Kreol. Magnolia #1 - Meghan March - ebook + audiobook

Kreol. Magnolia #1 ebook i audiobook

Meghan March

4,6

Opis

ęść dylogii MAGNOLIA

Przyszedł czas, by dokonać wyboru. Musisz odkryć karty, jakie rozdał ci los...

Nawet najlepszą przyjaciółkę żony króla nowoorleańskiego półświatka obowiązują zasady. Magnolia Marie Maison ich przestrzegała. Jednak lojalność i szacunek do Mounta nie gwarantowały jej pełnego bezpieczeństwa. Była silną kobietą o żelaznym charakterze, miała nerwy ze stali, ale jej życie dotychczas przypominało taniec z diabłem. Albo grę w szachy z kimś znacznie gorszym. Miała nadzieję, że skoro sprzedała swój nielegalny interes i wycofała się z branży, znajdzie drogę do spokojnego życia. Niestety. Duchy przeszłości nie chciały pozostać martwe.

Moses Buford Gaspard wyjechał z Nowego Orleanu piętnaście lat temu. Przez nią. Teraz wrócił. Dla niej. W końcu zrozumiał, jak fatalny błąd popełnił. Nie było dnia, w którym by o niej nie myślał. Ale że znał Magnolię dobrze, wiedział, że nie będzie łatwo ją odzyskać. Zraniona lwica nigdy nie wybacza. Moses jednak nie przyjął tego do wiadomości. Przywiózł z Nowego Jorku tylko jeden prosty plan: przyszłość z tą kobietą.

Magnolia miała świadomość, że wszystko się zmieni. Musiała podjąć trudne decyzje. Jednak trudniejsze będzie sprostanie ich konsekwencjom. Ktoś postanowił ją zabić. Ktoś postanowił ją zdobyć. Ktoś postanowił ją odzyskać. Ona postanowiła przetrwać. Na własnych warunkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 296

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 13 min

Lektor: Czyta: Daria Brudnias

Oceny
4,6 (14 ocen)
11
2
0
1
0
Sortuj według:
magdaqowalsqa

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo lubię autorkę więc każdą jej książkę czytam na jednym wdechu... nigdy mnie nie zawodzi....
10
Monika309

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam książki tej autorki
10
AgnieszkaR-W

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna! Jak wszystko tej autorki!
10
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

całkiem fajna historia i nieźle napisana
00

Popularność




Meghan March

Kreol

Magnolia #1

Tytuł oryginału: Creole Kingpin (The Magnolia Duet #1)

Tłumaczenie: Olgierd Maj

ISBN: 978-83-283-7226-9

Copyright © 2020. CREOLE KINGPIN by Meghan March LLC

Cover photo and design: © Regina Wamba Mae I Design | www.exclusivebookstock.com

Polish edition copyright © 2021 by Helion S.A. All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

http://editio.pl/user/opinie/krema1_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

HELION SA

ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE

tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Rozdział 1

Magnolia

— Jedna karta. Wiesz, co masz robić. Czuję dzisiaj od ciebie wyjątkowo silną energię, Magnolio.

Zatrzymuję się w pół kroku pomiędzy bazyliką katedralną św. Ludwika a Jackson Square, gdy Madame Celeste kiwa na mnie znad swojego rozchwianego stolika z kartami. Ma salon parę przecznic stąd, ale rozkłada się ze stolikiem tutaj częściej, niż kobieta w jej wieku powinna. Chociaż z drugiej strony, co ja tam wiem? I tak nie byłabym w stanie jej powstrzymać. Jest uparta. Zresztą podobnie jak ja.

— Mówisz tak tylko dlatego, że nie zatrzymałam się, żeby się z tobą przywitać. Spieszę się — oznajmiam, unosząc brwi. Celeste i ja znamy się od lat. Odkąd pamiętam, jest elementem krajobrazu Dzielnicy Francuskiej.

— Podejdź i zobacz. Zawsze jest czas na wysłuchanie tego, co karty mają do powiedzenia.

Moje obcasy stukają po kamiennych płytach chodnikowych, gdy idę w stronę jej stolika.

— Jestem umówiona, Celeste. Naprawdę nie mam czasu na głupoty. — Coś błyska w jej nieziemsko bladych niebieskich oczach i wzdycham z rezygnacją. — No dobrze. Dwie minuty. Jedna karta. Ale nie mogę się spóźnić.

Wyciąga w moją stronę talię, przekładam ją szybko i wyjmuję kartę.

— Twoje życie wkrótce się zmieni, chère.

Marszczę czoło.

— Jeszcze nawet nie odsłoniłaś karty — prycham, zerkając na nią krzywo. Jednak chociaż przemawiam z lekceważeniem i chociaż jest ciepły, słoneczny dzień, czuję dreszcz wzdłuż kręgosłupa, a na moich odkrytych ramionach pojawia się gęsia skórka.

Celeste uśmiecha się, ukazując przerwę między przednimi zębami.

— Nie potrzebuję kart, żeby poczuć wiatr zmian. Już od dłuższego czasu nie jesteś sobą, Magnolio. Wszechświat czuje twoją energię i słyszy pytania, które zadajesz. Odpowiedzi nadchodzą. Wkrótce wszystko stanie się jasne.

Przechylam głowę na bok i kolejny raz wzdycham z irytacją, jednak wewnętrznie jestem spięta jak diabli. Celeste nie powinna tego wiedzieć. A ja naprawdę nie powinnam jej słuchać. Jestem kobietą światową i żadna talia kart nie będzie mi mówić, co się wydarzy. To ja kontroluję moje życie, tak to działa.

A jednak nie odchodzę.

— Nie musisz mi opowiadać bajek dla turystów, Celeste. Po prostu odwróć tę cholerną kartę.

— Ty też to czujesz — odpowiada, a jej oczy wydają się świecić własnym światłem. Jest tylko jedna osoba, której oczy też wywoływały takie wrażenie, ale miały inny kolor.

I nie będziemy o nim myśleć. Nigdy, przenigdy.

— Teraz czuję tylko to, jak bardzo nie chcę się spóźnić na to spotkanie, na którym muszę być.

