Bogaty i grzeszny. Bogactwo i grzech #1 - Meghan March - ebook + audiobook

Bogaty i grzeszny. Bogactwo i grzech #1 ebook i audiobook

Meghan March

4,5

Opis

Przesiąknięta nienawiścią wspólna przeszłość od lat zatruwa życie Riscoffów i Gable'ów. Wojna między rodzinami przeszła już do legendy. Nawet mieszkańcy miasta byli zmuszeni opowiedzieć się po jednej ze stron. W takich warunkach związek kogokolwiek z Riscoffów z kimkolwiek z Gable'ów nie miał najmniejszych szans powodzenia. Kiedy więc wbrew zdrowemu rozsądkowi Lincoln Riscoff dał się oczarować idealnie pięknej Whitney Gable, na drodze do ich szczęścia stanął cały świat. W rodzinie Riscoffów wszystko, łącznie z najbardziej osobistymi sprawami, było podporządkowane pomnażaniu majątku i dbaniu o władzę.

I Whitney, i Lincoln prędko zrozumieli, że łącząca ich więź to prawdziwa miłość. Byli gotowi na przeciwstawienie się presji obu klanów. Ale w grze niespodziewanie pojawił się ten trzeci. Ricky Rango, wschodząca gwiazda rocka i bożyszcze nastolatek, mógł mieć niemal każdą kobietę, jednak za cel postawił sobie zatrzymanie przy sobie Whitney. Musiała być jego, chociaż w sercu Ricky'ego nie było wobec niej szczerych uczuć...

Ta gorąca historia to pierwsza część trylogii Bogactwo i grzech, opowiadającej o dramatycznym związku dwojga młodych ludzi. Pokochali się mimo ponad stuletniej waśni własnych rodzin - i nie widzieli świata poza sobą. Jak więc mogło dojść do tego, że rozdzielił ich inny mężczyzna? Dlaczego Whitney zdecydowała się złamać serce sobie i ukochanemu Lincolnowi? Jakie mroczne sekrety ukrywała? I czy kiedykolwiek uda jej się odkupić grzechy, których nie popełniła?

Popełnionych grzechów nie odkupisz nawet za miliard dolarów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 33 min

Lektor: Czytają: Karolina Kalina i Karol Kunysz

Oceny
4,5 (6 ocen)
4
1
1
0
0
Sortuj według:
hania1812

Dobrze spędzony czas

nie tak dobra jak reszta książek autorki, ale wciąga
00

Popularność




Meghan March

Bogaty i grzeszny

Bogactwo i grzech #1

Przekład: Edyta Stępkowska

Tytuł oryginału: Richer Than Sin (Sin Trilogy #1)

Tłumaczenie: Edyta Stępkowska

ISBN: 978-83-283-6231-4

Copyright © 2018. Richer Than Sin by Meghan March LLC

Cover design: @ Letitia Hassar

Cover photo: @ GCShutter

Polish edition copyright © 2020 by Helion SA

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttp://editio.pl/user/opinie/bogrz1_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion SA ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

O książce

Związek któregokolwiek Riscoffa z którąkolwiek z Gable’ów nie miał szans na powodzenie. Waśń między naszymi rodzinami przeszła do legendy.

Dziesięć lat temu dałem się omamić długim nogom i powłóczystym spojrzeniom błękitnych oczu Whitney Gable.

Nie wiedziałem, jak się nazywa, i wcale mnie to nie obchodziło.

Jak każdy szanujący się samiec z rodu Riscoffów sięgnąłem po to, czego chciałem. Nasza namiętność wystrzeliła niczym raca świetlna, a ogień między nami ustał dopiero wtedy, gdy ona wyszła za innego.

Nienawidzi mnie — i ma ku temu powody.

W dniu jej ślubu, w obecności wszystkich gości zgłosiłem sprzeciw.

A teraz proszę — znów przyjechała w rodzinne strony i wciąż ma te nogi do samego nieba i spojrzenie pogromczyni męskich serc. Nie ma natomiast obrączki na palcu.

Ponoć żaden Riscoff nie może żyć długo i szczęśliwie z nikim z Gable’ów, ale ja wciąż nie otrząsnąłem się po Whitney Gable.

Nigdy się nie otrząsnę.

Bogaty i grzeszny to pierwsza część trylogii Bogactwo i grzech.

Prolog Lincoln

Zgłaszam sprzeciw.

Wszystkie głowy zebranych w kościele osób zwróciły się ku podwójnym drzwiom, które z impetem otworzyłem.

Wszystko mi się rozmazywało, zapewne przez te dwie butelki szkockiej, w których próbowałem utopić żal, że ona wychodzi za innego.

Bo Gable i Riscofff nie mogą być razem.

Może to i prawda. Ale i tak nie zamierzałem się przyglądać, jak Whitney Gable wychodzi za kogoś innego, i nie skomentować tego choćby jednym, cholernie dosadnym słowem.

— Ty dupku. Jak śmiesz?! — Whitney w białej sukni wyglądała jak perfekcyjna panna młoda, choć w tej chwili obraz ten nieco zakłócał wojowniczy wyraz twarzy, z którym maszerowała w moją stronę wzdłuż głównej nawy.

Może jednak w pijackim zamroczeniu trochę się przeliczyłem.

— Nie możesz za niego wyjść. — Byłem pewien, że bełkoczę, ale miałem to gdzieś.

— Nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, że twoje zdanie ma tu jakiekolwiek znaczenie. Po prostu wynoś się stąd, dobrze ci radzę.

— Mogę go kupić i sprzedać. — Kolejny bełkot.

Oczy Whitney płonęły wściekłością.

— Mam. Gdzieś. Co o tym myślisz. Bo mnie nie możesz kupić.

Dwie pary silnych ramion pochwyciły mnie od tyłu i pociągnęły z powrotem w stronę drzwi.

— Nie rób tego… — Tylko tyle zdążyłem powiedzieć, zanim zepchnięto mnie z kościelnych schodów.

