Tylko ten - Diana Palmer - ebook

Tylko ten ebook

Diana Palmer

0,0

Opis

"Jedyna taka noc"

Meg, zdolna tancerka, jest piękną kobietą, a Steven - bogatym przedsiębiorcą, zamieszanym w tajemnicze akcje służb specjalnych. Przed laty połączyło ich uczucie, ale na skutek nieporozumienia ich drogi na długo się rozeszły. Teraz spotkali się znowu i bogatsi w doświadczenia ponownie stanęli przed wyborem: kariera czy szczęście osobiste? 

 

"Tajny agent"

Kirry uważa, że kobieta ma prawo się bronić, gdy nachalnie napastuje ją niechciany adorator. Odrzucony i upokorzony, może jednak stać się groźny. Dobrze, jeśli w pobliżu znajduje się nieustraszony obrońca. Źle, że jest on dawnym narzeczonym, z którym rozstała się w gniewie...

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:

Biblioteka Publiczna Gminy Grodzisk Mazowiecki
Miejska Biblioteka Publiczna w Siedlcach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




TYLKO TEN

 

DIANA

PALMER

TYLKO TEN

Przełożyły:Agnieszka ŁuszpakMaria Filimon

 

MIRA

 

Tytuł oryginału:

Man of the Hour (Night of Love; Secret Agent Man)

Pierwsze wydanie:

Harlequin Books S.A., 2008

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Pogoda

Korekta:

Jolanta Spodar

© 2008 by Harlequin Books S.A.

Night of Love

© 1993 by Diana Palmer

Secret Agent Man

© 1994 by Diana Palmer

© for the Polish edition by Arlekin - Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa, 1995, 2001, 2009

Powieści z tego tomu ukazały się oddzielnie pod tytułami

Jedyna taka noc i Tajny agent

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie

Wydanie niniejsze zostało opublikowane

w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych

- żywych lub umarłych - jest całkowicie przypadkowe.

Arlekin - Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o.

00-975 Warszawa, ul. Starościńska IB lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

Druk: ABEDIK

ISBN 978-83-238-6065-5

 

Diana Palmer

Jedyna taka noc

PrzełożyłaAgnieszka Łuszpak

PROLOG

Steven Ryker energicznie przemierzał swój gabinet, paląc papierosa. Ten rozdział swego życia, który uważał za definitywnie zamknięty już cztery lata temu, znów się otworzył.

Meg wróciła.

Bał się, choć nie uświadamiał sobie swego strachu. Przeżył już żałobę po tym, jak Meg uciekła od niego, żeby zrobić karierę baletową w Nowym Jorku. Pocieszał się w ramionach wielu chętnych kobiet. W końcu został sam z bolesnymi wspomnieniami. Wciąż cierpiał i winił za to Meg. Chciał, żeby ona też poznała, czym jest ból. Chciał zobaczyć jej piękne niebieskie oczy wypełnione łzami. Chciał zemsty za piekło, które mu zgotowała poprzez swoje odejście bez słowa wyjaśnienia po tym, jak mu przyrzekła, że zostanie jego żoną!

Ze złością zgasił papierosa. To taki sam nałóg jak miłość do Meg. Nienawidził obydwu: papierosów i „blond wspomnień”. Dotąd nie porzuciła go żadna kobieta. Oczywiście żadnej też nie zaproponował małżeństwa. Był zadowolony ze swego

kawalerskiego życia, dopóki Meg nie pocałowała go, dziękując za prezent, jaki jej wręczył w dniu osiemnastych urodzin. Wtedy jego życie diametralnie się zmieniło.

Ich rodzice zaczęli prowadzić wspólny interes, gdy Meg miała czternaście lat, a jej brat, David, niewiele więcej. Rodziny zaprzyjaźniły się ze sobą. Dziewczyna wyrosła na piękną kobietę, która zawładnęła jego sercem. Wszystko, co miał, ofiarował Meg. Ale jej to nie wystarczyło.

Nie mógł jej wybaczyć, że go nie chciała. Pragnął Meg. Pragnął zemsty. Teraz nadarzała się okazja. Meg odniosła jakąś kontuzję podczas prób i nie mogła na razie tańczyć. A w dodatku jej zespół baletowy był w poważnych kłopotach finansowych. Jeśli dobrze to rozegra, może otrzyma tę jedną, magiczną noc w ramionach Meg. Ale teraz nie będzie to noc miłości i pożądania, o której marzył od łat. To będzie noc zemsty. Meg wróciła. Zamierzał odpłacić jej pięknym za nadobne...

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tego dnia Meg miała wyjątkowo zły humor. Ćwiczyła właśnie przy drążku, gdy usłyszała telefon. Nienawidziła, gdy jej przerywano - to źle wpływało na koncentrację. Wypadek, jaki miała podczas prób, sprawił, że przyjechała do rodzinnego domu w Wichita na rehabilitację. Jej nastrój dodatkowo popsuł fakt, że musiała odebrać telefon i usłyszała jedną z wielu kobiet Stevena.

Steven, prezes Ryker Air, przez całe popołudnie grał w tenisa z Davidem, bratem Meg. Jak zwykle skierował swoje rozmowy telefoniczne tutaj. Zawsze była zazdrosna o Stevena i irytowało ją, że musi rozmawiać z jego „przyjaciółeczkami”.

- Czy mogę rozmawiać ze Steve’em? - zdecydowanie spytał kobiecy głos. Bez wątpienia następna z długiej listy kochanek Stevena, pomyślała Meg ze złością.

- A kto dzwoni? - odparła, cedząc słowa.

Nastąpiła chwila ciszy.

- Mówi Jane. A z kim rozmawiam?

- Mam na imię Meg - odpowiedziała zaczepnie, powstrzymując śmiech.

- Och - głos się zawahał. - Chciałabym rozmawiać ze Stevenem.

Meg nawinęła kabel telefoniczny na palec i zniżyła głos.

- Kochanie? - zamruczała, przysuwając usta do słuchawki. - Kochanie, obudź się. Jakaś Jane chce z tobą rozmawiać.

Usłyszała głębokie westchnienie w słuchawce. Z trudem powstrzymała chichot. Mogła sobie wyobrazić, o czym myśli tamta kobieta. Błękitne oczy roziskrzyły się, a na delikatnej twarzy okolonej jasnymi włosami błąkał się uśmiech.

- Nigdy bym nie przypuszczała...! - oburzony głos wręcz eksplodował w jej uszach.

- Och, a powinnaś. - Meg zawiesiła głos, wzdychając teatralnie. - On jest taki wspaniały w łóżku! Steven, kochanie...?

Kobieta przerwała połączenie. Meg zakryła usta dłonią i odłożyła słuchawkę. Dobrze ci tak, Steven, pomyślała mściwie.

Ostrożnie stąpając, wróciła do pokoju ćwiczeń. Nie używała go zbyt często, odkąd większą część roku spędzała w Nowym Jorku. Meg, podobnie jak David, miała udziały w Ryker Air. Brat był wiceprezesem. Jednak tylko dzięki bystrości Stevena nie stracili majątku, gdy nastąpiła próba przejęcia firmy. Miał on teraz większość udziałów. I tak być powinno, pomyślała Meg wspaniałomyślnie. Bóg jeden wie, jak ciężko na to pracował przez te wszystkie lata.

W trakcie ćwiczeń Meg poczuła się podle. Nie powinna stwarzać nieporozumień między Stevenem a jego aktualną partnerką. Przecież nie byli zaręczeni już od czterech lat!

W zamyśleniu podniosła ręcznik i owinęła go dokoła długiej szyi. Miała na sobie różową trykotową bluzkę, getry i żałośnie wyglądające stare baletki. Utkwiła w nich smętny wzrok. Nosiła je tylko do ćwiczeń i jeśliby ktokolwiek ją w nich zobaczył, byłby przekonany, że jest bez grosza. W zasadzie tak było. Od roku starała się, by zostać główną tancerką w nowojorskim zespole baletowym. Miała właśnie zatańczyć swoją pierwszą solową rolę i przypuszczalnie byłby to punkt zwrotny w jej karierze. Niestety, źle skoczyła. Wspomnienie tego wypadku było równie bolesne, jak naderwane ścięgno w kostce. Przez swoją niezgrabność może już nigdy nie dostanie żadnej głównej roli!

Wróciła do ćwiczeń z determinacją na twarzy. Starała się nie myśleć o nieuniknionym starciu ze Stevenem, gdy ten dowie się, co powiedziała jego przyjaciółce. Dzięki niemu jej życie nabierało rumieńców.

Przypomniała sobie, że przez kilka pierwszych lat znajomości wałczyła z nim ze wszystkich sił, nie starając się nawet ukrywać swojej niechęci. Ale w wieczór osiemnastych urodzin sprawy przybrały niespodziewany obrót. Steven dał jej naszyjnik z pereł, a ona nieśmiało pocałowała go w dowód wdzięczności. Nie było to jednak przyjacielskie, zdawkowe cmoknięcie w policzek, lecz prawdziwy pocałunek w usta.

Szczerze mówiąc, Steven był tak samo zaskoczony tym, co się stało, jak Meg. Ale zamiast ją odepchnąć i wyśmiać, niespodziewanie i namiętnie odwzajemnił pocałunek. Potem żadne z nich nie odezwało się ani słowem.

Od tego pocałunku wszystko się zmieniło. Jakby niechętnie, Steven zaczął zapraszać ją na randki i nim upłynął miesiąc, oświadczył się. Jednak Meg, pomimo całej szalonej miłości, jaką czuła do niego, była rozdarta między pragnieniem małżeństwa a baletem. Steven, najwyraźniej coś przeczuwając, zwiększył tempo. Długi okres pieszczot prawie zakończył się całkowitym zbliżeniem, ale gdy poniosła go namiętność, jego nieskrywany zapał wystraszył Meg. Wyniknęła z tego kłótnia i powiedział jej kilka przykrych rzeczy.

Tego samego wieczoru, zaraz po ich gwałtownej sprzeczce, Steven publicznie pojawił się ze swą byłą kochanką, Daphne. Następnego dnia zdjęcia tej pary ukazały się w kolumnie towarzyskiej miejscowego dziennika, nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do charakteru tej znajomości.

Meg czuła się kompletnie zdruzgotana. Długo płakała. Zamiast jednak stawić czoło Stevenowi i walczyć o związek, następnego ranka wyjechała do Nowego Jorku. To, co widziała, mówiło samo za siebie. Zaczęła podejrzewać, że chciał ją poślubić tylko po to, by powiększyć swój pakiet akcji.

