Król bez skrupułów - Meghan March - ebook + audiobook + książka

Król bez skrupułów ebook i audiobook

Meghan March

4,8

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Keira Kilgore jest rudowłosą pięknością o ognistym temperamencie i niepokornej duszy. Prowadzi destylarnię, która należy do jej rodziny od czterech pokoleń, i to dziedzictwo jest dla niej wszystkim. Zwłaszcza teraz, gdy po kilku miesiącach małżeństwa zmarł jej mąż. Nie był to udany związek. Brett, jej małżonek, regularnie ją zdradzał, podkradał pieniądze z firmowego konta, a gdy zginął, okazało się, że... pozostawił ją z ogromnym długiem, którego w żaden sposób nie mogłaby spłacić. Najgorsze jednak, że zadłużył Keirę u człowieka, który rządzi Nowym Orleanem żelazną pięścią.

Lachlan Mount nie ma żadnych zahamowań ani słabości, a o jego bezwzględności krążą legendy. Nikt nie odważy się kwestionować jego życzeń czy łamać ustalonych przez niego zasad - ani policja, ani żadna z mafii działających w tym mieście. Mount trzyma się w cieniu. Nikomu nie pozwala zbliżyć się do siebie, może poza nielicznymi kobietami, które potem giną bez wieści. Mężczyzna może zrobić wszystko, bo nigdy nie spotkał się nawet z cieniem oporu. Kontrolował Nowy Orlean w pełnym tego słowa znaczeniu, a jego żądania zawsze były spełniane. Tak miało być i tym razem.

W zamian za odstąpienie od zniszczenia dziedzictwa Keiry zażądał jej samej...

To emocjonująca, pełna dramatycznych zwrotów historia o dwóch silnych osobowościach. Niezależna i niepokorna piękność oraz bezlitosny tyran wymagający całkowitego posłuszeństwa przecież w żaden sposób nie mogą być razem! Bo gdy do gry wchodzą pożądanie, nienawiść i nieugięta wola, katastrofa wydaje się nieunikniona. On żąda absolutnego poddania. Ona nie zamierza spełnić jego rozkazu. Ich każde kolejne spotkanie, słowo czy dotknięcie nakręca spiralę adrenaliny i ekstazy. Prędko się przekonasz, jak magnetycznym afrodyzjakiem jest władza. I jak bardzo kosztowna może być wolność. Zobaczysz, że nie da się zbudować niczego trwałego, brodząc w sieci kłamstw...

Stań oko w oko z tyranem. Jest okrutny, brutalny i zabójczo przystojny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 251

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 54 min

Lektor: Czyta: Ewa Konstanciak

Oceny
4,8 (31 ocen)
26
3
2
0
0
Sortuj według:
czarnamamba78

Nie oderwiesz się od lektury

super ,POLECAM
00
JoannaBura

Nie oderwiesz się od lektury

historia z dreszczykiem emocji.bardzo wciągająca.polecam
00
oligatorka22

Całkiem niezła

Audiobook beznadziejny - lektorka do niczego
00
AgaAgi

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam!
00
KinMos

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem pozytywnie zaskoczona :)
00

Popularność




Meghan March

Król bez skrupułów

Tytuł oryginału: Ruthless King (Mount Trilogy #1)

Tłumaczenie: Olga Kwiecień

ISBN: 978-83-283-4847-9

Copyright © 2017. Ruthless King by Meghan March

Copyright © 2017 by Meghan March LLC

All rights reserved

Polish edition copyright © 2019 by Helion SA

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz Helion SA dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Helion SA nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

HELION SA ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

1.

Keira

Czy to kroki?

Zamieram przed zamkniętymi na klucz drzwiami mojego gabinetu i wpatruję się w klamkę, jakby była skażona wąglikiem.

Żaden z moich pracowników nie ośmieliłby się tam wejść. Wiedzą, że moje biuro to teren zakazany. Moi rodzice są siedemset mil dalej, na Florydzie, gdzie cieszą się życiem, korzystając z wypłacanej im przeze mnie co miesiąc emerytury, której źródłem są beznadziejne obecnie dochody z destylarni. Ledwo sobie radzimy, mimo że cztery pokolenia naszej rodziny zarabiały na życie, produkując irlandzką whiskey w Nowym Orleanie.

Ta piwnica nie jest nawiedzona. Ta piwnica nie jest nawiedzona.

Powtarzam tę prawdę niczym mantrę, aż moje serce zwalnia do prawie normalnego rytmu. Lepiej, żeby w środku nie czekał na mnie mój zmarły mąż, bo klnę się na niebiosa, sama zabiłabym Bretta jeszcze raz.

Przywołując tę samą żelazną wolę, której potrzebowałam, by wydobyć firmę z dołka, chwytam za klamkę, otwieram szarpnięciem drzwi i wpadam do środka, usiłując osiągnąć element zaskoczenia, wykrzesać z siebie fałszywą odwagę czy zrobić coś w tym rodzaju.

— Próbujesz zrobić wielkie wejście?

Głęboki głos, który odzywa się w mroku, przejmuje mnie chłodem do szpiku kości.

Słyszałam go wcześniej tylko raz, zza tych samych poobijanych drewnianych drzwi, przez które teraz weszłam. Wtedy jednak wypowiadał groźby, których nie udało mi się zrozumieć, a nie zadawał pytanie w ten chłodny, kontrolowany sposób.

Nie mam najmniejszej ochoty przebywać w ciemnościach z tym głosem.

Nie jest duchem. Jest kimś jeszcze gorszym.

Jest przeklętym złem, o którym szepcze się po kątach, lecz nigdy nie wspomina się go w dobrym towarzystwie, niemal jakby wypowiedzenie jego imienia mogło go przywołać. A tego nikt by nie chciał.

