Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uczucia na pokaz - Diana Palmer

Młoda lekarka Louise Blakely rozpoczyna pracę w prywatnej klinice doktora Jebediaha Coltraina. Jest nim zafascynowana, lecz ukrywa uczucia. Odnosi się do niego chłodno i z dystansem. Z kolei Coltrain, porywczy i apodyktyczny, traktuje ją wyjątkowo surowo i prowokuje konflikty. Po kolejnej awanturze Louise postanawia zrezygnować z pracy. Jednak Coltrain nie pozwoli jej odejść…

Opinie o ebooku Uczucia na pokaz - Diana Palmer

Fragment ebooka Uczucia na pokaz - Diana Palmer

Diana Palmer

Uczucia na pokaz

Tłumaczenie: Monika

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zraniona noga chłopca mocno krwawiła. Doktor Louise Blakely wiedziała, jak mu pomóc, było to jednak o tyle trudne, że chcąc skutecznie zatamować krew wypływającą z uszkodzonej tętnicy wprost na pożółkłą grudniową trawę, musiała mocno uciskać ranę.

– Boli... – jęknął mały Matt. – Auu!

– Musimy powstrzymać krwawienie – wyjaśniła rzeczowo, uśmiechając się do chłopca. Jej brązowe oczy lśniły przyjaznym blaskiem, szczupłą twarz otulały gęste ciemnoblond włosy. – Założymy ci szwy, a jak już będzie po wszystkim, poproś mamę, żeby kupiła ci loda – podsunęła, zerkając na stojącą obok bladą kobietę, która natychmiast gorliwie potaknęła. – Co ty na to? Podoba ci się ten pomysł?

– Czy ja wiem... – mruknął chłopiec, przytrzymując chorą nogę powyżej miejsca, które uciskała lekarka.

– Wytrzymaj jeszcze trochę – poprosiła, wyglądając niecierpliwie karetki, którą na jej prośbę wezwał jeden z gapiów. Na szczęście pomoc była już blisko. Lou słyszała narastający dźwięk syreny. Nawet w tak małym miasteczku jak Jacobsville służby medyczne działały bardzo sprawnie.

– Będziesz jechał prawdziwą karetką – powiedziała chłopcu. – W poniedziałek opowiesz o wszystkim kolegom ze szkoły.

– Będę mógł wrócić do domu? – ucieszył się Matt. – Nie zostanę w szpitalu?

– Myślę, że tym razem twoja wizyta skończy się w pokoju zabiegowym, gdzie udzielamy pomocy w nagłych wypadkach – roześmiała się. – A teraz uważaj: za chwilę sanitariusze przeniosą cię do ambulansu. Obserwuj ich uważnie, patrz, co robią, i staraj się wszystko zapamiętać.

– Zapamiętam! – obiecał, ona zaś, widząc nadjeżdżający samochód na sygnale, szybko wstała. Ledwie karetka zatrzymała się obok radiowozu, wyskoczyli w niej dwaj sanitariusze i podbiegli do chłopca. Kiedy ostrożnie przenosili go na nosze, Lou podeszła do towarzyszącej im kobiety, i opisawszy zwięźle obrażenia chłopca, wydała instrukcje dotyczące zabiegów i badań, które trzeba wykonać po przyjeździe do szpitala. Ponieważ sama tam pracowała, postanowiła jechać za karetką swoim samochodem.

Nim ruszyła, podszedł do niej policjant, który wcześniej zatrzymał nieuważnego kierowcę i postawił mu zarzut spowodowania wypadku, w którym ucierpiał mały rowerzysta.

– Szczęście, że akurat była pani w pobliżu – westchnął. – Rana wygląda paskudnie.

– Do wesela się zagoi – odparła, zamykając torbę lekarską, z którą nigdy się nie rozstawała. Wychodząc z gabinetu, zabierała ją z sobą i wkładała do bagażnika. Tym razem okazała się bardzo potrzebna.

– Pracuje pani z doktorem Coltrainem, prawda? – zagadnął domyślnie.

– Tak – odparła lakonicznie. Wymowna mina policjanta powiedziała jej, że dalsze wyjaśnienia są zbędne. Całe Jacobsville wiedziało, że doktorowi Coltrainowi partner potrzebny jest jak dziura w moście. Albo alkohol. W ciągu kilku miesięcy wspólnej praktyki lekarskiej wielokrotnie dał jej to do zrozumienia.