— Jeśli jeszcze raz choć spojrzysz na moją siostrę, to osobiście cię zajebię, złamasie. I nie pomoże ci cała kasa twojej zasranej rodzinki. — Zobaczyłem nad sobą Asę Gable’a i nie miałem wątpliwości, że byłby zdolny spełnić swoją obietnicę. Zwłaszcza że składając ją, miał na sobie mundur wojskowy i zielony beret komandosa.

Obok niego stał pan młody — człowiek, który wcisnął Whitney największą bryłę kitu, o jakiej w życiu słyszałem. Sądziłem, że nie ma mowy, aby ona się na to nabrała. Że w ostateczności brat jej na to nie pozwoli.

Ale się pomyliłem. Asa pozwoliłby jej wyjść za każdego, kto nie jest Riscoffem.

Pan młody uśmiechał się szyderczo, ale nic nie powiedział. A chwilę później obaj odwrócili się i ruszyli schodami z powrotem do kościoła.

Gdybym nie był tak kompletnie schlany, to też bym tam wrócił i spróbował raz jeszcze.

Ale trudno. Może dziś on się z nią ożeni, ale ja nie zamierzałem odpuszczać Whitney Gable.

Nigdy jej sobie nie odpuszczę.

1 Lincoln

Teraz (dziesięć lat później)

Dobrze ci radzę, zdecyduj się w końcu. Nie możesz w nieskończoność zwodzić tej dziewczyny. Nie robię się coraz młodszy i najwyższa pora zacząć nowe pokolenie. To ty musisz zadbać o przedłużenie nazwiska i szczerze mówiąc, trochę mi już zbrzydło to czekanie.

Dziadek raczy mnie swą nieproszoną radą, gdy naraz mój leżący między nami na stoliku telefon zaczyna wibrować. Odbywamy właśnie jedno z naszych stałych porannych spotkań na jego tarasie z widokiem na wąwóz i płynącą nim rzekę.

— Ta sprawa jest nieistotna z punktu widzenia przedmiotu naszego spotkania. — Wsuwam telefon do kieszeni, ignorując wiadomość od kobiety, z którą od kilku miesięcy sporadycznie się spotykam. Zamiast tego otwieram teczkę z plikiem dokumentów, na których wymagany jest podpis wielkiego Commodore’a.

Na pierwszym miejscu są interesy. I na ostatnim. I na wszystkich miejscach pomiędzy. Tak już jest w rodzinie Riscoffów.

Każda kobieta, która się ze mną zadaje, ma tego świadomość. I wie, że te spotkania z dziadkiem są świętością. Bo choć jestem prawowitym spadkobiercą wartego miliardy imperium, oficjalnie to Commodore wciąż dzierży jego stery i każda decyzja musi być przez niego zatwierdzona. Czy to mnie wkurza do niemożliwości? Owszem. Czy mogę coś z tym zrobić? Nie, bo taka jest rodzinna tradycja. Za wszelką cenę chronimy i strzeżemy naszej spuścizny. To również należy do obowiązków spadkobiercy Riscoffów.

— Istotne jest natomiast podpisanie niniejszych dokumentów, co pozwoli nam zamknąć negocjacje tych paru kontraktów i zarobić kolejnych kilkaset milionów przed końcem roku.

Pchnąłem w jego stronę plik ostatecznych ustaleń i przytrzymałem kartki, aby nie pofrunęły w porywistym wietrze od strony rzeki. Wszystko było znacznie prostsze, gdy dziadek mieszkał w rodzinnej rezydencji. Tamte czasy minęły jednak bezpowrotnie, gdy dwa lata temu posądził moją matkę o próbę otrucia go, po czym przeniósł się do leśnej chaty z widokiem na rzekę. Teraz ja muszę się tu wlec co rano, ponad piętnaście kilometrów krętymi drogami przez góry i doliny, gdzie nawet zasięg jest do bani.

Czasem się zastanawiam, czy przypadkiem jego decyzja, aby kupić to miejsce i się tu zaszyć, nie miała związku z tym, że Magnus Gable, jego zagorzały wróg, kupił rozpadającą się ruderę tuż obok i wielki Commodore chciał mieć go na oku.

Wrogów trzymaj blisko siebie. Makiaweliczny umysł Commodore’a byłby zdolny do takiego ruchu.

I sam nie wiem, co myśleć o jego podejrzeniach względem matki. Czy rzeczywiście próbowała przyśpieszyć jego odejście, a tym samym przekazanie aktywów spółki następcy? Powinienem być w stanie stanowczo temu zaprzeczyć, a to, że nie jestem, sporo mówi o mojej rodzinie. I niestety nie mówi nic dobrego.

Bo gdy gra toczy się o miliardy dolarów, nikt nie jest poza podejrzeniami. I nie mają tu znaczenia więzy krwi, nazwisko lub jedno i drugie.

Prawa dłoń Commodore’a, wciąż opalona i świadoma swej władzy, tylko nieznacznie drży, gdy staruszek przesuwa palcem po kolejnych stronach, czytając każde jedno słowo. Druga dłoń zwisa z boku elektrycznego wózka i bezwiednie głaszcze brązową głowę Chesapeake Bay retrievera, Goose’a (goose to gęś). Ten pies, podobnie jak strzelba Commodore’a, zawsze pozostaje przy boku swego pana, chyba że usłyszy komendę ze swoim imieniem: „kaczka, kaczka, gęś!”. Wówczas zwierzę rzuca się w dół schodów i wbiega do rzeki, aby wyłowić z niej to, co Commodore’owi uda się ustrzelić.

Teraz strzelba spoczywa oparta o stojące obok mnie krzesło. Najprawdopodobniej po to, aby staruszek miał ją pod ręką, gdyby trzeba było postraszyć Magnusa Gable’a, jeśli się akurat pojawi, żeby go wkurzyć.

Commodore przewraca kartkę na drugą stronę, czyta dalej i lewą ręką sięga po pióro Mont Blanc. Nabazgrawszy swój podpis, podnosi wzrok na mnie. Spojrzenie jego brązowych oczu jest tak samo bystre jak w moim najdawniejszym wspomnieniu związanym z dziadkiem. Miałem wtedy cztery lata, a on już zapowiedział, że moją jedyną życiową powinnością jest strzec i chronić rodowe dziedzictwo.

— Dobra robota. Jestem z ciebie dumny, chłopcze. — Wsuwa kartki z powrotem do teczki i kładzie na niej kamień rzeczny, którego używa jako przycisku do papieru, aby zapobiegnąć odfrunięciu dokumentów zatwierdzających decyzje warte grube miliony.

— Dziękuję, sir. — Sięgam po teczkę.

— Jeszcze nie skończyliśmy.

— Jest coś jeszcze, co musimy omówić, zanim wrócę z tym do biura i zarobię dla nas gruby szmal?

— Owszem. Coś cholernie pilnego. — Commodore odchyla się w fotelu i splata dłonie na szerokim torsie. Jego białe jak śnieg włosy i gęsta broda są prawie nieruchome, choć wiatr przybiera na sile. — Ona wraca.

Moja dłoń zawisa w powietrzu tuż nad teczką z dokumentami, a staruszek bacznie obserwuje każdy mój ruch i każdą reakcję.

Makiaweliczny na wskroś.

— Słucham? — pytam, choć dobrze słyszałem, co powiedział.

— Słyszałeś doskonale. Ona wraca, a ja muszę wiedzieć, czy tym razem będziesz w stanie zachować zimną krew.

Nadaję swojej twarzy wyraz obojętności — to jedna z wielu rzeczy, jakich nauczyłem się od starego wygi.

— Kto taki? — pytam tonem tak nonszalanckim, jak tylko jestem w stanie. Próbuję oczywiście tylko zyskać na czasie, bo mój mózg pracuje pełną parą, starając się przetworzyć tę informację. Tak naprawdę nie mam wątpliwości, o jakiej onej mowa. Dla mnie od zawsze była tylko jedna ona.

Commodore rozkłada ręce i pochyla się ku mnie. Opiera łokcie na stole i splata palce.

— Nie pogrywaj ze mną, chłopcze. Cholernie dobrze wiesz, o kim mówię. Wyruchaj ją sobie, jeśli koniecznie musisz. Jeśli będziesz od tego spokojniejszy. A potem zapomnij o sprawie i patrz w przyszłość. I zacznij pracować nad następnym pokoleniem, do diabła. Nie będę żył wiecznie, a chcę wiedzieć, że nasza firma nie skończy w rękach Harrisona.

Pomimo swoich miliardów Commodore Riscoff posługuje się językiem iście rynsztokowym, gdy chce mieć pewność, że zostanie dobrze zrozumiany. Tymczasem mój mózg gna z prędkością światła, starając się rozkminić, co tu się u licha dzieje. I tylko jedna z rzeczy, które właśnie powiedział, liczy się naprawdę.

Ona wraca.

Whitney Gable… jedyna dziewczyna, którą kiedykolwiek pragnąłem zobaczyć całą w bieli, idącą do ołtarza.

I zobaczyłem. Ale przy ołtarzu czekał ktoś inny.

Dziesięć lat temu rozpieprzyła mój świat, wchodząc do tamtego baru…

2 Lincoln

Wtedy

Właśnie mnie wezwali do domu. Jak jakiegoś psa. I tak jak te posłuszne retrievery, które przynoszą Commodore’owi ustrzelone ptaki, przybiegłem na jego wezwanie. Co jednak nie oznaczało, że przybiegłem z radością. Który szanujący się dwudziestopięcioletni facet pakuje manatki i pędzi do domu, gdy tylko jego dziadek pstryknie palcami?

Otóż to. Niestety. Ja. Taki jest los dobrego dziedzica rodzinnej fortuny.

Nie robiłem tego jednak wyłącznie dla pieniędzy. Robiłem to, bo odkąd skończyłem cztery lata, Commodore tłukł mi do głowy rodzinne motto: strzeż i chroń spuściznę. Tak się to robiło u nas w rodzinie. Pomnażało się rodowy skarbiec, a potem przekazywało berło następnemu pokoleniu, które robiło to samo.

Wnosząc jednak z raportów, które docierały do mnie do Nowego Jorku, mojemu ojcu nie najlepiej szło wypełnianie wyśrubowanych oczekiwań dziadka. Wyglądało na to, że częściej gził się ze swoimi kochankami, niż siedział w biurze. Z ostatniej wiadomości jasno wynikało, że cierpliwość Commodore’a się wyczerpała. Uważał, że pora, abym wrócił do Gable i przejął ster.

Tak też zrobiłem, choć niekoniecznie z ochotą. Byłem spadkobiercą tyleż posłusznym co wkurwionym. I właśnie dlatego siedziałem w spelunie na przedmieściach ze wzrokiem wbitym w stojącą przede mną tequilę.

Bo choć byłem gotów zmierzyć się z każdym postawionym mi przez Commodore’a wyzwaniem, to jednak nie czułem się gotów wracać do Gable. Na pewno nie na dłużej. Nowy Jork stał się moim miejscem na ziemi. To miasto oraz firma, w której spokojnie piąłem się po korporacyjnej drabinie i nikt z takim samym nazwiskiem jak moje nie patrzył mi na ręce. Gdzie mogłem sprawdzić siebie i to, ile jestem wart.

Gable być może było dla mnie domem, ale nigdy nie czułem się tam swobodnie. To była enklawa położona przytulnie wśród najbardziej malowniczych górskich krajobrazów, jakie w życiu widziałem, ale enklawa wewnętrznie rozdarta.

Widoczny w mieście rozłam od lat starannie podtrzymywała moja rodzina.

Waśń między Riscoffami i Gable’ami przeszła do legendy i nic nie zapowiadało, aby owa legenda wkrótce miała zostać zapomniana. Mieszkańcy byli zmuszeni opowiedzieć się po którejś ze stron, zwłaszcza po tym, jak w zeszłym miesiącu Commodore kupił na aukcji rodzinną farmę Gable’ów. Stracili ją przez zaległe podatki, a Commodore, choć do niczego mu ona nie była potrzebna i wcale jej nie chciał, kupił ją, bo po prostu podobało mu się, że może coś Gable’om odebrać.

Następnego dnia dom i ogromna stodoła doszczętnie spłonęły. Policjanci nie byli w stanie dociec, czy to Commodore podłożył ogień z czystej zawziętości, czy któryś z Gable’ów podpalił zabudowania z żalu, że znalazły się w rękach Riscoffów.

Osobiście miałem w dupie, jak było naprawdę. Liczyło się dla mnie tylko to, że nie mogłem w tym mieście spokojnie wyjść na ulicę, bo od razu wszyscy się na mnie gapili i wiedzieli dokładnie, kim jestem. I połowa z nich pałała do mnie nienawiścią. W chwili gdy wysiadłem z firmowego odrzutowca, zostałem pozbawiony anonimowości, którą tak sobie ceniłem w swoim nowojorskim życiu.

Sięgnąłem po butelkę Patrón, którą miałem przed sobą, i nalałem sobie kolejnego szota. Wypełniające bar ryki przybrały na sile.

Całe trzy dni szukałem tego miejsca. Kryjówki, w której będę mógł w spokoju się uchlać i nikt nie będzie na mnie zwracał uwagi. W Mo’s wszyscy mieli w dupie, kim jest koleś w starej czapce Metsów, białej koszulce i porwanych dżinsach. Przybytek ten upodobali sobie głównie brodacze na motorach, którzy urządzili tu sobie wodopój po drodze w góry. Bar leżał na przeciwległej odnodze drogi, która wiodła do naszej rodzinnej posiadłości — miejsca, z którego pragnąłem uciekać tuż po przekroczeniu progu. Dom był dla mnie jedynie fizycznym przypomnieniem o rodzinnych zobowiązaniach, którym miała być podporządkowana reszta mojego życia.

Niby byłem wolnym człowiekiem, ale to dziadek pociągał za wszystkie sznurki i to mnie bezgranicznie wkurzało.

Mo’s okazało się spokojną przystanią, której potrzebowałem, i tego wieczora zamierzałem w spokoju się upić, licząc, że w stanie upojenia łatwiej mi będzie oswoić się z myślą, że nie mam innego wyjścia, jak tylko pogodzić się ze swym losem. To jednak będzie wymagało o wiele więcej tequili.

Właśnie miałem walnąć stojącego na blacie szota, gdy drzwi się otworzyły i podmuch wiatru zmusił wszystkich do spojrzenia w tamtą stronę. Mnie również.

O. Kurwa.

Włosy czarne jak noc. Usta czerwone jak grzech. Ciało stworzone dla męskich dłoni.

Jezu. O kurwa.

Nie byłem pijany, a jednak widziałem wszystko jak na zwolnionym filmie. Jej włosy delikatnie powiewały wokół ramion, gdy weszła do środka. Ja pierdolę. Wyglądała jak modelka — choć efekt był kompletnie przypadkowy, a ona ewidentnie nie zdawała sobie z niego sprawy.

Ryk z wnętrza baru ucichł i dosłownie każdy z obecnych tam mężczyzn patrzył na nią jak w obrazek. Jakbyśmy wszyscy zamarli w oczekiwaniu, aż podniesie głowę. A ona pogrzebała chwilę w torebce i dopiero wtedy podniosła wzrok.

No teraz, kurwa, naprawdę przegięłaś.

Bystre lazurowe oczy wymierzyły mi sierpowy prosto w brzuch, a zaraz potem z zaskoczenia poprawiła cios, wydymając usta i przesuwając po barze wzrokiem, jakby to wszystko było jej królestwem. Była ucieleśnieniem powiedzenia „wejść jak do siebie”. Ściągnięte łopatki, pierś do przodu i uniesiony podbródek. Podeszła prosto do baru z obojętnym spojrzeniem, ignorującym wszystkich wgapiających się w nią facetów.

Silna i zdecydowana. Zajebiście seksowna mieszanka.

Usiadła dwa miejsca ode mnie i kładąc na barze dwadzieścia dolarów, powiedziała pewnym głosem:

— Tequilę. Bez lodu. Szybko.

Nie pomyliłem się, obstawiając, że przyszła tu w jasno określonym celu. Jakiś nieszczęsny frajer musiał ją wkurzyć i ten ogień, który wciąż się żarzył pod idealnie gładką skórą, był najbardziej pociągającą rzeczą, z jaką zetknąłem się od wieków. Nagła fala pożądania sprawiła, że mój kutas poruszył się w dżinsach i usiadłem przodem do baru. Nigdy nie należałem do facetów, którzy mogliby pozwolić, aby taka okazja przeszła im koło nosa.

Po blacie przesunąłem ku niej butelkę Patróna.

— Poczęstuj się.

Gdy podniosła na mnie wzrok, poczułem się tak, jakby ścisnęła mnie za jaja.

— Nie prześpię się z tobą za to, że mi postawisz drinka.

Podoba mi się jej styl. Po raz pierwszy, odkąd zadzwonił dziadek i przywołał pieska do nogi, na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

— To na pewno nie będzie powodem. — Odwróciłem się i odruchowo wyciągnąłem do niej rękę. — Jestem…

— Daruj sobie, miastowy chłopczyku. Nie muszę wiedzieć, jak masz na imię, żeby pić twoją tequilę. I tak widzę cię po raz ostatni.

Ocaliła mnie przed ujawnianiem tożsamości, a tym samym jej charakterek wydał mi się jeszcze bardziej seksowny. I jeszcze bardziej zapragnąłem jej udowodnić, że się myli. To była moja supermoc.

— Dlaczego myślisz, że jestem z miasta?

Zerknęła na mój przegub.

— Modny zegarek. — Przeniosła wzrok na moje buty. — A to nie są bikery, trapery ani ochronne buty robocze. Nie jesteś tutejszy.

Myliła się, ale jednocześnie w jakimś sensie miała rację. Byłem z Gable, ale się tu nie wychowałem. Do dwunastego roku życia rodzice opłacali mi prywatnych nauczycieli, a potem wysłali mnie do szkoły z internatem. Podobnie było z bratem, ale z siostrą już nie. Rodzice uznali, że jej nie będzie potrzebna szkoła z internatem, bo i tak znajdzie sobie męża w college’u. Teraz lada chwila zacznie studia w Yale i na szczęście bardziej ją interesuje biznes niż chłopcy z bractwa.

W imię zachowania anonimowości postanowiłem tylko jej przytaknąć, po czym odchyliłem głowę, żeby spojrzeć na jej znoszone kozaki na obcasie, które założyła do dżinsowej miniówki.

— Czy z twoich kozaków mam wnosić, że jesteś miejscowa?

Zamiast odpowiedzieć, stanęła na dolnym drążku swojego hokera i z wieszaka nad barem wysunęła kieliszek do szotów. Materiał napiął się na jej tyłeczku i choć wiedziałem, że nie powinienem patrzeć, to nie miałem szans wygrać z instynktem.

Jezus Maria. Ona ma wszystko.

Gdy usiadła, napełniła sobie kieliszek po sam brzeg.

— Tu się urodziłam i wychowałam. I niczego nie chcę bardziej, niż się stąd wynieść. Mam dość.

Przyglądałem się, jak odchylając głowę z wprawą eksperta, opróżniła kieliszek jednym haustem, po czym uderzyła szkłem o blat. Mój wzrok zawisł na czerwonym śladzie po szmince na szkle. Wiedziałem, gdzie wolałbym te czerwone wargi zobaczyć.

Poczułem, jak kutas mi sztywnieje i dociska się do rozporka, więc pośpiesznie uciąłem tę myśl. Nie będę siedział w barze dla harleyowców z erekcją jak trzynastolatek.

Zmusiłem się, aby spojrzeć na jej twarz, co w sumie nie było takie trudne. Za każdym razem gdy na nią patrzyłem, dostrzegałem nowy szczegół. Tym razem maleńki pieg nad czerwonymi wargami.

Kurwa mać, ona jest boska.

Uniosła brew i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że gapiłem się na nią dłużej, niż powinienem. Otrząsnąłem się z uroku, jaki na mnie rzuciła, i próbowałem sobie przypomnieć, o czym u licha rozmawialiśmy.

A, już wiem. Chce wyjechać stąd w cholerę. No, to jest nas dwoje. A ja byłem tu zaledwie od kilku dni.

— Dokąd chciałabyś pojechać?

— To bez znaczenia. Bo i tak nigdzie się nie ruszę. Jestem tu uwiązana. — Otworzyła usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie pokręciła głową i z powrotem je zamknęła.

Z jakiegoś powodu zapragnąłem powiedzieć tej dziewczynie — chociaż, sądząc po jej wyglądzie, raczej kobiecie — że zabiorę ją, dokądkolwiek zechce pojechać. Ale nie powiedziałem.

— Człowiek nigdy nie jest tak naprawdę uwiązany w jakimś miejscu. Zawsze ma się wybór.

Jej niebieskie oczy znów spoczęły na mnie i mógłbym przysiąc, że ktoś wyssał z baru całe powietrze. Nigdy jeszcze nie czułem tak silnej chemii.

— Może ty masz wybór. Ale dla mnie tego wieczora wszystkie plany wzięły w łeb. Jedyny plus jest taki, że pozbyłam się dziewięć­dziesięciokilogramowego balastu.

Więc i tu moje pierwsze wrażenie okazało się słuszne. Jakiś dupek zjebał sprawę. Jego strata, mój zysk.

Sięgnęła po butelkę i nalała sobie kolejnego szota. Gdy tym razem uniosła kieliszek do ust, opróżniając go, patrzyła mi prosto w oczy. A ja utraciłem zdolność do sformułowania jednego sensownego zdania na mniej więcej dziesięć sekund. To wystarczyło, aby jakiś kolo usiadł obok niej.

— Więc w końcu do ciebie dotarło, że ten dupek pierdoli wszystko, co się rusza? Gdy tylko nadarzyła się okazja, rzucił nas jak zły nawyk. Nic dziwnego, że ciebie też rzucił, skoro każda lalunia w Los Angeles próbuje go dosiąść.

Zerknęła tylko przez ramię na nowego towarzysza i odruchowo wyprostowała plecy.

— Odpierdol się, Dave.

— Wolałbym pierdolić ciebie, złotko. Od lat czekam na okazję, żeby poklepać twój słodki tyłeczek.

— Prędzej doczekasz się śniegu w piekle.

Było dla mnie jasne, że to są jakieś ich wspólne sprawy i że nie powinienem się wtrącać. Ale kiedy niespodziewanie zacisnął dłoń na jej łokciu, poderwałem się ze stołka.

— Hej, ona nie powiedziała, że możesz jej dotknąć, więc trzymaj ręce przy sobie.

Dave przeniósł uwagę na mnie i Blue wykorzystała jego chwilową dekoncentrację, aby zeskoczyć ze swojego krzesła i mocno walnąć go otwartymi dłońmi w klatkę piersiową.

— Nie waż się mnie tknąć, skur… — nie dokończyła, bo Dave odepchnął ją, aż potknęła się o stojący za jej plecami stołek i upadła.

No nie, kurwa, nie na mojej warcie.

— Nie waż się więcej tknąć tej kobiety, śmieciu. — Podałem jej rękę i pomogłem wstać, po czym stanąłem między nią a Dave’em.

— Zostań ze mną. — Gdy nasze spojrzenia się przecięły, dostrzegłem coś w jej oczach. Otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale jej nie pozwoliłem. — Tak będzie bezpieczniej.

Trzasnęło szkło i odwróciłem się akurat w porę, aby zobaczyć, że Dave trzyma za szyjkę rozbitą butelkę po piwie.

Może i wychowałem się w bogatej rodzinie, ale w szkole z internatem musiałem jak każdy inny chłopak nauczyć się bronić, aby zasłużyć na jakikolwiek szacunek. Już jako nastolatek wiedziałem, jak przyjmować ciosy i jak je wymierzać.

Gdy Dave wymachiwał mi przed nosem roztrzaskaną butelką, szybkim ruchem przyblokowałem go przedramieniem, a drugą pięścią wymierzyłem silny cios w wątrobę.

Butelka rozbiła się w drobny mak, uderzając o podłogę, i zaraz potem Dave padł na kolana jak kawał mięsa. Wokół rozległo się szuranie krzeseł na cementowej podłodze, gdy reszta gości zorientowała się, że jest zadyma, i wstała z miejsc.

Tu przydała się inna lekcja z lat szczenięcych: wiedzieć, kiedy się wycofać.

Odwróciłem się do dziewczyny:

— Spierdalamy.

Jej włosy zakołysały się, gdy energicznie skinęła głową, a szeroko otwarte błękitne oczy na moment zerknęły ponad moim ramieniem w głąb sali. Wsunęła dłoń w moją i powiedziała:

— Chodźmy.

Splotłem palce z jej palcami i ruszyliśmy w stronę tylnych drzwi. Była tuż za mną, gdy pchnąłem je i wyprowadziłem ją w chłodną, wiosenną noc.

— Nie mam samochodu.

— Tu jest mój wan. — Wyjąłem kluczyki od jednego z wozów dostawczych, które zwykle stoją u nas w garażu.

Drzwi baru z hukiem uderzyły w czarną ścianę z pustaków, gdy ktoś otworzył je tuż po nas. Odwróciłem się i raz jeszcze użyłem swojego ciała jako tarczy, aby ją ochronić. Tym razem nie byłem jednak na tyle szybki, aby własną twarz ochronić przed ciosem.

Jego pięść odbiła się od mojej kości policzkowej, a ja wypuściłem jej rękę, żeby wymierzyć mu prawy sierpowy. Trafiłem w szczękę. Gość zachwiał się i cofnął, a ja czułem, jak krew buzuje mi w żyłach.

— To nie powinno mi się podobać. Ani trochę. — Jej zachrypnięty głos docierał do mnie przez mgłę adrenaliny, która pulsowała w moim ciele. — Ale było niesamowicie seksowne.

Tamten znów zaatakował i tym razem postawiłem na klasyczny hak od dołu. Gość jęknął i padł na kolana.

Ruszyłem w jego stronę, ale poczułem, jak czyjaś dłoń zaciska się na moim ramieniu. Patrzyła na mnie proszącym wzrokiem.

— Chodźmy. On nie jest tego wart. Żaden z nich nie jest.

Posłuchanie jej było najprostszą decyzją, jaką w życiu podjąłem. Dwie minuty później siedzieliśmy w szoferce wana i z rykiem silnika odjeżdżaliśmy z parkingu, wzbijając kaskadę żwiru.

— Tak mi przykro. To wszystko przeze mnie.

Zerknąłem z boku na jej twarz, ale była ukryta w ciemności. Droga przed nami była nieoświetlona i tylko moje światła mijania pokazywały nitkę asfaltu wiodącą przez mrok z powrotem w stronę miasta.

— Nie pozwoliłaś mu się dotykać, więc moim zdaniem to była wina Dave’a. Kimkolwiek on jest. Masz ochotę opowiedzieć, o co tam chodziło?

— Nie. Nie mam ochoty nawet o tym myśleć. Nie dziś. Ani nigdy. Chcę po prostu zapomnieć o tym całym cholernym bajzlu.

— Gdzie cię podrzucić? — zapytałem z bólem serca, bo wcale nie miałem ochoty podrzucać jej gdziekolwiek już teraz. Zwłaszcza, jeśli miałoby się okazać, że wraca do domu swojego chłopaka, bo nie zdążyła się jeszcze wyprowadzić, chociaż to akurat wydawało mi się mało prawdopodobne.

— Nikt nigdy się za mną nie wstawił. Nigdy.

— To nic wielkiego.

Odwróciła się, aby na mnie spojrzeć.

— Może dla ciebie. Dla mnie to jest coś. Coś naprawdę wielkiego.

Gdy usłyszałem, jak odpina pas, spojrzałem na nią z boku.

— Co robisz?

Przesunęła się na środkowe siedzenie.

— Chcę ci podziękować. — Docisnęła wargi do mojego policzka.

Wiedziałem, że jeśli wypuszczę ją z tego samochodu, to już jej nie zobaczę i na myśl o tym ściskało mnie w dołku.

Było tylko jedno miejsce, w które miałem ochotę ją podrzucić — i zostać tam razem z nią. Na pewno nie była to rezydencja. Absolutnie nie, za nic w świecie. Upiorne domisko wysysało życie z każdej istoty, która przekroczyła jego progi.

Gdy przed nami zobaczyłem zakręt, zjechałem na pobocze i się zatrzymałem. Włączyłem światło w szoferce i zobaczyłem, że jej klatka piersiowa gwałtownie unosi się i opada, a błękitne spojrzenie wwierca się we mnie.

Poczułem, jak moja krew, wciąż rozbudzona przez walkę, jeszcze bardziej się rozgrzała. Wyraz pożądania na jej twarzy nie pozostawiał złudzeń. Pragnęła mnie. Dość już przeżyłem, aby móc rozpoznać ten sygnał.

Powiedziała, że chce zapomnieć? Znam doskonały sposób, aby jej to ułatwić.

Odwróciłem się do niej i powiedziałem zaczepnie:

— Jeśli chcesz mi podziękować, to lepiej pocałuj mnie jak należy.

Otworzyła szerzej oczy. Jej źrenice się powiększyły, a oddech przyśpieszył. Na moment zwątpiłem, czy nie posunąłem się za daleko, ale ona zamiast się odsunąć na swoją stronę, jeszcze się do mnie zbliżyła.

— Normalnie taka nie jestem. Pewnie pomyślisz, że jestem łatwa, ale…

— Myślę, że jesteś pod każdym względem doskonała. — Z trudem rozpoznałem własny, zachrypnięty głos, gdy złapałem ją za biodra i posadziłem sobie na kolanach.

Jej usta wbiły się w moje z niepohamowaną dzikością, co jeszcze bardziej mnie podnieciło. Wsunąłem dłoń w jej włosy, a drugą ręką wciąż przytrzymywałem ją za biodro, przejmując kontrolę nad pocałunkiem i wolno przesuwając jej głowę, aby wedrzeć się językiem jeszcze głębiej. Wziąć więcej. Posmakować więcej.

Smakowała jak ogień, jak gorące powietrze i ostre przyprawy. Smakowała jak kłopoty.

A ja chciałem pożreć ją całą.

Strąciła czapkę z mojej głowy i złapała mnie za kark, całując mnie z zapalczywością, jakiej nie zaznałem od lat.

— Pragnę cię.

Zmusiłem się, aby przystopować, gdy wydyszała te słowa. Nie wiedziałem nawet, jak ma na imię. Nie mogę się z nią pieprzyć w samochodzie.

Spojrzenie, które we mnie wbiła, wyraźnie się wyostrzyło.

— Nie możesz mnie tak zostawić, chłopczyku.

— Nie tutaj. Oboje zasługujemy na coś lepszego.

Ponownie zmobilizowałem całą silną wolę i zdjąłem ją ze swoich kolan. Nie pozwoliłem jej jednak odsunąć się za daleko. Objąłem ją ramieniem i przytuliłem do siebie, a potem pochyliłem głowę, aby skraść jej jeszcze jeden pocałunek.

Jezu, ona jest jak narkotyk.

Muszę ją mieć.

— Wiem, dokąd możemy pojechać.

————

Podróż do domku w lesie nie trwała długo. Mieliśmy cholerne szczęście, że zdołałem utrzymać wóz na jezdni i nie wjechać do rowu, bo nie byłem w stanie skupić się na niczym innym poza dziewczyną, która siedziała obok mnie.

Całą drogę milczała, ale rękę trzymała stale na moim udzie, a jej dotyk był tak gorący, że opuszkami palców mogłaby wypalić dziury w moich dżinsach.

Gdy podjechałem pod niewielką chatkę, odwróciła się, aby na mnie spojrzeć, a na jej twarzy niespodziewanie pojawił się cień niepewności.

— Zanim tam wejdziemy, muszę ci coś powiedzieć i ty też musisz mi coś powiedzieć.

Poczułem, że jeśli teraz się okaże, że się rozmyśliła, to umrę na miejscu, ale mimo wszystko kiwnąłem głową i w duchu nastawiłem się na to, że jednak będę musiał odwieźć ją do domu.

— Słuchaj. Ja taka nie jestem. Wiem, że tak mówią wszystkie dziewczyny, które się tak zachowują, ale musisz mi uwierzyć, kiedy ci mówię, że to najszczersza prawda. — Jej stanowczy ton podkreślał tylko, jak bardzo to dla niej ważne. — Nie jestem dziwką, nie puszczam się ani nie jestem łatwa.

— Przestań — przerwałem jej. — Nie musisz nic mówić.

Jej czerwone usta zamknęły się i głośno przełknęła.

Ciągnąłem dalej:

— Pragnę cię — zapewniłem ją. — Zapragnąłem cię od chwili, w której weszłaś do tamtego baru. Jak, u licha, miałbym źle o tobie myśleć, skoro chcę tego co ty? Żadnego oceniania, okej? Wierzę ci.

Jeszcze jakiś czas bacznie mi się przyglądała, jakby nie była pewna, czy nie ściemniam. I rzeczywiście nie ściemniałem. Wiedziałem, że podwójne standardy wciąż trzymają się mocno, ale ja akurat dzięki występkom ojca miałem na te sprawy szerszy pogląd.

— Okej — powiedziała i kiwnęła głową.

— To teraz powiedz, co chcesz, żebym ja ci powiedział?

Nie odpowiadała.

— Śmiało, pytaj, o co tylko zechcesz.

— Nie jesteś seryjnym mordercą, prawda? — Zmarszczyła brwi, a ja zrozumiałem, że pyta całkiem poważnie.

— Nie. — Pokręciłem głową, a mój śmiech odbił się echem od ścian szoferki.

— Bo jeśli jesteś i mnie zamordujesz, to przysięgam, że wrócę i będę cię straszyć do końca twojego życia. Może i jestem drobna, ale umiem być wściekła jak byk.

— Wierzę — zapewniłem ją i w kącikach ust poczułem, że wciąż się uśmiecham. — Przysięgam, że nie jestem seryjnym mordercą. Zdarzyło mi się w życiu ustrzelić parę sztuk dziczyzny, ale to wszystko. Masz oczywiście prawo mi nie wierzyć, ale jesteś bezpieczna. Dziś nie wydarzy się nic, czego nie będziesz chciała albo o co nie poprosisz.

Jej wahanie było bardziej wymowne niż cokolwiek z tego, co powiedziała wcześniej. Ta sytuacja rzeczywiście była dla niej przekroczeniem własnych granic. Nie zdarzało jej się sypiać z przypadkowymi gośćmi poznanymi w barze. Domyślałem się, że gdyby nie to, że zerwała z chłopakiem, pewnie nawet nie byłoby jej w tamtym barze.

— To dobrze. Bo jestem królową złych życiowych wyborów i nie chcę, aby to okazało się jednym z nich.

— Nie martw się. Nic ci nie grozi. Daję ci moje słowo jako… — O mały włos nie powiedziałem: Riscoff.

Uniosła brwi:

— Słowo: kogo?

— Mężczyzny, który by dostał w mordę, gdyby nie okazał szacunku kobiecie.

Powiedziałem pierwsze, co mi przyszło do głowy, ale była to szczera prawda. Commodore by mnie zabił, a potem matka zakopałaby mnie w ogrodzie. Była to jedyna rzecz, co do której panowała między nimi całkowita zgoda.

Spojrzała na chatkę, oświetloną halogenami samochodu.

— To twoje?

Przytaknąłem i wyłączyłem silnik. Wciąż starałem się unikać tematu mojej tożsamości, dlatego przemilczałem, że ta chata myśliwska była w naszej rodzinie od dekad. Był to zwyczajny domek, niezbyt wystawny, i od zawsze czułem się tu swobodniej niż w naszej rezydencji.

Nie wyczułem w jej głosie wahania, ale mimo wszystko chciałem się upewnić, że tego chce, dlatego gdy wyjąłem kluczyk ze stacyjki, spytałem:

— Chcesz zmienić zdanie?

Pokręciła głową i się uśmiechnęła, a moje ciało zadrżało, jakbym wziął działkę czegoś bardzo mocnego.

„Dzięki Bogu”, pomyślałem, choć nie powiedziałem tego na głos.

Powiedziałem za to:

— Wiesz, Blue, jesteś wyjątkową osobą. — Nie wiem, dlaczego nadałem jej ksywkę i przyszło mi to z naturalną łatwością.

— Jestem nikim — powiedziała, odwracając wzrok. — Ale tej nocy chcę o tym zapomnieć.

Wyciągnąłem do niej rękę i kciukiem pogłaskałem ją po policzku.

— Nie jesteś nikim. Nie muszę znać twojego imienia, aby to wiedzieć. Ale tej nocy sprawię, że zapomnisz o tym wszystkim, co cię skłoniło, aby wejść do tamtego baru — jeśli tylko zechcesz.

Podniosła wzrok i spojrzała mi w oczy.

— Dokładnie tego chcę. I zacznijmy już teraz. — Odwróciła się do mnie i przerzuciła nogę przez moje kolana. Jej spódnica podsunęła się w górę ud, gdy ponownie mnie dosiadła. Jej ciało dosłownie drżało z pożądania.

Nigdy jeszcze żadna kobieta nie pragnęła mnie tak bardzo, nie wiedząc nawet, kim jestem.

Inne zwykle ochoczo zrzucały majtki, gdy tylko usłyszały, jak się nazywam, ale ta dziewczyna napalała się na mnie. Tylko na mnie. Ta świadomość działała z większą mocą niż cała butelka tequili.

Nasze usta zwarły się ze sobą. Całowała mnie gorączkowo i zachłannie. A ja z równym zapałem dawałem jej to, czego chciała. Karmiłem się jej pożądaniem i nasze doznania jeszcze się wzmagały.

W końcu oderwałem usta od jej ust.

— Musimy wejść do środka. Nie chcę po raz pierwszy pieprzyć się z tobą w ciężarówce. Nie ma mowy.

Otworzyła usta, aby zaprotestować, ale już trzymałem dłoń na klamce. Wysunąłem się z szoferki i podniosłem ją, aby wnieść ją do domku na rękach.

— Może i jesteś miastowy, ale nie zachowujesz się jak oni. — Mocno trzymała się moich barków.

Uśmiechnąłem się nieznacznie i stanąłem przed drzwiami. Dopiero tam pozwoliłem jej zsunąć się po moim ciele i stanąć na ziemi. Po tym, jak mnie dosiadła w szoferce, nie miałem wątpliwości, że poczuła zgrubienie w moich dżinsach.

— Cieszy mnie twoje uznanie.

Stając przed drzwiami, nagle się zorientowałem, że nie mam cholernego klucza. Ale wiem, gdzie jest zapasowy!

— Zaczekaj chwilę. — Przeszedłem kilka kroków w bok i podniosłem pokryty mchem kamień pod środkowym oknem.

— Zgubiłeś klucz?

— Gdzieś go mam, ale nie będę tracił czasu na szukanie. — To nie było do końca kłamstwo. Wiedziałem, gdzie jest klucz, ale przecież nie będę wracał po niego do domu.

— Słusznie.

Otworzyłem drzwi na oścież i znów wziąłem ją na ręce. Przeniosłem ją przez próg i kopniakiem zamknąłem za nami resztę świata. Nie włączałem nawet światła w salonie, tylko od razu zaniosłem ją do sypialni i tam ostrożnie postawiłem na podłodze.

Stała przede mną i patrzyła mi w oczy.

— Rozmyśliłaś się?

Pokręciła głową i przycisnęła dłonie do mojej piersi.

— Jak na mieszczucha prawdziwy z ciebie twardziel.

— Kotku, nawet nie masz pojęcia. — Zrobiłem krok w jej stronę i wsunąłem kolano między jej delikatnie rozstawione nogi. Położyłem dłoń w zagłębieniu jej pleców i przyciągnąłem ją do siebie, aby poczuła, jak bardzo byłem twardy.

Wzrok miała rozpalony, choć na jej twarzy wciąż majaczył wyraz niezdecydowania.

— Do niczego nie dojdzie, jeśli nie będziesz chciała.

— A co, jeśli chcę wszystkiego?

— Wówczas to właśnie dostaniesz.

Zacisnąłem dłonie na jej pośladkach i odwróciłem ją tyłem do łóżka. Wszystkie mięśnie miałem napięte, gdy podniosłem ją, położyłem na łóżku i częściowo docisnąłem ją własnym ciałem.

Objęła mnie rękami i nogami, całkiem się we mnie wtuliła, a ja myślałem tylko o tym, że to ja pragnę więcej.

Więcej dotyku jej skóry. Więcej jej płonących niebieskich oczu zgłębiających każdy szczegół na mojej twarzy.

Palcami przesunęła delikatnie po mojej kości policzkowej.

— Jesteś ranny.

— Czuję tylko ciebie. — Mój kutas stwardniał, ocierając się o jej wzgórek.