Podobno na wieść ojej wyjeździe Steven upił się do nieprzytomności, pierwszy i ostatni raz w życiu. Dziwna reakcja jak na człowieka, który chciał ją poślubić tylko dla pieniędzy. Ale nie zadzwonił i nigdy nie uczynił aluzji do krótkiego okresu ich narzeczeństwa. Jego zachowanie było zimne i poprawne; nie dotknął jej też ani razu od tamtego czasu. Tylko jego oczy pieściły ją bez przerwy, i to w sposób, który sprawiał, że czuła dreszcze na całym ciele. Bardzo dobrze więc się stało, że większość czasu spędzała w Nowym Jorku. Gdyby częściej go spotykała, bez wątpienia nawiązałaby z nim romans. Nie miałaby dość siły, by mu się oprzeć, a on był wystarczająco doświadczony, by o tym wiedzieć. Oboje utrzymywali dystans. Wielka namiętność, którą do niego czuła, choć głęboko ukryta, nie zblakła przez te wszystkie lata. Zrezygnowawszy ze swej miłości, Meg wmówiła sobie, że jest zadowolona z życia, jakie wiedzie.

Steven wciąż przychodził do domu Shannonów, żeby spotkać się z Davidem. Także ich rodziny widywały się podczas pikników i świąt, choć w okrojonym składzie. Mason Ryker, ojciec Stevena, zmarł na atak serca, a John i Nicole Shannon - rodzice Meg i Davida - zginęli w katastrofie lotniczej. Amy Ryker, matka Stevena, mieszkała teraz w Palm Beach i rzadko przyjeżdżała do domu.

Meg znalazła ukojenie w swej pracy. Żyła tylko tańcem. Godziny spędzane codziennie na wyczerpujących ćwiczeniach i bezustanna dieta sprawiły, że nie myślała o żadnych związkach. Zresztą tylko Steven umiał sprawić, by miała ochotę na jakiekolwiek kontakty damsko-męskie.

Rozmasowała bolące ścięgna i jej myśli wróciły do telefonu tajemniczej Jane. Kim ona, do diabła, jest? Wyobraziła sobie filigranową blondynkę o nienagannej figurze i mocniej napięła mięśnie.

Był już najwyższy czas, by wyciągnąć z piekarnika pieczeń, którą przygotowywała na kolację. David, wciąż w stroju do tenisa, wrócił do domu. Był podobny do siostry, mieli charakterystyczne oczy i zbliżony kolor włosów, ale David oczywiście był wyższy i potężnie zbudowany.

Uśmiechnął się do niej szeroko.

- Pomyślałem, że warto cię uprzedzić. Wpadłaś po same uszy. Steven miał telefon, gdy był u siebie, i chyba nie jest zbyt zadowolony.

Zamarła ze strachu, gdy Steven Ryker wszedł i stanął za jej bratem. Miał trochę ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i bardzo ciemne włosy. Onieśmielał ją. Z powodzeniem mógłby grać gangsterów, bo wokół niego unosiła się podobnie niepokojąca aura. Miał nawet głęboką bliznę na jednym policzku. Prawdopodobnie zrobioną przez jakąś zazdrosną kobietę, jedną z wielu w burzliwej przeszłości, pomyślała jadowicie. Jego stalowoszare oczy zwykle przewiercały rozmówcę na wylot. Podobnie teraz. Szorty, które miał na sobie, opinały długie, muskularne nogi, a kształt bicepsów podkreślała biała koszulka. Był w wyśmienitej formie jak na swoje trzydzieści pięć lat i całe dnie spędzane przy biurku.

Meg uznała, że to najbardziej atrakcyjny mężczyzna, jakiego znała. I jakiego pragnęła. Swoją reakcję na niego ukrywała tak jak zawsze: pod pozorem żartów.

- Ach, Steven. - Meg spojrzała na niego spod długich rzęs. - Jak miło cię widzieć. Któraś z twoich kobiet zmarła czy też jest jakiś bardziej prozaiczny powód obecności u nas?

- Wybaczcie, chyba lepiej będzie, jeśli na chwilę zostawię was samych - powiedział David z uśmiechem, bez żadnych skrupułów wydając ją na pastwę Stevena.

- Tchórz! - krzyknęła za nim.

- Nie potrzebowałabyś ochrony, gdybyś nauczyła się trzymać buzię na kłódkę, Mary Margaret - powiedział Steven chłodno. - Przełączyłem tu moje rozmowy na czas gry w tenisa. Jane nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała, więc zadzwoniła do mnie jeszcze raz i zastała mnie akurat w domu. Inaczej mógłbym pozostać w błogiej nieświadomości.

Spojrzała na niego z wściekłością.

- To twoja wina! Nie powinieneś pozwalać swoim kobietom tutaj telefonować!

Jego oczy zaświeciły mocniej.

- Zazdrosna, Meg? - spytał z napięciem.

- O ciebie? Nigdy - odrzekła, uśmiechając się tak zwyczajnie, jak tylko mogła. - Oczywiście pamiętam doskonale te cudowne rzeczy, które potrafisz robić nie tylko rękami, ale nie jestem już podlotkiem i nie robi to już na mnie takiego wrażenia - pomimo tych buńczucznych słów wystraszyła się i zaproponowała ugodowo: - Dlaczego nie zaprosisz po prostu Jane na kolację i nie naprawisz wszystkiego?

- Jane Dray jest moją cioteczną babką - powiedział po chwili, z rozbawieniem oglądając jej reakcję. - Może pamiętasz ją z ostatniego pikniku?

Teraz sobie przypomniała, niestety. Stara wdowa była największą plotkarą w mieście, poza tym prawdopodobnie wciąż nosiła gorset!

- Och, mój Boże... - zaczęła.

- Teraz jest zszokowana, że jej ulubiony cioteczny wnuczek sypia z małą Meggie Shannon, która była takim słodkim, niewinnym dzieckiem.

- O rany - jęknęła Meg, opierając się o ścianę.

- Tak. I więcej niż prawdopodobne, że pognała, żeby powiedzieć o tym twojej ciotecznej babci Henrietcie, która z kolei poczuje się zobowiązana do napisania do mojej matki i opowiedzenia jej skandalicznej nowiny, że jesteś teraz kobietą upadłą. A moja matka, która zawsze wołała ciebie ode mnie, oczywiście oskarży mnie o to, że cię uwiodłem, nie przypuszczając nawet, że mogło być odwrotnie.

- Do diabła - jęknęła. - To wszystko twoja wina!

- Sama jesteś sobie winna, więc nie zrzucaj odpowiedzialności na mnie. Jestem pewien, że moja matka będzie całkowicie zaskoczona twoim zachowaniem, zwłaszcza że od kilku lat dokłada starań, by zastąpić ci matkę.

- Ja się zabiję - powiedziała dramatycznie.

- Czy mogłabyś najpierw skończyć kolację? - spytał David, wtykając głowę przez kuchenne drzwi. - Umieram z głodu. Steven pewnie też.

- Więc czemu nie pójdziecie do restauracji? - spytała, wciąż nie mogąc się pozbierać po swej okropnej pomyłce.

- Jesteś bez serca - westchnął David, starając się wyglądać żałośnie. - A ja tak czekałem na tę pięknie pachnącą pieczeń z przyrumienionymi ziemniaczkami...

- Dobrze, już dobrze, skończę kolację - spojrzała na niego piorunującym wzrokiem. - Ale czy ty naprawdę powinieneś tyle jeść? Spójrz na siebie!

- Jestem żywym świadectwem twoich zdolności kulinarnych - dowodził David. - Gdybym sam potrafił gotować, wyglądałbym tak kwitnąco nie tylko podczas twoich urlopów.

- Właściwie to wcale nie jest urlop - powiedziała zmartwiona Meg. - Zespół baletowy, w którym pracuję, nie ma aktualnie żadnego angażu. Nasz menedżer szuka funduszy.

- Na pewno coś znajdzie. Przestań się tyrrt martwić - pocieszył ją David. - A tak w ogóle, to czy mamy czas na prysznic i przebranie się? - spytał.

- Oczywiście - odpowiedziała. - Zresztą ja też muszę to zrobić. Ćwiczyłam przez całe popołudnie.

- Za dużo od siebie wymagasz - zauważył Steven chłodno. - Czy to rzeczywiście jest tego warte?

- Oczywiście, że tak - odpowiedziała obrażona. - Nie wiesz, że balerina jest idealną oprawą dla bogatego dżentelmena? - dodała, uśmiechając się szelmowsko. - Mam obecnie protektora, który chciałby roztoczyć nade mną opiekę.

Nie dodała tylko, że ten opiekun miał na myśli adopcję, a nie romans, i że był dozorcą w jej kamienicy.

- I co mu odpowiedziałaś? - Niesamowite oczy Stevena zalśniły mocniej.

- Sam zgadnij - zaśmiała się. Trzymała się balustrady schodów i pochyliła ku przodowi. - Coś ci powiem, Steve. Jeśli dobrze to rozegrasz, a ja zrobię karierę i zacznę zarabiać tyle, ile jestem warta, rozważę wtedy twoją kandydaturę.

Spróbował się nie uśmiechnąć, ale zdradziły go leciutkie drgania wokół ust.

- Jesteś niemożliwa - cmoknął z podziwem David.

- Popatrz, udało mi się nawet wywołać uśmiech na tej posągowej twarzy - dodała, obserwując Stevena roziskrzonymi oczami. - Nie sądziłam, że jest to w ogóle możliwe. Może dzięki mnie wyostrzy mu się też dowcip.

- Uważaj, żebym go nie ostrzył na tobie -ostrzegł ją cicho Steven. Coś czaiło się na dnie jego oczu. Coś, co sprawiało, że miała ochotę uciec.

- Nie prowokuję cię, Steven. Nie jestem aż tak odważna. Przykro mi z powodu ciotki Jane - powiedziała z wyraźną skruchą, zmieniając temat. - Zadzwonię do niej i wszystko wytłumaczę, jeśli chcesz.

- Nie ma takiej potrzeby - powiedział. Jego baczne spojrzenie sprawiło, że się zaczerwieniła. - Już o to zadbałem.

Jak zwykle, pomyślała Meg, ale nie powiedziała tego głośno. Steven nigdy nie tracił gruntu pod nogami.

Gdy Meg wzięła prysznic i przebrała się w obcisły, koronkowy kostiumik, zeszła na dół. Związała swoje długie, jasne włosy w kok, bo wiedziała, jak bardzo Steven nie lubi tego uczesania. Na myśl o tym, że robi mu na złość, jej niebieskie oczy zalśniły figlarnie.