Puszcza do mnie oczko i odwraca kartę.

Diabeł.

— Jezu Chryste pierdolony, Celeste. — Przenoszę spojrzenie z karty na jej twarz. — Zatrzymujesz mnie i odkrywasz kartę diabła?

Nie potrafię ukryć mojego zdenerwowania. Przeciągam dłońmi po ramionach, żeby przegnać uczucie chłodu, którego nie powinnam odczuwać w pełnym słońcu.

— To ty przełożyłaś talię, Magnolio. To ty przywołałaś tę kartę. Możesz zaprzeczać, ile zechcesz, ale ty też to czujesz, prawda? Ten niepokój, który ciąży ci przy każdym kroku. Pozwalasz, żeby to, co ci się przydarzyło, zjadało cię żywcem, i to się musi skończyć. — Wróżka siada wyprostowana i odciąga ramiona do tyłu. — Przyszedł czas na zmiany. Nie możesz dalej funkcjonować tak jak do tej pory. Musisz dokonać wyboru.

W miejscu żołądka czuję zaciskającą się coraz mocniej kulę, tak bardzo, że staje się to bolesne. Przez całe życie niosę ze sobą ciężar winy. To nic nowego. Ale Celeste ma rację, w ciągu ostatnich lat zaczynało mi to ciążyć coraz bardziej.

Smutek. Zdrada. Wściekłość. Złamane serce.

Celeste jak zawsze trafia w samo sedno. Wszystkie te buzujące we mnie uczucia powoli zjadają mnie żywcem. Dziewczyna taka jak ja potrafi się otrząsnąć z wielu rzeczy, jednak są pewne granice. Strzelenie do kogoś, zabicie go tak, jak ja to zrobiłam… To naprawdę potrafi człowieka zmienić.

Patrzę w dziwne oczy Celeste i zmuszam moje pomalowane na karminowo usta do uśmiechu. Brawura zawsze zaliczała się do moich najsilniejszych atutów, to talent, bez którego nie mogłabym przetrwać.

— Wystarczy, Celeste. Wszystko w porządku. Sprawy zawsze w końcu się jakoś układają.

Celeste powoli potrząsa okrytą turbanem głową.

— Nadchodzi zmiana, czy tego chcesz, czy nie. Wiem, że lubisz tańczyć z diabłem, ale uważaj na siebie, dziewczyno. Diabeł zawsze w końcu domaga się swojej zapłaty.

Czuję, jak włosy jeżą mi się na karku, gdy wstaję.

— Uważaj na siebie, Celeste. Do zobaczenia później, muszę lecieć.

Jej dłoń szybkim wężowym ruchem wysuwa się i chwyta moje palce. Spinam się, czując jej kościsty uścisk.

— Chciałabym tylko, żebyś znalazła spokój. Pokój i miłość, chère. Idź już, ale uważaj na siebie. Wiatr przemian wieje mocno, czuję to w kościach.

Z tymi złowróżbnymi słowami Celeste puszcza moją dłoń. Poruszam palcami, próbując się otrząsnąć z dziwnego nastroju. Odsuwam się od stolika i ruszam z powrotem w stronę, w którą szłam wcześniej. Lawiruję między tłumami turystów, którzy zatrzymali się, żeby posłuchać grupy muzyków grających na trąbce, puzonie i tubie. Słyszę szum w uszach, zagłuszający instrumenty dęte grające When the Saints Go Marchin’ In.

Owijam ręce wokół tułowia i ostrożnie stawiam stopy, żeby obcas nie uwiązł mi w szparach między płytami chodnikowymi.

O co, do diabła, chodziło? Zmiana nadchodzi, czy tego chcę, czy nie? Tak jakby to było coś nowego. To jedno, na co można zawsze liczyć — wszystko się zmienia.

Ktoś na mnie wpada i czuję szarpnięcie za pasek torebki wiszącej mi na ramieniu.

— O nie, nie dzisiaj, skurwielu! — syczę, zaciskając mocniej uchwyt na pasku i spoglądając na dzieciaka, który zdecydowanie jeszcze powinien być w szkole. Chociaż z drugiej strony, ja w jego wieku też nie byłam.

Jego oczy rozszerzają się tak, że omal nie wychodzą mu z głowy, gdy mi się uważniej przygląda. Jestem atrakcyjna, mam ciało stworzone do grzechu i pasującą do niego twarz.

Moje jedwabiste czarne włosy powiewają na wietrze, gdy przechylam głowę.

— Słyszałeś mnie? Nie dzisiaj.

Dzieciak kiwa głową tak zamaszyście, jakby był jedną z tych zabawek, które ustawia się w samochodzie na desce rozdzielczej, po czym puszcza pasek od mojej torebki.

— Przepraszam, proszę pani. Nie uważałem, dokąd idę.

Przeszywam go twardym spojrzeniem.

— Jasne, jasne. A ja urodziłam się wczoraj.

Oblizuje wargi, a jego spojrzenie ląduje na moich piersiach. Cofa się powoli.

— Jesteś zajebiście seksowna. — Przynajmniej to mówi mi prosto w twarz.

— Znikaj z ulicy, zanim cię zgarną za twoje postępki.

Kiwa głową, jednak wątpię, żeby moje słowa mogły cokolwiek zmienić. Nieszczęsny złodziejaszek zrywa kontakt wzrokowy, po czym znika w tłumie, zapewne w poszukiwaniu kolejnej niczego niepodejrzewającej ofiary.

Przynajmniej nie byłam to ja.

Nie możesz ich wszystkich uratować, Mags. Naprawdę nie jesteś w stanie.

Z tą myślą rozbrzmiewającą w głowie idę dalej, skoncentrowana na tym, żeby dotrzeć na spotkanie i nie spóźnić się. Spóźnialstwo nie jest czymś, co Mount toleruje, nawet w przypadku najlepszej przyjaciółki swojej żony. To, że ożenił się z Keirą, zdecydowanie ułatwiło mi życie, ale nie mam wątpliwości, kto pozwala mi zarabiać, i okazuję mu szacunek. Nikt nie chce budzić bestii, w jaką potrafi się zmienić ten człowiek, a już na pewno nie ja. Najważniejsze dla mnie jest przetrwanie.

Gdy idę ulicą, mijając przechodniów, coś za szybą budynku stojącego po drugiej stronie ulicy przyciąga moją uwagę. Na chwilę moje spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem dziwnych, złotozielonych oczu.

To niemożliwe.

Mrugam i odwracam się w miejscu na środku ulicy, po czym przebiegam na drugą stronę, żeby lepiej się przyjrzeć.

To nie mógł być on. Nie po tych wszystkich latach. To byłoby niczym zjawa, duch.

Niewielka grupka turystów, która zgromadziła się wokół trzech chłopców grających na dwudziestolitrowych wiadrach niczym na bębnach, zagradza mi drogę. Wymijam ich, żeby zajrzeć przez okno do środka, jednak krzesło, na którym, jak mi się wydawało, siedział ktoś, kto tak na mnie spojrzał, jest puste. Nikogo tam nie ma. Jak zawsze.

Nie pierwszy raz zdawało mi się, że widziałam człowieka, do którego należały te oczy, ale zawsze się myliłam.

Nie wróci do ciebie i nigdy nie miał takiego zamiaru. Miałaś piętnaście cholernych lat, żeby się z tym pogodzić.

Można by pomyśleć, że powinnam się w końcu nauczyć, ale stare nawyki niełatwo umierają, zwłaszcza mój nawyk szukania go w każdej napotkanej twarzy.

„Nachodzi zmiana” — słowa Madame Celeste przypominają mi się, gdy stoję na chodniku, gapiąc się przez szybę na ludzi jedzących drugie śniadanie.

Wokół rozchodzi się intensywny zapach przypraw i przysięgam, że niemal słyszę jego głos.

„Niektóre rzeczy zdarzają się w życiu tylko raz, Magnolio. Ty jesteś jedną z nich”.

To słowa z przeszłości.

Piętnaście lat temu pozwoliłam sobie zapomnieć, kim i czym jestem, i popełniłam najgorszy błąd.

Zakochałam się.

A potem on wyjechał i nigdy nie wrócił. Moje serce od tamtej pory stało się czarne.

Może Celeste ma rację. Może diabeł po mnie idzie. Szkoda tylko, że nie będzie tym, o którym będę myśleć w chwilach słabości.

Rozdział 2

Magnolia

— Jestem umówiona — oznajmiam barmance, zerkając na zegarek. Dzięki Bogu, nadal jestem pięć minut przed czasem.

Kobieta zerka w lustro wiszące za barem, po czym spogląda mi w oczy. Skinieniem głowy daje mi znak, żebym przeszła w głąb pomieszczenia, gdzie mężczyzna wielkości mniej więcej stuletniego jaworu stoi w ciasnej przestrzeni pomiędzy barem a drzwiami prowadzącymi do biura.

Moje szpilki stukają po betonowej podłodze, gdy idę w jego stronę.

— Umówione spotkanie — mówię tylko w ramach powitania.

Kiwa olbrzymią głową i odwraca się. Jest tak potężny, że musi się lekko obrócić bokiem, żeby przejść przez drzwi. Otwiera pierwsze drzwi po prawej, prowadzące do pokoju, który wygląda jak gabinet menedżera, jednak ja wiem lepiej.

To nie pierwsza moja wizyta tutaj.

Szczerze mówiąc, trochę mnie irytuje, że za każdym razem muszę przechodzić przez całą tę procedurę, żeby spotkać się z królem tego miasta. Przecież bywałam u niego w domu wielokrotnie, żeby spotkać się z Keirą. Ale to sposób Mounta na przypomnienie mi, że przyjaźń z nią nie daje mi żadnych specjalnych przywilejów. Mogłabym nazwać go dupkiem, ale nie zdziwiłabym się, gdyby w jakiś sposób potrafił odczytać moje myśli nawet z tej odległości.

Mount jest cholernie przerażający. I owszem, wiedziałam o tym, zanim zaczęli być razem. Ale jak mówiłam Celeste, wszystko zawsze się jakoś układa. Prawda? Czuję przez chwilę ukłucie poczucia winy z powodu wyborów, jakich dokonałam i jakie zmieniły życie Keiry na zawsze. Może nigdy się z tego nie otrząsnę.

Wchodzę do biura i Pan Jawor klepie mnie w ramię. Zatrzymuję się.

— Pistolet i nóż są w torebce — mówię, wyciągając ją w jego kierunku.

Kiwa głową, odbiera ją ode mnie i odkłada na biurko.

— Będzie tu na ciebie czekała, gdy z tobą skończy.

— Możesz zabrać pistolet i nóż, ale torebkę poprosiłabym z powrotem.

Jawor potrząsa głową.

— Nie będzie ci potrzebna.

Przewracam oczami, zanim jeszcze zdążę się powstrzymać. W tym momencie regał z książkami odsuwa się w bok, odsłaniając słabo oświetloną klatkę schodową.

Gdy nie ruszam od razu w jej kierunku, Jawor wskazuje ją sękatym paluchem.

— Nie każ mu czekać.

— Idę, już idę. — Obrzucam go zirytowanym spojrzeniem, po czym przechodzę przez jeszcze przed chwilą niewidoczne drzwi. Kiedyś wydawało mi się, że takie rzeczy są fajne, teraz jednak mnie nużą.

Gdy jestem w połowie schodów, regał wraca na swoje miejsce. Zostaję sama wśród plam światła padającego z kinkietów zawieszonych na wyłożonych boazerią ścianach.

Bez eskorty? To coś nowego.

Z drugiej strony, dlaczego Mount miałby się martwić, że wywinę jakiś numer? Wie, wobec kogo jestem lojalna.

Docieram do szczytu schodów i przyglądam się rzędom drzwi wzdłuż korytarza.

— I gdzie też może być? — zastanawiam się głośno.

Mount za każdym razem to zmienia — wiem, że kryje się za drzwiami numer jeden, dwa lub trzy.

Zanim jednak przyjdzie mi zgadywać i próbować po kolei klamek, drzwi na końcu korytarza otwierają się i staje w nich wysoki, ciemnowłosy i niebezpieczny mężczyzna, z którym przyszłam się tu spotkać.

— Dziękuję, że przyszłaś.

Uśmiecham się w odpowiedzi, darowując sobie powiedzenie na głos tego, co myślę: „Tak jakbym miała w tej kwestii jakiś wybór, skoro mnie wezwałeś”.

Gdy Mount daje mi gestem znak, żebym weszła do środka, idę za nim i wchodzę do jego niesławnej biblioteki. Zamyka za nami drzwi i mam wrażenie, że całe pomieszczenie aż wibruje od władzy i siły, którymi emanuje ten człowiek.

Pamiętam z poprzednich wizyt, że kominek znajdujący się wśród sięgających od podłogi do sufitu regałów z książkami obraca się, ukazując labirynt korytarzy prowadzących do prywatnych apartamentów Mounta i Keiry, ale mam przeczucie, że dzisiaj tam nie pójdziemy.

Mount potwierdza moje przeczucia, wskazując jeden ze skórzanych foteli.

— Usiądź, musimy porozmawiać.

— Tak jest. — Okazuję mu szacunek nie ze strachu, lecz z przekonania. Ten człowiek wiele dla mnie zrobił i dużo mu zawdzięczam.

W czasie, gdy ja zajmuję miejsce, Mount podchodzi do szafki i nalewa bursztynowego płynu do dwóch szklaneczek, nie pytając mnie, na co mam ochotę. Nie szkodzi, wiem, że ma najlepszy trunek destylarni Seven Sinners, nad którym ostatnio pracowała Keira.

— Dziękuję.

Umieram z ciekawości, dlaczego mnie tutaj wezwał. Mount kręci płynem w szklaneczce, nim pociągnie łyk.

— Nie ma za co — odpowiada, kładąc kostkę jednej nogi na kolanie drugiej. Na jego wargach igra cień uśmiechu i jestem pewna, że przełykając whiskey, myśli o Keirze.

Nigdy nie widziałam, żeby kobieta miała na mężczyznę aż taki wpływ. Dlatego właśnie tak wiele zaryzykowałam — czułam, że są dla siebie stworzeni. I miałam rację — ale rzadko się mylę, jeśli chodzi o takie sprawy.

To znaczy, jeśli chodzi o innych ludzi — jeśli chodzi o mnie, to kompletnie nie mam zdrowego rozsądku w sprawach mężczyzn. Nigdy nie miałam i zapewne nigdy się to nie zmieni.

W głowie pojawia się moja ulubiona myśl, że powinnam całkowicie dać sobie spokój z mężczyznami, gdy Mount znowu się odzywa.

— Masz kłopoty.

Odrywam się od swoich rozważań i wbijam w niego uważne spojrzenie.

— Jakie kłopoty?

— Federalni obserwują dom schadzek.

Odstawiam szklankę z whiskey na stolik między nami i obracam się na fotelu tak, żeby spojrzeć na niego wprost. Oboje wiemy, że nie jestem już właścicielką domu, o którym mówi, ale i tak czuję się odpowiedzialna za kobiety, które w nim mieszkają.

— Kurwa, a dlaczego?

— Alberto Brandon.

Szukam w pamięci informacji i w końcu przypominam sobie jego twarz i upodobania.

— Po pięćdziesiątce, przedkłada młode blondynki nad swoją żonę, lubi, żeby mówiły do niego „tatuśku”, zawsze szasta gotówką. Dlaczego federalni się nim interesują?

Mount znowu kosztuje whiskey, nim odpowie.

— Przeprowadzał jakieś interesujące dla nich operacje finansowe, a poza tym nie mogą go znaleźć. Zaginął w akcji, można powiedzieć, a jego pieniądze razem z nim. Stąd ich zainteresowanie domem.

— Kurwa — szepczę znowu. — Myślisz, że zrobią najazd?

Odpowiada wzruszeniem ramion, tak jakby nie chciał na głos przyznać, że nie wie.

Wzdycham i wplatam palce we włosy.

— Poinformuję Desiree. Będzie musiała uważać do czasu, aż sprawa się nie rozejdzie po kościach.

Gdy wspominam imię dziewczyny, której sprzedałam na raty mój dom, Mount potrząsa głową.

— Nie tylko uważać. Musi się przenieść na jakiś czas, jeśli nie chcesz, żeby wyszło na jaw, czym się zajmuje.

— Cholera, aż tak źle?

Wyraz twarzy Mounta nie zmienia się nawet na chwilę.

— Czy w ogóle zawracałabym sobie głowę informowaniem cię o tym, gdyby było inaczej?

Przestraszona ściskam nasadę nosa.

— Oczywiście, że nie. Nie marnowałbyś swojego czasu. Dziękuję za informację. Pomogę Desiree sobie z tym poradzić.

— Dobrze.

Gdy Mount nie mówi już nic więcej, przyglądam mu się przez chwilę.

— Czy to wszystko?

Wpatruje mi się w oczy przez dłuższy czas.

— Na razie.

Mimo że mam ochotę objąć się ramionami w obronnym geście, wstaję, trzymając ramiona prosto i brodę wysoko.

— Dziękuję. Skoro skończyliśmy, to sama znajdę wyjście.

Coś niepokojącego błyska w jego ciemnych oczach.

— Skończyliśmy? Nic takiego. Ale możesz już iść. Keira chciałaby się z tobą zobaczyć. — Porusza dłonią i kominek odsuwa się. Za nim stoi mężczyzna, który jest jego prawą ręką i zbudowany jest jak byk. — V cię do niej zaprowadzi.

Wstaję, żałując, że Pan Jawor z dołu nie pozwolił mi zabrać ze sobą torebki. Jednak jak tylko ta myśl pojawia się w mojej głowie, V wyciąga w moją stronę rękę i widzę dyndający z jego palców czerwony pasek.

To zajebiście przerażające, jak potrafią mi czytać w myślach.

Rozlega się pukanie do drzwi, przez które weszłam parę minut temu.

Mount spogląda mi w oczy.

— Mój kolejny gość już tu jest. Miłego dnia, Magnolio.

Znowu czuję niepokój, jak w drodze na to spotkanie. Idę w stronę ukrytego przejścia i jak tylko przez nie przechodzę, kominek zaczyna się powoli obracać. Obracam się w stronę V, jednak słowa, które mnie dobiegają, sprawiają, że zamieram w miejscu.

Nie, nie słowa. Głos.

Głęboki i niski, z kreolskim brzmieniem.

— Trudno cię znaleźć, Mount.

Obracam się i przez zwężającą się z każdą sekundą szparę widzę przez chwilę te oczy, których wspomnienie prześladowało mnie przez piętnaście lat.

— Minęło wiele czasu, Moses. Witaj z powrotem w Nowym Orleanie. Czemuż zawdzięczam tę przyjemność?

Rozdział 3

Magnolia

O mój Boże.

Co, u diabła, się teraz dzieje?

To chyba niemożliwe, żeby Moses Gaspard właśnie wszedł do biura Mounta tuż po mnie? A może jednak?

Zapiera mi dech w piersiach, a serce przyspiesza tak, jakbym właśnie wbiegła po schodach na setne piętro. Odwracam się i patrzę na V z otwartymi ze zdumienia ustami.

— Czy ja właśnie… Czy on…

V obserwuje mnie jakby niepewny, co zaraz zrobię. Nie dziwię mu się, sama tego nie wiem.

Mimo że ten człowiek rzadko się odzywa, wskazuję na kominek i pytam:

— Czy ty też go widziałeś? Powiedz mi, że nie zwariowałam.

V rzuca okiem na kominek, po czym przenosi wzrok na moją twarz. Czekam, żeby dał mi znak, iż nie mam halucynacji. Kiwa krótko głową, podając mi moją torebkę.

— Jezu Chryste pierdolony. Co u licha się tutaj wyprawia?

V nie odpowiada na to pytanie, jednak jego wcześniejsze skinienie głową to i tak dużo.

Moses wrócił.

Powraca do mnie wspomnienie oczu, które jak mi się wydawało zobaczyłam w Dzielnicy Francuskiej. Czy dziś rano obudziłam się winnym wymiarze? Jak to możliwe, że to się teraz dzieje?

Moses Gaspard wyjechał z Nowego Orleanu piętnaście lat temu, nie oglądając się za siebie. Nigdy nie zadzwonił, nigdy nie napisał, nigdy nie dotrzymał złożonych mi obietnic.

Dlaczego więc, u diabła, teraz jest tutaj? I spotyka się z Mountem?

V idzie dalej i nakazuje gestem, żebym poszła za nim, jednak mam wrażenie, że mój umysł jest w rozsypce niczym koraliki walające się po rynsztokach Nowego Orleanu po imprezie w ostatki.

Co się teraz dzieje?

V chrząka, najwyraźniej zniecierpliwiony moim brakiem reakcji na jego gest, ale trudno. Ten człowiek nie rozumie, że moja przeszłość właśnie wtargnęła w teraźniejszość z subtelnością rozpędzonej ciężarówki wbijającej się w mur.

— Daj mi chwilę, dobrze? Jezu.

Wydaje z siebie niski pomruk, gdy ja próbuję zebrać myśli, wpatrując się w cholerny kominek. Niech szlag trafi Mounta i jego wszystkie tajne przejścia i skrytki. Mam ochotę tłuc pięściami w kominek, aż dojdę do tego, jak go otworzyć, i dostanę odpowiedzi, na które zasługuję.

Ale czy naprawdę chciałabym zobaczyć Mosesa? Po tylu latach?

Łomotanie serca mówi mi, że zanadto się tym przejmuję. Biorę głęboki, powolny oddech, zatrzymuję go w płucach na chwilę, po czym wypuszczam powietrze. Powtarzam to kilka razy, aż V klepie mnie w ramię.

Odwracam się, żeby na niego spojrzeć.

— Nie widzisz, że potrzebuję się z czymś uporać?

Wskazuje w odwrotnym kierunku niż ten, w który jestem zwrócona, i wreszcie się odzywa.

— Keira.

Cholera. Racja, przecież ma mnie zaprowadzić do Keiry.

Keiry, która nic nie wie o Mosesie, ponieważ nigdy jej o nim nie opowiedziałam. Nikomu nie powiedziałam, co się między nami zdarzyło.

Początkowo nie mówiłam o tym, ponieważ chciałam, żeby to było coś wyjątkowego, co było tylko moje. A potem, gdy on nigdy nie wrócił ani nie skontaktował się ze mną, uświadomiłam sobie, że szkoda strzępić język, opowiadając o tym komukolwiek — skoro najwyraźniej dla niego to nic nie znaczyło. Zaczęłam sobie wmawiać, że dla mnie to też nie było nic takiego, może wręcz wybryk fantazji, bo tak naprawdę nic tak dobrego nie zdarza się w prawdziwym życiu.

Obrzucam kominek ostatnim złym spojrzeniem. Jedno wiem na pewno.

Mount zrobił to specjalnie. Skurwiel.

Skąd wiedział? Prycham. Prawda, zapomniałam, że przecież Mount wie wszystko.

Biorę kolejny głęboki oddech i kiwam głową w kierunku V.

— Prowadź. Jestem gotowa. Zapomnijmy, że ten epizod w ogóle miał miejsce, dobrze?

Unosi podbródek, co uznaję za odpowiedź twierdzącą, zwłaszcza że rusza naprzód. Idę za nim, jednak nie mogę się powstrzymać, żeby od czasu do czasu nie obejrzeć się za siebie i nie spojrzeć na kominek, który oddziela mnie od mężczyzny, którego w tej chwili miałabym ochotę udusić gołymi rękami.

Jak śmie pokazywać się w moim mieście po tylu latach tak, jakby był tu mile widziany?

Kolejna myśl sprawia, że niemal zatrzymuję się w miejscu.

Dlaczego Moses najpierw poprosił o audiencję z królem? Co to oznacza? Planuje tu zostać na dłużej? Prosi o pozwolenie prowadzenia tu interesów?

Nie mam pojęcia, co Moses robił przez ostatnie piętnaście lat. Gdy minął pierwszy miesiąc jego nieobecności, zakazałam sobie go szukać lub próbować zdobyć jakieś informacje o nim. Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby wymazać go z pamięci i zapomnieć o jego dotyku na mojej skórze.

Gdy nie wrócił po mnie, stanowiło to dla mnie jasną informację. Rzuciłam się więc w wir pracy, budując swoje imperium tak, żebym mogła zdobyć to, czego pragnęłam najbardziej: wolność i władzę.

Pamiętam po dziś dzień, jak powiedziałam Mosesowi, że będę zarabiać tak dużo, iż żaden mężczyzna już nigdy nie będzie mógł mi mówić, co mam robić. Nie licząc tego, że stawiam się na wezwania Mounta, osiągnęłam swój cel.

Nie należę do żadnego mężczyzny.

Żaden mężczyzna nie może mnie kontrolować.

Dlaczego Moses wrócił? Dlaczego teraz?

V chrząka znacząco, dając mi do zrozumienia, że powinnam się pospieszyć. Przyciskam torebkę do boku, idąc za nim przez labirynt korytarzy i tym razem nie zwracając uwagi na ukryte przejścia, które zwykle mnie fascynują.

Gdy wreszcie docieramy do korytarzy urządzonych w czerni, bieli i złocie, wiem, że zbliżamy się do Keiry.

Co jej powiem? Czy w ogóle coś jej powiem?

Jakaś część mnie chce tego, ale inna…

Jak miałabym się podzielić tym wstydliwym sekretem? Opowiedziećo tym, że nie kochał mnie na tyle, żeby do mnie wrócić… że nawet nie byłamwarta jednego telefonu czy kontaktu od czasu do czasu… Nawet gangster wiedział, że nie da się z dziwki zrobić żony.

Moses już raz prawie mnie zniszczył. Nie pozwolę, by zrobił to znowu. Jakikolwiek miał powód, żeby wrócić do mojego miasta — jedno jest pewne — nie będę znowu grać w tę grę.

Serce mi się ściska na znak, że sama siebie okłamuję.

Pieprzyć to. Serce już raz wpakowało mnie w tarapaty i nie pozwolę, żeby znowu pogrążyło mój świat w chaosie.

V otwiera przede mną drzwi prowadzące na przewiewny dziedziniec o ścianach z cegieł, obsadzony roślinnością i z fontanną pośrodku. Keira unosi głowę znad stolika, przy którym siedzi w towarzystwie ciemnowłosej dyktatorki, która łączy w sobie cechy ojca i matki.

Aurora Mount jest księżniczką tego zamku. Gdy mnie widzi, wydaje z siebie przenikliwy pisk i wymachuje w powietrzu tłuściutkimi rączkami. Jej włosy mają głęboki kasztanowy odcień i sterczą na wszystkie strony, zakręcając się na końcach.

Keira bierze ją na ręce i wstaje na moje powitanie.

— Jak widać, cieszymy się na twój widok. — Szeroki uśmiech rozjaśnia jej twarz i zielone oczy.

— Ja zawsze cieszę się, widząc was obie. — Na szczęście mój głos brzmi zupełnie normalnie.

Przebywam dzielący nas dystans i zamykam je w uścisku, następnie kradnę na ręce małą miss, która chwyta mnie lepkimi rączkami za szyję, przechodząc z ramion matki w moje niczym mała małpka.

Z ulgą przyjmuję coś, co odrywa mnie od moich myśli o mężczyźnie, którego przed chwilą widziałam, i zaczynam kołysać małą na biodrze.

— Co robiłaś, Rory? Nie dawałaś chwili spokoju mamie i tacie?

Aurora zaczyna mi coś z przejęciem opowiadać, jednak rozumiem mniej więcej jedną dziesiątą tego, co mówi.

Keira tłumaczy dla mnie.

— Właśnie jadła najlepszą przekąskę w życiu i jeśli masz ochotę, chętnie się z tobą podzieli.

Trzymając pulchne ciało Aurory w ramionach, zerkam na talerzyk z przysmakami, po czym znowu spoglądam na pucułowate policzki małej.

— Dziękuję za propozycję, księżniczko, ale zostawię je wszystkie dla ciebie.

Uśmiecha się do mnie i czuję, jak zły urok, który ogarnął mnie podczas wędrówki po królestwie Mounta, zaczyna się rozpraszać. Najwyraźniej jednak nie dość szybko się z niego otrząsnęłam, bo spojrzenie zielonych oczu Keiry ogniskuje się na mnie z precyzją lasera.

— Coś się stało? Czego chciał Lachlan?

Wciąż dziwnie brzmi dla mnie, że mówi o tym mężczyźnie „Lachlan”, zupełnie jakby był człowiekiem, a nie jestem o tym do końca przekonana.

— Nic się nie stało, przekazał mi po prostu pewne informacje — odpowiadam, puszczając do niej oczko.

Powinna wiedzieć, że nie ma sensu prosić mnie, żebym zdradziła cokolwiek z tego, co powiedział mi Mount — gdyby chciał, żeby o czymś wiedziała, sam by to zrobił.

Zmieniam temat.

— Cholernie dobrze cię znowu zobaczyć, Keiro. Och, kurde. Jak udaje ci się nie przeklinać przy tym słodziutkim dzieciątku?

Keira zaciska usta, przyglądając mi się uważnie, co oznacza, że jestem beznadziejna w ukrywaniu swoich prawdziwych uczuć.

— Staramy się, ale różnie z tym bywa. Na pewno wszystko w porządku?

Jej pytania potwierdzają moją wcześniejszą opinię — Keira może być moją najlepszą przyjaciółką, ale zawsze żyłyśmy w dwóch zupełnie odmiennych światach. Ukrywanie przed nią prawdy, a co najmniej łagodzenie jej, jest dla mnie drugą naturą.

— Jak mogłoby być inaczej, gdy trzymam w ramionach tego aniołka?

Twarz Keiry kompletnie się zmienia, gdy spogląda na córkę z czystym uwielbieniem.

— Ona jest naprawdę zupełnie magiczna… dopóki nie zacznie wrzeszczeć i wtedy tylko jej tatuś potrafi ją uspokoić.

Widziałam Mounta z Aurorą tylko raz, jednak to wystarczyło, żebym wiedziała, że ta mała owinęła sobie bezlitosnego króla Nowego Orleanu wokół swojego małego paluszka. Ten widok sprawił, że nawet moje czarne, skamieniałe serce niemal stopniało, a to już coś.

— Nadal nie wiem, dlaczego mnie nie znienawidziłaś, Ke-ke. — Nie chciałam tego powiedzieć na głos, ale prawda jest taka, że wiele o tym rozmyślałam. A poza tym ciągle jestem wytrącona z równowagi tym, co zdarzyło się w ciągu ostatniej godziny: wyciągnęłam kartę diabła, spotkałam się z bezlitosnym królem i zobaczyłam ducha z mojej przeszłości.

Uśmiech Keiry zmienia się, jednak nie znika.

— Jak mogłabym? Bez ciebie nie miałabym tego, co najbardziej kocham w moim życiu.

Czuję, że oczy mnie pieką, ale nie ma mowy, żeby to były łzy. Ja nigdy nie płaczę. Przełykam więc tę głupią gulę w gardle i wzruszam ramionami.

— Naprawdę cieszę się twoim szczęściem, Ke-ke.

Odwijam rączki Aurory z mojej szyi i oddaję ją Keirze, która obsypuje ją pocałunkami i przytula.

— Chcielibyśmy, żebyś ty też była tak szczęśliwa, Mags.

Jasna cholera, wciąż staram się skierować tę rozmowę na bezpieczne tory, ale takie uwagi sprawiają tylko, że znowu myślę o nim.

Serce bije mi na wspomnienie złotozielonych oczu na opalonej twarzy, które nieproszone znowu przewija się przez mój mózg.

Dlaczego, u diabła, tu przyjechał po tych wszystkich latach?

Lepiej, żeby nie zdawało mu się, iż będzie mógł się znowu do mnie zbliżyć, bo nie chcę mieć z nim nic wspólnego.

— Mags?

Zaciskam usta i zmuszam się do uśmiechu.

— Niektórzy z nas po prostu nie są stworzeni do tego typu szczęścia. Wystarczy mi, że jestem olśniewająco piękna, bogata i mam całkowitą kontrolę nad swoim życiem.

Tym razem uśmiech Keiry znika.

— Tęsknisz za Rafem?

Moja głowa odskakuje w tył jakby niezależnie od mojej woli.

— Za Rafem? Nie, u diabła. Ten skurwysyn zniknął raz na zawsze. Gdyby wrócił, mielibyśmy dużo poważniejsze zmartwienia — Zakrywam usta dłonią o pomalowanych paznokciach, uświadamiając sobie, że znowu przeklinam. — Cholera. Kurczę! Lepiej w ogóle przestanę się odzywać, zanim Rory nie zacznie rzucać słowami na „k” i jej tatuś każe mi się z tego tłumaczyć.

Moja wpadka sprawia przynajmniej, że Keira znowu się śmieje.

— Jest tak samo winny jak ty. Obiecuję ci, że nigdy się nie dowie. — Trąca swoją stopą moją obutą w szpilki. — Ale zbyt dawno się nie widziałyśmy. Co w ogóle porabiasz?

— Remont okazał się koszmarem, ale już prawie koniec. Jeszcze niecały tydzień i będę mogła się wprowadzić. Nie mogę się już doczekać, żeby zobaczyć, jak to wszystko będzie wyglądało, gdy będzie gotowe.

— Wreszcie! Będę mogła ci dać prezent na nowe mieszkanie! Mam go od czasu, gdy podpisałaś umowę.

To oznacza, że kupiła go niemal dziesięć miesięcy temu, gdy kupiłam mój własny dom w Dzielnicy Francuskiej. To niewielki domek z dwiema sypialniami, którego urok nieco został przytłumiony przez czas, ale gdy tylko go zobaczyłam, wiedziałam, że jest przeznaczony dla mnie.

Potrząsam głową, bo Keira naprawdę jest dla mnie za dobra.

— Oczywiście, że musiałaś coś kupić, nawet gdy to była jeszcze zupełna nora.

— Tak jakbyś mogła się spodziewać po mnie czegokolwiek innego. — Rozkłada ramiona.

— To prawda. Spodziewam się, że przyniesiesz też whiskey, więc nie muszę się martwić zaopatrzeniem w alkohol.

Ten komentarz wywołuje demonstracyjne przewracanie oczami.

— Wiesz, że już nigdy nie będziesz musiała zapłacić za choćby jedną butelkę Seven Sinners.

Wciąż czuję na języku smak whiskey, którą wypiłam w biurze Mounta.

— Doceniam to.

Aurora sięga po dmuchany ryż i wpycha sobie do ust pełną garść.

— Powinnam pozwolić ci wrócić do twoich zajęć. Muszę jeszcze wpaść do Bernadette w drodze na spotkanie z budowlańcem, żeby omówić listę ostatnich poprawek i wykończenia.

— Już lecisz? Przecież dopiero przyszłaś. — Keira łapie Aurorę za rączkę, nim ta zdoła wywalić miskę z ryżem na podłogę.

— Znasz mnie, nigdy nie potrafiłam usiedzieć długo bez ruchu.

Na twarzy Keiry pojawia się ciepły i łagodny wyraz.

— Nie wiem, co naprawdę cię gryzie, Magnolio… ale chcę, żebyś wiedziała, że mogę sobie z tym poradzić. Gdy będziesz gotowa, żeby mi o tym opowiedzieć, ja będę gotowa cię wysłuchać.

Znowu przypominają mi się lśniące oczy Mosesa. Potrzebuję wszystkich swoich sił, żeby zdobyć się na blady uśmiech.

— Dam ci znać.

— Trzymaj się. Kochamy cię.

— Ja was też. — Pochylam się i całuję rozczochrane włosy Aurory. — Do zobaczenia później.

Gdy odwracam się w stronę V stojącego w drzwiach, Aurora piszczy głośno.

— Iiiiii!

Czuję ból w piersi w miejscu, gdzie powinno się znajdować moje serce. Nigdy tego nie zaznam. Nigdy nie dowiem się, jak to jest powołać na świat nowe życie.

Z drugiej strony, ten świat jest naprawdę popieprzony i Bóg wie, że nie nadaję się na matkę.

V wyprowadza mnie na zewnątrz inną drogą niż tą, którą tu weszliśmy. Ku mojemu zaskoczeniu nawet nie zawiązuje mi oczu, więc widzę, którędy idziemy. Chyba od czasu ostatnich odwiedzin musiałam zdać jakiś test lojalności. Utwierdzam się w tym przekonaniu, gdy oddaje mi mój nóż i różowy rewolwer, zanim jeszcze otworzył ciężkie metalowe drzwi.

Wyjście, do którego mnie przyprowadził, znajduje się na innej ulicy niż ta, przy której jest bar. Słońce pada mi na twarz. Biorę głęboki oddech.

Moses jest gdzieś w tym budynku, ale nic mnie to nie obchodzi. Nie pozwolę, żeby mnie to obchodziło.

Gdy przechodzę obok zaparkowanego na chodniku czarnego rolls-royce’a, przypominam sobie, że jestem emocjonalną fortecą: czuję tylko to, co chcę czuć, i nic więcej.

Wyrzuć tego człowieka z pamięci, Mags. Nie powinien zaprzątać twoich myśli ani zajmować twojego czasu.

Wiem, że to prawda, ale i tak z trudem powstrzymuję się, żeby nie obejrzeć się za siebie.

Rozdział 4

Magnolia

— Nie wiem, dlaczego ciągle tu przychodzisz — syczy na mój widok Bernadette, usadowiona na fotelu po drugiej stronie pokoju z kolanami przykrytymi kocem. Ogląda swoje ulubione programy w telewizji.

— Widocznie jestem masochistką. Ale z drugiej strony dobrze popatrzeć na nowe zmarszczki, których nabawiłaś się od czasu mojej ostatniej wizyty. Czyżby skończył ci się krem na noc, ciociu Bernie?

Syczy, dosłownie syczy, niczym wąż. Biorąc pod uwagę, że jest podobnie wredna, nawet mnie to nie zaskakuje.

— Byłaś niewdzięcznym dzieckiem, a teraz jesteś okropną kobietą. Zabieraj swój kurewski tyłek z mojego domu!

Te słowa sprawiają, że po raz pierwszy w ciągu tego dnia szczerze się śmieję.

— Stara, ja jestem właścicielką tego domu, więc mogę tu przychodzić, kiedy tylko zechcę, czy jestem kurwą, czy nie.

Odsłania zęby, spoglądając na mnie, podczas gdy Norma, jej była pokojówka, którą Bernadette traktowała okropnie, gdy była jeszcze jej pracodawczynią, przynosi tej starej jędzy na tacy obiad. Czy może kolację? Nie mam pojęcia, jaki plan dnia mają starzy ludzie.

Bernadette patrzy na posiłek ze ściągniętą twarzą, po czym przenosi wzrok na Normę.

— Zatrułaś to? Czy dlatego ona tu przyszła? Żeby patrzyć, jak w końcu umieram? Jestem gotowa. Byłam gotowa od lat.

— Nie dzisiaj, Bernie — odpowiada Norma ze szczerym uśmiechem. — Może jutro.

Sytuacja się zmieniła i zarówno Norma, jak i ja uważamy to za przezabawne.

Bernadette miała wystawny dom i wysokie standardy. Tak wysokie, że wykopała mnie na ulicę, gdy jako szesnastolatka zostałam wyrzucona ze szkoły po tym, jak przyłapano mnie na robieniu loda nauczycielowi historii w schowku. Nikt nigdy nie zapytał mnie, dlaczego to zrobiłam, ani nie pomyślał, że może to on był winny. Znalazłam się na ulicy zaraz po tym, jak Bernadette dostała telefon ze szkoły.

Od zawsze powtarzała mi, że skończę jako dziwka, tak samo jak moja matka, i udowodniłam jej, że się nie myliła. Cóż innego mogłaby robić bezdomna nastolatka, żeby się utrzymać i przeżyć na ulicy?

Dwadzieścia lat później Bernadette padła ofiarą żerujących na starszych osobach oszustów telefonicznych i straciła wszystko.

To musiał być najgorszy dzień jej życia, gdy przyszło jej zadzwonić do mnie i poprosić o pieniądze.

Bernadette wpatruje się w plecy wychodzącej Normy.

— Uwielbiacie się nade mną znęcać, obydwie.

Rozglądam się dookoła po pokoju.

— Tak, dlatego właśnie dopilnowałam, żeby niczego ci nie brakowało i żebyś nigdy nie była głodna. Masz szczęście, że nie ograniczam ci jedzenia tak jak ty mi, gdy uznałaś, że jako czternastolatka zaczynam się robić za gruba.

Chwyta za marchewkę i wbija w nią zęby.

— Powinnaś mi za to podziękować, popatrz tylko na siebie.

Przeciągam dłońmi wzdłuż boków, zatrzymując się na krągłości moich bioder.

— Masz rację. Wyglądam zajebiście, ale to nie twoja zasługa.

— Wyjdź stąd razem z tą swoją niewyparzoną gębą. Nie muszę tego wysłuchiwać. To kwalifikuje się jako znęcanie się nad starszą osobą. Powinnam wezwać prawnika i wszystko mu opowiedzieć. Poczekaj tylko.

Biorę z jej talerzyka pomidorka koktajlowego i wrzucam go sobie do ust.

— Tak — i skąd niby weźmiesz pieniądze, żeby mu zapłacić? Twoja emerytura ledwie wystarcza na opłacenie prądu i podstawowe sprawunki.

Potrząsa głową i zasłania swój talerz tak, żebym nie mogła z niego wziąć nic więcej.

— Dobrze widzieć, że nadal żyjesz, Bernie, jak przystało na taką starą upartą oślicę jak ty. Wpadnę w przyszłym tygodniu sprawdzić, jak się miewasz. Gdybyś czegoś potrzebowała, daj znać Normie.

Ignoruje mnie, więc wychodzę z pokoju i wchodzę do kuchni, gdzie Norma myje srebrne sztućce.

Przechodzę od razu do rzeczy.