Ukryty Przypadki Romana Brandstaettera - Jan Grzegorczyk - ebook

Ukryty Przypadki Romana Brandstaettera ebook

Jan Grzegorczyk

0,0
80,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ukryty to książka o Romanie Brandstaetterze, autorze niepowtarzalnej w literaturze polskiej i europejskiej czterotomowej powieści Jezus z Nazarethu, w której przywrócił Chrystusowi semickie rysy i historyczny wymiar.

Większość zna go jako wybitnego pisarza chrześcijańskiego, autora Kręgu biblijnego i franciszkańskiego oraz wspaniałych modlitw. Tymczasem jego życie dzieliło się na dwie nieprzystające do siebie części – przedwojenną, w której Brandstaetter jawi się głównie jako gorliwy syjonista, potępiający wszelkich asymilantów i renegatów, oraz powojenną, w której był głosicielem Jezusa z Nazarethu. Był świadom, że Żydzi nie wybaczą mu jego konwersji, uznając ją za zdradę. Obawiał się również, że Polacy nie wybaczą mu jego przedwojennych tekstów, w których gromił zarówno endeków, jak i liberałów spod znaku Boya-Żeleńskiego. Dlatego szczelnie zakrył cały swój przedwojenny dorobek i ten etap życia. Zanotował w kalendarzu: „Jestem ukryty za zasłoną… Chcą, abym udzielał wywiadów, ale po co, skoro nie mogę opowiedzieć o swoim życiu”.

Jan Grzegorczyk, autor m.in. bestsellerowego cyklu o przypadkach księdza Grosera i przyjaciel Romana Brandstaettera, czterdzieści lat po śmierci tego pisarza odsłania jego „ukryty żywot”. Na podstawie nieznanych dotąd materiałów archiwalnych oraz własnych rozmów z Brandstaetterem i świadkami jego życia – m.in. Tamarą Karren, pierwszą żoną pisarza, Mordechajem Palzurem, ostatnim krewnym i byłym ambasadorem Izraela w Polsce, a także ojcem Janem Górą – Grzegorczyk przedstawia jego „nieznane przypadki”, przekonany, że autor Jezusa z Nazarethu chciał zostać „odkryty dla wieczności”. Zarazem przyznaje, że udało mu się pokazać jedynie część tej historii. Pisarz pozostaje Tajemnicą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 759

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jan Grzegorczyk Ukryty. Przypadki Romana Brandstaettera ISBN Copyright © by Jan Grzegorczyk, 2026All rights reserved Redaktor prowadzący Karolina Pawlik Redakcja Paulina Jeske-Choińska, Agnieszka Czapczyk, Marta Stołowska Projekt okładki i stron tytułowych Tobiasz Zysk Fotografie na okładce fot. Maciej Kuszela (portret Romana Brandstaettera) fot. ze zbiorów Marka Tomaszewskiego (fotografia płonącej synagogi) W książce wykorzystano ilustracje autorstwa Romana Brandstaettera (ze zbiorów Ossolineum). Wydawnictwo dołożyło należytej staranności w celu odnalezienia właścicieli i dysponentów praw autorskich do materiałów ilustracyjnych zamieszczonych w książce. W wypadku niejasności prosimy o kontakt. Projekt typograficzny i łamanie Barbara i Przemysław Kida Książka wydana pod patronatem Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Mojej Żonie Justynie

Wiele błądziłem.

Mój żal jest koronnym świadkiem

Tego wyznania.

Ale cokolwiek się działo w mym życiu,

Zawsze Ciebie kochałem.

…

Panie,

Wczoraj byłem kimś innym,

Niż jestem dzisiaj.

Powiedz mi zatem,

Który z nas obu

— Ja wczorajszy

Czy ja dzisiejszy —

Jest moim prawdziwym

Ja?

Roman Brandstaetter, Z rozmów z Bogiem

Historia Romana Brandstaettera jest jak rozbity dzban, odnaleziony w ruinie spalonego domu. Pozbierałem, co było w mojej mocy. Nie wszystkie skorupy się odnalazły. Próbowałem je skleić. Nie mam pewności, czy udało mi się wszystko dopasować. Może w niektórych miejscach się pomyliłem. Ale kierowałem się zasadą, którą we mnie zawsze wpajał. Pisarz nie pisze, jak było, ale jak mogło być. Tak więc książka ta nie może być traktowana jako dokument, lecz fikcja literacka. Nie jako źródło do cytowania w pracach naukowych, ale jako inspiracja dla tych, którzy próbują sobie wyobrazić, kim był Roman Brandstaetter.

