Tygrys z okolic świątyni oraz inne opowieści o ludojadach z Kumaonu - Jim Corbett - ebook

Tygrys z okolic świątyni oraz inne opowieści o ludojadach z Kumaonu ebook

Jim Corbett

0,0
29,02 zł

lub
Opis

Ten zbiór opowiadań jest właściwie jedną historią starej jak świat pierwotnej walki, której stawką jest ludzkie życie. To także ukazany z kilku perspektyw swoisty portret ludojada – począwszy od motywów ludożerczej aktywności zwierzęcia poprzez jego tryb życia, kryjówki i zwyczaje, po jego mocne strony  i słabości. To wreszcie świadectwo prawdziwego człowieczeństwa – wrażliwości i troski, pokory i poświęcenia, odwagi i wytrwałości.

„Oto prawdziwy Corbett. Tygrys z okolic świątyni to rozkosz dla zmysłów. Pisarz doskonale zdawał sobie sprawę, jak niszczący wpływ na dżunglę ma człowiek i jego działalność. Jesteśmy mu wdzięczni mu za to, że zabrał nas ze sobą w podróż do świata, jakim były Indie jeszcze dwa pokolenia temu”.

„The Indian Express”.

Jim Corbett był najsławniejszym łowcą ludojadów. Pomiędzy 1907, a 1938 rokiem słynny myśliwy upolował 19 tygrysów i 14 panter. Wszystkie były ludożercami siejącymi postrach wśród mieszkańców indyjskich wiosek. Oblicza się, że zastrzelone przez Jima Corbetta drapieżniki zabiły w sumie ponad 1500 osób.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 251

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



I Tygrys z okolic świątyni

I

Tylko ci, którzy przebywali w rejonie Himalajów, wiedzą, w jakich okowach zabobonu tkwią mieszkańcy tamtej krainy. A co znamienne, przesądy wyznawane przez prostych, niewykształconych ludzi z obszarów położonych wysoko są właściwie tożsame z tymi, którym hołdują ludzie mający nawet gruntowne wykształcenie i zamieszkujący niższe regiony masywu. Gdybyś jednak, czytelniku, uległ rozbawieniu z powodu prostoduszności bohaterów tej opowieści, namawiam cię, żebyś chwilę się zastanowił, czy też gusła tutaj przedstawione aż tak bardzo różnią się od kanonów wiary, w której ty zostałeś wychowany.

Niedługo po zakończeniu pierwszej wojny światowej wybraliśmy się z Robertem Bellairsem na łowy w odległe rejony Kumaonu[1] i pod koniec pewnego wrześniowego dnia założyliśmy obóz u stóp góry Trisul.

Jak nam powiedziano, każdego roku składano tam osiemset kóz na ofiarę demonowi Trisul. Mieliśmy w ekipie piętnastu najinteligentniejszych i najpogodniejszych górali, jacy kiedykolwiek towarzyszyli mi na polowaniu. Jeden z nich, Garhwalczyk Bala Singh, był mi pomocnikiem w rozlicznych wyprawach w ciągu wielu lat. Poczytywał sobie za zaszczyt, jeśli w czasie marszu mógł nieść najcięższe ładunki, idąc przy tym na czele i ożywiając nastrój urywkami piosenek. Przy wieczornym ognisku ludzie ci zwykli oddawać się wspólnym śpiewom. Podczas pierwszej nocy śpiew trwał dłużej niż zwykle i towarzyszyły mu poklaskiwania, okrzyki i uderzanie w metalowe puszki.

Zamierzaliśmy założyć w tym miejscu stały obóz, aby rozejrzeć się po okolicy za nahurem[2] i tarem[3], toteż rano przy śniadaniu byliśmy zaskoczeni, stwierdziwszy, że nasi ludzie przygotowują się do zwinięcia obozu. Poprosiliśmy ich o wyjaśnienie i w odpowiedzi usłyszeliśmy, że miejsce to nie jest dobre, bo jest wilgotne, że woda też nie jest dobra, że trudno o opał – a poza tym jest lepsze miejsce o dwie mile dalej.

Moje rzeczy niosło sześciu Garhwalczyków; teraz jednak spostrzegłem, że ładunek został rozdzielony między pięciu tragarzy, a Bala Singh siedzi przy ognisku z kocem narzuconym na głowę i ramiona. Po śniadaniu podszedłem do niego; pozostali tragarze przerwali swoje zajęcia i jęli się nam przyglądać. Bala Singh widział, jak się zbliżam, ale nie pozdrowił mnie najmniejszym gestem, co u niego było zachowaniem niezwykłym, zaś w rezultacie moich rozlicznych pytań dowiedziałem się tylko tego, że nie jest chory.

Dwie mile do nowego obozowiska pokonaliśmy w milczeniu. Bala Singh szedł na końcu, sprawiając wrażenie, jakby znajdował się w stanie somnambulicznym albo był pod wpływem narkotyku. Teraz okazało się, że cokolwiek spotkało Balę Singha, dotknęło również w jakimś stopniu pozostałych czternastu tragarzy, bowiem zachowywali się apatycznie, a na ich twarzach znaczyło się napięcie i obawa.

Gdy rozbijano czterdziestofuntowy namiot, który dzieliłem z Robertem, wziąłem na bok Mothi Singha, który towarzyszył mi na łowach od dwudziestu pięciu lat, i zapytałem go, co takiego stało się z Balą Singhiem. Po początkowych mętnych i wymijających odpowiedziach w końcu usłyszałem takie oto wyjaśnienie:

– Kiedy ostatniej nocy siedzieliśmy i śpiewaliśmy przy ognisku, demon Trisul wszedł w usta Bali Singha i Bala Singh go połknął.

Mothi mówił dalej, że krzyczeli i uderzali w puszki po to, aby wypędzić demona z ciała Bali, nie udało im się to jednak, a teraz już nic nie można zrobić.

