24,99 zł
Ameryka w XVIII wieku - kraj wielkiego rozwoju gospodarczego i bestialskiego stosunku do ludności pierwotnej. Z powszechnej tendencji wyłamuje się Gabriela Condorcanqui - dobrze wykształcony właściciel wielkich plantacji koki i hodowli bydła. Interes Gabriela świetnie prosperuje, dając perspektywę dostatniej i spokojnej przyszłości. Ten jednak jest czuły na problemy społeczne i staje w obronie ciemiężonej ludności indiańskiej. Ogłasza się cesarzem Inków i staje na czele powstania antyhiszpańskiego. Schwytany i stracony wraz z całą rodziną. Historia jednego z największych bohaterów Ameryki Południowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 521
Jarosław Molenda
Saga
Tupac Amaru II
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2010, 2021 Jarosław Molenda i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788726832518
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Europejska zbrodnia napełniła lasy,
Pod Kortezów mieczami padały Inkasy.
Juliusz Słowacki
Najważniejszym dla mnie osobom poświęcam:
Rodzicom, córce Karolinie
i kobiecie mojego życia –Anicie
Od nia, w którym Krzysztof Kolumb zetknął się po raz pierwszy z Indianami, upłynęło już ponad pół tysiąca lat. Przez ten czas etniczna mapa obu Ameryk bardzo się zmieniła. Nawet pobieżny rzut oka wystarcza, by zauważyć, że we wszystkich częściach świata występuje przewaga liczebna jakiejś jednej rasy. We wszystkich z wyjątkiem dzisiejszej Ameryki. Antyle zamieszkuje liczna ludność czarna, często stanowiąca większość mieszkańców, jak ma to miejsce choćby na Jamajce, Haiti i Trynidadzie.
Chociaż dane statystyczne są nieprecyzyjne, wiadomo na przykład, że w Limie w drugiej połowie XVI wieku czarni dominowali liczebnie nad białymi. W Ciudad Mexico aż do połowy XVIII wieku stosunek niewolników do Hiszpanów wynosił dwa lub trzy do jednego. W 1810 roku ponad połowa ludności Wenezueli była czarna. W czasach kolonialnych i na początku republiki Murzyni stanowili poważny procent ludności Argentyny i Urugwaju. Nawet na Portoryko i Kubie w ciągu ostatnich dwóch stuleci stale zmniejszała się liczba ludności kolorowej: z połowy ogółu mieszkańców do mniej więcej jednej czwartej w obu tych krajach. Czarni Brazylijczycy również „ulegają naciskom akulturacji, asymilacji i wejścia do świata bieli” .
Większość ludności Stanów Zjednoczonych, Kanady, Argentyny i Urugwaju stanowią biali. Na wielkich obszarach Ameryki Środkowej i Południowej (szczególnie w Meksyku, Gwatemali, Peru, Boliwii, Ekwadorze i Paragwaju) przeważają liczebnie Indianie i indiańscy mieszańcy – Metysi. W wielu państwach kontynentalnej Ameryki Łacińskiej nie trzeba zresztą obecności Indian specjalnie podkreślać. We wszystkich – z wyjątkiem Urugwaju – istnieją znaczne skupiska ludności indiańskiej, a co najmniej w czterech, to jest w Boliwii, Peru, Ekwadorze i Gwatemali, Indianie stanowią bezspornie większość. W innych także przeważają Indianie wraz z Metysami. Do takich krajów można zaliczyć zwłaszcza Meksyk, Paragwaj, Honduras i Salwador. W wielu pozostałych żyją również setki tysięcy Indian – rdzennych mieszkańców tych ziem.
Zdecydowana większość Indian mieszka dziś – tak samo jak w czasach przedkolumbijskich – na południe od Río Grande del Norte, owej granicy oddzielającej obecnie Amerykę Północną od Ameryki Łacińskiej. Ta proporcja znana jest dokładnie. Co się jednak tyczy latynoamerykańskich Indian, jesteśmy zdani wyłącznie na obliczenia szacunkowe. Spisy ludności odbywają się w różnych krajach w rozmaitych terminach. Do tego dane statystyczne odzwierciedlają też rozbieżności występujące już nawet w kwestii tak podstawowej, jak ustalenie, kogo właściwie należy uważać za Indianina, a kogo nie. Często na przykład zdarzało się, że władze tego czy owego państwa latynoamerykańskiego już z góry „likwidowały” setki tysięcy Indian, przyjmując dla celów spisowych bardzo wąską definicję Indianina. W dodatku, co słusznie zauważają autorzy w przedmowie do tomu pierwszego Dziejów Ameryki Łacińskiej:
Ogromna większość syntetyzujących opracowań, podręczników i kompendiów dziejów Ameryki Łacińskiej traktuje o paru procentach ludności tego kontynentu, o elitach władzy i posiadania, a czyni to tak, jak gdyby mówiła o losach całych społeczeństw i narodów. Autorzy owych prac operują zazwyczaj hierarchią wartości i kategoriami poznawczymi cywilizacji euro-północnoamerykańskiej, dostrzegają więc tylko europejski nurt w procesie rozwoju Latynoameryki, zapoznając nurt tuziemczy, ludowy, latynoamerykański .
Być może wynika to z faktu, że zarówno źródła drukowane, jak i archiwalne zostały w przeważającej mierze wytworzone przez Hiszpanów z Półwyspu Iberyjskiego i Kreolów. To oni spisywali zeznania świadków indiańskich w czasie procesów, oni relacjonowali wydarzenia, jakich byli świadkami, a więc nie można mieć całkowitego zaufania do wierności tego zapisu, tym bardziej że często na drodze stała bariera językowa i uciekano się do pomocy tłumacza. Wnioski, jakie można wysnuć z tych materiałów, podbudowane są więc dokumentami, wytworzonymi przez Europejczyków lub Kreolów.
W książce Túpac Amaru II starałem się przedstawić możliwie wiernie to, co dotąd napisano na temat José Gabriela Condorcanqui (bo takie było prawdziwe nazwisko przywódcy Wielkiej Rebelii) zarówno w starych kronikach i manuskryptach hiszpańskich oraz indiańskich, jak i w dziełach najnowszych. Z tych ostatnich, najbardziej pomocne mi były prace autorów anglojęzycznych: Philipa Ainswortha Mensa (The Rebellion of Túpac Amaru II, 1780–1781),Oscara Cornblita (Power and Violence in the Colonial City. Oruro from the Mining Renaissance to the Rebellion of Tupac Amaru, 1740–1782), Nicholasa A. Robinsa (Genocide and Millennialism in Upper Peru. The Great Rebellion of 1780–1782) oraz Charlesa F. Walkera (Smoldering Ashes: Cuzco and the Creation of Republican Peru), a także biografia w języku hiszpańskim Victora Anglesa Vargasa (José Gabriel Túpac Amaru).