W wielu wypadkach listy, dokumenty, utwory skróciłem tak, aby dały się zlepić w dzban i napełnić życiem mojego Bohatera.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Był listopad 1982 roku. Zacząłem pracę w dominikańskim wydawnictwie „W drodze”. Roman Brandstaetter dowiedział się od naczelnego, ojca Marcina Babraja, że ten zaangażował człowieka, który napisał pracę magisterską o jego Jezusie z Nazarethu. Pierwsza praca o nim na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. O autorze zakazanym, ale nie z racji politycznych — z powodu „dobrego smaku”. Po prostu jako pisarz tak zwany katolicki, a więc drugorzędny, Brandstaetter nie wchodził w zakres polonistycznych badań. Konwicki, Mrożek, Witkacy, Różewicz, Herbert, Miłosz, Nowakowski — to były nazwiska budzące szacunek. Co prawda mój profesor Jerzy Ziomek sam wydał kiedyś książkę Wizerunki polskich pisarzy katolickich. Szkice i polemiki, ale była to rzecz z epoki stalinowskiej, z określonym przesłaniem.

Brandstaetter poprosił, bym dał mu do przeczytania moją magisterkę. Już nazajutrz do mnie zadzwonił. W słuchawce usłyszałem charakterystyczny głos. Matowy, starty, z chrypką, jakby lekko obrażony.

— Przeczytałem pański tekst. Czy byłby pan w stanie do mnie przyjechać? Adres Winogrady 37 mieszkania 6. Wysiądzie pan przystanek za Cytadelą.

Pognałem jak na skrzydłach. Spotkanie z mistrzem, z którym do tej pory nigdy nie miałem możliwości osobiście porozmawiać. Zresztą Ziomek sugerował, bym nie szukał z nim kontaktu, bo muszę uniknąć jego wpływu na kształt pracy. Obserwowałem go od dawna, z daleka. Imponująco wyglądał, zwłaszcza zimą, gdy stał w żółtawym baranim kożuchu, który czynił go jeszcze większym, w obłoku dymu z fajki.

Powitał mnie w wiśniowym golfie i miodowych spodniach wysoko naciągniętych na szelkach. Bez zbędnych słów wprowadził mnie do gabinetu. Wskazał krzesło przy swoim biurku. Siedział chwilę w milczeniu, zapaliwszy fajkę. Cisza była dla niego przedpokojem do rozmowy.

— Otóż pańska praca — odezwał się — nosi znamiona gienialności.

W punktach przedstawił mi, co w nim odkryłem, a czego do tej pory żadni krytycy nie zauważyli. Szalenie podobał mu się temat pracy: Relacje i narracje w „Jezusie z Nazarethu”. Krótko mówiąc, narracje to była warstwa fabularna w powieści, a relacje to te fragmenty, gdy narrator objaśniał nam świat Izraela sprzed dwu tysięcy lat z pozycji historyka, biblisty. Długo rozmawialiśmy o moim odczytaniu jego Judasza — postaci tragicznej. Wracałem dumny ze spotkania, urosłem o parę centymetrów. Zdałem relację w redakcji, w domu etc. Parę dni chodziłem w obłokach. Szybko jednak zrozumiałem, że Brandstaetter cechę „gienialności” przypisywał każdemu, kto o nim napisał. Dusił go kompleks przemilczenia.

Tak czy owak, wkradłem się w łaski mistrza, który uchodził za największego żyjącego pisarza chrześcijańskiego. A wtedy to coś znaczyło…

Po paru tygodniach otrzymałem od naczelnego zadanie przeprowadzenia z bohaterem mojej pracy wywiadu do miesięcznika.

Siedziałem zatem po raz drugi przy jego biurku i czekałem na odpowiedź dotyczącą niekonsekwencji między pisarską deklaracją, że pisać należy tak, aby powieść zamierzoną na trzy opasłe tomy zmieścić w trzech możliwie krótkich zdaniach, a pisarską praktyką, bo żeby opowiedzieć żywot Jezusa, potrzebował czterech tomów.

Za oknem widać było nagie gałęzie lipy, cudownie opisanej przez Anzelma, bohatera jego opowiastek i bez wątpienia jego porte-parole. Lipa za oknem jako jedyna ocalała z rzezi dokonanej przez pracowników miejskiej zieleni. Podobnie jak on jedyny pozostał przy życiu z całego rodu po nazistowskiej rzezi.

Brandstaetter na początku przyznał się, że go przyłapałem na gorącym uczynku niekonsekwencji, ale ten w sumie błahy powód posłużył mu do wyrażenia swojego credo.