Bala Singh usiadł na uboczu jak poprzednio, z kocem narzuconym na głowę. Siedział w miejscu, gdzie inni nie mogli nas usłyszeć, podszedłem zatem do niego i zapytałem go, co też takiego się stało poprzedniej nocy. Przez dłuższą chwilę Bala spoglądał na mnie oczami, w których malowała się rozpacz, a następnie z nutą beznadziei w głosie powiedział:

– Po co mam ci mówić, sahibie, o tym, co się stało ostatniej nocy, skoro i tak mi nie uwierzysz?

– Czyż ja kiedykolwiek nie uwierzyłem w to, co mówisz? – zapytałem.

– Nie, nigdy nie było tak, żebyś mi, sahibie, nie uwierzył, ale tutaj chodzi o coś, czego nie zrozumiesz.

– Nieważne, czy zrozumiem, czy nie – powiedziałem – ale w każdym razie chcę, żebyś mi dokładnie o tym opowiedział.

– No dobrze, sahibie – odezwał się Bala Singh po dłuższej przerwie. – Opowiem ci, co się stało. Wiesz, sahibie, że pieśni mego ludu śpiewa się tak, że jeden człowiek nuci zwrotkę, a pozostali dołączają do niego jako chór. I właśnie ostatniej nocy, gdy nuciłem jedną z naszych pieśni, demon Trisul wskoczył mi do ust. Choć próbowałem go wypluć, udało mu się dostać mi do gardła, a stamtąd do żołądka. Inni poznali, że walczę z demonem, bo ogień zaczął płonąć bardzo jasno, i próbowali go wypędzić, krzycząc i uderzając w puszki, ale – zakończył ze szlochem – demon pozostał.

– Gdzie teraz znajduje się demon? – zapytałem.

Bala położył rękę na brzuchu i odpowiedział z całkowitym przekonaniem:

– Tutaj jest, sahibie, o, tutaj. Czuję, jak się porusza.

Robert spędził dzień, badając teren na zachód od obozu; spotkał kilka tarów, z których jednego zastrzelił. Po kolacji zasiedzieliśmy się długo w noc, zastanawiając się, co też mamy w tej sytuacji robić. Wyprawę tę planowaliśmy bardzo długo i wyczekiwaliśmy jej od wielu miesięcy. Dotarcie do tego miejsca zajęło Robertowi siedem dni wytężonego marszu, mnie – dziesięć, a tu zaraz na początku Bala Singh połknął demona Trisul. Nieistotne były nasze poglądy na ten temat, istotnym było jednak to, że każdy członek obozowego personelu był przekonany, że Bala ma demona w brzuchu, bał się go i unikał jego towarzystwa. Prowadzić przez miesiąc łowy w takich warunkach było niemożliwością, toteż Robert, chociaż niechętnie, zgodził się ze mną, że jedynym rozwiązaniem będzie, jeśli ja wrócę z Balą Singhiem do Naini Tal[4], a on zostanie i będzie polował sam. Tak więc następnego ranka, po wcześnie spożytym posiłku, wyruszyłem w dziesięciodniowy marsz powrotny do Naini Tal.

Bala Singh był zdrowym trzydziestoletnim mężczyzną i gdy wyruszał był z Naini Tal, tryskał humorem; teraz szedł milczący, w jego oczach czaił się strach i sprawiał wrażenie, jakby stracił wszelką ochotę do życia. Moje siostry, z których jedna była pielęgniarką, robiły, co w ich mocy, by mu pomóc. Odwiedzali go przyjaciele ze wszystkich stron, lecz on siedział zasępiony na progu domu, nie wypowiadając ani słowa, chyba że go zagadnięto. Pułkownik Cooke, główny lekarz Naini Tal, a przy tym przyjaciel naszej rodziny, na moją prośbę przyszedł zbadać Balę. Po długim drobiazgowym badaniu orzekł, że Bala pod względem fizycznym pozostaje w doskonałym zdrowiu i że nie można znaleźć żadnej uchwytnej przyczyny, dla której popadł w obecny stan.

W kilka dni później wpadłem na pewien pomysł. W owym czasie praktykował w Naini Tal znakomity lekarz, który był Indusem; pomyślałem więc, że gdyby najpierw zbadał Balę, ja bym mu później opowiedział o całej sprawie i namówił go, żeby postarał się wyperswadować Bali obawę co do obecności demona w brzuchu, a to, jak mniemałem, wyleczyłoby Balę z dolegliwości, ponieważ doktor nie dość, że był Indusem, to jeszcze pochodził z górskich okolic. Pomysł mój jednak nie zadziałał, albowiem lekarz, jak tylko ujrzał chorego, stał się podejrzliwy, kiedy zaś po kilku jego dociekliwych pytaniach Bala wyznał, że ma demona Trisul w brzuchu, natychmiast odskoczył i zwracając się do mnie, powiedział:

– Przykro mi, że sprawiam panu zawód, ale nie potrafię pomóc temu człowiekowi.

W Naini Tal przebywało wtedy dwóch mieszkańców wioski Bali. Nazajutrz posłałem po nich. Wiedzieli, na co cierpi Bala, gdyż odwiedzali go parę razy, i na moją prośbę zgodzili się zabrać go do domu. Zaopatrzeni w fundusze, następnego ranka wyruszyli w ośmiodniową podróż. Po trzech tygodniach owi dwaj ludzie znowu pojawili się w Naini Tal i opowiedzieli mi rzecz następującą.

Bala Singh podróż odbył bez problemów. Przybywszy na miejsce, tej samej nocy nagle ogłosił zebranym wokół niego krewnym i przyjaciołom, że demon Trisul właśnie oznajmił mu chęć powrotu do domu, a będzie to możliwe tylko wtedy, gdy Bala umrze.

– Więc – zakończyli relację moi rozmówcy – Bala Singh po prostu się położył i umarł, a my następnego dnia pomagaliśmy przy jego kremacji.