Steven także zdążył się już przebrać i wrócić ze swojego domu, znajdującego się zaledwie kilka budynków dalej. Włożył białe spodnie i niebieską koszulę; wyglądał elegancko, ale swobodnie. Przez te wszystkie lata Meg doskonale pamiętała, jakie to uczucie dotykać jego ciała. Zauważyła włosy na jego piersi i ponownie stwierdziła, że jest zachwycający. Mógł ją mieć, kiedy tylko zechciał podczas tego wspaniałego miesiąca, gdy byli razem, ale to już minęło. Ciekawiło ją, czy on czasem żałuje, że się z nią nie przespał. Ona w skrytości ducha żałowała. Nigdy nikogo nie pragnęła tak jak jego. Gdyby zostali kochankami, miałaby chociaż wspomnienia. Jej życie było poświęcone baletowi, ale jednocześnie puste. Nie dotykał jej żaden mężczyzna z wyjątkiem partnerów z zespołu, ale ich ręce zupełnie jej nie podniecały.

Za to Steven podniecał ją zawsze. I wciąż tak było. Podczas ostatnich wizyt u Davida stwierdzała, że jej apetyt na byłego narzeczonego wciąż wzrasta. Przerażało ją to. Tym bardziej że on, ze swoim bogatym doświadczeniem, na pewno się tego domyślał.

Steven odwrócił się, słysząc jej wejście. Palił papierosa. Na szczęście w domu była klimatyzacja, a David, na żądanie Meg, zainstalował jeszcze system filtrujący powietrze. Nie było czuć dymu.

- Wstrętny nałóg - wymamrotała Meg, rzucając mu piorunujące spojrzenie. - Jesteś bardzo podobny do swojego ojca, wiesz? - spytała półgłosem.

Potrząsnął głową.

- On był niższy.

- Ale tak samo ponury. Hej, Steven, to był tylko żart - powiedziała cicho i przeszła na środek nowocześnie umeblowanego salonu.

- Uśmiech nie pasuje do mojej twarzy - odrzekł. - W firmie muszę sprawiać wrażenie osoby zdecydowanej. Robię to dla dobra moich akcjonariuszy. Widziałaś ostatni bilans? Nie jesteś zainteresowana, co robię z twoimi udziałami?

- Pieniądze nie znaczą dla mnie zbyt wiele - przyznała. - O wiele bardziej interesuje mnie mój zespół baletowy. Jest w poważnych tarapatach finansowych.

- Zatrudnij się w innym - doradził.

- Poświęciłam rok na zdobycie pozycji w tym - odpowiedziała. - Nie mogę znów zaczynać od początku. Baletnice nie mają dużo czasu na karierę, a ja mam już dwadzieścia trzy lata.

- Taka stara - oszacował ją wzrokiem. - A wyglądasz tak samo jak wtedy, gdy miałaś osiemnaście. Choć jesteś oczywiście bardziej doświadczona. Dziewczyna, którą znałem, prędzej by umarła, niż dała do zrozumienia zupełnie obcej osobie, że ze mną sypia.

- Myślałam, że to jedna z twoich kochanek - broniła się Meg. - Masz ich tyle! Nic dziwnego, że Jane uwierzyła, że jestem jedną z nich.

- Mogłaś być, kiedyś - przypomniał jej bez ogródek. - Ale w samą porę się zorientowałem - zaśmiał się niewesoło. - Sądziłem, że mamy mnóstwo czasu na intymne przeżycia po ślubie. Jaki ze mnie głupiec! - Zaciągnął się papierosem, a jego oczy były zimne jak lód.

- Byłam wtedy kompletnie zielona - przypomniała mu. - Na pewno byś się rozczarował.

Wypuścił chmurę dymu i spojrzał na nią uważnie.

- Ja nie, ale ty najprawdopodobniej tak. Pragnąłem cię zbyt mocno tej ostatniej nocy, gdy byliśmy razem. Mógłbym ci zrobić krzywdę.

To była noc ich kłótni. Ale przedtem leżeli u niego na czarnej, skórzanej sofie i pieścili się do utraty tchu, zanim zaczęła błagać go, by skończył to, co zaczęli. Nie wziął jej wtedy, a mimo to na wspomnienie emocji, jakie w niej rozpalał, rumieniła się.

- Nie sądzę, byś rzeczywiście mógł mi wtedy zrobić krzywdę - powiedziała nieuważnie, gdyż jej ciało drżało od zakazanych wspomnień. - A nawet jeśli, to pragnęłam cię wystarczająco mocno, by o to nie dbać.

- Nie dość mocno, by mnie poślubić.

- Miałam zaledwie osiemnaście lat. Ty trzydzieści i kochankę.

- Co? - zesztywniał.

- Twój ojciec powiedział mi o Daphne - zająknęła się. - Tej nocy, gdy się pokłóciliśmy, spotkałeś się z nią. Twój ojciec powiedział, że chciałeś mnie poślubić tylko dla moich akcji. I że zawsze do niej wracasz.

- Tak ci powiedział? - spytał ostro. Wyglądał na oszołomionego.

- Tak. Zresztą moja matka też o niej wiedziała - przyznała z trudem.

- O nie! - Odwrócił się. Pochylił się, żeby zgasić papierosa; miał kompletną pustkę w głowie.

- Wiedziałam, że nie żyłeś w celibacie, ale odkrycie, że masz kochankę, to był szok, zwłaszcza że spotykaliśmy się już od miesiąca.

- Tak, spodziewam się, że to był szok - wpatrywał się w popielniczkę. - Domyślałem się, że twoja matka jest przeciwna tym zaręczynom. Chciała, żebyś została baletnicą. Jej się nie udało, więc za wszelką cenę pragnęła, by tobie się powiodło.

- Kochała mnie...

Odwrócił się i intensywnie się w nią wpatrywał.

- Uciekłaś, niech cię diabli!

- Miałam zaledwie osiemnaście lat! I jeszcze inne powody do ucieczki, o których nie wiedziałeś. - Spuściła wzrok i patrzyła na jego muskularny tors. - Wydaje mi się, że cię rozumiem. Miałeś Daphne. Nic dziwnego, że tak łatwo było ci zrezygnować z naszego związku.

Przymknął oczy. Wzdrygnął się. Z wściekłością potrząsnął głową na wspomnienie swego ojca i matki Meg.

- Przecież to już przeszłość - powiedziała Meg, dziwiąc się jego zdenerwowaniu. - Steve?

Odetchnął głęboko i zapalił następnego papierosa.

- Dlaczego nic nie powiedziałaś? Dlaczego nie zaczekałaś i nie porozmawiałaś ze mną?

- Po co? - odrzekła. - Przecież już wcześniej kazałeś mi się wynieść ze swego życia - dodała z mściwą satysfakcją.

- Bo w tamtym momencie nie mogłem cię znieść - powiedział ciężko. - Ale to nie trwało długo. Dwa dni później nie marzyłem już o niczym innym, jak tylko o tobie. Przyszedłem, żeby ci to powiedzieć. Ale ciebie już nie było.

- Tak. - Oglądała swoje smukłe dłonie, podczas gdy jej myśli krążyły wokół morza cierpień, przez które przeszła, odkąd wyjechała z Wichita. Strach ją w końcu pokonał. A on nic nie wiedział...

- Gdybyś poczekała, mógłbym ci wszystko wyjaśnić - powiedział z napięciem.

- Steve, co mógłbyś powiedzieć? Było oczywiste, że nie byłeś gotowy, by zawrzeć ze mną prawdziwy związek; że chciałeś mnie poślubić z sobie tylko znanych powodów. A ja przeżyłam koszmar, z którym nie potrafiłam sobie poradzić. - Popatrzyła na niego smutno.

- Naprawdę? - spytał matowym głosem.

Nienawidziła, gdy tak patrzył. To, co zdarzyło się w przeszłości, nie obchodziło go już. Ucierpiała tylko jego duma, to wszystko. Przysunęła się bliżej, uśmiechając się miło i przyjaźnie.

- Steve, to było dawno temu. Jesteśmy teraz innymi ludźmi. A to rozstanie oszczędziło nam obojgu kłopotów. Przecież gdybyś pragnął mnie wystarczająco mocno, pojechałbyś za mną.

Skrzywił się. Patrzył na nią, a w jego szarych oczach zobaczyła ból.

. - Naprawdę tak sądzisz?

- Oczywiście. Między nami nie było nic wielkiego - powiedziała miękko.

Na jego twarzy malowała się udręka. Uśmiechnął się, lecz nie było w tym uśmiechu wesołości.

- Masz rację - powiedział zimno. - To nie było nic wielkiego. Jedna lub dwie noce spędzone razem mogłyby nas uleczyć. Skończylibyśmy to, co zostało niedokończone. Byłaś czymś nowym, ty, ze swoim niewinnym ciałem i pięknymi oczami. Pragnąłem cię.

Meg uśmiechnęła się figlarnie.

- Czy nadal mnie pragniesz? Może potraktujemy to jak eksperyment? Twoje łóżko czy moje, Steve?

Nie uśmiechnął się. Zamiast tego oczy mu rozbłysły, a potem zwęziły się w wąską szparkę. To oznaczało kłopoty.

Podniósł papierosa do ust raz jeszcze, przedłużając milczenie aż do chwili, gdy poczuła się jak idiotka z powodu swojej propozycji. Starannie gasił papierosa, a ona czekała. Miał piękne dłonie. Wyobraziła je sobie na ciele kobiety.

- Nie, dziękuję - powiedział w końcu. - Nie mam ochoty być jednym z wielu.

Jej brwi wygięły się w luk.

- Co proszę?

Wyprostował się i włożył dłonie do kieszeni.

- Czy nie powinnaś zajrzeć do pieczeni? Przypali się.

- Steve, bardzo nie spodobały mi się twoje insynuacje. - Wpatrywała się w niego bez strachu szeroko otwartymi, spokojnymi oczami. - Nie było żadnego mężczyzny. Ani jednego. W moim życiu nie było miejsca na żadne uczuciowe komplikacje. Pracowałam zbyt ciężko, zbyt długo na to, co osiągnęłam, żeby potem lekkomyślnie to zniszczyć.

Chciała się odwrócić, ale jego mocne dłonie objęły ją w pasie. Ten dotyk był ekscytujący.

- Twoja szczerość, Mary Margaret, kiedyś wpędzi cię w kłopoty.

- Po co kłamać? - spytała, spoglądając na niego znad ramienia.

- Właśnie, po co? - spytał.

Przyciągnął ją bliżej, opierając podbródek na czubku jej głowy. Serce Meg zaczęło walić jak szalone, gdy jego palce ślizgały się wolno w górę i w dół jej brzucha. Jego zęby zbliżyły się delikatnie do płatka ucha, a gorący oddech muskał jej policzki.

- Twoje łóżko czy moje, Meg? - wyszeptał.

ROZDZIAŁ DRUGI

Brakowało jej tchu. Przecież nie mówiła poważnie, ale Steven nie wyglądał na kogoś, kto pozwala z siebie żartować.

- Steve... - wyszeptała. Ułożyła głowę z powrotem na jego szerokiej klatce piersiowej.

Twarz mu się zmieniła na dźwięk swego imienia. Ścisnął ją w talii aż do bólu i rysy znów mu stwardniały.

- Usta delikatne jak płatek róży - powiedział dziwnym, szorstkim tonem, ostro kontrastującym z treścią wypowiedzianych słów. - Raz już prawie cię miałem, Meg.

- Odepchnąłeś mnie - wyszeptała. Była jak napięta struna.

- Musiałem. - Na dnie jego szarych oczu czaił się gniew. - Ty mała, głupia dziewczynko - cedził słowa. - Nawet teraz nie wiesz dlaczego?

Nie wiedziała. Po prostu wpatrywała się w niego, a jej wielkie, niebieskie oczy były szeroko otwarte i puste.

- Meg! - jęknął i odetchnął głęboko. Z trudem rozluźnił uścisk swych dłoni i odepchnął ją. Włożył ręce do kieszeni i długo wpatrywał się w jej oczy. - Nie rozumiesz, prawda? - spytał. - Sądziłem, że może dorosłaś w Nowym Jorku. - Jego oczy zwęziły się i zrobił niezadowoloną minę. - Więc co to były za opowieści o mężczyźnie, który chciał cię wziąć na swoje utrzymanie?

Uśmiechnęła się nieśmiało.

- To dozorca z mojego domu. Chciał mnie adoptować.

- Coś takiego!

Położyła dłonie na jego ramionach, podziwiając je. Delikatnie oparła się o niego i poczuła przypływ radości, gdy wyjął ręce z kieszeni i zaczął ją głaskać.

- Naprawdę nie ma miejsca na żadne komplikacje w moim życiu - powiedziała smutno. - Nawet z tobą. To nie byłoby mądre. - Z jej ściśniętego gardła z trudem wydobył się śmiech. - Poza tym jestem pewna, że nie brakuje ci kobiet.

- Oczywiście - przytaknął z doprowadzającą do szału skwapliwością. - Ale pragnąłem cię od bardzo dawna. Zaczęliśmy coś i nigdy tego nie skończyliśmy. Raz na zawsze chcę się ciebie pozbyć z moich myśli i snów, Meg.

- Rozważałeś już wynajęcie egzorcysty? - spytała, uciekając się do żartów. Szturchnęła go po przyjacielsku, czując bicie jego serca pod swoją dłonią. - A co sądzisz o położeniu mojego zdjęcia na twarzy jednej ze swych kobiet i...?

- Przestań. - Potrząsnął nią delikatnie.

- Poza tym - powiedziała, wzdychając i zaplatając ręce na jego szyi - prawdopodobnie zaszłabym w ciążę i wybuchłby skandal. Moja kariera byłaby skończona, twoja reputacja zrujnowana i zostalibyśmy z dzieckiem, którego żadne z nas nie chce.

- Mamy dwudziesty wiek - zaśmiał się. - Kobiety nie zachodzą w ciążę, jeśli same tego nie chcą.

- Przestań mnie kusić - powiedziała. - Nie chcę przespać się z tobą i zrujnować tak wspaniałej przyjaźni. W końcu jesteśmy przyjaciółmi od tak dawna, prawda...?

- Przyjaciółmi, wrogami, sparring-partnerami - zgodził się. Oczy zalśniły mu niebezpiecznie. Oddychał ciężko i silnie ścisnął gruby węzeł jej włosów. Trzymał ją mocno i pochylał się ku niej.

- Steve - protestowała niepewnie.

- Jeden pocałunek - wyszeptał. - Czy proszę o zbyt wiele?

- Nie powinniśmy - szepnęła wprost do jego ust.

- Wiem... - Jego twarde wargi wolno muskały jej kuszące usta, a silne ciało zastygło nieruchomo.

Wolną rękę przysunął do jej szyi, głaszcząc ją delikatnie.

Kciukiem przeciągnął po jej dolnej wardze i ta pieszczota otworzyła jej zaciśnięte usta. Nie miała siły go odepchnąć.

- Mary Margaret - wyszeptał z trudem, a potem ją pocałował.

- Och - jęknęła, cała drżąca. Odczuła wstrząs jak podczas skoku do lodowatej wody. Dreszcz rozkoszy przebiegł przez każdą komórkę jej ciała i już nie była w stanie się przed nim bronić.

Był bardziej atrakcyjnym potencjalnym kochankiem niż cztery lata wcześniej. Językiem delikatnie sondował drogę do ciepłego wnętrza jej chętnych ust. Smakował dymem i miętą; twarde wargi były stworzone do pocałunków.

Próbowała zmobilizować się do jakiegokolwiek oporu, ale wtedy on podniósł ją do góry w swych silnych ramionach i przycisnął do ściany, jakby chciał zmiażdżyć. Jednocześnie całował z taką pasją, że zapomniała o wszystkim. Centrum jej świata stanowił Steve i jego pragnienie, a ona istniała już tylko po to, by go zadowolić.

Oderwał na chwilę usta, a ona zawisła na jego szyi, z obrzmiałymi wargami i szeroko otwartymi oczami, oddychając gwałtownie.

- Jeśli nie przestaniesz - wyszeptała bez tchu - zerwę z ciebie ubranie i zgwałcę cię tutaj, na tym dywanie.

Pomimo oszałamiającego głodu jej ciała, musiał się roześmiać. Nastrój prysł. Z nią zawsze tak było, i tylko z nią. Żadna inna kobieta nie potrafiła go rozśmieszyć, żadna inna nie umiała sprawić, by czuł się tak młody, tak pełen życia.

- Dlaczego nie możesz milczeć choćby przez pięć minut - próbował poskromić śmiech.
- Samoobrona - powiedziała pełnym namiętności głosem, także się śmiejąc. - Och, Steve, jak ty wspaniale całujesz!

Potrząsnął głową, pokonany. Postawił ją na ziemi, ale wciąż mogła czuć jego pożądanie.

- Przepraszam - zamruczała psotnie.

- Tylko ty tak na mnie działasz, kochanie - powiedział, ciężko oddychając. Trzymał ją mocno w ramionach przez chwilę, zanim pozwolił jej odejść, i odwrócił się, żeby zapalić następnego papierosa. - Zwykle potrzebuję trochę czasu, gdy jestem z kobietą. Z tobą zawsze było inaczej; reagowałem błyskawicznie.

Nie myślała o tym przez cztery lata. Teraz musiała. Gdy był z nią, nie był taki niedostępny. Wmawiała sobie, że on jej nigdy tak naprawdę nie pragnął, ale doskonale pamiętała siłę jego pobudzenia. Gdy zdarzyło się to za pierwszym razem, trochę się przestraszyła, pomimo jego zapewnień, że będą do siebie pasować, także w ten szczególny sposób. Nie lubiła wspominać, jak blisko byli ze sobą, ponieważ od razu przypominał jej się smutny finał ich związku. Teraz wydawało jej się niemożliwe, że mógł pójść do Daphne zaraz po ich kłótni, chyba że...

Zesztywniała na wspomnienie tego, jak rozpaczliwie jej pragnął. Czy był na tyle zdesperowany, by szukać rozładowania napięcia gdzie indziej, z kim innym?

- Steve... - zaczęła.

- Co? - Spojrzał na nią.

- Chodzi o to, co powiedziałeś wcześniej. Czy to było trudne dla ciebie... - powiedziała wolno. - No wiesz, powstrzymywanie się.

- Tak - jego twarz się zmieniła - ale widocznie nie przyszło ci to do głowy - powiedział sarkastycznie.
- Wiele rzeczy nie przychodziło mi na myśl cztery lata temu - powiedziała. Czuła kiełkującą obawę, której źródła nie chciała wyjaśniać.
- Nie retuszuj swoich wspomnień - powiedział z kpiącym uśmiechem. - Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Do diabła, jest już za późno.
- Wiem. Poza tym mam swoją karierę.
- Oczywiście, twoja kariera... - zgodził się, ale było coś niepokojącego w sposobie, w jaki to powiedział i w jaki na nią patrzył.
- Chyba zajrzę do pieczeni - bąknęła, wycofując się z tej niebezpiecznej konwersacji.

Taksował ją wzrokiem w czysto męski sposób.

- Lepiej popraw sobie szminkę, jeśli nie chcesz, by David robił kłopotliwe uwagi.
- Nie odważy się - poinformowała go. - Boi się mnie, od kiedy pobiłam go na oczach całej klasy. - Dotknęła swoich ust. Były obrzmiałe od mocnych pocałunków. Nie spodziewała się po nim takiej namiętności po latach. Ona też odczuwała pożądanie. To był jej pech, że jedyny mężczyzna, który ją podniecał, był jednocześnie jedynym, któremu nie miała śmiałości ulec.

- Zraniłem cię? - spytał łagodnie. - Nie chciałem.

- Zawsze byłeś trochę gwałtowny, gdy się pieściliśmy - przypomniała z tęsknym uśmiechem. - Nigdy mi to nie przeszkadzało.

Jego oczy znów zapłonęły, lecz zanim pożądanie całkowicie nim owładnęło, wycofała się do kuchni. Nie mogłaby mieć z nim romansu. Nie ośmieliłaby się znów spróbować. Już raz przekonała się, jak wygląda życie po jego stracie, i wiedziała, że nie przeżyłaby tego po raz drugi. Wciąż jej pragnął, ale to było wszystko. Była dla niego tylko niedokończoną sprawą. Czuła coś alarmującego. Nie było to tylko niezaspokojone pożądanie, myślała z niepokojem. Raczej głęboko ukryta, długo oczekiwana okazja do zemsty.

Podczas kolacji Meg była pogrążona w myślach, a Steven milczał jak zaklęty. Tylko David próbował podtrzymywać konwersację.

- Czy obydwoje nie możecie choć słowa powiedzieć? - marudził, przenosząc wzrok z jednej twarzy na drugą. - Znowu się pokłóciliście?

- My się nigdy nie kłócimy - powiedziała niewinnie Meg. - Prawda, Steven?