Ja nigdy nie wypowiedziałam tego imienia na głos. Nie chcę teraz nawet wypowiedzieć go w myślach, jednak mój mózg i tak przywołuje te słowa.

Lachlan Mount.

Klepię na ślepo betonową ścianę za sobą, szukając włącznika światła, jednak gdy nim pstrykam, nic się nie dzieje.

O, słodki Jezu. Umrę i nawet nie zobaczę, jak nadchodzi śmierć.

Moje stare krzesło przy biurku skrzypi, po czym za chwilę zapala się przyćmiona lampka na moim biurku.

Najpierw widzę jego olbrzymie dłonie, potem ciemno opalone przedramiona z podwiniętymi białymi mankietami koszuli. Światło nie sięga jego twarzy.

— Proszę zamknąć drzwi, pani Kilgore.

Przełykam ślinę napływającą mi do ust na myśl o tym, że on wie, jak się nazywam, i przesuwam rękę, bez namysłu wykonując jego polecenie. Chwytam klamkę za sobą, podczas gdy tak naprawdę mam ochotę jedynie odwrócić się i uciec.

Pobiec na policję.

Może oni mogliby… Sama nie wiem. Uratować mnie?

Zerkam przez ramię, domykając skrzypiące drzwi. Moja chęć ucieczki wzrasta, gdy przestaję widzieć przyćmione światła korytarza.

— Zrób tylko krok w tamtym kierunku, a stracisz wszystko.

Stopy przyklejają mi się do popękanej betonowej podłogi, a krople potu zaczynają spływać po piersi. Innym razem przypisałabym to przypominającym saunę warunkom, jakie panują w pobliżu destylatorów, jednak nie dziś.

— Czego chcesz? — szepczę. — Dlaczego tutaj jesteś?

Krzesło skrzypi, gdy podnosi się i szerokimi palcami zapina guzik marynarki. Jego twarz nadal pozostaje ukryta w cieniu.

— Ma pani u mnie dług, pani Kilgore, i przyszedłem go odebrać.

— Dług?

Mój umysł rozpaczliwie szuka wyjaśnienia, jak to się stało, że jestem mu winna pieniądze. Nigdy wcześniej go nie spotkałam. Nigdy go nawet nie widziałam, jedynie słyszałam przez drzwi jego głos. Tacy jak ja nie mieszają się z takimi jak on — a przynajmniej większość takich jak ja. Słyszałam plotki, że utrzymywał Richelle LaFleur, dziewczynę z naszego kościoła, jako kochankę, dopóki nie zaginęła rok temu bez śladu. Wyganiam z głowy wszelkie myśli na ten temat.

— O czym ty mówisz? — Udaje mi się w jakiś sposób sformułować to pytanie.

Dwoma palcami popycha w kierunku plamy światła po podrapanym blacie mojego biurka dokument, na którym widzę wielkie litery: WEKSEL. Nie mogę oderwać wzroku od tego słowa, jednak jestem zbyt przerażona, by podejść bliżej.

Słodki Jezu, Brett. Coś ty narobił? Serce tłucze mi się o żebra jak oszalałe.

— Nie chcesz wiedzieć, ile twój mąż pożyczył pod zastaw tej firmy?

— Ile? — pytam, pochylając się ku niemu wbrew woli.

— Pół miliona dolarów.

Wciągam powietrze, zszokowana.

— Kłamiesz.

Kładzie obie dłonie na biurku i pochyla się, po raz pierwszy ukazując swoją twarz w świetle lampy. Jego twarde rysy wyglądają jak wyrzeźbione z granitu, ciemne oczy spoglądają przeszywająco, co stanowi uderzający kontrast z eleganckim, dobrze skrojonym garniturem, który ma na sobie.

— Nigdy nie kłamię.

Pół miliona dolarów? Niemożliwe.

— Wiedziałabym, gdyby Brett zaciągnął taką pożyczkę i, możesz mi wierzyć, nie zrobił tego.

Wzrusza ramionami, jakby ta informacja nie miała dla niego znaczenia. Może nie ma.

— Jego podpis świadczy o tym, że jednak to zrobił, a czas spłaty minął.

Spoglądam na dokumenty na biurku. Jeśli naprawdę to zrobił… to katastrofa.

Cztery pokolenia Kilgore’ów poświęciły swoje marzenia, nadzieje i pieniądze, by utrzymać przy życiu nasze dziedzictwo. Nie może się skończyć na mnie.

— Nie mam takich pieniędzy.

— Wiem.

Jego odpowiedź wytrąca mnie z równowagi.

— A więc dlaczego…

Wychodzi ze światła i idzie w moją stronę. Wciskam się w ścianę, gdy się zbliża, odcinając mi drogę ucieczki. Nie mam dokąd uciekać. Schwytał mnie w pułapkę.

— Ponieważ jest coś, czego mógłbym chcieć w zamian.

Muszę przywołać całą moją siłę, by głos mi nie zadrżał, a serce nie wyskoczyło z piersi.

— Co takiego?

Zatrzymuje się o krok przede mną i jego pełne usta wypowiadają tylko jedno słowo.

— Ciebie.

2.

Keira

Zamykam drzwi na klucz i obsuwam się po ich drewnianej powierzchni natychmiast po usłyszeniu zdecydowanego kliknięcia zapadki. Moje ciało drży, jakbym właśnie przeżyła spotkanie z antychrystem. Wszystko, co pozostało po Lachlanie Mouncie w moim biurze, to zwodniczo atrakcyjny zapach — intensywna mieszanka cytrusów, korzennych przypraw i cedru — i mój strach.

Nie powinnam też zapominać o wekslu.

Moje spojrzenie wędruje do biurka i z powrotem.