– Dobry z niego człowiek – stwierdził policjant. – Uratował moją żonę, kiedy ciężko zachorowała na płuca – dodał, uśmiechając się do wspomnień. – Nigdy nie traci głowy, zresztą z tego, co widziałem, pani też jest bardzo opanowana. Widać, że zna się pani na rzeczy i wie, jak pomóc.

– Dziękuję panu – odparła z przelotnym uśmiechem, po czym wsiadła do swojego małego forda i ruszyła za karetką.

Izba przyjęć jak zwykle pełna była chorych. W soboty z reguły zdarzało się dwa razy więcej wypadków niż w dni powszednie. Idąc korytarzem za wózkiem wiozącym Matta, Lou odpowiadała na powitania swoich pacjentów.

W tym samym czasie doktor Coltrain opuszczał salę operacyjną. Spotkali się na korytarzu. Zielony chirurgiczny strój nie był szczególnie twarzowy i ktoś inny z pewnością wyglądałby w nim pokracznie. Ale nie Coltrain. Jemu nie zaszkodził nawet czepek zakrywający gęste rude włosy. Mimo szpitalnego uniformu prezentował się elegancko i budził respekt.

– Co pani tu robi? Ustaliliśmy, że w sobotę sam robię obchód – rzucił szorstko.

Oho, zaczyna się, pomyślała. Zaraz zrobi użytek z pierwszego prawa Coltraina: zawsze i wszędzie wyciągaj pochopne wnioski. Kusiło ją, żeby się uśmiechnąć, ale nie zrobiła tego.

– Przypadkiem znalazłam się na miejscu wypadku – tłumaczyła się.

– Do wypadków jeżdżą ekipy karetek pogotowia. Za to im płacą – strofował ją, nie zważając na przechodzący obok personel.

– Ja przecież nie pojechałam tam specjalnie... – zdenerwowała się.

– Nie życzę sobie takich sytuacji. Jeśli to się powtórzy, poproszę Wrighta, żeby rozwiązał z panią umowę. Czy wyrażam się jasno? – zapytał chłodnym tonem. Wspomniany Wright był dyrektorem administracyjnym szpitala, on zaś szefem personelu medycznego, tak więc jego słowa nie były czczą pogróżką.

– Czy pan mnie w ogóle słucha? – zirytowała się. – Nie było mnie w tej karetce...!

– Pani doktor! Idzie pani? – zawołał jeden z sanitariuszy.

Coltrain spojrzał na niego, potem na nią. Nie kryjąc rozdrażnienia, zerwał z głowy czepek. Wyraz jego niebieskich oczy był tak samo groźny jak cała postura.

– Skoro pani życie prywatne, droga pani doktor, jest aż tak nieciekawe, że musi pani szukać rozrywki wśród personelu niższego szczebla, może powinna pani zastanowić się nad jakąś zmianą – rzucił kąśliwie.

Nim zdążyła odpowiedzieć, odszedł. Rozzłoszczona teatralnym gestem wzniosła ręce do nieba. Jeszcze nigdy nie udało jej się dokończyć przy nim zdania, bo albo w ogóle nie dopuszczał jej do głosu, albo przerywał w pół słowa i nie czekając na ripostę, pośpiesznie odchodził do swoich pilnych spraw. Zresztą dyskusja z nim i tak nie miała sensu. Cokolwiek bowiem by powiedziała albo zrobiła, i tak zawsze stała na straconej pozycji.

– Wcześniej czy później coś sobie złamiesz – mruknęła mściwie, wpatrując się w jego plecy – a wtedy tak cię urządzę, że mnie popamiętasz. Jak mi Bóg miły, zrobię z ciebie gipsową mumię.

Przechodząca obok pielęgniarka delikatnie poklepała ją po ramieniu.

– Spokojnie, pani doktor. Znowu panią poniosło.

Lou zacisnęła zęby. Koledzy ze szpitala podśmiewali się, że po każdym starciu z doktorem Coltrainem Louise zaczyna mówić sama do siebie. Czyli robi to niemal non stop. Niewykluczone, że do Coltraina mimo wszystko docierały jej słowa, a przynajmniej niektóre z nich, nigdy jednak nie dał tego po sobie poznać.

Mrucząc ze złości, obróciła się na pięcie i dołączyła do sanitariuszy.

