Niepokorna królowa - Meghan March - ebook + audiobook + książka

Niepokorna królowa ebook i audiobook

Meghan March

4,7

Opis

Keira Kilgore ma ognisty temperament i cudowne ciało. Ta silna, odważna kobieta nade wszystko ceni niezależność - choć stanowi własność tyrana. Nie ma prawa decydowania o swoim losie, mimo że podejmuje decyzje biznesowe jako właścicielka i szefowa rodzinnej destylarni. Jeszcze całkiem niedawno wierzyła, że jest wdową, jednak okazało się, że jej uznany za zmarłego mąż żyje. I jest równie podły jak dawniej!

Lachlan Mount stanowi prawo i ustala zasady w Nowym Orleanie. Nikt nawet nie próbuje kwestionować jego żądań. Gdy sięgnął po Keirę, oczywiste było, że odtąd jest jego zabawką. Dziewczyna stała się własnością najbardziej bezwzględnego i bezlitosnego tyrana, jaki kiedykolwiek kontrolował Nowy Orlean. I chociaż Mount wyzwala w niej najgorsze instynkty, a rozum każe jej go nienawidzić, ciało pożąda tego okrutnego mężczyzny każdym nerwem. Keira pragnie więc tylko ocalić duszę i serce.

W drugim tomie tej niezwykłej trylogii wydarzenia nabierają szalonego tempa. Odwaga i duma Keiry ścierają się z bezwzględnym żądaniem Mounta, by była mu absolutnie posłuszna. Każde ich spotkanie to zderzenie namiętności i odwagi, pożądania i podziwu. Mężczyzna wie, że choć rządzi miastem żelazną pięścią, nie podporządkuje sobie rudowłosej ślicznotki do końca. Zdaje sobie również sprawę, że nie może jej stracić. Jest dla niego cenniejsza od władzy i pieniędzy. Tymczasem sprawy zmierzają ku katastrofie. Nadchodzą chwile grozy...

Meghan March pochodzi z Michigan. Uwielbia czytać, strzelać na strzelnicy i bawić się ze swoimi szalonymi psami. W przeszłości zajmowała się handlem częściami samochodowymi i bielizną, wytwarzaniem biżuterii oraz prawem korporacyjnym. Obecnie ma o wiele ciekawszą pracę: pisanie emocjonujących książek docenianych przez rzesze czytelników.

On łamie wszystkie twoje zasady. Jego możesz złamać ty!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 45 min

Lektor: Czyta: Ewa Konstanciak

Oceny
4,7 (15 ocen)
12
1
2
0
0
Sortuj według:
AgaAgi

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam 🥰
00
KinMos

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna :)
00
AgnieszkaR-W

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna! 😁
00

Popularność




Meghan March

Niepokorna królowa

Tytuł oryginału: Defiant Queen (Mount Trilogy #2)

Tłumaczenie: Olgierd Maj

ISBN: 978-83-283-4849-3

Copyright © 2017. Defiant Queen by Meghan March.

Copyright © 2017 by Meghan March LLC All rights reserved.

Polish edition copyright © 2019 by Helion SA All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz Helion SA dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Helion SA nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Materiały graficzne na okładce zostały wykorzystane za zgodą Shutterstock Images LLC.

HELION SA

ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE

tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Printed in Poland.

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

1

Mount

Trzydzieści lat wcześniej

Widząc, jak dziewczyna wchodzi wraz z pracownikiem opieki społecznej po połamanych schodkach na ganek, poczułem zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Od razu tknęły mnie złe przeczucia. Chudziutka blondyneczka weszła przez porwane drzwi z siatki, przyciskając do piersi worek na śmieci. Nietrudno było zgadnąć, że zawierał wszystko, co miała.

Ja sam i mój worek na śmieci przeprowadzaliśmy się czternaście razy w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Nie pamiętam, ile razy wcześniej zmieniałem dom. Moim pierwszym wspomnieniem jest dojmujący głód i to, że gdy poprosiłem o coś więcej do jedzenia, mój zastępczy ojciec uderzył mnie dłonią w twarz. Miałem cztery lata, a przynajmniej tak mi mówili. Trudno za tym nadążyć, skoro nigdy nie widzi się świeczek na swoim urodzinowym torcie, bo nikt nigdy ci go nie ofiarował.

Założę się, że gdyby pani Holiday wciąż żyła, to bym go dostał, może nawet dostawał co roku. Niestety ciężko zachorowała i po pół roku stało się jasne, że długo nie pożyje i nie da rady się nami zajmować, więc zostałem przeniesiony do nowego domu. Sprawiła, że po raz pierwszy w życiu poczułem się, jakby ktoś mnie chciał. Pierwszy raz ktoś pozwolił mi wybrać w sklepie ubrania dla siebie. Pierwszy raz ktoś pytał mnie, co chciałbym zjeść na obiad. Pierwszy raz w życiu czułem się, jakbym miał prawdziwą mamę. Jednak przez to było mi jedynie jeszcze trudniej, gdy zniknęła z mojego życia. Nauczyło mnie to, by nigdy do niczego ani nikogo się nie przywiązywać, bo nigdy nie wiąże się to z niczym dobrym.