Wymieniając te pozycje postępuję nieco wbrew zasadzie, która mówi, że aby zostać dobrym pisarzem, trzeba czytać dobre teksty, zapamiętywać je i zapominać, skąd się je wzięło. Nie będę jednak uciekał od przyznaniasię, że 99% materiału zawartego w tej biografii pochodzi z innych opracowań, mając w pamięci opinię Ludwika Zajdlera. Zdaniem tego znanego polskiego astronoma, jeżeli przepisać wszystko z jednej książki będzie to plagiat, jeżeli z dwóch – to kompilacja, jeżeli z wielu – dzieło naukowe. Pozostały procent – to mój skromny wkład oparty na wnioskach i obserwacjach zebranych podczas kilkakrotnych bytności w Ameryce Środkowej i Południowej.
Podbój i kolonizacja Ameryki dokonały się w sposób krańcowo odmienny od rozlania się potęgi Rzymu. Ten stanowił corpus, ośrodek promieniowania rozszerzający swe granice, wyraz świata, który osiągnął pełnię i przekonany był, że otacza go barbarzyństwo, chociaż niekiedy – jak w czasie swych galopad po Oriencie – płacił za to zmianą bogów, wierzeń i tracił przez ekspansję swą zwartość, aż musiał przywdziać na Zachodzie i Wschodzie maskę cesarskiego dualizmu. Nie przeszkadzało mu to w narzucaniu praw, wznoszeniu mostów, akweduktów, budowaniu dróg, a wszystko to czynił w pewnym stylu, ze szczególnym rozmachem i sobie tylko właściwą wyniosłością.
Odkrycie Ameryki dokonało się w warunkach całkowicie odmiennych od tych, jakie istniały w Europie w epoce rzymskich podbojów. Średniowiecznej Hiszpanii daleko było do jednolitości. Świat islamu, żydostwo, rozbicie feudalne, teologia broniąca wartości doraźnych, niechęć wrodzonego nieokrzesania do subtelności przywożonych do kraju przez Burgundczyków i Arabów pogrążała Hiszpanię w chaosie. Walka zachłannej władzy centralnej z oporem sił odśrodkowych, z owym historycznym nieładem, znalazła wreszcie ujście, jakie wskazał przypadek. Niektórzy mediewiści utrzymują, że do Ameryki wtargnęło późne średniowiecze, a my możemy dodać, że po ledwie połowicznym przyswojeniu techniki i fragmentarycznym wchłonięciu ducha cywilizacji, średniowiecze nadal stanowi rdzeń Ameryki Łacińskiej .
Państwa tego regionu są z reguły krajami niesamowitych kontrastów, gdzie na ulicach, głównie przed kościołami, matki w filcowych melonikach w otoczeniu czeredy dzieci chodzących samopas lub zwisających z nosidełek; jeśli nie żebrzą, to sprzedają produkty rolne lub kolorowe materiały tkane z wełny lam i alpak. Równocześnie wnętrza kościołów błyszczą od złota pokrywającego barokowe figury, wyrzeźbione w czasach hiszpańskiej konkwisty. Nie dość, że w przeszłości złoto szło na ołtarze, również dziś ściemniałe rzeźby odnawia się najczystszym złotem. Dziwne? Nie, skoro i w pewnym środkowoeuropejskim kraju nie ma pieniędzy na pensje dla lekarzy czy nauczycieli, a są miliony na Świątynię Opatrzności Bożej...
Niepodległościowa myśl w Ameryce Południowej i Łacińskiej zrodziła się w XVIII stuleciu, a dokładniej w ostatnich jego dwóch dekadach. Mielibyśmy zatem półwiekowy okres walk o niepodległość podzielony na cztery fazy:
Przyczyny wybuchu wojen niepodległościowych były różne i bardzo złożone. Wiązały się na pewno z powstaniem warstwy kreolskiej i zdominowaniem przez nią oligarchii, a także z narodzinami specyficznej gospodarki oraz struktury społeczno-rasowej w Ameryce Południowej. Do czynników, wywołujących ruchy narodowowyzwoleńcze, z całą pewnością należy zaliczyć antagonizmy społeczno-rasowe. Niższe warstwy społeczeństwa, złożone w większości z Metysów, buntowały się przeciwko coraz większym podatkom i „białym oligarchiom”. Ale na pierwszy plan wysuwała się jednak ekonomia.
W hiszpańskiej i portugalskiej Ameryce wybuchło w okresie kolonialnym ponad tysiąc powstań, rebelii i buntów indiańskich. Wśród nich największe znaczenie miało powstanie José Gabriela Condorcanqui, znanego lepiej jako Túpac Amaru II, wraz z łańcuchową reakcją następnych buntów, do których doszło pod jego wpływem w różnych regionach Ameryki Południowej. Jeden z najwybitniejszych znawców kolonialnego okresu dziejów Ameryki, Argentyńczyk Boleslao Lewin, miał pełne prawo powiedzieć: „Ruch rewolucyjny kierowany przez Túpaca Amaru jest bezsprzecznie największym buntem socjalnym w dziejach wszystkich trzech Ameryk” . Ostateczny rezultat, ostateczny cel tego powstania, stanowiącego ukoronowanie tysiąca innych rebelii indiańskich, najlepiej wyraził współczesny mu przedstawiciel tej klasy, w której interesy bunty te godziły. Anonimowy poeta w jednej ze zwrotek poematu wyliczał klęski, jakie spadłyby na białych w razie zwycięstwa Indian:
Zmuszaliby nas, byśmy pracowali
Jak sami teraz pracują,
I jak nimi teraz pogardzają,
W poniżeniu żylibyśmy my.
Nikt nie mógłby oczekiwać
Domu, bogactw ni zaszczytów.
Nikt nie sięgałby godności,
Wszyscy staliby się plebejami,
Indianami wszyscy ich.
A oni, oni byliby panami!..