Opatrywanie chłopca trwało ponad godzinę, okazało się bowiem, że poza rozciętą nogą ma więcej obrażeń, które wymagają założenia szwów. Zdaje się, że w nagrodę mama będzie musiała wykupić pół lodziarni, pomyślała Lou, która pomyliła się co do jeszcze jednej rzeczy – wbrew jej przewidywaniom Matt musiał zostać w szpitalu. I dobrze, pocieszała się; przynajmniej będzie miał czym zaimponować kolegom. Skończywszy dyżur, pożegnała się z chłopcem i przypomniała mu, że jeżdżąc na rowerze po mieście, musi być bardzo ostrożny.

– Proszę się o to nie martwić, pani doktor – odrzekła zdecydowanie jego mama. – Już nie pozwolę mu jeździć po ulicy.

Lou skinęła głową i sięgnąwszy po torbę, wyszła z sali. Przemknęło jej przez myśl, że w dżinsach, sportowych butach i zwykłym T-shircie bardziej wygląda jak studentka na wakacjach niż poważna pani doktor. Miała włosy związane w koński ogon i ani śladu makijażu. Po co miała podkreślać urodę pełnych ust i brązowych oczu, skoro nie było mężczyzny, na którym chciałaby zrobić wrażenie? No, może z jednym wyjątkiem. Tyle że akurat ten, w którym zakochała się po uszy, nie zwróciłby na nią uwagi nawet gdyby przyszła do pracy w worku na ziemniaki. „Rudy” Coltrain widział w niej wyłącznie koleżankę po fachu, a jeśli już coś go w niej interesowało, to tylko jej kompetencje. I choć na tych jej nie zbywało, on zachowywał się tak, jakby nie dostrzegał jej profesjonalizmu. We wszystkim, co robiła, doszukiwał się błędów i uchybień. Czasem zastanawiała się, po co w ogóle zgodził się na tę współpracę, skoro ewidentnie nie darzył jej sympatią. I dlaczego ona, wiedząc o jego niechęci, wciąż z nim pracuje, choć wcale nie jest tu mile widziana. Znała dobrze przyczynę tego irracjonalnego zachowania: wszystkiemu winne było uczucie wypełniające jej nieszczęsne serce. Przeczuwała jednak, że wcześniej czy później przyjdzie dzień, kiedy to już nie wystarczy.

Z przeciwległego krańca holu szedł ku niej doktor Drew Morris, jedyny przyjaciel, jakiego tu miała. Podobnie jak Coltrain skończył właśnie operować i wciąż miał na sobie charakterystyczny zielony strój. Gdy jednak pod skalpel Coltraina trafiały najpoważniejsze przypadki, zwłaszcza kardiologiczne, Drew wycinał migdałki oraz wyrostki i wykonywał inne proste zabiegi chirurgiczne. Miał specjalizację z pediatrii, Coltrain zaś zajmował się głównie schorzeniami klatki piersiowej oraz płuc, zatem wśród jego pacjentów przeważały osoby w podeszłym wieku.

– Co ty tu robisz? – zdziwił się Drew na jej widok. – Na pierwszy obchód już za późno, na drugi jeszcze za wcześnie. Zresztą, o ile pamiętam, Rudy miał być dzisiaj sam.

Rudy, w rzeczy samej! Tylko nieliczni, najbardziej uprzywilejowani koledzy mieli prawo mówić o doktorze Coltrainie, używając tego przezwiska. Lou z pewnością nie należała do grona wybranych.

Uśmiechnęła się do Drew, ciemnookiego bruneta z niewielką nadwagą, który prawie dorównywał jej wzrostem; jak na kobietę była bowiem wysoka. To właśnie on skontaktował się z nią, gdy po śmierci rodziców pracowała w szpitalu w Austin, i powiedział jej, że Coltrain szuka kogoś do współpracy. Dostrzegła w tym szansę na nowy początek i postanowiła spróbować swych sił w mieście, w którym przyszli na świat jej rodzice. I choć brzmiało to nieprawdopodobnie, zwłaszcza w świetle jawnej niechęci, jaką Coltrain okazywał jej dziś na każdym kroku, to wtedy, po dziesięciu minutach rozmowy, zaproponował jej pracę w swoim zespole.

– Przed restauracją, w której jadłam lunch, wydarzył się wypadek – wyjaśniła. – Nawet nie zdążyłam pójść do sklepu. Boże, jak ja nienawidzę zakupów!

– A kto lubi? Co poza tym? Wszystko gra?

– Jak zwykle. – Skrzywiła się.

Zafrasowany Drew oparł ręce na biodrach.

– To moja wina – powiedział skruszony. – Miałem nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży, ale widzę, że nic z tego. Jesteś z nami od roku, a on nadal nie może cię zaakceptować.

