Usytuowania - Hanna Gosk - ebook

Usytuowania ebook

Hanna Gosk

0,0

Opis

W zależności od obszaru humanistyki autoetnografia zakorzenia się i rozrasta ze zróżnicowaną swobodą. Jest naturalną częścią projektów artystycznych, obowiązkową praktyką w etnografii i psychologii, częstym tematem reportażowo-wspomnieniowo-obrachunkowej eseistyki i prozy współczesnej. Wydaje się, że w literaturoznawstwie rozgościła się przede wszystkim tam, gdzie dotykamy problemów hegemonii, hierarchii, wykluczeń i emancypacji. Zawarte w tomie teksty są w różnym stopniu wysycone zabiegami autoetnograficznymi. Znajdziemy tu autorefleksyjny zapis „z terenu” badań etnograficznych i opowieści o byciu częścią polonistyki usytuowanej w konkretnym regionie. Część autorów i autorek skierowała autorefleksję w stronę własnej pracy naukowo-badawczej i jej splotu z kontekstem politycznym. W tomie znalazły się teksty tematyzujące autoetnograficzne usytuowanie na mapie dyscyplin naukowych i związanych z tym hierarchii badawczych. Niektórzy spośród autorów i autorek zdecydowali się przedstawić cudze projekty autoetnograficzne, niekiedy jednak pozostawiając prześwit na opowieść o własnym usytuowaniu.
[ze Wstępu]

 

Emilia Kledzik – dr hab., adiunkt w Pracowni Komparatystyki Literackiej i Kulturowej na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Redaktorka naczelna czasopisma komparatystycznego „Porównania”. Kierowniczka studiów podyplomowych „Romowie. Wiedza i praktyki instytucjonalne” na UAM. Autorka prac dotyczących studiów cyganologicznych, romologii, komunikacji międzykulturowej i polskiej literatury współczesnej. W 2023 roku opublikowała monografię Perspektywa poety. Cyganologia Jerzego Ficowskiego.

Małgorzata Zduniak – dr hab., prof. UAM, literaturoznawczyni i glottodydaktyczka, absolwentka Akademii Dziedzictwa w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie (2023). Zajmuje się polską literaturą migracyjną w Niemczech i wielokulturowym dziedzictwem Polski. Realizuje grant NAWA POLONISTA (2024-2025) na Katolickim Uniwersytecie Lowańskim nt. dziedzictwa przyrodniczo-kulturowego Olendrów. Autorka monografii Współczesny polski pisarz w Niemczech. Tożsamość, doświadczenie, narracje (Poznań 2010) i Filologia w kontakcie. Polonistyka, germanistyka, postkolonializm (Poznań 2018).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 502

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Emilia Kledzik, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

ORCID ID: 0000-0003-1432-4017

Małgorzata Zduniak, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

ORCID ID: 0000-0002-8025-3993

„Nigdy nie napisałam czegoś tak dziwnego”. Autoetnografie w refleksji humanistycznej

Wprowadzenie

Niniejszy tom zainicjowała konferencja pt. Usytuowania. Formy autorefleksji wXX- iXXI-wiecznym dyskursie humanistycznym wkontekście badań postzależnościowych, która odbyła się na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza wPoznaniu 13–14 listopada 2023 roku jako 11. sesja naukowa Centrum Badań Dyskursów Postzależnościowych.

Punktem wyjścia refleksji konferencyjnej stała się metafora „wiedzy usytuowanej”, której Donna Haraway użyła weseju pt. Wiedze usytuowane. Kwestia nauki wfeminizmie iprzywilej ograniczonej/częściowej perspektywy, upominając się ouwzględnienie wdyskursie naukowym punktu widzenia osoby mówiącej. „Potrzeba nam silnych nowoczesnych teorii krytycznych, odnoszących się do produkcji znaczeń iciał – nie żeby zaprzeczać ich istnieniu, ale by zacząć żyć wśród znaczeń iciał mających jakąś szansę na przyszłość”1 – pisała. Wiedza usytuowana lokuje się pomiędzy złudzeniem naukowego obiektywizmu aradykalnym konstruktywizmem, postrzegającym dyskurs naukowy jako wytwór retoryki. Znajduje zastosowanie wszczególności wtedy, kiedy mówimy okwestiach związanych zpolityką ietyką, apodmiot zadaje pytania dotyczące relacji władzy ijej konstruktów: płci, rasy, klasy iinnych.

Zmiana wrefleksji nad usytuowaniem osób tworzących dyskurs nauk humanistycznych ispołecznych zachodzi na naszych oczach. Aleksandra Derra, wskazując niektóre nurty posthumanistyki, zauważyła, że widać wnich aprobatę dla określonego sposobu prowadzenia badań, polegającego m.in. na traktowaniu „podmiotu jako […] ucieleśnionego, zakorzenionego, niejednorodnego”2. Coraz częściej gotowi jesteśmy przyznać, że obszar, który opisuje humanistyka, nie jest racjonalny, spójny ihomogeniczny, ale fragmentaryczny, jednostkowy izmysłowy. Podkreślenie roli subiektywnego doświadczania świata nie oznacza jednak porzucenia teorii iuogólniania. Antropolożka Kirsten Hastrup, mimo sceptycyzmu wobec pozytywistycznej wizji nauki, deklarowała, że wjej przekonaniu istnieje: „przestrzeń dyskursywna, wktórej równie racjonalne sposoby mówienia ootoczeniu mogą być sobie przeciwstawiane wsposób sensowny. Doświadczenie względności nie pociąga za sobą absolutnej niewspółmierności”3.

Wantropologii impulsem do takiego przewartościowania stały się trudne do zracjonalizowania zjawiska, które może oddać jedynie dyskurs zapośredniczony przez mówiące „ja”, „ja” etnologa, który wchodzi wrolę informatora. Carolyn Ellis, inicjatorka badań autoetnograficznych, podkreślała kreacyjny charakter takiego zabiegu:

Możesz zapytać: „Co to jest autoetnografia?”. Moja prosta odpowiedź: badania, pisanie, opowieść imetoda, która łączy [to, co] autobiograficzne iosobiste z[tym, co] kulturowe, społeczne ipolityczne. Formy autoetnograficzne zawierają konkretną akcję, emocje, ucieleśnienie, samoświadomość iintrospekcję oddaną wdialogu, scenach, charakterystyce ifabule. Autoetnografia wymaga więc konwencji pisarskich4.

Coraz więcej naukowców inaukowczyń podąża śladem Didiera Eribona imówi oswoim usytuowaniu whistorii, społeczeństwie iprzestrzeni. Dowodem na to są przynajmniej trzy projekty naukowe, które ukazały się niemal równocześnie zkonferencją: numer „Tekstów Drugich” poświęcony autoetnografiom akademickim5, numer „Czasu Kultury” dotyczący etnografii intymnej6 oraz numer „Autobiografii” na temat audiobiografii7.

Wliteraturoznawstwie początek tej zmiany wyznacza kryzys modelu strukturalistycznego; kolejne wynikają ze stopniowo rozwijającego się paradygmatu nowej humanistyki. Nowa humanistyka ijej poszukujące, otwarte na transdyscyplinarność metody to wyrazista ienergiczna próba praktykowania teorii przy jednoczesnym jej stwarzaniu. Daje się więc czytać przede wszystkim jako perspektywa spojrzenia na dany problem, co wynika też zmiejsca, jakie zajmują badacz ibadaczka: nie chodzi oprzyjmowanie zewnętrznego punktu widzenia, ale oto, żeby być wśrodowisku, wktórego badania jest się zaangażowanym. Wpracach tematyzujących podejście nowohumanistyczne wybrzmiewa też ważny aspekt czynnościowy humanistyki: uczestnictwo wtworzeniu społecznych dyskursów. Wtakim aktywnym środowisku dyskurs literaturoznawczy znaczy tyle samo, co inne, nie jest więc uprzywilejowany jak wnp. koncepcji humanistyki jako translacji. Brać wczymś udział to kłócić się, nie zgadzać, szukać konsensusu, inspirować się sobą, anie tylko tłumaczyć, czyli objaśniać.

Dokonywane pod auspicjami gry zinstancjami nadawczo-odbiorczymi literackie eksperymenty autotematyczne drugiej połowy XX wieku zastąpiła autorefleksja badaczy ibadaczek literatury nad narzędziami iteoriami, którymi się posługujemy. Niekiedy wzbraniamy się przed adaptowaniem metod zZachodu wobawie oich adekwatność inaszą potencjalną „autokolonizację”. Strategią przeciwną jest próba wypracowania własnych strategii badawczych, dostosowanych do półperyferyjnego kontekstu obszaru, wktórym jesteśmy umiejscowieni.

Piętnaście lat temu badania postzależnościowe natrafiły właśnie na taką krytykę, ale skutecznie otworzyły też nowe ścieżki dostępu do zawartych wrodzimej literaturze ikulturze projektów tożsamościowych, form postrzegania rzeczywistości społecznej ipolitycznej, które nosiły inoszą rozmaite ślady uwikłania wdyskursy władzy ipodporządkowania. Tworzący się dyskurs postzależnościowy – jako jeden znajgorętszych tematów ówczesnej polskiej humanistyki – miał też wyraźne nachylenie perlokucyjne. Dyskurs postzależnościowy był od początku dyskursem zmiany, ale dziś jego jakość można wciąż odnosić do roli humanistyki ijej zaangażowania, aco za tym idzie wielorakiego usytuowania – również badaczek ibadaczy.

Zawarte wtomie teksty są wróżnym stopniu wysycone zabiegami autoetnograficznymi. Uczestniczący wkonferencji badacze ibadaczki wrozmaity sposób odnieśli się do propozycji opowiedzenia owłasnym pisarskim, usytuowanym „ja”. Część osób przyjęła to zaproszenie. Wśród ich prac znajdziemy autorefleksyjny zapis „zterenu”, wktórym prowadzone są badania etnograficzne (Hubert Tubacki) iopowieść obyciu częścią polonistyki usytuowanej wkonkretnym regionie, którego konkretna lokalność domaga się od badaczek ibadaczy opowieści onim ionich samych (Katarzyna Sawicka-Mierzyńska, Marta Tomczok).

Część autorów iautorek skierowała autorefleksję wstronę własnej pracy naukowo-badawczej ijej splotu zdynamicznie zmieniającym się kontekstem politycznym. Hanna Gosk poświęciła swój wywód historii studiów post­zależnościowych wPolsce, ich wyzwaniom inieoczekiwanym (błędnym) odczytaniom. Opowiedziana przez Błażeja Warkockiego historia szumu medialnego wokół pracy Dezorientacje. Antologia literatury queer wPolsce we wstrząsający sposób ilustruje, jak publiczna dyskusja na temat książki naukowej może się stać narzędziem manipulacji igry politycznej. Wtomie znalazły się też teksty tematyzujące autoetnograficzne usytuowanie na mapie dyscyplin naukowych izwiązanych ztym hierarchii badawczych. Margaret Ohia-Nowak porusza złożony problem tożsamości etnicznej Afropolek iAfropolaków, pokazując też wyzwania związane ze swoim własnym funkcjonowaniem na polskim uniwersytecie. Kacper Pobłocki zdaje m.in. relację ztego, jak – nie będąc historykiem – uprawia antropologię historyczną ina jakie nieprzyjemności czasem go to naraża. Wyrazista jest także opowieść Jana Wasiewicza, filozofa deklarującego naukowo-prywatną potrzebę uprawiania samodzielnych badań nad postchłopstwem.