Między słowami „plebejusz” i „Indianin” ówczesny poeta stawia więc znak równości, uważając to zresztą za rzecz całkowicie naturalną. I właśnie temu, by plebejusze mogli stać się panami, temu, by panami mogli stać się Indianie, podczas owego „największego buntu społecznego w dziejach wszystkich trzech Ameryk” sprzeciwili się niestety nie tylko hiszpańscy kolonizatorzy, lecz również Kreolowie. A to z kolei sprawiło, że gdy w trzydzieści lat później znowu rozległ się głos bębnów wzywających do boju – tym razem Kreolów, pragnących wyzwolić się spod panowania europejskich Hiszpanów – Indianie, pamiętając o zdradzie i nieobecności Kreolów w rewolucji Túpaca Amaru, z wyjątkiem Meksyku nie angażowali się raczej w tych separatystycznych wojnach.
„Przede wszystkim wyzwolenie społeczne!” – uczył przecież Indian testament José Gabriela. A Indianie doskonale wiedzieli, że bez względu na to, czy na czele państwa latyfundystów i baronów cynowych będą stali królowie, czy też prezydenci, oni będą wyzyskiwani tak samo. I rzeczywiście choć lata antyhiszpańskich walk Kreolów stanowią jeden z najchlubniejszych okresów w dziejach Ameryki Łacińskiej, choć wielu wodzów i szeregowych bojowników swym bohaterstwem naprawdę zasłużyło na miano nieśmiertelnych – jeśli idzie o dolę rdzennej ludności Ameryki, kres panowania Hiszpanów właściwie nic nie zmienił.
Pod koniec XVIII wieku państwa latynoamerykańskie rozluźniły więzy z metropoliami iberyjskimi na rzecz Anglii. Oznaczało to obalenie handlowych monopoli i otwarcie gospodarki eksportowej na resztę Europy, a nawet świata. Myśl, że dojrzano do gospodarowania i rządzenia bez Hiszpanów czy Portugalczyków, była tu wiodąca. Ważnym czynnikiem były również częściowe reformy przeprowadzone w Wieku Świateł. To one właśnie uświadomiły oświeconej części społeczeństwa latynoamerykańskiego inną, realną możliwość: reformy totalnej, ucieleśnionej w autonomii lub secesji.
Do zewnętrznych czynników przyśpieszających wybuch wojen narodowowyzwoleńczych bez dwóch zdań zaliczyć też trzeba ingerencję państw europejskich, a w szczególności Anglii. Z drugiej strony przykładem dla Kreolów była rewolucja północnoamerykańska i emancypacja sąsiadujących z Nową Hiszpanią kolonii. Trzecim ważnym czynnikiem była Rewolucja Francuska 1789–1799, której hasła dotarły aż do Ameryki Południowej i stały się detonatorem rewolucji antylskiej, afroamerykańskiej.
Powstanie Túpaca Amaru II było ostatnim zrywem społecznym, w którym dał o sobie znać buntowniczy duch andyjskich Indian, pozbawionych wolności i możliwości jakiegokolwiek udziału w postępie świata. Rebelia ta stłumiona została nie tylko przez Hiszpanię – uważa postępowy intelektualista południowoamerykański Emilio Romero – lecz przede wszystkim przez Kreolów. Nie może być jednak uważana za prekursorski ruch na rzecz niepodległości politycznej, chyba że po uwzględnieniu jego późniejszych, odległych reperkusji, ponieważ powstańcy nie wyrażali żądań suwerenności politycznej. Był to ruch chłopski, wiejski, posługujący się prymitywna bronią i taktyką Inków, dęciem w pututo, wrzaskami i dziwacznymi okrzykami. Można nazwać to powstanie rolnym, ponieważ walka toczyła się o ziemię .
Ponieważ wydarzenia z lat 1780–1784 nie ograniczyły się wyłącznie do środowisk indiańskich, choć te były bezsprzecznie ich głównym motorem, profesor Jan Szemiński w jednym z referatów nie zawahał się nazwać tego powstania „pierwszą wojną o niepodległość Peru”. Większość historyków koncentruje się na samej rebelii i bezpośrednich przyczynach ekonomicznych, negując lub zapominając o znaczeniu świadomości jej uczestników oraz realiach, w jakich żyli do tej pory. Nie zastanawiają się nad postrzeganiem przez rebeliantów przeszłości, teraźniejszości i przyszłości w warunkach, w których znaleźli się w wyniku hiszpańskiego panowania i własnych doświadczeń życiowych.
Walka partyzancka oraz przewroty są częścią tradycji państw Ameryki Łacińskiej, zakorzenioną w jej historii i kulturze. Tradycji, która bierze swój początek nie tylko z okresu przed kolonizacją, lecz także przed pojawieniem się białych na tym kontynencie. W połowie XIV wieku wojownicze plemię Chanca zdecydowało się podbić dolinę Cuzco. Nie spodziewali się oporu ze strony Inków, którzy wówczas zajmowali się głównie rolnictwem, nie zaś wojowaniem i z męstwa nie słynęli. Zgodnie z ich przewidywaniami Wirakocza, wiekowy władca, postanowił opuścić miasto, by oddać je bez oporu. Zabrał ze sobą następcę tronu, Inkę Urco, ale w Cuzco został inny syn, który przyjmie później imię Pachacuti Inka Yupanqui. Zorganizował on nie tylko obronę miasta, lecz także wspólnie z sąsiednimi księstwami stawił opór najeźdźcom. Według legendy bił się z agresorami tak zaciekle, że nawet kamienie powstały za jego przykładem. Później zbuntował się przeciwko ojcu i nie oddał władzy bratu. Można powiedzieć, że był to pierwszy znany zamach stanu w Ameryce Łacińskiej. Wielka Rebelia 1780–1784, jak się często określa powstanie Túpaca Amaru II, postawiło go na piedestale jako największego bojownika o wyzwolenie w historii peruwiańskich Indian. Niektórzy historycy porównują go nawet z Jerzym Waszyngtonem. Zgodnie z tradycyjnym przekazem w dniu swojej koronacji nowy Inka miał oświadczyć w języku keczua: „Od dzisiejszego dnia nie będzie już więcej hiszpańskiej fiesty kosztem waszej biedy!” .
Rewolucja latynoamerykańska była nieuchronna. Panowanie kolonialne Hiszpanii i Portugalii stało się na przełomie XVIII i XIX wieku anachronizmem politycznym i ekonomicznym. U schyłku XVIII stulecia korzyści z „politycznej protekcji” metropolii były tu znikome. Rewolucja przemysłowa w Anglii dała mocny impuls latynoamerykańskiemu eksportowi; powiązania ekonomiczne kolonii z iberyjskimi metropoliami traciły znaczenie. Idee oświeceniowe, reformy oświeconego absolutyzmu Karola III, wreszcie i przykład pobliskiej rewolucji północnoamerykańskiej pobudzały świadomość i ambicje Kreolów i Metysów; mnożyły się konflikty między ludnością miejscową i Hiszpanami.