Musi być fałszywy. Niemożliwe, żeby Brett pożyczył pięćset tysięcy dolarów, wykorzystując destylarnię jako zabezpieczenie. Z całą pewnością nie przeznaczył tych pieniędzy na żadne z ulepszeń, które zaczęłam wprowadzać. Każdy dolar, który włożyłam w tę firmę, dostałam w efekcie przedstawienia, jakie uskuteczniłam przed niemal wszystkimi bankierami w tym mieście.

Tonę w długach sięgających mi pod sam nos. Albo raczej: tak było jeszcze niedawno. Teraz przykryły mnie z głową.

Lachlan Mount.

Zaciskam oczy i unoszę podbródek w stronę sufitu, przeklinając w duchu mojego nieżyjącego męża. Mój ojciec zapewne powiedziałby, że jego duszy powinnam raczej szukać na dole niż w górze.

Jak mogłeś mi to zrobić, ty dupku?

Taki dług… w stosunku do tego mężczyzny… to jak ostatni gwóźdź do trumny Bretta. Jakim cudem nie rozpoznałam w nim oszusta? Po raz kolejny przepełnia mnie żal do siebie. To niczym powtórka kiepskiego serialu w telewizji, którego nie mam siły wyłączyć. Nabrałam się na jego kłamstwa, sądziłam, że razem odbudujemy imperium mojej rodziny. Zdawało mi się, że znalazłam partnera. To ja byłam tą idiotką, która zasugerowała, byśmy uciekli i wzięli ślub, bo byłam tak pewna, że jest tym jedynym.

Nie minęło dużo czasu, nim się przekonałam, że jest oportunistycznym dupkiem, który zaczął mnie zdradzać, jeszcze zanim się pobraliśmy, i podkradał pieniądze z rachunku bankowego des­tylarni, odkąd tylko uzyskał do niego dostęp.

Uderzam dłońmi o solidne dębowe drzwi za mną.

— Niech cię szlag, Brett. Niech cię szlag!

Biorę głęboki oddech, otwieram oczy i prostuję plecy. Koniec użalania się nad sobą. Spędziłam trzy ostatnie miesiące, czyli o miesiąc dłużej niż w ogóle byliśmy małżeństwem, radząc sobie z konsekwencjami śmierci mojego męża, i właśnie w momencie, gdy wydawało mi się, że znowu mam twardy grunt pod nogami…

Pojawił się Lachlan Mount.

Zerkam raz jeszcze na dokument leżący na moim biurku. Biurku, które mój pradziadek przywiózł z Irlandii i na którym podpisał pierwszą umowę dzierżawy nieruchomości pod destylarnię Seven Sinners. W rodzinie było siedmiu synów, którzy z niezachwianym optymizmem wierzyli, że uda im się podbić rynek whiskey.

Wydawało mi się, że wreszcie stałam się godna zasiadania za tym biurkiem, gdy mój ojciec się zgodził, bym wykupiła jego udziały. Byłam taka dumna z tego, że jestem pierwszą kobietą, która zasiadła u steru destylarni produkującej najlepszą tradycyjną irlandzką whiskey w Nowym Orleanie, gdzie nasza rodzina zapuściła korzenie i prosperowała mimo okropnego prawa zwanego prohibicją.

Jakaś część mnie żałuje, że nie żyłam w tych czasach bezprawia. Gdy ten, kto miał władzę, stanowił prawo — i każdy, kobieta czy mężczyzna, mogli pójść w górę lub upaść, w zależności od tego, jak ciężko chcieli pracować. Aczkolwiek z łatwością mogę sobie też wyobrazić żyjącego w tamtych czasach Lachlana Mounta z pistoletem maszynowym eliminującego konkurentów. Chociaż właściwie zapewne teraz likwiduje konkurencję w identyczny sposób.

Nie mam pojęcia, jakim cudem do tej pory nie zwróciliśmy na siebie jego uwagi, ale najwyraźniej te szczęśliwe czasy dobiegły końca.

Zbieram wszystkie swoje siły i idę po zimnej, popękanej posadzce, by obejrzeć uważniej dokument, który tak niewinnie leży na moim biurku. Sięgam po niego w taki sposób, jakbym powinna mieć na sobie ochronny strój, nim go dotknę, i chwytam kawałek papieru ostrożnie za róg palcem wskazującym i kciukiem.

Staram się zostawiać sprawy prawne prawnikom, jednak ich stawki za godzinę są tak wysokie i tak szybko się kumulują, że biorąc pod uwagę, iż ledwo starcza mi pieniędzy na zapłacenie zaległych rachunków, już dawno musiałam się sama nauczyć niejednego, by obciąć koszty.

Weksel.

Czytam go powoli, słowo po słowie. Szybkie i brutalne podsumowanie: ten dokument oznacza koniec mojego rodowego dziedzictwa.

Brett Hyde pożyczył od Lachlana Mounta pięćset tysięcy dolarów, który to dług miał zostać spłacony w zeszłym tygodniu, dokładnie w trzy miesiące po śmierci Bretta. Albo, jeśli mam być bardziej precyzyjna, w trzy miesiące po tym, jak zwęglone szczątki Bretta i niezidentyfikowanej kobiety zostały znalezione w spalonym samochodzie w dzielnicy nad rzeką.

Czuję burzę emocji w piersi i taki zamęt, jakby dwie orkiestry dęte grały na dwóch końcach tej samej ulicy w Dzielnicy Francuskiej, konkurując o dolary turystów.

To katastrofa.

Nie mogę tego zapłacić.

Mount wie, że nie mogę tego zapłacić.

Ale jest coś, co gotowy jest przyjąć w zamian.

Na drżących nogach obchodzę biurko i padam na krzesło.