Każdy dom przedtem i potem był jakąś wersją tego samego gówna. Nie byłem jednym z ich prawdziwych dzieci, jedynie czekiem, na który nie musieli nawet zarabiać. Ledwo mnie karmili. Miałem szczęście, jeśli dostałem chociaż szczoteczkę do zębów. Ciuchy? To, co podarował Kościół, lub z czego wyrosły ich prawdziwe dzieci. Nigdy nic nowego.

Podkoszulek, który miałem w tamtym momencie na sobie, miał więcej plam niż czystych miejsc. Wcześniej w tym tygodniu zahaczyłem nim o siatkę w płocie i wydarłem dziurę. Jerry rzucił mnie o ścianę domu i ściągnął pasek, by dać mi lekcję. Lubił to robić parę razy w tygodniu, zwłaszcza po tym, jak skończył sześciopak i puścił parę dymków.

Wredni pijacy też nie byli dla mnie niczym nowym. Potrafiłem ich teraz rozpoznać ze stu metrów.

Gdyby Jerry nie był ode mnie o trzydzieści centymetrów wyższy i o sześćdziesiąt kilogramów cięższy, oddałbym mu już za pierwszym razem, gdy wyciągnął na mnie ten pasek. Wiedziałem jednak, że jeśli wykopią mnie i z tego domu, nie zostanie nikt, by chronić Destiny. Miała tylko sześć lat, ale widziałem, jak Jerry na nią patrzy. To nie było w porządku, więc starałem się trzymać możliwie blisko.

Najczęściej wymykałem się w nocy z mojego pokoju i spałem przed jej drzwiami tylko po to, by się upewnić, że Jerry nic nie kombinuje. Nie ufałem temu tłuściochowi za grosz.

— Bardzo się cieszymy, że wreszcie udało nam się umieścić Destiny razem z siostrą. Poznajcie Hope — powiedziała pracownica opieki społecznej, a w jej głosie było tyle nadziei, co w imieniu dziewczyny. Nie rozumiała, że w tym domu nadzieja nigdy nie może zagościć, a fakt, że miała tu zamieszkać dziewczyna, której imię znaczyło „nadzieja”, niczego nie zmieniał.

W całym tym pierdolonym systemie nie było miejsca na nadzieję.

Krótkie, kościste nóżki Destiny tylko śmignęły przez pokój, gdy mała rzuciła się obejmować w pasie swoją siostrę, podczas gdy Jerry, jego żona Dixie i ich syn Jerry Jr. patrzyli na to z odległości kilku kroków. Junior nie zbliżał się już do mnie zanadto, być może dlatego, że Jerry i Dixie pozwalali mi się kąpać tylko raz w tygodniu. Mówili, że oszczędzają na wodzie.

Gdy nowa dziewczynka upuściła swój worek, by przytulić młodszą siostrę, Jerry przeciągnął językiem po zębach, przyglądając się jej, jakby była jednym z tych grubych steków, które przynosił od rzeźnika i smażył tylko dla siebie.

Poczułem ołowiany ciężar w żołądku, gdy sobie uświadomiłem, że ma więcej lat, niż myślałem, chociaż była tak drobna. Zapewne była starsza ode mnie. Miała już cycki i nie nosiła biustonosza.

Jerry nie mógł oderwać wzroku od jej piersi i nawet tego nie ukrywał.

Jeśli sposób, w jaki patrzył na Destiny, nie był właściwy, to sposób, w jaki patrzył na Hope, był całkowicie popieprzony. Widziałem jego gazetki porno schowane w pudełku, gdzie jak sądził, nikt ich nie zobaczy. Lubił młode blondynki i miałem ochotę wrzasnąć do babeczki z opieki społecznej, by zabrała obydwie dziewczynki jak najdalej od tego domu.

Ale wiedziałem, co się stanie, jeśli spróbuję się odezwać. To ja byłbym tym, który stamtąd wyleci, i nie zostałby nikt, kto mógłby je obronić przed Jerrym.

— Tak bardzo za tobą tęskniłam — wyszeptała Hope do Destiny, padając na kolana na brudne linoleum. Siostry tuliły się długo, nim Hope uniosła głowę, by przyjrzeć się pozostałym z nas.

Oczywiście Jerry pierwszy wystąpił do przodu. Biała podkoszulka opinała się na jego brzuchu, gdy wyciągnął ramiona.

— Jestem twoim nowym tatusiem, Hope. Witaj w domu.

Oczy Hope rozszerzyły się i spojrzała poza niego, aż napotkała mój wzrok. Rozpoznaliśmy się tak, jak podobne rozpoznaje podobne. Wiedziała, że nie jestem jednym z prawdziwych dzieci. Niemal niedostrzegalnie potrząsnąłem głową, by ją ostrzec.

Musiałem przyznać, że była bystra i szybko zrozumiała, o co chodzi, co z drugiej strony świadczyło o tym, że pewnie już przechodziła przez takie rzeczy, które doprowadziłyby mnie do wściekłości.

