Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj - Rob Schmitz - ebook
Opis

Współczesny Szanghaj to światowa metropolia w okresie najbardziej intensywnego rozwoju. Każdego dnia pojawiają się w nim marzyciele, gotowi zanurzyć się w szalonym żywiole kapitalizmu, idei i możliwości. Elegancka panorama miasta z imponującymi, nowoczesnymi wieżowcami inspiruje ich sny o własnej świetlanej przyszłości.

Rob Schmitz, który od lat mieszka w Szanghaju, poznał to miasto od podszewki. Nawiązując bliskie, przyjacielskie relacje z sąsiadami, dowiadywał się coraz więcej o ich pragnieniach, zmaganiach, osiągnięciach i porażkach. Co dzień zaglądał do kwiaciarni Zhao, dumnej matki z determinacją zabiegającej o lepszą przyszłość dla swoich synów, zachodził na placki do wujka Fenga i obserwował kolejne chybione inwestycje jego żony, cioci Fu, gorliwej kapitalistki i świeżo nawróconej chrześcijanki, wpadał do baru Chen Kaia, zwanego CK, który ciągłymi eksperymentami z menu próbował trafić w gusta nowych szanghajczyków, odwiedzał Starego Kanga, desperacko walczącego o zachowanie domu ze skorumpowanymi urzędnikami i chciwym deweloperem.

W Szanghaju Schmitza spotyka się kilka pokoleń Chińczyków; w ich historiach odbijają się dzieje współczesnych Chin, od klęski głodu i rewolucji kulturalnej po politykę jednego dziecka. Dziś, w czasach dramatycznej transformacji, każdy z nich śni swój własny „chiński sen”.

Książka zdobyła tytuł Książki Roku według „Telegraph” oraz „World Magazine”.

„„Ulica Wiecznej Szczęśliwości” to przepiękny reportaż. Schmitz jak mało kto potrafi ukazać złożoność i niezwykłość współczesnych Chin. A przy tym to także książka o sile więzów rodzinnych.” Peter Hessler

Rob Schmitz opisuje swoje przyjaźnie z właścicielami sklepów mieszczących się przy jednej z szanghajskich ulic, przy której mieszkał przez wiele lat. Pyta ich o marzenia i motywacje, w każdym kolejnym rozdziale coraz bardziej zagłębia się w historie ich życia: jak sobie radzili z rewolucją kulturalną i głodem, skąd wzięła się ich determinacja do poprawy swojego losu. Ta dociekliwość i skupienie na konkretnym człowieku pozwalają poznać duszę współczesnych Chin.” „Kirkus Reviews”

„W portretach bohaterów książki „Ulica Wiecznej Szczęśliwości” duże znaczenie ma wątek ekonomiczny – w nim jak w soczewce skupiają się zarówno blaski dynamicznie rozwijającej się gospodarki, jak i efekty wieloletniej korupcji i niekompetencji chińskiego rządu, które zniszczyły życie milionom ludzi. To brutalnie szczery, ale i pełen zaskakującej czułości wycinek szanghajskiego życia.” „Booklist”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W serii ukazały się ostatnio:

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

W serii ukażą się m.in.:

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Rob Schmitz

Ulica Wiecznej Szczęśliwości

O czym marzy Szanghaj

Przełożyła Hanna Pustuła-Lewicka

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Street Of Eternal Happiness: Big City Dreams Along a Shanghai Road

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Wangwukong / Getty Images

Copyright © by Rob Schmitz, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2018

Copyright © for the Polish translation by Hanna Pustuła-Lewicka, 2018

Redakcja Marta Höffner

Konsultacja sinologiczna Maurycy Gawarski

Korekta Anna Zygmanowska / d2d.pl, Ewa Ostafin / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-711-5

Dla Lenory, Rainera i Landona

1 CK i system

长乐路810号

Ulica Wiecznej Szczęśliwości numer 810

Ulica Wiecznej Szczęśliwości ma trzy kilometry długości. W zimie przez plątaninę nagich gałęzi drzew można dostrzec charakterystyczną panoramę, wizytówkę tego miasta: drapacze chmur Jin Mao Tower, Shanghai World Financial Center i Shanghai Tower. Trójka gigantów, wyższych od nowojorskiego Empire State Building, wznosi się w sąsiadujących ze sobą kwartałach ulic.

Ludzie pod drzewami są zbyt zajęci, by podziwiać widoki. To pierwszy dzień życia dzieci urodzonych w Klinice Położniczej numer 1 przy środkowym odcinku ulicy. Dla kilku pacjentów oddziału ratunkowego szpitala Huashan na jej zachodnim krańcu będzie to dzień ostatni. Pomiędzy tymi dwoma punktami kipi życie we wszystkich swoich przejawach: brodaty żebrak siedzi na chodniku i gra na bambusowym flecie; mijają go trzymające się za ręce pary zakochanych; na jezdni dwóch kierowców, gestykulując gwałtownie, kłóci się, kto w kogo wjechał; trąbią samochody, w ostatniej chwili zjeżdżając na sąsiedni pas, żeby na nich nie wpaść; grupka uczniów w szkolnych mundurkach przygląda się awanturze; staruszka z laską krzyczy na sprzedawcę, oburzona ceną liczi; nieprzerwany strumień przechodniów prze do przodu, przedzierając się przez kłęby pachnącej cząbrem pary ze straganu z pierożkami z wieprzowiną i słodkawe opary spalin znad jezdni. Życie tutaj jest głośne, brudne i bezpośrednie.

Na mapie ulica Wiecznej Szczęśliwości jest malutkim zawijasem na południowy zachód od placu Ludowego, centralnego punktu Szanghaju. Mój dom znajduje się na zachodnim koniuszku tego zawijasa. Okna mieszkania wychodzą na baldachim zielonych liści, który przez znaczną część roku zdaje się unosić dwa piętra nad ziemią. W dole jedynymi żywymi istotami, które trwają w bezruchu, są platany. Przez całe ranki śmigam zygzakiem pomiędzy ich pniami, przeskakując z chodnika na jezdnię i z jezdni na chodnik w ciżbie przechodniów rywalizujących o miejsce w cieniu.

Niewiele ulic w Chinach może poszczycić się równie pięknymi drzewami. W weekendy gwarny tłum ludzi pracy zastępują turyści z innych części kraju. Wymierzają obiektywy aparatów fotograficznych w długie szeregi konarów, podziwiają ich egzotyczne piękno. Platany zasadzili Francuzi w połowie XIX wieku, kiedy Europejczycy i Amerykanie podzielili miasto na zagraniczne koncesje. Od tego czasu minęło prawie sto lat – Francuzów już nie ma, ale drzewa pozostały. Japończycy zbombardowali Szanghaj i przez kilka lat go okupowali, ale w końcu oni też odeszli, nie czyniąc krzywdy posadzonym przez Francuzów platanom. Po Japończykach przyszli komuniści. Rewolucja kulturalna Mao Zedonga i walka klas pochłonęły miliony ofiar, ale drzewa przetrwały. Dziś jest to kapitalistyczna ulica, pełna restauracji i sklepów. Wędrując jej chodnikiem, czasem dostrzegam przez szpary w zamkniętych bramach zniszczone domy w europejskim stylu. Myślę wtedy o nieubłaganym wirze historii, który się przez nią przetoczył. Ulica Wiecznej Szczęśliwości widziała świetność imperium i jego upadek oraz powstanie nowego. Tylko drzewa się nie zmieniły.

Dopiero po trzech latach mieszkania na ulicy Wiecznej Szczęśliwości odkryłem barek kanapkowy Chen Kaia. Znajdował się w tym samym kwartale co moje mieszkanie, nad małym butikiem, ale w ciepłe, letnie miesiące nie było go widać z chodnika, bo zakrywały go zielone korony platanów. Do kafejki z sięgającymi sufitu oknami wiodły wąskie spiralne schody. Za szybami wiatr kołysał ścianą liści osłaniającą lokal od zgiełku szanghajskiej ulicy.

Czasem Chen, znany jako CK, stał za kontuarem i chudymi palcami dopieszczał kanapkę albo nadawał ostatni szlif deserowi. Jego młodzieńczą, pokrytą trądzikiem twarz zasłaniała wtedy grzywa czarnych włosów. Albo odrzucał do tyłu włosy, machinalnym gestem wysuwał z ekspresu filiżankę wrzącej kawy i stawiał ją przed klientem. Najczęściej jednak lokal świecił pustkami. „To nic – mówił sobie Chen – potrzeba trochę czasu, by interes się rozkręcił. Tak to jest z marzeniami”. Siadał wtedy w niedbałej pozie na stołku barowym, tyłem do ściany liści, i błyskawicznie przechodząc z jednego chińskiego dialektu na drugi, prowadził przez telefon swój drugi biznes: sprzedaż akordeonów.