— My wszyscy składamy się z samych sprzeczności. Nie powinniśmy sprzeczności w sobie ani zatajać, ani się ich wstydzić. Nie zapominajmy, że nawet w Piotrze Apostole, skale, na której Chrystus zbudował Kościół, też było wiele sprzeczności, we wszystkich apostołach… Sprzeczność i niedowiarstwo to są rzeczy, które się ze sobą łączą. Niezbadane są drogi prowadzące do Boga. Są i takie, które wiodą przez błędy, chorobę, słabostki, lekkomyślność, a niekiedy przez grzech śmiertelny.

— Większość woli się nie przyznawać, że jest niespójna…

— Kochany panie, ja w ogóle boję się ludzi nieprzeżywających sprzeczności, którzy działają apodyktycznie… Konsekwentny był Hitler, jak każdy diabeł… I co z tego wyszło. Saul z Tarsu, zanim stał się św. Pawłem, był dowódcą oddziału egzekucyjnego, który wykonał wyrok śmierci na św. Szczepanie… Więc biografowie w sędziowskich togach, którzy lubią szperać po życiorysach swoich bliźnich, niech zważą, że badania nad dziejami nawróceń są dziedziną bardzo trudną… Tropiciele dróg prowadzących do Damaszku winni mieć zawsze w pamięci, że kroczą po ziemi spotkań Boga z człowiekiem. Śledząc ich utajone treści, powinni to czynić z umiarem, subtelnie, a przede wszystkim nie wkładać palców do nie swoich ran…

Od tamtej chwili minęło trzydzieści osiem lat. Odsłuchałem po raz kolejny taśmę z nagraniem naszej rozmowy, dość znacząco różniącej się od wywiadu, który ukazał się drukiem.

Dlaczego wtedy nie zrozumiałem emocji, z jaką wypowiadał kwestię o niewkładaniu palców w cudze rany?

Dlaczego nie spytałem, o jakich ranach mówił?

Jak to się stało, że w ciągu kilku lat naszej przyjaźni zmylił tropy, uśpił czujność? Przecież zawarłem z nim nawet umowę, że jako jego uczeń napiszę jego biografię. Przystał na to z zadowoleniem.

— Panie Romanie, musi mi pan uczciwie każde pięć minut swojego żywota zrelacjonować, całe przedwojnie.

— Ale tam nie ma do czego sięgać, to są śmieci! Jako pisarz zacząłem się od napisania Powrotu syna marnotrawnego.

— Dobrze… ale bez cenzury…

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak tą swoją deklaracją, która miała świadczyć o mojej rzetelności, go wystraszyłem.

Po kilku dniach od tej rozmowy ojciec Jan Góra zakomunikował mi, że mam zostać redaktorem jego książki o Brandim. Nikt inaczej go w moim środowisku nie nazywał.

Zatkało mnie. Ale nie zdradziłem się przed nim. Zadzwoniłem wieczorem do Brandstaettera i mówię:

— Jak to, panie Romanie? Zawarliśmy umowę, a Góra mi mówi, że to z nim się pan umawia.

— No on już tę książkę ma prawie gotową.

— Ale przecież to trzeba długich miesięcy, żeby przeryć się przez pański żywot. To będzie jak laurka pogrzebowa.

— No tak, tak bym chciał usłyszeć kazanie na swoim pogrzebie, a tego nie doczekam. To, co ty napiszesz, będzie czymś zupełnie innym…

Po paru miesiącach zmarł.

* * *

Odpuściłem sobie pisanie tej książki. Owszem, napisałem o Brandstaetterze sporo tekstów, stworzyłem scenariusze do filmów o nim. Ale do biografii się nie garnąłem. Zresztą część materiałów, które przekazał do archiwum w Kórniku i Ossolineum, obłożył zapisem, że mogą zostać ujawnione po 10–20 latach. Widocznie uznał, że ich wcześniejsza publikacja byłaby szkodliwa.

Po latach chęć zmierzenia się z Mistrzem powróciła. Z jednej strony szedł w zapomnienie, a z drugiej pisano rzeczy, w których Brandstaetter, jakiego znałem, ten pełnokrwisty, biblijny człowiek, niknął.

Zamiar napisania książki wyjawiłem znajomemu dziennikarzowi radiowemu Sławkowi. Zaprosił mnie na rozmowę do radia.

— Czemu chcesz napisać tę książkę? Czy nazwisko Brandstaetter dziś cokolwiek komuś mówi?

