Uwolnij mnie - Tahereh Mafi - ebook + książka

Uwolnij mnie ebook

Mafi Tahereh

0,0
47,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Rosabelle Wolff miała plan. Teraz pragnie zemsty.
Aby ocalić siostrę, musi wrócić tam, gdzie wszystko się zaczęło – do świata zbudowanego na kontroli, strachu i kłamstwach. W państwie, które uczy obywateli milczeć, Rosabelle nauczyła się zabijać... własne emocje. Ale gdy serce zaczyna bić szybciej, a myśli wymykają się spod kontroli, pojawia się on. Jedyna osoba, której nigdy nie powinna była zaufać.
James Anderson miał misję. Teraz ma tylko kłopoty.
Walka wymaga poświęceń, ale nikt nie chce mieć w drużynie byłej zabójczyni. Rosabelle stanowi dla niego zagadkę – skryty sojusznik, żywa broń i dziewczyna, której spojrzenie potrafi zatrzymać oddech. Miłość do niej już raz go złamała. Tym razem może zniszczyć wszystko, o co walczy.
Aaron Warner Anderson ma złe przeczucia.
Czuje, że coś nadchodzi – coś mroczniejszego niż sam system. Rosabelle przypomina mu o własnych demonach, a jej obecność rozsadza kruche układy sił. Nie potrafi jej rozgryźć, dopóki w jej pobliżu nie staje James. Bo wtedy wszystko, co ukryte, zaczyna się z niej wylewać na powierzchnię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 388

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Release Me

Copyright © 2026 by Tahereh Mafi Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian

Redakcja: Sandra Popławska

Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Beata Buko

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Ilustracja na okładce: Alexis Franklin

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-80-7

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszędzie dokoła ciebie są ruchome piaski, wciągają twoje stopy.

Próbują wciągnąć cię w otchłań strachu i żalu, i rozpaczy.

Właśnie dlatego musisz stąpać ostrożnie.

Ostrożnie, skarbie.

Aldous Huxley

WARNER

ROZDZIAŁ 1

.

– No i? – Odwracam się powoli twarzą do niego, opierając jedno ramię o zimną betonową ścianę. – Wyczuwasz coś?

Adam nabiera powietrza.

– Nie wiem, stary – odpowiada. Wciska dłonie do kieszeni i potrząsa głową przy wydechu. – Chyba potrzebuję jeszcze chwili. Coś mi tu nie gra.

Na moich oczach przestępuje z nogi na nogę i spogląda przez ogromne okno na niezwykły widok: Rosabelle Wolff siedzi na metalowym krześle, nieruchoma, sztywna jak kołek, podczas gdy ojciec, z którym dawno temu straciła kontakt, kolejny raz podejmuje próbę przesłuchania.

– Rosa – mówi z rozpaczą Hugo, jego głos robi się piskliwy. – Błagam, dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać?

Każdy dzień to porażka.

Każdego dnia panika Hugo rośnie z godziny na godzinę, jego niestabilność emocjonalna zmienia się niemal w histerię, podczas gdy Rosabelle jedynie coraz bardziej się oddala. Wiele razy namawiałem go, by porzucił to zadanie, lecz teraz, gdy zobaczył ją po wielu latach rozłąki, zupełnie stracił obiektywność. Desperacko pragnie ujrzeć u niej iskrę rozpoznania – uzyskać odkupienie – i nie zamierza przestać. Liczyłem, że jego determinacja do nawiązania kontaktu z córką da nam jakże potrzebną psychologiczną przewagę, jednak smutna prawda jest taka, że obecność Hugo stała się ryzykowna. Gorzej, przez jego upór trwonimy czas. W większość dni przesłuchanie kończy się łzami.

Jego łzami, nie jej.

Codziennie staram się, jak mogę, zdystansować się od jego cierpienia.

Bardziej niepokoi fakt, że już od ponad tygodnia nie byłem w stanie odczytać emocji Rosabelle. Jej oczy są puste, energia zimna. Przyzwyczaiłem się do nieznośnego naporu psychicznego innych ludzi i teraz ta cisza wprawia mnie w osłupienie.

Reakcja emocjonalna Rosabelle właściwie nie istnieje.