Tuliła do siebie Destiny i objęła Jerry’ego jedną ręką, klepiąc go po plecach, jednak ten łajdak był uparty i zamknął obydwie dziewczynki w uścisku.

— Wygląda na to, że nasza mała rodzina teraz jest w komplecie.

Dixie powitała ją skinieniem głowy. Rzadko się odzywała. Przez większość dnia pociągała z dwulitrowej butelki sprite’a, tyle że nie było w nim bąbelków. Pewnego razu, tuż po tym, jak się tu wprowadziłem, a Dixie zasnęła na kanapie, odkręciłem zakrętkę i pociągnąłem łyk ze środka.

Wódka.

Czy powinienem wiedzieć takie rzeczy, mając trzynaście lat? Pewnie nie, ale nie miałem szczęścia doświadczyć, czym jest prawdziwe dzieciństwo. Poza tym Dixie zajmowała się zakrywaniem siniaków, które pozostawiał na niej Jerry w te noce, gdy nastawiał muzykę w ich sypialni naprawdę głośno.

Moja poprzednia macocha nazywała mnie „pomiotem szatana” i byłem pewny, że pójdę do piekła. Może faktycznie byłem zły, bo cieszyłem się z tych nocy. Oznaczały mniejszą szansę na to, że Jerry spróbuje coś zrobić Destiny.

Ale Hope? Kurwa, Hope oznaczała kłopoty.

Po dziwacznie długim uścisku Jerry wypuścił wreszcie dziewczynki z objęć. Pracownica opieki społecznej wciąż uśmiechała się triumfalnie, zadowolona, że udało jej się połączyć rodzeństwo.

— Zostawię was, byście się lepiej poznali — powiedziała, zerkając na Dixie. — Nic nowego, wiecie, jak to jest.

Jerry roześmiał się. Koszulka wysmyknęła mu się ze spodni tak, że jego brzuch zwisał nad paskiem.

— Nic poza podwyżką na naszym comiesięcznym czeku, co nie?

Uśmiech kobiety trochę przybladł, lecz skinęła głową.

— Oczywiście.

Spojrzała na dziewczynki, koncentrując się głównie na nowej.

— Masz mój numer, gdybyś z jakiegokolwiek powodu potrzebowała o czymś porozmawiać. Mam nadzieję, że spodoba ci się w nowym domu, i cieszę się, że ty i Destiny w końcu jesteście znowu razem.

— Spodoba jej się tu — powiedział Jerry.

Jak tylko pracownica opieki społecznej odjechała, Jerry chwycił swoimi kiełbaskowatymi paluchami ramię Hope.

— Pokażę ci twój nowy pokój. Będziesz spała tuż obok mnie i Dixie.

— Mogę być w pokoju razem z Destiny — powiedziała Hope. — To nie problem. Nie potrzebuję swojego pokoju.

Jerry znowu oblizał językiem zęby.

— Jesteś za duża, by dzielić z kimś pokój. Mamy ich mnóstwo. Chodź ze mną i nie kłóć się.

Złe przeczucia narastały we mnie, gdy Jerry pociągnął ją do góry po schodach, prawdopodobnie do pokoju opuszczonego przez jakiegoś innego dzieciaka na parę dni przed tym, nim zamieszkaliśmy tu ja i Destiny.

Z tego, co mówił Jerry Jr., to też była dziewczynka. Miała tylko siedem lat, więc nie potrafił mi powiedzieć, czemu się wyprowadziła, a ja nie byłem pewny, czy chcę to wiedzieć.

Niebieskie oczy Hope, identyczne jak oczy Destiny, spojrzały na mnie, gdy ciągnęła swój worek, uderzając nim o każdy stopień. Widziałem w nich lęk. Wiedziała, że siedzi na beczce prochu i wystarczy jedna iskra, by wszystko wybuchło jej w twarz.

Patrzyłem za nią, aż zniknęła za rogiem, ale przysiągłem sobie, że jeśli ten tłusty śmierdziel choćby ją tknie… to nie ręczę za siebie.

Przez pierwszy tydzień Hope spała w pokoju Destiny zamiast w swoim, bo mała zaczynała płakać, ilekroć traciła siostrę z oczu.

Jerry miał już tego dość. Tego wieczoru był pijany i wściekły. Walnął pięściami w blat tak mocno, że tania zastawa aż zadzwoniła.

— Przestań się mazać. Hope nigdzie się stąd nie rusza i dzisiaj w nocy będzie spała w swoim cholernym pokoju, czy ci się to podoba, czy nie.

Przez cały ten tydzień ledwie spałem, bo mu nie ufałem. Czułem się już pijany ze zmęczenia, a w szkole, którą i tak niespecjalnie się przejmowałem, radziłem sobie jeszcze gorzej niż zwykle. Odkąd zacząłem do niej uczęszczać, spędzałem więcej czasu w gabinecie dyrektora niż na lekcjach. Nikt jednak nie spodziewał się po mnie niczego innego, tak samo jak po innych dzieciakach objętych systemem opieki zastępczej. Chyba uważali, że niezależnie od wszystkiego, pewnego dnia czeka nas klęska, więc po co w ogóle próbować.