„Ciebie”.

Moje ciało przeszywają dreszcze, gęsia skórka pokrywa każdy skrawek mojej odsłoniętej skóry, chociaż skórzany fotel jest jeszcze ciepły od jego ciała, tak jakby jego krew miała wyższą temperaturę niż u normalnego człowieka. Może zresztą tak jest. Jedno mogę powiedzieć z całą pewnością: Lachlan Mount nie jest zwyczajnym człowiekiem.

Słodki Jezu, czego on mógłby ode mnie chcieć?

Mój wewnętrzny głos zaczyna się buntować. Czy ty pytasz poważnie? Czego może chcieć mężczyzna od kobiety? Zapłacisz, leżąc na plecach.

Istnieje kilka rzeczy, które wiem z absolutną pewnością: whiskey Seven Sinners jest najlepszą, jakiej kiedykolwiek próbowałam. Nowy Orlean zawsze będzie moim domem. I nie będę się prostytuować, by spłacić długi mojego nieżyjącego męża.

Mimo wszystko to słowo jednak wisi w powietrzu.

„Ciebie”.

Ręce mi drżą, gdy czytam dokument, ucząc się go na pamięć. Ale tak naprawdę jedyne, co ma znaczenie, to kwota, której nie jestem w stanie zapłacić, i data spłaty długu. Odwracam weksel, nie chcąc już na niego patrzeć, jednak na drugiej stronie kpią ze mnie śmiało wypisane słowa:

Przedłużono termin spłaty należności o siedem dni.

Pod spodem widnieje nieczytelny podpis, jednak nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, do kogo należy.

Siedem dni? Nie miałoby znaczenia nawet, gdyby to było siedem miesięcy. Nie mam skąd wytrzasnąć pół miliona dolarów.

Co Brett zrobił z tymi pieniędzmi?

Siedzę w milczeniu, tak jakby nagle Bóg miał mi odpowiedzieć grzmiącym głosem z nieba, jednak oczywiście nic takiego się nie dzieje.

Czy w tym momencie jest to istotne? Pieniądze przepadły, mój mąż przepadł. Zostałam sama, ponieważ jak się dowiedziałam, jako jego jedyna spadkobierczyni i wykonawca testamentu, odziedziczyłam też wszystkie jego długi. Konsekwencje złego małżeństwa ciągną się o wiele dłużej, niż dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Nie zamierzam jednak się poddać i zapłacić za złą decyzję Bretta swoim ciałem.

Strach, który wciąż pulsuje mi w żyłach, usiłuje zmiękczyć mój tytanowy kręgosłup.

— Znajdę sposób, żeby to naprawić. Jakoś. Coś wymyślę.

Cisza w moim biurze to jedyna odpowiedź, jakiej potrzebuję.

Sama też sobie nie wierzę.

Jednak muszę coś zrobić albo naprawdę mam przepieprzone. I to Lachlan Mount będzie mnie pieprzył.

3.

Keira

Podchodzę do życia niczym generał, niczym strateg, który każdą decyzję dobrze rozważa i wykonuje precyzyjnie. Mój ojciec zawsze mówił, że powinnam zostać chirurgiem, ale ja nigdy nie pragnęłam niczego innego poza produkowaniem whiskey. Ojciec pragnął syna, który kontynuowałby rodzinną tradycję, jednak zamiast tego urodziły mu się trzy córki i tylko mnie interesowała różnica między whiskey single malt a single barrel.

W tej chwili potrzebuję informacji o człowieku, który żyje w cieniu, więc zaczynam od najbardziej oczywistego źródła, czyli wyszukiwarki Google. Wpisuję jego imię i w mgnieniu oka na moim ekranie pojawia się następujący komunikat:

„Podana fraza — Lachlan Mount — nie została odnaleziona”.

To niemożliwe. Klikam na zakładkę obrazy, nic. Dodaję w ramce wyszukiwania Nowy Orlean i pojawia się mnóstwo stron z informacjami o mieście, jednak nie ma nawet słowa o Lachlanie Mouncie.

Próbuję jeszcze dziesiątki razy, stale z podobnym skutkiem.

Zupełnie jakby nie istniał. Jakby naprawdę był tylko mitem i legendą, tak jak sądziłam, zanim wczoraj spotkałam się z nim twarzą w twarz.

Gdzie więc, u licha, mam znaleźć o nim jakiekolwiek informacje, skoro z punktu widzenia internetu jest niczym duch?

Wczoraj w nocy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć i czując, jak z każdą minutą zbliżam się do terminu spłaty długu. Za moim malutkim mieszkankiem nie rośnie żadne drzewo rodzące pieniądze, więc można spokojnie powiedzieć, że nie jestem bliższa rozwiązania niż wcześniej.

Mogłabym sprzedać nerkę, ale nawet to nie przyniesie mi pięciuset tysięcy dolarów, jak sądzę. Nie jestem na bieżąco, jeśli chodzi o ceny organów na czarnym rynku, ponieważ należę do zwyczajnych, przestrzegających prawa obywateli.

Sprzedaję whiskey. Płacę podatek akcyzowy, chociaż mam ochotę wymiotować, gdy wypisuję czek. Ale nie szukam nieuczciwych oszczędności i gram zgodnie z zasadami.

Wchodzę przez boczne drzwi do gorzelni i owiewa mnie ciepło z olbrzymich destylatorów. Inni może uznaliby je za duszące, ale ja czuję przypływ spokoju. To mój dom.

Louis Artesian, który nadzoruje u mnie proces destylacji, unosi do światła szklankę, po czym wącha i kosztuje płyn.

— I jak idzie?

Obraca głowę, a na jego ustach pojawia się uśmiech.