Wojna z administracją kolonialną szła w parze z walką klas i wojną domową (rojaliści wśród Kreolów byli wcale liczni). Miało miejsce wiele nieudanych eksperymentów, wiele niejasności co do ustrojowego kształtu i granic nowych państw (struktury terytorialne czasów kolonialnych zachowały się tylko częściowo). Nie brakowało przejawów politycznej anarchii. Najwybitniejszy z wyzwolicieli, Simón Bolívar, twierdził rozgoryczony u schyłku życia, że w Ameryce Łacińskiej rewolucjonista „uprawia orkę na morzu” . Rewolucję latynoamerykańską można traktować jako fragment procesu dekolonizacji obu Ameryk: anglosaskiej i łacińskiej. Procesu zapoczątkowanego w koloniach północnoamerykańskich w latach 1775–1784, który po części kontynuowała Wielka Rebelia 1780–1784, a także rewolucja haitańska w okresie między 1790 a 1804 rokiem, rewolucja latynoamerykańska w latach 1810–1825, a dokończyła emancypacja Kanady w 1867 roku i Kuby w 1898 roku. Jak dla Stanów Zjednoczonych wojna secesyjna jest drugą rewolucją, tak dla krajów latynoskich dekolonizacja nie zamyka bynajmniej cyklu rewolucyjnego. Prawie wszędzie dekolonizacja oddała bowiem władzę kreolskiej oligarchii latyfundialnej, która umacniała swą władzę nad chłopami i ludnością niewolną. Co więcej, na ogół nie utrzymały się przy władzy liberalne frakcje kreolskiej elity, proponujące modele ustrojowe zbliżone do liberalno-burżuazyjnych wzorców Rewolucji Francuskiej czy amerykańskiej, a przeważał sojusz konserwatystów i Kościoła .
Niepodległość bowiem to nie wszystko. Nieudolne rządy dążących do centralizacji państwa przywódców powodowały dalsze, wewnątrzpaństwowe już konflikty. Trudną sytuację polityczną i ekonomiczną pogarszały liczne wojny, które nowe republiki toczyły o granice. Wszystkie te czynniki sprzyjały ekspansji ekonomicznej Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii na terenie Ameryki Południowej. Ekspansja ta doprowadziła do ponownych wystąpień w XIX i XX wieku, czego najlepszym przykładem są rewolucje pod wodzą Fidela Castro i Ernesto „Che” Guevary z lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Czasy wojen o niepodległość wprawdzie się zakończyły, ale walka z niesprawiedliwością i uciskiem trwa nadal, co potwierdza działalność południowoamerykańskich guerrilleros.
PERU CZY TAWANTINSUYU?
Ameryka konkwistadorów była chaosem krwi i grabieży.
Rufino Blanco Fombona
Nie posób nie rozpocząć opowieści o największym indiańskim Dojowniku od pierwszego aktu walki Inków o niepodległość- konfrontacji w latach 1536–1537 u stóp Cuzco, a wzasadzie pod Sacsahuamán, choć de facto twierdza ta wznosi się raczej nad miastem. Zanim do niej doszło, oprócz ogólnego chaosu politycznego, w najlepsze trwał powolny upadek gospodarki, ponieważ lud – korzystając chwilowo z nagromadzonych przez Inków zapasów – niechętnie zabierał się do obróbki pól. Encomiendom jednak nie podlegali wszyscy bez wyjątku Indianie, lecz tylko ci, którzy zamieszkiwali terytoria podarowane zdobywcom. Trudno jednak twierdzić, iż resztę spotkał los o wiele lepszy. Hiszpanie obyczajem wszystkich zaborców uważali ich za gorszych od siebie i bez skrupułów eksploatowali ich wszelkimi możliwymi sposobami.
Aby zahamować regres gospodarczy i przywrócić porządek w kraju, Francisco Pizarro postanowił, w miejsce straconego Atahualpy, mianować nowego władcę Inków. Prawowitym kandydatem na to stanowisko był niewątpliwie Manco, syn Huayna Capaca i rodzony brat Huascara. Ponieważ jednak Pizarro – najsłynniejszy chyba w historii świniopas-analfabeta – nie znał bliżej tego kandydata i jego poglądów, wybór padł na brata zabitego monarchy, Toparcę. Założyciel Limy, w otoczeniu przedstawicieli warstwy szlacheckiej, osobiście ozdobił jego czoło szkarłatną opaską i młody władca przyjął hołd swoich indiańskich wasali, któ– rzy uczynili to bez niechęci, ponieważ większość Indian przebywających w obozie hiszpańskim była zwolennikami straconego monarchy i wrogami Huascara .
Jednak Toparca zmarł wkrótce, a niedługo potem przed obliczem Francisco Pizarra stanął prawowity następca tronu Manco, który wystąpił z propozycją przywrócenia mu władzy, zapewniając, że uzna Hiszpanów za swoich zwierzchników i protektorów. Estremadurczyk przyjął go bardzo przychylnie, widząc w tej ofercie ułatwienie dla przeprowadzenia swoich planów i zaręczał mu wielokrotnie – co zakrawało na kpinę – że przysłany został do kraju przez króla hiszpańskiego celem przywrócenia władzy prawowitemu władcy i ukarania winnych. Młody monarcha był oczywiście wielce zadowolony z osadzenia go na tronie i koronowania świętą frędzlą, która u Inków stanowiła symbol najwyższej władzy. Szybko jednak zorientował się, iż sam w sobie nie jest panem, lecz jedynie marionetką zmuszoną słuchać rozkazów zdobywców. Ambicja i niespokojny duch miały pchnąć go na drogę buntu.
Zanim w Cuzco nastały rządy Hernanda Pizarra, Manco zwrócił się do markiza z prośbą o przywrócenie mu faktycznej władzy nad ludem, na co oczywiście otrzymał odpowiedź odmowną. Ambitny władca opuścił wówczas Cuzco z zamiarem zorganizowania powstania. Na skutek zdrady wojowników Cañari jego ucieczka została jednak wykryta i Manco został sprowadzony do stolicy w kajdanach. Od tego momentu Hiszpanie zrezygnowali z wszelkich prób pojednawczych zachowań wobec swoich inkaskich „sojuszników” – choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej w wyprawie do Chile 500 białym towarzyszyła ponoć dwunastotysięczna armia pod dowództwem brata Inki Paullu oraz najwyższego kapłana Villac Umu . Szczególnym bestialstwem wykazywali się przyrodni bracia pogromcy Atahualpy:
Juan i Gonzalo Pizarro potraktowali haniebnie jego i możnych, którzy mu towarzyszyli, zakuwając go w kajdany i trzymając w więzieniu. Tam strażnicy pluli mu w twarz i oddawali na nią mocz, ukradli mu szaty i to, co miał przy sobie, nazywali go psem i grozili, że spalą żywcem, jeśli nie powie im, gdzie schował złoto .
Powyższa relacja indiańskiego świadka nie pozostawia złudzeń, a potwierdza ją list Pedro de Oñate i Juana Gómeza de Malavera do cesarza Karola V, w którym napisali, że Manco:
skarżył się też, że Pedro del Barco i Gómez de Mazuelas, którzy są encomenderos tego miasta, i Alonso de Toro, i Pantielde Salina, Alonso de Mesa, Pedro Pizarro i Solares, również encomenderos tego miasta, oddawali na niego mocz, kiedy był w niewoli, i zapaloną świecą spalili mu brwi .
Gdy Hernando Pizarro przybył do Cuzco i dowiedział się o wypadkach, zachował się wobec Indian dziwnie łagodnie, a uwięzionego władcę kazał uwolnić. Manco skorzystał z jego przyjacielskiego nastawienia i postanowiłzrealizować swój plan, o czym pisał inny z Pizarrów – Pedro:
Mango Ynga spędził na wolności parę dni i poprosił Hernanda Pizarra o zezwolenie, żeby pójść i przynieść człowieka ze złota, który był zakopany w pewnym miejscu. Gdy Hernando Pizarro mu zezwolił, Mango Ynga poszedł i wrócił po ośmiu dniach, przynosząc niewielkiego długouchego zrobionego ze złota, pustego w środku, wysokiego na pół sążnia, i dał go Hernando Pizarrowi. Po paru dniach powtórnie poprosił o pozwolenie, stwierdzając, że chce iść po innego Indianina z litego złota, o którym mówił, że jest w Yucay. Otrzymawszy pozwolenie poszedł i nie wrócił, a oprócz tego podburzył kraj, tak że Indianie i długousi, jacy jeszcze byli w Cuzco, i mamacona, poszli za nim .
Wybuch powstania zaplanowano tak, by zbiegło się ze świętami Wielkiej Nocy. Manco uciekł z aresztu 18 kwietnia 1536 roku, na początku Wielkiego Tygodnia, i skierował się na północ, do Świętej Doliny. Na polecenie Manco armia inkaska miała się zgromadzić w Calca, leżącym zaledwie 24 km w linii prostej od Cuzco. Zważywszy na sprawność, z jaką Hiszpanie zbierali informacje wywiadowcze oraz na liczbę indiańskich donosicieli, miejsce zbiórki wyznaczono niebezpiecznie blisko. Ostatecznie doszło jednak do kolejnej zwłoki, ponieważ przedłużał się okres nerwowego oczekiwania na przybycie oddziałów z dalej położonych regionów.
Jak twierdzi historyk Felipe Guamán Poma de Ayala w swoim opracowaniu Nueva corónica y buen gobierno,prócz brutalnego traktowania i szyderstw wobec Inków oraz molestowania ich żon i córek, kluczowym czynnikiem, który przyczynił się do wybuchu powstania, było zabójstwo kilku lojalnych inkaskich wodzów: „Powstańcy działali w obronie swoich należnych im praw”. Znamienne w tym kontekście jest pewne zdarzenie, do którego doszło, gdy Manco zgodził się na rokowania i wyznaczył miejsce spotkania. Murzyński emisariusz posłany do niego z bogatym podarunkiem został w drodze zabity przez Indian.
Trudno z całkowitą pewnością stwierdzić, czy stało się to z rozkazu Inki, czy też doszło do niesubordynacji jego podkomendnych. W każdym razie Francisco Pizarro takiego policzka nie puścił płazem. Polecił wychłostać jedną z pojmanych żon indiańskiego władcy, a następnie nagą powiesić na drzewie, tak aby sprzymierzeńcy z plemienia Cañari mogli wykazać się celnością oka. „Podziwu godna rzecz – pisał Pedro Pizarro – aby kobieta nie skarżyła się, ani nie krzyczała, ani nie zmieniła wyrazu twarz mimo bólu, ran i śmierci!” .
Czy Manco Inka, potomek potężnego Manco Capaca, tego samego, który wyprowadził swoje plemię z Tamputocco i założył miasto Cuzco, wyobrażał sobie, że stanie na czele nowej świętej sprawy? Mógł wierzyć w powtarzanie się historii, co sugeruje pełen natchnienia zapał w jego pierwszych poczynaniach. Zadał sobie trud przeniesienia złotych mumii swoich przodków oraz zabrał ze sobą liczną reprezentację kapłanów i Dziewic Słońca, dzięki którym chciał zachować rzemiosła i wiedzę inkaskiej cywilizacji, związane z kultem słonecznym.
Wreszcie nadszedł, jego zdaniem, właściwy czas. Na początku maja wydano sygnał i Inkowie powstali przeciw Hiszpanom, atakując Cuzco, gdzie bracia Pizarro dysponowali 170 żołnierzami oraz tysiącem indiańskich sprzymierzeńców – członków świty andyjskich możnowładców, którzy walczyli po stronie Hiszpanów. Oddziały Manco, liczące zapewne kilkadziesiąt tysięcy ludzi, rozłożyły obóz na wzgórzach otaczających miasto, do którego Manco odciął dopływ wody; polecił też spalić wszystkie budynki wokół pałacu. Wkrótce słomiane dachy wspaniałych królewskich mauzoleów, świątyń i sanktuariów stanęły w płomieniach.
Położone w głębokiej kotlinie Cuzco jest miastem krętych uliczek, tysiąca ostro pnących się pod górę schodów, pokrytych morzem czerwonych dachówek. Przed wiekami były tu wyłącznie słomiane strzechy, tyle że na domach co znaczniejszych Inków przetkane pasmami czystego złota. Otoczone monumentalnymi górami Cuzco zachowało po dziś dzień charakter inkaskiej metropolii, mimo że w ciągu czterystu lat narosła europejska kolonialna patyna, inkrustowana ostatnio współczesnym budownictwem. Archeolodzy stwierdzają dziś, że w ogóle wszystkie kolonialne gmachy Cuzco zostały wzniesione na solidnych fundamentach indiańskich domostw.
Wysokie, sięgające niekiedy dwóch metrów inkaskie zręby odróżniają się od swojej kolonialnej nadbudowy architekturą ściśle przylegających do siebie głazów, zespolonych w sposób doskonały przez indiańskich mistrzów. Budowali oni domy, pałace i świątynie układając głaz na głazie, nie używając przy tym żadnej murarskiej zaprawy, żadnego spoiwa. Jednym z cudów tego budownictwa jest dwunastokątny kamień idealnie wprawiony w mur pałacu Inki Roca – Szóstego Inki. Do dziś sztuka kamieniarska wzbudza wśród chłopów niekłamany podziw i niedowierzanie, że ich przodkowie potrafili tak wykuwać skałę mimo braku żelaznych narzędzi. Stąd właśnie biorą się próby ludowego wyjaśniania dawnych umiejętności indiańskich znajomością magii i czarów. Wystarczyło zamoczyć w czarce wypełnionej czerwono barwionym wywarem z jakiejś dzikiej rośliny zwykły sznurek, a następnie przyłożyć go do skały w kamieniołomie tak, aby zaznaczył się na niej pożądany kształt bloku. Na skutek działania nadprzyrodzonych mocy można było już po chwili z łatwością oddzielić od podłoża kamienną kostkę lub płytę o idealnie wyrównanych krawędziach. Wraz z wymarciem Inków zaginęła także tajemnica wywaru rozpuszczającego najtwardsze skały .
W latach rozkwitu, w czasach Inków, Cuzco liczyło około 200 tysięcy mieszkańców i liczbę tę przekroczyło ponownie dopiero w latach 90. ubiegłego stulecia. Do wzniesienia centrum miasta Inkowie potrzebowali dwudziestu lat i pracy 50 tysięcy ludzi. Nadali oni miastu niezatarty kształt architektoniczny, budując je z pięknie ciosanych i szlifowanych kamieni. Ta polityczna i religijna stolica Imperium Inków – państwa Tawantinsuyu – była świętym miejscem dla milionów starożytnych Peruwiańczyków. Znany pisarz peruwiański Gustavo Valcárcel daje następujący obraz swego rodzinnego miasta – w przeszłości i teraźniejszości:
Cuzco – „stolica królów i prowincji Peru” jak je nazywano w hiszpańskich kronikach z wieku XVI i XVII – jest najważniejszym pod względem archeologicznym miastem Nowego Świata. Dokładnej daty powstania Cuzco nikt jeszcze nie ustalił, niemniej wiadomo, że założył je w XI wieku mitologiczny władca Inków – Manco Capac. Miasto znajduje się na wysokości 3355 m, w odległości około 800 km od wybrzeży Pacyfiku, wśród szczytów południowo-wschodnich rozgałęzień andyjskich Kordylierów. W języku keczua, który był językiem Inków i którym mówi obecnie poważna część Indian peruwiańskich i boliwijskich, Cuzco znaczy „pępek” .
O wyniku oblężenia Cuzco przez wojska Manco miała rozstrzygnąć bitwa o twierdzę Sacsahuamán, ogromną inkaską fortecę z potężnymi wieżami, stojącą u wylotu doliny, dzięki której Inkowie trzymali miasto w garści. Sacsahuamán otaczały trzy rzędy murów, biegnące ostrymi zygzakami. Taka konstrukcja sprawiała, że szturmujący mieli zawsze obrońców i przed sobą, i za plecami. Gdyby rebelianci zdołali utrzymać fortecę do nadejścia posiłków, klęska Hiszpanów byłaby tylko kwestią czasu. Pizarrowie musieli zatem jak najszybciej przełamać oblężenie Cuzco prowadząc straceńczy atak na fortecę, w wyniku którego w zaciętej walce wręcz zginął Juan Pizarro (został pochowany potajemnie, by Inkom nie dodała otuchy wieść o jego śmierci).
Obie strony natomiast głośno wspominały inkaskiego generała, który dowodził obroną fortecy. Nazywał się prawdopodobnie Titu Cusi Huallpa i miał pod swoją komendą od 1500 do 3000 wojowników. Inkaski generał, który dobrze władał hiszpańskim mieczem, przysiągł walczyć aż do śmierci i według hiszpańskich żołnierzy dokonywał cudów odwagi „godnych Rzymianina” . Trudno o większy hołd dla Indianina, wyrażony przez hiszpańskiego rycerza z XVI wieku, akcentujący jego niezachwianą godność oraz postawę fizyczną i moralną:
Chodził z jednej na drugą stronę wieży przeszkadzając Hiszpanom, którzy chcieli na nią wejść po drabinach i zabijając Indian, pragnących się poddać. Sądzę, że zabił ponad trzydziestu Indian, którzy się poddawali i usiłowali opuścić się z wieży, waląc ich pałką po głowach i rozbijając im je na kawałki. (...) Indianie, których długouchy miał ze sobą, byli znużeni i osłabieni, a walczył jedynie on. (...) widząc, iż zdobyto jego twierdzę, porzuciwszy broń przykrył głowę i oblicze kocem (których oni używają jako płaszczy), rzucił się z wieży mającej ponad pięćdziesiąt sążni i roztrzaskał się na miazgę .
Najstraszniejszą bronią Indian była proca – płytki woreczek z dwoma sznurkami. Procarz wkładał do niego kamień, ujmował sznurki za wolne końce, nadawał im ruch wirowy i we właściwym momencie puszczał jeden sznurek. Z zapisków awanturnika rodem z Andaluzji, Alonsa Enriqueza de Guzmána, wiemy, że wprawny strzelec był w stanie wypuścić kamień „z taką siłą, że może zabić konia (...). Widziałem, jak taki pocisk łamie klingę miecza trzymanego przez mężczyznę stojącego o trzydzieści kroków dalej” . Inkowie wprowadzili budżcą przerażenie innowację w użyciu proc: podgrzewali kamienie w ogniskach, owijali w nasączone żywicą bawełniane szmatki i miotali na wroga. Bawełna zapalała się w locie – i nagle z jasnego nieba spadał ognisty deszcz. W ten sposób obrócili okupowane przez Hiszpanów Cuzco w zgliszcza.
Na swoje nieszczęście Inkowie mieli za mało europejskiej broni i tylko niewielu wojowników potrafiło się nią skutecznie posługiwać. Trzeba pamiętać, że już od końca XV stulecia hakownice i rusznice coraz częściej zastępowane były przez doskonalsze arkebuzy, choć geneza tej ostatniej broni jest niejasna. Nie sposób dokładnie określić, kiedy właściwie pojawił się arkebuz. Wiadomo jednak, że w roku 1512 przy oblężeniu Brescii, o czym pisał Lojalny Sługa , obrońcy „poczęli strzelać ze swych dział i arkebutów [sic!], a pociski leciały gęsto jak rój much” . To arkebuzy, nie zaś bombardy i kolubryny unicestwiły dawną jazdę. Artyleria przywiodła niegdyś do upadku twierdze oraz, na pewien czas, uczyniła bezbronnymi miasta, ale to pocisk z arkebuza zabił w 1524 roku nieustraszonego, rozsławionego przez romanse rycerskie francuskiego bohatera kampanii włoskich Karola VIII, Ludwika XII i Franciszka I – Pierre’a du Terrail de Bayarda.
Na przełomie XV i XVI wieku arkebuz to broń z zamkiem lontowym, lżejsza od hakownicy, ale doskonalsza od rusznicy – z dłuższą i bardziej wytrzymałą lufą oraz większą donośnością strzału. Około 1520 roku Hiszpanie zwiększyli kaliber i ciężar arkebuza do parametrów dotychczasowej hakownicy i zaopatrzyli nową broń w widełkową podpórkę – forkiet. W ten sposób stało się możliwe używanie w polu tak ciężkiej, ale zarazem bardzo skutecznej nowej broni. Jej ciężar sięgał 8–10 kilogramów. Długa mocna lufa miała kaliber 20–23 mm i strzelała kulą o wadze 50–60 gramów na odległość 100–200 metrów.
Pociski przebijały każdą ówczesną zbroję płytową, odporną dotychczas na strzały z łuku, bełty kuszy oraz kule arkebuza. Broń taka, nazywana niekiedy muszkietem, zasłynęła skutecznością w bitwie pod Pawią w 1525 roku. Muszkieterzy hiszpańscy, strzelając celnie zza drzew, powstrzymali szarżę jazdy francuskiej i umożliwili natarcie własnych pikinierów, co doprowadziło do klęski Francuzów. O celności i skuteczności ognia tych wczesnych muszkietów świadczy odnotowany w kronikach fakt, że w bitwie pod Pawią hiszpańscy strzelcy dwadzieścia razy trafili w żelazny naczółek zbroi konia króla Franciszka I .
W rezultacie Francuzi pomnożyli liczbę swoich strzelców (jeden arkebuzer na dwu pikinierów). Książę Alba Fernando Alvárez de Toledo poszedł jeszcze dalej i podzielił swoją piechotę w Holandii na dwie równe grupy: tyluż arkebuzerów co pikinierów. W Niemczech w roku 1576 relacja ta wynosiła 5 pik na 3 arkebuzy. W istocie nie można było zrezygnować z piki, królowej broni – jak mówiono jeszcze w XVII wieku, ponieważ obsługa arkebuza trwała niesłychanie długo: trzeba go było oprzeć na forkiecie, załadować, podpalić lont. Nawet gdy arkebuz został zastąpiony przez muszkiet, król szwedzki Gustaw II Adolf zachował jeszcze jednego pikiniera na dwu muszkieterów. Zmianę umożliwiła dopiero fuzja, czyli ulepszony muszkiet, wynaleziona w 1630 roku, wprowadzona w armii francuskiej w 1703 roku .
Jednak nową ciężką broń można było wykorzystywać tylko wówczas, gdy strzelcy umieszczeni byli za przeszkodami lub zasłonami terenowymi; w otwartym polu przy małej szybkostrzelności narażeni byli na rozbicie przez atakującą jazdę. Dzięki udoskonaleniom w konstrukcji broni palnej, większym możliwościom ogniowym wraz ze wzrostem użycia tego rodzaju oręża, w ciągu XVI wieku zaszły znaczące zmiany w taktyce walk, choć trudno z całą pewnością stwierdzić, że Hiszpanie amerykańscy wykorzystywali te nowinki. Początkowo, zgodnie z doświadczeniami z poprzedniego stulecia, decydującą, ofensywną siłą piechoty byli pikinierzy. Strzelcy-arkebuzerzy otaczali kilkuszeregowym wieńcem czworoboki pikinierów.
W bitwie strzelcy prowadzili ogień do przeciwnika, osłabiając go, a przed decydującym uderzeniem pikinierów usuwali się na boki i na tyły szyku. W kolejnych dziesięcioleciach XVI wieku stopniowo wzrastała liczba strzelców Na przykład hiszpańska piechota ustawiona była następująco: środek szyku stanowił czworobok złożony z 1600 pikinierów, wokół czworoboku „opaska” złożona z 7–8 szeregów arkebuzerów (1400), na narożnikach czworoboku – „bastiony-rękawy”liczące po 50 muszkieterów, przeznaczonych do osłony ogniowej tego słabego miejsca szyku, szczególnie przed atakami jazdy .
Warto nadmienić, że właściwym twórcą hiszpańskiej piechoty i jej późniejszych sukcesów był Gonzalo Fernández de Córdoba – zwycię- ski wódz Ferdynanda Aragońskiego w bitwie o Neapol. Legendarny El Gran Capitán uzbroił ją podczas wojen w Italii w piki i arkebuzy: każda z dziesięciu kompanii posiadała 200 pik, 200 mieczy i 100 arkebuzów, zaś dwie pozostałe wyłącznie piki; jednostka tercio – składała się z 12 kompanii po 500 żołnierzy, dając legion o sile 6 000 ludzi; legiony te przyjmowały nazwę od miejsca pierwotnych kwater głównych: Neapol, Sycylia, Lombardia i Malaga .
Ogromna przewaga, którą dzięki koniom mieli Hiszpanie, umknęła uwagi naocznych świadków. A przecież jeźdźcy mogli dopędzać piechurów i ich zabijać, z łatwością też prześcigali indiańskich zwiadowców, zanim ci zdążyli ostrzec swe oddziały. Szok wywoływany szarżą kawaleryjską, zwrotność koni umożliwiająca szybki atak, a także bezpieczeństwo i skuteczność walki z końskiego grzbietu sprawiały, iż w otwartym polu piesi żołnierze stawali się niemal bezbronni. Użycie koni wiązało się więc nie tylko z piorunującym wrażeniem, jakie zwierzęta wywierały na żołnierzach walczących z nimi po raz pierwszy. Ale już przed wybuchem wielkiego powstania w 1536 roku Inkowie opanowali sposób walki z kawalerią. Zaczajali się na hiszpańskich jeźdźców i zabijali ich w wąwozach, o czym wspomina w swojej relacji Pedro Pizarro:
Pedro del Barco szedł dalej z ludźmi, nie widząc żadnego Indianina, gdyż wszyscy byli ukryci w zasadzce. Na zboczu, na złym przejściu, miejscami musieli iść na czworakach, trzymając się rękoma, aby nie spaść. Gdy przeszło już trzydziestu lub czterdziestu Hiszpanów, Indianie zrzucili ze zbocza góry, gdzie się schowali, wielką ilość lawin. Lawiny są to wielkie kamienie, które Indianie rzucają, aby staczając się z wysokości z wielką furią, rozbijały w kawałki wszystko, co im stanie na drodze.