Niektórzy spośród autorów iautorek zdecydowali się przedstawić cudze projekty autoetnograficzne (Emilia Kledzik prezentuje autoetnografie cyganologów), niekiedy jednak pozostawiając prześwit na opowieść owłasnym usytuowaniu. Anita Jarzyna, pisząc oPotrzebie autorefleksji wstudiach nad zwierzętami, wwyrazisty sposób tematyzuje perspektywę badaczki aktywnej wtym nurcie. Dorota Wojda, nazywając tekst wstępem do własnej autoetnografii, zaprezentowała formy autorefleksyjne wpracach wybitnych polskich teoretyków iteoretyczek literatury drugiej połowy XX wieku. Kornelia Ćwiklak poświęciła uwagę śląskim autobiografiom naukowym. Wyodrębniła się także grupa tekstów, które dotykają problematyki niepełnosprawności inieneurotypowości. Ten rodzaj usytuowania wiedzy ma szczególny potencjał różnicujący. Jan Potkański skupił się na polskim dyskursie literackim na temat autyzmu, atakże refleksji nad tym, jak autyści iautystki funkcjonują wpolskim systemie nauki. Katarzyna Wądolny-Tatar, omawiając twórczość Marii Reimann, przedstawiła autoetnografię osoby zniepełnosprawnością.

Zdarzyły się też przykłady łączenia tych ujęć. Magdalena Horodecka omówiła warsztat reporterski Sofiji Andruchowycz, który prezentuje wachlarz interakcji międzyludzkich wymuszonych migracją społeczeństwa ukraińskiego do Polski po 24 lutego 2022 roku. Wdrugiej części artykułu autorka powtórzyła gest Andruchowycz: opisała problematyczne zderzenia międzykulturowe pomiędzy przedstawicielami społeczeństwa większościowego auchodźcami zUkrainy, anastępnie dokonała autoanalizy własnego gestu pomocowego.

Wzależności od obszaru humanistyki autoetnografia zakorzenia się irozrasta zwiększą lub mniejszą swobodą. Jest naturalną częścią projektów artystycznych, obowiązkową praktyką wetnografii ipsychologii, częstym tematem reportażowo-wspomnieniowo-obrachunkowej eseistyki iprozy współczesnej. Wydaje się, że wliteraturoznawstwie rozgościła się przede wszystkim tam, gdzie dotykamy problemów hegemonii, hierarchii, wykluczeń iemancypacji. Trzeba jednak przyznać, że tak wyraziste tematyzowanie „ja” jest wprzypadku naszej dyscypliny niestandardowe inie zawsze komfortowe. „Nigdy nie napisałam czegoś tak dziwnego” – rozpoczęła swoje wystąpienie jedna zuczestniczek naszej konferencji, dając dowód tej sytuacji.

Zapraszamy do lektury!

Przypisy:

1 D. Haraway, Wiedze usytuowane. Kwestia nauki wfeminizmie iprzywilej ograniczonej/częściowej perspektywy, tłum. A. Czarnacka, s. 8, Biblioteka Think Tanku Feministycznego www.ekologiasztuka.pl/think.tank.feministyczny (dostęp: 30.09.2024).

2 A. Derra, Laboratorium myślenia współczesnej humanistyki. Na marginesie tekstu Izabeli Bukraby-Rylskiej, „Kultura Współczesna” 2015, nr 2, s. 109.

3 K. Hastrup, Ougruntowaniu się światów – podstawy empiryczne antropologii, w: Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej. Kontynuacje, tłum. M. Bucholc, red. M. Kempny, E. Nowicka,Warszawa 2004, s. 96.

4C. Ellis, The Ethnographic I. AMethodological Novel about Autoethnography, Wallnut Creek 2003, s. XIX.

5Zrozumieć uczelnię. Autoetnografie „Teksty Drugie” 2023, nr 1.

6Polityki przyjemności. Etnografie intymne „Czas Kultury” 2023, nr 3.

7Audiobiografie „Autobiografia. Literatura, kultura, media” 2022, nr 2.

Katarzyna Sawicka-Mierzyńska, Uniwersytet w Białymstoku

ORCID ID: 0000-0001-6744-9855

O podlasko-(post)ludowym usytuowaniu badawczym. Czy „brzydkie uczucia” osób z awansu społecznego mogą zmienić szkolnictwo wyższe w Polsce?

Przemysław Czapliński wartykule inicjującym numer „Tekstów Drugich” poświęcony autoetnografiom postawił przed badaczami ibadaczkami podejmującymi tego typu rozważania bardzo konkretne zadanie: „opisz siebie jako różnicę uwarunkowaną”1. Obranie własnych doświadczeń za punkt wyjścia naukowej analizy wiąże się zpokusami, przed którymi na tych samych łamach przestrzegał Dariusz Brzostek – łatwo można popaść wnarcyzm bądź sentymentalizm2. Od siebie dodam jeszcze martyrologię ipatos. Nieuchronna wydaje się również obawa przed nadmiernym ekshibicjonizmem czy też – przynajmniej zmojej perspektywy – wątpliwość, czy na pewno mój przypadek jest godny zaprzątania cudzej uwagi, czyli – inaczej rzecz ujmując – czy wnosi coś do opisywanych już wcześniej na innych przykładach „różnic” i„uwarunkowań”. Świadoma tych zagrożeń spróbuję, zjednej strony, podążając za sugestią Czaplińskiego, przepisać własne doświadczenie na mechanizmy awansu społecznego ireguły funkcjonowania wświecie akademickim, azdrugiej poprowadzić myśl wodwrotnym kierunku, czyli pokazać, że uwzględnienie specyfiki konkretnej, usytuowanej geograficznie biografii skutkuje modyfikacją zastanych kategorii bądź wymusza wytyczenie między nimi nowych połączeń. Tym, co interesuje mnie najbardziej, jest wspomniana już kwestia awansu poprzez edukację, zwieńczonego pracą na uczelni (ostrożnie używam określenia „kariera akademicka”) oraz hierarchia akademicka ufundowana na opozycji performatywnej kategorii „prawdziwych” profesorów/profesorek oraz „prawdziwych” uniwersytetów wobec „imposterów” iuzurpatorów, najczęściej lokowanych na prowincji. Osobną uwagę poświęcę normatywności opowieści oawansach, eksponując emancypacyjny potencjał „brzydkich” emocji, które są znich rugowane ipodlegają dość rygorystycznej autocenzurze odczuwających je podmiotów.

Skoro punkt wyjścia stanowi moje własne doświadczenie, zacznę od opisu kilku wziętych zżycia przypadków, uzupełnionych ojedno rozpoznanie zaczerpnięte zliteratury, konkretnie zdebiutanckiej powieści Niehalo Ignacego Karpowicza (2006). Groteskowy, hiperboliczny, aod mniej więcej połowy książki rysowany woniryczno-delirycznej konwencji obraz Białegostoku, jaki wyłania się ztej prozy, choć miał być przede wszystkim reprezentacją biografii przedstawiciela pokolenia transformacji ustrojowej 1989 roku, ze stolicą Podlasia jako jedną zmożliwych scenerii, okazał się na tyle dotkliwy, że wywołał środowiskową burzę. Ówcześni członkowie kapituły Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego uznali, że Karpowicz nie może być nią uhonorowany, bo uderza wgodność miasta. Wracam do tej sprawy, chcąc uzasadnić, dlaczego stawiam wjednym szeregu opis zdarzeń autentycznych zfikcją – Niehalo wywołało poruszenie, bo autor, niczym wsoczewce, skupił kluczowe elementy kompleksu prowincji, „katopolskich” aspiracji czy kształtującej się polityki pamięci Białegostoku. Wironicznych, dowcipnych scenach iobrazach zebrał to, co unosiło się watmosferze miasta lat dziewięćdziesiątych XX wieku – rozproszone wprywatnych rozmowach, dyskursie prasowym, wypowiedziach przedstawicieli lokalnej władzy ielit. Jakby Karpowicz skondensował parę zpowietrza, którym wtedy wszyscy oddychaliśmy, iwylał ją nam na głowy. Diagnoza postawiona przez niego miastu wydaje się trafniejsza niż niejeden reportaż oBiałymstoku. Można zatem powiedzieć, że mój artykuł ma charakter case study, choć pozostawi po sobie więcej pytań ipostulatów niż gotowych rozwiązań.

Zacznę od fikcji. Oto jak Ignacy Karpowicz, absolwent najlepszego wBiałymstoku liceum, ale już nie lokalnej uczelni, tylko międzywydziałowych indywidualnych studiów humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, relacjonuje wizytę głównego bohatera Niehalo Maćka, magistranta, wdawnym Domu Partii, azarówno wtedy, jak idziś, siedzibie kilku wydziałów Uniwersytetu wBiałymstoku, wtym polonistyki:

Pamiętam, kiedyś na proseminarium moja promotorka oniezwykle wysokiej kulturze literackiej, zmetr pięćdziesiąt, niezwykłej głębi spojrzenia: Do literatury – mówiła – trzeba mieć oko […] postanowiła tamtego dnia obrzydzić nam Duklę Stasiuka, bo za to akurat jej płacą.

Ipowiedziała […].

Ciekaw jestem, czy sama to wymyśliła, czy zerżnęła od jakiegoś prawdziwego profesora zprawdziwego uniwersytetu. Amoże jej wypowiedź należy odbierać wkategoriach autobiograficznych? Przecież ten bełkot włókienniczy musiała wyssać razem zprzędzą matki zzakładów pasmanteryjnych Pasmanta, miasto Białystok.

Nikt jej nie uwierzył. Kilka osób zaśmiało się cicho. Dotąd odbierała teksty za pomocą skóry iopracowań, żadnych udziwnień, zero zdań wielokrotnie złożonych.

Do tych śmiechów dołączyły śmiechy koleżanek polonistek.

Śmieją się one, bo trochę mądrzejsi koledzy zaczęli się śmiać. Bo one chcą spodobać się trochę mądrzejszym kolegom. Chcą szybciutko zostać zapłodnione izaobrączkowane. Tylko dlatego.

– Dlaczego, Gosiu, się śmiejesz? – zapytała promotorka.

– Nie wiem, pani profesor – odparła Gosia, dwumetrowa, wielkocyca, rumiana dziewka zjakiejś wsi popod Białymstokiem3.