Steven z namysłem wpatrywał się we własny talerz, starannie krojąc kawałek mięsa. Nie odpowiedział.

- Nigdy was nie zrozumiem - narzekał David. - Chyba pójdę po deser. - Nie czekając na ich reakcję, wyszedł z pokoju, mrucząc coś do siebie.

- Ja nie chcę deseru! - zawołała za nim Meg.

- Nie słuchaj jej! - krzyknął Steven i zwrócił się do Meg: - Jesteś za chuda.

- Jestem tancerką - powiedziała.

- Masz rację - uśmiechnął się do niej. - To nie moja sprawa.

- Te wszystkie łaszące się do ciebie kobiety zbytnio cię rozpieściły. Twoja matka mówiła, że gdziekolwiek się ruszysz, otacza cię wianuszek pięknych dziewcząt.

Steve zadumał się nad filiżanką kawy.

- Naprawdę? - spytał nieobecnym głosem.

- Ale ty nigdy nie brałeś żadnej z nich poważnie - dodała, śmiejąc się z przymusem. - Nigdy nie myślałeś, żeby się ożenić?

Spojrzał na nią wrogo.

- Oczywiście, że tak. Raz.

- Nic by z tego nie wyszło - powiedziała chłodno. - Nawet gdy byłam naiwną osiemnastolatką, nie chciałam się tobą dzielić z innymi kobietami.

Na dźwięk tych słów jego oczy zwęziły się niebezpiecznie.

- Sądzisz, że jestem wystarczająco nowoczesny, żeby mieć jednocześnie żonę i kochankę?

To pytanie wprawiło ją w zakłopotanie.

- Daphne była piękna i taka... taka wyrafinowana - odparła. - W przeciwieństwie do mnie. Musiałam sprawiać ci kłopoty swoim brakiem doświadczenia i spontanicznością.

- Nigdy! - W jego głosie słychać było gwałtowną nutę.

- Ale tak było! Twój ojciec mówił, że dlatego nie lubisz ze mną wychodzić, bo...

Przerwał jej.

- Mój ojciec. Co za autorytet! - Napił się kawy. Tak samo zimnej jak on w środku. Popatrzył na Meg i znów poczuł ból. - A tak mówiąc między nami, twoja matka i mój ojciec skutecznie potrafili nas rozdzielić, prawda?

- Twój romans z Daphne to był fakt - odpowiedziała z uporem.

Odetchnął głęboko.

- Oczywiście. Widziałaś to na własne oczy w gazecie, prawda?

- Tak. - W jego głosie było tyle goryczy! Zmusiła się do uśmiechu. - Ale w końcu nic złego się nie stało. Ja robię karierę, a ty jesteś milionerem.

- Oczywiście, że jestem. Kilka razy dziennie patrzę w lustro i powtarzam sobie, jaki ze mnie nadzwyczajny szczęściarz.

- Nie kpij ze mnie.

Popatrzył na zegarek i odsunął krzesło.

- Muszę już iść.

- Masz spotkanie w interesach? - spróbowała go delikatnie podpytać.

Patrzył na nią bez słowa przez kilka sekund; na tyle długo, by zyskać przewagę.

- Nie - powiedział w końcu. - Mam randkę. Jak powiedziała ci moja matka - dodał z uśmieszkiem - nie mam żadnych problemów ze zdobywaniem kobiet.

Meg nie wiedziała, jakim cudem udało jej się uśmiechnąć, ale zrobiła to.

- Jesteś taki zniewalający - odpowiedziała. -Nie mogę winić kobiet za to, że szaleją za tobą. Ja też kiedyś zwariowałam na twoim punkcie.
- Nie na długo.
- Powinnam była porozmawiać z tobą o Daphne, zamiast uciekać - przyznała odważnie.
- Pozwól w końcu umrzeć przeszłości - powiedział zdecydowanie. - Już nie jesteśmy tymi samymi ludźmi co kiedyś.
- Jedno z nas na pewno nie - rzuciła sarkastycznie. - Nigdy przedtem tak mnie nie całowałeś.

Zmarszczył brwi.

- Nie sądziłaś chyba, że będę żył w celibacie po twoim wyjeździe?

- Oczywiście, że nie - odpowiedziała, odwracając wzrok. Wpatrywała się w swoje ręce, żeby tylko nie patrzyć na niego. Ostatnio życie wydawało jej się takie nudne. Nawet taniec nie był w stanie wypełnić wielkiej pustki w sercu.

- Zwłaszcza że twoja matka powiedziała mi, że taniec jest dla ciebie ważniejszy ode mnie i dlatego chciałaś zerwać te zaręczyny.

Meg była zaskoczona tym, co usłyszała.

- Pewnie uznała, że będzie najlepiej, jeśli uwierzysz, że to chęć zrobienia kariery była przyczyną mego wyjazdu.

- Jak zwykle zadecydowała twoja matka - stwierdził, a jego oczy lśniły zimno. - Zawsze tańczyłaś tak, jak ci zagrała. Bałaś się jej.

- A kto się nie bał? - mruknęła. - Była przekonana o własnej doskonałości i zarażała tą opinią innych. A ja nie miałam pojęcia o mężczyznach, póki ty się nie zjawiłeś.

- Wciąż nie masz - stwierdził kategorycznie. - Dziwi mnie, że życie w Nowym Jorku nic cię nie zmieniło.

- Człowiek nie zmienia charakteru razem z miejscem zamieszkania - przypomniała mu. - Tańczę. To mój zawód. Przez całe życie ciężko pracowałam, a teraz zaczyna to procentować. Lubię swoje życie. Więc to chyba dobrze, że w porę się dowiedziałam, co do mnie czujesz - dodała gorzko.

Przysunął się do niej na tyle blisko, że poczuła się zagrożona. Uśmiechnął się do niej ironicznie.

- A czy los ci to wynagrodził? - spytał.

- Co miał mi wynagrodzić?

- Świadomość, że inne kobiety leżą w ciemnościach w moich ramionach i krzyczą z rozkoszy, jaką im daję?

Poczuła, że jej wystudiowany spokój zaczyna znikać. Wiedziała, że on też to dostrzegł.

- Niech cię diabli! - zdławiła przekleństwo.

Odwrócił się, śmiejąc.

- Powiedz swojemu bratu, że zadzwonię do niego jutro. - Oczy mu się zwęziły. - Nienawidziłem cię, gdy twoja matka oddała mi pierścionek zaręczynowy. Byłaś największą pomyłką mego życia.

Odwrócił się i wyszedł. Jego miarowe kroki odbijały się echem na dole w holu. Powiedział, że jej nienawidził, ale użył złego czasu - on wciąż jej nienawidzi. Wyczytała to w jego oczach. Nie przestał jej winić za to, co zrobiła, pomimo że to on ją zdradził.

- Gdzie jest Steve? - spytał David.

- Musiał już iść. Ma randkę - wycedziła przez zęby.

- Stary, dobry Steve. Gdybym ja miał choć połowę jego... A ty dokąd idziesz?

- Do łóżka - stwierdziła już na schodach, a ton jej głosu nie zachęcał do dalszych pytań.

Meg za wszelką cenę pragnęła się wyrwać z tego miasta, ale utknęła w Wichita na dobre. A Steven ciągle był gdzieś w pobliżu, stale pokazując się z jakąś nową zdobyczą. Jej kostka goiła się, jednak nie tak szybko, jak by sobie tego życzyła. Czuła, że coś jest nie tak, ale bała się spytać lekarza.

Poza tym w Nowym Jorku i tak nie było teraz dla niej pracy. Zespół nie miał funduszy na organizację przedstawień i jeśli to się szybko nie zmieni, zostanie bez pracy. Szkoda byłoby zaprzepaścić cały dorobek. Kochała balet. Och, gdyby była wystarczająco bogata, by samej sfinansować zespół!

David też nie miał pieniędzy. Ale Steve miał. Skrzywiła się na tę myśl. Steve wołałby wyrzucić pieniądze, niż pożyczyć je Meg. Przyrzekła sobie, że nigdy go nie poprosi. Duma jej na to nie pozwalała. Spróbowała nie panikować na myśl, że nigdy już nie będzie występować na scenie. Pocieszyła się, że otworzy szkółkę baletową. Tutaj, w Wichita. Miło byłoby uczyć dziewczynki tańca. Niewątpliwie miała odpowiednie kwalifikacje. Nigdy przedtem nie myślała o tym poważnie, ale teraz powinna to rozważyć. Byłoby to jakieś wyjście awaryjne. Nawet jeśli nie zostanie słynną primabaleriną, ma jeszcze inne perspektywy.

Następnego dnia lało jak z cebra. Meg tęsknie wyglądała przez okno. Pogoda doskonale pasowała do jej nastroju.

Wykonała już swoją codzienną porcję ćwiczeń i zauważyła, że jej kostka wciąż jest sztywna. Po tylu dniach wyczerpującej, ciężkiej pracy! David - i pewnie Steven też - byli w biurze. Oczywiście jeśli Steven miał dość siły do pracy po ostatniej nocy, pomyślała ze złością.

Nie był tym człowiekiem, którego znała. Tamten Steve był spokojnym mężczyzną, bez tego cynizmu. No, chyba że zawsze był taki, tylko Meg patrzyła na niego przez różowe okulary, jak wszystkie zakochane dziewczęta.

Po wczorajszej niemiłej scenie nie spodziewała się go szybko ujrzeć, ale David zadzwonił przed wyjściem z biura i w imieniu Stevena zaprosił ją na kolację.

- Właśnie podpisaliśmy nowy kontrakt z potentatem ze Środkowego Wschodu. Zaprosiliśmy ich przedstawiciela na kolację i Steve chce, byś poszła z nami.

- Dlaczego akurat ja? - spytała z ledwie wyczuwalną goryczą w głosie. - Chce mnie zaoferować jako bonus swoim klientom? A może myśli o sprzedaniu mnie w niewolę do haremu? Domyślam się, że blondynki są tam wciąż w cenie.

David nie wyczuł kpiny w jej głosie. Zaśmiał się hałaśliwie.

- Steve mówi, że to nie jest taki zły pomysł. Pasowałby ci strój nałożnicy.

- Powiedz mu, żeby nawet o tym nie marzył - wymamrotała. - Nie wiem, czy mam ochotę pójść. Na pewno Steve zna mnóstwo kobiet, które pomogą mu zabawić wspólników.

- Nie rób trudności - poprosił David.

- No dobrze. Będę gotowa, gdy przyjedziesz do domu.

- Grzeczna dziewczynka.

Odłożyła słuchawkę, zastanawiając się, dlaczego właściwie się zgodziła. Steve prawdopodobnie przyjdzie z jedną ze swych przyjaciółeczek, a ona będzie musiała to oglądać. A ją na pewno rzucą Arabowi na pożarcie w ramach deseru. W porządku. Zdziwi się, jeśli sądzi, że ta intryga się uda!

Gdy David skończył pracę, Meg rzeczywiście była gotowa. Włożyła czarną, długą suknię, uzupełnioną jedynie szerokim, srebrnym paskiem i srebrnymi pantofelkami na płaskim obcasie. Włosy związała w schludny węzeł. Nie umalowała się, choć nawet nie zdawała sobie sprawy, że jej promienna uroda czyni każdy makijaż zbędnym. Miała przepiękną, świetlistą cerę z naturalnym rumieńcem.

David na jej widok aż zagwizdał z przejęcia. Spojrzała na niego groźnie.

- Nie oczekuję aprobaty z twojej strony. Ogłaszam bunt, a to jest strój rewolucjonistki, a nie kociaka.
- Wiem o tym. Steven także. Ale - uśmiechnął się szeroko, podając jej ramię - spodoba mu się, uwierz mi.

ROZDZIAŁ TRZECI

Uwaga Davida nabrała dla niej sensu, gdy weszli do restauracji, gdzie siedzieli Steve - o dziwo bez żadnej kobiety u boku - oraz wysoki Arab w eleganckim garniturze. Spojrzenie Araba wyrażało aprobatę. Okazało się, że Steve rzeczywiście miał powody do zadowolenia; jej wygląd był - nawet według surowych norm kraju gościa - bez zarzutu. David szeptem zwrócił jej na to uwagę. Gdyby pomyślała o tym wcześniej, na złość Stevenowi włożyłaby żółtą suknię wieczorową bez pleców.

- Jestem zaszczycony - powiedział cudzoziemiec z zachwytem w głosie, gdy został jej przedstawiony.

Był niewiarygodnie przystojny, a do tego miał duże, niesamowicie czarne oczy i elektryzujące spojrzenie.

- Jest pani tancerką, prawda? Baletnicą?

- Tak - przytaknęła Meg skromnie. - Ale nie mówmy o mnie. Proszę raczej opowiedzieć mi coś o swoim kraju - poprosiła z autentycznym zainteresowaniem, całkowicie ignorując Stevena.

Pogrążyli się w rozmowie, aż Steve zmierzył ją wściekłym wzrokiem. Zesztywniała pod jego zimnym spojrzeniem. Ahmed nagle dostrzegł swoich partnerów handlowych. Zaśmiał się cicho.

- Steve, przyjacielu, wybacz mi. Ale pani stanowi tak czarujące towarzystwo, że interesy wyleciały mi z głowy.

- Nic się nie stało - odpowiedział Steve.

- Ja też przepraszam - powiedziała szczerze Meg. - Nie miałam zamiaru pana rozpraszać, ale pańska opowieść jest naprawdę fascynująca. Studiował pan za granicą?

- Oxford, rocznik 82 - uśmiechnął się Ahmed.

- Może ja też powinnam była pójść na studia, zamiast zajmować się tańcem? - westchnęła Meg.

- Ależ to byłaby niepowetowana strata dla sztuki. Jest wielu naukowców. A dobra tancerka jest równie rzadka i cenna jak diament.

Podekscytowana pochlebstwem Meg zarumieniła się. Palce Stevena zacisnęły się na widelcu. Wlepił w nią wzrok.

- A propos tych nowych odrzutowców, które chcesz od nas kupić, Ahmed - Steven próbował skierować rozmowę na rzeczowe tematy.

- Tak, oczywiście musimy o tym porozmawiać. Jeśli zbłądziłem, to przez piękną twarz i dobre serce - uśmiechnął się do Meg. - Rzeczywiście powinienem trzymać się tematu. Czy wybaczy mi pani, jeśli porozmawiamy przez chwilę o nudnych interesach?

- Oczywiście - odparła.

- To miło z twojej strony - powiedział miękko Steve, ale jego oczy były jak sztylety.

- Dla ciebie wszystko, Steven - odpowiedziała Meg, choć ton jej głosu sugerował coś zupełnie innego.

Po kolacji David postanowił odwieźć Ahmeda do hotelu, podczas gdy Steve miał podrzucić Meg swoim jaguarem.

- Dlaczego wciąż jeździsz samochodem akurat tej marki? - spytała, gdy już wsiedli.

- Bo je lubię - powiedział i bez żadnych wstępów dodał. - Zostaw Ahmeda w spokoju.

- To ostrzeżenie? - Skinęła głową. - Oczywiście, uważasz mnie za międzynarodową intrygantkę, czyhającą na tajne informacje i sprzedającą je obcym wywiadom. - Zmarszczyła brwi. - Ale kto właściwie jest naszym wrogiem w dzisiejszych czasach?

- No, Matą Hari to ty nie jesteś.

- Nie obrażaj mnie. Drzemią we mnie wielkie możliwości. - Przybrała wyszukaną pozę, zakładając ręce na karku i zwracając swój nieskazitelny profil w jego stronę. - Gdybym trochę poćwiczyła...

- Gdybyś trochę poćwiczyła, mogłabyś wylądować w starej beczce po oleju na dnie rzeki.

- Nie masz w ogóle poczucia humoru.

- Ostatnio nie mam zbyt wielu powodów do śmiechu. - Wzruszył ramionami.

Meg przytuliła policzek do miękkiego obicia i patrzyła, jak pewnie Steven prowadzi samochód. Dziwne, ale zawsze czuła się przy nim bezpieczna. Bezpieczna, ale także niewątpliwie podniecona. Od samego patrzenia na niego cała drżała.

- O czym myślisz? - spytał ją.

- Żałuję, że nigdy się ze mną nie kochałeś - odpowiedziała bez zastanowienia.

Samochód gwałtownie skręcił w bok. Twarz Stevena stężała. Nie patrzył na nią.

- Nie rób tego więcej. Mógłbym się od ciebie uzależnić. A ja nie lubię uzależnień.

- To dlatego palisz? - spytała ironicznie, obserwując żarzący się papieros.

- Nie jestem uzależniony od nikotyny. Mogę rzucić palenie, kiedy tylko zechcę.

- Więc może zrobisz to teraz? Czy też boisz się, że nie masz dość silnej woli? - podjudzała go.

Steven nacisnął przycisk otwierający okno i wyrzucił szybko papierosa. Meg uśmiechnęła się do niego promiennie.

- Szybko się złamiesz - prorokowała. - Zaczniesz szukać niedopałków na podłodze. Błagać o papierosa przechodniów.

- To niemądre, Meg.

- Co? Wyśmiewanie się z ciebie?

- Mogę znaleźć moim dłoniom inne zajęcie - powiedział sugestywnym tonem.

Meg rozpostarła ramiona i zamknęła oczy.

- No, dalej - zaprosiła go teatralnie. - Bierz mnie!

Samochód zatrzymał się bardzo gwałtownie. Oczy Meg były wielkie jak spodki. Przerażona, zasłoniła się rękoma i zaczerwieniła jak piwonia.

- Coś nie tak, Meg? - spytał łagodnie. - Zatrzymałem się, żeby przepuścić karetkę pogotowia.

- Jaką kar...? - zaczęła Meg, gdy wtem wokół nich rozbłysły światła i zawyły syreny ambulansu, mijającego ich w błyskawicznym tempie. Meg poczuła z zakłopotaniem, że grunt usuwa jej się spod nóg.

Steven otoczył ramieniem jej fotel i wpatrywał się w nią w ciemnościach.

- Blefowałaś, prawda? - zaczął. - Czy nie mówiłem, że może cię to wpędzić w kłopoty? - Ręce powędrowały w kierunku jej szyi i zaczął bawić się kosmykiem włosów, wymykającym się z koka. Pieścił jej skórę, aż puls Meg zaczął wariować, a ciało płonąć.

- Steven, przestań - wyszeptała. Ale on tylko przysunął się bliżej, odsuwając jej rękę na bok. Położył swoje wargi na jej ustach, wciąż pieszcząc szyję.

- Jest tak jak pierwszej nocy, gdy wyszliśmy razem, pamiętasz? - spytał ją. - Odwoziłem cię po kolacji i zaparkowałem przed twoim domem. Dotykałem cię tak jak teraz. I rozmawialiśmy. Byłaś wtedy bardziej impulsywna. Pamiętasz, co wtedy robiłaś, Meg?

Trudno jej było oddychać i mówić jednocześnie; nie mogła się skupić.

- Byłam bardzo... młoda - powiedziała, jakby się broniąc.

- Byłaś głodna... - Pieścił jej otwarte usta, delikatnie skubiąc wargi, aż usłyszał jej chrapliwy oddech. - Rozpięłaś guziki mojej koszuli i twoje dłonie wśliznęły się pod nią, docierając aż do paska spodni.

Zadrżała na wspomnienie iskry, którą wtedy w nim rozpaliła. Jego usta nacierały coraz gwałtowniej, mruczała. Uniósł ją i obrócił, a jego dłonie błądziły w poszukiwaniu zapięcia sukienki, aż dotarły do piersi. To pogwałcenie jej intymności było zbyt nagłe.

Steven przestał i uśmiechnął się do niej, podczas gdy Meg dyszała w jego ramionach. Widział, że go pożąda.

- Byłaś taka niewinna - wspominał cicho. - Nie miałaś pojęcia, dlaczego zareagowałem tak gwałtownie na nasze pieszczoty. Wtedy po raz pierwszy dałem ci odczuć całą silę mego pożądania. Byłaś tym zszokowana i przestraszona.

- Nikt nie przygotował mnie na to, co dzieje się między mężczyzną i kobietą, gdy są ze sobą tak blisko - wyznała z wahaniem.

Gładził jej ramiona, posuwając się do zamka sukni. Wolno, delikatnie rozpiął go i zsunął materiał w dół, uspokajając ją jednocześnie delikatnymi pieszczotami.

- Minęły cztery lata, a ty wciąż tego chcesz - powiedział. - Pragniesz mnie.

Meg nie mogła uwierzyć, że pozwala mu wyprawiać ze sobą takie rzeczy! A on powoli dotarł poniżej jej stanika i patrzył na nią. Opalone dłonie głaskały jej obojczyki; gładziły wzgórki piersi. Oddech miał urywany, podobnie jak ona.

- Pozwól mi go rozpiąć, Meg. Chcę cię pieścić ustami.

To zawsze na nią działało - gdy do niej mówił, jej ciało płonęło z pożądania. Przytuliła czoło do jego policzka, podczas gdy on szybko rozpiął trzy małe haftki. Poczuła na swoim ciele powiew chłodnego powietrza. Steven wyprostował się, by mocją lepiej widzieć.

- O Boże - zachwycił się, jakby zobaczył dzieło sztuki. Trzymał ją za ramiona tak, jakby bał się, że zniknie.

- Pozwoliłam ci wtedy na mnie patrzeć - tej ostatniej nocy - wyszeptała urywanym głosem. - A ty poszedłeś potem do niej!

- Nie, nie - zaprzeczał żarliwie. - Nie, Meg!

Jego usta przyssały się do jej naprężonych sutków i jęknął, podnosząc ją, obracając, ssąc jej piersi w ciszy nabrzmiałej pożądaniem i obietnicą.

Meg zanurzyła palce w jego włosach i trzymała mocno, podczas gdy jego usta obdarzały ją najintensywniejszą pieszczotą, jakiej kiedykolwiek doświadczała. Próbował ją całować w ten sposób tamtej nocy, dawno temu, ale mu nie pozwoliła. To było za dużo dla jej przeciążonych zmysłów. Ale teraz była starsza, a w ciągu minionych lat pożądanie tylko w niej rosło. Umierała z pragnienia.

Czuł jej drżenie i powoli podniósł głowę.

- Nie! - Aż dławiła się, próbując z powrotem przycisnąć jego usta do swego ciała. - Steve, proszę, proszę!

Przyciągnął jej twarz do swojej szyi i trzymał ją, oddychając ciężko.

- Proszę - skamlała, przywierając do niego.

- Tutaj. - Walczył z guzikami swojej koszuli, wkładał tam jej dłonie, przywierając do niej ciasno, tak że jej piersi drażniły jego sutki. - Meg - szeptał czule. - Och, Meg, Meg... - Jego ręce znów odnalazły drogę do jej ciała.

Meg okrywała szaleńczymi pocałunkami jego twarz, szyję, klatkę piersiową. Pożądanie było jak nóż.

Steve odwrócił głowę i znów ją całował. Tym razem był to pocałunek, który zdawał się nie mieć końca.

Nagle w trakcie tych pieszczot Meg zaczęła płakać z powodu winy, smutku i niezaspokojonego pożądania. Steve trzymał ją i kołysał. Jego oczy były pełne udręki i pragnienia. Ale powoli napięcie zaczęło opadać.

- Nie płacz - wyszeptał, scałowując jej łzy.

Odwróciła głowę, tak by mógł całować drugi policzek. Zamknęła oczy i delektowała się tą chwilą czułości.

Gdy poczuła, że jego usta niechętnie się oddalają, otworzyła oczy i popatrzyła na niego. Coś zdarzyło się między nimi.

- Wciąż jesteś nietknięta - powiedział cicho, a rysy jego twarzy znowu stwardniały. Jego ręce gładziły jej nagie piersi. Poczuł, że znowu doprowadza go to do szaleństwa. Zaczął ją pieścić ustami, wdychając zapach jej ciała. - Całkowicie, absolutnie nietknięta.

- Ja... nie czułam tego, co teraz, z żadnym innym mężczyzną - wyznała wstrząśnięta. - Nie mogłam znieść nawet wzroku innych, a co dopiero dotyku ich rąk.

- Dlaczego, na litość boską, uciekłaś? - Oddychał nierówno. - Niech cię diabli!

- Bałam się.

- Czego? Tego? - Otoczył jej sutki swymi wargami. Meg krzyknęła z rozkoszy.

- Byłam dziewicą - syknęła.

- Wciąż jesteś. - Przyciągnął ją do siebie i swą dużą dłonią otoczył jej biodro. Poszukał jej wzroku. - I wciąż się boisz - powiedział w końcu, obserwując jej twarz. - Jesteś przerażona możliwością kochania się ze mną.

Przełknęła głośno ślinę.

- Nie, to nie tego się boję.

- A czego?

Ciało Steve’a pulsowało. Czuła jego gorąco i siłę. Świadomość, jak bardzo jej pragnie, przeraziła ją.

- Steven, moja siostra umarła podczas porodu.

- Tak, wiem o tym. Twój ojciec mi powiedział. Była od ciebie dużo starsza.

- Była podobna do mnie. - Popatrzyła na niego. -Też była szczupła, wąska w biodrach. Mieszkała razem z mężem na Północy. Gdy nadszedł czas porodu, przyszła śnieżyca. Wszystkie drogi były zasypane i nie mogli dojechać do szpitala na czas. Umarła. Dziecko też. - Meg zawahała się i przygryzła wargi. - Moja mama urodziła mnie przez cesarskie cięcie. Po śmierci siostry żyłam jak pod kloszem. Matka powiedziała mi, że zajście w ciążę będzie dla mnie wyrokiem śmierci. Sprawiła, że panicznie się tego bałam - dodała, kryjąc twarz w dłoniach.

Steve siedział kompletnie oszołomiony tym wyznaniem. Przyciągnął Meg do siebie, pozwalając jej czuć ciepło swego ciała i bicie serca.

- Nigdy mi o tym nie mówiłaś.

- Sam stwierdziłeś, że byłam bardzo młoda - odpowiedziała, przymykając oczy. - Nie mogłam ci powiedzieć. To było zbyt osobiste, a poza tym tak bardzo cię pragnęłam. Za każdym razem, gdy mnie dotykałeś, byłam całkowicie rozkojarzona. Wciąż tak jest.

Steve delikatnie głaskał ją po włosach.

- Mógłbym cię uspokoić, gdybyś mi tylko powiedziała.

- Może. Ale byłam przerażona możliwością zajścia w ciążę. A ty byłeś taki gwałtowny, taki niecierpliwy. Ta nasza kłótnia... to wyglądało jak odroczenie wyroku. Kazałeś mi $się wynosić i zabrałeś Daphne na kolację. Wmówiłam więc sobie, że lepiej będzie wybrać taniec niż związek z tobą.

Podniósł głowę, wpatrując się w ciemność za oknem.

- Nie wierzysz mi, prawda? - uśmiechnęła się smutno. - Wciąż jesteś nieufny.

- Mam powody, nie sądzisz?

Przysunęła się do niego i wpatrywała w jego twarz. Podobała jej się ta ich nowa zażyłość.

- Nie sądziłam, że obchodzę cię na tyle, by mój wyjazd cię zranił.

- Bo nie obchodziłaś - zgodził się skwapliwie. - Ale ucierpiała moja duma.

- Nicole mówiła, że dużo piłeś.

- Ale pewnie zapomniała dodać, że byłem razem z Daphne?

Jego ciepłe ręce przykryły jej biust.

- Wciąż cię pragnę - powiedział głosem bez emocji. - Bardziej niż kiedykolwiek.

Wiedziała o tym. Jego twarz ożywiło pożądanie.

- To nie byłoby mądre - powiedziała cicho. - Mówiłeś przecież, że nie chcesz się uzależniać.

- Schlebiasz sobie, sądząc, że po jednej nocy znów bym się od ciebie uzależnił - powiedział z kpiącym uśmiechem, który doskonale ukrył udrękę tych długich, pustych lat.

Meg nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wspomnienia znowu przywiodły jej na myśl całą jego boleść i złość.

- Steven...

- Twój zespół potrzebuje pieniędzy, prawda? - powiedział miękko. - Dam ci całą potrzebną sumę.

- Naprawdę?! - wykrzyknęła uszczęśliwiona.

- Och, tak. Będę aniołem opiekuńczym waszego zespołu. Ale mam swoją cenę.

Jego głos był zbyt gładki. Coś było nie tak. Meg zaczęła się bać.

- Jaka to cena? - spytała.

- Nie domyślasz się? - spytał z uśmiechem. - Więc powiem ci wprost: prześpij się ze mną. Daj mi jedną noc, Meg, abym mógł cię później wykreślić ze swego życia. A ja w zamian zwrócę ci to, co cenisz najbardziej - twój taniec.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Noc wydawała się nie mieć końca. Meg spędziła ją bezsennie, udręczona słowami Stevena. Naprawdę uważał, że ona się sprzeda? Prędzej jej kaktus na dłoni wyrośnie, niż tak zdobędzie pieniądze, pomyślała z wściekłością. Jej zespół jakoś da sobie radę. A ona nie sprawi mu tej satysfakcji, nawet za cenę swojej kariery! Nie mogła uwierzyć, że potrafił jej zaproponować coś takiego i oczekiwać, że się zgodzi! Chciał zemsty za to, że od niego uciekła; niczego więcej. Był głuchy na wyjaśnienia. A przecież był tak samo winny jak ona!

Żałowała teraz, że nie przypomniała mu o tym wszystkim. Ale była zbyt wstrząśnięta obraźliwą propozycją. Po prostu wyrwała się z jego objęć i zapinała ubranie drżącymi rękoma. A on się tylko śmiał.

- To było bardzo okrutne, Steven - powiedziała, piorunując go wzrokiem, gdy już doprowadziła się do porządku.

- Doprawdy? Takie właśnie miało być. Oferta jest wciąż aktualna, pamiętaj. Prześpij się ze mną, a wyciągnę twój zespól z kłopotów finansowych. Nie musisz się martwić, że zajdziesz w ciążę - dodał, ruszając. - Rozumiesz sama, Meg, że ostatnią rzeczą, jakiej mógłbym chcieć, jest związać się z tobą wspólnym dzieckiem - mówiąc to, jednocześnie taksował ją wzrokiem. - Po prostu chcę, żeby całe to szaleństwo się skończyło. Raz na zawsze.

Wysadził ją przed domem, nie mówiąc już nic więcej. Meg pomyślała, że to szaleństwo, jak je nazywał Steve, wciąż trwa tylko dlatego, że kiedyś wybrała najłatwiejszą drogę. Nie zwierzyła mu się ze swych obaw, nie wyjaśniła nieporozumień i oto, co z tego wyniknęło.

Jednak motywy postępowania Stevena nie były dla niej całkiem jasne. Zawsze sądziła, że jest on raczej oschły i że koniec zaręczyn tylko go ucieszy. Jego zaloty robiły na niej wrażenie wymuszonych. Nie wydawał się stworzony do miłości. Może to wina jego rodziców, którzy nie nauczyli go kochać? Steven był samotnikiem. Wykorzystywał kobiety do zaspokajania żądzy, unikał emocjonalnej bliskości. Meg wyczuwała to nawet wtedy, gdy miała osiemnaście lat.

Wiedziała, że jej miłość i jego pożądanie to za mało, by stworzyć dobry związek. A poza tym gdzieś w zakamarkach jej umysłu wciąż tkwił strach przed porodem. Gdyby matka nie podsycała tej obawy, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale ona uwielbiała manipulować ludźmi - podobnie jak ojciec Stevena.

Zanim następnego ranka Meg wstała z łóżka, David zdążył już wyjść do pracy. Bolała ją głowa i dokuczała kostka. Nie mogła spojrzeć sobie w oczy w lustrze, gdy pomyślała o wczorajszej nocy; o tym, jak łatwo uległa. Nie potrafiła mu się oprzeć, gdy był blisko.

Myśląc o tym cały czas, ubrała się i zjadła śniadanie. Potem pojechała do szpitala na fizykoterapię. Po powrocie ćwiczyła jeszcze w domu, ale nie potrafiła odpędzić natrętnych myśli o Stevenie.

David wrócił do domu niespokojny.

- Czemu jesteś taki ponury? - zaciekawiła się Meg.

Spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem.

- Och, to nic takiego. Jeśli nie zrobiłaś nic na kolację, to może wyjdziemy gdzieś na steki? Ahmed wspominał, że chętnie by się do nas przyłączył, jeśli nie masz nic przeciwko temu.

- Oczywiście, że nie - odpowiedziała z uśmiechem. - Jest bardzo miły.

- Też tak uważam. Ale lepiej zbytnio się z nim nie zaprzyjaźniać. Nie wiesz o nim wszystkiego.

- Naprawdę? - Zaintrygowało ją to. - Opowiedz mi coś więcej.

- Nie mogę. Nie zamierzam ryzykować wysłuchiwania następnych zjadliwych komentarzy od szefa. Był dzisiaj w wyjątkowo złym humorze. Jedna z sekretarek wyleciała z pracy tylko za to, że niechcący strąciła lampkę z biurka.

Meg ze zdumieniem zmarszczyła brwi.

- Sekretarka Stevena?

- Tak - zachichotał. - Wszyscy starali się schować w mysią dziurę. Tylko nie Daphne. Zna go od tak dawna, że wie, jak z nim postępować.

Zamarło w niej serce.

- Daphne? Ta sama, z którą sypiał, gdy byliśmy zaręczeni?

- Nie sądzę, by byli kochankami, a już na pewno nie w okresie waszego narzeczeństwa. Ale tak, to ta sama kobieta. Przypominam sobie teraz, że to o nią wtedy się pokłóciliście. I przez to wyjechałaś.

- Częściowo z jej powodu - poprawiła go Meg. Zdobyła się na uśmiech. - Właściwie to dobrze się stało. Dzięki temu zaczęłam robić karierę. Gdybym wyszła za Stevena, nie mogłabym nawet o tym marzyć.

- Mimo to od tamtej pory nie umówiłaś się z żadnym mężczyzną, prawda? - spytał, choć właściwie znał odpowiedź. - I nie mów mi, że to z braku czasu.

- Może po Stevenie żaden mężczyzna nie był już wystarczająco dobry - powiedziała z tajemniczym uśmiechem. - A może on dał mi gorzką lekcję męskiej wierności?

- Steven nie jest taki, na jakiego wygląda. - David wziął przyjaciela w obronę. - W głębi duszy jest bardzo wrażliwy. Twój wyjazd zranił go głęboko. Tak naprawdę to dotąd nie doszedł do siebie.

- To jego duma nie doszła do siebie, nie on. Sam to przyznał. Nigdy mnie nie kochał. Gdyby było inaczej, jak mógłby wtedy spotkać się z Daphne?

- Mężczyźni robią różne dziwne rzeczy, gdy czują się zdradzeni i niepewni.

- Ja nigdy go nie skrzywdziłam.

- Nie? - David schował ręce do kieszeni i przyglądał się jej. - Meg, od kiedy znamy Rykerów, Steven nigdy nie był z żadną kobietą dłużej niż dwa tygodnie. Unikał jakichkolwiek wzmianek o małżeństwie. A z tobą raz poszedł na randkę i już zaczął się rozglądać za pierścionkiem zaręczynowym.

- Bo byłam dla niego czymś nowym - wycedziła.

- Niewątpliwie tak. Stopiłaś go jak bryłę lodu. Nauczyłaś go radości. Odmłodniał przy tobie. Meg, gdybyś mu się wtedy przyjrzała, zauważyłabyś, jak się zmienił. Skoczyłby za tobą w ogień. Dlatego jego ojciec nie chciał, żebyście się pobrali. Steven zawsze wziąłby twoją stronę na zebraniu udziałowców - uśmiechnął się na widok jej zaskoczonej miny. - Nie wiedziałaś, że wszyscy wami manipulowali? Nie mieliście żadnych szans. A zapłacił za to biedny Steven, który stracił pierwszą i jedyną miłość swego życia.

- Nie kochał mnie - wciąż zaprzeczała, nie chcąc uwierzyć w słowa Davida.

- Rzeczywiście. Nie kochał cię. On cię uwielbiał. Nie mógł od ciebie oderwać oczu. Wszystko, co robił podczas tego miesiąca, gdy byliście razem, miało na celu sprawienie ci przyjemności. - Potrząsnął głową. - Ale ty byłaś zbyt młoda, by sobie z tego zdawać sprawę.

Meg czuła, że nie jest w stanie ustać na nogach. Usiadła ciężko.

- Nigdy mi o tym nie powiedział.

- A co miał powiedzieć? Nie potrafił błagać o miłość. Wyjechałaś. Założył, że się nim znudziłaś. Przez trzy dni upijał się i awanturował. Potem wrócił do pracy, dysząc pragnieniem zemsty. Zaczął robić pieniądze. Pokazywał się z wieloma kobietami; każdej nocy z inną. Miały mu pomóc zapomnieć o tobie. Ale wciąż cierpiał; wzdragał się na każdą wzmiankę o tobie.

Meg ukryła twarz w dłoniach. David uspokajająco położył dłoń na jej ramieniu.

- Nie obwiniaj się. W końcu zapomniał o tobie, Meg. Zajęło mu to rok, ale zapomniał.

- Byłam taka głupia - westchnęła ciężko, odrzucając do tyłu rozpuszczone włosy. - Kochałam go tak mocno, ale bałam się tego uczucia. Czasem wydawał się taki... nieprzystępny.

- Ty byłaś taka sama - przypomniał jej.

Uśmiechnęła się tęsknie.

- Oczywiście, że tak. Byłam zakompleksiona i zamknięta w sobie. Nie wierzyłam, że taki mężczyzna jak Steven może chcieć mnie poślubić. Bałam się go. Wciąż trochę się go boję. Ale teraz rozumiem go o wiele lepiej... teraz, gdy jest już za późno.

- Jesteś tego pewna?

Wspomniała ostatnią noc: jego niepohamowaną żądzę, a potem ból i smutek po jego obraźliwej propozycji. Powoli skinęła głową.

- Niestety, David - podniosła na niego wypełnione łzami oczy - obawiam się, że tak.
- Przykro mi.

Meg wstała i wygładziła spódnicę.

- To dokąd idziemy na tę kolację?
- Do Castellego. I przykro mi o tym mówić, ale Steven też tam będzie.

Na samą myśl, że znów go spotka, ścierpła jej skóra. Ale przecież nie była tchórzem. Już nie. Wzruszyła ramionami.

- Pójdę się przebrać - i chyba włożę coś czerwonego, pomyślała. Z dużym dekoltem i rozcięciami po obu stronach...

Wyglądała uwodzicielsko w sukience na wąskich ramiączkach, ściśle przylegającej do ciała. Rozpuszczone włosy miękko opadały na ramiona. Zrobiła też lekki makijaż. Miała resztki rodzinnej biżuterii i włożyła ją teraz. Chciała doprowadzić Stevena Rykera do szaleństwa.

Rzeczywiście był w restauracji. Ale nie sam. Gdy Meg zobaczyła, kto mu towarzyszy, zamarła. Tą podstępną, platynową blondynką, której suknia kosztowała co najmniej dwa razy tyle, ile sukienka Meg, była Daphne. Meg uśmiechnęła się olśniewająco do Ahmeda.

- Jest pani prowokująco piękna - powiedział, podnosząc jej rękę do ust i całując po europejsku. - Ugryzę się w język i nie wypowiem słów, które cisną mi się na usta.

Meg zaśmiała się, zachwycona.

- Jeśli zamierza pan poprosić mnie o dołączenie do swego haremu - powiedziała żartobliwie - obawiam się, że będzie pan musiał poczekać, aż stanę się zbyt stara, by tańczyć.

Steven przyglądał się jej uważnie, a jego szare oczy błyszczały niebezpiecznie.

- Interesujący kolor, Meg - mruknął.

- To mój ulubiony. Nie sądzisz, że mi pasuje? - spytała wyzywająco.

Odwrócił wzrok, jak gdyby się zawstydził.

- Nie, nie sądzę - powiedział sztywno. - Siadaj, David.

David pomógł Meg usiąść obok Ahmeda i przywitał się z Daphne.

- Jak poradziłaś sobie z nim w biurze? - spytał ją.

- Wystarczy kilka razy czymś w niego rzucić, a zaraz się uspokaja, prawda, kochanie? - zaśmiała się Daphne. - A ty, Meg, czy też w zdenerwowaniu ciskasz, czym popadnie?

- Może się przekonamy? - odpowiedziała Meg, biorąc do ręki szklankę z wodą i kierując ją w stronę Daphne.

David przytrzymał jej dłoń, zszokowany tak gwałtowną reakcją.

- Wybacz, jeśli cię uraziłam - powiedziała szybko Daphne. - Zawsze paplam, co mi ślina na język przyniesie - dodała z nerwowym, przepraszającym uśmiechem posłanym w stronę Stevena, który zmarszczył brwi i nie odrywał wzroku od Meg.

- Nie musisz przepraszać - powiedziała sztywno. - Rzadko żywię urazę, nawet gdy ludzie jawnie mnie obrażają.

Steven wyglądał na niezadowolonego. Atmosfera przy stole stała się gęsta. Ahmed wstał i wyciągnął rękę do Meg.

- Czy zatańczy pani ze mną?

- To będzie dla mnie zaszczyt. - Meg, unikając wzroku Stevena, wstała i pozwoliła Ahmedowi zaprowadzić się na parkiet.

Tańczył bardzo dobrze. Podobał jej się. Ale nie było między nimi iskry.

- Dziękuję - powiedziała cicho. - Chyba uratował pan ten wieczór.

- Daphne nie jest taka zła - powiedział delikatnie. - To, co Steven czuje do pani, jest całkiem oczywiste.