— Zapamiętaj moje słowa, Keiro: to będzie najlepsza whiskey, jaką kiedykolwiek wyprodukowaliśmy.

Uśmiech, który wypływa na moją twarz, nie jest wymuszony, stoi za nim duma. Sprawię, że ojciec będzie ze mnie dumny. Zaryzykowałam, zmieniając dostawców zboża — co więcej, nie uprzedziłam go o tym — i najwyraźniej bardzo nam się to opłaci.

O ile tylko będę potrafiła utrzymać destylarnię otwartą wystarczająco długo, byśmy mogli doczekać się rezultatów.

Przez całą noc rozważałam różne scenariusze. Gdy podpisywałam umowy pożyczek z bankami, wszystko było oparte na jawności wszelkich zobowiązań destylarni, jednak nie wiedząc o długu wobec Mounta, nie mogłam o tym poinformować. A skoro informacji o pożyczce nie było w państwowym rejestrze, to chyba nie jest ważna, prawda? A może to dług podporządkowany i Mount jest w stanie wymusić egzekucję należności, by dostać, co mu się należy, gdy główni wierzyciele zostaną spłaceni? Tak naprawdę nie mam o tych sprawach większego pojęcia i, co więcej, zakładam, że rodzaj długu nie ma znaczenia. Nie mogę sobie wyobrazić, że Lachlan Mount stosuje się do takich samych zasad jak wszyscy inni.

Znam tylko jedną osobę, która być może będzie w stanie mi coś o nim powiedzieć. A skoro Google mnie zawiodło, to obecnie najlepszy wybór. Żaden generał nie podejmuje decyzji bez informacji.

— Zgadzasz się, Keiro?

Louis coś do mnie mówił, jednak w ogóle go nie słuchałam.

— Przepraszam, co?

Jego łagodny uśmiech przypomina mi o wszystkich ludziach, których źródło utrzymania zależy ode mnie.

— Nic ważnego. Mówiłem tylko, że podjęłaś słuszną decyzję. Wybór organicznego ziarna wiązał się ze zwiększeniem kosztów i wymagał podjęcia ryzyka, ale efekt sam się broni.

Każdego innego dnia przywitałabym to westchnieniem ulgi i rozluźnieniem lecz nie dziś.

— To najlepsza wiadomość w tym tygodniu — odpowiadam szczerze.

— Keiro, mogę cię porwać na chwilę? — Temperance, moja przeciążona pracą i niedostatecznie wynagradzana asystentka i prawa ręka woła mnie od drzwi. Nie przestajemy żartować z tego, że pracuje w destylarni z takim imieniem[1]. — Musimy rozstrzygnąć jeszcze parę kwestii organizacyjnych i nie chciałam tego robić bez twojej akceptacji.

Oprócz tego, że Temperance jest moją prawą ręką, wzięła na siebie też rolę głównego organizatora olbrzymiej imprezy, którą przygotowujemy z okazji Mardi Gras[2] dla Voodoo Kings, lokalnej nowoorleańskiej drużyny futbolowej. Wynajmują całą restaurację i pieniądze, które zarobimy, powinny nas utrzymać na powierzchni przynajmniej przez parę miesięcy. To znaczy, tak byłoby, gdyby nie…

Wyrzucam z głowy myśl o moim nieoczekiwanym i niemile widzianym gościu i pokazuję Louisowi uniesiony kciuk, po czym ruszam w stronę Temperance, zostawiając za sobą ciepło destylatorów.

— Co się dzieje?

— Chcą zmienić menu i zawrzeć w nim coś, co strasznie wkurzyło Odile. Chcą też, żebyśmy zajęli się organizacją transportu powrotnego dla uczestników i przypilnowali, by żadna z nietrzeźwych osób nie wyszła stąd z kluczykami od samochodu i nie prowadziła po pijanemu. To byłby zły PR, rozumiesz…

Sama myśl o tym, że mam być osobą, która powie zawodowemu sportowcowi, że nie jest dostatecznie trzeźwy, by prowadzić samochód, i zabrać mu kluczyki, wzbudza we mnie dreszcz przerażenia.

— A więc chcą, żebyśmy to my byli tymi złymi? Dlaczego drużyna nie może sama się tym zająć, skoro tak ich to martwi?

— Nie wiem, ale powiedzieli, że musimy to dodać do umowy, albo zorganizują imprezę gdzie indziej.

O, nie, do diabła. Potrzebujemy tej imprezy.

Szybko podejmuję decyzję.

— W takim razie zgodzimy się, ale pod warunkiem że ujmiemy to jako obowiązkowy serwis parkingowy i że potrzebujemy kogoś od nich przy drzwiach, kto razem z naszym pracownikiem będzie podejmował takie decyzje.

Temperance wyjmuje jeden z trzech długopisów, które ma wet­knięte w swój ciemnobrązowy kok, po czym szybko zapisuje to w notatniku.

— Dobrze, sprawdzę, czy to przełkną. — Zerka na mnie. — A co, jeśli nie?

— Ulegnij, ale powiedz im, że kierują nami względy bezpieczeństwa i zastrzegamy sobie prawo wezwania policji, gdyby ktoś zanadto rozrabiał.

Dodaje to do swoich notatek.

— A jeśli chodzi o Odile…

— O ile ich prośba zwiększa koszty menu?

Temperance przerzuca kartki w notatniku.

— Nasze koszty rosną o dziesięć procent, ale jeszcze nie podałam im wyceny po zmianie.

— Powiedz im, że to oznacza podwyżkę o trzydzieści procent, a gdyby protestowali, zgódź się na dwadzieścia pięć. A potem powiedz Odile, że jestem jej dłużniczką.

Temperance uśmiecha się szerzej, zapisując moje słowa.

— Widzisz? Jesteś urodzoną negocjatorką. Dlatego właśnie jesteś świetna w swojej pracy.

Gdybym tylko potrafiła wynegocjować anulowanie pewnego długu.

Przed dalszą dyskusją ratuje mnie wibrowanie telefonu w mojej dłoni. Zerkam na imię na wyświetlaczu.

To nie może być dobry znak.

— Przepraszam, muszę odebrać — oznajmiam Temperance.

— Oczywiście. Złapię cię później i omówimy resztę szczegółów. To wspaniała szansa dla Seven Sinners. Kontaktowały się też ze mną inne organizacje zainteresowane imprezami u nas, mam także parę innych pomysłów, które mogłyby być dla nas naprawdę korzystne. Opowiem ci o nich jutro.

W normalnych okolicznościach byłabym zachwycona, jednak teraz moje myśli zajmuje tylko osoba, która do mnie dzwoni.

— Dziękuję, Temperance. Dlatego właśnie ty jesteś świetna w swojej pracy — mówię, odchodząc korytarzem. — Hej — odbieram połączenie.

— Wiesz, że nie wstaję przed południem. Wyjaśnij mi lepiej, co znaczą te cholernie tajemnicze esemesy, które mnie obudziły — mówi Magnolia Marie Maison.

Gdy Magnolia wyleciała ze szkoły Świętego Serca w dziesiątej klasie, po tym jak dyscyplinarnie odebrano jej stypendium, moja matka powiedziała, że nie mogę się z nią więcej spotykać. Ten zakaz nie był szczególnie zaskakujący, biorąc pod uwagę, że przyłapano ją, jak robiła laskę naszemu nauczycielowi historii w szafce na szczotki. Pan Sumpter zniknął z horyzontu, a Magnolia uznała, że odkryła swoje powołanie.

Moja matka próbowała ją usunąć z mojego życia, jednak przyjaźń, przynajmniej w moim rozumieniu, nie ugina się przed takimi rzeczami. To Magnolia została zawieszona w czwartej klasie, gdy pobiła Jill Barnard, gdy ta naśmiewała się z moich ostrzyżonych na krótko włosów. To ona wyjaśniła mi, jak po raz pierwszy użyć tamponu. To ona zabrała mnie do ginekologa po pierwsze pigułki antykoncepcyjne, gdy chłopiec z prywatnej szkoły zaprosił mnie na swój bal maturalny. Powiedziała wtedy, że nie pozwoli mi popełnić w życiu żadnego głupiego błędu.

Magnolia jest jak starsza siostra, której nie miałam. Zawsze się mną opiekowała i trzymała mnie z dala od kłopotów. Jestem wobec niej głęboko lojalna i uważam, że nikogo nie powinno interesować, jak zarabia na życie, bo to tylko jej wybór.

— Mags, mam problem.

— Co, czyżby uderzał do ciebie kolejny restaurator, który zamierza wprowadzić w swoim lokalu whiskey Seven Sinners tylko pod warunkiem, że omówicie to najpierw przy kolacji?

Niemal słyszę, jak przewraca wymownie oczami. Prawda jest taka, że od śmierci Bretta tak właśnie wyglądały moje interakcje z płcią przeciwną — i ona dobrze o tym wie.

Chowam się w swoim biurze i zamykam za sobą drzwi, nim zaczynam mówić dalej.

— Lachlan Mount był tutaj. — Jak tylko wypowiadam na głos jego imię, dostaję gęsiej skórki i przypomina mi się uwodzicielski zapach, który zostawił po sobie w moim biurze. Chyba będę musiała okadzić je, by się go pozbyć.

— Kurwa, coś ty powiedziała? — pyta Magnolia ściszonym głosem.

— Lach…

— Zamknij się i nigdy więcej nie wypowiadaj na głos tego imienia.

Zamykam usta z głośnym kłapnięciem zębami.

— To nie jest człowiek, o którego istnieniu chciałabyś wiedzieć. I na pewno nie możemy o nim rozmawiać przez telefon. Już wstaję i się ubieram. Kurwa.

Jej reakcja potwierdza moje najgorsze obawy. Sytuacja wygląda nie tyle źle, co wręcz katastrofalnie.

— Co mam robić? — Strach sprawia, że mój głos drży.

— Rusz tyłek, przyjedź do mnie i opowiedz mi wszystko, co się zdarzyło. Przywieź trochę tej swojej whiskey, bo będziemy jej potrzebować.

— Mam cały dzień spotkań…

— Ke-ke, twój kalendarz właśnie został wyczyszczony. Rusz tyłek i przyjeżdżaj do mnie jak najszybciej.

Zazwyczaj polecenia Magnolii ograniczają się do „Ke-ke, pij, nie opierdzielaj się” albo: „Idź i wyrwij jakiegoś kolesia, na litość boską, bo cipka ci zarośnie od nieużywania”.

W zależności od okoliczności na ogół ignoruję te jej uwagi. Jednak tego polecenia nie mogę zlekceważyć.

— Będę za dwadzieścia minut.

— Bądź za dziesięć.

Parkuję moją dwunastoletnią hondę civic na miejscu dla gości na parkingu podziemnym najbardziej eleganckiego kompleksu budynków w Nowym Orleanie. Wokół pełno jest samochodów, które warte są co najmniej dziesięć razy tyle co mój.

Wprawdzie moja mama nie akceptuje drogi życiowej, która wybrała Magnolia, ale nikt nie zaprzeczy, że moja przyjaciółka dobrze na tym wyszła. Magnolia jest jedną z najbardziej ekskluzywnych burdelmam w Nowym Orleanie — nigdy nie poznałam szczegółów, jak się jej udało osiągnąć taką pozycję. Wszystkiego, co wiem, dowiedziałam się przypadkiem, między innymi tego, że jej katalog kochanków jest naprawdę gruby. Co więcej, Magnolia ma haka na każdego z nich, a przynajmniej tak stwierdziła tej nocy, gdy świętowałyśmy fakt, że przejęłam destylarnię.