Przejdę do moich własnych doświadczeń. Od ponad dziesięciu lat funkcjonuję wobiegu lokalnej, podlaskiej kultury wroli popularyzatorki, animatorki, ekspertki, między innymi jako członkini wspomnianej kapituły Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku, od kilku zdarza mi się też pojawiać wmedium mainstreamowym za sprawą recenzji pisanych dla magazynu „Książki”, wydawanego przez Agorę. Traktuję to zadanie serio izdużą dozą nieśmiałości, wciąż nie do końca ufając swoim kompetencjom – to jeden zprzejawów „syndromu oszusta”, zktórym boryka się wielu pracowników naukowych zawansu. Pod koniec września 2023 roku redaktor naczelny Juliusz Kurkiewicz, zlecając mi tekst dotyczący Łabędzi Jacka Dehnela, wreakcji na moją standardowo już wyartykułowaną obawę, czy podołam temu zadaniu, mniej więcej tak podsumował naszą dotychczasową współpracę (parafrazuję tu fragment naszej na poły służbowej, na poły prywatnej korespondencji): „Wtwoich tekstach dostrzegam pewną strategię. Odwołujesz się do jakiegoś klasyka, np. Mickiewicza przy okazji Mateusza Górniaka, iosłabiasz to zastrzeżeniem, że może brzmi zbyt podniośle, askojarzenie jest nazbyt odległe. Formułując jakiś mocny sąd, asekurancko referujesz opinie innych krytyków. Niepotrzebnie. Fajnie piszesz sama zsiebie, masz bardzo dobry gust inie potrzebujesz się ustawiać wpozycji pani zBiałegostoku”. Dodam jeszcze, że nawet jeśli sama się tak nie spozycjonuję, zrobią to za mnie czytelnicy. Wprawdzie wszyscy wiemy, że nie należy traktować serio komentarzy zamieszczanych anonimowo wInternecie, ale wszyscy je czytamy. Kiedy zatem pojawiają się krytyczne opinie dotyczące jakości pisanych przeze mnie recenzji, zwykle zawierają odniesienia do mojego usytuowania na osi centro-peryferyjnych relacji. Ich autorzy eksponują fakt, że pochodzę zBiałegostoku, azatem nie jestem „prawdziwą” profesorką czy krytyczką, tylko prowincjonalną itaki właśnie poziom reprezentują moje teksty. Pod recenzją Nicusia Maksa Wolskiego można było przeczytać, że na pewno nie znam Bernharda, inny komentator ubolewał nad tym, kto teraz pisuje dla „Książek” iże powinniśmy za chwilę spodziewać się recenzji twórczości Zenka Martyniuka (jak powszechnie wiadomo, Podlasie to stolica disco polo). Pod recenzją Hanki Macieja Jakubowiaka, zaczynającą się spostrzeżeniem, że za sprawą działania złożonych mechanizmów awansu społecznego ja, postchłopka zPodlasia, mogę na łamach mainstreamowego magazynu pisać tekst dotyczący książki człowieka zŻor, który jest dziś opiniotwórczym krytykiem iznanym eseistą, „oberwało się” zarówno mnie, jak iJakubowiakowi. Ktoś napisał, że znacznie przeszacowałam pozycję autora, ktoś inny, że nic nie zrozumiał ztego podlaskiego bełkotu, dlatego musi sięgnąć po Hankę4. Przypomnienie tych komentarzy wydaje mi się istotne ze względu na zawartą wnich presupozycję traktowania pochodzenia znie-Warszawy, nie--Krakowa czy nie-Gdańska jako deklasującego, kompromitującego ideprecjonującego intelektualistkę stygmatu. Ponieważ będę wdalszej części tego tekstu pisać owyzwalającym potencjale „brzydkich uczuć”, pozwolę sobie nazwać emocje istany, które mi towarzyszą podczas lektury tego typu wypowiedzi: złość, bezradność, lekko urażona duma zarówno na poziomie indywidualnym, jak też zbiorowym, jako reprezentantki Podlasia zjednej, ibiałostockiego środowiska akademickiego zdrugiej strony.

Przypadek trzeci mieści się wobszarze moich doświadczeń dydaktycznych. Był 2022 rok. Nie 1950 czy 1970 – te dziesięciolecia obejmowały pamiętniki osób awansujących, poddane interpretacji przez Magdę Szcześniak wksiążce Poruszeni. Awans iemocje wsocjalistycznej Polsce, wktórych znajdziemy opisy sytuacji podobnych do tej przedstawionej za chwilę – tylko XXI wiek, ponad 30 lat po transformacji ustrojowej. Wramach zaliczenia zajęć oteatrze ispektaklu wedukacji na polonistyce nauczycielskiej studenci przygotowywali projekt oparty na metodzie teatru partycypacyjnego opracowanej przez Michała Stankiewicza iKatarzynę Niziołek5.

Nie wdając się wszczegóły: każdy miał wybrać fragment zksiążki Mireczek Aleksandry Zbroi bądź zBliskich Annie Ernaux, nauczyć się go na pamięć, zaprezentować przed grupą iuzasadnić swój wybór. Większość osób decydowała się na cytaty odużym ładunku emocjonalnym, ale jedna ze studentek zaprezentowała opis kawiarni prowadzonej przez rodziców ­Ernaux. Jaki był komentarz? Dziewczyna urodziła się iwychowała wmałym miasteczku idopiero kiedy po maturze pojechała do Londynu do pracy, zobaczyła, że ludzie chodzą do kawiarni, żeby spędzać wniej czas, czytać gazety iksiążki, rozmawiać. Do tej pory wydawało się jej, że chadza się do restauracji, żeby coś zjeść, czyli wbardzo pragmatycznym, konkretnym celu, anie po prostu na kawę, dla rozrywki iprzyjemności. Teraz sama bardzo lubi „kulturę kawiarnianą” ima wBiałymstoku swoje ulubione kafejki. Jeszcze małe, adość ważne dopowiedzenie – mój „projekt zaliczeniowy” okazał się właściwie nieudany. Jego istotę stanowi wystąpienie przed grupą/publicznością – ten kontekst wywołuje dodatkowe emocje, pozwala skonfrontować kryteria poszczególnych wyborów, ujawnia specyfikę aktu indywidualnej lektury, prowadzi do powstania jednorazowej, aleatorycznej (kolejność wystąpień jest losowana) narracji. Tymczasem dzień przed zaliczeniem kilka studentek przyszło do mnie zprośbą, żebym zgodziła się na zmianę formuły, ponieważ wstydzą się – niech nie umknie nam to słowo – zaprezentować swoje historie przed koleżankami ikolegami, których znają od niemal pięciu lat (to był ostatni rok studiów magisterskich). Tym samym stałam się jedyną depozytariuszką ich opowieści. Dopowiedzenie ostatnie – od wielu lat zaczynam wykład zliteratury ipiśmiennictwa regionu na pierwszym roku polonistyki od rozrysowania mapy naszych auto/bio/geo/graficznych (kategoria sformułowana przez Elżbietę Rybicką) szlaków – zroku na rok zmieniają się proporcje liczby studentów zBiałegostoku imniejszych miejscowości, na korzyść tych ostatnich.

Do jakich refleksji skłaniają powyższe „przypadki”? Wszystkie można potraktować jako reprezentacje złożonego, wieloaspektowego procesu, jakim jest awans społeczny wpolskim wydaniu, czyli przemieszczanie się na klasowej drabinie zpozycji mniej uprzywilejowanych na bardziej uprzywilejowane, zwłaszcza pod względem dysponowania kapitałem kulturowym. Kluczową rolę odegrał wtym procesie dostęp do edukacji. Eksponuję kulturowy wymiar tej zmiany, ponieważ wPolsce po 1989 roku zdobycie wyższego wykształcenia, anawet wkroczenie na ścieżkę kariery akademickiej bynajmniej nie musi oznaczać akcesu do klasy średniej czy wyższej na poziomie statusu materialnego.

Jak zauważa Magda Szcześniak, pojęcie awansu cieszyło się wokresie powojennym dużą popularnością wodróżnieniu od takich kategorii jak mobilność czy ruchliwość społeczna, ponieważ ma większą od nich „performatywną moc”6 – oferuje wyrazistą „ramę narracyjną”, wktórą można wpisać swoje doświadczenia. Pisał otym przekonująco Maciej Jakubowiak weseju Wgórę, do przodu, apotem znowu wdół na łamach „Dwutygodnika”, analizując autobiograficzną prozę Annie Ernaux, Didiera Eribona, Édouarda Louisa czy Tove Dietlevsen7. Jakubowiak zwraca m.in. uwagę na to, że wszystkie te opowieści tworzone są post factum, zperspektywy osoby, która już awansowała, czyli przyswoiła sobie język opisu iwartościowania własnych doświadczeń iprzeszłości, będący jedną zdystynktywnych oznak samego awansu, różnicą oddzielającą od klasy pochodzenia. „Czytałem, by nauczyć się wspominać”, pisze Louis wZmianie8; trzeba też trochę czasu, żeby dostrzec, że nie mieliśmy po prostu dzieciństwa, tylko „dzieciństwo klasowe”9. Powstanie ipublikacja książki, wktórej zawrze się swoją historię, to zresztą ostateczny probierz odniesionego sukcesu, laur zdobyty wawansowym wyścigu, narzędzie emancypacji iforma rekompensaty za dawne upokorzenia: „książka wyjdzie ipomści moją przeszłość” (Louis). Zatem choć są to opowieści oprocesie, zwyraźnie zarysowanym „od do”, awięc uwzględniające zbiorowych iindywidualnych bohaterów zprzeszłości (rodzice, rodzina, miejsce pochodzenia, robotnicze czy chłopskie środowisko), nie pełnią funkcji konsolidującej/integrującej różne grupy społeczne, wręcz przeciwnie, stają się dystynkcją. Oczywiście sami autorzy iautorki narracji oawansie mają tego świadomość, stąd towarzyszące im poczucie zdrady, nielojalności wobec klasy pochodzenia czy rozdarcia między starym anowym światem – specyfika sytuacji osób awansujących polega na tym, że do żadnego znich się wpełni nie przynależy.

Normatywna siła oddziaływania narracji oawansie staje się jeszcze mocniejsza, astruktura opowieści mniej elastyczna, gdy wkroczymy wobszar awansów wpolu (za Pierre’em Bourdieu) akademickim, czyli związanych ze zdobyciem, apotem utrzymaniem pracy, anajlepiej etatu na uczelni, wraz ztowarzyszącym temu zawodowi etosem, repertuarem zachowań, postaw iemocji. Korzystającej ze schematów metodologicznych zaproponowanych przez Bourdieu Agacie Zysiak wksiążce Punkty za pochodzenie udało się pokazać, jak konserwatywny ioporny na wszelkiego rodzaju zmiany jest akademicki habitus, wtej skostniałej postaci interioryzowany irealizowany (zwłaszcza) przez osoby awansujące, które muszą ichcą wykazać, że są „prawdziwymi” profesorami. Lata mijają, zmieniają się ustroje, funkcjonujemy na uniwersytetach wwarunkach coraz bardziej korporacyjnych (nie mam na myśli zarobków), azasady akademickiej gry we wzorce ihierarchie wydają się niezmienne10. Wkonsekwencji oznacza to stan ciągłego hysteresis, czyli zapóźnienia inieprzystawalności habitusu wobec zmieniających się reguł ielementów pola. Jak czytamy uZysiak, projekt demokratyzacji uczelni, czy to we Francji, czy wsocjalistycznej Polsce, nie powiódł się. Czy mamy taki projekt dziś? Czy dysponuję takim projektem ja jako osoba zawansu konfrontująca się na co dzień ze studentami, dla których (nie wszystkich oczywiście, aczkolwiek dzieci białostockich bywalców kafejek iteatrów raczej idą na studia do Warszawy czy Krakowa) przekroczenie progu kawiarni ma symboliczny wymiar? Przekonują mnie refleksje Marty Kosińskiej, że „tendencja do przemilczania pochodzenia klasowego” i„swoista taktyka mimikry”, czyli „przykrawanie własnej ekspresji do bezklasowości zbiorowego habitusu uniwersyteckiego”, stanowią symptom szerszego zjawiska, czyli „odwracania się wanalizie kulturowej od kwestii nierówności społecznych wstronę różnic tożsamościowych”11. „Walczymy zdyskursami, anie zwyzyskiem” – pisze12. Zresztą bywa też odwrotnie – mówiąc oklasowości, gubi się kwestie tożsamościowe. To przypadek znakomitej skądinąd iprzywoływanej tu wielokrotnie książki Magdy Szcześniak Poruszeni. Autorka wychodzi od kategorii klasy, realizując formułowany, zwłaszcza na gruncie krytyki feministycznej, postulat intersekcjonalności, dopełnia ją różnicą płciową, ale zupełnie ignoruje kwestie etniczne czy zróżnicowanie regionalne, czym niejako powtarza unifikujący gest projektu socjalistycznego, poddawanego wksiążce analizie. Na co innego jednak chciałabym wtym momencie zwrócić uwagę. Jak konstatuje Szcześniak, zpamiętników osób awansujących wynika, że Polska Ludowa (dodam tylko, że ani ja, ani autorka Poruszonych bynajmniej nie idealizujemy tamtej epoki) oferowała im „duże oparcie psychiczne”. „Odgórna socjalistyczna opowieść awansu” „dostarczała […] tarczy przeciwko tradycyjnej kulturze inteligenckiej oraz łagodziła poczucie winy związane ze zmianą warunków życia”13. Zastanawiam się, czy ijakimi wspierającymi opowieściami dysponujemy dzisiaj. Bardzo dobrze, że coraz częściej pytamy osoby studenckie ozgodność tożsamości płciowej wpisanej do systemu USOS ztą odczuwaną ideklarowaną, ale za nietakt inaruszenie granic prywatności byłoby uznane zadanie pytania oto, czy studenci lub świeżo zatrudnieni pracownicy naukowi potrzebują wsparcia wzwiązku zróżnicami klasowymi. Na poziomie dyskursywnym (od czegoś trzeba zacząć) pomocna mogłaby być oczywiście opowieść oawansie, ale odbieramy ją sobie, zanim na dobre zdążyła się ukształtować izanim zauważyliśmy, że to nie był narzucony, peerelowski projekt, tylko istotne zjawisko społeczne, zróżnicowane wzależności od tego, wjakich krajach iustrojach je obserwujemy. Wrócę do moich osobistych doświadczeń. W2022 roku uczestniczyłam wdyskusji towarzyszącej finisażowi wystawy Świat nie wierzy łzom, którą przygotował dla Galerii Arsenał Tomasz Pawłowski-Jarmołajew. Składały się na nią prace młodych artystów wywodzących się zPodlasia, ajednym zkluczowych wątków spajających kuratorską narrację był temat wyjazdu/ucieczki. Kiedy zapytałam twórców oawans społeczny – czy ich dotyczy, czy też było to wich przypadku raczej doświadczenie przemieszczenia, migracji do większych ośrodków wkraju iza granicą, usłyszałam, że samo określenie „awans społeczny” jest niefortunne, bo hierarchiczne iwartościujące, gdyż mieści wsobie założenie oniższości iwyższości poszczególnych klas. Wyszłam ztego spotkania poirytowana idopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie źródło mego emocjonalnego dyskomfortu: nie dam sobie odebrać awansu, satysfakcji zniego. Nie dam go sobie odebrać wimię lewicowej poprawności politycznej, bo wiem, że „tam” było gorzej i„niżej”, co nie znaczy, że odbieram godność iwartość ludziom, wśród iobok których się wychowałam. Podobny trop znajdziemy weseju Jakubowiaka, którego zainspirował Didier Eribon podejrzeniem, że być może:

