Uniesienie - Stephen King - ebook + książka

Uniesienie ebook

Stephen King

3,8
36,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Tajemnicza przypadłość i zwykły człowiek, który w upiornym miasteczku Castle Rock wywoła rewolucję – zjednoczy ludzi, których dzieli wszystko.

WITAJCIE W CASTLE ROCK!

Scott Carey wciąż traci na wadze. Świetna wiadomość dla kogoś, kto zawsze miał lekki problem z otyłością!

Tylko że on wygląda wciąż tak samo. Nikt z jego otoczenia nie uwierzyłby, że waga, na którą codziennie wchodzi, za każdym razem pokazuje mniej kilogramów. Niezależnie od tego, ile Scott zje i co na siebie włoży.

Nawet hantle, które w momencie ważenia trzyma w rękach, nie mają żadnego wpływu na jego wagę. Jak gdyby otaczał go kokon nieważkości.

Scott podchodzi do całej sprawy ze stoickim spokojem, bo, o dziwo, czuje się wspaniale, jakby jego przedziwna przypadłość wyzwalała w nim wszystko co najlepsze. Nawet kiedy zdaje sobie sprawę, że tajemniczy proces przyśpiesza i Godzina Zero być może nadejdzie znacznie szybciej, niż przewidywał. Ale zanim to nastąpi...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
3,8 (2283 oceny)
740
682
560
251
50
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
przyj0kr

Dobrze spędzony czas

Alegoria godnego odchodzenia i o tolerancji. Ciekawy pomysł, jak zwykle u Kinga. Polecam.
10
Malviannaa

Dobrze spędzony czas

Dziś miałam okazję przeczytać jedną z książek Stephena Kinga - ulubionego autora mojego brata. Co prawda miałam już z nim styczność, jednak było to ładnych kilka lat temu i to tylko dwie książki. "Uniesienie" jest to krótka książka opowiadająca o człowieku, który z dnia na dzień zapada na tajemniczą chorobę i zaczyna chudnąć. Jednak nie jest to takie zwykłe chudnięcie - jego sylwetka się nie zmienia, a ile by ten człowiek na siebie nie nałożył, wciąż waga pokazuje tyle samo. Książka jest ciekawa i wciągająca, jednak gdy skończyłam ja czytać, miałam jakiś niedosyt. Skończyła się tak nagle, że mam wrażenie, jakby pozostała niedokończona. Czy wy też macie takie wrażenie? Spotykamy się tu też z wątkiem małżeństwa jedno płciowego, którego firma jest skazana na niepowodzenie, ponieważ ludzie z ich miasteczka nie lubią takich osób. Pokazane jest tu jak krzywdzące jest ocenianie ludzi przez pryzmat ich stylu życia.
10
Kajka3lo

Nie oderwiesz się od lektury

Nie wiem co powiedzieć. Jestem skołowana po wysłuchaniu książki.
10
grzesiek198

Nie polecam

Bezna
00
super-bambusek

Z braku laku…

2,25 ⭐ Szczerze nic ta książka nie wniosła, nic nie dała poza odrobiną rozgrywki.
00



TAJEMNICZA PRZYPADŁOŚĆ I ZWYKŁY CZŁOWIEK, KTÓRY W UPIORNYM MIASTECZKU CASTLE ROCK WYWOŁA REWOLUCJĘ…

Pewnego poranka zwykły mieszkaniec Castle Rock, Scott Carey, odkrywa, że sporo stracił na wadze. Świetna wiadomość dla kogoś, kto zawsze miał lekki problem z nadwagą! Tylko że on wygląda, jakby nic się nie zmieniło. Z ubraniami czy bez, z hantlami czy bez nich, waga wciąż pokazuje tyle samo, jak gdyby otaczał go kokon nieważkości. I z każdym dniem waży coraz mniej...

Scott podchodzi do całej sprawy ze stoickim spokojem, bo, o dziwo, czuje się wspaniale, jakby jego przedziwna przypadłość wyzwalała w nim wszystko, co najlepsze. I pozwalała mu spojrzeć na różne sprawy z innego punktu widzenia. Dzięki czemu dostrzega, że w Castle Rock dzieją się złe rzeczy.

Nie traci jednak rezonu. Nawet kiedy zdaje sobie sprawę, że tajemniczy proces przyśpiesza i Dzień Zero być może nadejdzie znacznie szybciej, niż Scott przewidywał. Ale zanim to nastąpi…

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową National Book Award, a w 2015 r. odebrał z rąk prezydenta USA National Medal of Arts. Światową sławę przyniosła mu powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, opowiadania i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Dolores Claiborne, Komórka, Uciekinier, Czarna bezgwiezdna noc, Cujo i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża, na podstawie którego powstał film z Matthew McConaugheyem i Idrisem Elbą w rolach głównych. W 2017 r. swoją premierę miała pierwsza część ekranizacji jednej z kultowych książek Kinga, To, a w 2019 r. na ekrany kin weszła druga część tego świetnie przyjętego przez widzów filmu, pt. To: Rozdział 2.

Stephen King nieustannie szuka nowych literackich wyzwań. Do jego dorobku obejmującego powieści z gatunku horroru i fantastyki dołączyły kryminały z trylogii z detektywem Billem Hodgesem, do której należą książki: Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

stephenkinguniwersum.com

stephenking.com

stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDER

DOLORES CLAIBORNE

GRA GERALDA

DESPERACJA

REGULATORZY

SKLEPIK Z MARZENIAMI

BEZSENNOŚĆ

ZIELONA MILA

MARZENIA I KOSZMARY

KOMÓRKA

CZTERY PO PÓŁNOCY

CHUDSZY

TO

BASTION

OCZY SMOKA

PO ZACHODZIE SŁOŃCA

CZTERY PORY ROKU

UCIEKINIER

CZARNA BEZGWIEZDNA NOC

CUJO

PODPALACZKA

ROK WILKOŁAKA

MROCZNA POŁOWA

WOREK KOŚCI

DZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA

TOMA GORDONA

NOCNA ZMIANA

ŁOWCA SNÓW

OSTATNI BASTION BARTA DAWESA

UNIESIENIE

INSTYTUT

PÓŹNIEJ

BAŚNIOWA OPOWIEŚĆ

IM MROCZNIEJ, TYM LEPIEJ

Stephen King, Richard Chizmar

PUDEŁKO Z GUZIKAMI GWENDY

OSTATNIA MISJA GWENDY

Trylogia PAN MERCEDES

PAN MERCEDES

ZNALEZIONE NIE KRADZIONE

KONIEC WARTY

MROCZNA WIEŻA

ROLAND

(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)

POWOŁANIE TRÓJKI

ZIEMIE JAŁOWE

CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ

WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA

WILKI Z CALLA

PIEŚŃ SUSANNAH

MROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCA

DŁUGA DROGA DO DOMU

ZDRADA

UPADEK GILEAD

BITWA O JERICHO HILL

POCZĄTEK PODRÓŻY

SIOSTRZYCZKI Z ELURII

BITWA O TULL

PRZYDROŻNY ZAJAZD

CZŁOWIEK W CZERNI

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Stewart O’Nan

TWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału: ELEVATION

Copyright © Stephen King 2018 Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018 Polish translation copyright © Danuta Górska 2018 All rights reserv

Redakcja: Marta Gral Projekt graficzny okładki Sawomir Rybka Ilustracje w książce: Mark Geyer

ISBN 978-83-8439-115-0

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Ossowska

woblink.com

Z myślą o Richardzie Mathesonie

1 Na wadze

Scott Carey zapukał do drzwi mieszkania Boba Ellisa (wszyscy w Highland Acres wciąż nazywali go „doktor Bob”, chociaż od pięciu lat był na emeryturze), a ten zaprosił go do środka.

– No więc jesteś, Scott. Punkt dziesiąta. Co mogę dla ciebie zrobić?

Scott Carey był wielkim facetem, metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu w skarpetkach, z zaczątkiem brzuszka.

– Sam nie wiem. Pewnie to nic, ale… mam problem. Myślę, że niewielki, ale nigdy nie wiadomo.

– I nie chcesz z tym iść do swojego lekarza?

Ellis miał siedemdziesiąt cztery lata, rzedniejące siwe włosy i lekko utykał, co prawie nie spowalniało go na korcie tenisowym. Tam właśnie spotkali się ze Scottem i zaprzyjaźnili. Niezbyt blisko, ale jednak.

– Och, poszedłem – odparł Scott. – I zrobiłem badania, które dawno miałem zrobić. Krew, mocz, prostata, pełny zestaw. Cholesterol trochę podwyższony, ale jeszcze w granicach normy. To o cukrzycę się martwiłem. Lekarz, z którym kontaktowałem się przez internet, zasugerował, że mogę ją mieć.

To znaczy dopóki nie dowiedział się o ubraniach. Tej historii z ubraniami nie było na żadnej stronie, medycznej czy innej.

Ellis zaprowadził gościa do salonu z wielkim panoramicznym oknem, wychodzącym na czternasty dołek na zamkniętym osiedlu w Castle Rock, gdzie obecnie mieszkał z żoną. Od czasu do czasu doktor Bob rozgrywał rundkę, głównie jednak trzymał się tenisa. To żona doktora lubiła golf i Scott podejrzewał, że właśnie dlatego mieszkali tutaj, kiedy nie spędzali zimy w równie sportowo nastawionym ośrodku na Florydzie.

– Jeśli rozglądasz się za Myrą, to jest na zebraniu metodystek. Tak mi się zdaje, chociaż może to któryś z miejskich komitetów. Jutro wyjeżdża do Portlandu na spotkanie Towarzystwa Mykologicznego Nowej Anglii. Ta kobieta ciągle gdzieś lata jak kot z pęcherzem. Zdejmij kurtkę, usiądź i powiedz mi, czym się martwisz.

Chociaż dopiero zaczął się październik i było dość ciepło, Scott miał na sobie parkę North Face. Kiedy ją zdjął i położył obok siebie na kanapie, w kieszeniach coś zabrzęczało.

– Napijesz się kawy? Herbaty? Chyba zostały jakieś drożdżówki ze śniadania…

– Tracę na wadze – oznajmił nagle Scott. – Tym się martwię. Trochę to dziwne, wiesz? Zwykle omijałem wagę łazienkową szerokim łukiem, bo od jakichś dziesięciu lat niezbyt mi się podobało to, co pokazywała. Teraz pierwsza rzecz, jaką robię rano, to staję na wadze.

Ellis kiwnął głową.

– Rozumiem.

On nie ma powodu, żeby omijać wagę, pomyślał Scott, ten facet to skóra i kości, jak by powiedziała babcia Scotta. Pewnie pożyje jeszcze ze dwadzieścia lat, jeśli nie trafi go grom z jasnego nieba. Może nawet dociągnie do setki.

– Oczywiście znam syndrom omijania wagi, ciągle się z tym spotykałem, kiedy jeszcze prowadziłem praktykę. Widywałem również przeciwieństwo, kompulsywne ważenie się. Zwykle u bulimików i anorektyków. Ty raczej na takiego nie wyglądasz. – Doktor Bob wychylił się do przodu, ściskając dłonie między chudymi udami. – Ale rozumiesz, że jestem na emeryturze, prawda? Mogę udzielać porad, ale nie wypisuję recept. A moja rada pewnie będzie taka, żebyś wrócił do swojego lekarza i wywalił kawę na ławę.

Scott uśmiechnął się.

– Podejrzewam, że mój lekarz zaraz wysłałby mnie na badania do szpitala, a w zeszłym miesiącu trafiła mi się świetna fucha, projektowanie zintegrowanych witryn internetowych dla sieci domów towarowych. Nie będę wchodził w szczegóły, ale to niezła gratka. Miałem szczęście, że się załapałem. To dla mnie wielki krok naprzód i mogę to robić, nie ruszając się z Castle Rock. Na tym polega piękno ery komputerów.

– Ale nie będziesz mógł pracować, jeśli zachorujesz – powiedział Ellis. – Jesteś bystrym facetem, Scott, i na pewno wiesz, że utrata wagi jest symptomem nie tylko cukrzycy, ale i raka. Między innymi. Ile straciłeś?

– Dwanaście i pół kilo.

Scott wyjrzał przez okno i popatrzył na białe wózki golfowe jeżdżące po zielonej trawie pod błękitnym niebem. Taka fotografia dobrze by wyglądała na stronie WWW Highland Acres. Na pewno mają swoją stronę – w tych czasach wszyscy mają, nawet przydrożne stragany sprzedające jabłka i kukurydzę – ale nie on ją stworzył. On zajmował się teraz ważniejszymi rzeczami.

– Jak dotąd – dodał.

Bob Ellis wyszczerzył w uśmiechu zęby, nadal własne.

– Rzeczywiście to sporo, ale moim zdaniem to ci nie zaszkodzi. Na korcie ruszasz się bardzo dobrze jak na takiego wielkiego faceta i sumiennie ćwiczysz na sprzęcie w siłowni, lecz dźwiganie zbyt wielu kilogramów obciąża nie tylko serce, ale i cały organizm. O czym na pewno wiesz. Z internetu. – Przewrócił oczami, a Scott się uśmiechnął. – Ile teraz ważysz?

– Zgadnij.

Bob się roześmiał.

– Co to, konkurs z nagrodami? Właśnie mi się skończyły pluszowe zwierzaki.

– Byłeś lekarzem rodzinnym przez… ile? Trzydzieści pięć lat?

– Czterdzieści dwa.

– Więc nie udawaj skromnego, ważyłeś tysiące pacjentów tysiące razy.

Scott wstał, potężny mężczyzna w dżinsach, flanelowej koszuli i znoszonej czapce Georgia Giants. Wyglądał bardziej na drwala czy kowboja niż na projektanta stron internetowych.

– Zgadnij, ile ważę. Później pogadamy o moim zdrowiu.

Doktor Bob zmierzył profesjonalnym okiem ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów Scotta Careya – w butach raczej sto dziewięćdziesiąt pięć. Zwrócił szczególną uwagę na okrągłą wypukłość brzucha nad paskiem i długie mięśnie ud, rozbudowane przez przysiady i wyciskanie na suwnicy – ćwiczenia, których on obecnie unikał.

– Rozepnij koszulę i rozchyl.

Scott posłuchał i odsłonił szary podkoszulek z napisem WYDZIAŁ WYCHOWANIA FIZYCZNEGO UNIWERSYTETU MAINE. Bob zobaczył szeroką klatkę piersiową, umięśnioną, ale zaczynającą obrastać złogami tłuszczu, jakie przemądrzałe dzieciaki nazywają „męskimi cyckami”.

– Powiem… – Ellis zawahał się, bo już go wciągnęła ta zabawa. – Powiem: jakieś sto siedem kilo. Może sto dziesięć. Czyli pewnie ważyłeś ze sto dwadzieścia, zanim zacząłeś chudnąć. Muszę przyznać, że na korcie tenisowym dźwigałeś te kilogramy całkiem sprawnie. Nie zgadłbym, że ważysz aż tyle.

Scott pamiętał, jaki był szczęśliwy, kiedy w tym miesiącu wreszcie zdobył się na odwagę, żeby się zważyć. Wręcz zachwycony. Od tamtego czasu waga spadała w stałym tempie, i to było niepokojące, owszem, ale tylko trochę. To historia z ubraniami zmieniła jego niepokój w strach. Nie potrzeba medycznego portalu, by wiedzieć, że ta sprawa z ubraniami jest więcej niż dziwna, to cholerne kuriozum.

Za oknem przetoczył się wózek golfowy, w którym siedziało dwóch panów w średnim wieku, jeden w różowych spodniach, drugi w zielonych, obaj z nadwagą. Scott pomyślał, że dobrze by im zrobiło, gdyby zrezygnowali z wózka i zrobili rundkę po polu na piechotę.

– Scott? – odezwał się doktor Bob. – Jesteś tu czy odpłynąłeś?

– Jestem, jestem – zapewnił Scott. – Kiedy ostatnio graliśmy w tenisa, naprawdę ważyłem sto osiem. Wiem, bo wtedy wreszcie stanąłem na wadze. Postanowiłem, że czas zrzucić parę kilo. W trzecim secie zaczynało mi brakować tchu. Ale dzisiaj rano ważyłem równą setkę.

Usiadł z powrotem obok swojej parki (która znowu zabrzęczała).

Bob przyjrzał mu się uważnie.

– Nie wyglądasz mi na setkę, Scott. Wybacz, że to mówię, ale wyglądasz na trochę więcej.

– Ale zdrowo?

– Tak.

– Nie jak chory?

– Nie. Przynajmniej nie na pierwszy rzut oka, ale…

– Masz wagę? Na pewno masz. Chodźmy sprawdzić.

Doktor Bob przez chwilę patrzył na Scotta i zastanawiał się, czy jego prawdziwy problem nie tkwi w szarych komórkach nad brwiami. Z doświadczenia wiedział, że głównie kobiety wpadają w neurozę na punkcie swojej wagi, ale zdarza się to również mężczyznom.

– No dobrze, sprawdzimy. Chodź.

Zaprowadził Scotta do gabinetu z regałami pełnymi książek. Na jednej ścianie wisiała oprawiona tablica anatomiczna, a na drugiej rząd dyplomów. Scott zagapił się na przycisk do papieru pomiędzy komputerem a drukarką. Bob podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i zaśmiał się. Wziął czaszkę z biurka i rzucił Scottowi.

– To plastyk, nie kość, więc nie bój się, że upuścisz. Prezent od mojego najstarszego wnuka. Ma trzynaście lat, co nazywam Wiekiem Niegustownych Prezentów. Podejdź tu i zobaczymy, co my tu mamy.

W kącie stała wysoka mechaniczna waga z dwoma odważnikami, dużym i małym, przesuwanymi po stalowych belkach. Ellis poklepał ją.

– Kiedy zamknąłem gabinet w mieście, zatrzymałem sobie tylko tablicę anatomiczną i to. To jest seca, najlepsza lekarska waga wszech czasów. Prezent od żony sprzed wielu lat i możesz mi wierzyć, że nikt nigdy nie oskarżył jej o brak gustu. Myra nie kupuje byle czego.

– Ta waga jest dokładna?

– Powiedzmy, że gdybym na niej zważył dziesięciokilowy worek mąki, a pokazałaby dziewięć i pół, wróciłbym do sklepu i zażądał zwrotu pieniędzy. Musisz zdjąć buty, jeśli chcesz mieć dokładny wynik. I po co przyniosłeś ze sobą kurtkę?

– Zobaczysz.

Scott nie tylko nie zdjął butów, ale przy akompaniamencie pobrzękiwania w kieszeniach włożył parkę. Teraz, całkowicie ubrany, i to o wiele za ciepło na taką pogodę, wszedł na wagę.

– No to dawaj.

Z powodu butów i kurtki Bob przesunął odważnik prawie do końca, na sto piętnaście kilogramów, po czym go cofał, najpierw przesuwał, potem popychał. Wskaźnik skali opierał się na podstawie przy stu ośmiu kilogramach, stu pięciu i stu, co doktor Bob uznałby za niemożliwe. Mniejsza o kurtkę i buty, Scott Carey po prostu wydawał się cięższy. Doktor mógł się pomylić w ocenie o parę kilogramów, ale ważył zbyt wielu otyłych pacjentów, żeby aż tak spudłować.

Języczek wagi zabalansował przy dziewięćdziesięciu sześciu kilogramach.

– A niech mnie drzwi ścisną! – zawołał doktor Bob. – Muszę ją dać do przekalibrowania.

– Niekoniecznie – powiedział Scott. Zszedł z wagi i sięgnął do kieszeni kurtki. Z każdej wyciągnął garść ćwierćdolarówek. – Odkładałem je w zabytkowym nocniku od lat. Zanim Nora odeszła, był prawie pełny. Miałem w każdej kieszeni ze dwa kilogramy metalu, jeśli nie więcej.

Ellis milczał. Odebrało mu mowę.

– Teraz rozumiesz, dlaczego nie chciałem iść do doktora Adamsa? – Scott z następnym wesołym brzękiem wrzucił monety z powrotem do kieszeni kurtki.

Doktor Bob odzyskał głos.

– Dla pewności, czy dobrze zrozumiałem… w domu ważysz tyle samo?

– Co do grama. Mam wagę łazienkową Ozeri, może nie tak dobrą jak to cacko, ale sprawdzałem ją i jest dokładna. Teraz patrz. Zwykle lubię się rozbierać przy nastrojowej muzyce, ale skoro rozbieraliśmy się razem w klubowej szatni, jakoś się obejdę bez akompaniamentu.

Scott zdjął parkę i powiesił ją na oparciu krzesła. Potem, podpierając się o biurko doktora Boba najpierw jedną ręką, potem drugą, ściągnął buty. Następnie poszła flanelowa koszula. Rozpiął pasek, zsunął dżinsy i został w bokserkach, skarpetkach i podkoszulku.

– Mogłem zdjąć z siebie wszystko, ale chyba tyle wystarczy dla demonstracji. Bo widzisz, właśnie to mnie przestraszyło. Ta historia z ubraniami. Dlatego chciałem pogadać z przyjacielem, który umie trzymać gębę na kłódkę, zamiast z moim lekarzem. – Scott wskazał ubrania i buty na podłodze, a potem parkę z obwisłymi kieszeniami. – Ile to wszystko może ważyć według ciebie?

– Z monetami? Co najmniej siedem kilo. Może osiem. Chcesz to zważyć?

– Nie – rzucił Scott.

Znowu wszedł na wagę. Nie trzeba było przesuwać odważników. Języczek wagi pokazał dziewięćdziesiąt sześć kilogramów.

Scott ubrał się i wrócili do salonu. Doktor Bob nalał im po kropelce woodford reserve i chociaż dopiero minęła dziesiąta rano, Scott nie odmówił. Wychylił swoją porcję jednym haustem i whisky rozpaliła przyjemny płomień w jego żołądku. Ellis wziął dwa maleńkie łyczki, jakby oceniał jakość, po czym wlał w siebie resztę.

– To niemożliwe, wiesz – powiedział, stawiając pustą szklankę na podręcznym stoliku.

Scott kiwnął głową.

– Następny powód, żeby nie rozmawiać z doktorem Adamsem.

– Bo to by się znalazło w systemie – stwierdził Ellis. – Zarejestrowane. I rzeczywiście on by nalegał, żebyś zrobił badania, żeby ustalić, co dokładnie się z tobą dzieje.

Scott pomyślał, chociaż nie powiedział tego na głos, że określenie „nalegać” jest zbyt łagodne. W gabinecie lekarskim doktora Adamsa przyszedł mu do głowy zwrot: „wziąć pod kuratelę”. Dlatego postanowił trzymać język za zębami i porozmawiać ze swoim zaprzyjaźnionym emerytowanym lekarzem.

– Wyglądasz na jakieś sto osiem kilo – ocenił Ellis. – Czy tak się czujesz?

– Nie całkiem. Czułem się trochę… hm… nadwagowy, kiedy naprawdę ważyłem sto osiem. Takie słowo chyba nie istnieje, ale lepiej nie umiem tego wyrazić.

– To dobre słowo, nawet jeśli go nie ma w słowniku – oświadczył Ellis.

– Nie chodziło tylko o nadwagę, chociaż wiedziałem, że przytyłem. To i wiek, i…

– Rozwód? – zapytał delikatnie Ellis w najlepszym stylu doktora Boba.

Scott westchnął.

– Jasne, to też. Rzucił cień na moje życie. Teraz już mi lepiej, czuję się lepiej, ale wciąż to przeżywam. Nie chcę kłamać. Chociaż fizycznie nigdy nie czułem się źle, ciągle ćwiczę trzy razy w tygodniu i dopiero w trzecim secie brak mi tchu, ale… no wiesz, czułem się nadwagowo. Teraz już nie, przynajmniej nie aż tak.

– Więcej energii.

Scott zastanowił się i pokręcił głową.

– Niezupełnie. Raczej tak, jakby energia, którą mam, mogła więcej zdziałać.

– Żadnej apatii? Zmęczenia?

– Nie.

– Brak apetytu?

– Mógłbym zjeść konia z kopytami.

– Jeszcze jedno pytanie i… wybacz, ale muszę je zadać.

– Pytaj. O cokolwiek.

– To nie jest jakiś głupi żart? Żeby nabrać starego emerytowanego konowała?

– Absolutnie nie – zapewnił Scott. – Chyba nie muszę pytać, czy zetknąłeś się kiedyś z takim przypadkiem, ale może o czymś takim czytałeś?

Ellis pokręcił głową.

– Tak jak ty, ciągle się głowię nad tymi ubraniami. I monetami w kieszeniach twojej kurtki.

Witaj w klubie, pomyślał Scott.

– Nikt nie waży tyle samo nagi i ubrany. To równie pewne jak grawitacja.

– Czy możesz zajrzeć na jakieś medyczne strony i poszukać przypadków takich jak mój? Albo podobnych?

– Mogę i poszukam, ale od razu ci powiem, że nic nie znajdę. – Ellis zawahał się. – To nie tylko wykracza poza moje doświadczenie, powiedziałbym, że w ogóle wykracza poza ludzkie doświadczenie. Cholera, powiedziałbym, że to niemożliwe… to znaczy, jeśli twoja waga i moja pokazują prawidłowo, a nie mam powodu sądzić, że jest inaczej. Co się z tobą stało, Scott? Jaka jest geneza? Czy… sam nie wiem… zostałeś czymś napromieniowany? Może nawąchałeś się jakiegoś przeterminowanego sprayu na owady? Pomyśl.

– Zastanawiałem się nad tym i o ile wiem, nic takiego się nie stało. Ale jedno jest pewne: lepiej się czuję, kiedy z tobą pogadałem. Zamiast dusić to w sobie.

Scott wstał i sięgnął po kurtkę.

– Dokąd idziesz? – spytał doktor Bob.

– Do domu. Popracować nad tymi witrynami. To świetna fucha. Chociaż muszę ci się przyznać, że już nie wydaje mi się taka świetna jak na początku.

Ellis odprowadził go do drzwi.

– Mówisz, że zauważyłeś stały spadek wagi. Powolny, ale stały.

– Zgadza się. Jakieś pół kilograma dziennie.

– Niezależnie od tego, ile jesz.

– Tak – potwierdził Scott. – A jeśli to będzie trwało dalej?

– Nie będzie.

– Skąd wiesz? Skoro to wykracza poza ludzkie doświadczenie…

Na to doktor Bob nie miał odpowiedzi.

– Nie mów o tym nikomu, Bob. Proszę.

– Zgoda, jeśli obiecasz, że będziesz mnie informować na bieżąco. Martwię się.

– Tyle mogę obiecać.

Na ganku stanęli obok siebie i przez chwilę podziwiali widok. Dzień był piękny. Liście zieleniły się bujnie, a wzgórza płonęły barwami.

– Przechodząc od wzniosłości do śmieszności – odezwał się doktor Bob – jak sobie radzisz z tymi damami z restauracji, które mieszkają na twojej ulicy? Słyszałem, że miałeś jakieś kłopoty.

Scott nie musiał pytać Ellisa, skąd o tym wie; Castle Rock było małym miasteczkiem i plotki szybko się rozchodziły. Pomyślał, że rozchodzą się jeszcze szybciej, kiedy żona emerytowanego doktora zasiada w najróżniejszych miejskich i kościelnych komitetach.

– Gdyby panna Donaldson i panna McComb usłyszały, że mówisz o nich „damy”, trafiłbyś na ich czarną listę. A biorąc pod uwagę mój obecny problem, nawet o nich nie myślę.

Godzinę później Scott siedział w swoim gabinecie w ładnym trzypoziomowym domu na Castle View, górującym nad miasteczkiem. W takiej drogiej dzielnicy nie czuł się swobodnie, ale Nora tego chciała, a on chciał Nory. Teraz była w Arizonie, a jemu został dom za duży nawet wtedy, kiedy mieszkali tam we dwoje. Plus oczywiście kot. Podejrzewał, że trudniej jej było rozstać się z Billem niż z nim. Wiedział, że to paskudne posądzenie, ale prawda często jest paskudna.

Na środku ekranu komputera widniały wypisane wielkimi literami słowa: MATERIAŁY HOCHSCHILD-KOHN: SZKIC STRONY 4. Nie pracował dla sieci Hochschild-Kohn, która zwinęła interes przed prawie czterdziestu laty, ale przy takim ważnym zleceniu nie szkodziło uważać na hakerów. Stąd pseudonim.

Scott dwukrotnie kliknął i na ekranie wyświetlił się obraz staroświeckiego domu towarowego Hochschild-Kohn (który ostatecznie miał zastąpić zdjęcie znacznie bardziej nowoczesnego budynku, należącego do sieci naprawdę zatrudniającej Scotta). Na dole napis: Wy dajecie inspirację, my dajemy resztę.

To ten sklecony naprędce slogan zapewnił mu tę robotę. Umiejętności designerskie to jedno, inspiracja i zręczne slogany to drugie; kiedy się połączą, dostajesz coś wyjątkowego. On był wyjątkowy i teraz mógł to udowodnić, i zamierzał w pełni wykorzystać tę szansę. W końcu będzie pracował z agencją reklamową, rozumiał to, i oni będą majstrować przy jego słowach i grafice, ale sądził, że ten slogan zostanie. Większość jego głównych pomysłów również zostanie. Były dostatecznie dobre, żeby się obronić przed bandą nowojorskich ważniaków.

Po następnym podwójnym kliknięciu na ekranie pojawił się salon. Był całkiem pusty, nawet bez oświetlenia. Za oknem zieleniła się murawa; tak się złożyło, że była to część pola golfowego Highland Acres, gdzie Myra Ellis rozegrała wiele rundek. Przy kilku okazjach w skład czwórki Myry wchodziła również była żona Scotta, która obecnie mieszkała (i zapewne grała w golfa) we Flagstaff.

Kot Bill D. wszedł do gabinetu, miauknął sennie i otarł się o nogę Scotta.

– Zaraz dostaniesz jeść – mruknął Scott. – Jeszcze kilka minut.

Jakby kot miał jakieś pojęcie o minutach w szczególności i o czasie w ogólności.

Jakbym ja miał jakieś pojęcie, pomyślał Scott. Czas jest niewidzialny. W przeciwieństwie do wagi.

Ach, ale może to nieprawda. Owszem, czuje się wagę – kiedy ważysz za dużo, robisz się nadwagowy – ale czy to nie jest zasadniczo idea wymyślona przez ludzi, podobnie jak czas? Wskazówki zegara, cyfry na wadze łazienkowej, czy to nie są tylko niedoskonałe sposoby mierzenia niewidzialnych sił, powodujących widzialne skutki? Mizerne próby ujarzmienia jakiejś większej rzeczywistości leżącej za tym, co zwykli ludzie postrzegają jako rzeczywistość?

– Przestań, bo dostaniesz świra.

Bill miauknął po raz drugi, jakby się z tym zgadzał, i Scott ponownie skupił uwagę na ekranie komputera.

Nad pustym salonem znajdowało się okienko wyboru zawierające słowa: „Wybierz swój styl!”. Scott wpisał „wczesny amerykański” i ekran ożył, nie od razu, tylko powoli, jakby każdy element umeblowania został starannie wybrany przez kupującego i dodany do całości: fotele, kanapa, różowe ściany (nie tapetowane, tylko malowane wałkiem we wzory), zegar kominkowy firmy Seth Thomas, szmaciany dywanik na podłodze. Kominek, w którym płonął niewielki, przyjemny ogień. Górne oświetlenie stanowiły lampy sztormowe w drewnianych obudowach. To już była lekka przesada jak na gust Scotta, ale ludzie z działu sprzedaży, z którymi współpracował, uwielbiali je i zapewniali go, że potencjalni klienci też je pokochają.

Mógł z rozpędu umeblować salon, gabinet i sypialnię, wszystko w stylu wczesnoamerykańskim. Albo mógł wrócić do okienka wyszukiwania i urządzić te wirtualne pokoje w stylu kolonialnym, garnizonowym, Craftsman czy rustykalnym. Na dzisiaj jednak wybrał styl królowej Anny. Otworzył laptop i zaczął wyszukiwać pokazowe meble.

Czterdzieści pięć minut później Bill wrócił. Miauczał i ocierał się bardziej natarczywie.

– Dobrze, dobrze – powiedział Scott.

Wstał i poszedł do kuchni. Kot Bill D. biegł przodem z podniesionym ogonem, sprężystym kocim krokiem, a Scott też czuł, że stąpa cholernie sprężyście. Lekko jak kot.

Nałożył friskies do miseczki Billa i kiedy kot pochłaniał karmę, Scott wyszedł na frontowy ganek, żeby odetchnąć świeżym powietrzem przed powrotem do foteli uszaków Selby, kozetek Winfrey i komód Houzz, wszystkich na słynnych wygiętych nóżkach królowej Anny. Pomyślał, że takie meble widuje się w salonach pogrzebowych, ciężkie graty usiłujące wyglądać lekko, ale co kto lubi.

Zdążył w samą porę, żeby zobaczyć „damy”, jak je nazwał doktor Bob, które zeszły ze swojego podjazdu i skręciły w View Drive, błyskając długimi nogami spod króciutkich szortów – błękitnych u Deirdre McComb, czerwonych u Missy Donaldson. Nosiły identyczne podkoszulki reklamujące restaurację, którą prowadziły w śródmieściu na Carbine Street. Za nimi dreptały ich prawie identyczne bokserki, Dum i Dee.

Powróciło to, co powiedział doktor Bob przed wyjściem Scotta (pewnie tylko chciał zakończyć ich spotkanie lżejszą nutą), coś o kłopotach Scotta z tymi damami z restauracji. To był drobny kłopot. Nie jak gorycz po rozwodzie czy tajemniczy problem z utratą wagi, raczej coś jak opryszczka, która nie chce ustąpić. Bardziej wkurzająca była Deirdre, zawsze z tym swoim lekkim uśmieszkiem wyższości, który zdawał się mówić: „Boże, pomóż mi wytrzymać z tymi głupcami”.

Scott podjął nagle decyzję i pospieszył z powrotem do gabinetu (zwinnie przeskakując nad Billem, który rozłożył się w holu). Chwycił swój tablet i biegnąc z powrotem na ganek, uruchomił aplikację aparatu fotograficznego.

Ganek był osłonięty siatką, za którą Scott był prawie niewidoczny, a kobiety i tak nie zwracały na niego uwagi. Pobiegły poboczem z ubitej ziemi po drugiej stronie ulicy, migając bielutkimi tenisówkami i kołysząc końskimi ogonami. Psy, krępe, ale wciąż młode i atletycznie zbudowane, pędziły za nimi w podskokach.

Scott dwukrotnie odwiedził ich dom w sprawie tych psów, za każdym razem rozmawiał z Deirdre i cierpliwie znosił ten lekki uśmieszek wyższości, kiedy mu tłumaczyła, że naprawdę wątpi, żeby ich psy załatwiały się na jego trawniku. Tylne podwórze jest ogrodzone, mówiła, a przez tę mniej więcej godzinę dziennie, kiedy wychodzą („Dee i Dum zawsze towarzyszą Missy i mnie w naszych codziennych biegach”), są baaardzo grzeczne.

– Widocznie zwęszyły mojego kota – powiedział Scott. – Rozumiem, że to kwestia terytorialna, i rozumiem, że nie chcecie ich prowadzić na smyczy, kiedy biegacie, ale prosiłbym, żebyście po powrocie zlustrowały mój trawnik i uprzątnęły go w razie konieczności.

– Zlustrowały – powtórzyła Deirdre z niezmiennym uśmiechem. – Brzmi trochę militarystycznie, ale może tylko mi się wydaje.

– Jakkolwiek pani zechce to nazwać.

– Panie Carey, możliwe, że psy, jak to pan ujął, „załatwiają się” na pańskim trawniku, ale to nie są nasze psy. Może przeszkadza panu coś innego? Na przykład uprzedzenie wobec jednopłciowych małżeństw?

Scott o mało nie parsknął śmiechem, co byłoby fatalną – wręcz Trumpowską – dyplomacją.

– Bynajmniej. To uprzedzenie wobec wdepnięcia w niemiłą niespodziankę zostawioną przez jedną z waszych bokserek.

– Interesująca dyskusja – rzuciła, wciąż z tym uśmieszkiem (nie doprowadzającym do szału, na co niewątpliwie liczyła, ale zdecydowanie irytującym), i spokojnie, ale stanowczo zamknęła mu drzwi przed nosem.

Po raz pierwszy od kilku dni, zapomniawszy o swojej tajemniczej utracie wagi, Scott obserwował dwie kobiety biegnące w jego stronę i psy dzielnie dotrzymujące im kroku. Deirdre i Missy rozmawiały w biegu, z czegoś się śmiały. Ich zdrowo zarumienione policzki błyszczały od potu. McComb zdecydowanie była lepszą biegaczką od swojej partnerki i wyraźnie się wstrzymywała, żeby jej nie wyprzedzić. Nie zwracały najmniejszej uwagi na psy, co niekoniecznie należało traktować jak zaniedbanie; View Drive nie kipiała od ruchu, zwłaszcza w środku dnia. A Scott musiał przyznać, że psy nie wbiegały na jezdnię. Przynajmniej pod tym względem były dobrze wytresowane.

Dzisiaj nic z tego, pomyślał. To się nigdy nie stanie, kiedy człowiek jest przygotowany. Przyjemnie jednak byłoby zetrzeć ten drwiący uśmieszek z gęby panny McComb…

Ale stało się. Najpierw jedna z bokserek skręciła ostro, potem dołączyła do niej druga. Dee i Dum wbiegły na trawnik Scotta i przykucnęły obok siebie. Scott podniósł tablet i szybko zrobił trzy zdjęcia.

2 Holy Frijole

Dostępne w wersji pełnej

3 Zakład

Dostępne w wersji pełnej

4 Bieg Indyka

Dostępne w wersji pełnej

5 Po wyścigu

Dostępne w wersji pełnej

6 Niewiarygodna lekkość bytu

Dostępne w wersji pełnej