Na jej twarzy pojawił się grymas. Nie zdążyła odwrócić się na tyle szybko, by ukryć go przed kolegą.

– Współczuję ci – westchnął. – Przepraszam. Zdaje się, że trochę się pospieszyłem, ściągając cię tutaj. Myślałem, że zmiana środowiska dobrze ci zrobi, no, wiesz... po stracie rodziców. Wydawało mi się, że to będzie wymarzony układ: Rudy jest jednym z najlepszym chirurgów, jakich znam, a ty masz opinię doskonałego lekarza rodzinnego, sądziłem więc, że będziecie doskonale się uzupełniać. Wyobrażałem sobie, że ty weźmiesz na siebie ciężar codziennej praktyki, dzięki czemu on będzie mógł skupić się na tym, w czym jest naprawdę dobry. No proszę, jak łatwo można się pomylić.

– Podpisałam umowę na rok – przypomniała mu – więc niedługo wygaśnie.

– Co potem?

– Wrócę do Austin.

– Zawsze możesz przenieść się na nasz oddział nagłych przypadków – zażartował ponuro. Dyrekcja szpitala musiała zatrudniać na kontraktach ludzi z zewnątrz, gdyż żaden z miejscowych lekarzy nie godził się pracować na traumatologii. Praca na tym oddziale była bowiem tak ciężka, że jeden ze stażystów załamał się o drugiej nad ranem, badając znanego wszystkim hipochondryka, i po prostu uciekł ze szpitala. Nie pojawił się tam nigdy więcej.

Lou uśmiechnęła się na wspomnienie tego zdarzenia.

– Obawiam się, że nie skorzystam z twojej cennej sugestii – odparła. – Chciałabym rozpocząć prywatną praktykę, ale jeszcze mnie na to nie stać. Nie mam za co wynająć i wyposażyć gabinetu, wrócę więc do punktu wyjścia. W Teksasie na pewno znajdzie się dla mnie jakaś praca.

– Robisz tu świetną robotę – zapewnił ją.

– Jakoś nie zauważyłam, żeby mój partner podzielał twój entuzjazm – odparła cierpko. – Nie widzisz, że cokolwiek zrobię, zawsze jest źle? – Westchnęła ciężko. – Ech, Drew, obawiam się, że wpadam w rutynę. Potrzebuję odmiany.

– Niewykluczone – przyznał, po chwili zaś dodał z uśmiechem: – Według mnie potrzeba ci dobrego towarzystwa i trochę rozrywki. Odezwę się do ciebie – obiecał, po czym ruszył do swoich zajęć.

Pełna złych przeczuć odprowadziła Drew niespokojnym wzrokiem. W duchu pocieszała się, że to jest złudzenie i że on wcale nie miał na myśli tego, o co zaczęła go podejrzewać. Lubiła go, ale wyłącznie jako kolegę. Nie miała najmniejszego zamiaru wdawać się z nim w żadne romanse. Drew był sympatycznym facetem, który przedwcześnie owdowiał, i który nadal, mimo upływu lat, nie pogodził się ze śmiercią ukochanej żony. Pochodził z Jacobsville i dobrze znał rodziców Lou. Lubił zwłaszcza jej matkę, więc gdy jej rodzice przenieśli się do Austin, przyjeżdżał do nich w odwiedziny. I właśnie tam podczas jednej z wizyt poznał Lou.

Postanowiła potraktować deklaracje Drew z przymrużeniem oka. Pamięć o zmarłej żonie była dla niego zbyt droga, by mógł poważnie myśleć o innej kobiecie. Lecz kiedy mówił, że Lou potrzebuje towarzystwa, miał bardzo poważną minę.

Póki co wolała wierzyć, że ponosi ją wyobraźnia. Pokrzepiona tą myślą poszła w stronę wyjścia na parking. Pech chciał, że po drodze spotkała doktora Coltraina; ubrany w elegancki garnitur szedł dokładnie w tym samym kierunku. Na jego widok zgrzytnęła zębami i celowo zwolniła kroku, ale i tak spotkali się przy drzwiach.

– Wygląda pani nieprofesjonalnie. – Obrzucił ją krytycznym spojrzeniem. – Skoro już musi pani urządzać sobie przejażdżki karetką, proszę przynajmniej odpowiednio się ubierać.

Zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na niego obojętnie.

– Nie urządzam sobie przejażdżek karetką.

– Pogotowie ma wystarczająco dużo pracowników, nie potrzeba im nowych – rzucił.