Według mego przekonania zabobon jest rodzajem umysłowej przypadłości przypominającej w pewnym sensie niektóre choroby zakaźne, którym ulegają pojedyncze osoby, a nawet całe społeczności, podczas gdy inni pozostają odporni. Nie mogę zresztą uważać za pewnik, że sam, żyjąc w wyższych partiach Himalajów, nie zarażę się tym samym rodzajem zabobonu, który Balę spędził ze świata. Bo jakkolwiek uważam, że nie jestem przesądny, nie potrafię racjonalnie wyjaśnić tego, co mi się przydarzyło w bungalowie, kiedy polowałem na tygrysicę z Champawat, ani krzyków dobiegających z wyludnionej wioski Thak. Nie znajduję także wytłumaczenia dla pasma porażek, które spotkały mnie podczas jednych z najbardziej niezwykłych łowów na tygrysa, jakie kiedykolwiek przeprowadziłem, i o których teraz zamierzam opowiedzieć.

II

Nikt z odwiedzających Dabidhurę nie zapomni widoku roztaczającego się z położonego blisko szczytu „Góry Boga” domu gościnnego, wybudowanego tam zapewne przez kogoś wrażliwego na takie doznania. Zaraz za werandą tego niewielkiego domu o trzech pomieszczeniach stok opada stromo wprost ku dolinie rzeki Panar. Za doliną pasma górskie wznoszą się coraz wyżej i wyżej, aż gubią się w dali wiecznych śniegów, które przed rozwojem lotnictwa tworzyły nieprzebytą barierę między Indiami a ich cierpiącymi głód północnymi sąsiadami.

Nadająca się do jazdy konnej droga prowadząca z Naini Tal – centrum administracyjnego Kumaonu – do Loharghat – mniejszej jednostki administracyjnej położonej na krańcach dystryktu – przechodzi przez Dabidhurę, a stamtąd jej odnoga dochodzi do Almory. W pobliżu tej odnogi polowałem na lamparta ludojada znad rzeki Panar (opowiem o tym później), kiedy dowiedziałem się od zdążającego do Almory nadzorcy dróg, że w Dabidhurze lampart zabił człowieka. Skierowałem się zatem do Dabidhury.

Droga dochodząca do Dabidhury od zachodniej strony jest jedną z najbardziej karkołomnych dróg w całej prowincji Kumaon. Zamysłem projektującego było poprowadzić ją na szczyt w najkrótszy możliwie sposób; zrezygnował zatem z serpentyn i wytorował ją wprost przez zbocze góry wysokiej na osiem tysięcy stóp. Kiedy pewnego gorącego kwietniowego popołudnia wyczerpany wspinaczką usiadłem na werandzie domu gościnnego, wypijając galony herbaty i sycąc oczy zapierającym dech widokiem, odwiedził mnie kapłan Dabidhury.

Przed dwoma laty, polując na ludojada z Champawat, zaprzyjaźniłem się z tym niepozornym staruszkiem pełniącym posługę kapłańską w małej świątyni przycupniętej w cieniu wielkiej skały – w miejscu, które uczyniło Dabidhurę celem pielgrzymek. Przechodząc mimo świątyni przed kilkoma minutami, złożyłem zwyczajową ofiarę, na co kapłan odprawiający właśnie modły skinął mi głową. Po zakończeniu modłów kapłan przeszedł na drugą stronę drogi oddzielającej świątynię od domu gościnnego, usiadł na werandzie, opierając się o ścianę domu, zapalił papierosa, którym go poczęstowałem, i wdał się ze mną w pogawędkę. Był to uroczy staruszek, a jako że miał teraz wolny czas, a ja wystarczająco się nałaziłem tego dnia, zasiedzieliśmy się długo w noc, oddając się rozmowie i paleniu papierosów.

Dowiedziałem się od niego, że informacja o człowieku rzekomo zabitym przez lamparta, której udzielił mi nadzorca dróg, nie była ścisła. Niedoszłą ofiarą był pasterz podróżujący z Almory do swojej wioski położonej na południe od Dabidhury, którego kapłan gościł u siebie poprzedniej nocy. Po wieczornym posiłku, wbrew radom kapłana, na miejsce do spania pasterz wybrał czabutrę (platformę) świątynną. Mniej więcej około północy, gdy świątynię omroczył cień skały, ludojad podkradł się do śpiącego człowieka, chwycił go za nogę w okolicy kostki i próbował ściągnąć z platformy. Zaatakowany krzyknął, porwał żagiew z ogniska i zaczął walczyć z lampartem. Usłyszawszy krzyk, kapłan i paru innych mężczyzn pospieszyli pasterzowi na pomoc i wspólnymi siłami zdołali przepędzić lamparta. Rany okazały się na tyle niegroźne, że gdy miejscowy kupiec, którego sklep znajdował się blisko świątyni, udzielił poszkodowanemu pierwszej pomocy, mógł on kontynuować podróż.

Po usłyszeniu tej relacji postanowiłem pozostać w Dabidhurze. Zarówno świątynia, jak i sklep były codziennie odwiedzane przez wielu ludzi z okolicznych wiosek. Ludzie ci otrzymali zadanie rozpowszechniania wieści o mojej obecności i miejscu, w którym się zatrzymałem, tak żeby informacje o poczynaniach lamparta mogły łatwo do mnie dotrzeć.

Kiedy stary kapłan zabierał się do wyjścia, zapytałem go, gdzie mógłbym w okolicy coś ustrzelić, gdyż moi ludzie już od wielu dni nie jedli mięsa, a w Dabidhurze mięsa kupić nie można.

– No cóż – odpowiedział – tę świątynię ciągle odwiedza tygrys. Pospiesznie go zapewniłem, że nawet mi w głowie nie postało próbować zastrzelić jego tygrysa, na co on ze śmiechem odparł:

– Ależ ja nie miałbym nic przeciwko temu, żebyś spróbował go ustrzelić, sahibie, ale ani tobie, ani nikomu innemu nigdy się to nie uda.