Pomysł otwarcia barku kanapkowego był efektem wizyty w jednym z takich lokali w Chicago, podczas jedynej – jak dotąd – wyprawy CK do Stanów Zjednoczonych. Amerykanin nie dostrzegłby tam nic nadzwyczajnego, ale CK się zachwycił i postanowił przyswoić to doświadczenie chińskiej branży gastronomicznej. Trochę tak jak Amerykanin, który wraca z Chin zainspirowany straganem z kluskami, tyle że na odwrót. Tego rodzaju na pozór lekkomyślne podejście wykazywało wielu drobnych przedsiębiorców, których poznałem na ulicy Wiecznej Szczęśliwości. W mieście tak wielkim i bogatym jak Szanghaj można było sprzedać wszystko, jeśli tylko człowiek odpowiednio się do tego przyłożył.

CK miał nadzieję, że pewnego dnia chałupniczy barek kanapkowy na piętrze stanie się jego głównym źródłem utrzymania. Wszedł w spółkę z kolegą i zainwestował w lokal oszczędności zgromadzone przez kilka lat sprzedawania akordeonów. Marzyło im się miejsce, które przyciągnie młodych muzyków i artystów, takich samych jak oni.

– Pewnego dnia pomyślałem, że może uda się zebrać ich wszystkich razem i coś wspólnie zrobić – zwierzył mi się CK. – Chciałbym znaleźć ludzi, którzy też chcą się wyrwać ze szponów systemu, podobnych do mnie niezależnych przedsiębiorców z własnymi pomysłami na sztukę, projektowanie mody i wiele innych branż.

Dzięki takim ambicjom spacer po ulicy Wiecznej Szczęśliwości jest fascynującym przeżyciem: po obu stronach wąskiej jezdni tłoczą się sklepiki i kafejki zrodzone z marzeń zapaleńców i autsajderów, którzy próbują wybić się w wielkim mieście.

Nie było to wcale łatwe. Ani CK, ani jego przyjaciel Maks nigdy nie pracowali w restauracji, a tym bardziej nie byli właścicielami takiego biznesu. Poznali się w 2011 roku w sklepie z zabytkowymi aparatami fotograficznymi na terenie dawnej koncesji francuskiej, gdzie CK zatrudnił się na część etatu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o fotografii. Mieli za to doświadczenie w prowadzeniu własnego biznesu. Dużo rozmawiali w czasie wspólnych dyżurów za ladą i doszli do wniosku, że obaj mają błyskotliwe podejście do tworzenia i sprzedawania produktu. W końcu CK przekonał Maksa, by wszedł z nim w spółkę, i razem otworzyli bar kanapkowy.

Nazwali go Twoja Kanapka. Znajdował się dwie przecznice od ruchliwej stacji metra, w cieniu czterdziestopięciopiętrowego drapacza chmur, który codziennie w południe wypluwał setki pracowników biurowych szukających szybkiego lunchu. Ale nikt nie widział Twojej Kanapki. Zasłaniały ją platany. Idący w pośpiechu ulicą Wiecznej Szczęśliwości nie patrzyli w górę przez baldachim liści.

Przemianowali więc lokal na I Piętro – podpowiedź dla przechodniów, żeby podnieśli wzrok. Pod nową nazwą widniały słowa „Twoja Kanapka”, napisane drobniejszą czcionką. Zatrudnili również nowego szefa kuchni, dobudowali bar z drinkami i obsesyjnie ulepszali kartę dań. Któregoś dnia odwiedziłem CK w jego mieszkaniu i zauważyłem w kącie stos tabletów.

– Menu dotykowe! – poinformował mnie z dumnym uśmiechem.

Widocznie uznał, że takie banalne, nieinteraktywne menu muszą być powodem, dla którego I Piętro nie przyciąga iPokolenia.

CK stworzył firmę sprzedającą akordeony, która szybko zaczęła przynosić dochody, ale w roli początkującego restauratora wykazał się naiwnością. W porze lunchu potencjalni klienci, w większości pracownicy biurowi, którym ledwo starczało na czynsz, zwykle wybierali tanie, lokalne jedzenie i woleli gorące dania, od których oddzielała ich długość pałeczek. W następnych miesiącach CK dostosował się do realiów. Wprowadził zestawy obiadowe w przystępnych cenach i podrasował ofertę kanapkową. Nie martwił się o przyszłość barku. Sprzedaż akordeonów zapewniała stały dochód, zresztą uważał się za szczęściarza, ponieważ mógł zarządzać obydwoma biznesami z własnej kafejki, niczym zaradna wiewiórka składająca orzechy na zimę w przytulnej dziupli na drzewie.

Bar z kanapkami był świętym świętych, wewnętrznym sanktuarium. Dzielnica powstała jako azyl dla autsajderów. Po przegraniu pierwszej wojny opiumowej 1842 roku dynastia Qing przekazała pewne obszary w Szanghaju i innych chińskich miastach portowych zachodnim mocarstwom kolonialnym. Tę część miasta zajęli Francuzi. Przeobrazili poletka ryżowe w ekskluzywną dzielnicę mieszkalną i w 1849 roku założyli koncesję francuską, w której przez lata znajdowały schronienia kolejne dyskryminowane grupy ludności. W 1860 roku Francuzi przyjęli kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków uciekających przed powstaniem tajpingów, krwawą chłopską rebelią przeciwko panującej dynastii. Pod egidą Francuzów kwitły teatry, kina i sale taneczne, źle widziane przez zmieniające się nieustannie chińskie władze miasta. Wkrótce ulokowały się tu także kościoły, świątynie i meczety.

W oczach partii komunistycznej, która w 1949 roku przejęła władzę w kraju, cudzoziemskie koncesje były upokarzającym symbolem obcej agresji. Komunistycznym propagandzistom umknął fakt, że w 1921 roku dwudziestoośmioletni Mao Zedong spotykał się z innymi młodymi radykałami w budynku pensji dla panien w sercu koncesji francuskiej i właśnie tam zwołał pierwszy kongres Komunistycznej Partii Chin. Mao i jego towarzysze wybrali to miejsce, ponieważ od dawna zapewniało bezpieczny azyl zagrożonym grupom. Na terenie koncesji francuskiej łatwiej było uniknąć dekonspiracji i aresztowań niż w części miasta kontrolowanej przez Chińczyków. Wyłapanie komunistów i postawienie ich przed sądem zniweczyłoby ich szanse na przejęcie, ćwierć wieku później, władzy i historia Chin potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Francuzi zbudowali swoją dzielnicę na wzór typowej paryskiej arrondissement. Wzdłuż wąskich, krętych bulwarów posadzili drzewa, które miejscowi do dziś nazywają Faguo wutong, „francuską paulownią”, chociaż nie należą do gatunku paulownia i mają niewiele wspólnego z Francją. Podobnie jak cała skomplikowana historia Szanghaju są znacznie bardziej kosmopolityczne: to platany londyńskie (klonolistne), hybrydy platana wschodniego, pochodzącego z centralnej Azji, z amerykańskim platanem zachodnim. Pierwsza wzmianka o platanie londyńskim pochodzi z Hiszpanii.

Platany klonolistne rozsławił baron Georges Eugène Haussmann. Dziewiętnastowiecznego urbanistę zachwyciły bujne korony tych drzew i kiedy przeobrażał stolicę Francji z chaotycznej plątaniny wąskich uliczek w system połączonych szerokimi alejami dzielnic, kazał obsadzić nimi cały Paryż. Wkrótce rozpowszechniły się na wszystkich kontynentach. Do dziś królują na ulicach światowych metropolii – od Rzymu przez Sydney po Nowy Jork. Liść platana londyńskiego, podobny do liścia klonu, jest oficjalnym emblematem nowojorskiego ­zarządu parków.

Dwie trzecie drzew w Szanghaju to platany klonolistne. Urbaniści nazywają je „superdrzewami” z powodu płytkiego systemu korzeni i odporności na smog, skrajne temperatury oraz szkodniki. Rosną w odstępach od pięciu do siedmiu metrów i są regularnie ogławiane, co hamuje ich wzrost i kieruje gałęzie w stronę konarów drzew po przeciwnej stronie ulicy, z którymi splatają się, tworząc ciemne tunele. Zielone sklepienie na wysokości pierwszego albo drugiego piętra zapewnia przechodniom osłonę przed palącymi promieniami letniego słońca i gwałtownymi burzami znad Morza Wschodniochińskiego.

Paryski układ ulic i platany przetrwały w Szanghaju do dzisiaj. Kiedy w 2010 roku zamieszkałem w dawnej koncesji francuskiej, były tam nadal, choć w międzyczasie Chińczycy odzyskali nazwy ulic. Rue Chevalier i Route Garnier zostały przemianowane na Jianguo lu i Dongping lu, ulicę Ustanowienia Republiki i ulicę Wschodniego Pokoju. Ulice niegdyś upamiętniające nieżyjących wybitnych Francuzów przeobraziły się w ulice Bogatych Ludzi, Sławnych Ludzi i Złotego Szczęścia. W czasie spacerów po mojej nowej dzielnicy szlifowałem chiński, odczytując niosące dobrą wróżbę nazwy. Wędrowałem 安福路, ulicą Spokojnej Pomyślności, i 永福路, ulicą Wiecznej Pomyślności, oraz 宛平路, czyli ulicą Meandrującego Pokoju. Najwięcej obiecywała ulica, przy której mieszkałem: 长乐路, a więc ulica Długiego Szczęścia. Na własny użytek nadałem jej bardziej krasomówczą nazwę ulicy Wiecznej Szczęśliwości.

Jednakże tubylcom te nazwy niekoniecznie kojarzą się z dobrą wróżbą czy krasomówstwem. Anfu (Spokojna Pomyślność) na południe od miejsca, w którym mieszkam, to także nieduże miasto w prowincji Jiangxi, znane z produkcji szynki wieprzowej. Maoming (ulica Sławnych Ludzi) to również nazwa ruchliwego kantońskiego portu. Changle, moja własna ulica Wiecznej Szczęśliwości, nosi miano miasta na wybrzeżu prowincji Fujian, z którego Zheng He, podróżnik z czasów dynastii Ming, wyruszył na wyprawę po Azji. Przemianowując francuskie ulice, Chińczycy postępowali zgodnie z wcześniej przyjętym systemem. Tym, które biegły z południa na północ, nadawali nazwy prowincji lub ich stolic, a biegnącym ze wschodu na zachód nazwy najważniejszych chińskich miast, utworzone za panowania dawnych dynastii ze znaków oznaczających szczęście i pomyślność.

Jeżdżąc rowerem po ulicy Wiecznej Szczęśliwości, potrzebuję naprawdę dużo szczęścia. Wąska ulica jest jedną z nielicznych w tej okolicy dwukierunkowych arterii. Taksówki usiłujące ominąć korki na przebiegającej w pobliżu drodze szybkiego ruchu walczą o miejsce ze stadami elektrycznych skuterów, które błys­kawicznie wypełniają każdą wolną przestrzeń. Skutery często prują całą chmarą pod prąd i w ostatniej chwili rozpraszają się przed samochodami, które trąbiąc i błyskając światłami, nadjeżdżają z przeciwka. Na jezdni toczy się brutalna walka o przetrwanie, a ci, którzy mają pierwszeństwo, ustępują przed większymi, agresywniejszymi pojazdami. Na szczycie łańcucha pokarmowego są miejskie autobusy. Swoim rozmiarem wymuszają respekt kierowców skuterów i aut – zjeżdżają na bok, by przepuścić bestię, kierowani tym samym instynktem samozachowawczym, który każe uskakiwać przed rozpędzonym słoniem. Te szaleńcze manewry spychają rowerzystów pod sam krawężnik albo na chodnik, gdzie ci dają upust frustracji, roztrącając przechodniów.

Ja wolę trzymać się skuterów elektrycznych. Zwykle udaje mi się pedałować dość szybko, by dorównywać ich tempu, a ich zwyczaj jeżdżenia zwartym peletonem, jak kolarze na Tour de France, zwiększa moje bezpieczeństwo na jezdni. Kiedy jadę rano do pracy, muszę mieć oczy dookoła głowy. Choć na pozór na ulicy panuje pandemonium, wielu kierowców nabyło umiejętność atletycznej wręcz koncentracji i przestrzega niepisanych reguł ruchu. Pędząc ulicą Wiecznej Szczęśliwości i gwałtownie wymijając inne pojazdy, poruszają się w jednym rytmie z pozostałymi użytkownikami jezdni, tworzą system, który tylko udaje chaos.

W chłodny, zimowy dzień 2012 roku wspiąłem się po krętych schodach do barku kanapkowego CK, żeby rozgrzać się filiżanką kawy. Usiadłem w rogu przy oknie. Przy każdym podmuchu lodowatego wiatru nagie gałęzie platanów drapały w szyby jak rozcapierzone, łamliwe pałeczki do ryżu.

Na półce, która stała pośrodku rozsłonecznionej salki, leżał akordeon CK, potężny, czarny instrument z wypisaną eleganc­ką kursywą nazwą Polverini. Nie było klientów, więc CK wziął instrument i usiadł w zalanym światłem boksie. Pochylił głowę i nacisnął odpowietrznik, wolno otwierając miechy. Akordeon wydał z siebie głębokie westchnienie, jakie mógłby wydać sam CK. Poprzedniego dnia szef kuchni odszedł z pracy po dzikiej awanturze, zabierając ze sobą połowę kelnerów. Gdyby dziś zjawili się jacyś klienci, CK i Maks byliby zdani tylko na siebie.

Po chwili wahania CK zaczął grać pełną żaru balladę, błyskawicznie przebierając palcami po klawiszach. Zamknął oczy, melodia powoli nabierała kształtu. Płynnymi ruchami rozciągał i ściskał instrument; palce biegały po klawiaturze, jakby kierowały się własnym rozumem. Była to patriotyczna pieśń z czasów dzieciństwa CK. Gdy ją grał, kołysząc głową w rytm melodii, napłynęły wspomnienia. Tłoczyły się, zmuszając dźwięki do jeszcze szybszego pędu.

CK miał jedenaście lat, gdy dotarło do niego, że odebranie sobie życia nie będzie łatwe. Przez dwa miesiące codziennie, w drodze ze szkoły do domu, rozważał dostępne możliwości. Doszedł do wniosku, że najprościej byłoby połknąć tabletki nasenne, ale pani w aptece nie chciała mu ich sprzedać. „Jesteś za młody” – powiedziała. Mógł też zeskoczyć z dachu bloku, w którym mieszkała jego rodzina, lecz po namyśle uznał, że to byłoby zbyt bolesne.

– Zrozumiałem, że nie mam odwagi skoczyć – wyznał mi.

Istniał jeszcze jeden problem. Rzadko zdarzały mu się chwile samotności. Był jedynakiem, miał apodyktycznych rodziców i nainai, babcię ze strony ojca, którzy nie odstępowali go na krok, pozwalając mu się oddalić tylko do toalety. Codziennie rano jadł na śniadanie owsiankę, siedząc kilka centymetrów od nich. W szkole stojącej na końcu drogi gruntowej, przy której znajdował się też ich blok, pilnowali go nauczyciele. Po zajęciach wracał do nainai i rodziców, żeby odrobić zadania domowe, odbyć lekcje muzyki i zjeść kolację złożoną z ryżu z warzywami. Nawet w nocy nie był sam: nainai sypiała na cienkiej bambusowej macie przy jego łóżku.

Pewnego popołudnia, gdy ojciec pisał przy swoim biurku, CK ostatni raz przeszukał zimne, puste mieszkanie. Na zewnątrz powietrze było gęste od wyziewów z pobliskich zakładów chemicznych i fabryki maszyn górniczych. Chłopiec cichutko obszedł wszystkie pokoje, szukając czegoś, czym mógłby odebrać sobie życie. Zakończył poszukiwania w jedynym pomieszczeniu, w którym mógł przebywać samotnie, nie wzbudzając podejrzeń: w łazience. Zdecydował się na brzytwę z prostym ostrzem, którą znalazł wśród ojcowskich przyborów do golenia. Pewnego wieczoru przed pójściem spać wsunął składaną brzyt­wę do kieszeni pidżamy.

Była zimna, jesienna noc. Pokój tonął w blasku księżyca. Ciszę zakłócały jedynie równy oddech nainai i sporadyczny turkot pociągu. Najpierw rozlegał się przeciągły, cichy gwizd, a potem kojący łoskot toczących się po torach wagonów, który po chwili cichł w oddali. Czekając, aż babcia zapadnie w głęboki sen, CK rozmyślał o swojej rodzinie.

Od wczesnego dzieciństwa słuchał wywodów ojca na temat „systemu”. Nie wiedział dokładnie, co to słowo oznacza, ale zwyk­le potrafił przewidzieć, kiedy padnie. Ojciec brał przed nim wdech, a potem wypowiadał je wolno i wyraźnie, wyodrębniając je z reszty zdania, by przykuć uwagę syna.

– Widzisz, Kaikai, nie można walczyć z… systemem. – Sformułowanie odcisnęło się w jego pamięci kursywą.

Po ciężkim dniu w pracy ojciec wracał do domu i sadzał przed sobą syna, który musiał wysłuchiwać jego tyrad. To system nie pozwolił mu wybrać właściwego zawodu. System nie cenił inteligencji. System nie sprzyjał rozwijaniu indywidualnych talentów. Z systemem nie dało się wygrać.

– Zhongguode guoqing buhao! – grzmiał ojciec. „Sytuacja w Chinach nie jest dobra!”

– Uważał się za intelektualistę – powiedział mi CK. – Nie lubił swojej pracy i był zły, że nie pozwolono mu wybrać zawodu. Wiedział, że jest mądrzejszy od innych. Marzył o sukcesie na miarę swoich zdolności, ale nie dano mu tej szansy. System do tego nie dopuścił. Ojciec uważał, że matka jest niezbyt bystra, i to go również frustrowało. Nie cierpiał kolegów z pracy i nienawidził Chin.

Kiedy CK próbował zadawać pytania, ojciec uciszał go i wracał do przerwanego wątku. W końcu CK doszedł do wniosku, że nie ma sensu odzywać się w domu, gdzie nikt go nie słucha. W ogóle przestał mówić.

CK nie miał rodzeństwa. Urodził się w 1981 roku, dwa lata po wprowadzeniu w Chinach polityki planowania urodzeń. Mieszkał z matką, ojcem i nainai na najwyższym piętrze zapuszczonego, trzypiętrowego bloku, w lokalu przydzielonym rodzinie przez miejski zarząd kolei, w którym pracowała babcia. Na klatce schodowej poniewierały się śmieci. Parafrazując ówczesną propagandę systemu odwołującą się do kampanii Czterech Moder­nizacji przywódcy państwa Deng Xiaopinga i zasady trzech reprezentacji sekretarza generalnego KPCh Jiang Zemina, ojciec CK nazywał budynek obszarem trzech nieadministracji: nikt go nie sprzątał, nikt nim nie zarządzał ani nikt o niego nie dbał.

To samo można było powiedzieć o mieście, w którym dorastał CK. Hengyang leży w środkowochińskiej prowincji Hunan, w takiej samej odległości od Szanghaju jak Nowy Jork od Chicago. Od wieków było to miejsce, którego starano się unikać. Źródła historyczne wspominają o nim rzadko i pobieżnie. Najstarsza wzmianka pochodzi sprzed czternastu stuleci, kiedy to cesarz Gaozong z dynastii Tang ukarał zbuntowanego dworzanina, mianując go zarządcą Hengyangu. Późniejsi cesarze chętnie zsyłali niepewnych dygnitarzy do zapadłej dziury w głębi imperium i zwykle już więcej o nich nie słyszano.

Współczesność okazała się niewiele łaskawsza dla mieszkańców Hengyangu. W mieście krzyżowały się dwie linie kolei towarowej: północno-południowa i wschodnio-zachodnia, tworzące w sercu kraju wielką literę X. Było jednym z największych ośrodków przemysłowych w regionie z licznymi kopalniami węgla, miedzi i cynku, a także zakładami chemicznymi. Zanieczyszczone powietrze cuchnęło, ale nie brakowało pracy: babcia CK pracowała w biurze kolei, matka w fabryce nawozów fosforowych, a ojciec w Miejskim Przedsiębiorstwie Budowlanym numer 2.

Rodzice CK urodzili się na początku lat pięćdziesiątych ubieg­łego wieku i byli rówieśnikami komunistycznych Chin. Ich młodość przypadła na czasy schizofrenicznych kampanii, rewolucji i kontrrewolucji, które dziesiątkom milionów ludzi przyniosły śmierć, prześladowania i więzienie. W tamtych latach rzadko zdarzały się momenty spokoju. Aby przetrwać, trzeba było umieć błyskawicznie adaptować się do nieustannie zmieniającego się klimatu politycznego i pamiętać, że jak porwany przez prąd odpływowy pływak musisz powstrzymać się od walki z potężniejszym od ciebie żywiołem. Zawsze istniał jakiś sposób, by dzięki cierpliwym manewrom dotrzeć do bezpiecznego brzegu, ale najpierw musiałeś oddać kontrolę systemowi.

Kiedy rodzicie CK byli nastolatkami, władze skierowały ich na kilka lat na wieś. Zmuszanie dzieciaków z miasta do pracy w rolnictwie było powszednią praktyką w czasach Mao Zedonga. Przewodniczący Mao śnił o Chinach, w których mieszkańcy miast będą trudzić się ramię w ramię z chłopami w proletariackiej utopii. Jednak kiedy umarł w 1976 roku, jego marzenia umarły wraz z nim. Większość „zesłanych” młodych czym prędzej odrzuciła motyki i wróciła do domu. Ledwie wysiedli z pociągów w swoich rodzinnych miastach, w ich życie znowu wkroczyła partia, kierując ich do pracy w lokalnych państwowych przedsiębiorstwach. Przed trzydziestką rodzice CK nie podjęli żadnej samodzielnej decyzji dotyczącej ich życia zawodowego.

– Chcesz rysować czy grać na skrzypcach? – zapytali rodzice CK przy kolacji pewnego wieczoru w 1985 roku. Wpatrywali się w niego w napięciu, próbując wyczytać z jego twarzy odpowiedź.

Ojciec chłopca zawsze chciał zostać pisarzem albo muzykiem. Wierzył, że gdyby w dzieciństwie pozwolono mu rozwinąć zdolności, zdołałby uniezależnić się częściowo od systemu, który pozbawił go możliwości wyboru zawodu. Uważał, że zmuszając syna do udziału w zajęciach artystycznych, zapewni mu coś w rodzaju siatki bezpieczeństwa na wypadek, gdyby chińska gospodarka znów obrała niebezpieczny, zdradliwy kurs.

Rodzice CK ograniczyli chłopcu możliwości wyboru do dziedzin, w których objawiali talent pozostali członkowie rodziny. Jego babcia była zdolną ilustratorką. Ojciec znalazł kiedyś na śmietniku erhu, tradycyjny chiński dwustrunny instrument przypominający z grubsza skrzypce, i nauczył się na nim grać. Było jasne, że CK musi pójść jedną z tych dróg.

– Rysowanie czy gra na skrzypcach? – nalegał ojciec, nie spuszczając oczu z twarzy syna.

Chłopiec się zastanowił.

– Rysowanie – odparł po namyśle.

Rodzice odwrócili się od niego i przez chwilę szeptali między sobą.

– Będziesz grał na skrzypcach – oznajmił wreszcie ojciec.

CK niedawno skończył cztery lata.

Lekcje gry na skrzypcach zaczęły się, gdy rodzice CK wybulili równowartość półrocznych zarobków za nowe skrzypce. Skończyły się dwa lata później, kiedy rząd przeprowadził serię reform, które sprywatyzowały część chińskiej gospodarki. Pracownicy najbardziej deficytowych przedsiębiorstw państwowych, do których należało Miejskie Przedsiębiorstwo Budowlane numer 2 w Hengyangu, zapłacili za to wysoką cenę. Ojciec CK stracił pracę i skończyły się pieniądze dla nauczyciela muzyki. Rodzina nerwowo szukała alternatywy, aż ktoś przypomniał sobie o wujku, który grał na akordeonie. Nastąpiła zmiana instrumentu. ­Wujek uczył CK podstaw przez pół roku, dopóki zwarcie instalacji elektrycznej nie wywołało pożaru w sklepie, w którym pracował. Wujek był kierownikiem państwowej placówki handlowej, więc władze obarczyły go odpowiedzialnością za wypadek i wsadziły do więzienia.

– Był niewinny – oświadczył ojciec CK. – To była wina systemu.

Rolę nauczyciela przejął tata CK, który nie miał pojęcia o grze na akordeonie, ale teraz miał mnóstwo wolnego czasu, by się jej uczyć. CK szybko prześcignął go w umiejętnościach, odwracając subtelną równowagę sił: teraz to on zaczął instruować ojca. W czasie lekcji dochodziło do gwałtownych spięć. Ojciec wrzeszczał i policzkował CK za każdą rzekomą pomyłkę.

Ojciec CK był pozbawiony pewności siebie, wybuchowy i wątły jak kobieta. Za to matka emanowała spokojem i pewnością siebie. Miała silne ręce chłopki. Chińczycy wierzą, że takie cechy często wynikają z dzieciństwa. Ojciec CK wychował się w mieście, matka dorastała na wsi w prowincji Hunan, nad brzegami jeziora Dongting. Wydawało się, że przejęła niezachwiany spokój jego apatycznych wód.

– W pewnym sensie była bardziej męska od niego – powiedział CK. – Chciała, żebym miał poczucie własnej wartości i był niezależny.

Ojciec CK bił także matkę. Czasem w nocy z sypialni rodziców dobiegały jej krzyki. Następnego dnia rano na twarzy i ramionach miała fioletowe siniaki. Gdy CK trochę podrósł, próbował stawać między nimi podczas tych kłótni.

– Starałem się ją bronić, ale był zbyt szybki.

Kiedy mówił o swoim ojcu, w jego głosie słychać było nie gorycz, lecz rezygnację. Chińczycy często odnoszą się w ten sposób do osób, którymi pogardzają, ale czują się w obowiązku je kochać. Według CK nie była to wina ojca, ani nawet systemu. Za wszystko odpowiadała śledziona.

Według Chińczyków śledziona jest siedliskiem temperamentu i siły woli. To przekonanie odzwierciedla znak chińskiego pisma oznaczający ten narząd: 脾, pi. Kiedy dodamy do niego znak oznaczający energię, 气, qi, otrzymamy piqi – dosłownie „energię śledziony” – oznaczającą „temperament”. Chińczycy wierzą, że uszkodzenie śledziony pogarsza piqi i odbiera kontrolę nad emocjami. W młodości ojciec CK otrzymał podczas bójki cios, który spowodował pęknięcie śledziony. CK mówi, że wskutek tego urazu na zawsze stracił swoją piqi.

Wiosną 1989 roku polityczne tyrady ojca CK nabrały dodatkowego żaru. CK miał osiem lat i był zbyt młody, by zrozumieć wiadomości o strajkach głodowych i protestach studenckich, które wybuchły w Pekinie. Szeptano o demokracji i o możliwym końcu systemu jednopartyjnego. Ponad półtora tysiąca kilometrów od Hengyangu, na pekińskim placu Tian’anmen, demonstranci wznieśli białą statuę Bogini Demokracji. Z pochodnią w uniesionej dłoni górowała nad morzem głów, jak matka chroniąca swoje dzieci przed tyranią ojca. Patrzyła na gigantyczny portret Mao Zedonga nad bramą strzeżonego przez wojsko Zakazanego Miasta, niedaleko którego miała swoją siedzibę rządząca aktual­nie krajem starszyzna. Jednak Bogini, zbudowana przez studentów w ciągu czterech dni z metalu, plastikowej gąbki i masy papierowej, nie miała szans w starciu z modelem rządów, który liczył sobie kilka tysięcy lat. Patriarchowie pokonali ją brutalną siłą, topiąc w morzu krwi dyskusje na temat zmiany systemu. System zwyciężył.

Po zdławieniu manifestacji na placu Tian’anmen CK znów musiał służyć swojemu ojcu za publiczność.

– Byłem dzieckiem i niewiele z tego rozumiałem – powiedział mi. – Czułem się przygnębiony. Chciałem, żeby zostawił mnie w spokoju. Miałem dość tkwienia w domu na łasce ojca.

Niedługo potem także matka zażądała, by jej wysłuchał. Poprosiła go, żeby usiadł, i obwieściła nowinę.

– Od teraz mamusia będzie mieszkała gdzie indziej – oznajmiła. – Co ty na to, żebym cię odwiedzała w środy i w czwartki?

W tamtych czasach rozwody w Chinach należały do rzadkości. Małżeńskie niesnaski załatwiało się za zamkniętymi drzwiami, korzystając z mediacji starszego pokolenia, które pilnowało, by komórka rodzinna – filar chińskiej kultury – się nie rozpadła. CK myślał gorączkowo. Wkrótce dowiedzą się o tym koledzy z klasy. I nauczyciele. Będzie musiał mieszkać z ojcem, chroniony przed nim jedynie przez babcię. Do pokoju wszedł ojciec. Czy winą za odejście matki również obarczy system? CK doszedł do wniosku, że jedynym systemem, jaki się liczy, jest rodzina.

– Chcę zamieszkać z mamą – powiedział.

– To już postanowione – odparł bez wahania ojciec. – Zostajesz ze mną.

Pierwszą piosenką, którą CK nauczył się grać na akordeonie, było Caoyuan gechang Mao Zhuxi, czyli Łąkiśpiewają dla przewodniczącego Mao. Powtarzając jak maszyna refren, ćwiczył grzecznie pod surowym okiem ojca, gotowego przy najdrobniejszym objawie nieposłuszeństwa przejść do rękoczynów. W przerwach pomiędzy lekcjami ojciec narzekał.

– Twoja matka jest beznadziejna – mówił. – Jak mogła nas opuścić?

O rozstaniu jego rodziców wiedziała już cała szkoła. Koledzy wypytywali go, jak to jest mieć rodziców, którzy mieszkają osobno. Nauczyciel wykorzystywał tę informację, by go zawstydzić przed innymi uczniami, gdy nie uważał na lekcji. CK zaczął mieć stany lękowe. Marzył o tym, by odseparować się od kolegów z klasy i od rodziny, stać się chouli – oddzielnym.

– Miałem spokój tylko w drodze z domu do szkoły i z powrotem. Właściwie przechodziłem z jednej sytuacji stresowej w drugą.

Tamtej jesiennej nocy jedenastoletni CK, daleki od bycia chouli, leżał w łóżku i wpatrywał się w sufit, słuchając coraz głębszego oddechu nainai. Przez kieszeń pidżamy czuł na udzie delikatny nacisk składanej brzytwy. Kiedy upewnił się, że nainai zasnęła, usiadł na łóżku i wyjął brzytwę z kieszeni. Rozłożył ją. Wziął oddech. Ściskając uchwyt w prawej dłoni, przycisnął ostrze do wewnętrznej strony lewego nadgarstka.

Przeciął skórę i ciało. Na powierzchnię skóry wystąpiły kropelki krwi. Zaczął szybko ciąć, raz za razem, od lewej do prawej. Krwawił, ale nie był to gejzer, jakiego się spodziewał. Przełożył brzytwę do drugiej dłoni i wziął się do drugiego nadgarstka. Nestorka rodu spała spokojnie tuż obok. Krew kapała na pidżamę, ale rany szybko się zasklepiały. Nie mógł znaleźć żyły. I zaczęło go boleć.

– Ciąłem dalej, ale to było bez sensu. Źle widziałem, a moje nadgarstki były takie twarde – powiedział mi CK.

Wolno zamknął brzytwę i schował ją z powrotem do kieszeni poplamionej krwią pidżamy. „To po prostu za trudne” – stwierdził w myśli, zasypiając.

Miechy akordeonu rozszerzały się i kurczyły jak płuca sprintera w połowie dystansu. Palce prawej dłoni CK biegały jak szalone po klawiaturze, wysokie tony sypały się seriami staccato na płynny krajobraz basów, kontrolowany automatycznymi ruchami palców lewej dłoni. Dwie strony ścigały się ze sobą. CK grał w skupieniu, z zamkniętymi oczami. Lodowaty wiatr, który hulał po ulicy Wiecznej Szczęśliwości, uderzał gałęziami drzew o szyby kafejki. Cały świat zdawał się pławić w harmonii, aż nagle CK zagrał fałszywą nutę. Potem drugą. Otworzył oczy, spojrzał na mnie, roześmiał się i odłożył instrument.

– Łał. Co to było? – zapytałem.

– Zdobycie Tygrysiej Góry strategią – odparł, nie przestając się śmiać.

Była to pieśń rewolucyjna z początku jednej z ośmiu modelowych oper pekińskich, które były dozwolone w okresie rewolucji kulturalnej Mao Zedonga. Czerpała pełną garścią z czternastowiecznej Opowieści znad brzegów rzek, jednej z czterech klasycznych powieści chińskich. Komunistyczni przywódcy przekształcili fabułę powieści w partyjną agitkę, opowieść o wyczynach proletariackiego bohatera, która miała rozbudzić w masach entuzjastyczne poparcie dla systemu.

CK pokręcił głową, zawstydzony, że zapomniał, jak się gra utwór, który ćwiczył przez całe dzieciństwo.

– Grałem tradycyjną chińską muzykę, ale w pewnym momencie odkryłem, że wcale jej nie lubię – wyznał, ocierając pot z czoła i odgarniając włosy. Schudł w ciągu ostatnich tygodni i na wymizerowanej twarzy jego przejrzyste, brązowe oczy o owalnym kształcie wydawały się jeszcze większe niż w rzeczywistości. – Wolałem coś innego. Zajęło mi trochę czasu, zanim zrozumiałem, że mogę grać własne piosenki.

I zaczął grać jedną z nich: wolną, smutną melodię, która wyczarowywała w wyobraźni obraz zimnej, wyludnionej ulicy w Paryżu. Albo w Szanghaju.

Na swoją pierwszą rozmowę o pracę po ukończeniu szkoły CK poszedł do Pearl River Piano, największego chińskiego producenta akordeonów. Wprawki, które grał jako dziecko, wreszcie się na coś przydały. Po przygodzie z brzytwą ojca pogodził się z tym, że pozostałe lata dorastania spędzi pod jego dachem. Postanowił skupić się na tym, co będzie potem. Uczył się pilnie, ćwiczył grę na akordeonie i w odpowiednim czasie dostał się do akademii muzycznej w Kantonie, największym mieście południowej części kraju. Fakt, że umie grać na akordeonie, wywarł duże wrażenie na przeprowadzającym rekrutację pracowniku Pearl River Piano. Po kilku minutach rozmowy CK znalazł się w gabinecie prezesa, który wręczył mu instrument i ze stojącego przy biurku futerału wyjął własny akordeon. Zagrali w duecie, a kiedy prezes poprosił CK, by zagrał solo, chłopak dobrze się zastanowił, co wybrać.

– Zagrałem bardzo skomplikowany utwór, La Campanellę Liszta.

CK otrzymał stanowisko w dziale sprzedaży i marketingu. Po raz pierwszy w życiu ojciec był z niego dumny. Pearl River była jedną z nielicznych państwowych wytwórni instrumentów muzycznych, którym udało się przetrwać ambitne reformy rynkowe. Sprzedaż rosła dzięki rodzącej się chińskiej klasie średniej. CK otrzymał wysoką pensję, świadczenia zdrowotne i prawo do hojnej państwowej emerytury. Ale praca była otępiająco nudna.

– Roboty starczało na dwie–trzy godziny, a przez resztę czasu gadałeś albo czytałeś gazetę – powiedział CK. – Życie towarzyskie kwitło, ale ja nie widziałem w tym sensu.

CK poświęcał wolny czas na szukanie ciekawszej pracy. I szybko ją znalazł: niedawno włoski producent akordeonów Polverini otworzył mały zakład kilkanaście kilometrów na zachód od Szanghaju. Firma szukała asystenta, który odgrywałby rolę łącznika pomiędzy menedżerem z Włoch a chińskimi robotnikami.

Polverini wytwarzał instrumenty światowej klasy, akordeony Pearl River wyglądały przy nich jak plastikowe zabawki. Praca dla takiej firmy stanowiłaby nie lada wyzwanie, zwłaszcza pod względem technicznym. Aby udzielać instrukcji niewykwalifikowanym robotnikom przy linii montażowej, CK musiałby najpierw doskonale poznać wszystkie etapy procesu produkcyjnego.

CK kilkakrotnie przeczytał ogłoszenie o pracy.

– Brzmiało interesująco – powiedział mi. – Wreszcie miałem szansę się czegoś nauczyć.

Kiedy CK zadzwonił do domu, by powiedzieć, że znalazł nową pracę poza systemem państwowym, jego ojciec wpadł w gniew.

– Nie możesz tak po prostu zrezygnować z pewnej miski ryżu! – wrzasnął do słuchawki. Polverini oferował niższą pensję i nie zapewniał pakietu socjalnego, który CK miał w Pearl River.

– Ojciec nagle stracił poczucie bezpieczeństwa – wyjaśnił CK. – Wściekł się na mnie straszliwie. W kółko powtarzał, że państwowa posada to pewna przyszłość!

Na początku XXI wieku nie było to już prawdą. Ojciec CK nie znalazł innej pracy po zamknięciu Miejskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego numer 2. Matka w wieku czterdziestu siedmiu lat musiała przejść na wcześniejszą emeryturę, bo zakłady ­chemiczne, w których pracowała, nie wytrzymały konkurencji z młodym chińskim sektorem prywatnym. W 2001 roku Chiny przystąpiły do Światowej Organizacji Handlu i pula ciepłych posadek w przedsiębiorstwach państwowych zaczęła się kurczyć. Teraz obowiązywał kapitalizm. CK uświadomił sobie, że jego rodzice, przez całe życie prowadzeni za rączkę przez państwo, nie potrafią radzić sobie w nowej sytuacji i oboje oczekują, że to on zapewni im stabilność finansową.

CK cierpliwie tłumaczył swoją decyzję. Przyglądając się, jak kwitnie życie towarzyskie w Pearl River, niczego się nie uczył. W fabryce Polveriniego będzie mógł się rozwijać i poszerzać swoje umiejętności. „Kto jak kto, ale ty powinieneś to chyba rozumieć” – powiedział delikatnie ojcu.

CK przekonał się na własnej skórze, że system działa dokładnie tak, jak kładł mu do głowy ojciec: ogranicza i kontroluje, utrudniając zdobywanie wiedzy i rozwój. Zapewniał jednak pieniądze i stabilizację, które starzejący się ojciec zaczy­nał coraz bardziej doceniać.

– Kiedy dostałem pracę w Pearl River, ojciec nagle stał się orędownikiem systemu. Nie wiedziałem, jak mu powiedzieć, że chcę się od niego uwolnić.

CK przyjął pracę w zakładzie Polveriniego i wyjechał do Szanghaju. Tak się złożyło, że jego nowy współlokator, włoski inżynier w średnim wieku, był jednocześnie jego nowym szefem. Łączyła ich pasja do majstrowania przy mechanizmach. Jako mali chłopcy całymi popołudniami rozbierali różne urządzenia na części, a potem składali je z powrotem. Teraz mieli dostawać za to pieniądze. Ich misja w fabryczce Polveriniego na przedmieściach Szanghaju polegała na takim zmodyfikowaniu klasycznego instrumentu tej marki, aby można było obniżyć jego cenę. Chińscy akordeoniści albo wydawali tysiące dolarów na drogi włoski instrument, albo skąpili każdego grosza, kupując najtańszy zamiennik rodzimej produkcji. Nie było żadnej oferty pośredniej i tu właśnie zaczynała się rola CK: miał stworzyć akordeon w przystępnej cenie, dostosowany do potrzeb i możliwości rodzącej się chińskiej klasy średniej.

CK spędził wiele miesięcy przy linii montażowej, poznając wszystkie elementy instrumentu. Jego szef, który we Włoszech projektował samochody Ferrari, powiedział CK, że akordeon jest bardziej skomplikowanym mechanizmem niż sportowy wóz.

– Akordeon jest raczej nieduży, ale składa się z ponad trzech tysięcy części, więc nawet milimetrowy błąd ma ogromne znaczenie – wyjaśnił mi CK. – Trzeba się znać na substancjach chemicznych, drewnie i stali, wiedzieć, jak oddziałują na siebie wzajemnie wewnątrz mechanizmu i jaki tworzą dźwięk.

W ciągu roku w fabryczce włoskiego producenta akordeonów CK opanował wszystkie etapy produkcji. Szef zachęcał go do dalszej nauki, więc wkrótce stał się ekspertem od wszystkiego.

– Byłem menadżerem, tłumaczem, ogarniałem łańcuch dostaw, prowadziłem obsługę klienta, odpowiadałem za kontrolę jakości dźwięku i pod koniec potrafiłem zbudować cały instrument od zera.

W ciągu czterech lat jego zarobki wzrosły z czterystu dolarów do czterech tysięcy dolarów miesięcznie, przeskakując z poziomu średniej płacy w Chinach do poziomu średniej płacy w Ameryce. Dopiero wtedy CK poczuł, że w Szanghaju, w tej kosmopolitycznej metropolii z malowniczymi bulwarami, po których jeżdżą drogie samochody, jest u siebie.

– Zagraj coś jeszcze – poprosiłem.

Minęła jedenasta, CK grał już ponad pół godziny. W knajpce przez cały ranek było pusto. Zbliżała się pora lunchu i wkrótce na chodniki ulicy Wiecznej Szczęśliwości wyleją się tłumy głodnych pracowników biurowych. CK zerknął na zegarek. Zawahał się, lecz w końcu skinął głową i rozciągnął instrument, pozwalając mu nabrać powietrza.

– Napisałem tę piosenkę dla dziewczyny, którą kiedyś kochałem. Nazywa się 27 lutego. Tego dnia się poznaliśmy.

Zaczął od przedłużonej nuty w tonacji molowej. Po niej nastąpiły kolejne, składając się na sekwencję zapadających w pamięć tonów, powtarzającą się jak oddech pogrążonego w głębokim śnie człowieka. Potem rozbrzmiała wesoła melodia, miejscami niedoszlifowana, przywodząca na myśl chłopaka, który z lekkim sercem, pogwizdując, spaceruje ulicą.

CK zerknął ukradkiem na nadgarstek i znów przymknął oczy. Rany z dzieciństwa dawno się zabliźniły. Barek kanapkowy wypełniła muzyka. I na chwilę system zniknął.

2 Lepsze miasto, lepsze życie

麦琪里

Maggie Lane

Od północy moje mieszkanie wychodziło na ulicę Wiecznej Szczęśliwości, ale przez sięgające sufitu okna południowych pomieszczeń widziałem otoczoną murem, zarośniętą zielskiem parcelę, po której włóczyły się dzikie koty. Tu i ówdzie sterczały wypalone zwłoki tradycyjnych domów z szarej cegły. Czasem widziałem, jak z pustych budynków wychodzili jacyś ludzie, zerkali w niebo i oddalali się powolnym krokiem, jakby światło dnia było tylko krótką przerwą w wiecznym mroku.

Uznałem, że to bezdomni, którzy zajęli opuszczone budynki.

Często stawałem w oknie i dumałem nad tą trupiarnią. Dziwiłem się, że w sercu najbardziej eleganckiej dzielnicy Szanghaju, a nawet całych Chin, pozostawiono obszar wielkości trzech boisk do piłki nożnej, żeby sobie zwyczajnie zgnił. Zapytałem o to właściciela mieszkania nad nami. Pokiwał w zamyśleniu głową, zaciągnął się papierosem i wydmuchnął dym na szybę, za którą rozciągał się widok na pustą działkę.

– Miało tam powstać wielkie nowoczesne osiedle, takie jak nasze, i deweloper rozpoczął rozbiórkę starych domów. – Zrobił przerwę na następnego sztacha. – Ale kilku mieszkańców odmówiło wyprowadzenia się. Mei banfa – powiedział. „Nic się nie da zrobić”.

To mi się wydało bez sensu. Konflikty między przedsiębiorcami budowlanymi a lokatorami przeznaczonych do rozbiórki domów, którzy utrudniali prace, były w Chinach na porządku dziennym i zawsze przebiegały według tego samego scenariusza. Miejscy urzędnicy znajdowali świetną lokalizację dla luksusowego osiedla mieszkań własnościowych. Negocjowali z dotychczasowymi mieszkańcami warunki wyprowadzki, oferując im lokale zastępcze. Następnie burzyli starą zabudowę, sprzedawali ziemię przedsiębiorcy, który zaoferował najlepszą cenę, i napełniali szkatuły miasta oraz własne kieszenie renminbi[1]. Jeśli rozwścieczeni lokatorzy nie chcieli się wyprowadzić, zwykle znajdował się sposób, by ich do tego przekonać. Chińscy deweloperzy nie wiedzieli, co to mei banfa.

Kiedy zapytałem właściciela wynajmowanego przez nas mieszkania o domy, na których miejscu stanęło nasze osiedle, zbył moje pytanie machnięciem ręki.

– Stare, zrujnowane rudery.

Kiedy trochę później pewien historyk pokazał mi pożółkłą mapę dzielnicy z lat czterdziestych XX wieku, moją uwagę zwróciła plątanina krętych zaułków na południe od ulicy Wiecznej Szczęśliwości. Przestrzeń, na której dziś stoi moje osiedle, zajmowały gęsto stłoczone prostokąciki zabudowanych działek. Wytężając wzrok, naliczyłem ponad sto budynków na obszarze jednego kwartału. Pomyślałem o setkach rodzin, które niegdyś mieszkały tam, gdzie teraz spała moja rodzina. Dokąd odeszły? Czy wyprowadziły się bez protestu?

Kiedy w 2010 roku przyjechaliśmy do Szanghaju z żoną i naszym półtorarocznym synem Rainerem, zwanym Raineyem, na lotnisku przywitała nas uśmiechnięta, niebieska rysunkowa postać, skrzyżowanie Gumby’ego ze smerfem. Stworek nazywał się Haibao i był oficjalną maskotką wystawy światowej w 2010 roku. W drodze z lotniska do centrum machał do nas przyjaźnie ręką z niemal wszystkich billboardów. Wejście miasta na światową scenę ściągnęło do Szanghaju kilkadziesiąt milionów turystów z najdalszych zakątków Chin. Haibao towarzyszył im na każdym kroku. Na lotnisku machał ręką z wysepki pośrodku karuzeli bagażowej i w hali powitań. Uśmiechał się z oparć foteli w taksówkach i ze ścian stacji metra. Wszechobecny, obserwujący, stanowił dwudziestopierwszowieczną wersję portretów Mao, które przez kilkadziesiąt lat zdobiły przestrzenie publiczne komunistycznych Chin. Mao na portretach był dostojny, pewny siebie, trochę przerażający. Haibao ze spojrzeniem przerażonego blaskiem reflektorów jelenia sprawiał wrażenie nieco zdezorientowanego.

Widząc go, Rainey za każdym razem machał do niego ręką i wrzeszczał: „Niebieski!”.

– To jest Haibao – powiedziałem.

– Hai-bao – wymówił powoli. – Haibao… Haibao… – powtórzył z uśmiechem.

To było jego pierwsze chińskie słowo.

Jeden z billboardów ze stworkiem przykuł też moją uwagę. Haibao stał grzecznie z rękami założonymi za plecy na tle błyszczącej panoramy Szanghaju. U góry widniały wielkie, jaskrawożółte znaki 城市让生活更美好.

– Miasto… czyni życie piękniejszym – przetłumaczyłem na głos, bardziej sam dla siebie niż kogoś innego, z trudem przywołując strzępki nieużywanego od wielu lat języka.

Tak brzmiało oficjalne hasło wystawy światowej. Wersja angielska była prostsza: „Lepsze miasto, lepsze życie”. Władze lansowały Szanghaj jako modelową chińską metropolię. Rząd Chin prowadził ambitną kampanię urbanizacyjną i nie szczędził wysiłków, by przekonać setki milionów mieszkańców wsi, że w mieście żyje się lepiej.

Było to zdecydowane odejście od propagandy, do jakiej przywykłem przed laty. Pierwszy raz przyjechałem do Chin pod koniec ubiegłego wieku. Miałem wówczas niewiele ponad dwadzieścia lat i pracowałem w rejonie rolniczym jako wolontariusz Korpusu Pokoju. Zarabiałem sto dwadzieścia dolarów miesięcznie, dwa razy więcej niż osiemset milionów Chińczyków (około dwóch trzecich ludności kraju), którzy utrzymywali się za mniej niż dwa dolary dziennie. Przy wjeździe do miasta stały wówczas tablice z wymalowanymi jaskrawoczerwoną farbą hasłami, które przypominały mieszkańcom, że dziewczynki też są ludźmi. W ten sposób władze walczyły z uporczywym zwyczajem zabijania niemowląt płci żeńskiej w chłopskich rodzinach, które wolały mieć synów.

Kiedy piętnaście lat później przyjechałem z rodziną do najbogatszego miasta Chin jako korespondent zagranicznego radia, dostrzegłem ogromne zmiany. Chiny wkrótce miały prześcignąć Japonię i stać się drugą największą gospodarką świata. Kilkaset milionów Chińczyków ciężką pracą wydobyło się z biedy. Z okna naszego mieszkania rozciągał się widok na poszarpaną linię dachów, najeżoną setkami błyszczących drapaczy chmur. Mimo to władze nie zrezygnowały z pouczania obywateli za pomocą umieszczonych w widocznych miejscach wskazówek. Billboardy z błazeńskim Haibao miały oczywiście znacznie więcej uroku od przaśnej propagandy lat dziewięćdziesiątych, ale cel się nie zmienił: przypominały mieszkańcom, co w dzisiejszych Chinach jest dobre, a co złe. Zabijanie nowo narodzonych córek jest złe. Miasta są dobre.

Szanghaj, w którym smukłe, nowoczesne drapacze chmur sąsiadowały z pełnymi zieleni kwartałami dziewiętnastowiecznej europejskiej zabudowy, przeżywał okres rozkwitu. Rząd wyasygnował równowartość czterdziestu pięciu miliardów dolarów na rewitalizację miasta. W ciągu pięciu lat zbudowano siedem linii metra. Teraz była to najdłuższa sieć kolei podziemnej na świecie. Pociągi kursujące z Szanghaju do innych miast jeździły z szybkością trzystu kilometrów na godzinę. Jeśli to stulecie należało do Chin, to Szanghaj kroczył w awangardzie.

Zmiany zachodziły bardzo szybko i stare nawyki pozostały. Chińska strategia rozwoju nie obejmowała kultury osobistej. Na ulicy Wiecznej Szczęśliwości ludzie pluli na chodnik, rzucali na ziemię śmieci i przepychali się w kolejkach łokciami. Starsi mężczyźni nagminnie wychodzili z domu w pidżamach. Dzieciaki kucały i sikały na oczach przechodniów. Właściciele psów zostawiali ich kupy, żeby sfermentowały na słońcu. To były standardowe zachowania w chińskich miastach, w których miliony świeżo przybyłych ze wsi migrantów i wytworni mieszczanie żyli obok siebie, darząc się wzajemną nieufnością.

Co pomyślą sobie goście z zagranicy? Pekin, z mniejszym lub większym sukcesem, zwalczał takie nawyki od czasu przygotowań do igrzysk olimpijskich w 2008 roku. Oprócz hasła „Lepsze miasto, lepsze życie” szanghajskie powierzchnie reklamowe okupował slogan 文明. Te dwa znaki, wymawiane „łenming”, w tłumaczeniu „cywilizowany”, wzywały mieszkańców, by starali się „ucywilizować” swoje miasto. W ostatnich miesiącach przed Expo 2010 władze miasta podwoiły wysiłki. Mieszkańcy znaleźli w swoich skrzynkach pocztowych egzemplarze podręcznika dobrych manier, opracowanego w 2006 roku przez Komisję Postępu Etyczno-Kulturowego. Liczący dwieście czterdzieści dwie strony poradnik Jak zostać czarującym szanghajczykiem zawierał wskazówki na każdą okazję, od takich, jak obciąć włosy („Twoja fryzura nie ma być szpanerska, tylko naturalna i prosta”), do takich, jak elegancko spożywać zachodnie potrawy („Miseczki ani talerza nie podnosimy i nie przechylamy do ust”).

Konieczność wydania podręcznika dobrych manier była drażliwym tematem dla rodowitych szanghajczyków z ulicy Wiecznej Szczęśliwości, to znaczy dla tych, których przodkowie pochodzili z tego regionu Chin. Zawsze uważali się za śmietankę narodu. Żyli przecież pod rządami najbardziej rozwiniętych europejskich mocarstw, przejmując zachodnią kulturę i zdobycze cywilizacji. Dzięki swojej wyjątkowej historii Szanghaj stał się jednym z najwspanialszych miast świata. Po co „Paryżowi Wschodu” podręcznik etykiety?

Jednak w rzeczywistości blisko połowę mieszkańców miasta, co najmniej dziesięć milionów z ogólnej liczby dwudziestu czterech milionów, stanowili robotnicy, którzy dopiero niedawno przybyli z biedniejszych rejonów Chin. Tubylcy nazywali ich pogardliwie waidiren, czyli „ludźmi z zewnątrz”. Jak zostać czarującym szanghajczykiem zostało napisane z myślą o nich.

Jeden z rozdziałów zaczynał się od beznamiętnego stwierdzenia faktu: „Szanghajczycy mają opinię zimnych, obojętnych i pozbawionych emocji, w odróżnieniu od serdecznych i wylewnych przybyszów z prowincji”, po czym wyjaśniał to zjawisko:

Chłodny stosunek mieszkańców wielkich miast do obcych spowodowany jest masowym napływem migrantów, głębokimi różnicami kulturowymi i niskim poziomem zaufania społecznego. Nawet w Stanach Zjednoczonych nowojorczycy czy mieszkańcy Chicago są zwykle mniej serdeczni niż ludność małych miasteczek. […] Większość Szanghaju zajęli waidiren.

W ogarniętych falą wewnętrznej migracji dwudziestopierwszo­wiecznych Chinach reprezentujący władze miasta autorzy podręcznika znaleźli się w defensywie. Rozdział Rywalizacja i skromność radził szanghajczykom, wypieranym przez migrantów zarobkowych z niektórych sektorów rynku pracy, by chętniej podejmowali się niewdzięcznych prac i zachowali otwarty umysł:

Szanghajczycy nie chcą handlować na targu warzywami ani prowadzić zakładów fryzjerskich. Nie chcą pracować na budowach. Coraz mniej szanghajczyków zakłada firmy poza rodzinnym miastem lub za granicą. Wykłócanie się o drobiazgi i ambiwalentny stosunek do rzeczy ważnych są typowymi przejawami negatywnego nastawienia mieszkańców naszego miasta.

Z lektury rozdziału Jak właściwie zrozumieć charakter szanghajczyków wynikało, że ich główną wadą jest przypisywanie własnych ułomności innym. Ale poradnik Jak zostać czarującym szanghajczykiem nie zajmował się tym tematem.

Mieszkaliśmy osiem pięter nad ulicą Wiecznej Szczęśliwości, na zamkniętym osiedlu, które nosiło nazwę The Summit (Szczyt). Składało się z siedmiu obłożonych białymi płytkami wysokościowców, z których jeden liczył czterdzieści pięter. W mojej rodzinnej Minnesocie byłby siódmym najwyższym budynkiem w całym stanie, ale w Szanghaju stanowił tylko jeden z setek drapaczy chmur wszelkich kształtów i kolorów wplecionych w tkankę miasta. Bloki stały wokół prostokątnego dziedzińca z łukowatym jeziorkiem, spłachetkiem trawy i dwoma placami zabaw.

Pod budynkiem znajdował się kilkukondygnacyjny parking, wypełniony łupami chińskiego boomu gospodarczego: luksusowymi pojazdami w odblaskowych barwach o łącznej wartości wielu milionów dolarów. Rok później, idąc przez garaż z ­Raineyem, ze zdumieniem odkryłem, jak chińska propaganda konsumpcjonizmu wpłynęła na rozwój jego słownictwa.

– Baoma! Benchi! Baoshijie! Falali! – wołał. „BMW, Benz, ­Porsche, Ferrari”.

Od południa okna naszego mieszkania wychodziły na ulicę Spokojnej Pomyślności, od północy na ulicę Wiecznej Szczęśliwości. Gdziekolwiek spojrzeć, same dobre rzeczy.

Dopóki wzrok nie zbłądził przypadkiem na wypalone osiedle za schludnie otynkowanym murem, który ciągnął się wzdłuż ulicy Spokojnej Pomyślności. Tamtej jesieni chodziłem z ­Raineyem na spacery wokół porzuconej parceli. Z poziomu chodnika wszystko wydawało się w porządku. Trzymetrowy mur zdobiły plakaty Expo 2010.

– Haibao! Haibao! – darł się radośnie Rainey.

Jedyna droga na teren posesji prowadziła przez metalową bramę, zwykle zamkniętą na głucho. Pewnego popołudnia w nią zastukałem. W szparze pojawiła się głowa chudego strażnika.

– Czego chcesz? – warknął na widok jasnowłosego cudzoziemca.

– Chciałbym wejść i się rozejrzeć – odparłem.

– I pewnie nie znasz nikogo z mieszkańców? – Zachichotał na myśl, że któryś z nich zaprosił zagraniczniaka na herbatkę.

– Nie.

– Przykro mi. Cudzoziemcom wstęp wzbroniony. Nie wolno. Mei banfa.

Zatrzasnął z hukiem bramę, przez co obudził śpiącego w wózeczku Raineya. Chińczycy mieli pecha.

Następnym razem nie przyszedłem sam i nie zawracałem sobie głowy stukaniem.

Odczekałem, aż strażnik zrobi sobie przerwę na obiad, i sforsowałem metalową bramę w towarzystwie chińskiego kolegi, bezdomnego nazywanego Starym Kangiem. Naprawdę nazywał się Kang Chenggang. Zanim zburzono jego dom, skazując go na tułaczkę po znajomych, przez dwadzieścia lat mieszkał na tym osiedlu. Poznaliśmy się na internetowym forum miłośników lokalnej historii. Był rosłym mężczyzną z wydatnym brzuszkiem i twarzą, na której rzadko gościł uśmiech. Miał wąskie jak księżyc przed nowiem oczy, opadające powieki i zimne jak lód spojrzenie człowieka ogarniętego pragnieniem zemsty.

Przeszliśmy pod łukiem z szarej cegły, jedną z nielicznych zachowanych konstrukcji. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, gdy wynurzyłem się na otwartą przestrzeń, była strzelista wieża mojego bloku. Promienie słońca odbijały się od tafli okien i padały na pole gruzów. Na sąsiedniej parceli wznosił się szklany biurowiec, który stał naprzeciw baru kanapkowego CK. Wtargnęliśmy na cudzy teren i wydawało nam się, że wszyscy na nas patrzą.

Przebrnęliśmy przez sięgające piersi zielsko i po kilku minutach marszu dotarliśmy do trzypiętrowego budynku na drugim końcu wypalonego osiedla. W dachu ziała wyrwa, w oknach sterczały ostre kawałki rozbitych szyb.

– Witaj w moim domu – powiedział cicho Stary Kang.

Stary Kang podniósł żółtą policyjną taśmę, która otaczała budynek jak wstążka na pudełku z prezentem, i wskazał portal z szarej cegły, zwieńczony betonową płytą z kwiatowym reliefem. Drzwi nie było – trzy pogięte, zardzewiałe zawiasy świadczyły o tym, że zostały brutalnie zerwane. Weszliśmy do dawnej jadalni Kanga. Promienie słońca, wpadające przez dziurę w dachu trzy piętra wyżej, tworzyły plamę światła na zasłanej śmieciami, potłuczonym szkłem i resztkami gnijących mebli podłodze.

Zza muru dochodziły dźwięki miasta: autobus hamujący na czerwonym świetle, dzwonek przy wózku handlarza starzyzną, daleki płacz dziecka. Wspiąłem się za Kangiem po trzeszczących schodach do mieszkania na drugim piętrze. Kiedyś w tym domu mieszkały trzy rodziny. W oklejonym żółtozielonkawą tapetą salonie brakowało podłogi i sufitu, zostały tylko belki stropu, po których dało się jakoś przejść. Starając się nie stracić równowagi, spojrzałem w dół, do mieszkania pod nami. Dom wyglądał, jakby uderzył w niego meteoryt, który w ułamku sekundy przerył się przez sufity i podłogi. Wyjrzałem przez okno kuchni. Za polem chaszczy sterczały poczerniałe, puste skorupy trzech wypalonych budynków. Osiedle wyglądało, jakby ktoś zrzucił na nie bomby zapalające.

Niegdyś w trzykondygnacyjnych domach z szarej i czerwonej cegły, zwanych shikumen („kamienna brama”), mieszkało tu ponad trzy tysiące ludzi. Ustawione w ciasnych rzędach budynki tworzyły wąskie zaułki, longtang, do których wchodziło się pod masywnymi, ceglanymi łukami. Za bramą każdego shikumen otwierał się zagracony dziedziniec ze spłachetkiem trawy. Dalej znajdowały się pojedyncze drzwi, przez które wchodziło się do sieni i na schody, prowadzące do poszczególnych pomieszczeń.

Shikumen był skrzyżowaniem tradycyjnego chińskiego domu z dziedzińcem z europejskim szeregowcem. Jak wszystko, co jest typowe dla Szanghaju, łączył najpopularniejsze style Wschodu i Zachodu. Na przełomie XIX i XX wieku sześćdziesiąt procent szanghajskich zasobów mieszkaniowych – ponad dziewięć tysięcy budynków – stanowiły shikumen. Tłoczyły się jeden przy drugim w cichych, wąskich alejkach na tyłach głównych ulic miasta.

Według dokumentów miejskich Maggie Lane, wymawiane po chińsku „Majćili”, było jedną z najporządniejszych, najlepiej utrzymanych dzielnic shikumen w Szanghaju. W 1958 roku zostało wyróżnione przez władze miasta nagrodą dla „wzorowej społeczności lokalnej” i zagrało w filmie propagandowym. W tamtych czasach każdy dom miał ukwiecony taras i podwójne, pomalowane na czarno drewniane drzwi z kamiennym portalem. Na drzwiach wisiały wymyślne kółka z brązu, spełniające funkcję kołatek, które w czasach zainicjowanej przez Mao Zedonga kampanii Wielkiego Skoku Naprzód przetopiono na stal.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1]Renminbi (chiń. dosł. „ludowa waluta”), juan – waluta Chińskiej Republiki Ludowej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2018

Wydanie I