– Niech pan przestanie! – zawołała, wprawiając go tą reakcją w takie zdumienie, że aż zaniemówił. – Teraz dla odmiany to pan mnie wysłucha. I proszę z łaski swojej mi nie przerywać! – Uciszyła go zdecydowanym gestem dłoni, bo już miał zamiar wpaść jej w słowo. – Na ulicy wydarzył się wypadek. Przypadkowo obserwowałam zdarzenie z okna restauracji, więc udzieliłam pomocy poszkodowanemu dziecku. Nie muszę w ramach rozrywki bratać się z sanitariuszami, panie doktorze! A to, jak się ubieram w dni wolne od pracy, to nie pański... – W ostatniej chwili powstrzymała się, żeby nie użyć niecenzuralnego słowa – ...interes, doktorze!

Coltrain już otrząsnął się z szoku. Mocno chwycił ją za rękę i przytrzymał. Ona zaś, oszołomiona tym niespodziewanym fizycznym kontaktem, szarpnęła się gwałtownie, próbując uwolnić się z uścisku. Przemoc obudziła w niej zapomniane odruchy obronne. Przestała się szamotać, wstrzymała oddech i patrząc na niego szeroko otwartymi oczami, czekała, aż zaciśnie palce na przegubie jej ręki i zacznie ją wykręcać...

Nic takiego jednak się nie stało. Coltrain w przeciwieństwie do jej ojca nigdy nie tracił panowania nad sobą. W pewnej chwili puścił ją i mrużąc niebieskie oczy, powiedział drwiąco:

– Zawsze zimna jak lód, prawda? Każdego mężczyznę zmrozi pani na śmierć. Czy to dlatego ciągle nie ma pani męża?

Nigdy dotąd nie wspominał o jej osobistych sprawach. Na dodatek w tak nieprzyjemny sposób.

– Może pan sobie myśleć, co chce.

– Założę się, że byłaby pani zdumiona, gdyby poznała pani moje myśli – oznajmił, a potem spojrzał na dłoń, którą przed chwilą jej dotykał, i roześmiał się gardłowo: – Odmrożona – stwierdził. – Teraz rozumiem, dlaczego Drew Morris nie umawia się z panią. Jemu jest potrzebna kobieta gorąca jak wulkan – dodał z wymownym błyskiem w oku.

– Możliwe, za to panu przydałaby się wyrzutnia rakietowa – odparowała bez namysłu.

Obrzucił ją spojrzeniem, w którym niechęć mieszała się z pogardą.

– Chciałaby pani.

Ta uwaga boleśnie ją dotknęła, ale nie dała tego po sobie poznać.

– Tak pan myśli? – Uniosła brwi i zadowolona z siebie ruszyła w stronę swojego samochodu. Cieszyło ją, że Coltrain aż zesztywniał ze złości. Kiedy mijała jego mercedesa, nawet nie zerknęła w stronę jego luksusowego auta. Masz za swoje, pomyślała gniewnie. Wmawiała sobie, że ma w nosie, co on o niej myśli. Robiła wszystko, by utwierdzić się w tym przekonaniu. Prawda była jednak taka, że wciąż bardzo jej na nim zależało. Za bardzo. I na tym polegał jej największy problem.

Coltrain uznał ją za kobietę oziębłą, choć była to nieprawda. Zwłaszcza gdy chodziło o niego. Za każdym razem, kiedy stał zbyt blisko niej lub kiedy z rzadka jej dotykał, odskakiwała jak oparzona. Nie dlatego, że wydawał jej się fizycznie odstręczający. Po prostu zbyt gwałtownie reagowała na bezpośredni kontakt. Kiedy był tuż obok, zaczynała dygotać i nie mogła normalnie oddychać. Nie umiała też opanować drżenia głosu i nóg. Aby się ratować, czym prędzej odsuwała się na bezpieczną odległość.

Broniła się przed fizycznym kontaktem również z innych przyczyn, lecz to akurat nie powinno obchodzić ani Coltraina, ani nikogo innego. Starała się robić swoje i unikać kłopotów. Tyle że ostatnio praca zmieniła się w gehennę.

Pojechała na przedmieście, gdzie wynajmowała niewielki, zaniedbany dom. Dzielnica była wprawdzie spokojna, lecz wyraźnie zaczynała podupadać, co miało tę dobrą stronę, że czynsze były tu bardzo niskie. Lou spędziła kilka weekendów na malowaniu odrapanych ścian, starając się nadać ponuremu wnętrzu bardziej przytulny charakter. I choć nadal prawie nie miała mebli, udało jej się wykreować wnętrze, które odzwierciedlało jej zrównoważoną osobowość. W pokoju nie brakowało jednak wyrazistych akcentów: na półce nad kominkiem stała dziwaczna figurka kota, fotele okrywały barwne, ręcznie tkane narzuty, na regale ustawiła indiańskie wyroby ceramiczne oraz instrumenty muzyczne z różnych stron świata. Na ścianach wisiały jej własne obrazy, w większości abstrakcyjne, na których gwałtowne pociągnięcia pędzla mieszały czerwień, czerń i biel, tworząc dramatyczny chaos. W zestawieniu z tymi niespokojnymi płótnami wiszące obok subtelne pastele przedstawiające bukiety kwiatów wprawiłyby ewentualnego gościa w niemałą konsternację. Ale Lou nie miewała gości. Jako osoba z natury skryta pilnie strzegła swej prywatności.

Coltrain również nie był wylewny. Od czasu do czasu zapraszał kogoś na swoje ranczo, lecz nawet jeśli gościł tam kolegów ze szpitala, wśród zaproszonych nigdy nie było Louise. Ten dziwny ostracyzm prowokował różne spekulacje i plotki, nikt jednak nie miał tyle odwagi, by zapytać Coltraina wprost, dlaczego tak jawnie ignoruje swoją partnerkę. Louise nie czuła się z tego powodu specjalnie pokrzywdzona. Ona również nie zapraszała go do siebie.

Miała zresztą w tej sprawie własne zdanie. Przypuszczała, że Coltrain nadal przeżywa rozstanie z Jane Parker, która całkiem niedawno wyszła za mąż za Todda Burke'a. Dawna dziewczyna doktora, piękna, błękitnooka blondynka, była kiedyś gwiazdą rodeo. Prócz urody wyróżniała ją wyjątkowo miła osobowość i dobre, wrażliwe serce.

Myśląc o swoich fatalnych relacjach z Coltrainem, Lou często zachodziła w głowę, dlaczego zaproponował pracę komuś, kogo tak bardzo nie lubił. Co ciekawsze, podjął tę decyzję w ekspresowym tempie. Ponieważ wiedziała, że Drew koleguje się z Coltrainem, starała się go wypytać o prawdziwe przyczyny, dla których została tak szybko przyjęta do pracy. Niestety, Drew nie puszczał pary z ust. A gdy próbowała naciskać, natychmiast zmieniał temat.

Drew znał jej rodziców z czasów, gdy mieszkali w Jacobsville, potem zaś był studentem jej ojca, gdy ten pracował w szpitalu klinicznym w Austin. Lou wiedziała, że w ciężkich chwilach Drew zawsze wspierał jej matkę, ojca zaś nie darzył sympatią. Znał go prywatnie, widział więc na własne oczy, jak traktuje żonę i córkę.

W pierwszych dniach jej pracy w Jacobsville w szpitalu aż wrzało od plotek i zagadkowych komentarzy. Podsłuchała wtedy, jak jedna ze starszych pielęgniarek powiedziała na przykład, że „on” na pewno nie jest zadowolony, iż w tym szpitalu pracuje córka doktora Blakely'ego. Co za szczęście, dodała, że nowa pani doktor nie jest chirurgiem. Lou miała ochotę poprosić ją o wyjaśnienia, ta jednak szybko się ulotniła. Jakiś czas potem przeszła na emeryturę, nie było więc okazji, żeby z nią porozmawiać. Lou nie dowiedziała się, kim jest wspomniany „on”, ani dlaczego przeszkadza mu, że jego koleżanka nosi nazwisko Blakely. Domyśliła się jednak, że ojciec pozostawił po sobie nie zawsze dobre wspomnienia.

– Drew, powiedz mi, co takiego zrobił mój ojciec? – poprosiła pewnego dnia podczas wspólnego obchodu.

Drew sprawiał wrażenie zaskoczonego.

– Jak to, co zrobił? Był chirurgiem, tak samo jak ja – odparł po chwili wahania.

– Kiedy stąd odchodził, nie cieszył się dobrą opinią, prawda? – drążyła.

Jej kolega pokręcił głową.

– O ile wiem, nie doszło do żadnego skandalu – powiedział. – Nie wydarzyło się nic, co mogłoby zepsuć mu opinię. Był dobrym, szanowanym chirurgiem. Przecież o tym wiesz. Nawet jeśli pozostawiał wiele do życzenia jako mąż i ojciec, to jako fachowiec był naprawdę świetny.

– Czemu więc ludzie o czymś szepczą za moimi plecami?

– Zapewniam cię, że nie ma to nic wspólnego z oceną jego zawodowych umiejętności – odparł cicho. – Ta sprawa absolutnie cię nie dotyczy. A nawet jeśli, to tylko pośrednio.

– Ale o co chodzi...?

Ktoś im przeszkodził, musieli więc przerwać rozmowę. Drew nie krył ulgi, ona zaś nie podejmowała więcej tego wątku. Jednak niezaspokojona ciekawość stale rosła. Być może zagadkowa sprawa, o której wspomniał Drew, miała jakiś związek z Coltrainem i jest powodem jego niechęci. Jeśli tak było, dlaczego przez prawie rok nie napomknął o tym bodaj jednym słowem?

Nie łudziła się, że kiedyś zdoła go zrozumieć i odkryć powody jego zajadłej wrogości. Co ciekawe, na początku współpracy odnosił się do niej z dużo większą sympatią. Zmienił się mniej więcej wtedy, gdy zorientowała się, że nie jest jej obojętny. Od tej pory stał się nieprzyjemny i zaczął prowokować konflikty. I tak było do dziś. Jego dziwne zachowanie wobec niej budziło powszechne zdumienie.

Kąśliwa uwaga o jej oziębłości również nie była niczym nowym. Po raz pierwszy odsunęła się od niego wkrótce po tym, jak zaczęli razem pracować. Stało się to podczas imprezy bożonarodzeniowej, kiedy Lou za wszelką cenę chciała uniknąć obowiązkowego pocałunku pod jemiołą. Niechętnie przyznawała się sama przed sobą, że na samą myśl o jego pełnych wargach drżą jej kolana. Gwałtowna fascynacja, którą poczuła niemal natychmiast, śmiertelnie ją przeraziła. Nigdy dotąd nie doświadczyła podobnego stanu, gdyż całe życie poświęciła wytężonej nauce. Ślęczała po nocach nad medycznymi podręcznikami zdeterminowana, by w tej trudnej dyscyplinie osiągnąć doskonałość. Poza studiami świat dla niej nie istniał. Nie miała żadnego towarzystwa: nawet w liceum była odludkiem. Świetne wyniki w nauce były jedynym argumentem przemawiającym do jej okrutnego ojca. Tak długo, jak przynosiła najlepsze oceny i figurowała na liście najzdolniejszych studentów, mogła czuć się bezpieczna.

Akademickie osiągnięcia niczym magiczne zaklęcie gwarantowały względną równowagę w jej dysfunkcyjnej rodzinie. Uczyła się więc pilnie, zdobywała kolejne stypendia i nagrody, a ojciec grzał się w blasku jej sukcesów. Była pewna, że nigdy jej nie kochał, a jedynym uczuciem, jakie do niej żywił, była duma z tego, że jego córka jest najlepsza. Zawsze był okrutny, a w miarę jak pogłębiało się jego uzależnienie, stawał się coraz gorszy. Będąc pod wpływem narkotyków, rozbił samolot, w którym wraz z nim zginęła jej matka. Tak chyba być musiało, gdyż kochała go ślepą miłością i w imię fałszywie pojętej wierności znosiła wszystko, łącznie z jego okrucieństwem i uzależnieniem.

Czując narastający wewnętrzny lęk, Lou otuliła się ramionami. Dawno już postanowiła, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Praktycznie każda kobieta może stać się ofiarą toksycznego związku. Wystarczy, że się zakocha, straci samokontrolę, pozwoli się zdominować. A wtedy nawet najlepszy z mężczyzn, czując jej uległość, może zmienić się w brutalnego oprawcę. Dlatego ona nigdy nie będzie uległa. Nigdy nie dopuści do tego, by jak jej nieszczęsna matka, być zdaną na łaskę mężczyzny.

A jednak przy Rudym Coltrainie czuła się bezbronna i uległa. I właśnie dlatego starała się trzymać od niego jak najdalej. Zdjęta lękiem, że ona również stanie się ofiarą, gotowa była walczyć z uczuciem, które w niej obudził. Być może samotność jest chorobą, lecz z pewnością łatwiejszą do zniesienia niż miłość.

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu.

– Doktor Blakely? – odezwała się Brenda, pielęgniarka pracująca w jej gabinecie. – Przepraszam, że panią niepokoję, ale doktor Coltrain prosił, żebym do pani zadzwoniła. W mieście wydarzył się poważny wypadek i za chwilę przywiozą do nas poszkodowanych. Ponieważ doktor ma dzisiaj objazd pacjentów spoza szpitala, musi pani na dwie godziny przyjechać do ambulatorium.