Byliśmy jak śmieci.

W moim przypadku była to prawda. Z tego, co mi powiedziano, moja matka porzuciła mnie na schodach kościoła w Dzielnicy Francuskiej i tam, pokrytego własnym gównem, znalazła mnie zakonnica.

Był to start dość pasujący do tego, jak potem potoczyło się moje życie. Znamię tego, czym byłem, kim byłem, szło za mną wszędzie.

Czasami zastanawiałem się, czy moja mama zadała sobie trud, by nadać mi imię, nim mnie porzuciła, ale nie miało to teraz znaczenia. Nosiłem tylko takie imię, jakie nadała mi zakonnica: Michael. Wszystkim podrzutkom nadawały imiona biblijne.

— Nie! Chcę do mojej siostry! — płakała Destiny.

Jerry złapał ją za chudą rączkę i przyciągnął bliżej, jednocześnie sięgając do klamry od paska drugą dłonią.

— Chcesz płakać? Mogę dać ci powód do płaczu.

Hope padła na kolana przed siostrą, co sprawiło, że jej twarz znalazła się na wysokości krocza Jerry’ego.

— W porządku, Desi. Będę tuż obok. Będę przy tobie rano, gdy się obudzisz. Nie pozwolę, by znowu nas rozdzielili, obiecuję.

To uświadomiło mi, że Hope nie znajdowała się w trybach systemu tak długo jak ja. Gdyby było inaczej, wiedziałaby już, że nie należy składać żadnych obietnic, bo na pewno zostaną złamane.

Jerry nadal trzymał Destiny i klamrę od paska, jednak teraz skupił uwagę na Hope, czy też raczej na jej biuście.

Ktoś powinien kupić tej dziewczynie biustonosz, ale wiedziałem, że nie będzie to Jerry.

— Widzisz, twoja siostra wie, jak powinna się zachowywać grzeczna dziewczynka. — Przeciągnął językiem po zębach, pod wargą. — Naprawdę grzeczna.

Wiedziałem, że tej nocy znowu nie będę spał.

Jerry poczekał, aż Destiny zaśnie, a Dixie straci przytomność w salonie, nim wykonał pierwszy ruch. Powieki ciążyły mi, jakby ciągnęła je w dół tona cegieł, jednak gdy tylko usłyszałem skrzypienie starej drewnianej podłogi, wiedziałem, co się święci.

Krew popłynęła mi w żyłach szybciej i mocniej. Wyślizgnąłem się z pokoju, uważając, by nie nadepnąć na skrzypiące deski, których układu nauczyłem się w parę dni po wprowadzeniu się tutaj. Umiejętność cichego poruszania się mogła się przydać.

Od dawna nieoliwione zawiasy zapiszczały, gdy Jerry popchnął drzwi.

Ruszył w stronę łóżka Hope. Szedłem tuż za nim i widziałem, jak usiadła prosto, przyciskając do piersi kołdrę, tak samo jak po przyjeździe tuliła worek ze swoim dobytkiem.

Jerry rzucił się w jej kierunku i zakrył jej usta dłonią.

— Nie próbuj wrzeszczeć, bo sprawię, że spłata twoich długów będzie dla ciebie jeszcze trudniejsza.

Hope usiłowała z nim walczyć, jednak on rozdarł jej koszulkę, odsłaniając drobne piersi. Chwycił jedną z nich i ścisnął. Jego druga ręka zniknęła mi z oczu.

— Szykuj się do zapłaty czynszu, mała. Za siostrę też. Chyba że wolisz, żebym wziął to od niej. Na pewno potrafi krzyczeć tak samo ładnie jak ty.

Czułem, jak w moim pustym żołądku wzbiera wściekłość. Ledwo powstrzymałem się, by nie zwymiotować na te słowa. Nie zasługiwał, by żyć.

Chwyciłem kij bejsbolowy, który kupił synowi na mecze małej ligi, i oparłem go sobie na ramieniu. Poruszyłem palcami, poprawiając chwyt. Nie miałem najmniejszych oporów, by zabrać życie złego człowieka i ocalić niewinną duszyczkę.

Jerry zrywał z Hope kołdrę, gdy wszedłem przez drzwi.

— Nawet nie waż się jej dotknąć, skurwielu.

Jerry obrócił się gwałtownie. Uszy wypełniły mi okrzyki strachu Hope.

Jego spojrzenie powędrowało w kierunku kija.

— Co, do cholery, zamierzasz z tym zrobić, chłopcze? Mam ci to wsadzić w dupę, skoro myślisz, że jesteś tu królem?

Poruszał się szybciej, niż wydawało mi się to możliwe. Rzucił się w moim kierunku, szarżując niczym rozjuszony byk. Jego kutas wystawał z brudnych gaci i majtał niczym wiotka parówka.

Co za skurwiel.

Nie zastanawiając się, wziąłem zamach.

Jerry zrobił unik i kij trafił go w bok szyi. Zatoczył się do tyłu i wpadł na ścianę, chwytając miejsce uderzenia dłońmi. Osunął się na podłogę. Hope cicho płakała, nadal siedząc na łóżku i trzęsąc się ze strachu. Chwyciła kołdrę, by się osłonić.