W całym swoim życiu poznałem tylko jedną osobę, której stan psychiczny pozostawał dla mnie enigmą – i w tym momencie stoi obok mnie. To mój przyrodni brat Adam Kent Anderson. Różnica wieku między nami to zaledwie rok, ale dorastaliśmy, nie znając prawdy na swój temat. Na długo wymazaliśmy nazwisko naszego ojca z życia, ponieważ przez Andersona staliśmy się niegdyś wrogami. Nasz ojciec celowo nastawiał nas przeciwko sobie – do tego stopnia, że chcieliśmy się nawzajem pozabijać. Jednak przez ostatnią dekadę pracowaliśmy nad naprawieniem zniszczonych więzów. Wreszcie zjednoczyliśmy się z braćmi pod jedną banderą.

To Ella nas do tego zainspirowała. To Ella nie dała się złamać ani zdefiniować przez historię, którą kiedyś dla niej napisano. Pokazała mi, co jest możliwe, kiedy przyjęła z powrotem imię Juliette.

Światu znana jest jako Juliette Ferrars.

Dla mnie zawsze będzie Ellą.

Na myśl o niej czuję ukłucie bólu i spinam się mimo prób ignorowania ostrza strachu, który ostatnio utkwił mi w płucach. Gdy tylko przestanę pilnować swojego serca, krew zaczyna mi szybciej krążyć w żyłach. Moje własne emocje są tak niestabilne, że nie mogę pozwolić sobie na ich pełne przeżywanie. Możliwość utraty Elli – albo naszego nienarodzonego dziecka – jest ponad siły mojej papierowej duszy. Nawet teraz czuję, że za chwilę moim ciałem wstrząśnie dreszcz, więc zaciskam pięści i szczękę, jak zawsze rozdzielając różne części swojego życia.

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek postępował inaczej.

– Hej – rzuca nagle Adam.

Dopiero teraz, patrząc mu w oczy, zdaję sobie sprawę, że mi się przyglądał.

– Wszystko w porządku? – pyta.

– Tak – kłamię zbyt pospiesznie.

– Na pewno?

Troska Adama w dalszym ciągu mnie zaskakuje i rozbraja, mimo że mam z nią do czynienia już od dawna.

– Na pewno – odpowiadam i się odwracam, próbując odbudować mury wokół mojego umysłu.

– Hej – powtarza. – Popatrz na mnie przez chwilę.

Kiedy unoszę wzrok, wyczuwam wzrost jego współczucia. Co więcej, wyczuwam to w tym, jak patrzy na moją twarz, a potem resztę ciała, jakby szukał otwartych ran.

– Mam poprosić Alię, by do niej zajrzała?

Jego słowa zbijają mnie z tropu.

Nie zdawałem sobie sprawy, że to takie oczywiste. Nie mam najmniejszej ochoty znosić czyjejś litości. Mimo to moje serce zaczyna dudnić, lęki zaraz wymkną się spod kontroli, chociaż rozkwita też wdzięczność, objawia się mrowieniem skóry. To znajome ostrze przeszywa mnie jeszcze raz i nie jestem w stanie dość szybko odsunąć od siebie emocji; zamiast tego cofam się w głąb swojego umysłu tak daleko, że czuję wręcz fizyczny dystans, gdy mówię beznamiętnie:

– Jest przy niej teraz Nazeera. Mimo to dziękuję.

Adam przytrzymuje mój wzrok jeszcze chwilę, po czym kiwa wreszcie głową.

Kiedyś uważałem go za bezmózgiego żołnierza.

Przed laty źle go oceniłem. Właściwie to w ogóle nie potrafiłem go ocenić. Jego życie wewnętrzne nigdy nie było aż tak ciche jak u Rosabelle, jedynie słabe i trudne do rozszyfrowania, więc w rezultacie wysunąłem tragiczny w skutkach wniosek, że mam do czynienia z idiotą. Jak się okazało później, Adam ma nietypową zdolność neutralizowania nadnaturalnych zdolności innych osób – i podświadomie używał jej, by się przede mną zamknąć. Był taki moment, kiedy nie potrafił nawet wyłączyć tej osłony; teraz rzadko ukrywa przede mną swoje emocje. Nazywa to „dojrzałością”.

Ja widzę w tym hałas.

– Okej – rzuca Adam gładko i bierze wdech, po czym wraca spojrzeniem do przesłuchania. – Naprawdę myślisz, że ta dziewczyna aktywuje jakąś osłonę?

Podchodzę bliżej do okna i przystaję obok brata. Moje tętno się uspokaja. Czuję wibracje pagera w kieszeni, każda przypomina strzał w głowę. Patrzę na powiadomienia, szukam pośród nich nagłych wypadków, ale żadnego na razie nie znajduję. W swojej głowie zbudowałem już rusztowanie potrzebne do następnych celów: milcząco spisuję kolejne punkty listy zadań do wykonania, szkicuję odpowiedzi i rozwiązania, deleguję prace i próbuję przewidzieć kolejny problem. Wszystko to odkładam na później.