[…] problem tkwi nie wtym, po której stronie granicy się jest, ale wtym, że tę granicę tworzą same opowieści […]. Skoro tak – zastanawia się dalej Jakubowiak – to może zamiast wikłać się wte hierarchiczne relacje, dałoby się wszystko załatwić łatwiej? Na przykład zakładając, że wogóle nie ma żadnej sprawy, że to wszystko było jedno wielkie nieporozumienie, bo nie ma żadnego lepszego świata, tak jak nie ma świata gorszego, wkońcu wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi. To kuszące iprzecież byłoby całkiem nieźle, gdyby to była prawda14.

Jakubowiak rozwija ten wątek wautoetnograficznej Hance. Opowiadając wksiążce historię własną, swojej matki (tytułowa Hanka) ibabki, wnikliwie przygląda się mechanizmom, które sprawiły, że babcia Albina skończyła kilka klas szkoły powszechnej, matka zdała maturę wdrugim podejściu, aon sam obronił doktorat, by ostatecznie zrezygnować zkariery akademickiej. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment rozważań pojawiających się wHance, jak wiele innych partii tego eseju pisanych zpoziomu „meta” nie tylko wobec analizowanych procesów, ale też własnej narracji, emocji, postaw (jak na dobry esej przystało):

Wkońcu żeby mówić oawansie ilepszym życiu, trzeba założyć, że poprzednie życie było gorsze. Żeby móc powiedzieć osobie, że wreszcie stało się kimś, trzeba założyć, że Hanka była nikim. Może jeszcze by to uszło kiedyś, dawniej, wpewnych środowiskach, gdzie niespecjalnie przejmowano się uczuciami tych, którym gorzej się wiodło, awartość człowieka mierzono pozycją społeczną, majątkiem, urodzeniem izasobami honoru. Ale dziś nie uchodzi, po prostu nie wypada tak mówić, bo wszyscy ludzie są sobie równi, awartości człowieka się nie mierzy, tylko ją zakłada. Każda kulturalna iwykształcona osoba musi otym wiedzieć, anawet jeśli komuś nie przychodzi to odruchowo, wystarczy świadomość, że tak się po prostu nie mówi; zmiana języka wkońcu pociągnie za sobą zmianę świadomości. Ito dobrze. Wporządku, troszkę tu sobie żartuję, ale przecież tak właśnie powinno być. Powinno, ale nie jest. Nawet jeśli się otym nie mówi (choć, bądźmy uczciwi, czasem wciąż się mówi), to wartościujące myślenie nadal się praktykuje. Jedni, zwykle zamożniejsi ilepiej wykształceni, prowadzą lepsze, bogatsze, bardziej interesujące życie, pisze się onich wmediach, przeprowadza znimi wywiady, zaprasza na gale iwydarzenia, zabiega się oich przychylność, awich obecności trzyma język za zębami. Drudzy, odrugich po prostu się milczy. Aczasem jak się coś powie, to zlatują się strażnicy językowej imoralnej poprawności zpouczeniami, że tak nie wolno, więc lepiej rzeczywiście już nic nie mówić. Tak jakby tych drugich nie było, tak jakby byli nikim. Idopóki jest tak, jak nie powinno być, dopóty niemówienie otym, że tak właśnie jest, coś zakłamuje. Każe myśleć, że sprawa jest rozwiązana izałatwiona, oczym tu jeszcze gadać? […]

Aprzy okazji, ito jest chyba najbardziej przewrotne, oskarża się tych, którzy pokonali klasowy tor przeszkód, oklasizm. Na tym wkońcu polega paradoksalny efekt awansu społecznego: niby jest wyłomem wporządku społecznym, bo oznacza zmianę, ale jednocześnie utrwala jego istnienie. Aściślej: kwestionuje przywiązanie do pozycji, które zajmujemy wspołeczeństwie, lecz potwierdza ich hierarchię. Nie trzeba do tego cynicznych prawicowych polityków, wystarczą ludzie, którzy tak długo marzą, żeby wieść lepsze życie, aż wreszcie im się udaje. Na tym wkońcu polega paradoksalny efekt awansu społecznego: niby jest wyłomem wporządku społecznym, bo oznacza zmianę, ale jednocześnie utrwala jego istnienie15.

Dodam tylko, że te same dylematy, tyle że formułowane zinnych pozycji ideologicznych, towarzyszyły opowieściom oawansie wPolsce Ludowej, której ostatecznym celem miało być przecież społeczeństwo bezklasowe. Pozostawiam wmocy pytanie postawione przez Jakubowiaka: jak mówić ozmianie, by nie zakłamywać rzeczywistości, azdrugiej strony nie deprecjonować uczestniczących wniej podmiotów? Czy rozwiązaniem problemu społecznych nierówności jest udawanie, że nie istnieją, wimię egalitaryzmu? Jaką narracją objąć moją historię, adiunktki zhabilitacją profesorki UwB, wychowanej wdomu bez kanalizacji? Czy wogóle powinnam otym mówić? Wjakim celu? Kiedy opowiadałam koledze pochodzącemu zdobrze sytuowanej rodziny, aktorowi zwykształcenia, owarunkach, wjakich dorastałam, usłyszałam, że popadam w„automartyrologię”. Jak to pięknie ujęła Szcześniak: „Współczucie jest wświecie wyrosłym zzachodniej filozofii oświeceniowej zarezerwowane dla podmiotów, które wokreślony sposób prezentują swoje cierpienie”16.

„Habitus uniwersytecki”, który stanowi tło snutych tu rozważań, jest nie tylko bezklasowy, ale też zdeterytorializowany, czyli maskuje różnice inapięcia centro-peryferyjne. Podobnie zresztą dzieje się wnarracjach oawansie. Śmiem twierdzić, że ścieżki jego zdobywania, apotem konsumowanie na np. Uniwersytecie wBiałymstoku wyglądają nieco inaczej niż wprzypadku np. Uniwersytetu Warszawskiego. Zastanawiałam się, do jakich wniosków na temat kondycji iautonarracji uniwersytetów młodszych, aspirujących, omniejszym prestiżu, mogłoby doprowadzić zastosowanie wich analizie kategorii „syndromu oszusta”. Przypomnę, że jest to towarzyszące osobom awansującym poczucie podszywania się pod cudzą tożsamość, popełniania fałszerstwa, stan lęku przed porażką idemaskacją. Trochę gwoli przestrogi dodam też – za Kamilem Łuczajem – że doświadczenie „syndromu oszusta” prowadzi często do samoprekaryzacji, szczególnie „jeżeli oprócz klasy pod uwagę zostaną wzięte zmienne takie jak płeć czy rasa”17. To właśnie „syndrom oszustki” sprawia, że wpisanych dla „Książek” recenzjach przyjmuję strategie zdiagnozowane przez Kurkiewicza. Bardzo ważny jest tu performatywny wymiar tego typu doświadczeń – inspirując się Goffmanem, Łuczaj zauważa, że awansujący przedstawiciele klas ludowych nie są dyskredytowani, tylko dyskredytowalni – ta potencjalność, mogąca się zrealizować iujawnić wróżnych sytuacjach komunikacyjnych ispołecznych, staje się źródłem strachu iniepokoju. Wróćmy jednak do uniwersytetów. Nie potrafię stwierdzić, czy rzeczywiście dzielą się na „prawdziwe” i„nieprawdziwe”, jak tego chciał – araczej pewnie nie chciał – skazany klasowo na edukację wBiałymstoku bohater Niehalo, ale może chciałby migrujący do stolicy autor powieści, bo to wzmacnia ilegitymizuje jego mainstreamową pozycję. Na pewno są różne, funkcjonują wodmiennych warunkach iwhierarchicznym układzie, napędzanym dodatkowo mechanizmami konkurencyjności irywalizacji. Wydaje mi się, że właśnie ze względu na nie istnieje potrzeba performatywnego wytwarzania napięcia (za tym słowem kryją się pożądanie, zazdrość, podziw itd.) wokół nieistniającego jako realny punkt odniesienia „prawdziwego” uniwersytetu. Nie chodzi nawet ojego model, którego też właściwie nie znamy. Do tych intuicji przywiodła mnie pokrewna wobec „syndromu oszusta” kategoria „podróbki”, za której pomocą Magda Szcześniak wswojej nieco starszej książce – Normy widzialności z2016 roku – opisała proces kształtowania się klasy średniej wPolsce lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Mieliśmy wtedy do czynienia zsytuacją, kiedy różnego rodzaju „podróbki” pojawiały się na polskim rynku przed oryginałami (podobno byliśmy potentatem wtym przemyśle), asama klasa średnia formowała się jako „podróbka” wyobrażeń na temat jej zachodnich standardów. Inaczej niż „kopia”, która od początku ujawnia swoją relację zoryginałem i„dystans” wobec niego, „podróbka” „zaczyna istnieć jako podróbka dopiero wtedy, gdy zostaje rozpoznana”, jej celem jest bowiem „jak najdłuższe podszywanie się pod oryginał”18. Właśnie ze względu na obligatoryjne iwyraziste odniesienia wobec oryginału „podróbka” wydaje się bardziej przystawać do opisu napięć wpolu akademickim niż „syndrom oszusta”. Problem/istota tego zjawiska wkontekście akademii polega na tym, że tak jak istniała, nawet jeśli polski producent nie miał jej wrękach, „oryginalna” torebka Louis Vuitton, tak nie istnieje „oryginalny”, „prawdziwy”, wzorcowy uniwersytet, analogicznie do „prawdziwych profesorów”. Ostatecznie nie ma to jednak znaczenia, bo chodzi outrzymanie mnie, pracownicy Uniwersytetu wBiałymstoku, wstanie ciągłego niepokoju, napięcia ilęku przed demaskacją, że „prawdziwa” nie jestem, oraz wywarcie presji, żebym starała się bardziej ipracowała jeszcze więcej, aby na to miano – „prawdziwej profesorki” – zasłużyć.

Właśnie niepokój, obok takich afektów iemocji jak zazdrość, irytacja, paranoja, „animowalność” (poczucie ograniczonej sprawczości, zwłaszcza na tle rasowym) i„wzniosłootępiałość” (kombinacja szoku inudy), Sianne Ngai zalicza do „brzydkich uczuć”19. Włączam je do moich rozważań, ponieważ, po pierwsze, bardzo istotny element procesów awansu stanowi konieczność przyswojenia właściwych danej klasie struktur ischematów odczuwania, apo drugie, procesom tym towarzyszą niezwykle intensywne emocje. Możemy się otym przekonać, czytając przywoływanych już Didiera Eribona, Macieja Jakubowiaka, Édouarda Louisa, Annie Ernaux czy Renatę Lis, by wymienić tylko publikacje zostatnich lat. Wiele spośród tych emocji to uczucia negatywne idestrukcyjne, czasem wstydliwe. Jedne bardziej mieszczą się wsilnie perfomatywnej, oczym była mowa, ale też – co dodam teraz – mającej tendencję do normatywności narracji oawansie, inne mniej. WZmianie np. często pojawia się zazdrość – wekstremalnej postaci, jako najwyższa forma afirmacji ipożądania, we wspomnieniu pierwszego spotkania zDidierem Eribonem, kiedy to, słuchając jego odczytu, Louis pomyślał: „Chciałbym być taki jak on, chciałbym być nim”20. Inny zpowracających wtego typu narracjach stanów to upokorzenie, którego wymowny przykład znajdziemy wksiążce Moja ukochana ija. Renata Lis wspomina, jak nauczycielka historii wliceum, która była obiektem jej młodzieńczych westchnień iimponowała swoją przynależnością do intelektualnej elity (podobno nie otrzymała pracy na uczelni właśnie zpowodu „złego pochodzenia”), wyśmiała malinowy sweter zakochanej ambitnej uczennicy, pożyczony od ojca: „– Wieś tańczy iśpiewa, co, Renatka? – rzuciła M. przez zęby ze swoim zgorzkniałym ćwierćuśmieszkiem, uciekając wzrokiem wstronę okna. Zabolało”. Tego typu zdarzenia, zpozoru drobne, są niczym epifaniczne momenty uświadomienia sobie społecznej hierarchii iwłasnego wniej położenia: „Był to mój społeczno-erotyczny chrzest. Inicjacja wżycie społeczne”21 – pisze Lis. Analogiczne sceny pojawiają się we wspomnieniach Jakubowiaka – kiedy spotkana na ulicy nauczycielka, znając jego sytuację rodzinną, zakłada, że na pewno poszedł do szkoły zawodowej, anie do liceum, albo później, już na studiach:

Potem, chyba na trzecim albo czwartym roku, warsztaty Kingi Dunin iIgora Stokfiszewskiego. Nie pamiętam już dokładnie, oco im chodziło, ale wpewnym momencie poprosili, żeby ci, których rodzice mają wyższe wykształcenie, stanęli pod ścianą, apozostali pod oknem. Było nas pod tym oknem dwoje, uśmiechaliśmy się do siebie głupio22.

Sama też mam taką historię. Wósmej klasie szkoły podstawowej brałam udział wolimpiadzie zjęzyka polskiego iudało mi się przejść do wojewódzkiego etapu konkursu. Razem zrodzicami inauczycielką, która zpowodów rodzinnych zamieniła udaną karierę wbiałostockich mediach na etat wszkole podstawowej wmałym miasteczku, pojechaliśmy do Białegostoku, gdzie odbywał się konkurs. Zanim weszłam do sali, moja polonistka powiedziała, że nie chce mnie martwić, ale jak dotąd żadne „wiejskie dziecko” jeszcze nie wygrało tej olimpiady, więc żebym się nie czuła zawiedziona sobą, jeśli się nie uda. Wygrałam. Co ciekawe, dopiero po latach zdałam sobie sprawę zniestosowności tej uwagi. Znowu zacytuje Renatę Lis:

Dopiero dzisiaj widzę wyraźnie, że M. [nauczycielka historii – dop. K.S.M.] nie tylko gardziła nami, naszą robotniczą dzielnicą iszkołą dla szmuleckich dzieci śmieci, ale też nader swobodnie tę swoją pogardę wyrażała, my natomiast dostrzegaliśmy to ijednocześnie tego nie dostrzegaliśmy, ponieważ nie mieliśmy na to słów23.

Wtym miejscu dodam tylko na marginesie, że schemat opowieści oawansach, wktórym ważną rolę odgrywają „patroni” – te wszystkie polonistki, bibliotekarki, trenerzy, dostrzegający wbiednym dziecku potencjał ioferujący nadzieję na zmianę, warto uzupełnić ofigurę „patrona negatywnego”, niekoniecznie stanowiącego realną przeszkodę. To raczej ktoś, kto unaocznia nam naszą pozycję, ikomu, często podświadomie, niejako na złość ina przekór chcemy pokazać, że się mylił. Przy okazji tych historii ujawnia się też moc innego uczucia, czy może raczej postawy zkategorii niechcianych ipiętnowanych, czyli naiwności, która, jak to ujął Louis, „jest warunkiem ucieczki”24. Pochwała ignorancji – tak Jakubowiak tytułuje jeden zrozdziałów Hanki, zaczynając go słowami: „Naprawdę bardzo późno się zorientowałem, że właściwie nie powinno mnie tam [w„uniwersum uniwersytetu” – dop. K.S.-M.] być”25. Jego matka też zwyczajnie nie wiedziała (amoże nie chciała wiedzieć), że jej dzieci nie powinny iść na studia, bo taka jest kolej społecznej rzeczy.

Wtekstach dotyczących awansu często powraca wątek konieczności zanegowania czy ocenzurowania pewnych emocji znim związanych. Jak pisze Olga Byrska: „Musieliśmy się nauczyć tak kalibrować naszą komunikację, by zostać zrozumianymi; wreszcie, musieliśmy mówić onaszych emocjach wsposób zrozumiały, czyli opanowany iracjonalny”26. Trzeba opanować ten „gniew ponad miarę”, októrym, ku mojej wielkiej, perwersyjnej uciesze, mówił wRadio Tok FM Piotr Śliwiński, analizując wiersze Justyny Kulikowskiej zawarte wtomie gift. zPodlasia27. Jedno zgłównych założeń przyjętych przez Szcześniak wPoruszonych dotyczy znaczenia „struktur odczuwania” i„standardów emocjonalnych” wklasowej sztafecie, którego świadomość mieli sami awansujący:

Osoby awansujące szybko rozpoznają, że wyrobienie wsobie emocjonalnej wstrzemięźliwości oraz stosownych reakcji emocjonalnych jest koniecznym elementem przekroczenia niższej pozycji izakorzenienia się wnowym środowisku. Wielu autorów pamiętników wykazywało świadomość klasowego charakteru standardów emocjonalnych, dostrzegało różnicę między społecznie uprawnionymi sposobami przeżywania iwyrażania emocji wśrodowiskach miejskich a„nieodpowiednimi” uczuciami osób pochodzenia chłopskiego. […] klasom ludowym przypięto łatkę nadmiernie emocjonalnych, kierujących się nie racjonalnością, lecz wzmożonymi uczuciami. Co istotne, emocje te najczęściej nie są postrzegane jako związane zwarunkami życia (gniew jako odpowiedź na wyzysk, „chłopski upór” jako chęć wywalczenia możliwości podejmowania autonomicznych decyzji itak dalej), lecz podlegają biologicznej esencjalizacji – „stają się atrybutami ciał, sposobem przetłumaczenia tego, co „wysokie” i„niskie”, wwidoczne na ciele znaki28.

Aco by się stało, gdybyśmy, również wśrodowisku akademickim, przestali wypierać te brzydkie, niestosowne emocje, tylko dostrzegli wnich energię wiodącą ku zmianom? Przestali udawać, że awansowi nie towarzyszy wstyd, niepewność, niepokój, lęk przed demaskacją, zazdrość, zażenowanie – tę listę zapewne można przedłużać iniuansować. Przestali traktować „rozemocjonowanie” jako atrybut słabszych, wymagających oszlifowania iutemperowania grup – chłopów, kobiet, dzikich (znamy świetnie te standardy stosowane wpatriarchacie czy dyskursie kolonialnym).

Jak zauważa Ngai, „Jeśli Brzydkie uczucia miałyby być bestiariuszem afektów, byłby on zapełniony nie lwami,ale głównie szczurami ioposami, ze względu na dominację kategorii uczućsłabszych ibrzydszych29”. „Ponieważ nie prowadzą do dramatycznych wyładowań, karmią się stagnacją, mają niezwykłą zdolność długiego trwania”30 – dodają referujące koncepcję Ngai Monika Kwaśniewska iKatarzyna Waligóra. Inie byłoby pewnie wtym kontekście opowieści oawansach wświecie akademickim nic inspirującego, gdyby nie fakt, że „brzydkie uczucia” mają duży potencjał emancypacyjny, wykazując zdolność do obnażania systemowych czy instytucjonalnych nieprawidłowości inadużyć. Ngai we wstępie do swojej książki pisze:

Cała praca ujmuje emocje jako niezwykle zawikłane iskondensowane „interpretacje kłopotliwych położeń”, czyli znaki, które nie tylko uwypuklają różne poziomy problemu (formalne, ideologiczne, socjohistoryczne), ale także łączą je wcharakterystyczny sposób. Skupiam się wyłącznie na negatywnych afektach, które pomagają wrozumieniu problemów stawianych przez ogólny status zablokowanej sprawczości odnośnie do innych ludzkich podmiotów oraz społeczności31.

Wystarczy, że nie będziemy myśleć ozazdrości czy niepokoju jako indywidualnych „skazach”, słabościach i„brakach” charakteru po stronie podmiotu, tylko właśnie jako osymptomach nierówności. Świadomość, że to emocje, których właściwie nie powinniśmy odczuwać, dodatkowo wzmacnia ich krytyczny potencjał – to jakby ciągle być wstanie „meta”. Nie chcę na koniec popaść wpatos ani wpisać się wschemat resentymentu. Wydaje mi się jednak, że podążając tego typu ścieżkami ićwicząc się wczujności zamiast wsamokrytyce, my, ludzie awansu, oposy, nie lwy, możemy „podgryzać” akademicki habitus. Nie ignorując, nie cenzurując inie deprecjonując „brzydkich uczuć” oraz faktu, że – znowu za Louisem, tyle że wliczbie mnogiej – naszym przywilejem było poznanie świata bez przywilejów – mamy też większą szansę, by uczynić akademię miejscem spotkania ze studentami, anie rozmijania się wzajemnych oczekiwań, wyobrażeń istandardów. Wkoncepcji Ngai pociąga mnie też dowartościowanie biernego oporu, wyrażanej zuporem niezgody, którą badaczka ilustruje, przywołując postawę „wolałbym nie”, reprezentowaną przez bohatera znanego opowiadania Kopista Bartleby. Historia zWall Street Hermana Melville’a. Nie musimy od razu robić rewolucji ani wymagać od siebie wielkich czynów – to często demotywuje – ale drobne gesty sprzeciwu czy niezadowolenia mamy zawsze pod ręką.

Co zrobić zemocjami towarzyszącymi byciu reprezentantką „nieprawdziwego” Uniwersytetu wBiałymstoku? Wprzywoływanym tu już autoetnograficznym numerze „Tekstów Drugich” jako wyzwanie stojące przed uczelniami wyższymi, azarazem remedium na ich problemy, kilkukrotnie wskazywano konieczność ściślejszego powiązania uniwersytetów zlokalnym kontekstem. Jak zauważa Czapliński „[…] nauczanie nakierowane na lokalne potrzeby ilokalną kulturę silniej wiąże uczelnię ze środowiskiem, badaczowi zaś pozwala precyzyjniej formułować problemy naukowe”32. Anna Gomóła wzywa, by „bronić lokalności”, bo „deprecjonowanie jej specyfiki wimię adaptacji do wzorów wytworzonych winnych miejscach iinnych warunkach ogranicza korzystanie zpotencjału różnorodnych tradycji idoświadczeń”33. Wpełni się ztym zgadzam. Natomiast nic ztego nie wyniknie bez korekty nie tylko zasad parametryzacji iocen pracowników, wktórych budowanie relacji zotoczeniem społecznym traktowane jest jako rodzaj nieszkodliwego, bezkosztowego (dla uczelni, nie dla pracowników) hobby, ale też bez zmiany habitusu ihierarchicznych, centro--peryferyjnych relacji między ludźmi nauki. Zprzykładem ich funkcjonowania mieliśmy do czynienia podczas konferencji Usytuowania. Praktyki autorefleksji wXX- iXXI-wiecznym dyskursie humanistycznym wkontekście badań postzależnościowych zorganizowanej przez Uniwersytet Adama Mickiewicza wPoznaniu iCentrum Badań Dyskursów Postzależnościowych wlistopadzie 2023 roku, gdzie zaprezentowałam główne tezy tego artykułu. Moje wystąpienie, zgodnie zzadeklarowanym tematem, znalazło się, obok kilku innych, wpanelu regionalnym. Okazało się, że większość uczestników konferencji potraktowała akurat tę jej część jako dobry moment na spacer po niewątpliwie urokliwym Poznaniu bądź załatwienie innych pilnych spraw – wiadomo, „regionalne”, czyli partykularne iniezbyt interesujące. Czy odczuwałam „brzydkie emocje”, przemawiając do prawie pustej sali? Oczywiście.

Przypisy:

1 P. Czapliński, Wszechstronna osobność, „Teksty Drugie” 2023, nr 1, s. 9.

2 D. Brzostek, Kable, sieci, przemieszczenia. Filolog wświecie poza tekstem, „Teksty Drugie” 2023, nr 1, s. 135.

3 I. Karpowicz, Niehalo, Kraków 2013 (wyd. 2.), s. 45–46 (wyd. 1. Wołowiec 2006).

4 Niestety nie mogę odesłać do treści tych wypowiedzi wInternecie, ponieważ wzwiązku zwydzieleniem od 1 kwietnia 2024 ze spółki Agora SA kilku osobnych spółek, m.in. Agora Książki iMuzyka, wszystkie komentarze pod artykułami zostały automatycznie usunięte.

5 Zob. K. Niziołek, Przestrzeń możliwości. Teatr partycypacyjny jako środek budowania kapitału społecznego, „Civitas. Studia zFilozofii Polityki” 2020, nr 27, s. 217–249.

6 M. Szcześniak, Poruszeni. Awans iemocje wpowojennej Polsce, Warszawa 2023, s. 24.

7 M. Jakubowiak, Wgórę, do przodu, apotem znowu wdół, „Dwutygodnik”, wyd. 326, 01/2022, https://www.dwutygodnik.com/artykul/9919-w-gore-do-przodu-a-potem-znowu-w-dol.html (dostęp: 29.04.2024).

8 É. Louis, Zmiana, tłum. J. Polachowska, Warszawa 2021, s. 268.

9 Tamże, s. 46.

10 Zob. A. Zysiak, Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja iuniwersytet wrobotniczym mieście, Kraków 2016, tu zwł. rozdział Akademicki model biografii, s. 223–292.

11 M. Kosińska, Matka akademiczka. Autoetnografia zperyferii, usytuowana matrylokalnie, „Teksty Drugie” 2023, nr 1, s. 120.

12 Wpodobnym tonie wypowiadał się Zygmunt Bauman inspirujący się Richardem Rortym: elity, forsując ideę wielokulturowości, zasłaniają nią iodsuwają od siebie problem nierówności, tak jakby bieda była po prostu jednym zelementów globalnego zróżnicowania kulturowego. Zob. Z. Bauman, Migracja – asymilacja – diaspora, w: tenże, Kultura wpłynnej nowoczesności, Warszawa 2011, s. 51–67.

13 M. Szcześniak, Poruszeni, dz. cyt., s. 163.

14 M. Jakubowiak, Wgórę, do przodu, apotem znowu wdół, dz. cyt.

15 Tenże, Hanka. Opowieść oawansie, Wołowiec 2024, s. 60.

16 M. Szcześniak, Poruszeni, dz. cyt., s. 95.

17 K. Łuczaj, Doznawanie klasy wperspektywie mikrosocjologicznej. Przypadek pracowników naukowych, „Przegląd Socjologii Jakościowej” 2021, nr 2, s. 15.

18 M. Szcześniak, Normy widzialności. Tożsamość wczasach transformacji, Instytut Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2016, s. 59.

19 S. Ngai, Wstęp (do książki „Ugly Feelings”), tłum. M. Walczak, w: Teatr brzydkich uczuć, red. M. Kwaśniewska, K. Waligóra, Kraków 2021, s. 22. Za odesłanie mnie do tej książki dziękuję Michałowi „Perle” Łukaszukowi.

20É. Louis, Zmiana, dz. cyt., s. 144.

21 R. Lis, Moja ukochana ija, Kraków 2023, s. 64.

22M. Jakubowiak, Hanka, dz. cyt., s. 46.

23 R. Lis, Moja ukochana ija, dz. cyt., s. 63.

24É. Louis, Zmiana, dz. cyt., s. 177.

25 M. Jakubowiak, Hanka, dz. cyt., s. 46.

26 O. Byrska, Zdrajca klasy musi odejść, „Dwutygodnik”, wyd. 225, 5/2019, https://www.dwutygodnik.com/artykul/8261-zdrajca-klasy-musi-odejsc.html (dostęp: 29.04.2024).

27 Audycja OFF CZAREK, Poetycki piątek: „gift. zPodlasia” Justyny Kulikowskiej prowadzona przez Cezarego Łasiczkę zudziałem Piotra Śliwińskiego, Radio TOK FM, 20.05.2022, https://audycje.tokfm.pl/podcast/123206,Poetycki-piatek-gift-z-Podlasia-Justyny-Kulikowskiej (dostęp: 29.04.2024).

28 M. Szcześniak, Poruszeni, dz. cyt., s. 145–147.

29 S. Ngai, Wstęp (do książki „Ugly Feelings”), dz. cyt., s. 26.

30 M. Kwaśniewska, K. Waligóra, Robienie miejsca – pożytki zbrzydkich uczuć, w: Teatr brzydkich uczuć, dz. cyt., s. 10.

31 S. Ngai, Wstęp (do książki „Ugly Feelings”), dz. cyt., s. 22.

32 P. Czapliński, Wszechstronna osobność, dz. cyt., s. 13.

33 A. Gomóła, Trzeba bronić lokalności. Próba autoetnografii, „Teksty Drugie” 2023, nr 1, s. 73.

Margaret Ohia-Nowak, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej

ORCID ID: 0000-0003-0268-1551

Doświadczenie afropolskie. Refleksja autoetnograficzna1

Tożsamość etniczna Afropolaków/Afropolek, podobnie jak innych mieszanych etnicznie grup, nie jest uwzględniona woficjalnych polskich statystykach ludności. Zprzeprowadzonych badań wiadomo, że ich silne poczucie tożsamości polskiej istatus obywateli/obywatelek tego kraju zderza się zdoświadczeniem wykluczenia, bycia postrzeganymi iprzedstawianymi jako „ktoś nieeuropejski” lub „nie do końca polski”2. Jednak pomimo rosnącej liczby badań nad doświadczeniami osób czarnych pochodzenia afrykańskiego urodzonych i/lub wychowanych wEuropie Środkowo-Wschodniej3 nie skupiają się one dostatecznie na przecinających się kategoriach rasy, płci, wieku ispecyficznego kontekstu geograficzno-kulturowego. To, że Afropolacy/Afropolki są Polakami/Polkami, podważa obecne wświadomości białych Polaków/Polek założenie otym, że tożsamość narodowa to cecha związana zczynnikami biologicznymi, iotym, że tożsamość polska jest hegemoniczna4. Ich doświadczenia coraz częściej są przedmiotem badań socjologicznych – czarni Polacy/Polki często spotykają się zjawnym rasizmem, słysząc np., żeby „wracali do domu” (wdomyśle – do Afryki, mimo że często wogóle nigdy wniej nie byli), aczarne Polki/Polacy – zrasizmem mikroagresywnym, takim jak dotykanie ich włosów czy komplementowanie, że dobrze mówią po polsku, co daje im odczuć, że nie są postrzegane jako prawdziwe Polki/Polacy5. Brakuje jednak badań, które pokazywałyby specyfikę afropolskiego doświadczenia wperspektywie intersekcjonalnej zuwzględnieniem pochodzenia ze specyficznego kontekstu środkowoeuropejskiego.

Istniejące badania nie rozpatrują doświadczeń afropolskich wodniesieniu do Wallersteinowskiej dynamiki „centrum”/„rdzenia” vs. „peryferie”6. Ta rzeczywistość stawia bowiem doświadczenia czarnych osób spoza centrum wszczególnej pozycji, wktórej są mniej widoczne iuważane za peryferyjne wdominującym dyskursie zachodnim. Imimo że dostrzegam specyfikę doświadczenia Czarności wkontekście polskim, mam świadomość, że to zachodni „rdzeń”/„centrum” ustala dyskurs na temat rasy irasizmu ito znim silnie związana jest rama teoretyczno-metodologiczna moich badań. Badania nad specyfiką Czarności wpolskim kontekście są zatem nie tylko eksploracją wyizolowanej tożsamości, ale także wyzwaniem dla istniejących norm badań naukowych, wktórych „peryferie”, aściślej „półperyferie” starają się podkreślić swój unikalny głos pośród dominujących narracji „centrum”.

Wartykule tym, dokonując autoetnograficznego opisu sytuacji z2010, 2013 i2023 roku, analizuję swoje doświadczenie dyskryminacji intersekcjonalnej jako czarnej Polki wstrukturach akademickich tradycyjnie zdominowanych przez mężczyzn oraz łączących hierarchie władzy, płci iwieku. Badam, na ile hierarchie związane zurasawianiem irasizmem krzyżują się wtych strukturach zelementami płci ipolskiego pochodzenia (ta kategoria jest szczególnie ważna wanalizie sytuacji, która wydarzyła się poza Polską) oraz wjakim stopniu analiza tego doświadczenia może prowadzić do pogłębienia wiedzy odoświadczeniu afropolskim.

Doświadczenie afropolskie rozumiem tu jako doświadczenie dotyczące niewielkiej grupy osób wPolsce: osób mieszanego polsko-afrykańskiego pochodzenia, urodzonych iwychowanych wPolsce. Są to potomkowie tzw. pierwszego pokolenia Afrykanów iAfrykanek, tzw. drugie pokolenie, pochodzące zwykształconych rodzin7 iidentyfikujące się głównie jako „Afropolacy”/„Afropolki”8, „Polacy/Polki pochodzenia afrykańskiego” lub „czarni Polacy”/„czarne Polki”.

„Afropolak”/„Afropolka”

Słowo „Afropolak” i„Afropolka” to wynik procesów nazwotwórczych, które miały miejsce wlatach dziewięćdziesiątych XX wieku wkrajach Europy Zachodniej. Śladem „Afroamerykanina/Afroamerykanki” nazwy takie jak „Afroeuropejczyk/Afroeuropejka”, „Afropejczyk/Afropejka” czy „czarny Europejczyk/czarna Europejka” miały ukazać dynamiczny rozwój tożsamości transkulturowych, które przekraczają tradycyjne granice narodowe ietniczne, podkreślając bogactwo izłożoność współczesnej europejskiej tożsamości9. Pojawienie się określeń, takich jak „Afrowłoch/Afrowłoszka”, „Afrobrytyjczyk/Afrobrytyjka” czy „Afrofrancuz/Afrofrancuzka” wskazuje na potrzebę uznania iwłączenia tożsamości osób pochodzenia afrykańskiego we wspólnotę europejską. Wostatnich latach wyrazy „Afroczech/Afroczeszka”, „Afrosłowak/Afrosłowaczka” i„Afrowęgier/Afrowęgierka” wskazują na to, że osoby pochodzenia afrykańskiego żyjące wEuropie Środkowo-Wschodniej są także częścią tej wspólnoty. Podobnie „Afropolak/Afropolka” – stosunkowo nowy termin na określenie czarnych Polaków/Polek, którego nie ma we współczesnych słownikach języka polskiego – podkreśla współistnienie wnich zarówno tożsamości afrykańskiej, jak ipolskiej. W2015 roku termin ten pojawił się na stronie Obserwatorium Językowego Uniwersytetu Warszawskiego izostał zdefiniowany jako „czarnoskóry Polak”10. Ichoć nazwa ta nie jest typowym połączeniem wjęzyku polskim, aprzedrostek „afro” jest najczęściej używany wpołączeniu „Afroamerykanin” oraz samodzielnie jako określenia fryzury („afro”), wdebacie publicznej termin ten pojawił się na początku XXI wieku, wkontekście dyskusji osłowie „Murzyn”. Miała to być nowa, pozytywna nazwa osób pochodzenia afrykańskiego wPolsce, wyrażająca większy szacunek iświadomość niż dyskryminujący iobraźliwy „Murzyn”11. Nazwa ta często wzbudza zdziwienie wśród białych Polek/Polaków, choć zwywiadów, atakże wypowiedzi medialnych irelacji osób, których to słowo dotyczy, wynika, że jest uznawana za właściwą istosowną. Pisze otym m.in. Żaneta Kubicka: „Afro-Polak nie jest typowym rzeczownikiem wjęzyku polskim, więc nie jest preferowaną alternatywą dla słowa Murzyn. Jednocześnie wielu czarnych Polaków uważa tę alternatywę za akceptowalną izachęca do jej używania”12. Wartykule tym określenie „Afropolak/Afropolka” stosuję zamiennie zokreśleniem „czarny Polak/czarna Polka”. Jednocześnie chcę również podkreślić, że doświadczenie urasawiania13 jest nieodłącznym elementem afropolskości, co wynika nie tylko zanalizy autoetnograficznej, ale także zcytowanych przeze mnie badań.

Autoetnografia jako wydobycie wiedzy o doświadczeniu

Wtekście tym wykorzystuję jakościową metodę autoetnografii, która umożliwia badanie złożonych tożsamości idoświadczeń przez pryzmat własnej historii oraz usytuowanie wiedzy osobie iinnych przez opowiedzenie historii. Wperspektywie badań feministycznych autoetnografia to „aktywna demonstracja tego, że osobiste jest polityczne”14, która pozwala na szczególny wgląd wosobiste doświadczenia iteoretyzowanie towarzyszących temu doświadczeń. Autoetnografia jest bowiem szczególnie skuteczna wbadaniu intersekcjonalnych doświadczeń czarnych kobiet15.

Moją osobistą refleksję idoświadczenie afropolskości umieszczam wkontekście intersekcjonalnego doświadczenia, wktórym przecinanie się kategorii tożsamości tworzy jego unikalną strukturę. Autoetnografię traktuję jako coś więcej niż tylko metodę badawczą – jest to świadomy akt polityczny, który odrzuca tradycyjny sposób prowadzenia badań wnaukach społecznych, ajednocześnie wymaga od osoby badającej pogłębionej autorefleksji, krytycznej autoanalizy iosobistego zaangażowania wbadany temat. Jak więc wygląda moje usytuowanie?

Jestem czarną Afropolką urodzoną, wychowaną16 iwykształconą wPolsce. Moje badania dotyczą przejawów rasizmu wjęzyku polskim iwkomunikacji społecznej. Moje usytuowanie jest wyjątkowe zwielu powodów: jako jedna zniewielu Afropolek zatrudnionych na uczelni wyższej wPolsce mogę być postrzegana jako wyjątek od reguły, anawet jako zakłócenie dominującego status quo, co wperspektywie moich intersekcjonalnych tożsamości naraża mnie na wielokrotną dyskryminację (wiek, płeć, rasa). Ponieważ brak jest badań lub statystyk dotyczących doświadczeń czarnych Polek iPolaków, szczególnie tych pracujących wnauce, przeprowadzona przeze mnie analiza opiera się na moich indywidualnych doświadczeniach wuczelniach wyższych. Zjednej strony traktuję te sytuacje jako materiał badawczy do wydobycia wiedzy oafropolskim doświadczeniu, zdrugiej zaś jako narzędzie do eksploracji specyfiki tego doświadczenia. Jednocześnie, świadoma tego, że opis autoetnograficzny powinien być wynikiem głębokiej iuważnej autorefleksji, kładę nacisk na zależności między tym, co wynika zmojego szczególnego usytuowania, atym, co można sprowadzić do incydentalnych napięć. Jak twierdzą bowiem Carolyn Ellis iArt Bochner: „Wmiarę jak autoetnografowie przesuwają się do tyłu ido przodu wczasie, do wewnątrz ina zewnątrz siebie, rozróżnienia między tym, co osobiste, atym, co kulturowe, zacierają się, czasem nie do rozpoznania”17. Metoda autoetnograficzna ma na celu użycie osobistych narracji do zbadania bardziej ogólnych zagadnień społecznych, kulturowych ipolitycznych, pomaga też tworzyć wiedzę, która przełamuje schemat mówienia opodmiocie badań zperspektywy zewnętrznej, apozwala tę wiedzę wydobywać zdoświadczenia osoby usytuowanej wdoświadczeniu, które sama bada. Moje specyficzne, ajednocześnie wyjątkowe usytuowanie zapewnia wgląd wdoświadczenia, które wciąż nie są dostatecznie udokumentowane.

Doświadczenie afropolskie jako doświadczenie intersekcjonalne

Wbadaniu złożonych mechanizmów doświadczenia afropolskiego konieczne jest zrozumienie pojęcia dyskryminacji intersekcjonalnej wywodzącego się zrefleksji badawczej czarnych feministek18. Dyskryminacja intersekcjonalna tradycyjnie odnosi się do przecinających się, zmarginalizowanych cech płci irasy, które zazwyczaj są ignorowane, reprezentowane stereotypowo, ale ze względu na nie osoby otych cechach są narażone na życie wgorszych warunkach niż osoby bez zmarginalizowanej cechy tożsamości, np. biali mężczyźni, lub zjedną zmarginalizowaną cechą tożsamości, np. białe kobiety lub czarni mężczyźni19.

Jedną zkonsekwencji intersekcjonalnej dyskryminacji jest doświadczanie przez czarne kobiety intersekcjonalnej niewidzialności20. Czarne kobiety nie są postrzegane jako typowe przedstawicielki dominujących grup tożsamościowych: ich wizerunek nie jest zgodny zuniwersalnym wizerunkiem kobiecości (przypisywanym białym kobietom) ani osób niebiałych (przypisywanym niebiałym mężczyznom), co skutkuje ich podwójną niewidzialnością:

Doświadczenia czarnych kobiet są często utożsamiane zdoświadczeniami czarnych mężczyzn lub białych kobiet. Aponieważ doświadczenia tych ostatnich są uznawane za równoważne [zdoświadczeniami czarnych kobiet – przyp. M.O.-N.], omawianie specyfiki doświadczeń czarnych kobiet wydaje się zbędne. Błędnie zakłada się, że nie ma różnicy między byciem czarną kobietą abyciem ogólnie czarnym (czyli mężczyzną) lub ogólnie kobietą (czyli białą)21.

Wtym artykule chcę pokazać, wjakim stopniu jest podobne, awjakim różni się doświadczenie Afroamerykanów/Afroamerykanek iAfroeuropejczyków/Afroeuropejek zEuropy Zachodniej idoświadczenie Afropolaków/Afropolek, gdy weźmiemy pod uwagę specyfikę lokalną. Jeden znajbardziej charakterystycznych aspektów perspektywy intersekcjonalnej stanowi fakt, że tożsamość społeczna jest postrzegana jako kształtowana przez wiele przecinających się czynników, zktórych każdy jest konceptualizowany jako zależny od jego znaczenia wrelacji zinnymi czynnikami, zktórymi się wtej tożsamości przecina22. Kluczowe jest więc tutaj przyjrzenie się wzajemnie konstytuującym się iprzecinającym kategoriom iwpływowi, jaki wywierają na owo intersekcjonalne doświadczenie.

Dyskryminacja kobiet w nauce

Doświadczenia kobiet wotoczeniu naukowym ina wyższych uczelniach to przedmiot wielu badań wPolsce ina świecie23. Badania pokazują, że naukowczynie wPolsce doświadczają dyskryminacji intersekcjonalnej opartej na płci, statusie zawodowym oraz – czasami – naciskach politycznych, co znacząco wpływa na ich ścieżkę kariery24. Mimo podobnej liczby mężczyzn ikobiet pracujących na uniwersytetach kobiety są niedostatecznie reprezentowane na najwyższych stanowiskach władzy25. Zbadań Narodowego Centrum Nauki wynika, że kobiety częściej doświadczają nierówności wobciążeniu obowiązkami służbowymi, atakże wwysokości wynagrodzenia wporównaniu zmężczyznami zatrudnionymi na takim samym stanowisku ibędącymi na podobnym etapie rozwoju naukowego, ich stopnie itytuły naukowe owiele częściej są pomijane, owiele częściej odczuwają presję przyjęcia dodatkowych zadań do wykonania, by udowodnić swoją wartość. Częściej też spotykają się zutrudnianiem awansu, sytuacjami mobbingu, dyskryminacją kobiet planujących zajście wciążę lub mających dzieci, atakże zprotekcjonalizmem ze strony męskiej kadry naukowej26. Wprzypadku kobiet niebiałych na doświadczenia płci nakładają się doświadczenia urasawiania.

Funkcjonowanie czarnych kobiet wnauce to przedmiot obszernych badań wduchu intersekcjonalnego feminizmu wStanach Zjednoczonych iEuropie Zachodniej (szczególnie Wielkiej Brytanii)27. Zbadań tych wynika, że czarne kobiety wśrodowisku akademickim doświadczają różnych form marginalizacji, wykluczenia iprzemocy28, których źródłem jest ich intersekcjonalne usytuowanie. Kobiety te często spotykają się więc ztzw. „wielokrotną marginalizacją” isystemową niewidzialnością, agranice między dyskryminacją rasową adyskryminacją ze względu na płeć są płynne. Prowadzi to do wewnętrznych dylematów dotyczących tego, czy przyczyną takich doświadczeń jest bycie kobietą, osobą niebiałą, czy też wgrę wchodzi każdy ztych powodów29. Wiele badań dowodzi, że czarne kobiety wśrodowiskach akademickich często są uciszane itokenizowane30. Badaczki zauważają też, że mechanizmy te stawiają je wpozycji „intelektualnej inności”31 oraz sprawiają, że czują się one mniej wiarygodne jako autorytety naukowe32. Inne badania wskazują na stres psychologiczny wywoływany przez te procesy33 iciągłą konieczność udowadniania swoich kompetencji wpracy34. Nirmal Puwar pisze okobietach zmniejszości rasowych jako „najeźdźczyniach przestrzeni” wtradycyjnie białych imęskich przestrzeniach: „Jako materia nie na swoim miejscu [matter out of place – MON], obecność kobiet imniejszości rasowych ustanawia całą serię procesów, które sygnalizują, że są one «najeźdźcami przestrzeni»”35. Przestrzenie te zarezerwowane są dla określonych ciał (głównie białych imęskich), apojawiają się wnich osoby, które nigdy ani nie były wnich obecne, ani nie dzierżyły wnich władzy. Fizyczne isymboliczne wejście do tej przestrzeni nienormatywnych ciał z„zewnątrz”, np. czarnych kobiet, prowadzi do zakłócenia ustalonego porządku, wywołuje dezorientację36. Co ważne, obecność tych kobiet wtradycyjnie białych męskich domenach jest bardzo zauważalna iczęsto wyolbrzymiona. Ta nadwidoczność służy przedstawianiu ich jako grupy większej liczebnie niż wrzeczywistości, co zkolei może prowadzić do postrzegania ich jako zagrożenia lub formy inwazji, atakże jako wyzwania dla status quo. To czyni je ciałami „nie na miejscu” (out of place). Kimś, anawet czymś, kogo istnienie podważa się na każdym kroku ikomu przypomina się (zazwyczaj wsubtelny sposób), że do tej przestrzeni nie przynależy. Jak twierdzi Nkiru Nzegwu, to dominujące struktury białości sprawiają, że czarne kobiety muszą nieustannie udowadniać swoją wiedzę iinteligencję białym mężczyznom wdyskusjach akademickich systemowo uważanych za najbardziej kompetentnych37. Koncepcja intersekcjonalnej niewidzialności łączy się znadwidocznością czarnych kobiet38. Victoria Showunmi uważa, że zdoświadczeniem systemowej niewidzialności łączy się paradoks nadwidoczności, jakiego doznają czarne kobiety wśrodowisku akademickim, będąc jednocześnie „nadwidocznymi” i„niewidzialnymi”39.

Doświadczenie „nadwidocznej niewidzialności”

„Nadwidoczna niewidzialność” to dominujące doświadczenie czarnych Polek iPolaków, którzy są fizycznie nadwidoczni, asystemowo – wstrukturach społecznych pozostają niesłyszalni iniewidzialni. Czarni Polacy iczarne Polki to grupa strukturalnie niezauważana wpolskim społeczeństwie. Nie są oni uznawani za mniejszość etniczną wpolskim ustawodawstwie ani wnarodowym spisie powszechnym, co sprawia, że wstatystykach są oni domyślnie klasyfikowani jako biali Polacy. Wspomniana już przeze mnie systemowa niewidzialność rozciąga się na inne dziedziny dyskursu publicznego, takie jak media, edukacja, polityka ikultura, gdzie perspektywa afropolska jest regularnie ignorowana lub marginalizowana.

Osoby czarne wPolsce doświadczają izolacji wynikającej nie tylko zniewielkiej liczby osób należących do tej grupy, ale także zpoczucia nieadekwatności ich czarnych ciał wkraju, wktórym zdecydowana większość osób jest biała40. Ich ciała są postrzegane jako wyjątkowe iegzotyczne, co czyni je nadmiernie widocznymi inieustannie obserwowanymi przez białe spojrzenia. Odbiera się tym samym im podmiotowość, co prowadzi do jeszcze większej niewidzialności iciągłej konieczności udowadniania przez te osoby swojej wartości. Interesujący wtym kontekście jest fragment moich autoetnograficznych zapisków z2012 roku:

Życie na marginesie często prowadzi do samotności, szczególnie gdy nie mieszka się wstolicy lub większym mieście, co utrudnia spotkanie osób opodobnym wyglądzie, myśleniu, zainteresowaniach lub pracujących wtych samych miejscach. Bycie na marginesie sprawia, że desperacko dążę do bycia widoczną, ciągle starając się udowodnić, że należę do tego miejsca, że jestem Polką iże zasługuję na uznanie tego, że jestem Polką. Paradoksalnie, ten wysiłek często prowadzi do jeszcze większej niewidzialności, co jest nieodłącznym elementem bycia na marginesie41.

Doświadczenie „nadwidocznej niewidzialności” może się też objawiać waktach mikroagresji rasowej, które mogą się wydawać nieistotne dla sprawcy, ale są wyrazem nieuświadamianych uprzedzeń rasowych ipłciowych42. Jest to szczególnie widoczne wdoświadczeniu czarnych Polek, których włosy lub skóra są często nagle dotykane przez nieznajomych, aciała seksualizowane, egzotyzowane iuprzedmiotawiane43. Co szczególnie ważne, te codzienne doświadczenia mają swoje konsekwencje psychologiczne – mogą jeszcze bardziej zwiększać poczucie izolacji, wpływają na pogorszenie zdrowia psychicznego ifizycznego, atakże zmniejszają produktywność zawodową44.

Doświadczenie „przeżywanej sprzeczności”

Wiele kobiet wśrodowisku akademickim doświadcza tego, co Caroline Sotello Viernes Turner opisuje jako „przeżywaną sprzeczność” (lived contradiction45), polegającą na rozdarciu między wieloma sprzecznymi tożsamościami, które nie wpisują się wnormatywną tożsamość naukowca. Wprzypadku kobiet niebiałych sprzeczność ta jest spotęgowana urasowionymi strukturami władzy. Ana Maria Martinez-Alemán pisze orozdźwięku46. Bycie profesorką wiąże się zdoświadczeniem nieadekwatnym dla tożsamości latynoskiej; bycie latynoską profesorką oznacza jednoczesne utożsamianie się inieutożsamianie zczęścią własnej tożsamości, co prowadzi do „szaleństwa” (locura). Jest to, zdaniem badaczki, bycie „wieczną nowicjuszką” wświecie, który definiują instytucje nieprzystające do rzeczywistości niebiałych kobiet iktóry nie uznaje ich osiągnięć akademickich, nie traktuje poważnie ich intersekcjonalnych doświadczeń47.

Przedstawiona poniżej sytuacja może być przejawem sposobów postrzegania kompetencji ipozycji czarnych kobiet wstrukturach akademickich. Amerykańskie badania pokazują, że czarne nauczycielki akademickie wkontekstach zachodnich są często mylone ze studentkami48, nie tylko ze względu na swój młody wygląd, ale również dlatego, że są jedynymi czarnymi osobami zatrudnionymi na uczelni, awszystkie inne czarne kobiety na uczelni to studentki, anie pracownice.

WPolsce czarne kobiety na uczelni to najczęściej niemówiące po polsku studentki zkrajów afrykańskich, co może prowadzić do uogólnienia: „wszystkie czarne osoby na uczelni to osoby przyjezdne, nie zPolski”. Imimo że kontekst polski jest zupełnie inny niż amerykański, inne są jego podstawy społeczne, historyczne ikulturowe – mimo fizycznej obecności czarnych kobiet, ich rola, status, osiągnięcia, doświadczenia iperspektywy są wdużej mierze pomijane, ignorowane isprowadzane do stereotypowego obrazu. Wskazuje na to kolejna sytuacja: kiedy przechodzę korytarzami uniwersytetu, niewiele osób pracujących mówi mi „dzień dobry”. Prawdopodobnie dlatego, że większość po prostu mnie nie zna. Jednak kiedy w2023 r. zaprosiłam kogoś spoza uczelni na wykład gościnny (był to biały mężczyzna niezwiązany ze światem nauki), każdy przechodzący obok nas na korytarzu wykładowca kłaniał mu się, rzucał porozumiewawcze spojrzenia imówił „dzień dobry”, mimo że pierwszym językiem gościa jest angielski. Wtedy to mnie również, prawdopodobnie zpowodu jego obecności, zaczęto zauważać.

Pozornie można tamtą sytuację tłumaczyć na wiele sposobów – jako wynik krzyżowania się płci, wieku, stażu pracy, niekoniecznie koloru skóry. Jednak jeśli przyjrzymy się tej sytuacji bliżej, widać wniej pewien skrypt rasowy ipłciowy, gdzie czarna kobieta, wchodząc do przestrzeni historycznie zdominowanej przez białych mężczyzn, jest często postrzegana przez pryzmat inności, jej działania ocenia się surowiej niż działania jej białych koleżanek lub kolegów. Skrypty rasowe ipłciowe dyktują, kto powinien pełnić określone role izajmować określone stanowiska49. Zbadań porównujących codzienne życie białych mężczyzn iczarnych kobiet wynika, że biali nauczyciele akademiccy są bardziej szanowani przez studentów iswoich współpracowników (szczególnie mężczyzn) niż czarni50; są oni uważani za bardziej obiektywnych iwiarygodnych – tak jak biały mężczyzna wprzytoczonej powyżej sytuacji. Czarne kobiety są natomiast często traktowane jako „obywatele drugiej kategorii”, izolowane od środowiska akademickiego iniedoceniane.

Afropolacy/Afropolki jako „najeźdźcy przestrzeni”

Gdy osoby czarne mówią orasizmie wPolsce, ich obserwacje ianalizy postrzegane są nie tylko jako naruszenie dobrego wizerunku Polski, uważanej przez jej mieszkańców imieszkanki za państwo tolerancyjne, wolne od uprzedzeń irasizmu, ale także jako naruszenie nienaruszalnej przestrzeni polskiej tożsamości51. Wtym kontekście przyjrzę się kolejnej sytuacji zmojej historii. W2013 roku udzieliłam długiego wywiadu do jednego zpolskich dzienników na temat swoich badań dotyczących Czarności, przejawów rasizmu wpolszczyźnie idyskursie medialnym wPolsce. Mówiłam wnim oznaczeniu krytycznej analizy literatury dziecięcej oraz otym, jak może ona wzmacniać krzywdzące uprzedzenia wobec osób pochodzenia afrykańskiego. Jednym zomawianych przeze mnie przykładów był Murzynek Bambo Juliana Tuwima. Moja krytyka wiersza spotkała się wtedy zdużym sceptycyzmem czytelników iczytelniczek. W