— Myślę, że niewielu, ale tym, którym mówi… ratuje życie. Życie duchowe przynajmniej… To, że nie mówi, to żaden argument. Nazwiska wielu pisarzy, twórców, którzy kiedyś byli ikonami, dziś już nic nam nie mówią. Zresztą nie tylko twórców. Polityków, kardynałów, sportowców, którzy byli mistrzami świata. To jest normalne. Umiera człowiek, a za jakiś czas umiera pamięć o nim. No i to jest szansa dla mnie. Że mogę go jakby na nowo wzbudzić…

— Ale po co?

— Niósł w sobie dramat, który twórczo przezwyciężał… Przegrywał i zwyciężał.

— Co to był za dramat?

— Był człowiekiem, którego życie rozpadało się na dwie nieprzystające do siebie części. Można powiedzieć, że niósł w sobie kryzys tożsamości. Ale był też swoim lekarzem. Przez całe życie leczył siebie. Nie poddawał się… W każdej życiowej sytuacji walczył. Sformułował jedną z najpiękniejszych definicji człowieczeństwa.

— Jaką?

— Jestem, gdy jestem dobry.

— Jeszcze do tego wrócimy… do dobra. Ale na czym to polegało, że rozpadał się na dwie nieprzystające części?

— My tak naprawdę znaliśmy tylko jedną jego część. Był dla nas największym żyjącym pisarzem chrześcijańskim. Autorem Jezusa z Nazarethu, książki niespotykanej w dziejach literatury europejskiej, przełożonej na kilka języków. Pokazał nam wymiar Jezusa, jakiego nie znaliśmy. Myśmy Go znali albo poprzez urokliwe legendy, że urodził się na Podhalu, albo mieliśmy Jego wizerunek bardzo zlatynizowany. A on pokazał nam Jezusa historycznego — Żyda. Jako pierwszy zwrócił uwagę na zabawny paradoks w Quo vadis Sienkiewicza. Jest tam scena, w której Piotr ucieka z Rzymu w czasie prześladowań Nerona. Quo vadis, Domine? — pyta Jezusa, którego spotyka na Via Appia. Brandstaetter kręcił głową: „Spotyka się dwóch Żydów i rozmawiają po łacinie”…

Napisał wiele książek, które po dziś dzień są pokarmem dla chrześcijan i nie tylko, dla wszystkich poszukujących Boga. Ateiści według Romana Brandstaettera są bliżej Boga niż pobożni dewoci. Modlił się za ateistów. Twierdził, że Pan Bóg się przez nich objawia. Napisał, że Pan niekiedy chce, aby człowiek w Niego nie wierzył, gdyż ta niewiara jest jeszcze jednym dowodem na Jego istnienie. Był mędrcem. Ale nie był nim zawsze… Przed wojną był kimś zupełnie innym. Walczył z chrześcijaństwem, Kościołem… w pewien sposób z Chrystusem. Zresztą ze wszystkim, co się dało.

— Janie, rzeczywiście? Z Chrystusem?

— To szalenie skomplikowane. Miał bardzo krytyczny stosunek do Kościoła, który wedle naszej wiary założył Jezus, dając polecenie: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię. Więc w okresie przedwojennym on tego polecenia na pewno nie akceptował ani nie rozumiał. W drugiej połowie swego życia z kolei uważał, że nie ma nic ważniejszego w życiu, niż głosić Jezusa.

On do Chrystusa się całe życie zbliżał, pozornie jakby się od Niego oddalał i z Nim walczył.

Były okresy przed wojną, gdy Chrystus go fascynował jako Wielki Brat Żyd. Ale miał pytania do Niego z powodu Jego wyznawców. Posłuchaj wiersza U grobu Chrystusa:

 

Wstąpiłem w Twój grób,

jak w głąb własnej duszy…

Pachniało w krypcie jak w ogrodach Getsemani.

Pamiętasz?

Przez dwa tysiące lat

Ja jeden czuwałem przy Twoim grobie.

Cień Twego profilu, Twój umęczony brat,

Twój ciernisty śpiew!

Milcząco cały zamieniam się w krew.

Więc spytaj Chrystusie Twoich wyznawców,

Klęczących na całym świecie u Twoich stóp

Czemu krew tego polskiego Żyda spływa na mój grób?