W tej chwili tylko pobieżnie zerkam na Adama.

Myślałem, że ubrałem się dzisiaj swobodnie. Standardowy strój zostawiłem w domu, a zamiast niego przywdziałem skórzaną kurtkę terenową, luźne spodnie i buty z cholewką. Jednak Adam na nowo zdefiniował pojęcie luzu. Ma na sobie lekką pikowaną kurtkę, którą zarzucił na starą bluzę z kapturem, a do tego włożył spłowiałe dżinsy. Na jego twarzy widać krótki zarost. Przydałaby mu się wizyta u fryzjera. Jego tenisówki są podniszczone, wysłużone, a sznurówki naciągnięte tak ciasno, że sfałdowały język. Na ten widok czuję taki wstręt, że muszę odwrócić spojrzenie. Bawię się obrączką. Z trudem się powstrzymuję, by nie skomentować tych butów.

Mimo zewnętrznych różnic łączy nas niezwykłe porozumienie: wypuszczamy powietrze w tym samym momencie.

– Nie wiem, czy to osłona – przyznaję, wracając wzrokiem do Rosabelle.

Słychać stłumiony brzęk metalu, kiedy dziewczyna prostuje się na krześle, a jej kajdanki uderzają o siebie. Hugo, który opadł na ziemię pokonany, unosi głowę, gdy słyszy ten dźwięk.

– Rosa – mówi, a jego głos się łamie, gdy powtarza wciąż te same słowa. – Proszę. Musisz mi uwierzyć, że z własnej woli nigdy bym cię nie zostawił. Zmusili mnie do tego. Błagam, powiedz coś...

Spoglądam na Adama, skupiając myśli.

– Jak już wiesz – zwracam się do niego – w zeszłym tygodniu odkryliśmy, że zabójczyni ma niespotykaną zdolność do umierania wedle woli. Bardzo możliwe, że jest w stanie wyłączyć wszystkie procesy w mózgu. Jednak logika podpowiada, że gdyby była do tego zdolna, mogłaby uruchomić tę moc wcześniej.

– A twoim zdaniem nie zrobiła tego?

– Nie wiem – powtarzam, tym razem ciszej. – Nigdy nie miałem problemu z odczytaniem jej emocji, w związku z czym na ten moment zakładam, że to jakiś nowy rodzaj umiejętności, z jakim się do tej pory u niej nie spotkaliśmy.

Adam kiwa głową, chociaż jednocześnie się chmurzy.

– I twoim zdaniem ja mogę być w stanie ją rozbroić. Myślisz, że ona to włącza i wyłącza.

– Nie wiem – mówię po raz trzeci. – Nie jestem jeszcze gotów niczego stwierdzać na pewno. Gdyby się okazało, że wyłączenie jej mocy jest ponad twoje możliwości, może będę w stanie pojąć jej źródło. Staram się ustalić, czy to coś, czymkolwiek jest, znajduje się w niej i jest aktywowane wewnętrznie, czy może jest sterowane zdalnie.

– Zdalnie? – Adam unosi brwi. – W tym sensie, że Przywrócenie mogło wyłączyć jakiś chip w jej mózgu?

– Rzecz w tym, że w jej mózgu nie znajduje się żaden chip – wyjaśniam i spoglądam mu w oczy, czując pogorszenie swojego nastroju. – Gdybyśmy go tam znaleźli, byłoby dużo łatwiej zrozumieć to zjawisko. Wiem wyłącznie tyle, że to – wskazuję ruchem głowy scenę za oknem – nie jest dla niej naturalny stan. Udowodniła już, że jest zdolna do silnych emocji i wysokiej aktywności mózgu, jednak jej umysł stał się nieprzenikniony, gdy tylko ją uwięziliśmy. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałem.

– Naprawdę? – pyta Adam, jego zaskoczenie rośnie. – Nawet przy mnie?

Czuję, jak ustawia między nami barierę, by zilustrować swoje słowa, a jego zdziwienie od razu cichnie do płaskiego, anemicznego zainteresowania.

– Nawet przy tobie – odpowiadam, wracając wzrokiem do więźniarki.

Cisza Rosabelle jest tak doskonała, że równie dobrze dziewczyna mogłaby nie żyć.

Jej twarz pozostaje całkowicie beznamiętna, chociaż niedawno dziewczyna zobaczyła ojca pierwszy raz po dziesięciu latach rozłąki. Jedynie od czasu do czasu wierci się na krześle, z rękami skrępowanymi z tyłu, a w pomieszczeniu rozlega się wtedy cichy brzęk. Za każdym razem, gdy się to dzieje, u Hugo pojawia się boleśnie wyczuwalna nadzieja, mężczyzna praktycznie wstrzymuje oddech na myśl, że może jego córka wreszcie się odezwie, lecz w ciągu ośmiu dni nie wypowiedziała ani słowa. Gdyby nie mrugała, gdyby jej klatka piersiowa nie poruszała się w rytmie oddechów, gdyby nie te rzadkie zmiany ułożenia ciała – można by ją wziąć za maszynę.

Albo ducha.

Jest w niej coś niezwykłego. Jest zaskakująco chuda i blada. Jej skóra i włosy wydają się białe jak porcelana, jakby były całkowicie pozbawione pigmentu. Nawet jej oczy mają niskie nasycenie – są szarawe. Mimo to odcień jej cery nie ma takiej wagi jak sedno jej niezwykłości, którą odczuć można wyłącznie w jej pobliżu – Rosabelle wydaje się tu nie pasować. Bije od niej nieziemska energia, jakby umarła przy porodzie i została skazana na życie.

Patrzenie na nią zbyt długo wywołuje u mnie dyskomfort.

Kiedy patrzę na nią zbyt długo, spoglądam w ciemność. Dostrzegam w niej cień samego siebie i nie podoba mi się to podobieństwo.

– Naprawdę nie mówiła nic od tygodnia? – pyta Adam, zniżywszy głos niemal do szeptu.

– Od ośmiu dni – uściślam, przesuwając się nieco. Zaczynam odczuwać pierwsze skutki zmęczenia. Przyciskam nasadę dłoni do czoła w próżnej nadziei rozproszenia choć części napięcia. – I nie. Ani słowa.

Wiem, że jest zdolna do gwałtowności.

Udało mi się ją skutecznie przejrzeć, kiedy odzyskała przytomność po przybyciu do Nowej Republiki. Była w tak kiepskim stanie, że jej serce niemal stanęło, a później miała mdłości. Widziałem, jak jej oczy zaszkliły się strachem, a na twarzy malowały się silne emocje. Jej policzki robiły się rumiane. Byłem w stanie odczytać jej aurę nawet wtedy, gdy leżała w kostnicy, świeżo wybudzona ze śmierci. Wydawała się wtedy przeżywać coś w rodzaju żałoby, czego się zupełnie nie spodziewałem. Nawet krótko przed jej uwięzieniem czytałem z niej jak z książki, ponieważ nie potrafiła wtedy ukryć ani swojego szoku, ani chaotycznych uczuć wobec mojego młodszego brata. Wiedziałem, że taktyka się opłaciła, kiedy poczułem bijące od niej przerażenie na widok ojca; i wtedy nie pomyliłem tych uczuć z niczym innym.

Powinniśmy już widzieć rezultaty.

Bez ostrzeżenia Adam poddaje się miażdżącej fali rozczarowania. Odchodzi od okna i siada z westchnieniem na twardym krześle, którego metalowe nogi szurają o betonową podłogę. Od razu zaczynają mu podrygiwać kolana. Sama jego mowa ciała wystarczyłaby aż nadto, ale naprawdę czuję jego rosnący niepokój. Nerwowa energia wzbiera w pomieszczeniu niczym fale podczas sztormu. Coś mnie uciska w piersi.

Już wiem, co za chwilę usłyszę.

Zdałem sobie z tego sprawę parę minut temu. Próbowałem poradzić sobie z własnym rozczarowaniem, czekając, aż Adam powie mi to, co stało się aż zbyt oczywiste.

Tymczasem spoglądam na zegarek.

Ostatnie dni zaczęły mijać według wzoru. Hugo jakieś piętnaście minut temu przestał realnie starać się prowadzić przesłuchanie, teraz jedynie siedzi oparty o ścianę, wyraźnie zrozpaczony. Zamykam na chwilę oczy, próbując uciszyć jego rosnący ból. Hugo znalazł się na prostej drodze do kompletnego załamania, którym zazwyczaj kończą się te sesje.

– Przykro mi, stary – odzywa się ostatecznie Adam. – Chciałbym pomóc, ale... Nie wiem, jak to wytłumaczyć. To jakbym próbował złowić rybę gołymi rękami. Czasami mi się wydaje, że już ją mam, lecz zaraz znika, jakbym może sobie to tylko wyobrażał. Jeśli ta dziewczyna ma jakiegoś rodzaju osłonę albo moc, nie wydaje mi się, by to było normalne. Nie mogę sobie z tym poradzić.

Udaje mi się kiwnąć głową. Moje serce łomocze. Atakuje mnie nieuzasadnione poczucie winy Adama.

– Tak czy inaczej dziękuję, że przyszedłeś – odpowiadam. – Wiem, że nie lubisz angażować się w te sprawy.

Adam nie zaprzecza.

Właściwie to moje słowa interpretuje jako niewypowiedziane wprost przyzwolenie na dyskomfort i nagle miażdży mnie ciężar jego wstrętu.

– Tu jest tak upiornie – mówi, rozglądając się po ciasnej przestrzeni. – Nie wiem, jak ty jesteś w stanie przychodzić tutaj codziennie.

Cierpienie Hugo nagle przybiera na mocy i niemal naciągam sobie szyję, próbując się z tego otrząsnąć.

– To zabrzmiało – odpowiadam z trudem – jakbyś uważał, że lubię tu przebywać.

– A nie? – rzuca Adam.

Patrzę na niego spode łba. Mój brat się śmieje.

– No co? – Krzyżuje ręce na piersi. – Nie czujesz się tutaj, jakby to ująć, jak ryba w wodzie? Myślałem, że przepadasz... – Adamem wstrząsa dreszcz, jego krzesło zaraz znowu szura o podłogę i niemal się przewraca. – Jezu, czy on płacze?

Zerkam na Hugo i napięcie w moim ciele wzrasta.

– Ciężko to znosi.

– Czy to znaczy, że to się dzieje regularnie?

– Powiedzmy, że dość często.

Spinam się i dotykam palcami okna, by wybudzić szybę; zaraz lista komend zaczyna świecić na zielono, nałożona na wciąż widoczną w tle celę. W pomieszczeniu rozlega się melodyjny szmer.

– Dzień dobry, generale – mówi ciepły, bezcielesny głos. – Odtworzyć transkrypcję?

– Nie teraz – odpowiadam. – Przygotuj zakończenie sesji. Skontaktuj się z Samuelem. Uruchom protokoły bezpieczeństwa dla transportu więźnia.

– Tak jest, generale.

– Załaduj dzisiejszą transkrypcję do moich plików po zakończeniu sesji. Jednak w pierwszej kolejności potwierdź zanotowanie każdego dźwięku i ruchu Rosabelle Wolff z dzisiejszego dnia.

Słychać piknięcie.

– Potwierdzam, generale.

– Dotychczas transkrypcje wyszczególniały jedynie słowa Rosabelle Wolff, a raczej ich brak. Przejrzyj wcześniejsze nagrania i zaktualizuj istniejące transkrypcje w taki sposób, by zawierały dźwięki i opis ruchów wykonywanych przez Rosabelle.

– Tak jest, generale – odpowiada głos, po czym następuje cisza i za chwilę kolejne piknięcie. – Transkrypcje zostały zaktualizowane.

– Zwiększ napięcie w kajdankach Rosabelle do siedemdziesięciu pięciu procent – mówię. – Zredukuj do czterdziestu pięciu, kiedy znajdzie się w swojej celi.

– Tak jest, generale. Zwiększam teraz napięcie.

Jak zawsze, Rosabelle nijak nie reaguje na tę zmianę.

W ciągu ostatnich ośmiu dni nic nie wskazywało na to, by ona w ogóle odczuwała jakikolwiek ból. Teraz, kiedy kajdanki rażą ją prądem o mocy zdolnej pozbawić tchu normalną osobę, po niej nic nie widać. Dziewczyna czeka cierpliwie na przeniesienie, nieruchoma niczym lalka.

Zaciskam szczęki.

Jeśli to wszystko stanowi z jej strony świadome działanie, muszę przyznać, że jest skuteczne. Zaczynam tracić cierpliwość do tych metod. Tracę cierpliwość do niej.

Byłbym skłonny przejść do mniej humanitarnych sposobów, gdybym nie przekonał się już na własne oczy, że dziewczyna w jakiś sposób odgradza się od cierpienia bez utraty przytomności. Kilka tygodni temu podejrzewałem, że tortury fizyczne mogą nie skłonić jej do mówienia i jedyną drogą jest manipulacja psychologiczna. Założyłem, że słabość do siostry przełoży się też na słabość do ojca. Najwyraźniej się myliłem. Najwyraźniej Rosabelle dobrze wie, co robi.

A ja nie mam bladego pojęcia, co planuje.

– Napięcie zwiększone, generale. Sesja została zakończona.

Światła w sali przesłuchań rozjaśniają się boleśnie, w przestrzeni rozdzwania się cichy alarm. Hugo nie rusza się z podłogi, nogi ma podciągnięte do piersi jak dziecko. Chowa twarz w dłoniach, kiedy drzwi się odblokowują i do środka wpadają żołnierze.

Kolejny dzień, kolejna porażka.

Mój niepokój znacząco się wzmaga.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Rosabelle gra na czas. Podobnie jak ja została wychowana przez Przywrócenie. Przedstawicieli naszego gatunku karmi się okrucieństwem, by uczynić nas zdolnymi do przetrwania w najgorszych warunkach. Robi się z nas perfekcyjnych więźniów wojennych. Problem w tym, że nigdy wcześniej nie spotkałem kogoś takiego jak ona. Nie tylko na pierwszy rzut oka wydaje się całkowicie nie reagować na bodźce zewnętrzne, ale udowodniła też swoją odporność na posiadaną przez nas technologię, która powinna być w stanie wyłączyć jej moc.

Poddanie jej działaniu umiejętności Adama było naszą ostatnią szansą.

Nabieram powoli powietrza, czując jednocześnie, jak napięcie w mojej głowie rośnie. Potrafię odbierać emocje innych ludzi, ale ważniejsza jest moja zdolność do korzystania z ich nadnaturalnych mocy. Normalnie byłbym w stanie odebrać ją Rosabelle i wykorzystać przeciwko niej.

Zamiast tego mam wrażenie, jakbym obcował z rozładowaną baterią.

W pomieszczeniu rozlega się kolejny dźwięk.

– Mogę pomóc w czymś jeszcze, generale?

– Skompiluj oddzielny plik z listą wszystkich niewerbalnych reakcji Rosabelle z ostatnich ośmiu dni. Chcę otrzymać porównanie poszczególnych dni.

– Rozpoczynam proces kompilacji, generale.

– To wszystko na dzisiaj.

Słychać trzaśnięcie metalowych drzwi, kiedy Rosabelle zostaje bezpiecznie wyprowadzona z sali. Kątem oka widzę, że Adam się wzdryga. Deaktywuję menu i raz jeszcze słychać pikanie.

Wreszcie niechętnie odwracam się do Adama.

Przez cały ten czas czułem, że się na mnie jawnie gapi. Towarzyszył mi jego milczący, pełny wahania podziw.

Drażni mnie to.

– Czy to nie dziwne – odzywa się, patrząc na mnie z rosnącym uśmiechem – że ciągle zapominam, jaki jesteś teraz ważny?

– Tak.

Śmieje się w głos.

– Spoko, że zachowałeś skromność.

– Skromność nie ma tu nic do rzeczy – odpowiadam zirytowany. – Jestem dowódcą całego wojska Nowej Republiki. Trzeba się postarać, by zapomnieć, czym się zajmuję.

– Przecież nie powiedziałem, że zapominam, czym się zajmujesz. Po prostu zapominam, jaki masz tytuł.

Wbijam w niego wzrok, tracąc resztki cierpliwości.

– No co? – rzuca. – Ciągle się zmienia. Nie zmienia się?

– Nie.

Adam marszczy się jeszcze bardziej.

– Ale zajmowałeś już kilka stanowisk, prawda?

Znowu podryguje mu noga, a ja na nowo dostrzegam jego naciągnięte sznurówki, zmiażdżony język i niechlujny węzeł. Dudnienie w głowie się pogarsza. Powtarzam sobie, że nie powinienem komentować wyglądu jego butów, nie powinienem mu niczego doradzać bez pytania, a tymczasem on dodaje:

– Myślałem, że byłeś majorem czy jakoś tak. A może głową stanu. Ale ta maszyna właśnie nazwała cię generałem. To chyba nic dziwnego, że się gubię.

– Nie ma w tym nic konfundującego – odpowiadam chłodnym tonem. – Juliette jest głową stanu. Ja jestem generałem obrony.

– A możesz mi przypomnieć, czym różnią się te dwie funkcje?

– Nie.

– Ale to nowość, prawda? Nie dostaliście ostatnio awansów?

– Nie.

Wyciszam serię powiadomień na pagerze, skrolując przez przynajmniej kilkanaście pilnych, by dotrzeć do oznaczonych jako te o najwyższym priorytecie.

Nic do zaraportowania. Uspokój się. Ona śpi.

PRZESTAŃ CIĄGLE DO MNIE PISAĆ

Stary James chyba ma okres

Wyniki są nierozstrzygające, generale. Będziemy potrzebować kolejnej próbki z fiolki, żeby przeprowadzić nowe testy.

Rozciągam szyję i za mocno zaciskam palce na urządzeniu, próbując pozbyć się jakoś napięcia, które utkwiło mi w ramionach. Chciałbym uporządkować myśli, niestety zbyt wiele rzeczy jednocześnie domaga się mojej uwagi. Mój umysł jest jak wadliwy obiektyw, który nie potrafi ustawić ostrości.

Głowa mi pęka.

Dręczy mnie cichy płacz Hugo, a echa nieznacznych ruchów Rosabelle szeleszczą mi w pamięci; cichy szum jarzeniówek tylko wzmaga ból. Podrygująca noga Adama zaczyna doprowadzać mnie do szału.

Zamykam oczy. Otwieram.

Tęsknię za żoną.

Chcę wrócić do domu.

– Wiesz co – odzywa się Adam, znowu zmarszczony – może chodziło o Kenjiego? Kenji nie dostał przypadkiem awansu?

– Dwa lata temu – odpowiadam, zmuszając się do powrotu do rzeczywistości.

Dezorientacja Adama jest tak samo wyraźna, co irytująca.

– Ktoś dostał awans, prawda? – ciągnie. – Dlaczego mam wrażenie, że ktoś dostał awans?

– Może myślisz o Jamesie – rzucam nieprzyjemnym tonem. Za ostro. – On ostatnio zmienił stanowisko, ale na niższe.

Adam opada na oparcie, zakłada nogę na nogę.

– Hej, stary... Gramy w jednej drużynie, pamiętasz? Jestem tak samo wkurzony na Jamesa jak ty.

– Jakoś wątpię.

– Okej – mówi powoli. – Nieważne. To nie są zawody.

Nie potrafię zaczerpnąć tchu. To dudnienie w głowie jest niemal oślepiające. Powtarzam sobie, że trzeba wrócić do centrum, dokończyć sesję, skupić się na pilnych sprawach. Priorytetach. Zamiast tego wypalam:

– Masz za duże buty.

Adam unosi gwałtownie głowę.

– Słucham?

– Twoje buty – tłumaczę, odwracając się z powrotem do okna. Hugo siedzi w kącie jak martwy owad, zbierając kurz. Jak zawsze będę musiał stawić czoła jego emocjom. – Nie powinieneś być zmuszony tak mocno naciągać sznurówki. Kup sobie mniejszy rozmiar.

Adam się śmieje, choć bez cienia humoru.

– Tak się składa, że całe życie sam kupowałem sobie buty, więc chyba znam swój rozmiar.

Przenoszę na niego wzrok.

– Najwyraźniej nie.

– Z czym ty masz problem, człowieku?

– Wiem, jak powinny wyglądać prawidłowo dobrane buty – mówię, chociaż żałuję, że się w ogóle odezwałem. Nie wiem, po co zacząłem ten temat. Nie wiem, dlaczego go kontynuuję. Wolałbym to cofnąć. – Jeśli musisz tak naciągać sznurówki, by buty nie spadały, są za duże. Wybrałeś niewłaściwy...

– Wiesz co – rzuca, przerywając mi – właśnie przez takie uwagi z dupy ludzie cię nie znoszą. Dlaczego pouczasz mnie w kwestii butów? Będę sobie naciągał te sznurówki, jeśli tak lubię. Co cię to obchodzi?

– Bo kogoś powinno to obchodzić – odpowiadam. – Ktoś powinien wiedzieć, jak wygląda właściwy sposób robienia różnych rzeczy. Dlaczego wybierasz zły rozmiar, jeśli możesz wybrać odpowiedni? Dlaczego upierasz się, by iść drogą ignorancji, tylko dlatego, że jest ci znana? I dlaczego czujesz potrzebę używania przekleństw, by podkreślić swoje zdanie? Ile razy już o tym rozmawialiśmy?

– Wiesz, co uwielbiam? – pyta Adam, krzyżując ręce na piersi.

Wyczuwam jego rosnący gniew.

– Naprawdę uwielbiam ponad wszystko, kiedy jako miłościwie nam panujący król cnót wszelakich udzielasz mi życiowej porady.

Kręcę głową, odwracając wzrok.

– Mógłbyś strzelić komuś prosto w twarz – ciągnie Adam – a gdybym akurat przechodził obok i powiedział: „ja pierdzielę, właśnie strzeliłeś komuś prosto w twarz”, ty popatrzyłbyś na mnie tak, jakbym to ja zrobił coś złego.

– Strzelam tylko do tych, którzy na to zasłużyli – zauważam. – A jednak ty czujesz potrzebę używania wulgaryzmów jak przecinków, osiągając jedynie tyle, że siebie umniejszasz...

– Rany – rzuca z sarkazmem. – Powinien cię ktoś zbadać. Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek spotkał kogoś cierpiącego na tak silne urojenia. Może oprócz Jamesa, a obaj wiemy, że to twoja sprawka.

– Moja sprawka? – powtarzam i odwracam się do niego sztywno. Bije ode mnie furia. – Moja sprawka?

Adam się krzywi.

– Tak, stary, twoja pierdolona wina...

– Jeśli ktoś tu zawinił, to wyłącznie ty – rzucam ostro. – To przez ciebie James zaczął kwestionować autorytety i wykazywać się arogancją. Przez ciebie zaczął myśleć, że beztroska jest w porządku. Przez ciebie praktykuje używanie najpodlejszych słów, jakie nasz język ma do zaoferowania...

– Przeze mnie? – Adam prycha z niedowierzaniem i rozprostowuje nogi, po czym wychyla się do przodu. Wreszcie przestało mu podrygiwać kolano. – Mówisz poważnie? Gdybym miał jakikolwiek wpływ na tego dzieciaka, nie pozwoliłbym mu zmienić się w ciebie...

Wzdrygam się.

– W niczym mnie nie przypomina.

– Przecież jest dokładnie taki jak ty! – protestuje głośno Adam, wyrzucając ręce w powietrze i wstając. – Obaj macie urojenia! On uważa się za jakiegoś superbohatera. Wydaje mu się, że może zawodowo mordować złych ludzi. Wpoiłeś mu przekonanie, że może wyrosnąć na jakiegoś pierdolonego króla świata...

– W żadnym wypadku...

– Nie wciskaj mi kitu.

– On mnie nigdy nie słucha – przekonuję. – Dziesięć lat próbowałem nauczyć go dyscypliny i rozwagi, a zamiast tego stał się kimś, nad kim kompletnie nie da się zapanować...

– Naprawdę myślałem, że będziesz miał na niego dobry wpływ, wiesz? – ciągnie Adam. – Zdawałem sobie sprawę z jego trudnych doświadczeń. Nawet jako dziecko robił niebezpieczne rzeczy, co chwilę ledwo uchodził z życiem, i martwiłem się, że w końcu stanie mu się krzywda, jeśli nie znajdzie jakiegoś ujścia dla swojego gniewu. Myślałem, że szkolenie go okaże się dobrym rozwiązaniem, że przynajmniej nauczy się solidnej samoobrony. Liczyłem, że jego życie będzie bezpieczniejsze, że spędzi kilka lat na przepracowywaniu emocji, a potem nabierze rozumu, a tymczasem jemu już całkiem odbiło i stał się psychopatą. I to wszystko przez ciebie...

– Ty go rozpieszczałeś! – odpowiadam. – Za bardzo skupiłeś się na pozytywnym wzmocnieniu. Karmiłeś go kłamstwami o życiu. Nie chciałeś, żeby bał się świata. Przez ciebie zaczął myśleć, że może być, kim tylko zechce, jeśli dostatecznie mocno w siebie uwierzy...

– Chyba ty! – odparowuje Adam krzykiem. – Dawałeś mu wszystko, co zechciał, nawet wysokie stanowisko i dużo władzy. Pozwalałeś mu wszędzie ze sobą chodzić. Naoglądał się tego, jak ludzie na ciebie patrzą, jak do ciebie mówią i srają w gacie w twojej obecności, a ty się w tym pławisz. Cholera, przecież on nawet wygląda jak ty...

– To nie moja wina – rzucam, niebezpiecznie podnosząc głos – że James postanowił skorzystać z bogatych zasobów mojej wiedzy i wykorzystać ją do podejmowania złych decyzji...

– Na pewno nie jest to moja pierdolona wina...

– A właśnie, że tak...

– Właśnie, że nie...

– Ty mu to zrobiłeś – mówimy obaj jednocześnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki