Ukryty pod tatuażami. Sekrety i namiętności #2 - Meghan March - ebook + audiobook

Ukryty pod tatuażami. Sekrety i namiętności #2 ebook

Meghan March

0,0
39,90 zł

Opis

Constantine Leahy zawsze był outsiderem, a przy tym bogatym i przystojnym mężczyzną, właścicielem salonu tatuażu i kilku nieruchomości. Męski, wytatuowany, podobał się wielu kobietom, ale tylko jedna zapadła mu w pamięć. Była wyjątkowa pod każdym względem, jednak zdecydowanie poza jego zasięgiem. To nawet nie była inna liga, to był inny świat. I chociaż kiedyś spędziła z nim noc, to następnej na pewno nie będzie. Dodatkowo on nic z niej nie pamiętał. Przez alkohol.

Vanessa Frost, jako ostatnia żyjąca potomkini rodu Bennettów, planowała zostać szefową rodzinnej fundacji. Aby zdobyć akceptację rady nadzorczej, musiała doprowadzić do końca pewien projekt. Jej wuj, aktualny dyrektor, nie tolerował pomyłek i nie przyjmował usprawiedliwień. Kiedy więc się zorientowała, że projekt upada, była zdeterminowana. Musiała odnieść ten sukces, nawet za cenę paktu z diabłem. Tyle że tym diabłem okazał się przystojniak, z którym się kiedyś przespała. Ale w przeciwieństwie do Cona ona zapamiętała wszystko... I nie mogła o nim zapomnieć.

Vanessa skutecznie ukrywała swoje emocje. Dostrzegała pod tatuażami Cona znacznie więcej niż drogę do swojego dziedzictwa. Nie było jej jednak łatwo przebijać się przez jego sarkazm i ironię, a do tego znosić przykre komentarze. On natomiast nie był w stanie oderwać myśli od Vanessy. Była niczym prawdziwa księżniczka. Chłodna, opanowana, z klasą. To nie była kobieta dla niego, a on powinien trzymać się od niej z daleka. Śmierć, do której mimowolnie się przyczynił piętnaście lat temu, była tego najlepszym dowodem...

Meghan March urodziła się w Michigan. Podejmowała się przeróżnych zajęć, od sprzedaży części samochodowych po prawo korporacyjne. Wreszcie zaczęła pisać. Tworzy niesamowite, gorące powieści, których bohaterami są twardzi mężczyźni padający na kolana przed silnymi kobietami ? i właśnie tę pracę kocha najbardziej. Obecnie żyje szczęśliwie ze swoim własnym bohaterem.

Czy pójdziesz na układ z diabłem, by osiągnąć swój cel?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 378

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Meghan March

Ukryty pod tatuażami

Sekrety i namiętności #2

Przekład: Wojciech Białas

Tytuł oryginału: Beneath This Ink (Beneath #2)

Tłumaczenie: Wojciech Białas

ISBN: 978-83-283-7669-4

Copyright © 2015. BENEATH THIS INK by Meghan March LLC

Polish edition copyright © 2022 by Helion S.A.

All rights reserved.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttp://editio.pl/user/opinie/ukrsn2_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A. ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail:[email protected]: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Zawsze wiedziałem, że była poza moim zasięgiem, ale to nigdy nie przeszkadzało mi w tym, aby jej pragnąć.

A potem w końcu zdobyłem ją na jedną noc.

Noc, której nie pamiętam.

Wygląda na to, że zmarnowałem swoją jedyną szansę.

Ale oto ponownie zjawiła się w moim życiu i tym razem mam nad nią przewagę, więc chcę spróbować jeszcze raz.

Czy będzie umiała dostrzec mężczyznę ukrytego pod tymi tatuażami?

1

Con

— Con, możesz się zająć niezapowiedzianym klientem? — zawołała Delilah. Jej głos dobiegał gdzieś z okolic wejścia do studia.

Odepchnąłem się od biurka i odgarnąłem włosy z twarzy. Były w cholerę za długie. Powinienem je skrócić, ale dziewczyna, u której strzygłem się przez ostatni rok, tydzień wcześniej praktycznie nadziała się na mojego kutasa i nie zamierzałem w najbliższym czasie dopuszczać jej z nożyczkami w okolice mojej tętnicy szyjnej. Nie przypadło jej do gustu moje podejście, że wracam po dokładkę tylko wtedy, gdy jest to tego warte. Mogłem pewnie ująć to w bardziej elegancki sposób, ale po co robić dziewczynie daremne nadzieje, skoro właściwie zapomniałem jej imienia, jak tylko ściągnęła mi gumkę z fiuta? Nie miałem czasu na ściemę, a kiedy mówię, to lubię jasne sformułowania. Krótko mówiąc, zdecydowanie zaliczam się do kolesi, którzy walą prosto z mostu. Wygląda na to, że kobiety nie cenią sobie akurat tego rodzaju szczerości, przeważnie dlatego, że wyraża ona coś innego, niż pragną usłyszeć. Ale to nie mój problem.

Wstałem i ruszyłem w stronę pomieszczenia socjalnego. Pora rzucić okiem na mojego najnowszego, niezapowiedzianego klienta.

Gdyby okazało się, że mam wytatuować napis YOLO jakiemuś debilnemu dzieciakowi, to chyba odstawiłbym sprzęt na półkę i dałbym sobie już na ten dzień spokój. Takie myśli sprawiały, że czułem się starszy, niżby na to wskazywało moje trzydzieści jeden lat.

Rozejrzałem się po studiu i moim oczom ukazał się ten nowy klient. Gdyby nie to, że już cholernie dawno temu nauczyłem się, jak tłumić swoje reakcje, to chyba ugięłyby się pode mną nogi.

To nie był żaden dzieciak.

Gdyby okazało się, że nowo przybyła kobieta chce wytatuować na swoim ciele YOLO, byłaby to zbrodnia przeciw naturze. Jej widok sprawił, że poczułem ukłucie gniewu. Może i nie pamiętałem naszej wspólnie spędzonej nocy, ale diabelnie dobrze pamiętałem następny poranek, gdy nakryłem ją podczas próby ucieczki z mojej sypialni. Nasza wymiana zdań wyglądała jak ostrzał z granatnika, tak żemożnauznaćzacud,iżobyłosiębezrozlewukrwi.Ichoćmój umysł aż buzował od tych wspomnień, to musiałem nakazać swojemu fiutowi, żeby się, do kurwy nędzy, uspokoił.

Pieprzona Vanessa Frost w dalszym ciągu była poza moim zasięgiem. Zresztą, chrzanić zasięg — była z innego świata. Była dla mnie nieosiągalna w liceum, nieosiągalna dwa lata temu i nieosiągalna w tym momencie — mogłem być tego równie pewny jak tego, że stała właśnie w moim studiu. I byłem gotów iść o zakład, że pierwsza by mi to powiedziała. Wciąż nie mogłem pojąć, jakim cudem poszła ze mną tamtej nocy do łóżka. Nie, żeby w moim łóżku nie bywały wcześniej inne bogate laski — trochę by się ich uzbierało — ale żadna nie umywała się do niej. Klasyczna elegancja w stylu Grace Kelly. Joy Leahy zmuszała mnie, żebym oglądał z nią film Złodziej w hotelu, i właśnie tę aktorkę przypominała mi Vanessa.

Jej jasnoplatynowe włosybyłyzaczesanewfantazyjnykok,ajasnobrązowagarsonkaopinałajejkrągłościwewszystkichwłaściwych miejscach. Perfekcyjnie wymanicurowaną dłoniąmuskała zawieszoną na nadgarstku złotą bransoletkę. Dostrzegłem skrawek różowego, koronkowego biustonosza wystającego spod jej różowej, jedwabnej bluzki i poczułem, jakby moje dżinsy zrobiły się nagle zbyt ciasne.

Byłem wkurzony, że tak na nią reaguję.

Wiecie, jak to jest zdobyć wreszcie coś, czego zawsze pragnęliście, ale zupełnie nic z tego nie pamiętać?

Gryzło mnie to. Ta niewiedza. Jakaś część mnie miała ochotę powiedzieć jej, żeby spadała z mojego lokalu, lecz inna część chciała zaciągnąć ją na piętro, zedrzeć z niej ciuchy i przywiązać do mojego łóżka, żeby nie mogła odejść, dopóki nie będę na to całkowicie gotowy. Czyli możliwe, że nigdy. To właśnie ta myśl — ta słabość — doprowadzała mnie do furii.

— Nie sądziłem, że cię jeszcze kiedyś u siebie zobaczę. Co mogę dla ciebie zrobić, księżniczko? — W moim głosie pobrzmiewała drwina.

W jednej chwili porzuciła nerwową zabawę swoimi bransoletkami, a jej błękitne oczy, o kilka odcieni jaśniejsze i bardziej promienne niż moje, odnalazły moje spojrzenie. Koniuszek jej różowego języka przesunął się szybko po idealnie pełnej, przykrytej błyszczykiem dolnej wardze. Jej niespokojna, zaskoczona mina uruchomiła wszystkie dzwonki alarmowe w moim umyśle. Byłem przyzwyczajony do wyciszonej, cholernie seksownej pewności siebie, która zawsze mnie u niej pociągała. A przynajmniej do chwili, gdy tamtego pamiętnego poranka otworzyła usta i powiedziała mi, co tak naprawdę myśli na mój temat.

— Chciałabym zająć ci kilka chwil.

Uniosłem brew. No, proszę, to było coś nowego. Nigdy by jej nie przyszło do głowy, żeby mnie szukać.

— Doprawdy?

— Tak, jeśli możesz mi poświęcić pięć minut.

Ponownie wróciły do mnie jej słowa z tamtego poranka, które mógłbym równie dobrze wytatuować sobie na skórze. Zrobić toponownie? Zwariowałeś? Chyba odjęło mi rozum, że w ogóle zgodziłamsię na ten jeden raz. To się nie może powtórzyć.I nikt nie może się nigdy dowiedzieć. Nikt.

A teraz prosiła mnie o przysługę?

— W tym studiu kobieta może liczyć na to, że poświęcę jej czas tylko wtedy, gdy robi sobie tatuaż albo gdy znajdzie się w pozycji klęczącej lub horyzontalnej. — Wiedziałem, że moja odpowiedź to pokaz prostactwa, ale niewątpliwie właśnie tego się po mnie spodziewała. A ja nie lubię innych rozczarowywać.

Jej policzki zapłonęły rumieńcem, a mnie przemknęło przez głowę pytanie, czy nie przypomniała sobie akurat, jak to jest przede mną klęczeć. Kurwa. Szkoda, że sam tego nie pamiętałem.Wtedy mógłbym wreszcie zamknąć ten pieprzony rozdział swojego życia.

Spodziewałem się, że Vanessa wypali idź do diabła i ruszy do drzwi, ale zamiast zrobić w tył zwrot i opuścić lokal, zrobiła coś zaskakującego.

— W takim razie niech będzie tatuaż.

Uniosłem brwi aż po sam wierzchołek czoła.

— Serio? Jaki? — W moim głosie pobrzmiewało wyraźne niedowierzanie.

Zawahała się przez moment, po czym odparła:

— Kwiat lilii. — Uniosła dłoń, aby pokazać palcami wielkość rysunku. — Dokładnie tutaj. — Wskazała na swoją kość biodrową.

— To nie ściema?

— To nie ściema. — Słysząc jej brzmiącą niczym echo odpowiedź, poczułem, jak na usta ciśnie mi się uśmiech, ale zdołałem go stłumić. Przyszła tutaj, bo czegoś ode mnie chciała i to na tyle mocno, że była gotowa zgodzić się, abym ją częściowo rozebrał i potraktował swoją maszynką do tatuażu.

Ciekawe.

— W takim razie pozwól za mną, kotku. — Zaprowadziłem ją na tył studia, do swojego pokoju, i zamknąłem za nami drzwi.

Chciała usiąść, ale ją powstrzymałem. Pragnąłem przetestować siłę jej determinacji w dążeniu do tego, co ją do mnie sprowadziło.

— Najpierw zrzuć tę spódnicę.

Uniosła gwałtownie głowę. Taak, wiedziałem, żeto da ci do myślenia, księżniczko.

— Mówisz poważnie? — zapytała.

— Oczekujesz, że zrobię ci tatuaż przez ciuchy? Nawet ja nie jestem aż taki dobry.

Spojrzała na mnie lodowato tymi swoimi przenikliwie błękitnymi oczami.

— W porządku. Ale musisz wysłuchać tego, co mam ci do powiedzenia.

— Umowa stoi. Wyskakuj z tej spódnicy, to cię wysłucham. — Nie była to gwarancja, że uda jej się dostać to, po co przyszła, ale mogłem jej chociaż wysłuchać, jeśli miało ją to zachęcić do zrzucenia fatałaszków. Jezu, byłemżałosny. Targować się, żeby zobaczyć ją nago? Większości kobiet wystarczało, że powiedziałem rozbierz się, a ich ciuchy lądowały zaraz na podłodze, a chwilę później trafiały na nią również ich właścicielki, na kolanach. Nie jestem próżny, ale nawet ja zdaję sobie sprawę z tego, że metr dziewięćdziesiąt wzrostu, masa tatuaży oraz muskulatura jak u zawodowego rozrabiaki robią wrażenie na kobietach.

Odwróciłem się od niej z wysiłkiem, żeby pozbierać swój sprzęt. Rozległo się delikatne warczenie jej suwaka, a ja poczułem, jak reszta krwi, jaka została w mojej głowie, odpływa na dół. Przez umysł przemknął mi urywany kalejdoskop obrazów z Vanessą w roli głównej — była w nich naga i opierała się o moje łóżko, a jej tyłek był cały czerwony, bo nie byłem w stanie powstrzymać się od wymierzania jej klapsów. Nie wiedziałem tylko, czy to wspomnienia, czy fantazja.

Kurwa mać. Przecież nie byłem w stanie zrobić jej tego tatuażu z erekcją wielkości sekwoi.

Zerknąłem przez ramię, nie mogąc opanować ciekawości, ile ciała odsłoniła, ale wąski fragment odkrytej skóry pomiędzy spódnicą a marynarką był daleki od obrazu nagości, jaki podsuwała mi wyobraźnia.

A słowa, które nagle wypowiedziała, podziałały na moje libido niczym kubeł zimnej wody.

— Chcę, żebyś podarował Fundacji L.R. Bennett część działki, do której posiadasz prawo własności za pośrednictwem trustu twoich rodziców.

Zmiąłem w dłoni nasączone alkoholem gaziki, żeby nie pospadały mi na podłogę. A więc to ją tu ściągnęło. Powinienem był się domyślić.WeźciefundacjęBillaGatesa,pomniejszciejąokilkamiliardów, a otrzymacie Fundację L.R. Bennett. Sama śmietanka nowoorleańskich naprawiaczy świata. A założycielami i osobami kierującymi działalnością fundacji byli krewni matki Vanessy.

Poczułem, jak gniew kiełkujący we mnie stopniowo od chwili, gdy dziewczyna przekroczyła próg mojego studia, rozpala się gwałtownym płomieniem.

— Przyszłaś, żeby prosić mnie o forsę. — Musiałem usłyszeć to od niej jeszcze raz.

Vanessa potrząsnęła głową, nie burząc ani jednego kosmyka włosów ze swojej perfekcyjnej fryzury. Ta perfekcja działała na mnie jak płachta na byka.

— Nie, nie o forsę. O grunt. Trust twoich rodziców jest właścicielem pewnej nieruchomości położonej w sąsiedztwie kilku działek należącychdofundacji.Jednakwnaszychdokumentachnotarialnych doszło do pewnej pomyłki i pojawił się w nich zapis, że w posiadaniu fundacji znajduje się również część twojej działki. Do tej pory nie stanowiło to problemu, ponieważ wszystkie znajdujące się tam budynki stoją puste. Ale, jak może słyszałeś, obecnie fundacja rozpoczyna w tym rejonie realizację projektu budowlanego — ma tam powstać nasza centrala oraz inkubator dla firm non-profit. Architekt sporządził plany, zakładając, że fundacja dysponuje całą tą nieruchomością, a nie jedynie jej częścią. — W trakcie tych wyjaśnień Vanessa wpatrywała się w swoje zaplecione dłonie.

— Skoro to problem prawny, to zatrudnij prawnika.

Vanessa podniosła na mnie wzrok.

— Nie mam czasu na załatwianie należytych formalności. To by zajęło całe miesiące, a ja mam już umówiony termin rozbiórki.

— W takim razie zaproponuj jakąś cenę, żeby odkupić ode mnie tę ziemię.

Przygryzła wargę.

— Prawie wyczerpałam swój budżet. Przekroczę go również wtedy, jeśli będę musiała zlecić architektowi przerobienie planu. — W każdym jej słowie dało się słyszeć frustrację. — Uwierz mi, że nie przyszłabym tutaj prosić cię o pomoc, gdybym znalazła jakieś inne rozwiązanie.

Przynajmniejjest szczera, pomyślałem.

— A twoim zdaniem niby dlaczego miałbym ci pomóc?

Zesztywniała, jak gdyby zbierała się w sobie, żeby wygłosić przećwiczoną mowę. Co wydawało się całkiem prawdopodobne.

— Ponieważ mimo tego, jaką cieszysz się reputacją, sądzę, że tak naprawdę zależy ci na dobru naszej społeczności, a nasz projekt budowlany wspomoże rozwój Nowego Orleanu. Zapomnij na moment o centrali, rzecz w tym, że część budynku, która ma się znaleźć na twojej działce, jest przeznaczona na siedzibę nowo tworzonych organizacji non-profit. Robimy to, żeby zmienić świat. W tej chwili jesteś właścicielem zapuszczonego budynku, którego renowacja lub zburzenie będą cię sporo kosztowały, ale trafia ci się szansa, żeby go nam podarować, odpisać to sobie od podatku, pozbyć się bólu głowy, a dodatkowo będziesz miał świadomość, że wspomogłeś swoją społeczność.

Zazgrzytałem zębami, czując, jak przestaję panować nad nerwami.

— Masz tupet, żeby tu przyjść i prosić mnie o coś takiego. I nie chodzi mi o to, że mógłbym z łatwością sprzedać ten grunt deweloperowi za sześciocyfrową sumę.

Vanessa uciekła spojrzeniem w dół i przez chwilę wpatrywała się w podłogę.

— To wcale nie jest dla mnie łatwe, Con. — Podniosła wzrok na moją twarz. — Potrzebuję tego albo cały mój projekt trafi szlag.

— A niby dlaczego miałoby mnie to przekonać, żeby ci pomóc?

Poderwała się z krzesła i wyprostowała.

— To nie ma sensu. Sama nie wiem, co mi się ubzdurało, żeby tu przyjść.

Oparłem się o ścianę.

— W takim razie dlaczego się na to zdecydowałaś?

Vanessa zasunęła zamek błyskawiczny i wygładziła sobie garsonkę. Ponownie stanowiła uosobienie szyku i ponownie była cholernie daleko poza moim zasięgiem.

— To moja jedyna szansa, aby dowieść, że umiem sobie radzić zzarządzaniem fundacją. Więc jestem gotowa zrobić wszystko, żeby ten projekt zakończył się sukcesem. Nawet zdać się na twoją łaskę.

Przeszła na drugą stronę małego pomieszczenia i położyła rękę na klamce. Jakaś perwersyjna część mnie pragnęła ją zatrzymać, dopóki nie obieca, że jeszcze się zobaczymy. Podobał mi się ten układ — to ona potrzebowała teraz czegoś ode mnie, więc miałem przewagę. Był to niespodziewany podarunek od losu, którego nie zamierzałem odrzucać.

— Wszystko? — zapytałem.

Znieruchomiała i z wolna odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy malowała się czujna mina.

Co? Czyżby się spodziewała, że w zamian za spełnienie jej prośby zażądam, aby padła na kolana i zrobiła mi laskę? Obraz tej sceny przemknął mi w jednej chwili przed oczami, gdy zastanawiałem się, czy byłaby do tego zdolna. Nie. Nie zamierzałem wymagać od niej, żeby się puszczała dla czegoś takiego, nawet gdyby była do tego skłonna. I, do cholery, lepiej, żeby się na to nie pisała. Była na to za dobra — podobnie jak ja, co było zaskakujące.

— Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się ubrudzić sobie ręce przy projekcie tej twojej kochanej fundacji? Czy może tylko siedzisz w swojej wieży z kości słoniowej, wypisujesz czeki i pozwalasz, żeby inni zasuwali przy robocie, której rezultaty przypisujesz sobie?

Jej ramiona wyraźnie zesztywniały.

— Zajmuję się o wiele większą ilością spraw niż tylko siedzeniem w wieży z kości słoniowej i wypisywaniem czeków.

— Udowodnij to.

— Jak?

Złapałem leżącą na ladzie wizytówkę, nabazgrałem na niej adres, po czym podałem ją Vanessie.

— Bądź tam jutro o trzeciej. — Zerknąłem na jej bluzkę i garsonkę. — I załóż coś, czego nie będziesz się bała upaprać.

Dziewczyna ujęła kartonik za krawędzie, jak gdyby bała się trzymać coś, czego dotykałem.

— Sądzisz, że dasz radę to zrobić, księżniczko?

Nie odpowiedziała, tylko odwróciła się na pięcie i jednym pchnięciem otworzyła drzwi na oścież, jakby nie mogła się doczekać, aby ode mnie uciec.

Przez głowę przemknęło mi pytanie, czy zjawi się następnego dnia pod wskazanym adresem. Instynkt podpowiadał mi, że przybędzie. Ale pozostawało tylko zaczekać i się przekonać.

2

Vanessa

Siedziałam w aucie zaparkowanym obok opuszczonego magazynu, a w mojej głowie rozbrzmiewały słowa UKŁAD ZDIABŁEM. Po raz piąty sprawdziłam adres na odwrocie wizytówki salonu Voodoo Ink. O dziwo, odręczne pismo Cona było kompletnie czytelne — a nawet niemal artystyczne. O wiele ładniejsze od mojego własnego. Co oznaczało, że nie dało się pomylić adresu. Właśnie w to miejsce miałam trafić. Przy ulicy nie parkował żaden inny samochód, a ja się zastanawiałam, czy biorąc pod uwagę specyfikę tej dzielnicy, moje auto wciąż będzie tu stało, gdy do niego wrócę.

W tym momencie byłam gotowa poświęcić niemal wszystko, byle zdobyć to, czego potrzebowałam.

Ten projekt był moim dzieckiem, moją jedyną szansą na to, aby dowieść radzie nadzorczej oraz kończącemu urzędowanie dyrektorowi, że się nadaję, aby przejąć ster po jego przejściu na emeryturę wraz z końcem roku.

Jako ostatnia żyjąca potomkini rodu Bennettów powinnam być oczywistą kandydatką na to stanowisko, lecz rada nadzorcza zapatrywała się coraz bardziej sceptycznie na to, czy kierowanie firmą powinno zostać powierzone trzydziestoletniej kobiecie. Obecnie stanowisko dyrektora piastował mój wuj, Archer Bennett, który nie miał nic przeciwko temu, aby wziąć pod uwagę kandydatury osób spoza rodziny. Więzy pokrewieństwa gwarantowały mi u niego tylko jedno: otrzymałam szansę, aby się wykazać, kierując zbieraniem funduszy, planowaniem i budową naszej nowej centrali.

Gdyby się okazało, że nie jestem w stanie zrealizować tego projektu w wyznaczonym terminie albo gdybym przekroczyła wyznaczony budżet, oznaczałoby to w praktyce kres moich ambicji. Nikt nie przejmowałby się tym, że błąd w papierach powstał nie z mojej winy — liczyłoby się jedynie to, że nie zauważyłam go przed powstaniem planu architektonicznego. Archie Bennett nie uznawał wymówek. Jeśli coś poszło nie tak pod moim kierownictwem, to wina spadała na mnie. Byłam skłonna podzielać takie nastawienie, lecz jego skutkiem było również to, że gdyby nie udało mi się przekonać Cona do darowizny gruntu, to miałabym przerąbane.

Boże. Gdy zapytał, czy jestem dla tego projektu gotowa na wszystko, cała zmartwiałam, jakby w oczekiwaniu na jego werdykt. Co bym zrobiła, gdyby oznajmił, że pragnie powtórki z tamtej nocy, której wciąż nie umiałam wyrzucić z głowy? Łatwo było wmawiać sobie, że to była tylko pijacka pomyłka, ale nie stanowiło to żadnej zapory dla aż nazbyt często powracających wspomnień. Mój Boże, jak ja to dobrze pamiętałam.

Jakaś część mnie pragnęła, aby Con rzucił mi wyzwanie, dzięki któremu miałabym wymówkę, aby przeżyć to jeszcze raz. Bo w przeciwnym razie nigdy by się to nie powtórzyło. Nawet gdyby nie powstrzymał mnie zdrowy rozsądek, w powrocie przeszkodziłaby mi moja duma. Byliśmy jak woda i oliwa. Choć tamtej nocy byliśmy raczej jak ogień i woda, nawet jeżeli trąci to banałem. Wciąż rumieniłam się na wspomnienie tego, co ze mną wyprawiał. Na wspomnienie rzeczy, które pozwoliłam mu zrobić — wróć, rzeczy, o które go błagałam. Co tam rumieniec, sama myśl o wydarzeniach z owej nocy sprawiała, że groziła mi awaryjna zmiana bielizny… Potrząsnęłam głową. Najwyraźniej tylko ja tęsknie wspominałam tamte chwile, a Con, jak słyszałam, potrzebował nowej ramy do łóżka, aby pomieścić na niej wszystkie zebrane karby oznaczające jego miłosne podboje. Poprzedniego dnia miał idealną okazję, aby zażądać ode mnie, czego tylko by zapragnął. A zażądał… właściwie czego?

Kolejny raz popatrzyłam na magazyn, tym razem popuszczając wodze fantazji. Ewentualne wyjaśnienia były zbyt niedorzeczne, aby w ogóle brać je pod uwagę. Poważnie mówiąc, nie miałam pojęcia, w co się pakuję. Con wspominał coś o brudzeniu sobie rąk, więc pewnie chodziło o pucowanie podłóg lub zamalowywanie graffiti. Było mi niezwykle głupio, bo nigdy nie robiłam żadnej z tych rzeczy.

Zegar na desce rozdzielczej auta wskazał godzinę trzecią, więc wygramoliłam się na zewnątrz i zamknęłam za sobą drzwi. Dwadzieścia siedem kroków wystarczyło, aby dotrzeć do stalowych drzwi. Zapukałam z wahaniem, a potem zaczekałam.

Oczekiwanie trwało w nieskończoność.

W końcu przesłona szczeliny pośrodku drzwi odsunęła się na bok.

— Czego chcesz?

Jezu Chryste. To przypominało konspirację. Czyżby istniało jakieś hasło, które powinnam teraz podać?

Zanim zdążyłam pozbierać myśli na tyle, aby coś odpowiedzieć, usłyszałam znajomy głos:

— Wszystko gra, Reggie. Ona jest ze mną.

— Ściągnąłeś tutaj swoją dziunię?

— To nie moja dziunia, przyjechała, żeby pomóc — odparował Con.

— Jak sobie chcesz, stary. Uwierzę, jak zobaczę.

Nie zdążyłam jeszcze w pełni przetrawić ich wymiany zdań na temat dziuni, gdy rozległo się skrzypienie zawiasów i drzwi stanęły otworem, odsłaniając przede mną dobrze oświetlony korytarz wyłożony szachownicą czarnych i białych płytek. Stał w nim Con.

Przywitał mnie skinieniem głowy.

— Przyjechałaś.

— A miałam wybór? — zapytałam.

— Zawsze masz wybór, księżniczko.

Zerknęłam w dół na swoją dzierganą dżersejową spódniczkę i różowy T-shirt Fleurty Girl.

— W takim razie wygląda na to, że podjęłam decyzję.

Przyjrzał się badawczo mojemu strojowi.

— Nie masz żadnych dżinsów?

Popatrzyłam znacząco na jego spodenki do koszykówki.

— Mam wrażenie, że nawet ty się zgodzisz, że o tej porze roku jest w cholerę za gorąco na dżinsy. Poza tym wcale bym się nie zdziwiła, gdybym miała pucować chodniki przed budynkiem.

— Ma to sens. — Con zerknął w stronę mojego auta. — Chyba lepiej będzie, jeżeli zaparkujesz z tyłu. W przeciwnym razie twój samochód może nie zabawić tu zbyt długo.

Przygryzłam wargę.

— Możesz mi wyjaśnić, co znaczy „z tyłu”? Bo to fart, że w ogóle udało mi się tutaj trafić.

Na twarzy Cona pojawił się uśmieszek, który rozpogodził jego ponurą minę. W tym samym momencie dotarło do mnie nagle, jaki z niego niesamowity przystojniak. Nie, żebym miała co do tego wcześniejjakiekolwiekwątpliwości,lecztenuśmieszeksprawił,żedostrzegłam to z przejmującą wyrazistością. Potargane ciemnoblond włosy, ciemnoniebieskie oczy, ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wytatuowanego, muskularnego, męskiego ciała. Na twarzy miał kilkudniowy zarost, którego obecność jeszcze bardziej niedorzecznie zwiększała jego urok. Moje majtki naprawdę były na przegranej pozycji.

— Pokażę ci.

Oczym on, do cholery, gadał? Kompletnie zapomniałam, czego dotyczyła nasza rozmowa.

Zrobiłam wielkie oczy, gdy wyłuskał mi kluczyki ze zwiotczałych palców i ruszył w stronę mojego auta.

— Co robisz?

— Pokażę ci, gdzie zaparkować. A ponieważ nie godzę się na to, żeby woziły mnie kobiety, będziesz musiała to przełknąć i wskoczysz na miejsce pasażera.

Podążyłam za nim — dzięki klapkom było mi łatwiej dotrzymać mu kroku, niż gdybym miała na sobie baleriny, jak zazwyczaj.

— To twoja wersja prośby o pozwolenie? — Miałam wrażenie, że muszę jakoś zareagować, aby utrzymać gwałtownie topniejącą strefę buforową pomiędzy nim a mną.

Con zatrzymał się przy wejściu dla pasażera i otworzył mi drzwi. Ten pokaz kurtuazji był czymś zaskakującym, ale nie zdążyłam się nad nim zastanowić, gdy odpowiedział:

— Nie wiem, skąd wytrzasnęłaś pomysł, że taki facet jak ja prosi o pozwolenie, złotko. Wydaje mi się, że nie pozostawiłem co do tego żadnychwątpliwościdwalatatemu. —Zaczekał,ażpodniosę wzrok, aby spojrzeć mu w oczy. — A może udało ci się stłumić wspomnienie tamtej nocy?

I tym sposobemnasza strefa buforowa kompletnie się rozsypała.

Poczułam suchość w ustach i zaczęłam desperacko szukać w głowie jakiejś riposty. Nasuwała mi się odpowiedź: Nie. Pamiętam tamtą noc aż nazbyt dobrze, azwiązane z nią wspomnienia zapewniły mi przez minione dwa lataz kilkadziesiąt orgazmów, ale byłam przekonana, że zabrzmiałoby to niestosownie.

— Yyy…

Con wyszczerzył zęby jeszcze szerzej, a jego uśmieszek zdradzał zadowolenie z samego siebie, które w durnowaty sposób wydawało się atrakcyjne.

— Dziewczyny takie jak ty zawsze wolą, kiedy nie proszę o pozwolenie. Kiedy po prostu biorę to, czego chcę.

Zamarłam, osaczona wspomnieniami. Poczułam, jak od wewnątrz przenika mnie fala ciepła, a jednocześnie dostałam gęsiej skórki. Musiałam przerwać tę rozmowę. Natychmiast. Zanim doznam jeszcze większego uszczerbku na swojej godności, składając ją w ofierze Conowi Leahy’emu. Wobec tego postawiłam na najbardziej oczywiste kłamstwo.

— Ledwo co pamiętam z tamtej nocy, a już na pewno nie potrafię przypomnieć sobie żadnych szczegółów.

Wyprostowałam ramiona i zdusiłam swoje kłopotliwe libido, po czym prześlizgnęłam się obok Cona i wsiadłam do samochodu.

Chwilę później mój gospodarz usiadł za kierownicą i objechaliśmy budynek, aż w końcu dotarliśmy do jakiejś szemranej alejki wyglądającej na jedną z tych, w które w Nowym Orleanie lepiej się nie zapuszczać, jeżeli człowiek chce pozostać przy życiu. Od razu porzuciłam wszelkie grzeszne rozważania.

— Jesteś pewien…?

Nie uznał za stosowne udzielić mi odpowiedzi, tylko skręcił w wąski, ceglany podjazd prowadzący na niewielki, otoczony ścianami parking, a następnie ustawił wóz obok groźnie wyglądającego czarnego harleya.

— To twój? — zapytałam, wskazując ruchem głowy na maszynę.

Zadarł podbródek, co miało chyba wystarczyć mi za odpowiedź, po czym wyskoczył z auta, nie bawiąc się w żadne dodatkowe wyjaśnienia.

Ruszyłam w ślad za nim, nie chcąc sprawiać wrażenia, że czekam, aż otworzy mi drzwi. Bo wcale nie czekałam. Popatrzyłam uważnie na tylną elewację budynku. Prezentowała się równie mało schludnie co fasada. Con rzucił mi kluczyki i kazał zamknąć auto.

Potem otworzył zamek ciężkich, stalowych drzwi, odciągnął je na bok i dał mi gestem znak, żebym weszła do środka.

— Panie przodem, księżniczko.

Zatrzymałam się na progu.

— Mógłbyś mnie tak nie nazywać?

Wygiął usta w krzywym uśmieszku.

— Czemu? Zawsze właśnie tak o tobie myślałem. Vanessa Frost, idealna księżniczka.

Sama nie wiedziałam, co mnie bardziej zaskoczyło — czy wyznanie Cona, że o mnie rozmyślał, czy to, że widział we mnie ideał.

Wyprostowałam się i spróbowałam wyglądać na pewną siebie.

— Nie jestem ideałem. Daleko mi do tego. A ponieważ wygląda na to, że gdzieś zapodziałam swoją tiarę, to sądzę, że nie ma sensu tytułować mnie księżniczką.

— Lubię przezwiska. Wszystkim je nadaję. Więc jeśli nie chcesz być księżniczką, to jak powinienem się, do cholery, do ciebie zwracać?

Przez głowę przemknęło mi kilka określeń, których używał względem mnie tamtej niesławnej nocy. Seksowna. Cudowna. Najciaśniejsza cipka,jaką w życiu miałem. O BOŻE! Nie do wiary, że to pomyślałam. Już samo przebywanie w pobliżu Cona było pomyłką.

Odchrząknęłam, jakby to mogło oczyścić mój umysł ze sprośności.

— Jeśli wolno mi mieć własne zdanie, to mogłabym zaakceptować zdrobnienie Van.

— Zgoda. Ale nie truj mi dupy, jeśli się zapomnę i od czasu do czasu nazwę cię księżniczką. Może mi być trudno się od tego odzwyczaić.

Uznałam, że najwyższa pora, żeby nasza rozmowa skoncentrowała się na tym, co stanowiło przyczynę naszej obecności w tym miejscu.

— To jak, pokażesz mi, co trzymasz w tym magazynie, czy mam zgadywać?

Czar na wpół intymnej chwili prysnął i Con poprowadził mnie do środka.

— Za mną. Przedstawię cię chłopakom.

Ruszyłam w ślad za nim, dzielnie próbując nie skupiać uwagi na tym, jak jego spodenki od koszykówki spływały z bioder i opinały krągły zarys tyłka. Z jeszcze większą determinacją starałam się nie uciekać wzrokiem w stronę jego wyrzeźbionych, wytatuowanych bicepsów, wyeksponowanych w koszulce bez rękawów. Trudno było uwierzyć, że kiedyś całe to ciało było w zasięgu moich dłoni i moich warg.

Do rzeczywistości przywołało mnie dudniące łup, łup.

Weszliśmy do przestronnej, niezabudowanej sali, pośrodku której wznosił się ring bokserski. Z grubych belek zwieszały się worki treningowe, a resztę miejsca wypełniały rowery stacjonarne, sprzęt kulturystyczny, pozwijane skakanki oraz jaskrawobłękitne maty.

Każda sztuka tego ekwipunku była aktualnie eksploatowana. Gdy weszłam do środka, moim oczom ukazał się przynajmniej tuzin chłopaków, którzy ucichli na mój widok. Zaraz potem przepastną przestrzeń wypełnił odgłos gwizdów i pohukiwania.

— Con madziewczynę!

— Cholera, widziałeś, jakie ma ciało?

— Brałbym.

— Wezmę ją, kiedyCon da sobie z nią spokój — czyli jutro.

Ponad całą tę wrzawę wzbił się przenikliwy dźwięk gwizdka.

— Spokój, matoły, i wracać do swoich ćwiczeń, chyba że macie ochotę biegać dookoła sali aż do dnia sądu ostatecznego — zawołał mężczyzna, który otworzył mi drzwi w przedniej części budynku, ten sam, który nazwał mnie dziunią.

Potem przemówił Con.

— To panna Frost. Jeśli usłyszę, że któryś z was wyraża się o niej bez należytego szacunku, to przez następny miesiąc będzie tu wycieruchem, bez prawa wstępu na ring. — W pomieszczeniu rozległy się okrzyki protestu. — Dosyć gadania, chłopaki, wracać do treningu.

Zerknął w moją stronę.

— Przepraszam za to. Ciągle jeszcze brakuje im ogłady, no i… no cóż, to w końcu nastolatki. Wydaje mi się, że to wszystko wyjaśnia. A poza tym nigdy nie zaglądała tu żadna kobieta za wyjątkiem pani Girdeau. A ona wygląda zupełnie inaczej niż ty.

Zbyłam jego wyjaśnienia wzruszeniem ramion. Wciąż nie mogłam otrząsnąć się po słowach prawdy wykrzyczanych przez jednego z chłopaków. Nawet te dzieciaki wiedziały, że Con uznaje tylko numerki na jedną noc, a ja zdążyłam już zaliczyć swój przydział. I ani mi wgłowie powtórka, stwierdziłam w duchu. Surowym tonem. I nie waż mi się o tym zapomnieć. Wewnętrzne połajanki można było uznać za zakończone.

— Co to za miejsce? — zapytałam.

Na wargach Cona zamajaczył łagodny uśmiech, a ja poczułam, że muszę nadać swojemu sercu większą twardość.

— To hala treningowa. Realizujemy tu swego rodzaju pozaszkolny, weekendowo-wakacyjny program, rozkręcony jakiś czas temu przez Reggiego. Pozwala, żebym tu wpadał i udawał, że po części ja tutaj dowodzę.

— Kim dowodzisz? Uczysz ich walczyć?

W uśmiechu Cona pojawiła się nuta drwiny.

— Żebyś wiedziała, Van. Uczę ich walki. A konkretnie boksu. Toodciąga ich od szukania przygód na ulicy i od konszachtów z gangami. Uczą się tutaj dyscypliny i zaangażowania. Udało nam się nawet załatwić stypendia dla kilku z nich.

— Na studia? Dzięki boksowi?

Con skrzyżował ramiona na piersi, przygarbiając ramiona.

— To dla ciebie za mało?

Kompletnie źle odczytał mój ton. Położyłam dłoń na jego bicepsie. Był to pierwszy raz od dwóch lat, gdy dobrowolnie go dotknęłam, a gorąco przenikające moje palce dowodziło, że nie był to dobry pomysł. Ale nie mogłam pozwolić, aby zepchnął mnie do defensywy. Wcale go nie osądzałam. Byłam… pełna podziwu.

— Nie, w ogóle nie o to mi chodziło. Jestem… pod wrażeniem. Po prostu nie wiedziałam, że istnieją uczelnie przyznające stypendia za wyniki w boksie.

— Dwóch chłopaków, którzy dostali stypendia, uczy się w szkołach na Wschodnim Wybrzeżu. Dostali szansę, żeby się stąd wyrwać, i z niej skorzystali. Dwóch następnych ruszy w ich ślady jesienią.

— To… coś niesamowitego. — Mówiłam najzupełniej szczerze. Bo to było niesamowite.

Wzruszył ramionami, a ja desperacko zapragnęłam rozładować atmosferę. Tłumaczyłam sobie, że to z obawy, że defensywnie nastawiony, gniewny Con nie zechce mi pomóc… Nawet jeśli było to kłamstwo, to dzięki niemu nie musiałam się przyznawać, że o wiele bardziej wolę widzieć na jego twarzy uśmiech.

Uznałam, że najlepiej będzie wypalić z grubej rury.

— To jak, mam być dzisiaj twoim wycieruchem?

Moje dobitne pytanie podziałało. Con odwrócił głowę w moją stronę i spojrzał mi w oczy. Ale zaraz odpłacił mi pięknym za nadobne.

— Chciałabyś zostać moim wycieruchem, księżniczko?

Poczułam, jak po moim brzuchu rozlewa się fala ciepła, i spuściłam wzrok.

— Przecież miałeś mnie już tak nie nazywać.

Minął mnie, trącając po drodze mój koński ogon.

— Chodź za mną, pokażę ci, co dla ciebie zaplanowałem.

Jego plany względem mojej osoby nabrały wyraźnych kształtów, gdy weszliśmy do ogromnej, lśniącej kuchni. O ile od zewnątrz magazyn wyglądał jak ruina do rozbiórki, o tyle większość pomieszczeń w jego wnętrzu była odnowiona i nieskazitelnie czysta

— Umiesz gotować? — zapytał Con, włączając kolejne światła.

— A ty? — odparłam.

— Muszę coś jeść, więc owszem, umiem gotować.

Szkoda, że moje układy z odżywianiem nie były równie proste.

Jadłam, ponieważ było to zło konieczne. Wcale nie czerpałam z tego przyjemności ani nie było to coś, za czym tęskniłam. Długie lata doświadczeń, gdy byłam pulchną dziewczynką o ładnej twarzy obdarzoną matką, która chciała tylko tego, abym była szczupła jak inne dzieciaki, spowodowały u mnie kompletne zwichrowanie psychiki w tym temacie.

Vanesso, musisz się bardziej przejmowaćtym, co wkładasz do ust. Mogłabyś pozbyć się tej nadwagi,Vanesso, gdybyś tylko była bardziej uważna. Chodzi mi jedynie oto, żebyś była zdrowa, to wszystko.

Straciłam ją wiele lat temu, gdy rak jajników skradł ją mnie i mojemu ojcu — byłam wtedy w ósmej klasie. Lekarze zauważyli nowotwór, gdy było już za późno, i mama zmarła po upływie kilku miesięcy. Jedną z tych rzeczy, których najbardziej żałowałam w życiu, było to, że najlepiej zapamiętałam z jej wypowiedzi coś innego niż słowa „kocham cię” szeptane, gdy tuliła mnie nocą do snu.

— Wciąż czekam na twoją odpowiedź — stwierdził Con.

— Ogarniam podstawy. — W duchu dodałam: o ile nie oczekujesz, że będę jadła razemz wami. Grupa osób, w obecności których byłam w stanie jeść, nie doświadczając skurczów żołądka, była bardzo niewielka. Wiedziałam, że to popaprane, ale spróbujcie postawić się na moim miejscu w okresie dorastania, gdy w trakcie imprezy urodzinowej przyjaciółka mojej matki, widząc, jak jem kawałek pizzy, powiedziała do innej koleżanki: Niedo wiary, że ona to je. Przecież powinna już zmądrzeć.Gdyby Madeline tyle ważyła, to nigdy więcej nie dostałaby anijednego kawałka pizzy.

Od tamtego dnia w obecności innych osób jadałam tylko warzywa i owoce.

Otrząsnęłam się z tej cudownej wyprawy w krainę wspomnień i popatrzyłam, jak Con otwiera zamrażarkę i wyjmuje z niej ogromne tace gotowej lazanii, po czym rozkłada ją na blacie z nierdzewnej stali ustawionym pośrodku pomieszczenia.

Już sam widok tego jedzenia przyprawiał mnie o skurcz żołądka.

— Najtrudniejsza robota już załatwiona, musisz tylko wrzucić to wszystko do piekarnika, przypilnować oraz przygotować dla chłopaków kanapki z masłem orzechowym i dżemem, żeby mieli co zabrać do domu.

Mogłam sobie z tym poradzić. Zdecydowanie mogłam sobie z tym poradzić.

— O co chodzi z tymi kanapkami?

Con zerknął na mnie znad piekarnika, który właśnie włączał.

— Spalają tu tony kalorii i potrzebują paliwa, więc szykujemy im co wieczór kolację, a jeśli zaglądają tu w ciągu dnia, to również lunch, akiedy wracają do domu, dajemy im na drogę jakąś przekąskę. Wkońcu u ich rodzin się nie przelewa. Chociaż tak mówiąc między nami, stawiam, że większość tych chłopaków oddaje swoją porcję młodszemu rodzeństwu.

Wbiło mnie w ziemię.

— Naprawdę karmisz ich każdego dnia?

Jego twarz przybrała konfrontacyjny wyraz.

— Gdybyśmy tego nie zrobili, mogliby w ogóle nic nie dostać. A ja nie zamierzam na to pozwolić. — Przyjrzał mi się uważnie, po czym dokończył: — Daj spokój, Van. Przecież sama sponsorujesz masę garkuchni i food trucków z żarciem dla ubogich. Nie mogłaś nie zauważyć tego, że spora część mieszkańców naszego miasta nie dojada.

Miał rację. Moje psychologiczne problemy związane z odżywianiem były niczym w porównaniu z prawdziwym głodem. Nieraz czytywałam wnioski o granty. Niekiedy pisałam różne rekomendacje dla programów, które mieliśmy finansować. Zapewniało mi to dobre samopoczucie. Ale, choć głupio mi to przyznać, nigdy nie zrobiłam wgarkuchni niczego poza przecinaniem wstęgi. Nigdy nie wydawałam mięsa, chleba i owoców osobom czekającym w kolejce do food trucka z koszykiem w ręce. A tu proszę, Con, zawodowy niegrzeczny chłopiec, walczył na pierwszej linii frontu z niedożywieniem wśród młodzieży. Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio, ale spróbowałam uśmierzyć ten wstyd, tłumacząc sobie, że przecież ktoś musi finansować działalność wszystkich tych garkuchni i food trucków. A gdyby nie zrobiła tego nasza fundacja, to kto by się tym zajął? Do diabła, przecież robiłam coś dobrego.

— Wnioskowałeś o jakieś fundusze na swój program? Prawdopodobnie mógłbyś otrzymać grant.

Con ponownie otworzył zamrażalnik i wyciągnął z niego kilka bochenków pieczywa czosnkowego.

— Nic nie kapujesz, co, księżniczko? Tu nie chodzi o kasę. Chodzi o dzieciaki i o to, żeby mogły wrócić do domu z pełnym brzuchem oraz z czymś na dokładkę, aby potem nie zgłodniały.

— Rozumiem, ale jeśli wydajesz na to swoje własne pieniądze…

— Mam ich od groma, jeżeli tym się przejmujesz. Poza tym nie mam czasu na wypełnianie stustronicowego wniosku o grant ani na wyjaśnianie tego, co tu robimy, dla kilku dodatkowych dolców. Reggie sam to rozkręcił, a obaj zadbamy o to, żeby się to dalej jakoś toczyło.

Położył bochenki przede mną na stole i chwycił kilka leżących na blacie arkuszy folii aluminiowej.

— Dasz sobie z tym radę?

Wzięłam bochenek, po czym, próbując skierować tę konwersację z powrotem na jakiś lżejszy temat, rzuciłam:

— Jestem pewna, że wszystko, do czego chcesz mnie zatrudnić, jest poza moim zasięgiem. Ale nie zaszkodzi spróbować.

W odpowiedzi na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.

— Cholera, jednak masz poczucie humoru. Byłem gotów iść o zakład, że nie wiesz, co to żarty.

— No cóż, to chyba znaczy, że się myliłeś.

Con wślizgnął się za mnie i położył mi na ramionach swoje ciężkie dłonie. Poczułam na uchu jego ciepły oddech, gdy wyszeptał:

— To ty jesteś poza moim zasięgiem, złotko, i obydwoje o tym wiemy.

Bochenek wysunął mi się z rozdygotanych dłoni i upadł na stalową powierzchnię. Nie miałam żadnej riposty. Ale to nie powstrzymało moich ust przed otwarciem w przygotowaniu na to, żeby wypalić jakąś głupotę.

Uratowało mnie przed samą sobą nadejście Reggiego, który wsunął głowę do kuchni.

— Con, pomożesz mi przy ćwiczeniach, czy zamierzasz się tutaj opierdalać przez cały dzień?

Con odsunął się ode mnie, a moje zdradzieckie ciało od razu przeniknęła tęsknota za jego ciepłem.

— Przyjdę za moment, Reg. Po prostu wyjaśniam pannie Frost, jak się tu odnaleźć.

Reggie zaniósł się śmiechem.

— Jasne, stary, jak sobie chcesz.

— Wyszedł z kuchni, pozostawiając nas pogrążonych w niezręcznej ciszy.

Con odchrząknął.

— To jak, dasz sobie radę? Będzie tu jadło piętnastu chłopa, a dodatkowo potrzebujemy dwanaście kanapek z masłem orzechowym i dżemem na wynos.

Skinęłam głową, wciąż nie mogąc wydusić jednego słowa.

— Trochę tego jest. Krzycz, gdybyś potrzebowała pomocy przy wkładaniu lazanii do piekarnika albo przy jej wyjmowaniu. Te tace są cholernie ciężkie.

Moje wymamrotane OK nie zabrzmiało imponująco, ale nie było mnie stać na nic więcej.

Con zatrzymał się w progu i popatrzył na mnie przez ramię.

— I nie uciekaj, kiedy skończysz. Mamy do pogadania.

Przemknęło mi przez głowę, czy nie chodzi mu przypadkiem o te szalone uczucia, które we mnie buzowały. Słodki Jezu, czyżbypotrafił to rozpoznać? Zmusiłam się do tego, aby skupić uwagę na przyczynie, dla której stawiłam się w tym miejscu — potrzebowałam części jego działki, żeby zachować szanse na kierowanie fundacją, która była pasją mojej matki i której wpływ naznaczył mnie od wczesnego dzieciństwa. Mamie może i wystarczało czysto tytularne miejsce w zarządzie fundacji, ale ja pragnęłam czegoś więcej. Chciałam myśleć i działać na większą skalę. Chciałam podejmować decyzje dotyczące tego, w jaki sposób będziemy polepszać życie mieszkańców Luizjany.

Poprostu skup się na celu, Vanesso. Zapomnij o całej reszcie.

Sięgnęłam po czosnkowe pieczywo, uznając, że mój wewnętrzny monolog osiągnął zamierzony skutek.

W przeważającej części.

3

Con

Wszyscy widzimy to, co pragniemy widzieć. I spodziewamy się, że nasze założenia ziszczą się dokładnie w rzeczywistości. Ale w tym przypadku, w przypadku Vanessy Frost, wyglądało na to, że moje założenia mogły się okazać błędne — nawet jeśli tylko w niewielkim zakresie. Wciąż wyglądała olśniewająco i rozpalała facetów, ale nie była tą lodowatą suką, za którą ją uważałem od chwili, gdy mnie zostawiła ze swoim smakiem wciąż wyczuwalnym na moim języku. Możliwe, że tylko grała, żeby mnie zmiękczyć i dostać to, czego pragnęła, ale wydawało się, że naprawdę zależy jej na tym, aby te dzieciaki dostały coś do jedzenia. Możliwe, że droga do serc większości mężczyzn wiedzie przez ich żołądki, ale w moim przypadku najszybsza droga wiodła przez żołądki moich chłopaków.

Na chwilę zbiły mnie z tropu jej flirciarskie przekomarzanki. Wydawała się mówić serio, gdy stwierdziła, że wszystko, do czego chciałbym ją zatrudnić, jest poza jej zasięgiem. Ja też mówiłem równie serio, gdy przypomniałem jej, że sama jest poza moim zasięgiem.

Na mojej piersi wylądował kask i para rękawic. Reggie.

— Potrzebuję cię na ringu. Nie dam rady obserwować ich wszystkich naraz.

— Potrzebujemy jeszcze jednego człowieka na zastępstwo, kiedy Lord i ja nie będziemy mogli przyjść. — Lord był trzecim członkiem naszej pstrokatej zbieraniny facetów mających świecić przykładem. Nie żeby był ze mnie dobry wzorzec postępowania dla jakiegokolwiek dzieciaka, ale robiłem, co w mojej mocy. A ponieważ nie należałem do gangu, to stanowiłem dla tych chłopaków lepszy przykład niż pozostałe opcje, jakimi dysponowali.

— Zgoda, ale to musi być ktoś, kto da sobie radę z tymi dzieciakami. Nie będą szanować byle kogo. Chociaż chyba spodobała im się twoja dziewczyna.

— Nie jest moją dziewczyną. Wpadła tylko po to, żeby tu popracować w zamian za przysługę. — I nie zapominaj o tym, Leahy, upomniałem sam siebie. Vanessa nie postawiłaby nogi w tej części miasta, gdyby nie miała na oku swojej nagrody.

— Jak sobie chcesz, szefie. Widziałem, jak na nią patrzysz.

— Odpuść sobie, Reg.

— Trafiłem w czuły punkt.

— Mówię serio, spierdalaj. — Zatrzymałem się przy ławce i podniosłem z niej owijki. — Przydaj się do czegoś i pomóż mi z tym.

— Tak jest, proszę pana.

Pomaganie chłopakom na ringu było remedium na wszelkie uparte myśli związane z Vanessą. Trey i Jojo byli tak cholernie szybcy, że gdybym nie dał z siebie wszystkiego, to czekałby mnie łomot. A przecież musiałem dbać o swoją reputację.

Dziewięćdziesiąt minut i kilka wiader potu później chłopcy pognali pod prysznic, a ja postanowiłem zajrzeć do kuchni. Unoszący się w powietrzu boski zapach lazanii i pieczywa czosnkowego oraz widok olśniewającej dziewczyny stojącej pośrodku pomieszczenia w kucharskich rękawicach na obu dłoniach i ze smugą czegoś, co wyglądało jak dżem truskawkowy na policzku, sprawiły, że zamarłem na progu.

Gdy Vanessa podniosła wzrok i na jej twarzy pojawił się uśmiech, poczułem w piersi jakiś dziwny ucisk. Nie byłem pewny, co to oznacza. Ale nie było w tym nic normalnego.

— Mogę poprzenosić to wszystko na stół. — Wskazałem podbródkiem na parujące brytfanny z lazanią rozłożone na blacie. — Jeśli pożyczysz mi rękawice.

Zerknęła na swoje dłonie.

— Och, no tak. Pewnie. — Ściągnęła rękawice, a ja podszedłem bliżej, żeby je od niej wziąć.

Mój wzrok padł na dziesiątki torebek śniadaniowych z brązowego papieru ułożonych na blacie i moje brwi powędrowały do góry. Na policzki Vanessy wystąpił rumieniec.

— Zrobiłam trochę dodatkowych kanapek. OK, masę dodatkowych kanapek. Ale zapłacę za wszystkie produkty. Pomyślałam, że może ci chłopcy mają braci i siostry… a kiedy już raz wzięłam się do roboty, po prostu nie potrafiłam przestać. Tak, że tak.

Gdy słuchałem, jak plecie nerwowo trzy po trzy, poczułem, że moje serce znowu robi ten dziwny numer.

— W porządku. I nie musisz płacić za żadne produkty. Biorę to na siebie. Jestem pewien, że dzieciaki ucieszą się z ekstrakanapek. Zawsze znajdzie się więcej gąb do wykarmienia.

Kwaśna mina nie była w stanie przesłonić jej powalającej urody, ale sprawiała, że miałem ochotę… ją pocieszyć. Co do diabła? Nie zdążyłem nawet zastanowić się nad swoją dziwaczną reakcją, gdy Vanessa splotła wyswobodzone z rękawic dłonie.

— Chcę tylko, żebyś wiedział, że niezależnie od tego, czy zdecydujesz się podarować mi tę działkę, czy nie, zamierzam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby sfinansować więcej programów zapewniających wyżywienie dla tych dzieciaków. No bo robimy dużo już w tej chwili, ale najwyraźniej nie udało nam się poprawić sytuacji w wystarczającym stopniu. A to nie jest w porządku. Tę fundację stać na więcej. Może więcej zmienić. Dysponujemy odpowiednimi zasobami, musimy je tylko lepiej wykorzystać. — Na ułamek sekundy podniosła wzrok i spojrzała na mnie, a potem obróciła się w stronę lodówki. Byłbym gotów przysiąc, że w tym króciutkim momencie, gdy mogłem zobaczyć jej twarz, dostrzegłem łzy połyskujące w jej oczach.

— W takim razie zjedz z nami kolację. Poznasz niektóre z dzieciaków, którym chcesz pomóc. Będą… będą się zachowywać… lepiej.

Zamarła, na wpół pochylona w stronę wnętrza lodówki.

Kiedy się odezwała, jej głos wydawał się zdławiony.

— Nie mogę.

Po jej pełnej pasji przemówieniu spodziewałem się innej odpowiedzi.

— Jesteś zajęta?

— Yyy… po prostu… nooo… — Wzięła oddech i spojrzała mi prosto w oczy. — Po prostu nie mogę.

Dłonie same zacisnęły mi się w pięści.

— Chcesz pomóc w karmieniu tych dzieciaków, ale jesteś za dobra na to, żeby z nimi usiąść i wspólnie zjeść posiłek?

— Nie! To nie tak.

— W takim razie o co chodzi?

Vanessa zacisnęła powieki.

— Po prostu nie mogę. OK? — Odwróciła się ode mnie. — Muszę już iść.

Nie usatysfakcjonowała mnie ta odpowiedź. Przez krótki ułamek sekundy mogłem zobaczyć inną kobietę, ukrytą pod pancerzem lodu i elegancji — kobietę z sercem dorównującym wielkością jej bankowemu kontu. To tę kobietę pragnąłem zobaczyć siedzącą przy stole razem ze mną i z chłopakami. Ale najwyraźniej to, co widziałem, było jedynie wytworem mojej wyobraźni — i to mnie wkurzało.

— Nie spieszy ci się przecież na randkę z tym twoim chłoptasiem, Simonem Duchesne’em, bo słyszałem, że to już skończona historia. I że to w ogóle nigdy nie było tak, jak wyglądało. — Nie mogłem przestać o tym myśleć od momentu, gdy Duchesne wygadał się mojej recepcjonistce Charlie, że jego związek z Vanessą był tylko przykrywką. Ponieważ, zdaniem Duchesne’a, dziewczyna mogła durzyć się w kimś, kogo nie akceptował jej ojciec.

Przez tę tajemnicę miałem więcej bezsennych nocy, niż byłem skłonny to przyznać.

Wyraz zaskoczenia na jej twarzy był bezcenny. Rozdziawiła te swoje grzechu warte usta wystarczająco szeroko, żeby obudzić brudne myśli. Byłem ciekaw, czy gdybym przyparł ją do ściany, to nie puściłaby farby, kim jest ten tajemniczy, nieodpowiedni facet. Sam chciałbyśsię nim okazać, zadrwiła moja podświadomość. Pokazałem jej w duchu środkowy palec. Nie było opcji, żeby chodziło o mnie.

Dziewczyna wciąż milczała, więc podjąłem temat: — Sądzisz, Vanesso, że nie słucham pilnie plotek na twój temat? Wiem wszystko otwojej znajomości z Duchesne’em. Wykorzystałaś go, żeby odwrócić uwagę swojego tatuśka od własnych przygód z facetami o szemranej reputacji. To kim jest ten koleś? Czy to jakiś robotnik, z którym umawiasz się na potajemne schadzki, żeby twój stary nic nie wyniuchał?

Na jej twarzy pojawił się ten sam twardy wyraz, który widziałem u niej, gdy opuszczała moją sypialnię.

— Nic o mnie nie wiesz, więc nie udawaj, że jest inaczej. Chociaż masz rację — nie spotykam się z Simonem. Wydaje mi się, że to żaden sekret. Więc jeśli chciałeś mnie zaszokować, żeby wymusić na mnie jakąś reakcję, to się przeliczyłeś.

Poczułem, jak narasta we mnie frustracja. Ta kobieta była jak jedna z tych mechanicznych łamigłówek, które dostałem od Joy na szesnaste urodziny. Wiedziałem, że w środku znajduje się coś diabelnie odlotowego, ale nigdy nie potrafiłem znaleźć należytego rozwiązania. W końcu skombinowałem młotek, rozwaliłem szkatułkę na kawałki — i prawie zniszczyłem ukryty wewnątrz niej medalik ze św. Krzysztofem.

— W takim razie dlaczego? Dlaczego nie usiądziesz ze mną oraz z dzieciakami i nie zjesz z nami, do cholery, zwyczajnego posiłku?

Zaczerpnęła gwałtownie powietrza i odwróciła wzrok.

— Po prostu… Po prostu nie mogę, Con.

Krew mnie zalała i poczułem, jak moja twarz zastyga w wyrazie dorównującym twardością minie Vanessy.

— Nie jesteś za dobra na to, żeby przyszykować im kolację — bo traktujesz to jako zwykłą jałmużnę — ale jesteś za dobra na to, żeby usiąść i zjeść z nimi posiłek.

Dało się dostrzec, że wyraźnie zesztywniała.

— Jeśli masz o mnie takie zdanie, to jestem pewna, że nie ma szans, żebyś podarował mi tę działkę.

— Tak, bo nie zapominajmy ani na chwilę o tym, dlaczego właściwie tu jesteś: ponieważ czegoś ode mnie potrzebujesz.

— Z jakiego innego powodu miałabym tu zaglądać? — zapytała cichym głosem.

Potrząsnąłem głową.