Tak oto po raz pierwszy usłyszałem o tygrysie z okolic świątyni w Dabidhurze, dzięki któremu przeżyłem jedną z najniezwyklejszych przygód w moim życiu.

III

Następnego ranka zszedłem w dół do drogi prowadzącej do Loharghat, aby poszukać jakichś śladów bytności ludojada lub dowiedzieć się o nim czegoś w wioskach położonych niedaleko drogi, gdyż to właśnie w tym kierunku lampart miał się udać po zaatakowaniu człowieka w świątyni. Kiedy wróciłem do domu gościnnego, aby nieco się posilić, zastałem jakiegoś człowieka prowadzącego rozmowę z moim służącym. Jak się okazało, przybysz dowiedział się od kapłana o tym, że pilnie muszę coś upolować, i zaoferował się pokazać mi dżarao (miejscowa nazwa sambara[5]) z porożem wielkim jak konary starego dębu. Rzeczywiście, okazy należące do górskiej odmiany sambara potrafią wykształcić wieńce[6] pokaźnych rozmiarów (krótko przed tymi wydarzeniami strzelono byka z tykami[7] mierzącymi czterdzieści siedem cali), a jako że duża sztuka mogłaby zaspokoić żywnościowe potrzeby nie tylko moich ludzi, ale także całej Dabidhury, powiedziałem mężczyźnie, że jestem gotów wyruszyć z nim zaraz po lunchu.

Będąc przed kilkoma miesiącami z krótką wizytą w Kalkucie, wstąpiłem do sklepu rusznikarskiego Mantona. W oszklonej szafie blisko drzwi stał sztucer. Właśnie mu się przyglądałem, gdy podszedł do mnie kierownik sklepu, zresztą mój stary znajomy. Powiedział mi, że jest to nowy Westley Richards kalibru .275 [8] – sztucer, który wytwórca właśnie wprowadza na rynek indyjski z myślą o polowaniach górskich. Była to piękna broń, przeto niezbyt długo kierownik sklepu musiał mnie namawiać na jego kupno; dał mi przy tym do zrozumienia, że jeżeli broń nie spełni moich oczekiwań, będę mógł ją zwrócić. Tak oto teraz, wyruszając z moim nowym przewodnikiem na dżarao „z rogami wielkimi jak gałęzie dębu”, zabrałem tenże sztucer ze sobą.

Południowy stok góry, na której leży Dabidhura, jest mniej stromy niż stok północny; przez dwie mile podążaliśmy w tym kierunku przez gęstwę dębów i zarośli, aż dotarliśmy do trawiastego pagórka dającego szeroki prospekt na dolinę rozciągającą się poniżej. Mój przewodnik wskazał na okolony gęstą dżunglą niewielki spłacheć trawy w lewej części doliny i powiedział, że właśnie tam rankiem i wieczorem dżarao wychodzi na żer. Powiadomił mnie jeszcze, że prawą część doliny przecina ścieżka, z której zwykł był korzystać, udając się do Dabidhury, i to stamtąd regularnie widywał dżarao. Mój nowy sztucer był przystrzelany[9] na pięćset jardów i miał renomę niezwykle precyzyjnego, a ponieważ między ścieżką a miejscem żerowania dżarao odległość zdawała się wynosić z grubsza trzysta jardów, postanowiłem dotrzeć do ścieżki i tam wyczekiwać okazji do strzału.

Podczas naszej rozmowy trochę z lewej zauważyłem krążące sępy. Zwróciłem na nie uwagę memu towarzyszowi i dowiedziałem się, że mniej więcej w tamtym miejscu, w górskiej niecce znajdowała się wioska i to zapewne jakieś padłe zwierzę domowe przyciągnęło uwagę ptaków.

– Zresztą – zapewnił mój towarzysz – zaraz będziemy wiedzieć, co to jest, bo nasza droga i tak wiedzie przez wioskę.

„Wioska” składała się z jednej chaty zrobionej z trawy, szopy dla bydła i około akra pól tarasowych, z których właśnie zebrano plon. Na jednym z pól, oddzielonym od chaty i szopy szerokim na dziesięć stóp kanałem nawadniającym, sępy kończyły oczyszczać z mięsa szkielet jakiegoś dużego zwierzęcia. Gdy się tam zbliżyliśmy, z chaty wyszedł człowiek i pozdrowiwszy nas, zapytał, skąd przybywam i kiedy się pojawiłem w tych stronach. Usłyszawszy, że przybyłem z Naini Tal, aby zastrzelić lamparta ludojada, i że do Dabidhury dotarłem poprzedniego dnia, wyraził żal, że nic wcześniej o tym nie wiedział.

– Ponieważ mógłbyś, sahibie, ustrzelić tygrysa, który zabił mi krowę. Wylewając żale, opowiedział mi, jak to poprzedniej nocy uwiązał na polu piętnaście krów w celu użyźnienia gleby i jak w nocy przyszedł tygrys i zabił jedną z krów. On sam nie posiadał broni palnej, a i w okolicy nikogo takiego nie było, do kogo mógłby się zwrócić z prośbą o rozprawienie się z tygrysem, nie pozostało mu więc nic innego, jak udać się do wioski, w której mieszkał człowiek skupujący skóry i futra. Człowiek ten ściągnął skórę z krowy na dwie godziny przed moim przybyciem, a sępy dokonały reszty. Na moje pytanie, czy nie wiedział, że w okolicy jest tygrys, a jeżeli tak, to dlaczego pozostawił bydło na noc na polu, zaskoczył mnie odpowiedzią, że ów tygrys od dawna przebywał w okolicach Dabidhury, lecz aż do poprzedniej nocy nigdy nie napadał na bydło.

Kiedy zabierałem się do odejścia i na niespokojne pytanie, dokąd idę, odpowiedziałem, że udaję się na drugi kraniec doliny, aby upolować dżarao, człowiek ów zasypał mnie błaganiami, żebym na razie zostawił dżarao w spokoju, a zajął się tygrysem.

– Mój dobytek jest skromny, a ziemia, jak widzisz, nieurodzajna i jeżeli tygrys pozabija mi krowy, które są dla mnie źródłem utrzymania, to ja i moja rodzina poumieramy z głodu.

W czasie tej rozmowy nadeszła kobieta z naczyniem wody na głowie, a za nią szła dziewczynka obarczona wiązką trawy i chłopiec z pękiem patyków: czworo ludzi żyło z akra nieurodzajnej ziemi i kilku kwart mleka – górskie bydło daje bowiem mało mleka – odsprzedawanych kupcowi w Dabidhurze. Nie dziwota więc, że człowiek ten tak napierał na mnie, żebym zastrzelił tygrysa.

Sępy właściwie już sprzątnęły ścierwo. Nie miało to wszakże znaczenia, gdyż w pobliżu nie było gęstych zarośli, w których tygrys mógłby się przyczaić i obserwować poczynania sępów, toteż na pewno powróci do swego łupu, zwłaszcza że nie był niepokojony poprzedniej nocy. Mojemu przewodnikowi pomysł zastrzelenia tygrysa także znacznie bardziej przypadł do gustu niż czatowanie na dżarao, kazałem zatem obu mężczyznom zostać na miejscu, a sam wyruszyłem, aby ustalić kierunek, w którym oddalił się tygrys, albowiem, jako że nie było w pobliżu żadnego drzewa, na którym mógłbym urządzić zasiadkę[10], postanowiłem dostać tygrysa w jego drodze powrotnej. Całe wzgórze przecinały ścieżki wydeptane przez bydło, ale ziemia była za twarda na to, żeby utrwalić odciski tygrysich łap; okrążywszy dwukrotnie wioskę, zajrzałem w końcu do rowu nawadniającego – tam na rozmiękłej wilgotnej ziemi widniały ślady wielkiego samca tygrysa. Tropy wskazywały, że tygrys po posiłku udał się w górę rowu, można było przeto założyć, że również tamtędy będzie wracał. Po tej samej stronie, gdzie stała chata, w odległości około trzydziestu jardów od niej, na brzegu kanału rósł skarłowaciały rachityczny dąb, cały opleciony pędami dzikiej róży. Położywszy sztucer na ziemi, wszedłem na drzewo, które rosło pochylone nad rowem, i stwierdziłem, że można tam względnie wygodnie siedzieć.

Powróciwszy do oczekujących mnie przy chacie mężczyzn, powiedziałem im, że wracam do domu gościnnego po wielkokalibrowy sztucer – był to ulepszony ekspres[11] kalibru .500[12] na proch bezdymny. Mój przewodnik ochoczo zaofiarował się wyręczyć mnie w tym kłopocie; udzieliwszy mu zatem niezbędnych wskazówek, sam usiadłem z wieśniakiem na przedprożu chaty i słuchałem opowieści o walce, jaką ten ubogi, ale niezłomny człowiek musiał toczyć z przyrodą i dzikimi zwierzętami, by utrzymać swój nędzny trawiasty dach nad głową. Kiedy zapytałem go, dlaczego nie opuścił tego odludzia i nie próbował zamieszkać gdzie indziej, odpowiedział z prostotą:

– Bo to tutaj jest mój dom.

Słońce już kłoniło się ku zachodowi, gdy zobaczyłem dwóch mężczyzn zmierzających w naszym kierunku. Żaden z nich jednak nie niósł sztucera, jedynie Bala Singh – jeden z najwspanialszych ludzi, jakich wydał Garhwal i o którego tragicznej śmierci kilka lat później już opowiedziałem – niósł ze sobą latarnię. Jak tylko się zbliżyli, Bala zaraz wyjaśnił, że nie przyniósł mego sztucera, ponieważ naboje do niego zostały zamknięte w walizce, a ja zapomniałem przekazać klucz posłańcowi.

No cóż, tygrys padnie z mojego nowego sztucera, dla którego będzie to najodpowiedniejsza forma chrztu.

Zanim zająłem pozycję na drzewie, powiedziałem właścicielowi chaty, że powodzenie polowania będzie zależeć od tego, czy jego dzieci – dziewczynka w wieku ośmiu lat i chłopiec w wieku lat sześciu – zachowają ciszę, zaś jego żona będzie musiała poniechać gotowania aż do czasu, gdy albo zastrzelę tygrysa, albo dojdę do wniosku, że tygrys już się nie zjawi. Bali Singhowi poleciłem pilnować, żeby w chacie było cicho, a kiedy zagwiżdżę, miał zapalić lampę i oczekiwać dalszych poleceń.

Wieczorne przyśpiewy ptactwa ucichły, gdy czerwona poświata zachodzącego słońca zniknęła za górami. Zmrok się pogłębiał, na pobliskim wzgórzu zaczęła pohukiwać sowa. Nastąpi teraz krótki okres mroku, zanim wzejdzie księżyc. W chacie panowała cisza. Jeśli coś miało się zdarzyć, to właśnie nadeszła odpowiednia pora.

Z natężeniem wpatrywałem się w ziemię pod drzewem, trzymając w rękach sztucer, gdy tygrys, ominąwszy drzewo, pojawił się przy bawole i dał wyraz niezadowoleniu z tego, co znalazł. Cicho pomrukując, przeklinał sępy, które mimo iż odleciały przed dwoma godzinami, zostawiły na ziemi swój zapach. Przez kilka minut tygrys mamrotał do siebie, po czym nagle zaległa cisza. Minęło jeszcze kilka minut i księżyc wzniósł się ponad wzgórze, zalewając scenerię światłem. Oczyszczone przez sępy kości bielały w księżycowej poświacie, ale tygrysa nigdzie nie było widać. Oblizałem wyschłe z emocji wargi i cicho zagwizdałem. Bala Singh czuwał i zaraz usłyszałem, jak prosi gospodarza o ogień. Przez szczelinę chaty o trawiastych ścianach najpierw zobaczyłem, jak światło intensywnieje, a następnie, jak się przesuwa we wnętrzu, aż Bala Singh otworzył drzwi i stojąc w progu, oczekiwał moich poleceń. Odkąd zasiadłem na drzewie, poza umówionym sygnałem nie wydałem żadnego głosu ani nie uczyniłem żadnego ruchu. A teraz, spojrzawszy w dół, w jasnym księżycowym świetle zobaczyłem tygrysa stojącego tuż pode mną z łbem zwróconym w prawo i patrzącego na Balę Singha. Odległość między wylotem lufy mojego sztucera a jego łbem wynosiła mniej więcej pięć stóp i nawet przemknęła mi myśl, że odpalony kordyt prawdopodobnie przysmali mu włosie. Kiedy delikatnie ściągnąłem spust, muszka z kości słoniowej spoczywała tam, gdzie znajduje się serce, co dawało mi pewność, że tygrys zostanie w ogniu[13]. Spust poddał się naciskowi, ale wystrzał nie nastąpił.

Wielkie nieba! Jak niewyobrażalną wykazałem bezmyślność! Wyraźnie pamiętałem, że usadowiwszy się na drzewie, załadowałem pięć naboi do magazynka, ale najwyraźniej, gdy przesunąłem zamek do przodu, ten nie wziął naboju z podajnika i w rezultacie nabój nie został wprowadzony do komory, ja zaś lekkomyślnie nie kontrolowałem wzrokiem pracy mechanizmu. Gdyby sztucer miał swoje lata, to może jeszcze dałoby się naprawić pomyłkę. Ale sztucer był nowy i jak tylko odryglowałem zamek, by go cofnąć, rozległ się głośny metaliczny dźwięk. Tygrys jednym susem wypadł z rowu i rozpłynął się w ciemnościach. Bala Singh wycofał się do chaty, zamykając za sobą drzwi.

Na nic się już zdało zachowanie ciszy, zawołałem tedy Balę, by pomógł mi zejść z drzewa. Gdy odciągnąłem zamek sztucera, zobaczyłem, że pazur trzyma nabój jak należy: sztucer był naładowany, a bezpiecznik też działał bez zarzutu. Dlaczego więc nie padł strzał, kiedy nacisnąłem spust? Zbyt późno poznałem przyczynę. Jedną z zalet, które kierownik sklepu Mantona wyliczał, prezentując mi sztucer, była dwuoporowość spustu. Nigdy nie miałem do czynienia z tym rzekomym ulepszeniem i nie wiedziałem, że najpierw trzeba ściągnąć martwy bieg i dopiero kontynuowanie nacisku powoduje zwolnienie iglicy. Gdy wyjaśniłem przyczynę porażki, Bala Singh zaczął obwiniać siebie:

– Bo jakbym przyniósł panu tamten karabin i walizkę, to by się tak nie stało.

Z tym akurat mogłem się w tamtym momencie zgodzić, lecz wydarzenia następnych dni odebrały mi pewność, czy nawet mając wtedy mój wielkokalibrowy sztucer, zdołałbym owego tygrysa zastrzelić.

IV

Następnego ranka znowu odbyłem długi marsz, usiłując zebrać jakieś wieści o ludojadzie. Po powrocie do domu gościnnego zastałem w nim wielce poruszonego człowieka, który poskarżył mi się, że tygrys właśnie zabił mu krowę. Bydło pasło się w dolinie po drugiej stronie miejsca moich zeszłowieczornych czatów, gdy nagle ukazał się tygrys i zabił jedną z krów, która ocieliła się przed paroma dniami.

– I teraz cielę również zdechnie, bo żadna z moich krów nie ma mleka. Tygrys miał szczęście poprzednim razem, wszelako szczęście nigdy nie trwa wiecznie i za zabicie tej krowy będzie musiał zapłacić życiem, ponieważ w tych surowych okolicach strata krowy dla biednego wieśniaka była ciosem godzącym w podstawy egzystencji. Człowiek ten nie przejawiał niepokoju o los reszty stada, które w popłochu uciekło do wioski, i poczekał, aż nieco się posilę. Wyruszyliśmy o godzinie pierwszej po południu – właściciel krów szedł na przedzie, ja za nim, na końcu zaś kroczyło dwóch moich ludzi niosących materiał na maczan[14].

Z odkrytego miejsca na zboczu mój przewodnik pokazał mi scenerię wydarzenia. Jego bydło pasło się na małym skrawku trawy ćwierć mili poniżej grzbietu górskiego, tygrys zaś nadszedł z kierunku doliny. Reszta stada uciekła w popłochu w górę zbocza, przeszła przez grzbiet górski i trafiła do wioski, która znajdowała się po jego przeciwnej stronie. Najkrótsza droga wiodła wprost przez dolinę, lecz obawiałem się spłoszyć tygrysa, więc obeszliśmy czoło doliny, aby do miejsca ataku tygrysa zbliżyć się z góry. Na przestrzeni między szczytem grzbietu a trawą z rzadka rosły drzewa. Uciekające bydło zostawiło głębokie ślady na miękkiej iłowatej ziemi, co czyniło łatwym trafienie do miejsca, gdzie trop brał początek. Znajdowała się tam duża kałuża krwi i dało się rozpoznać wychodzący stamtąd ślad ciągniętej po ziemi krowy, który przez dwieście jardów wiódł przez wzgórze aż do głębokiego, gęsto zalesionego padołu, gdzie wytryskiwało źródło wody. Tygrys pociągnął swój łup w górę tegoż wąwozu.

Krowa została zabita około godziny dziesiątej na otwartym terenie, toteż pierwszą troską tygrysa było uchronić zdobycz od innych żądnych żeru oczu. Zaciągnął zatem krowę w górę wąwozu i schował ją w innym znanym sobie miejscu, po czym, jak o tym świadczyły ślady, zszedł wąwozem w dół doliny. Nie jest rozsądnym zakładać, że na terenach, po których kręcą się ludzie i bydło, tygrys będzie przebywał w tym, a nie innym miejscu, ponieważ gdy tylko zostanie czymkolwiek zaniepokojony, natychmiast przenosi się gdzie indziej. Tak więc chociaż tropy prowadziły w dół wąwozu, wszyscy czterej z ogromną ostrożnością szliśmy śladem ciągniętej krowy.

Dwieście jardów poniżej grzbietu, którym się przedtem posuwaliśmy, na zboczu wzgórza deszcze wypłukały dużą nieckę. W tym miejscu wąwóz brał początek. Zagłębienie to, które w wyższej części stykało się z pionową ścianą wysoką na piętnaście stóp, powstało przed wielu laty i do tej pory zdążyło zarosnąć młodnikiem wysokim na dziesięć do dwunastu stóp. Właśnie między owym młodnikiem a wspomnianym uskokiem znajdował się skrawek terenu pozbawiony roślinności, gdzie tygrys umieścił swój łup. Mogłem zrozumieć uczucia właściciela krowy, kiedy mówił mi ze łzami w oczach, że krowę tę wychował od cielaka i że była ona jego ulubienicą. Tusza była nietknięta – tygrys prawdopodobnie postanowił spałaszować ją w dogodniejszym czasie.

Teraz trzeba było znaleźć miejsce na zasiadkę. Po obu stronach wąwozu rosło kilka dużych dębów, ale żaden z nich nie zapewniał widoku na zabitą krowę, a poza tym wspiąć się na nie było niemożliwością. Natomiast trzydzieści jardów poniżej miejsca, w którym tygrys zostawił swą zdobycz, rósł niewielki przysadzisty ostrokrzew. Gałęzie wyrastały z pnia pod kątem prostym, a sześć stóp nad ziemią znajdował się jeden konar na tyle mocny, że można było na nim usiąść, i drugi – pozwalający wygodnie oprzeć stopy. Moi trzej towarzysze sprzeciwiali się zamiarowi urządzenia czatów tak blisko ziemi. Jednakże nie było innego wyjścia i trzeba było zdecydować się na ostrokrzew. Kazałem moim kompanom wrócić do chaty, koło której czatowałem zeszłego wieczoru, i czekać, dopóki albo ich zawezwę, albo sam do nich przyjdę. Odległość od chaty wynosiła mniej więcej pół mili i chociaż nie mogli oni stamtąd zobaczyć ani mnie, ani nieżywej krowy, ja jednak mogłem dostrzec chatę poprzez liście ostrokrzewu.

Mężczyźni odeszli o godzinie czwartej po południu, a ja usadowiłem się na gałęzi, spodziewając się, że czaty będą długie, bowiem ta część wzgórza była zwrócona w kierunku zachodnim, więc było mało prawdopodobne, że tygrys się uaktywni, zanim słońce schowa się za horyzontem. W polu widzenia – poprzez liście ostrokrzewu – po lewej stronie miałem pięćdziesiąt jardów zbiegającego w dół wąwozu. Naprzeciw znajdował się wąwóz głęboki w tym miejscu na dziesięć stóp, a szeroki na dwadzieścia stóp oraz skierowany ku mnie fragment wzgórza z wystającymi skałami, zupełnie pozbawiony drzew. Po stronie prawej widziałem wyraźnie grzbiet górski, ale nie widziałem krowy, którą skrywał gęsty młodnik. Za mną znajdowała się gęstwina bambusów karłowatych dochodząca do poziomu mojego drzewa. Tygrys, złożywszy łup w niecce, oddalił się parowem i można było zakładać, że tą samą drogą będzie wracał. Skupiłem przeto uwagę na parowie z postanowieniem, że strzelę, jak tylko tygrys ukaże mi się na połeć[15]. Ani przez moment nie wątpiłem, że z tak małej odległości położę go trupem, ale napiąłem również drugi kurek, na wypadek gdyby jednak zaistniała konieczność dania drugiego strzału.

W dżungli żyły sambary, mundżaki[16] i hulmany[17]; pełno było także kiśćców[18], srok, kurtodrozdów[19] i sójek, a jako że całe to bractwo zawsze podnosi alarm na widok każdego przedstawiciela rodziny kotów, oczekiwałem, że i tym razem zostanę w porę uprzedzony o zbliżaniu się tygrysa. Ale tutaj się przeliczyłem, albowiem nie rozległ się żaden krzyk ostrzegawczy, gdy nagle usłyszałem tygrysa krzątającego się przy swoim łupie. Po zejściu w dół wąwozu, prawdopodobnie w celu zaspokojenia pragnienia, tygrys obszedł gęstwinę bambusów i dotarł do krowy, w ogóle nie przechodząc koło mnie. Nie zmartwiło mnie to zanadto, gdyż za dnia tygrysy są bardzo ruchliwe, kiedy sprawiają się ze swoim łupem, więc nie wątpiłem, że prędzej czy później tygrys się odsłoni. Oddawał się uczcie już przez mniej więcej piętnaście minut, wyrywając wielkie płaty mięsa, gdy wtem na szczycie wzgórza zobaczyłem niedźwiedzia idącego od lewej ku prawej. Był to wielki niedźwiedź himalajski sprawiający wrażenie, jakby wybrał się na spacer bez jakiegoś określonego celu. Nagle przystanął, zwrócił się ku podnóżu góry i legł na brzuchu. Po chwili uniósł łeb, wziął wiatr[20] i znów przywarł do ziemi. Wiatr, jak to się dzieje za dnia w górach, wiał w górę zbocza i niedźwiedź zwietrzył mięsiwo z przymieszką odwiatru[21] tygrysa. Ja znajdowałem się trochę na prawo, więc mnie nie poczuł. Za moment podniósł się nieznacznie i, przykulony do ziemi, zaczął podchodzić tygrysa.

Ów niedźwiedzi podchód stanowił dla mnie widok niezwykły. Musiał przebyć z grubsza dwieście jardów i chociaż budową ciała nie był przystosowany do podkradania się, jak tygrysy i lamparty, to jednak pokonał tę odległość gładko jak wąż i cicho jak cień. Z każdą chwilą stawał się ostrożniejszy. Zbliżywszy się na kilka stóp do skraju piętnastostopowego spadu przylegającego do wgłębienia, zaczął sunąć brzuchem po ziemi. Wyczekawszy, aż tygrys zupełnie zatraci się w wyżerce, ostrożnie wysunął łeb ponad skraj wgłębienia, popatrzył w dół i zaraz powoli się cofnął. Emocje owładnęły mną do tego stopnia, że dostałem drżączki, a usta i gardło wyschły mi zupełnie.

Dwa razy widziałem, jak niedźwiedź himalajski przywłaszczył sobie tygrysi łup, lecz w obu tych przypadkach tygrys był nieobecny. Dwa razy też widziałem, jak niedźwiedź podszedł do pożywiającego się lamparta, odpędził go i zabrał to, co ten był upolował. Tym razem jednak tygrys – i to wielki samiec – był przy swojej zdobyczy i nie wyglądało na to, żeby miał dać się odpędzić jak lampart. Pomyślałem nawet, że niedźwiedź nie okaże się aż tak zuchwały, by próbować pozbawić władcę dżungli jego własności. Lecz ów niedźwiedź właśnie to zamierzał zrobić, a za dogodny czas uznał moment, gdy tygrys zajęty był kością. Zresztą – czy akurat na tę chwilę czekał, tego nie wiem; w każdym razie, kiedy tygrys miażdżył kość, niedźwiedź przysunął się do krawędzi zagłębienia, zaparł się łapami w ziemię i z przenikliwym jazgotem runął do niecki. Wrzaskiem tym chciał, jak sądzę, przestraszyć tygrysa, ale osiągnął tylko to, że go rozwścieczył, ponieważ odpowiedzią na głośny wrzask niedźwiedzia był jeszcze głośniejszy ryk tygrysa. Starcia takie są w przyrodzie niezmiernie rzadkie i był to drugi znany mi przypadek, kiedy przedstawiciele dwóch gatunków walczyli ze sobą nie dlatego, że jeden chciał drugiego pożreć. Bój nie rozgrywał się na moich oczach z powodów, które już podałem, ale mogłem odtworzyć jego przebieg na podstawie dochodzących do mnie odgłosów. Jako że pojedynek toczył się na małej ograniczonej przestrzeni, ryk był szczególnie przerażający.

Byłem rad, że ci dwaj mocarze wzajemnie wzięli się za łby, a nie mnie zapędzili do narożnika. Czas zdawał się stanąć w miejscu, a we mnie wibrowała każda kropla krwi, którą pompowało moje szybko bijące serce. Mogło to trwać trzy minuty lub dłużej. W pewnym momencie tygrys widocznie uznał, że ma dość, i wypadł z dołka w pełnym galopie na odkryty teren przede mną, a tuż za nim pędził powrzaskujący niedźwiedź. Gdy próbowałem zestroić przyrządy celownicze na lewej komorze[22] tygrysa, ten skręcił gwałtownie w lewo, wziął jednym susem parów szeroki na dwadzieścia stóp i wylądował pod moimi nogami. Kiedy jeszcze znajdował się w powietrzu, szybko zniżyłem wyloty luf i wystrzeliłem wprost, jak mi się zdawało, w jego grzbiet. Strzał ten tygrys skwitował gniewnym pomrukiem i wtargnął w gęstwinę bambusów rosnących za mną. Pędził jeszcze przez parę jardów, a potem zaległa cisza: strzelony na komorę i został na tropie – pomyślałem.

Ekspres kalibru .500 na proch bezdymny odpalony w jakimkolwiek miejscu robi potężny huk, a tutaj w parowie wygrzmiał jak armata. Grzmot ten jednakże w najmniejszym stopniu nie ostudził rozszalałego niedźwiedzia. Depcząc tygrysowi po piętach, nie próbował, jak ten, przeskoczyć parowu, lecz zbiegł po jego ścianie w dół, wbiegł na górę po ścianie przeciwległej i pędził wprost na mnie. Nie chciałem zastrzelić zwierzęcia, które potrafiło odwojować od tygrysa jego łup, ale pozwolić tej wcielonej furii zbliżyć się jeszcze bardziej byłoby z mojej strony szaleństwem, więc kiedy znalazł się o kilka stóp ode mnie, wpakowałem mu w łeb kulę z drugiej lufy. Zsunął się powoli na brzuchu po ścianie parowu, aż oparł się tyłem o ścianę przeciwległą.

Przed chwilą dżungla pobrzmiewała echem zaciekłego boju i hukiem wielkokalibrowej broni, teraz natomiast nastała cisza. Kiedy moje serce zaczęło bić normalnym rytmem, poszukałem uspokojenia w papierosie. Położywszy sztucer na kolanach, zacząłem gmerać po kieszeniach w poszukiwaniu papierośnicy i zapałek. W pewnej chwili kątem oka uchwyciłem jakiś ruch po prawej stronie; odwróciłem głowę i ujrzałem tygrysa idącego niespiesznym truchtem przez odkryty teren, gdzie przed chwilą cwałował, swą uwagę zaś skoncentrował nie na mnie, lecz na martwym przeciwniku.

Zdaję sobie