 

Większości wyznawców Jezusa nie znosił. Zwłaszcza pod postacią endeków. O jednym z nich tak pisał na początku lat trzydziestych:

 

…obnosić się on będzie świętoszkowato z Imieniem Chrystusa na ustach, wypisze Imię Jego na swym sztandarze, będzie walczył w Jego obronie — a równocześnie codziennie krzyżować Go będzie w głębi swego serca, poić Go będzie żółcią swojej nienawiści i każdym słowem przeczyć będzie idei miłości Wielkiego Galilejczyka.

 

— Mocne słowa.

— To jeszcze jeden ustęp:

 

Zapomni endecki kaduceusz, że w każdej dzielnicy pogromu Żyd konający pod nożami zbirów ma twarz podobną do twarzy Chrystusa umierającego na Krzyżu, że każdy sklepikarz żydowski z brudnych Nalewek, że każdy łaciarz żydowski z ciemnych nędznych suteryn, bity przez antysemicką swołocz ma więcej w sobie „chrystusowości” w najpierwotniejszej formie, niż wszystkie faryzejskie i załgane endeki, że z jednej kropli krwi żydowskiej więcej krzyczy jezusowej krzywdy — niż z wszystkich chrześcijańskich demokratów na całej kuli ziemskiej.

 

Brandstaetter w młodości bardzo chciał stać się Polakiem, wejść w polską kulturę, lecz w pewnym momencie stał się jednym z czołowych syjonistów. Marzył, żeby wydostać się z Polski, pojechać do Palestyny i zakładać państwo Izrael… A tych, którzy chcieli się asymilować, którzy w Polsce widzieli ojczyznę, nazywał renegatami, zdrajcami. Ale ta jego Ziemia Obiecana stała się Ziemią Koszmaru… W czasie wojny legły w gruzach wszystkie jego ideały… Wiara…

— To smutne…

— Nie, zapewniam, że nie. Nie zamierzam napisać smutnej książki. W wyniku całej wojennej zawieruchy Brandstaetter trafił do Poznania i tu napisał wszystkie najważniejsze utwory. Chociaż na początku nienawidził tego miasta. Został do niego zesłany. To niesamowite, że wielu najbardziej barwnych ludzi w Poznaniu było zesłańcami. Albo uchodźcami…

— Kogo masz na myśli?

— Kazimierę Iłłakowiczównę, Eugeniusza Pauksztę, słynnego chirurga Konstantego Tukałłę… Bez tego miasta ich życie na pewno wyglądałoby inaczej… Nieraz ziarno rzucone niby nie na swoją glebę daje niezwykły owoc.

— Mówiłeś, że Brandstaetter ratuje życie.

— Tak, dziesiątki zdań w jego twórczości są niczym liny ratunkowe, jak choćby: „Noc po to zapada w sercu człowieka, by na jego dnie zajaśniały gwiazdy”… Właściwie nie ma dnia, żebym nie myślał jego zdaniami. Ile razy pocieszałem się jego prawdą: „Człowiek jest mądry między jedną a drugą głupotą, którą popełnia”.

* * *

Kiedy dziennikarz odprowadzał mnie po audycji do wyjścia, z gabinetu wyszedł prezes Pietryszek.

— Gratuluję. To może być ciekawy cykliczny program. Zróbmy rok z Brandstaetterem.

Spojrzałem na Sławka. Uniósł kciuk w górę. Przybiliśmy piątki. Krótko uzgodniliśmy, jak będziemy się do audycji przygotowywać. Czasem żywa rozmowa, a czasem będę mu dawał materiały, z których sam coś wybierze.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Część I 

Telefon

Dzień po audycji odebrałem telefon.

— Tu Stefania Pajączkowska. Pozwoliłam sobie zadzwonić w związku z tym, co usłyszałam w radiu. To, co pan powiedział, było piękną… nieprawdą.

— Tak? Ale w którym momencie?

— W całości… Brandstaetter był złym człowiekiem… Zakłamanym, próżnym, złośliwym… i po prostu złodziejem.

— Ma pani na to jakieś dowody?

— Ja jestem dowodem. Ukradł mi cztery listy od Marii Dąbrowskiej. To był mój największy skarb, jaki miałam. Zwracałam się do niego niezliczoną ilość razy, żeby mi je oddał.

— I co?

— Traktował mnie jak śmiecia, żyjątko niższego szczebla. Był tak pyszny, że pewno nie mógł zrozumieć, że akt zawłaszczenia przez niego mojej najcenniejszej relikwii nie przynosi mi satysfakcji. Przecież otarłam się o jego boski wymiar. Grzech popełniany przez bóstwo jest rzeczą świętą.

— Może byśmy się spotkali i na spokojnie by mi pani opowiedziała…

— Na razie to wykluczone. Piszę swoją książką o Brandstaetterze. Tylko ja ukażę w niej, kim ten człowiek był naprawdę. Pokażę człowieka zdeprawowanego. Rozumiem, że pan mu wiele zawdzięcza, nie tylko to, o czym mówił pan w radiu. Ja przeciwnie. Tego, co mi zrobił, nigdy mu nie wybaczę.

Rozłączyła się.

Nie mogłem zapisać numeru, bo był zastrzeżony. Emocja w jej głosie była porażająca. Wyrażała się w sposób cięty, precyzyjny. „Wariatka”, pomyślałem. Inteligentna wariatka. Bez wątpienia musiała znać Brandiego. Znała język, którym się posługiwał na co dzień. Nie w książkach. Złośliwy był. Tyle że ja odbierałem to jako jego urok. Czasem bawił mnie jak słynny Louis de Funès. Kiedyś mi powiedział, że złośliwość jest jedną z największych cnót człowieka. To było wtedy, gdy wróciłem od Juliana Stryjkowskiego. Twórcy ongiś skażonego stalinizmem, a w latach osiemdziesiątych autora opozycyjnego. Brandstaetter tropił wszystkich „nawróceńców”. Nie dowierzał nikomu. Stryjkowskiego — pisarza też żydowskiego — nazywał kurduplem z dupą wiecznie gotową, by siąść i pisać. No więc wróciłem od Stryjkowskiego i mówię Brandstaetterowi: „Pan tak się o nim źle wyraża, a on pana szanuje. Widziałem pana książki na regale w jego gabinecie i ceni pana Jezusa z Nazarethu”. Widać połechtało go to, ale po chwili odzyskał pion. „To niedobrze” — powiedział. „Normalny człowiek bez złośliwości jest jak nieosolona zupa, a dla pisarza to już po prostu tragedia”.

Tak, mnie to bawiło… Pajączkowską ta jego cecha mierziła.

Tukałło — tabernakulum

Znalazłem się w domu profesora, znakomitego chirurga, z racji wywiadu z jego żoną Marią, wnuczką Marii Chełkowskiej, która w iście filmowy sposób sprowadziła do Poznania Ignacego Paderewskiego. Jego przyjazd był detonatorem powstania wielkopolskiego. Zbliżała się setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Profesor przysłuchiwał się rozmowie. Po zakończeniu tematu niepodległościowego zaczęliśmy rozmawiać o wspólnym znajomym — Brandstaetterze. Przeszliśmy do gabinetu profesora, by mógł oddać się czynności najistotniejszej — paleniu papierosa.

— Słyszałem od ojca Babraja, że był pan u Brandstaettera w czasie jego odchodzenia w szpitalu na Lutyckiej. To była jakaś konsultacja? — spytałem.

— A nie… Wie pan, ja byłem ordynatorem na chirurgii, a on leżał na OIOM-ie, na kardiologii. Ja tam nic pomóc nie mogłem. Stwierdziłem tylko, że z niego uszła energia życia. Wtedy człowiek umiera. Nie na konkretną chorobę, tylko ze względu na brak energii…

Czekałem, aż profesor powie coś więcej.

Kolejny raz zapalił. W jego gabinecie było siwo. Profesor i Brandstaetter mieli z sobą to wspólne, że wszystko wypowiadali w obłokach dymu. Oddychali dymem, z tym, że pierwszy papierosowym, a drugi dymem z fajki. Gęsta siwa czupryna profesora zlewała się z białymi obłokami. Miał pooraną zmarszczkami twarz, a przede wszystkim czoło. Imponujące. Niczym Samuel Beckett.

— A kiedy spotkał pan po raz pierwszy Brandstaettera?

— To było gdzieś na początku lat siedemdziesiątych. Siedemdziesiąt trzy, może cztery. Ja już wtedy byłem ordynatorem oddziału chirurgii na Lutyckiej. Zadzwonili do mnie od ojców dominikanów, że Brandstaetter ma jakieś nieokreślone bóle obu nóg i czy bym nie zechciał go zbadać… Naturalnie, proszę bardzo… Przyjechał, zbadałem mu te nogi i stwierdziłem na szczęście, że ukrwione są dobrze, nie jest to miażdżyca. I poradziłem masaże i masażystę. Tylko zastrzegłem, że musi być to myślący masażysta. Po kilku tygodniach wpadł jeszcze, by podziękować. Przyniósł mi swoją książkę z dedykacją. Siedzi, rozmawiamy i nagle do gabinetu wchodzi człowiek, który przed wojną pracował w naszym majątku w Ościukowiczach. Coś w worku taszczy, zwraca się do mnie po imieniu.

A to był mój znajomy przedwojenny, Lis. No, dziwny człowiek, który w bójce pijackiej dźgnął kogoś w brzuch i trafił do więzienia. Przyszedł, żebym mu wystawił zaświadczenie lekarskie, które potrzebował do renty czy emerytury. Klął jak szewc na komunistów, aż go musiałem uciszać, bo w tamtych latach to było niespotykane, żeby przy nieznajomych tak się zdradzać ze swymi poglądami. Coś mu odbiło. I patrzył przy tym na Brandstaettera, jakby to on był tym komunistą… No i na koniec otwiera worek i każe mi wyciągnąć. Patrzę, a tu tabernakulum z kaplicy, która była w naszym dworku w Ościukowiczach. W czasie wojny wszystko spłonęło. No i okazało się, że ocalało to właśnie tabernakulum. Tabernakulum, przy którym odprawiał swoją ostatnią mszę przed wywiezieniem na Sybir słynny ksiądz Hlebowicz. Służyłem mu wtedy do mszy. Kiedy Lis wyszedł, opowiedziałem historię tabernakulum Brandstaetterowi. Przy tym tabernakulum leżał mój ojciec po śmierci. Przy tym tabernakulum ojciec i ja przystąpiliśmy do Pierwszej Komunii. Odświeżyliśmy je i teraz stoi w naszej sypialni.

— A Ościukowicze gdzie leżą?

— To jest dzisiejsza Białoruś. Cztery kilometry od miasteczka Ilja. Ponad siedemdziesiąt kilometrów na południowy wschód jest Mińsk, a sto sześćdziesiąt na zachód mamy Wilno.

W miasteczku były dwa kościoły rzymskokatolickie, dwie cerkwie i jedna synagoga, chociaż połowa mieszkańców Ilji to byli Żydzi.

— Pan ich pamięta? Pan miał wtedy chyba piętnaście lat?

— Niecałe… — Tukałło zapalił papierosa i zginął mi w chmurze. — Czy pamiętam? Przecież oni pracowali u nas we dworze. No i do Ilji ciągle się jeździło. I do kościoła, i w interesach. Przy głównej ulicy Żydzi prowadzili ubogie sklepiki z różnymi towarami. Tuż przy rynku znajdował się sklep wdowy Brojdowej i jej trzech córek. W szabas sklep był otwarty, na ladzie paliły się szabasowe świece. Można było dostać towar, ale opłatę należało uiścić następnego dnia, po sumie. Drobne oszukanie Pana Boga…

Oczy Tukałły się zaszkliły. Zanurzył się w przeszłości.

— U Brojdowej można było kupić prócz towarów spożywczych naftę, denaturat, świece, papierosy, machorkę, zapałki. Nigdy nie brakowało sprzedawanych z beczki śledzi. I ten świat zginął w jeden dzień… w marcu 1942 roku. Wiadomo było, że tak się stanie, dokąd to zmierza. Był taki znany kupiec Alperowicz. Już w 1939 roku na spotkaniu z gminą żydowską zawiadomił, że nie kupi drewna, bo jest obeznany z działaniami Niemców i on wyjeżdża do Ameryki… Wczesną wiosną czterdziestego drugiego roku przybył na Białoruś Eichmann, celem ostatecznego rozwiązania problemu żydowskiego. Szef komanda zażądał od Żydów czterech ton zboża. W czterdzieści osiem godzin… Że niby to odwlecze egzekucję. Ale skąd tu wziąć tyle zboża? Chłopi jedli tylko ziemniaki i kapustę… Postanowiliśmy z moim starszym bratem im pomóc. W nocy załadowaliśmy na sanie dwieście kilogramów owsa. Ale w końcu pojechałem tylko ja, byłem niski, nie wyglądałem na swoje piętnaście lat. Istniała nadzieja, że mnie białoruska policja nie zatrzyma. Sanki obciążone ponad miarę ślizgały się po topniejącym śniegu. Fryga, piękna czarna klacz, która przed wojną służyła tylko do jazdy konnej, z trudem je ciągnęła. Wjazdy do miasta były gęsto obstawione przez niemiecko-białoruskie patrole. Na szczęście łatwo dało się poznać, że dostali bez ograniczeń wódki przed egzekucją Żydów. Skręciłem w bramę popa, żeby przez jego podwórze wjechać do centrum. Nagle pop Matwiej wyskoczył przede mną, ospowaty, z długą siwą brodą. Rozłożył ręce, zabraniając przejazdu. „Zboże wieziesz Żydom, zabiją cię!”. „Batiuszka, trzeba pomagać tym, których nazwano wyklętymi”. „Bohaterskie czyny! Młodociana głupota niewarta paru kopiejek! Nie dam ci zginąć. Kostek, wracaj do domu. Nie powieziesz dalej zboża!” A mi wtedy przyszedł do głowy urywek z Dziadów Mickiewicza. Nie wiadomo skąd i na co.

 

W dzień Bóg nam dokucza, lecz w nocy wesele.

W noc późną próżniaki się tuczą,

I w nocy swobodniej śpiewają minstrele,

Szatany piosenek ich uczą.

 

— Pan to pamięta? Po tylu latach…

— Dopóki pamięć jest, warto żyć, bo inaczej człowiek jest tylko ciężarem dla rodziny…

— I co pop na tego Mickiewicza?

— Nagle się zmienił całkowicie. Wsiadł do sanek i wesołym głosem rozkazał: „Jedź do Szałdona, pojadę z tobą, oszukamy szatana”. Wjechaliśmy na rynek miasteczka, policjanci przypatrywali się nam ciekawie, a pop ich błogosławił, czasem zagadywał. Przy kamieniu z gwiazdą Dawida skręciliśmy na podwórze Szałdona. Jego dwóch synów błyskawicznie rozładowało sanki. Stary Szałdon stał w swym domu spokojny i dostojny. „Panie Konstanty, dziękuję. Niech pan nas dobrze wspomina i niech nam pan wybaczy… bramę triumfalną. Zrobiliśmy to z tchórzostwa, a nie z wrogości do Polaków”. No bo Żydzi wydali w ręce bolszewików wielu Polaków i na ich powitanie w 1939 roku zbudowali bramę triumfalną…

No a potem jeszcze z przygodami wróciłem do domu… Nazajutrz nie wytrzymałem i piechotą udałem się do Ilji… — Kostek jako dziecko stracił nogę, więc iść pieszo znaczyło dla niego co najmniej jakby iść dwukrotnie. — Ominąłem bez trudu patrole. Przed sklepem spotkałem Esterę Brojdową. Powiedziała, że była u nas rewizja i że aresztowali naszą matkę… Była smutna. Na koniec poprosiła, żebym pobłogosławił rodzinę, bo dziś nastąpi zagłada Żydów. Dziś skończy się to miasteczko. Mówiła, że wczoraj rabin ich zwołał i po żałobnej modlitwie oświadczył, iż powinni przyjąć wyrok Boga. Najwyższy postanowił, że czas Żydów w Ilji się skończył. Będą zabici. Nie mogą buntować się przeciw woli Bożej, lecz przyjąć wyrok z pokorą…

— Wszyscy to przyjęli?

— Prócz dwóch osób… Dentystki i jeszcze kogoś, ale nie pamiętam nazwiska. Zaraz po tej rozmowie pijani policjanci zaczęli wyprowadzać całe rodziny na śmierć… Zabijali ich w stodole strzałem w głowę, potem wieczorem kazali chłopom wywozić ich do dołów, tam polewali benzyną i palili. Ciała oblane benzyną płonęły kilka dni…

— Pan to widział?

— Nie, skryłem się… słyszałem… A potem kilka dni widziałem łunę. Po powrocie do domu nie zastałem matki. Rzeczywiście ją aresztowali.

— Pan to wtedy opowiedział Brandstaetterowi?

— Nie. On chciał wiedzieć jak najwięcej o Ościukowiczach. O życiu we dworze za czasów świetności. O wszystkim, co wiązało się z tabernakulum. Opowiadał o swojej żonie szlachciance z Woli Sękowej, o jej bracie… widać go bardzo cenił. Prosił mnie, żebym to wszystko spisał, że on z tego zrobi utwór literacki… Tabernakulum…

— A o Wilnie rozmawialiście? Brandstaetter kilka miesięcy mieszkał w Wilnie w tym samym czasie co pan. Może i wpadliście kiedyś na siebie… No i nie zgadaliście się.

— Nie…

— Szkoda, Brandstaetter był ze swoją żoną, tam ją poślubił, a ściślej w Trokach…

— Mówił, mi że ślub miał w Rzymie…

— Z Reginą z Wiktorów herbu Brochwicz. Ona była jego drugą żoną.

— Niemożliwe…

— Pierwszą była Żydówka. Tamara Karren, a właściwie Maja Salomonowicz. Tamara Karren to był jej pseudonim literacki.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki