skim Zam­ku Kró­lew­skim, któ­re­go roz­bu­do­wę ukoń­czo­no w 1619 roku. Przez po­nad sto lat mo­nar­cho­wie prze­miesz­cza­li się cią­gle mię­dzy Kra­ko­wem a War­sza­wą. Za pa­no­wa­nia elek­to­rów sa­skich do­szła jesz­cze trze­cia re­zy­den­cja – w Dreź­nie.

Warszawiak z krwi i kości

A te­raz chciał­bym przed­sta­wić Pań­stwu mo­je­go przy­ja­cie­la Ryś­ka. Ry­siek ma…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej