Upadek legendy. Gabriel Legend #1 - Meghan March - ebook + audiobook + książka

Upadek legendy. Gabriel Legend #1 ebook i audiobook

Meghan March

4,2

12 osób interesuje się tą książką

Opis

I część trylogii GABRIEL LEGEND

Scarlett Priest mogła przywodzić na myśl księżniczkę z wieży z kości słoniowej - była piękna, bogata i niedostępna. Miała także władzę nad rzeszą fanów - nieformalną, choć diabelnie skuteczną. To, co Scarlett uznawała za doskonałe, automatycznie takie się stawało. Słowo uznania ze strony księżniczki było cenniejsze niż złoto: mogło uratować życie, podźwignąć interes, a nawet wskrzesić... legendę.

Gabriel Legend był bardzo niebezpiecznym i zdeterminowanym mężczyzną. Po zakończeniu kariery pięściarza postanowił założyć klub. Miało to być wyjątkowe miejsce, do którego każdy będzie chciał wejść choćby na jeden wieczór. Ale coś poszło nie tak. Jedna strzelanina sprawiła, że klub Legenda stanął na skraju plajty. Gabriel postanowił jej zapobiec. Pomysł, aby skorzystać z pomocy kogoś, kto profesjonalnie stworzy wizerunek najgorętszego miejsca w mieście, wydawał się niezły. Gorzej wyszło z realizacją tego zamiaru.

Nie planował tak poważnego przestępstwa, ale stało się. Jego przyjaciel niespodziewanie porwał Scarlett i dostarczył Gabrielowi wprost do klubu. Gdy dziewczyna zrozumiała, że nie grozi jej natychmiastowa śmierć, zainteresowała się propozycją obu mężczyzn. Uczynienie z tego miejsca prawdziwej legendy Manhattanu było dla niej sporym wyzwaniem. Chodziło także o coś więcej. Błękitne oczy i umięśniona sylwetka Gabriela wywarły na Scarlett piorunujące wrażenie.

On od niemal pierwszej chwili nie potrafił przestać myśleć o pięknej Scarlett. Wiedział, że nie ma u niej szans, że pochodzą z różnych światów. Zdawał sobie też sprawę, co może go czekać - za porwanie groziło wiele lat odsiadki. A jednak stoczyłby o tę piękność walkę z samym diabłem albo nawet oddał mu duszę, gdyby tylko było to możliwe. Tyle że są takie granice, do których pokonania nie wystarczą pożądanie, tęsknota i uwielbienie...

Legenda. Pokusa. Pożądanie. To musi skończyć się upadkiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 57 min

Lektor: Czyta: Monika Bednarek

Oceny
4,2 (13 ocen)
7
3
1
2
0
Sortuj według:
kosliczanka

Całkiem niezła

Ładnie i poprawnie opisana historia miłosna. Typowy romans, grzeczny i waniliowy. Dla mnie to za mało, liczyłam na większe emocje, zbyt rozwleczona fabuła, nic nie wydarzyło się przez całą książkę jakby była wstępem do opowieści a nie samą opowieścią.
00
BozenaSparniuk

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham książki Meghan. Zauroczyłam się Nowyn Orleanem jednak tu akcją toczy się NY. Gabriel na wszystko musiał zapracować sam teraz jego marzenia stoją pod znakiem zapytania. Klub który otworzył miał być jego chlubą. Jednak w noc otwarcia ktoś zaczął strzelać i klub haksxybko Sue otworzył tak szybko mysi Się zamknąć. Scarlett ma szystko pieniądze i sławę. Porwana i zawinuera w dywan trafia do Legenta. Gabriel proponuję jej współpracę-grozi jej 🙉🙈🙊 aby ona pomgła jemu z powrotem otworzyć klub i aby przyszło hak bahwuecej ludzi. Dziewczyna podejmuje wyzwanie. Pomaga Gabrielowi i zaczyna darzyć go synpatia i czymś więcej. On nie hest Hej dłużny w uczyciach jednak ich związek z góry jest skazany na niepowodzenie.
00
AgaAgi

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam!
00

Popularność




Meghan March

Upadek legendy

Gabriel Legend #1

Przekład: Edyta Stępkowska

Tytuł oryginału: The Fall of Legend (Legend Trilogy #1)

Tłumaczenie: Edyta Stępkowska

ISBN: 978-83-283-6771-5

Copyright © 2019. The Fall of Legend by Meghan March LLC

Polish edition copyright © 2021 by Helion SA

All rights reserved.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttp://editio.pl/user/opinie/upagl1_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion SA ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Oksiążce

Pochodzimy z różnych światów.

Moim domem jest ulica. Jej — wieża z kości słoniowej.

Ja pięściami zarabiam na życie. Ona pewnie nawet nie umiałaby porządnie uderzyć.

Nasze ścieżki nigdy nie powinny się przeciąć. Nigdy nie powinniśmy się spotkać.

Ale jest jak jest.

Sprzedałbym duszę, aby skosztować tych karminowych warg.

Stanąłbym do walki z samym diabłem, żeby usłyszeć jej śmiech.

Smażyłbym się w piekle za choć jedną noc z nią.

Scarlett Priest nie powinna nawet wiedzieć, że istnieją tacy goście jak ja, ale czasem pokusa jest silniejsza od woli.

Jeśli tak ma wyglądać mój upadek, to wart jest każdej sekundy lotu.

Upadek legendy to pierwsza część porywającej i silnie uzależniającej trylogii Legenda.

Rozdział1.

Scarlett

Moje ciało uderza o podłogę. Gdy w panice otwieram oczy, widzę ciemność.

Co się stało?

Po chwili w smolistej czerni dostrzegam odrobinę szarości. Może nawet poświatę dochodzącą znad mojej głowy?

Zasnęłam? Spadłam z łóżka?

Chcę usiąść, ale nie mogę się ruszyć. Dlaczego nie mogę się ruszyć? Ciarki przechodzą mi po plecach, bo jestem niemal pewna, że nie zasnęłam. Drzemki w środku dnia nie są w moim stylu. Nie mam na nie czasu.

Poza tym, gdybym zasnęła, nie dudniłoby mi w uszach 500 miles Proclaimers.

Czekaj. Biegłam. Nie spałam. Więc czemu, u licha, nie mogę się ruszyć? Wiję się i czuję, jak nagimi ramionami trę o coś, co przypomina szorstką wykładzinę.

O kurwości, co się dzieje?

Proclaimers milkną na chwilę, po czym piosenka zaczyna lecieć od początku. I w tym bezcennym ułamku ciszy coś w mojej głowie klika i już wszystko wiem. Krew pędząca w moich żyłach zwalnia gwałtownie jak nurt w zamarzającej rzece.

Boże. Nie. Nie. To nie może… nie. To niemożliwe. To nie były realne groźby. To nie mogą być oni. I nawet kiedy ze wszystkich sił starałam się temu zaprzeczyć, mój wewnętrzny głos dobitnie mi uzmysławia, że nie mam co się łudzić.

Mają mnie. Ich groźby były realne. Teraz mnie zabiją. Trzeba było posłuchać Ryana i Christine. Dlaczego ich nie posłuchałam?

Ach, no przecież. Nie posłuchałam, bo nigdy nie traktuję takich rzeczy poważnie. I teraz… Serce wali mi jak młotem, kiedy wyginam dłonie na tyle, na ile jestem w stanie, i czubkami palców pocieram o coś, co przypomina… dywan?

Żołądek zaciska mi się w kamień, gdy uzmysławiam sobie, co się dzieje.

Zawinęli mnie w dywan. Boże. Ja pierdolę. To się nie dzieje. Niemożliwe.

Proclaimers nadal dudnią mi w uszach, ale po ciele przechodzą mi ciarki. Co to było? Trzasnęły drzwi? Czyjeś kroki?

Potem słyszę stłumione głosy. Próbuję się w nie wsłuchać, ale przez głośną muzykę nie jestem w stanie. Aż nagle…

Coś uderza mnie w bok, ale na szczęście dywan łagodzi cios. O nie, czy ktoś mnie właśnie kopnął?

Nie jestem głupia. Ani bezradna. Całe życie mieszkam na Manhattanie i trzykrotnie próbowano mnie napaść. Lecz choć nie jestem delikatnym kwiatuszkiem, to żaden z dwóch kursów samoobrony dla kobiet, w których charytatywnie wzięłam udział, nie przygotował mnie na sytuację, w której będę zawinięta w dywan, ponieważ porwał mnie prawdopodobnie ktoś, kto od dawna groził mi śmiercią.

Piosenka w moich uszach nieznacznie cichnie, gdy panowie z Proclaimers wymieniają wszystko, co by zrobili dla ukochanej, i wtedy docierają do mnie czyjeś podniesione głosy.

— Że co zrobiłeś?! — męski głos dudni tak głośno, że całe powietrze uchodzi mi z płuc. Brzmi wściekle — i władczo.

Ze strachu oblewa mnie zimny pot.

— Powiedziałeś, że ona może to załatwić! — Kolejny głos, bardziej piskliwy przedziera się przez wokal, zanim Proclaimers docierają do refrenu i znów zagłuszają wszystko inne.

Kto powiedział, że mogę coś załatwić? Co miałabym załatwić? Gdzie? Myśli przelatują mi przez głowę, lecz moje zdolności mentalne są w tej chwili poważnie osłabione przez ważący tysiąc ton strach i pragnienie, aby się skurczyć i uciec.

Znów jakieś mruczenie. I jeszcze większa konsternacja w mojej głowie.

Co miałabym załatwić? Dla kogo? Może to znaczy, że mnie nie zabiją? Bo naprawdę nie chciałabym zostać dziś zamordowana. Ani jutro. Ani nigdy.

Nagle zaczynam się toczyć. Dosłownie jak kamień, który ktoś kopnął i teraz odbija się od własnych boków.

Boże. Boże. Boże!

Myśl! Myśl!

Moje ciało turla się, aż zupełnie tracę orientację, a słuchawki wypadają mi z uszu. Oślepia mnie ostre światło, gdy uwolniona ląduję na plecach ze wzrokiem wbitym w sufit.

W nozdrza uderza mnie zapach skórzanych mebli i płynu do prania dywanów. Chwiejnie staję na nogach i przy pierwszym kroku znosi mnie na bok, jakbym była pijana. Obracam się wokół własnej osi, szukając wyjścia, ale wtedy czyjaś wielka dłoń zamyka się na moim nagim ramieniu.

Dłoń jest ciepła, jakby dotąd trzymano ją w kieszeni albo zaciskano w pięść. Dotyk przeszywa mnie dreszczem aż po czubki palców.

Wow. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam.

Odskakuję i natychmiast się potykam. Lecąc w przód, w ostatniej chwili przytrzymuję się skórzanego fotela.

— Proszę, nie zabijaj mnie. Cokolwiek mam załatwić, załatwię.

Wiszę na poręczy fotela z pochyloną głową i wypowiadam te słowa w kierunku odzianych w poszarpane dżinsy nóg mężczyzny stojącego kilka kroków za mną. Sama nie wiem, dlaczego mi się wydaje, że przystąpienie z nim do negocjacji to dobry pomysł. Najwyraźniej w tej chwili kieruje mną wyłącznie instynkt przetrwania i na zdrowy rozsądek nie mam co liczyć.

W duchu szykuję się na cios albo co najmniej napaść werbalną, lecz nic takiego nie następuje. Poza cichym szumem 500 miles dobiegającym z moich słuchawek, leżących teraz na podłodze, pokój wypełnia ciężka cisza.

Czekam, aż mężczyzna w poszarpanych dżinsach się poruszy. Podejdzie do mnie. Zabije mnie. Ale tego nie robi.

— Kurwa mać. — Jego głos jest łagodny, jakby słowo mimowolnie wymknęło mu się z ust i nie chciał, żebym je usłyszała.

— Proszę — szepczę i w końcu zdobywam się na odwagę, aby podnieść wzrok na resztę ciała przynależącego do masywnych dżinsowych nóg. — Proszę nie rób…

Milknę, kiedy moje oczy spotykają się z najbardziej intensywnie błękitnymi oczami, jakie w życiu widziałam. Mógłby zbić majątek na tych oczach. Głównie dlatego, że znajdują się w niemożliwie przystojnej twarzy, która wcale nie powinna być przystojna, bo nos jest lekko zakrzywiony, a przez mocno zarysowaną kość policzkową biegnie biała szrama. Wargi ma zaciśnięte w surową kreskę, a twarz przesłaniają potargane jasne włosy.

Ta bestia, choć wygląda apetycznie, zamierza mnie zabić.

Głos w mojej głowie wydaje ostateczny werdykt na podstawie ostrzeżeń intuicji, która mi podpowiada, że ten mężczyzna nie boi się sprawić bólu drugiemu człowiekowi. Z jego ciała bije surowa, pierwotna energia, a mnie przeszywa dreszcz, od którego niemal szczękam zębami, tak silnie na mnie oddziałuje.

Piękny i brutalny. Tak podpisuję zdjęcie, które właśnie wykonałam w głowie, przedstawiające być może ostatnią twarz, jaką zobaczę w swoim życiu.

To koniec. Powinnam była posłuchać innych. Ale nie posłuchałam. To wszystko moja cholerna wina.

Przygryzam drżącą wargę i prostuję plecy. W oczach wzbierają mi łzy. Lecz nie pozwolę im popłynąć.

Jeszcze nie teraz.

Najpierw spróbuję się potargować z ponurym żniwiarzem.

Rozdział2.

Legend

Zabiję go. Po wszystkim, co dla niego zrobiłem, zabiję skubańca.

Myślałem, że stałem na skraju przepaści, ale teraz znalazłem się w najprawdziwszej czarnej dupie. Z której nie ma wyjścia.

Zawsze sądziłem, że jeśli zgodnie z przewidywaniami wszystkich dookoła skończę w więzieniu, to skończę tam za przestępstwa, które faktycznie popełniłem. Ale nie — wyląduję tam dlatego, że Bump porwał „Najbardziej wpływową kobietę poniżej czterdziestki” (według „NYC Magazine”), chociaż w rzeczywistości miała dopiero trzydzieści jeden lat.

Oż, kurwa mać, ja pierdolę.

Scarlett Priest — złotowłose uosobienie klasy nietykalnych — stoi w moim biurze w Legend, moim nowym, lecz już dogorywającym klubie. Patrzy na mnie z wrodzoną wyższością, choć pewnie cała się trzęsie ze strachu przed rychłą śmiercią. Bo co niby ma sobie myśleć kobieta, która została porwana?

Wściekłość pompuje mi adrenalinę do krwi, a Bump właśnie robi krok w kierunku drzwi, jakby zamierzał się schować. Przynajmniej ma dość oleju w głowie, aby wiedzieć, że ma przejebane bardziej niż kiedykolwiek w życiu. I słusznie, bo gdyby to był ktokolwiek inny, już by kładł głowę pod topór.

I co mam, kurwa, z tym zrobić? Zarządzanie szkodą. Jeśli to w ogóle możliwe.

— Cokolwiek chcesz, żebym załatwiła, załatwię to — powtarza. Głos jej drży, ale mówi jasno i wyraźnie. — Tylko proszę, nie zabijaj mnie.

Co się teraz musi dziać w jej głowie? I dlaczego proponuje, że mi cokolwiek załatwi? Chyba, że usłyszała Bumpa…

— Co dokładnie usłyszałaś? — pytam.

Odrzuca głowę do tyłu, jakby samo brzmienie mojego głosu było dla niej obelgą. A ja nawet nie jestem w stanie poczuć się tym urażony. Powinna wrzeszczeć i straszyć nas glinami, więzieniem, FBI i całą fortuną swojej rodziny.

Jej zęby zostawiają lekki ślad na dolnej wardze, gdy przestaje ją przygryzać. Jej gardło przesuwa się do góry, kiedy przełyka ślinę, a ja zastanawiam się, dlaczego tak dokładnie rejestruję każdy jej cholerny ruch.

Pewnie dlatego, że będę o niej myślał aż do śmierci, leżąc na więziennej pryczy i marząc o wolności oraz życiu, które chciałem z nią wieść. Wspaniałym życiu. Takim, w którym…

Ucinam ten wątek, gdy Scarlett Priest otwiera usta, aby coś powiedzieć.

— Nic więcej nie słyszałam. Tylko o tym, jak Proclaimers śpiewają, że przejdą pięćset mil.

Dopiero wtedy, gdy to powiedziała, usłyszałem marszowy rytm piosenki 500 miles dobiegający z jej białych słuchawek leżących na marmurowej posadzce.

Podejmuję błyskawiczną decyzję — jedną z tych, które nieraz uratowały życie mnie i Bumpowi. Istnieją bowiem tylko dwa sposoby, w jakie mogę to rozegrać, a ponieważ w razie niepowodzenia każdy z nich skończy się dla mnie odsiadką, równie dobrze mogę spróbować coś na tym ugrać.

— Jesteś aż taka dobra, jak mówią? — pytam i biorę do ręki leżący na biurku numer „NYC Magazine”, od którego zaczął się ten koszmar. Pokazuję jej okładkę.

Nieznacznie unosi brodę i zastyga na widok błyszczącego zdjęcia samej siebie. Zdjęcie zostało mocno wyretuszowane, choć moim zdaniem prawdziwa Scarlett wygląda jeszcze lepiej. Nie, żeby moje zdanie na ten temat miało w tym momencie jakiekolwiek znaczenie.

Po chwili podnosi wzrok i jej szare oczy ponownie spotykają się z moimi.

— Nie. Jestem lepsza — mówi zachrypniętym szeptem, ale wyraźnie słychać w nim niezachwianą pewność siebie. Oblizuje różane wargi i dodaje: — Zwłaszcza jeśli od tego zależy moje życie.

Księżniczka w wieży z kości słoniowej potrafi zachować zimną krew. Dobrze wiedzieć.

— Wiesz, gdzie jesteś i kim ja jestem?

Przerywa kontakt wzrokowy, żeby się rozejrzeć. Kiedy po lewej zauważa Bumpa, jej wzrok przeskakuje z powrotem na mnie.

— Nie i nie. Oraz żeby była jasność: jestem w stanie natychmiast zapomnieć o wszystkim, o czym chcesz, żebym zapomniała. Mogłabym zrobić dyplom z dyskrecji.

Jej instynkt przetrwania góruje nad strachem. To dobrze.

— Scarlett, to twój szczęśliwy dzień. Zamierzam dać ci szansę na uratowanie siebie. — A w myślach dodaję: I mnie.

Rozdział3.

Scarlett

„Uratować siebie”.

Propozycja brzmi kusząco, zwłaszcza gdy pada spomiędzy tych pełnych warg osadzonych na niebezpiecznie przystojnej twarzy. Ale może to zbyt piękne, aby było prawdziwe? I co to za akcent? Pobrzmiewa w nim ledwie słyszalny południowy zaśpiew.

Szybko przełykam kolejną gulę, która zdążyła urosnąć mi w gardle. Jego akcent jest nieistotny. Istotne jest, żebyś wyszła z tego cało.

Unoszę brodę i mierzę go wzrokiem z góry na dół, ponieważ to zdaje się działać najlepiej. Oraz dlatego, że bardzo łatwo mi przychodzi mierzyć go wzrokiem. Jezu Chryste. W życiu nie zetknęłam się z tak doskonałym ucieleśnieniem surowego splendoru.

Przestań o nim myśleć i skup się na tym, jak się stąd wydostać — wtrąca się przytomnie mój głos wewnętrzny.

— Jaką mam pewność, że to nie jest podstęp?

Jego twarz nawet nie drgnęła. Jest całkiem pozbawiona emocji i wygląda tak, jakby ją wykuto na zboczu skały. Chociaż… niemal niedostrzegalnie zaciska szczękę, raz z jednej, raz z drugiej strony.

— Żadnej. Ale i tak mnie wysłuchasz.

Jego słowa brzmią tak nieskończenie władczo, że niemal czuję, jak mnie osaczają. Mam ochotę skulić się w którymś z tych skórzanych foteli i objąć kolana ramionami, aby się przed nimi ochronić. Chociaż nie, nie w fotelu. Mam ochotę przerwać zaklęty krąg jego obezwładniającej obecności i chaosu, które wywołała w moim ciele, i rzucić się do drzwi. Tylko że jest tu jeszcze ten drugi facet, który jakimś sposobem zdołał mnie porwać, kiedy biegłam, pozując do zdjęcia. Chociaż pewnie nie biegłam zbyt szybko.

Dlatego chwytam się jedynej rzeczy, której nikt nie może mi odebrać — mojej bezczelnej zuchwałości.

— Więc mów. Bo mam napięty grafik na ten wieczór i wkrótce ktoś się zorientuje, że mnie nie ma.

Mama byłaby dumna z mojego wyniosłego tonu i dyskretnej groźby. To ona mnie nauczyła, że pewność siebie powinna być najważniejszym dodatkiem w mojej garderobie, i że nawet jeśli tak naprawdę jej w sobie nie czuję, to mam obowiązek ją udawać.

Szkoda, że już jej tu nie ma, aby mogła mi osobiście o tym przypomnieć. Wspomnienie straty przeszywa mi serce, kiedy nadal patrzę z dołu na swojego adwersarza.

Który znów zaciska szczękę i nabieram obaw, że go wkurzyłam. Niezbyt mądrze, Scarlett.

Przeczesuje moją twarz tymi przenikliwie niebieskimi oczami, jakby próbował przebić się przez skorupę perfekcyjnego makijażu. To dzieło nie moje, lecz mojej stylistki — na potrzeby sesji. To znaczy perfekcyjny był przed incydentem z dywanem. W tej chwili jednak mam w dupie to, jak wyglądam. Wygląd w niczym mi nie pomoże, jeśli będę martwa.

— Nie ma co, ma babka jaja — po raz pierwszy odzywa się gość po mojej lewej. Jego akcent jest silniejszy i natychmiast pozwala mi umiejscowić go gdzieś na głębokim Południu.

Na podłodze obok niego leży duży prążkowany pies, który, o słodki Jezu, wygląda tak, jakby mógł mnie pożreć. Na szczęście ani drgnie.

— Zamknij się, Bump — ten, który stoi przede mną, nie odrywając ode mnie wzroku, rzuca w stronę towarzysza.

Bump? Rany, co to w ogóle za imię: Bump? Zastanawiam się mimowolnie, lecz z rozmyślań szybko wyrywa mnie głos niebieskookiego diabła, który wskazuje głową fotel.

— Siadaj i słuchaj.

Mam ochotę zaprotestować przeciwko zwracaniu się do mnie jak do psa, ale uznaję, że w tej chwili milczenie będzie złotem. Gdy tylko tyłkiem dotykam skórzanego siedziska, on otwiera usta, żeby mi wyjaśnić, jak dokładnie mogę ocalić skórę.

Rozdział4.

Legend

Scarlett Priest podnosi na mnie wzrok ze skórzanego fotela, który Zoe, moja pracownica, gdzieś wyszperała, kiedy wspólnie urządzaliśmy klub. Po tym, jak przedstawiłem jej kilka własnych propozycji, uznała, że sama zajmie się wystrojem, bo ja zrobię z tego miejsca francuski burdel. I pewnie miała rację. Raczej trudno mnie posądzić o wyrafinowany gust.

Mówi się, że dobrego smaku nie da się kupić, i to jest prawda. Na szczęście można się go nauczyć. Krok po kroku. Chociaż kobieta, którą mam przed sobą, raczej wie już wszystko o tym, co jest ładne, a co nie.

Jej matka była światowej klasy modelką i nawet ja rozpoznałem jej nazwisko, kiedy czytałem ten artykuł. Jezu, za moich czasów nie było chyba nastolatka, który by o niej nie myślał, waląc sobie konia. Należała do tej samej ligi co Cindy Crawford i Christie Brinkley. Cały kraj pogrążył się w żałobie, kiedy umarła jakieś pięć lat temu.

Scarlett była wyraźnie niższa od swojej matki i zdecydowanie nie mogłaby chodzić po wybiegu, ale mimo to podobieństwo było uderzające. Ten sam odcień blondu, chmurne szare oczy i figura, która nigdy nie wyjdzie z mody.

Z kobietą taką jak ona nie miałbym szans się spotkać, zanim otworzyłem Legend. A teraz ona jest jedną z moich ostatnich szans na ocalenie klubu. Jeśli nie uda mi się ponownie ożywić tego miejsca, stracę wszystko, na co harowałem całe życie. Wpakowałem w to miejsce wszystkie swoje pieniądze oraz cholernie dużo kasy, która nawet nie jest moja. Do tego stopnia wierzyłem, że klub będzie sukcesem.

I będzie. Bo ona to załatwi.

Gdybym wierzył w łaskawość Boga, to w tym momencie zacząłbym się modlić. Ale dla mnie jakoś nigdy nie był przesadnie łaskawy, dlatego przywykłem do zakasywania rękawów i odwalania brudnej roboty. Tylko że tym razem to nie wystarczy. Daję z siebie wszystko i to wciąż jest za mało. Potrzebuję czegoś więcej. Albo kogoś więcej. Potrzebuję Scarlett Priest, chociaż nienawidzę potrzebować kogokolwiek.

Więc, kurwa, miejmy to już za sobą.

Opieram się tyłem o krawędź biurka i krzyżuję ręce na piersi.

— Ludzie cię naśladują. Chodzą tam, gdzie każesz im chodzić. Kupują to, co każesz im kupować.

Mruży oczy.

— I?

— To jest Legend.

Gdy pada nazwa klubu, ona mruga pośpiesznie, jakby ta nazwa nic jej nie mówiła. Kurwa. Jeśli tak, to moja krucjata o to, żeby cały Nowy Jork usłyszał o Legend, okazała się klapą.

— Legend? Ten nowy klub, który dopiero co się otworzył? I… zamknął? — Ostatnie zdanie mówi ostrożnie i przechylając głowę na bok, choć równie dobrze mogła mnie po prostu kopnąć w brzuch.

Czyli krucjata się powiodła, tylko potem wszystko zjebałem.

— Klub nie jest zamknięty — mówię przez zaciśnięte zęby.

Unosi lekko brodę i marszczy brwi, wyraźnie zaintrygowana. To chyba lepsze, niż gdyby miała spanikować. Zwłaszcza że próbuję ją przecież przekonać do współpracy.

— A nie było tu jakiejś strzelaniny? Wydawało mi się, że zaraz potem klub zbankrutował. Jakby nie patrzeć, to był poważny cios wizerunkowy.

Bump znów postanawia się odezwać, chociaż powinien trzymać gębę na kłódkę.

— W samą noc otwarcia. Ktoś normalnie chciał podstawić Gabe’owi nogę. Ale żeśmy się nie zamkli. Dlatego tu jesteś, panienko. Pomożesz nam wszystko naprawić i zaś ściągnąć do nas ludzi.

Liczę do trzech i jeszcze próbuję głęboko oddychać. Chociaż przysięgam, że ten szczeniak mocno nadweręża moje i tak mocno zużyte zapasy cierpliwości.

— Bump. Wyjdź stąd — rzucam szorstko, na co chłopak, który jest dla mnie jak młodszy brat, tylko patrzy na mnie spod byka. Tylko jemu coś takiego może ujść płazem.

— Ale…

Uciszam jego protesty jednym lodowatym spojrzeniem.

Chudzielec, którego znam przez większość życia, niechętnie wycofuje się do drzwi, które cicho za sobą zamyka. Teraz będzie tam stał jak przedszkolak i dociskał do nich ucho, próbując podsłuchać, o czym mówimy. Ale przynajmniej nic więcej nie powie, zanim nie skłonię Scarlett Priest, żeby zgodziła się na propozycję, która będzie chyba najbardziej bezczelną ze wszystkich, jakie w życiu złożyłem.

Kiedy ponownie kieruję uwagę na kobietę siedzącą w fotelu z dłońmi elegancko splecionymi na kolanach, nie mogę się powstrzymać, aby nie podziwiać spokoju, jakim maskuje swój strach. Nosiła ten spokój niczym zbroję.

Nie miałem pojęcia, że taka postawa może być pociągająca, ale niech mnie szlag, jeśli nie jest.

Ona też korzysta z okazji, aby bacznie mi się przyjrzeć. Przesuwa po mnie wzrokiem, jakbym był tygrysem za kratą zoo w Bronksie. Gdzieś tam pod powierzchnią czai się strach, mimo że starannie go ukrywa. Głupia nie jest, to pewne.

Kiedy zastanawiam się, jak sformułować swoją ofertę, ona uprzedza mnie i od razu trafia w sedno.

— Chcesz, abym użyła swoich wpływów, żeby z powrotem przyciągnąć ludzi do twojego klubu, tak?

Ma jaja ze stali, niech to szlag.

Unoszę brodę.

— Tym się właśnie zajmujesz, prawda?

— Tylko na zlecenie. Nie na porwanie. — Unosi brodę, jakby szykowała się do obrony swojego stanowiska, i nagle zajebiście chcę zobaczyć, jak się wkurza.

Stop, Gabe. Powstrzymaj się, kurwa. Od dwudziestu pięciu lat do dożywocia. Taka jest stawka w tej grze. Nie zapominaj o tym i weź się w garść.

— Potraktuj to jak zlecenie, Scarlett. Chyba, że nie chcesz się go podejmować. Może nie jesteś aż tak skuteczna, jak ci się wydaje? — Instynktownie próbuję ją podpuścić. Mam przeczucie, że księżna Manhattanu nie lubi, gdy się podważa jej kompetencje. Wątpię, aby jej ego potrafiło to znieść.

Kiedy wydyma wargi, mimowolnie wyobrażam sobie, jak zajebiście byłoby je poczuć na kutasie. Ta. Jasne. Daj sobie spokój. Piąta Aleja słabo się rymuje z niebieskim ptakiem, który z osiedla przyczep w Missisipi przyfrunął do New Jersey. Poza tym chętną laskę mogę sobie przygruchać w każdej chwili. Z tym nigdy nie miałem problemu. Żadna z nich jednak nie może mi załatwić tego, co może Scarlett Priest.

Prostuje plecy.

— Powiedziałam już, że jestem jeszcze lepsza. Tyle, że normalnie nie zajmuję się akurat tego typu rzeczami.

— Czyli jakiego typu rzeczami? — Jestem gotów zaoferować jej wszystko, czego zechce, za samą obietnicę, że spróbuje. Jestem zajebiście zdesperowany, a nienawidzę się tak czuć.

— Rzeczami typu: porywamy cię i w zamian za to, że cię nie zabijemy, masz uratować nasz biznes. Dlatego wybacz, jeśli się waham — po prostu to jest dla mnie nowość. — Zakłada nogę na nogę i ciężkie od napięcia powietrze przecina szelest, gdy jej skóra ociera się o obicie fotela.

Stary, przestań się gapić na jej nogi. Nawet jeśli ma pozłacaną cipkę, to ona i tak nie jest dla ciebie.

Zmieniam pozycję i ciężej opieram się o krawędź biurka. Muszę teraz ostrożnie dobierać słowa. Zajebiście potrzebuję jej pomocy, dlatego uciekam się do jedynego argumentu, jaki w moim odczuciu mógłby ją przekonać.

— Powinnaś się raczej martwić tym, co się stanie, jeśli się nie zgodzisz. Dla ciebie ta robota to bułka z masłem. Daj mi to, czego potrzebuję, i więcej nie będziesz musiała mnie oglądać. Nawet w najgorszych koszmarach.

Znów przygryza dolną wargę, a ja mam ochotę ją w tym wyręczyć.

Niech to szlag, powinno się jej tego zabronić. Ona jest tak bardzo poza zasięgiem, że nie wolno mi nawet myśleć o dotykaniu jej. Cokolwiek by się nie działo.

Reszta mojego ciała niestety nie otrzymuje tego komunikatu i napina się, gdy ona pochyla się do przodu.

— Co wobec tego uznasz za pomyślny wynik? Muszę to wiedzieć, żeby móc szczerze ocenić szanse powodzenia. — Rozplata dłonie i jej palce z nienagannym manikiurem zaginają się na drewnianych zakończeniach poręczy fotela, kiedy wyjaśnia dalej: — Jeśli klub jest w stanie śpiączki klinicznej i tylko czeka, aż ktoś wyciągnie wtyczkę, to niewykluczone, że nie będę mu już mogła pomóc. A nie będę się zaharowywać, próbując go uratować tylko po to, żebyś na koniec i tak mnie sprzątnął, bo niestety nie jestem cudotwórczynią.

Mam ochotę sprostować, że nie jesteśmy gangsterami i nikogo nie „sprzątamy”, i że Bump nigdy wcześniej nikogo nie porwał, a teraz jedynie próbował pomóc. Nie mogę jej tłumaczyć, że jego wyższe funkcje umysłowe są osłabione. Bo to będą tylko kolejne dowody, które wpędzą nas obu do paki.

Jeśli ktokolwiek ponosi winę za to, co spotkało Bumpa, to tym kimś jestem ja. I dlatego trzymam gębę na kłódkę i pozwalam, aby Scarlett Priest wyobrażała sobie najgorsze. Muszę go chronić — nawet jeśli w tej chwili mam ochotę go zajebać za to, że nas wpędził w to szambo.

Tyle, że tak naprawdę to nie jego szambo, tylko moje, i zamierzam je oczyścić. Dlatego decyduję się zagrać z nią w otwarte karty.

— Muszę spłacić ludzi, którzy pożyczyli mi kasę na otwarcie interesu, bo inaczej oni mają prawo zabrać mi wszystko, co posiadam, na poczet długu. Za pomyślny wynik uznam sytuację, w której ich spłacam i zachowuję to, co moje. Będziesz do nas przychodzić co tydzień — w soboty, i przyprowadzisz swoich znajomych. Porobicie sobie selfie, powrzucacie je do sieci, napiszecie, że tu jesteście. Przyprowadź mi ludzi, żebym mógł zarobić jakąś kasę i zrobić to, co muszę zrobić.

— Co tydzień? — Mówi podniesionym głosem i otwiera szerzej oczy. — Każdy, kto mnie obserwuje, natychmiast się połapie, że coś śmierdzi. Nigdy nie chodzę co tydzień w to samo miejsce. Co najwyżej w co drugą sobotę i to góra trzy albo cztery razy.

Rozkrzyżowuje i krzyżuje ponownie te swoje porcelanowe nogi, a ja ze wszystkich sił próbuję powstrzymać krew, która odpływa mi z głowy i biegnie prosto do kutasa.

Czy ona się ze mną targuje?

Bump ma rację. Ma babka jaja. Z drugiej strony jedną z gorzkich lekcji, jakie sam odebrałem, jest ta, że trzeba umieć się cenić. Scarlett Priest najwyraźniej wie, co może wnieść do gry. Jestem pod wrażeniem jej ostrej gry, zwłaszcza że w jej przekonaniu stawka jest znacznie wyższa niż w rzeczywistości.

Postanawiam pójść na kompromis.

— Dwie soboty pod rząd, a potem co druga. Będziesz tu przychodzić, aż powiem, że wystarczy. — Wyciągam rękę — umowa stoi?

Wciąga głęboko powietrze i przytrzymuje je w płucach na kilka chwil, po czym wydmuchuje powoli. Znam to. Stosowałem tę samą metodę kontrolowania nerwów, żeby się nie dekoncentrować przed ważną walką. I dlatego wiem, że zaraz dostanę to, czego chcę.

Dzięki, kurwa, Bogu.

Co oznacza, że jestem winien przeprosiny Bumpowi.

Być może.

Rozdział5.

Scarlett

Kłykcie wyciągniętej ku mnie dłoni pokrywają blizny, jakby Gabriel Legend musiał wywalczyć sobie drogę do miejsca, w którym się teraz znalazł. Jest groźny, szorstki i jak nie z tego świata. Każdy jego ruch, począwszy od tego, jak opiera się o swoje biurko, aż po sposób, w jaki wyciąga do mnie rękę, jest precyzyjny i oszczędny i emanuje kontrolowaną siłą. Faceci z kręgów, w których się obracam, mogą tylko pomarzyć o takiej prezencji.

Mimo że wciąż mi się nie przedstawił, zorientowałam się, kim jest, gdy tylko wymienił nazwę klubu. W ciągu ostatnich kilku lat Gabriel Legend wyrobił sobie niezłą markę.

Kelsey, moja fryzjerka i makijażystka, jest zawsze na bieżąco z najświeższymi plotkami i wie, co się dzieje w mieście — zarówno na powierzchni, jak i w podziemiu. Natomiast jej brat, Jon Park, był wielkim fanem nielegalnego klubu, który wcześniej prowadził pan Legend. Jon chodził do Urban Legend napić się i pooglądać walki — zarówno te na ringu, jak i te poza nim. A kiedy Kelsey prosiła, żeby ją ze sobą zabrał, to zawsze odmawiał. „To zbyt niebezpieczne”, mówił. „To nie jest miejsce dla takich dziewczyn jak ty”.

Potem jednak Jon się wkurzył, gdy klub z dnia na dzień się zamknął. Któregoś wieczora do ludzi, jak zawsze stojących w kolejce przy wejściu, wyszedł jakiś facet i powiedział: „Dziś zamknięte. I w ogóle na zawsze. Nadchodzi nowy Legend. To tam będziecie chcieli się bawić, o ile w ogóle dostaniecie się do środka. Bo uwierzcie mi, że będziecie chcieli się dostać”.

Dwa miesiące później całe miasto mówiło o nowym, ekskluzywnym klubie — i o jego właścicielu. Legendzie.

— Umowa stoi? — pyta ponownie.

Wracam do rzeczywistości i jego wyczekującego, lodowatego spojrzenia.

— A mam jakiś wybór?

— Zawsze masz jakiś wybór, Scarlett. Bez względu na to, jak ci się on podoba.

Wstaję i od razu się spinam, bo to, co powiedział, jest kompletną bzdurą. Nawet jeśli teoretycznie ma rację.

Mogłabym mu powiedzieć, żeby spadał na drzewo, i zaryzykować konsekwencje. Już nie wierzę, że mógłby mnie zabić. Nie sądzę, aby chciał spędzić resztę życia w więzieniu. Chociaż z drugiej strony, żeby wpakować go za kratki, musieliby znaleźć moje ciało i dowiedzieć się, co się ze mną stało. Więc nie wiem, czy mam ochotę wkurzyć tego gościa, który mógłby mnie załatwić gołymi rękami i nawet się nie spocić.

Nie. Nie mam.

Dopiero zaczęłam realizować cele, jakie sobie wytyczyłam. Nie mogę dziś umrzeć.

W tamtej chwili podejmuję decyzję. Potraktuję ocalenie Legend przed plajtą jako wyzwanie zawodowe. A przed wyzwaniami nie cofam się nigdy.

Znów przeszywa mnie prąd, gdy ściskam jego zrogowaciałą dłoń i potrząsam nią, jakbym codziennie podawała rękę ludziom, którzy mi grożą.

Ze sztuczną pewnością w głosie mówię:

— W porządku. Umowa stoi.

— Świetnie. — Uścisk ma mocny i pewny i rozluźnia go niemal natychmiast po tym, jak się zgadzam. Jakby nie był w stanie znieść mojego dotyku ani sekundy dłużej, niż to jest konieczne dla przypieczętowania umowy. Szybko się odsuwa, jakbym go oparzyła.

Miło, że nie chce mnie dotykać. Przynajmniej pod tym względem jestem bezpieczna.

To odkrycie powinno mnie ucieszyć, ale głos w mojej głowie z jakiegoś powodu brzmi, jakby miał ochotę przeciw temu zaprotestować. Szybko go uciszam. Pewnie nadal jest w szoku po tym, jak straciłam przytomność. Bo przecież nie ma mowy, żebym kiedykolwiek miała ochotę, aby dotykał mnie Gabriel Legend, prawda?

Mimo to wzdrygam się, kiedy rzuca ostro:

— Wracaj tu, Bump.

Drzwi otwierają się z rozmachem i do biura wchodzi Bump, człowiek, któremu zawdzięczam to, że wiem już, jak to jest być zawiniętą w dywan.

— Mówiłem ci, że zadziała! — Podskakuje radośnie i sprawia wrażenie dzieciaka na słodyczowym haju.

Legend pyta krótko:

— Gdzie jest Q?

— Ma spotkanie. Zoe nie pozwoliła im przeszkadzać.

Odpowiedź Bumpa wywołuje na twarzy Mr Legenda grymas, od którego pogłębiają się zmarszczki wokół jego ust. Nie mam pojęcia, kim jest Q, ale najwyraźniej kimś ważnym.

— Okej. Wyprowadź panią. Zapakuj ją do taksówki. I nie odzywaj się ani słowem, dopóki tutaj nie wrócisz. Zrozumiano?

— Jasne, Gabe — odpowiada Bump i odwraca się do mnie z szerokim uśmiechem na jasnej twarzy, po czym gestem zaprasza mnie do wyjścia.

Podnoszę z podłogi telefon i słuchawki. Po raz ostatni zerkam ukradkiem na Gabriela Legenda, który siada za biurkiem, a jego uwagę natychmiast bez reszty pochłania stos papierów i otwarty laptop. Najwyraźniej chce, abym przed wyjściem nie miała żadnych wątpliwości, że już zapomniał o moim istnieniu.

To dla mnie nowość, która boleśnie dotknęła moje ego.

Wciąż czuję urazę za to, że się nie pożegnał ani nawet nie powiedział: „Zabiję cię, jeśli się tu nie pojawisz w najbliższą sobotę”, a tymczasem Bump prowadzi mnie przez labirynt korytarzy do przestronnej sali, przypominającej starożytną świątynię. Dominują tu ciężkie kolumny, a pod wysokim stropem z rogów zwisają półprzezroczyste, białe, jedwabne draperie i przecinają otwartą przestrzeń.

Nawet pomimo pustki robi to wrażenie. Bez trudu potrafię sobie wyobrazić ten klub wypełniony ludźmi, którzy tańczą z kieliszkami szampana w rękach albo flirtują na kanapach w dużych okrągłych wnękach wzdłuż ścian. Wokół sali biegnie balkon z ciężką balustradą. Domyślam się, że to strefa VIP-ów. Czyli ludzi takich jak ja, którzy chcą móc obserwować bawiący się tłum bez ryzyka, że zostaną przez ten tłum rozszarpani.

Pokazuję palcem i pytam:

— Ile loży dla VIP-ów macie?

Bump przystaje i odwraca się do mnie, a jego wzrok podąża za moim palcem. Pociera wargi jedną o drugą i przypominam sobie, że Legend zabronił mu się odzywać. Ale moje pieniądze oznaczają, że nie wolno mu nie odpowiedzieć.

— Dużo. Ale ja tam nie łażę. Wolę parkiet. Lepiej słychać muzykę.

Ponieważ jego odpowiedź niczego mi nie wyjaśnia, zatrzymuję się i liczę wydzielone miejsca na tyle, na ile mogę się ich domyślić na podstawie tych na parterze. Szacuję, że odrębnych loży dla VIP-ów może być z dziesięć i jeśli Legend ma głowę na karku, każda z nich ma odrębną obsługę i ochronę. Może nawet osobne wejście i wyjście, więc jeśli ktoś nie chce, aby go widziano, to może tego uniknąć. Przynajmniej ja tak bym to zorganizowała, gdyby to był mój klub.

— Dzięki, Bump — mówię szeptem, kiedy znów idziemy do wyjścia. W głowie już opracowuję strategię. — W tę sobotę będę potrzebowała dwóch. A w następną czterech. Potem zajmę całe piętro.

Bump prycha z niedowierzaniem.

— Że co — wszystkie? Ta, jasne. To się nie udało nawet wtedy, jak żeśmy otwierali, zanim nie było strzelania.

Znów przystaję i rozglądam się wokół.

— Nie widzę tu żadnych dziur po kulach.

Znów prycha przez nos.

— To było dwa miesiące temu. Myślisz, że Gabe by czekał chociaż dwa dni z naprawą? W życiu. Po tym, jak wyszły stąd gliny, aż się zaroiło od robotników. Wszystko fest wyszykowali, że jest jak nowe.

Przed oczami staje mi scena, w której Legend wkracza tu na czele armii budowlańców niczym generał na pole bitwy. Ostatecznie chodziło o naprawę jego własnego klubu. To, co się tu stało, musiało być dla niego jak najgorsza obelga. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak bardzo musiał powściągać swój gniew, kiedy przyszło mu stawiać na nogi miejsce, które stworzył.

Tak naprawdę ten człowiek powinien chodzić z czerwoną lampką ostrzegawczą nad głową i tablicą z napisem: NIEBEZPIECZEŃSTWO. ZACHOWAJ OSTROŻNOŚĆ.

— Świetnie się spisali — mruczę pod nosem i odwracam się z powrotem w kierunku wyjścia.

— A oni to się odwracali całkiem tak jak ty — zauważa Bump, który bacznie obserwuje każdy mój ruch.

— To znaczy? — pytam, bo jestem rozdarta pomiędzy pragnieniem, aby jak najszybciej opuścić ten budynek, a chęcią poznania każdego szczegółu historii Gabriela Legenda i jego klubu. Oczywiście wyłącznie po to, aby łatwiej mi było ocalić to miejsce.

Mój wewnętrzny głos podpowiada cicho: Aha, sama w to nie wierzysz.

— No, gapie. Od tamtej pory tylko oni tu przyłażą. Chcą se obejrzeć ślady. Ale żadnych nie znaleźli. Więc już nie przyłażą. I mieliśmy przesrane, dopóki nie przyprowadziłem ciebie.

Powinnam mieć ciarki, słysząc, z jaką nonszalancją ten człowiek mówi o tym, jak mnie porwał, a mimo to nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Mój układ nerwowy najwyraźniej kompletnie się rozregulował.

Zbliżamy się do wyjścia, a Bump ciągnie swoją chaotyczną opowieść, jakby po prostu źle znosił ciszę, chociaż mnie to nie przeszkadza. Tak naprawdę nawet się cieszę, że nie posłuchał polecenia swojego szefa, bo dostarcza mi właśnie cennych informacji, które pomogą mi opracować plan przywrócenia Legend na klubową scenę miasta. Bo kto nie lubi udanych powrotów?

O ile mi się uda.

Z podświadomości zakrada się odrobina zwątpienia, ale ją tłumię.

Żadne „o ile”. Kiedy mi się uda.

Bump otwiera jedno skrzydło ciężkich metalowych drzwi i natychmiast oślepia mnie światło dnia, choć ten chyli się już ku końcowi. Przez chwilę czuję się oszołomiona niczym Kopciuszek, który ucieka od Księcia z Bajki, zanim wybije północ.

Tylko że ja nie jestem Kopciuszkiem, a Gabriel Legend nie jest Księciem z Bajki. Gdyby to w ogóle była bajka, to on byłby raczej czarnym charakterem.

Wiatr szarpie moje potargane loki i przyprawia mnie o gęsią skórkę.

Scarlett, zapamiętaj sobie: to czarny charakter. A ty zgodziłaś się mu pomóc tylko dlatego, że to była twoja jedyna bezpieczna opcja. Ale nawet gdy to sobie mówię, wiem, że to nieprawda.

Zgodziłam się, bo chcę jeszcze spotkać Gabriela Legenda, a okłamuję się, bo nie jestem gotowa zmierzyć się z tym, co ten fakt oznacza.

Podchodzę do krawężnika i już zapominam o Bumpie. Wyciągam rękę, żeby zatrzymać jakąś taksówkę. Muszę stąd uciec, natychmiast. Zanim podejmę kolejną złą decyzję.

Bump chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie moją rękę w dół.

— Gabe powiedział, że to ja mam cię wsadzić do taksówki.

Następnie wsuwa sobie w usta dwa palce i gwiżdże przenikliwie. Niemal natychmiast najbliższa taksówka wrzuca kierunkowskaz i podjeżdża do nas.

Szybciej. Szybciej. Ponaglam ją w myślach, bo coraz bardziej mi się śpieszy, żeby stąd zniknąć. Muszę stąd uciec. Pocieram dłońmi zziębnięte ramiona.

Mam na sobie tylko koszulkę na ramiączkach i legginsy — strój, który założyłam na potrzeby zainscenizowanej przebieżki przed nowym sklepem jednego z moich klientów. Jordy miała mi robić zdjęcia, które miałam udostępnić w swoich social mediach, aby przyciągnąć do nowego butiku więcej klientów.

Boże. Na myśl o tym cała truchleję. Przecież oni wpadną w panikę, gdy się zorientują, że mnie nie ma. I co mam im powiedzieć? A co, jeśli Jordy nie zdążyła strzelić fotki? Przecież nie mogę tak tam wrócić.

Taksówka zatrzymuje się przy krawężniku i natychmiast do niej przyskakuję. Mam już rękę na klamce, gdy Bump znowu chwyta mnie za nadgarstek.

— Zaczekaj.

Odwracam się, aby na niego spojrzeć. Ma szczupłą twarz i jasnobrązowego wąsa. Tak w ogóle wygląda jak dorosły mężczyzna, choć w jego głosie i ruchach jest coś bardzo dziecinnego. Nie znam jego historii, ale mam przeczucie, że jest barwna. Intryguje mnie zwłaszcza łysy pasek z boku głowy.

— Co jest?

Z jego postaci całkowicie znika swoboda oraz humor i znów mam przed sobą wyłącznie swojego porywacza. Przechodzą mnie ciarki i teraz nie mają nic wspólnego z wiatrem, który szaleje po ulicy.

— Nie mów o tym. Nikomu. Rozumiesz?

— Bump, słuchaj… — mówię i jednocześnie próbuję mu się wyszarpnąć. Lecz jego uchwyt jest bardzo niedziecinny. Jego uścisk jest mocny i silny — jak u dorosłego mężczyzny.

— Nie. To ty posłuchaj. Gabe jest moim bratem. Jeśli zaszkodzisz jemu albo jego klubowi, to ja zaszkodzę tobie. Rozumiesz, panienko?

Z jego głosu całkowicie zniknęła naiwność, którą wcześniej w nim słyszałam. Swoją groźbę wygłosił lodowatym tonem doświadczonego zabójcy. Do czasu, gdy wykrzywia wargi w głupkowatym uśmiechu.

— Poza tym myślę se, że mógłbym cię polubić, i tak w ogóle to nie uśmiecha mi się robić krzywdy dziewczynie. Więc rób tak, żebym nie musiał, okej?

Przełykam ślinę, która nabiegła mi do ust, a włosy na moich przedramionach stoją na baczność. Kiedy mówi to z uśmiechem, wydaje się jeszcze groźniejszy.

Postanawiam udawać pewną i stanowczą.

— Jasne. Bump. Zadbaj, aby przygotowano mi te loże dla VIP-ów. I powiedz swojemu bratu, że widzimy się w sobotę wieczorem.

Uśmiecha się szeroko i trzykrotnie potakuje głową.

— Do zobaczenia, Scarlett. Uważaj na siebie.

Otwieram tylne drzwi taksówki i wsiadam. Dopiero teraz wypuszczam z płuc powietrze, które cały czas wstrzymywałam. Podaję kierowcy adres i odchylam głowę do tyłu.

Jezu Chryste. W co ja się tym razem wpakowałam?

Spuszczam wzrok i patrzę na telefon w swojej dłoni.

Dwie nowe wiadomości. Jedno nieodebrane połączenie. Kilkadziesiąt powiadomień z social mediów. Ale nic od Jordy, fotografki, która powinna była zauważyć, że zostałam, kurwa, porwana, ani nic od nikogo zaniepokojonego moim zniknięciem.

To chyba prawda, że kiedy każdy gapi się w ekran, łatwo nie zauważyć, co się dzieje w prawdziwym świecie.

Rozdział6.

Legend

Jej twarz natrząsa się ze mnie z okładki leżącej w rogu biurka. Przeczytałem tylko dwie pierwsze strony, zanim poszedłem zobaczyć się z Q — moim najlepszym kumplem od piętnastu lat i głównym menadżerem — żeby go przekonać, jak bardzo potrzebujemy tej dziewczyny albo kogoś takiego jak ona. Że tylko wtedy, gdy ktoś taki przyjdzie do Legend i przyprowadzi do nas swoich znajomych, mamy szansę uniknąć katastrofy. W przeciwnym razie w ciągu miesiąca jesteśmy na bruku.

Była to rozmowa brzemienna w skutki, bo Bump ją podsłuchał i namieszał mi w życiu tak, że bardziej się nie da. Co mu strzeliło go głowy, żeby ją porwać?

Kurwa. Przecież Q w życiu się na to nie zgodzi. Od początku powtarzał, że brawura nie pomoże nam wyjść z tarapatów i że musimy zachować cierpliwość oraz zdrowy rozsądek.

Ale do mnie nadal lepiej przemawia brawura niż cierpliwość i proszę, dokąd mnie to zaprowadziło.

Kurwa.

Koszulka nagle zaczyna mnie cisnąć wokół szyi i patrzę na zegar. Piętnaście minut. Myślę, że gdzieś tyle czasu mi zostało, zanim Q wyjdzie ze swojego spotkania.

Ciekawość bierze nade mną górę i znów sięgam po kolorowe czasopismo. Szybko je otwieram, żeby na idealną twarz na okładce nie musieć patrzeć dłużej niż to konieczne. Scarlett Priest jest zajebiście gorąca, ale mam to gdzieś. Muszę mieć to gdzieś.

To jedna z moich sztuczek — blokowanie wszelkich emocji. Opanowałem ją do perfekcji i teraz w ogóle nie zbliżam się do nowo poznanych ludzi. Mam swoje powody, żeby obracać się wyłącznie w wąskim kręgu zaufanych osób i nie zamierzam tego zmieniać dla nikogo. A już na pewno nie dla kobiety, która ciemną nocą przeszłaby na drugą stronę ulicy, żeby uniknąć minięcia się ze mną na chodniku.

Zresztą i tak nie mam ochoty wiązać się z nikim na stałe. Jeśli to oznacza, że do końca życia będę zdany na przypadkowy seks i panienki na telefon, to niech tak będzie. Mnie to wystarczy. Kiedy zaczyna ci na kimś zależeć, wpadasz w największą pułapkę ludzkości i ja na pewno nie dam się w nią złapać ponownie.

Otwieram artykuł na pierwszej stronie i pobieżnie czytam fragment poświęcony jej matce, ikonie mody, oraz marce House of Scarlett należącej do Lourdes Priest, którą stworzyła i sprzedała, zanim umarła na raka pięć lat temu. To akurat jest przejebane i bardzo współczuję Scarlett. Tym prędzej przechodzę do następnej części.

I od razu żałuję, że to zrobiłem. Bo oto jest zdjęcie Scarlett i jej chłopaka.

Bezwiednie zaciskam dłoń w pięść i mnę papier. Powinienem wyrwać tę stronę. Nadęty bubek. Nie muszę czytać o nim ani słowa, aby wiedzieć, że mam rację. Wystarczy mi jedno spojrzenie na typowy dla takich typków uśmieszek, który maluje się na jego gębie, gdy stoi, obejmując Scarlett, i już wiem o nim wszystko.

Wiem, że ciągnie od niej kasę. Próbuje się na niej wybić. Ciekawe, czy ona zdaje sobie z tego sprawę…

Nie. Nie, wcale nie jest ciekawe. Bo nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

Prostuję plecy i przyglądam się twarzy Chadwicka LaSalle’a Juniora. Wygląda jak prawie każdy pajac od funduszy hedgingowych, ale kiedy omiatam wzrokiem wytłuszczone fragmenty tekstu, okazuje się, że jest wiceprezesem firmy farmaceutycznej należącej do ojca Scarlett, Lawrence’a Priesta.

Aha. Zdecydowanie próbuje się na niej wybić.

Założę się, że poznali się w Yale albo Harvardzie, gdzie imprezowali, jak przystało na bogate dzieciaki z uprzywilejowanych rodzin.

Ja natomiast maturę zrobiłem w wieku dwudziestu czterech lat i na życie zarabiałem pięściami. Dosłownie walczyłem o przetrwanie, zanim uzbierałem tyle, aby wystarczyło na mój pierwszy klub. Potem odmówili mi licencji na alkohol, ale postanowiłem, że to mnie nie powstrzyma. Opłaciłem, kogo trzeba, i dalej robiłem swoje.

Pieniądze czynią cuda. O czym Chadwick LaSalle Junior zapewne doskonale wie. Pieprzony gnojek.

Zamykam magazyn i odsuwam go na bok.

Ten dupek się nie liczy. Liczy się mój klub.

Bo nauczyłem się jeszcze czegoś — mianowicie tego, że gdy całą kasę zarobiłeś na czarno, to każdy chce coś z niej uszczknąć. Myślałem, że działając w podziemiu, będę nietykalny, ale się myliłem. Okazało się, że byłem narażony na ataki z każdej jebanej strony. Obiecałem sobie dawno temu, że kończę z takim życiem, i zamierzam tej obietnicy dotrzymać, nawet jeśli ma mnie to zabić. Będę działać jawnie i całkowicie legalnie i nic, nawet pieprzona strzelanina w noc otwarcia, mnie od tego nie odwiedzie.

Tylko teraz niestety muszę zrobić coś, czego nie cierpię — zaufać komuś z zewnątrz, że pomoże mi się wydostać z dołka, który sam sobie wykopałem. I tym kimś jest Scarlett Priest.

Widziałem strach w jej oczach, kiedy tu była. Czegoś takiego nie da się ukryć przed takim podwórkowym chuliganem jak ja.

Ale to nic. Strach jest dobry. Mam nadzieję, że ona będzie się go trzymać.

Z rozmyślań wyrywa mnie pukanie do drzwi, które otwierają się, zanim zdążam powiedzieć: „proszę”. Są tylko dwie osoby, które stać na taką odwagę, i jedną z nich jest stojący przede mną facet.

Marcus Quinterro, znany również jako Q.