Jerry z trudem łapał oddech. Zrobiłem krok w jego stronę, z każdą chwilą czując większe obrzydzenie, gdy myślałem o tym, co by jej zrobił, gdyby mnie tu nie było. Gdyby się nie uchylił, rozwaliłbym mu głowę niczym arbuza już tym pierwszym ciosem, ale cieszyłem się teraz, że to nie nastąpiło. Nie zasługiwał na lekką czy szybką śmierć.

Dorosły mężczyzna planujący zgwałcić czternastoletnią dziewczynkę zapracował sobie na długie cierpienie.

Przytknąłem koniec kija do jego dłoni, którymi wciąż trzymał się za szyję i stopniowo zwiększając ucisk, zacząłem mu odcinać dopływ powietrza.

— Nigdy więcej nie tkniesz już żadnej dziewczynki w tym domu.

Oczy Jerry’ego z każdą mijającą chwilą coraz bardziej wychodziły z orbit. Wreszcie, po raz pierwszy, odkąd znalazłem się w tej piekielnej dziurze, zobaczyłem w nich lęk.

To jeszcze bardziej rozpędziło krew w moich żyłach i bez wahania zwiększyłem nacisk na kij. Jerry próbował uwolnić ręce, ale nie mógł.

Wkrótce miał stracić przytomność i chciałem, by najpierw poczuł strach i ból. Jeśli moje podejrzenia były słuszne, nie było to czymś gorszym od tego, co wywoływał u innych bezbronnych dzieci.

— Nigdy więcej, Jerry. Słyszysz mnie?

Z całą siłą, na jaką byłem w stanie się zdobyć, docisnąłem kij. Usłyszałem ostry chrzęst i patrzyłem, jak w jego oczach gaśnie płomyk życia.

Pchnąłem jeszcze raz, mocno, by się upewnić, że na pewno nie żyje. Gdy osunął się na bok, krzyki Hope przybrały na sile. Pochyliłem się, by sprawdzić jego puls.

Nic. Jego czarne serce przestało bić.

Właśnie wyrządziłem światu przysługę.

Wyprostowałem się i spojrzałem na nią, wciąż trzymając w ręku kij. W jej oczach nadal malował się strach. Nie wiedziałem, kto ją bardziej przeraził, ale zapewne byłbym w stanie to odgadnąć.

A może się myliłem.

Hope wyskoczyła z łóżka, wciąż owinięta kołdrą i przytuliła się, obejmując mnie w talii.

— Dziękuję.

Ledwie mogłem zrozumieć jej słowa z powodu jej szlochu. Czułem, jak jej łzy wsiąkają w moją brudną koszulkę.

— Zrobiłem to, co trzeba było. Teraz ubierz się i zabierz swoje rzeczy. Ja wezmę Destiny. Obydwie musicie wypierdalać z tego domu. Zaprowadzę was do przytułku przy kościele parę ulic stąd. Każ im zadzwonić do waszej opiekunki społecznej. Powiedz jej, co Jerry próbował zrobić.

Szarpnęła głową, patrząc na jego ciało.

— Co mam powiedzieć o… o tym?

— Prawdę.

Spojrzenie niebieskich oczu Hope znowu powędrowało do mojej twarzy.

— Ale będą cię ścigać…

— Nigdy mnie nie znajdą.

Hope przygryzła wargę i puściła mnie.

— Pospiesz się. Musimy stąd iść.

Gdy wraz z obiema dziewczynkami po raz ostatni wyszedłem z tego domu, uświadomiłem sobie, że moja ostatnia przybrana matka nie miała racji. Nie byłem pomiotem szatana.

Byłem samym diabłem.

2

Mount

Teraźniejszość

Keira działa na mnie w sposób, który wystawia moją samokontrolę na poważną próbę. Nigdy wcześniej nikomu na to nie pozwoliłem.

Trzasnąłem pieprzonymi drzwiami.

Nie reaguję w gniewie. Już nie. Wszystkie moje działania są wynikiem chłodnej, precyzyjnej kalkulacji.

A ta kobieta sprawia, że trzaskam pieprzonymi drzwiami.

Wmawiałem sobie, że moja fascynacja nią nie będzie problemem. Łudziłem się, że mogę mieć Keirę, kontrolować ją, zatrzymać na zawsze — i nigdy nie pozwolić, by stała się czymkolwiek więcej niż jeszcze jedną moją zabawką. Obiecałem sobie, że pozostanę obojętny i zdystansowany, bo inne podejście nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Nauczyłem się tego jeszcze jako dziecko.

Traktuj wszystko tak, jakby było tymczasowe. To zawsze się sprawdza. Nikt z nas nie wyjdzie stąd żywy, więc po co udawać, że jest inaczej?

Jaka jest kolejna rzecz, w którą zawsze wierzyłem? To, że mam całkowitą kontrolę nad swoimi reakcjami.

To nieprawda.

Keira Kilgore osiągnęła coś, do czego nigdy nie zamierzałem dopuścić. Jednak w moim świecie to ja dyktuję zasady, więc teraz nic mnie nie powstrzyma od zmiany planów. Najlepsze w byciu królem jest to, że mogę robić, co zechcę.

Zatrzymanie jej może okazać się błędem, ale nie zamierzam pozwolić jej odejść. Zwłaszcza teraz, gdy spłaciłem jej bankowe zobowiązania, przez co jest wobec mnie zadłużona jeszcze bardziej i mogę mieć nad nią jeszcze większą władzę.

Nigdy wcześniej nie pozwoliłem sobie aż tak pragnąć czegokolwiek lub kogokolwiek. Rządzę imperium i pozostaję na szczycie od tak dawna dlatego, że nigdy nie okazywałem słabości.

Będzie moją słabością tylko, jeśli na to pozwolę, i to się musi skończyć.

Mam ochotę iść do jej pokoju i opowiedzieć jej ze szczegółami, jak zabiłem Lloyda Bunta, co na dobre by ją do mnie zraziło.

Właśnie to powinienem zrobić. Jednak jaki byłby sens rządzenia imperium, gdybym nie mógł mieć wszystkiego, czego zapragnę, nawet jeśli nie powinienem o tym nawet marzyć?

Gdy ta myśl błyska mi w głowie, uświadamiam sobie, że jestem na krawędzi stworzenia słabości, którą będzie można wykorzystać przeciwko mnie. Przez lata walczyłem, by tak się nie stało.

Ale jestem pieprzonym Lachlanem Mountem. Wydostałem się z rynsztoków w tym bezlitosnym mieście, zmieniłem swoją tożsamość, nauczyłem się robić to, co trzeba, by nie tylko przeżyć, ale także prosperować. Stałem się chwastem rosnącym między szczelinami chodnika, który za nic nie chce umrzeć. Wspinałem się po szczeblach przestępczej organizacji i siłą przejąłem tron. Dla świata zewnętrznego jestem kimś, kto rządzi, budząc strach i wykorzystując groźby. Jestem też kimś, kto w razie konieczności nie cofnie się przed ich realizacją.

Mam wszelkie dobra materialne, jakich człowiek mógłby pragnąć. W tym momencie kroczę po biało-złotym perskim dywanie, wśród ścian zdobionych przez włoskich rzemieślników, oświetlonych kryształowymi żyrandolami z czternastokaratowego złota, które kosztowały więcej, niż chciałbym o tym myśleć. Otaczam się najlepszymi rzeczami i nigdy nie udaję, że to nie dlatego, iż wciąż staram się zapomnieć, jak to jest żyć we własnym brudzie.

Nim docieram do tajnej zapadki otwierającej dziesiątki tajnych korytarzy łączących wszystkie moje budynki w tym kwartale, udaje mi się zapanować nad oddechem.

Każde kolejne spotkanie z Keirą ma na mnie jeszcze silniejszy wpływ niż poprzednie i tym razem nie było inaczej. Nie mogę pozwolić, by to trwało. Muszę zdobyć przewagę. To przysięga, którą składam sobie w chwili, gdy obraz sięgający od podłogi do sufitu przesuwa się, odsłaniając wejście do labiryntu.

Poza mną jedynie trzy osoby znają każdy centymetr tych korytarzy: V., którego Keira nazywa Blizną, J., moja prawa ręka, i G., mój krawiec. Cała trójka wielokrotnie dowiodła swojej lojalności wobec mnie, jednak naiwnością byłoby, gdybym komukolwiek zaufał do końca.

Nigdy w życiu nie byłem naiwny.

Mijam kilka zakrętów. Nie sprawdzam, co się dzieje za ścianami, zaglądając przez umieszczone w wewnętrznym korytarzu wizjery, niemal niewidoczne, o ile nie wie się dokładnie, gdzie są.

Inni ludzie na moim miejscu mieliby uzbrojonych strażników patrolujących dom, ale ja tego nie chcę. Po pierwsze, sam sobie świetnie radzę, a po drugie, po co dopuszczać do powstania możliwych słabych ogniw w mojej organizacji? Przekupienie niskiego rangą strażnika jest zbyt proste. Sam robiłem to więcej razy, niż mógłbym policzyć. Ludzi, których zatrudniam, nie można przekupić, bo winni mi są swoje życie z takiego czy innego powodu.

Poza tym kamery są skuteczniejsze, a mój system zabezpieczeń jest nie do złamania… lub tak bliski tego, jak to możliwe.

Gdy kończę swój marsz przez korytarze i schody, którymi muszę przejść, by dotrzeć do mojego ukrytego sanktuarium, do pokoju, który J. nazywa moim gniazdem, spodziewam się, że uda mi się stłumić wszelkie buntownicze uczucia tak samo skutecznie, jak zgasiłbym każdy inny bunt.

Jednak gdy kominek się obraca i moim oczom ukazuje się biblioteka, uświadamiam sobie, że popełniłem olbrzymi błąd, sądząc, iż moje sanktuarium pozwoli mi uciec przed tym, co czuję.

Myślę tylko o niej. Obraz tego, jak pierwszego wieczoru, gdy stanęła w tych ścianach, zrzuciła z siebie ohydny płaszcz, ukazując swoje seksowne krągłości i ten absurdalny tatuaż henną, jest niczym wypalony w moim umyśle.

Zachowywała się jak królowa. Jak kobieta, która byłaby w stanie poradzić sobie z kimś takim jak ja, kto mianował siebie królem.

Żadnych słabości — upominam się.

Moje palce zaciskają się w pięści i mam ochotę przywalić nimi w ścianę. Po raz pierwszy od niesłychanie długiego czasu zaczynają mną targać wątpliwości.

Utrzymać kontrolę. Tym się zajmuję i nie mogę pozwolić, by Keira Kilgore to zmieniła.

Sięgam w stronę barku z alkoholem, by nalać sobie ulubionego trunku, jednak moja dłoń zastyga w połowie ruchu.

To whiskey Seven Sinners, którą kazałem moim ludziom zdobyć ze składu destylarni, bo jeszcze nie jest dostępna w powszechnej sprzedaży, jedynie na kieliszki w firmowej restauracji. Ja jednak nie jestem człowiekiem, który sobie czegokolwiek odmawia. Odsuwam dłoń od butelki Spirit of New Orleans i sięgam po szkocką. W końcu moje imię i nazwisko brzmi szkocko. Lachlan Mount — to brzmiało jak imię człowieka, który ma władzę. Miałem piętnaście lat, gdy je sobie wybrałem.

Po odebraniu życia temu nędznemu łachmycie Jerry’emu przez dwa lata żyłem na ulicy i nie miałem imienia. Nikogo nie obchodził kolejny zbieg. W te rzadkie noce, gdy sypiałem w schronisku dla bezdomnych, za każdym razem podawałem inne fałszywe imię i nazwisko. Kłamałem. Oszukiwałem. Kradłem.

Wciąż robię te rzeczy, co więcej, robię je bez wyrzutów sumienia.

Nie jestem dobrym człowiekiem. Moja dusza jest czarna. Mam serce z kamienia. Moja reputacja nie jest legendą ani mitem, lecz opiera się na zbiorze faktów.

Gdyby istniała waga, która przesądzałaby o czystości człowieka, szala, na której bym stanął, uderzyłaby z trzaskiem o ziemię pod ciężarem moich grzechów, a ja śmiałbym się z tego do rozpuku.

Pójdę do piekła. Wiem to z całą pewnością, jednak mam długą listę ludzi, których wyślę tam przede mną.

Keira Kilgore jest moim przeciwieństwem. Jest czysta. Niewinna. Naiwna jak sam skurwysyn. Wciąż wierzy, że inni grają zgodnie z zasadami, a trzeźwy osąd pozwala wytyczyć drogę do sukcesu. Myli się, ale nigdy by mi nie uwierzyła, gdybym jej to powiedział. Nie powinienem był jej wprowadzać do mojego świata, jednak jestem egoistą i mam to gdzieś. Jestem na tyle samolubny, że ją tu zatrzymam.

„Nie chcę tego. Nie prosiłam o to i nigdy nie ulegnę dobrowolnie. Przysięgam na wszystko, co święte”.

Wypowiedziała te słowa, stojąc przede mną nago, lecz jej ciało ją zdradziło. Uczyniłem z niej kłamcę, bo za każdym razem, gdy jej dotykałem, była chętna. Pragnęła tego tak samo jak ja.

Przysięgam, że wciąż mogę wyczuć w tym pokoju jej zapach, dominujący nad zapachem skóry, starych książek i dymu cygar. Mam ochotę przemknąć się do jej pokoju, otworzyć drzwi i znowu udowodnić jej kłamstwo.

„Nie waż się mnie teraz dotknąć. Ani nigdy więcej”.

Powinna wiedzieć, że mężczyźnie takiemu jak ja nie rzuca się tego typu wyzwań. Zawsze wygrywam.

Zaciskam zęby i zmuszam się, by podejść do półki z książkami, tak jakby istniała jakakolwiek szansa, że będę teraz czytał którykolwiek z tych tomów.

Słyszę szum, gdy kominek się porusza i odwracam się. Niemal spodziewam się zobaczyć wściekłą rudowłosą boginię, która przyszła znowu rzucić mi wyzwanie. W mojej chorej wyobraźni to kończy się tym, że przekładam ją przez oparcie jednego z foteli i pieprzę ją, trzymając jej ręce z tyłu.

Ale to nie ona. To J., moja prawa ręka.

— Mamy pewien niewielki problem. Mogę się tym zająć, jednak wiem, że chciałbyś mieć w tej kwestii coś do powiedzenia.

— Co się dzieje? — pytam, zadowolony, że coś oderwie moje myśli od Keiry.

— Jeden z przybocznych szefa kartelu otrzymał już pierwsze ostrzeżenie na temat tego, jak traktuje przydzieloną sobie dziewczynę na noc w kasynie, ale ten durny skurwiel nic sobie z tego nie robi.

Czuję, jak ogarnia mnie chłodne opanowanie i wracam do równowagi. To jest coś, w czym jestem świetny. Coś, co z łatwością potrafię kontrolować.

J. ma rację. Ta sytuacja nie wymaga mojej interwencji, ale chcę się w to włączyć. A dzisiaj… może w ogóle załatwię to sam.

— Chodźmy.

Idę za J., pozostawiając za sobą wspomnienie Keiry. Wychodzimy z mojego gabinetu i wędrujemy przez labirynt króliczych korytarzy, które prowadzą do kasyna. Fakt, że jestem właścicielem całego sektora ulic w Dzielnicy Francuskiej, ma swoje zalety, na przykład mogłem wyburzyć wiele wewnętrznych ścian i zmienić środkową część kompleksu w olbrzymie podziemne kasyno, które w ciągu jednej nocy przynosi większy zysk niż przeciętny człowiek zarabia w ciągu roku. Możliwość wstępu jest czymś ekskluzywnym, przyznawanym jedynie wybranym i to nieczęsto. Tylko bardzo bogaci, bardzo wpływowi i mający świetne znajomości ludzie mogą tu przychodzić pod niewypowiedzianą groźbą, że jeśli komuś o tym powiedzą, zginą. Jeśli będą oszukiwać — zginą. Jeśli spojrzą na mnie w niewłaściwy sposób — zginą.

Nie przesadzam, mówiąc, że moje rządy opierają się na strachu i grozie, jakie wywołują moje działania.

Wchodzimy tylnym wejściem, którego zawsze używam, i tylko kilka chwil zajmuje mi odnalezienie prywatnej sali, w której mafijny żołnierz pragnący śmierci gra właśnie w oko za wysokie stawki.

Dziewczyny, które tu pracują, są pod moją ochroną i jakiekolwiek wykroczenie przeciwko nim jest wykroczeniem przeciwko mnie. Nie obchodzi mnie, że ich sukienki ledwo zakrywają ich tyłki, cipki czy cycki ani że ich makijaż jest grubszy niż lakier na moim ulubionym samochodzie. Nie ma znaczenia, że zarabiają na życie w najstarszym zawodzie świata. W moim klubie nie wolno ich źle traktować. To część zasad, jednak mężczyznom pod wpływem alkoholu zdarza się czasem o tym zapominać. Gdy tak się dzieje, moi pracownicy wiedzą, jak im przypomnieć o konsekwencjach.

Dziewczyna, szczupła blondynka z ciemnymi odrostami, stara się dyskretnie uwolnić z uścisku przybocznego, nie wywołując sceny. Durny skurwiel (określenie J.) nie chce jej wypuścić. Zamiast tego chwyta ją za włosy i szarpie tak gwałtownie, że dziewczyna uderza kolanami w ziemię.

Telefon wibruje mi w kieszeni, jednak ignoruję to, czując, jak wściekłość zaczyna krążyć mi w żyłach. Ci, którzy źle traktują blondynki, wkurzają mnie jeszcze bardziej.

Przyboczny, co najmniej piętnaście centymetrów niższy ode mnie i lżejszy o dwadzieścia kilogramów, wciska siłą jej twarz w swoje krocze.

— Possij mi fiuta, dziwko.

— Dzisiaj umrze — mówię cicho, jednak J. nie każe mi powtarzać. Dobrze wie, że to tak się skończy.

— Zajmę się tym, szefie.

Potrząsam głową, przekuwając swój gniew w zimną wściekłość.

— Nie, zajmę się tym osobiście.

— Jesteś pewien? Mogę…

Gdy obracam się, by spojrzeć na J., wciąga gwałtownie powietrze.

— Oczywiście, że jesteś pewien. Może to i lepiej, że to przyjdzie od ciebie.

J. zakłada, że zrobię to osobiście, ponieważ będzie to stanowiło wyraźniejszy sygnał dla jefe tamtego. Jednak to tylko część prawdy. Dzisiaj potrzebuję ujścia dla buzującej we mnie wściekłości, a ten gnojek wybrał zły dzień i miejsce, by wywoływać problemy. Więcej nie popełni tego błędu.

Wchodzę do pokoju. Uwaga pozostałych trzech graczy i krupiera natychmiast skupia się na mnie. Zamykam drzwi ze zdecydowanym kliknięciem.

Krupier nigdy nie powie, co widział, bo zawdzięcza mi życie. Ocaliłem go przed uliczną egzekucją, jaką groził mu sprzedawca cracku, gdy krupier miał szesnaście lat. Wie też, że gdyby szepnął komukolwiek o tym, co tu się wydarzyło, potraktowałbym to jako zdradę, która zostałaby ukarana takim samym wyrokiem, przed jakim umknął. Poza tym dobrze tu zarabia, ma ciężarną dziewczynę, z którą planuje się ożenić w przyszłym miesiącu, i nie chciałby narazić jej i dziecka na niebezpieczeństwo.

Pozostali gracze to skorumpowany radny, kaznodzieja i baron naftowy, który bezlitośnie wyrzucał ludzi z domów, by rozbudować swoje imperium. Na każdego z nich mam haka, więc też nie ośmielą się pisnąć słówka.