Wysuwam się z samochodu, uważając, by nie przywalić w zaparkowane obok porsche, po czym zamykam za sobą drzwi i czuję, jak mój oddech przyspiesza. Magnolia nie będzie się cackać. Powie mi wprost, jak bardzo mam przechlapane.

Przechodzę przez idealnie czysty parking do windy i wciskam przycisk. Winda przyjeżdża natychmiast i po chwili stoję przed drzwiami Magnolii na szóstym piętrze. Jeszcze nie ma apartamentu, jednak nie wątpię, że właśnie do tego zmierza. Magnolia jest w równej mierze przedsiębiorcza jak ja, a może jeszcze bardziej.

Może dlatego jesteśmy sobie tak bliskie. Obie działamy w branży grzechu.

Otwiera drzwi natychmiast po tym jak pukam. Jej brzoskwiniowy peniuar podkreśla wszystkie jej apetyczne krągłości. Tym razem nie wita mnie uśmiechem jak zawsze, lecz chwyta za ramię i wciąga do środka. Zatrzaskuje za mną drzwi i zamyka je na zamek.

Patrzę na nią, czując, jak gula rośnie mi w gardle.

— Jest źle, prawda?

— Gdzie jest ta whiskey, którą miałaś przynieść? Potrzebujemy jej.

Wyciągam butelkę z torebki Tory Burch, którą podarowała mi tego wieczoru, gdy świętowałyśmy, i podaję ją jej. Magnolia wyrywa mi ją z ręki i rusza w stronę blatu. Idę za nią.

— Są w moim świecie takie rzeczy, które nigdy nie powinny przejść do twojego świata, Ke-ke. Jesteś słodyczą i światłem, mimo że robisz najbardziej kozacką whiskey. Jednak przekroczyłaś pewną linię i nie mam pojęcia, jak cię wydobędziemy z tych tarapatów w całości.

Sięga po dwie kryształowe szklaneczki ze szklanej półki nad barem i nalewa do nich whiskey, do każdej na trzy palce.

Magnolia jest pewna siebie, odważna i nigdy nie okazuje wahania. Fakt, że teraz jej zachowanie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, sprawia, że bicie mojego serca przyspiesza, aż dorównuje rytmowi wystukiwanemu przez jej akrylowe paznokcie na blacie.

— Co masz na myśli? — pytam powoli, ponieważ czuję, że będzie mi to musiała wyjaśnić też powoli i wyraźnie.

— Zostałaś naznaczona, dziewczyno.

— Co to niby znaczy? — Nie jestem w stanie ukryć lęku w moim głosie.

— Trochę poszperałam…

— Kiedy? Przecież dopiero ci powiedziałam…

Macha ręką, przerywając mi.

— Dobrze wiesz, że potrafię dokopać się do tajemnicy szybciej niż dziwka-narkomanka do dna woreczka z kokainą. Nie udawaj zaskoczonej. Potrzebowałam tylko jednego dyskretnego telefonu i to, czego się dowiedziałam, to nic dobrego.

Sięgam po szklaneczkę i wychylam jednym łykiem whiskey single malt, którą zazwyczaj celebrowałabym powoli, ciesząc się tym, jak bukiet smaków pieści moje podniebienie. Lecz nie dziś. Dziś potrzebuję alkoholu, by zmierzyć się z tym, co zaraz usłyszę od Magnolii.

Pochyla się, opierając obydwa łokcie na blacie, i obrysowuje lśniącym brokatem paznokciem krawędź szklanki.

— Lachlan Mount nie jest kimś, z kim możesz zadzierać.

— Nic nie zrobiłam! — wykrzykuję głosem na granicy histerii, bo tak też się czuję.

— Nic w tym mieście nie dzieje się bez jego zgody. Jest niczym kanał, przez który wszystko musi przepłynąć najpierw. Alkohol. Dziewczyny. Oszuści. Hazard. W jaki sposób ten człowiek zdobył taką władzę, nie mam pojęcia, ale zdobył ją i rządzi żelazną pięścią. — Unosi wzrok i spogląda na mnie. — Teraz i ciebie ma w garści.

— Alkohol? Nigdy mu się nie opłacaliśmy.

— Jesteś tego pewna?

— Wiedziałabym o tym. Tata nigdy nie wspominał…

Magnolia przechyla głowę na jedną stronę, potem na drugą.

— Wątpię, by to zrobił. Do diabła, może nawet płacił mu po tym, jak przejęłaś destylarnię, byle utrzymać go z dala od ciebie. Teraz to już bez znaczenia. Masz wobec niego dług i możesz być pewna, że zechce go odebrać.

Nie mogę sobie wyobrazić, by mój ojciec regularnie płacił Moun­towi, i nie wiem, jak miałabym w ogóle poruszyć z nim ten temat. Związane z tym konsekwencje zaczynają powoli do mnie docierać i widzę w lustrze za Magnolią, jak wszelkie barwy odpływają z mojej twarzy.

— Nie wiem, co Brett zrobił z tymi pieniędzmi, nie wiedziałam nawet, że je pożyczył.

Magnolia opuszcza wzrok.

— Co? Czego mi nie mówisz?

— Ke-ke, wiesz, że cię kocham, ale są pewne rzeczy, o których nie musisz wiedzieć.

Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że Magnolia próbuje mnie osłaniać, jednak teraz potrzebuję przede wszystkim odpowiedzi. Biorę powolny, głęboki oddech, po czym wypuszczam powietrze, jakbym szykowała się na jakieś bolesne doświadczenie. Zresztą chyba tak właśnie jest.

— Powiedz mi, co słyszałaś.

Po kilku chwilach odzywa się bezbarwnym głosem.

— Mówi się, że części tych pieniędzy użył, by spłacić innego bardzo poirytowanego lichwiarza. Można powiedzieć, że pożyczył pieniądze od diabła, by spłacić jednego z jego podwładnych. Część poszła na jego kosztowne problemy z nosem, a reszta na tę kurwę, którą bzykał na boku, bo powiedziała mu, że jest w ciąży. To wszystko jednak tylko plotki.

Czuję, jak kolana się pode mną uginają. Wyciągam ręce, by chwycić się blatu, jednak nie trafiam i siadam na podłodze. Kryształowa szklanka roztrzaskuje się o marmurową posadzkę.

— Ke-ke! — wykrzykuje Magnolia, rzucając się w moją stronę z otwartymi ramionami.

Wyciągam dłoń.

— Nie. Nie rób tego.

Oszołomiona, łapczywie łapię powietrze, usiłując przyswoić jej słowa.

Lichwiarz.

Problem z nosem.

Ciężarna kochanka.

Wiedziałam, że Brett mnie zdradzał. Nie starał się nawet szczególnie tego ukryć. Nie jestem w stanie uwierzyć, że zajęło mi aż parę tygodni trwania naszego małżeństwa, nim do tego doszłam. Dlatego właśnie na trzy dni przed jego śmiercią spotkałam się z prawnikiem specjalizującym się w rozwodach i wynajęłam mieszkanie, by mieć dokąd pójść po złożeniu pozwu.

Magnolia cofa się i po chwili wraca z miotłą, by sprzątnąć potłuczone szkło. Opanowuję się i wstaję. Jednego jednak nie rozumiem.

— Jaki problem z nosem miał Brett? Alergie?

Wyrzuca szkło do kosza i spogląda na mnie z wyrazem twarzy, który mogę określić tylko jako współczucie.

— Ke-ke, on był narkomanem uzależnionym od kokainy. Był nim, jeszcze zanim się poznaliście.

— Co?! — wypalam. Przecież nie może mówić poważnie.

— Kokaina. Biały proszek.

— To niemożliwe. Przecież wiedziałabym. Ja…

— Jesteś dobrą dziewczynką — mówi Magnolia, potrząsając dobrodusznie głową. — Jesteś w stanie rozpoznać pijaka z dwudziestu kroków, jednak narkotyki to nie twoja bajka, Ke-ke.

— Ten skurwiel naraził moje rodzinne dziedzictwo przez narkotyki? — Nie jestem już na skraju histerii. Wpadam w nią głęboko.

— Przez narkotyki i dupeczki, które są równie uzależniające, jak wynika z mojego doświadczenia. Co więcej, Brett był zawodowym oszustem. Złapał cię na haczyk, zanim się obejrzałaś.

Zakrywam twarz obiema dłońmi i skupiam się na oddychaniu. Liczę do dziesięciu. Próbuję opanować wściekłość.

Nie udaje mi się

Ucieczka z Brettem była jedyną impulsywną decyzją, jaką podjęłam w życiu. Sądziłam, że połączyło nas przeznaczenie. Wydawał mi się tak idealny od samego początku, że nie mogłam uwierzyć, że świat nie pragnął, byśmy byli razem. A po tej niesamowitej nocy…

Otrząsam się ze wspomnień. Byłam naiwną idiotką.

— Żałuję, że nie mogę go wskrzesić, by osobiście go zabić — szepczę.

Magnolia znowu uśmiecha się wyrozumiale.

— Skarbie, gdyby wciąż żył, to wiesz, że obcięłabym tego jego żałosnego kutasika toporkiem do mięsa.

— Co, u diabła, mam teraz zrobić? — pytam i zaczynam nerwowo chodzić tam i z powrotem.

Magnolia wodzi za mną wzrokiem.

— Ke-ke… to naprawdę poważna sprawa.

Obracam się, by na nią spojrzeć.

— Wiem. Potrzebuję pięciuset tysięcy dolarów albo mam przesrane. Jak niby miałabym zdobyć pół miliona w tydzień? Żaden bank w mieście nie da mi kolejnego centa, bo i tak jestem zadłużona po uszy.

Magnolia składa ręce na wysokości jedwabnego paska, który przytrzymuje jej szlafroczek.

— Będę szczera. Nawet gdybyś była dziewicą, nie byłabym w stanie zorganizować tego aż tak szybko.

Zaciskam powieki. Wystawić się na licytację? Wstrząsa mną dreszcz obrzydzenia. I tak zresztą nie ma takiej możliwości, bo nie jestem aż tyle warta. Unoszę wzrok i napotykam spojrzenie złotobrązowych oczu Magnolii.

— Skoro Brett zdobył pięćset tysięcy w ciągu tygodnia, to ja też powinnam być w stanie to zrobić.

— Nikt ci nie da takich pieniędzy. — Jej twarz jest śmiertelnie poważna.

— A może jakieś przedłużenie terminu? Raty? — Wsuwam palce we włosy, próbując wymyślić jakieś inne rozwiązania.

— Dziewczyno, chyba nie muszę ci mówić, że to nie rozwiąże twoich problemów.

Krzyżuję ramiona na piersi i obejmuję się mocno. Cofam się tak długo, aż natrafiam na sofę Magnolii i padam na mebel z jękiem.

— A co, jeśli… Jeśli po prostu nie zapłacę? Co, jeśli powiem mu, że to był problem Bretta, a on nie żyje, więc nie mam z tym nic wspólnego?

Tym razem to piękna twarz Magnolii o złotej skórze blednie.