– Zaraz tam będę – odparła krótko Lou, by nie tracić czasu na zbędne rozmowy.

Poczekalnia świeciła pustkami. Tego popołudnia w miejscowym liceum odbywał się mecz futbolowy, poza tym dzień był bardzo słoneczny i wyjątkowo ciepły jak na początek grudnia. Lou nie była więc zaskoczona, że zgłosiło się tak niewielu chorych.

– Biedny doktor Coltrain – westchnęła Brenda, gdy po wyjściu ostatniego pacjenta zamykały gabinet. – Pewnie do północy nie wróci do domu.

– Całe szczęście, że nie jest żonaty – stwierdziła Lou. – Przy takim trybie pracy nie mógłby poświęcić rodzinie zbyt wiele czasu.

Brenda zerknęła na nią ukradkiem, zaraz jednak uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Ma pani rację – przyznała. – Prawdę mówiąc, pan doktor powinien już pomyśleć o żonie i dzieciach. Skończył trzydzieści lat, a czas ucieka. Szkoda, że panna Parker wyszła za tego Burke'a, prawda? – zagadnęła. – Doktor Coltrain zalecał się do niej przez kilka ładnych lat. I ja, i wszyscy, którzy ich znali, uważaliśmy, że tworzą idealną parę. Tylko że kiedy widziało się ich razem, od razu rzucało się w oczy, że ona nie odwzajemnia jego uczuć.

Innymi słowy doktor Coltrain przez długie lata kochał się bez wzajemności w pięknej kowbojce, która swego czasu stanowiła największą ozdobę każdego rodeo. Tyle przynajmniej Lou dowiedziała się z plotek. Mogła się tylko domyślać, jak bardzo Coltrain przeżył zamążpójście swej byłej ukochanej.

– Szkoda, że nie można zakochać się na życzenie – powiedziała półgłosem, myśląc o tym, jak wiele by dała, żeby nie bać się miłości i doczekać chwili, gdy Coltrain będzie tak mocno zauroczony nią, jak ona teraz nim. Rozsądek jednak podpowiadał jej, że akurat to marzenie może spokojnie włożyć między bajki.

– A swoją drogą, proszę pomyśleć o Tedzie Reganie i Coreen Tarleton. To dopiero była niespodzianka! – roześmiała się Brenda.

– Rzeczywiście – potaknęła Lou, przypominając sobie, jak Ted trafił do jej gabinetu. – Coreen trzęsła się ze zdenerwowania. Za to on, pomimo rozszarpanego ramienia, był zupełnie spokojny. Stuprocentowy twardziel. Pamiętam, że biedna Coreen była blada jak ściana.

– Myślałam wtedy, że są małżeństwem – przyznała się Brenda. – Dopiero co zaczęłam tu pracę i jeszcze ich nie znałam. Nie to co teraz – dodała ze śmiechem. – Przynajmniej raz w tygodniu widzę ich, jak maszerują na oddział położniczy. Coreen urodzi lada moment.

– Jestem pewna, że będzie wspaniałą matką, a Ted cudownym ojcem. Ich dzieci na pewno będą miały szczęśliwe dzieciństwo.

Brenda wyczuła w tych słowach nutę goryczy, zerknęła więc ciekawie na Lou, ta jednak już ze wszystkimi się żegnała, wychodząc na parking.

Resztę weekendu spędziła w domu, zagrzebana po uszy w fachowych pismach medycznych. Zaciekawiły ją zwłaszcza wyniki badań nad nowym szczepem bakterii, zdaniem naukowców zmutowaną formą tych, które na początku dwudziestego wieku wywołały śmiertelną epidemię płonicy.

ROZDZIAŁ DRUGI

W poniedziałkowy ranek jak zwykle zgłosiło się wielu cierpiących. I jak zawsze Louise musiała zająć się najbardziej banalnymi dolegliwościami. Teoretycznie ona i Coltrain byli równoprawnymi partnerami, w rzeczywistości jednak to jemu trafiały się najciekawsze przypadki. Dla niej zostawały pęknięte żebra i zwykłe przeziębienia.

Tego ranka traktował ją wyjątkowo oficjalnie, co pewnie oznaczało, że wciąż jest na nią zły z powodu ostrej wymiany zdań na temat sposobu, w jaki spędza wolny czas. Zarzucił jej, że szuka rozrywki, kręcąc się wokół sanitariuszy z pogotowia. Też coś!