Gdy zrzucili owe lawiny, porwały one pięciu Hiszpanów i roztrzaskały na kawałki, wrzucając ich do wody. Ci, co przeszli naprzód i weszli w las, natknęli się na mrowie wojowników, obrzucających ich włóczniami. Gdyby nie znaleźli wąskiej ścieżki, którą rzucili się do rzeki, zostaliby wszyscy zabici, bo nie mogli poradzić sobie z Indianami ukrytymi w lesie. W ten sposób zostało zranionych wielu Hiszpanów i pięciu zabitych .
Jednakże Inkowie, podobnie jak inni piechurzy, nigdy nie pobili kawalerii w otwartym terenie. W 1536 roku Quizo Yupanqui, najlepszy z generałów władcy Manco, obległ Hiszpanów w Limie, a następnie próbował szturmem zdobyć miasto. Nagle dwa szwadrony kawalerii uderzyły na rozlokowane na równinie przeważające siły Indian, zabijając podczas pierwszego natarcia Quizo i wszystkich dowódców, a później gromiąc jego armię. W podobnej szarży 26 jeźdźców rozbiło w puch doborowe oddziały dowodzone przez samego władcę Inków Manco, kiedy oblegał on Hiszpanów w Cuzco .
Hiszpanie przypuścili szturm, z czterech różnych miejsc, korzystając z drabin oblężniczych, po których wspinali się hiszpańscy konkwistadorzy w pełnym uzbrojeniu, wspierani przez indiańskich wojowników. Ostatecznie napór atakujących okazał się dla obrońców zbyt silny i szturmujący wdarli się z dwu stron na szczyt wieży. Twierdza padła ostatecznie pod koniec maja 1536 roku. Indianie oblegali Cuzco jeszcze przez wiele miesięcy, choć sytuacja oblężonych poprawiła się nieco od tego momentu, ponieważ mogli korzystać z plonów pól, uprawianych między miastem a twierdzą.
Zdaniem Rudolfa H. Noconia wprowadzanie do walki oddziałów konnicy umożliwiała Hiszpanom tradycyjna taktyka wojenna Indian, której podstawą były ataki masowe, przeprowadzane cyklicznie przy pełni księżyca. Ponadto krajowcy atakowali na ogół w zgęszczonym szyku bojowym, co niemal zupełnie paraliżowało swobodę ruchów, potrzebną do właściwego użycia broni wobec kawalerii. Przy nowiu księżyca natomiast, gdy ciemności uniemożliwiały wprowadzenie do akcji oddziałów konnych, Indianie organizowali uroczystości wojenne i nie wykorzystywali swych wcześniejszych sukcesów czy udogodnień strategicznych. Z czasem Hiszpanie odkryli ten sposób prowadzenia walki, co przynosiło im korzyści.
Inną przyczyną niepomyślnego dla Indian rozwoju wypadków była zbyt wielka liczba oblegających, wśród których byli nie tylko wojowni- cy, lecz także kobiety i dzieci. Wyżywienie tego wielotysięcznego tłumu wymagało ustawicznego zwalniania licznych grup rolników z obowiązku uczestniczenia w walce, aby mogli kontynuować prace na roli oraz inne czynności gospodarskie. Tego rodzaju dwutorowość wpływała niepomyślnie zarówno na przebieg prac rolnych, jak i działania wojenne. Hiszpanie bardzo często rabowali lub niszczyli plony, zaś schwytanym rolnikom odcinali prawą dłoń. Gdy ponadto Hernando zaprowadził zwyczaj zabijania każdej kobiety schwytanej podczas walki, stało się wiadome, że oblężenie wkrótce się załamie.
Kobiety opiekowały się wojownikami i na nich spoczywał główny ciężar zaopatrywania obozu w żywność. Również brak kontroli nad rzeszami Indian, zwanych yanaconas, rozrzuconych po całym obszarze Peru, doprowadził w poważnej mierze do załamania się oblężenia. Yanaconas pełnili w hiszpańskich domach czynności służących i często występowali w charakterze szpiegów, powierników, pielęgniarzy, posłańców itp. Mogli oni z łatwością kontaktować się z oblegającymi współziomkami i niejednokrotnie zdradzali swym hiszpańskim panom plany Indian .
Sam Manco czuł się boleśnie rozczarowany, zorientowawszy się, że Hiszpanie potrafili sobie zapewnić pomoc dużej liczby niezadowolonych Indian, którzy nie poczuwali się do lojalności wobec nowego Inki. Ponoć na pole bitwy pod Sacsahuamán zleciały się wielkie stada padlinożernych kondorów, by się pożywić ciałami martwych wojowników. Po dziś dzień wydarzenie to upamiętnia osiem kondorów, widniejących w herbie Cuzco.
Po zwycięstwie hiszpańskich konkwistadorów Indianie musieli uchodzić z Cuzco, ciągnąc drogami prowadzącymi na cztery strony świata, ale starzy ludzie wracali w jego okolice, by móc z szacunkiem i po raz ostatni, rzucić okiem na święte miasto Imperium. Pedro de Cieza de León, hiszpańskihistoryk żyjący w XVI wieku, przypomina:
Widziałem na własne oczy starych Indian, którzy patrząc z dala na miasto rozpaczali i płakali, rozmyślając nad teraźniejszością i przypominając sobie przeszłość .
Przeto nic dziwnego, że starożytni Peruwiańczycy, powracając z imperialnej stolicy, byli witani w swych wioskach z honorami i z dumą wykrzykiwali w dźwięcznym keczua trzy magiczne słowa: Koskopi kaskaj kanni – „byłem w Cuzco”.
W kwietniu 1537 roku z Chile, na czele swoich wypróbowanych oddziałów, wrócił Diego de Almagro i wspomógł rodaków. W Świętej Dolinie Manco został przyparty do muru, a Hiszpanie przeszli wreszcie do ofensywy i Hernando Pizarro postanowił zaatakować Inkę w jego nowej siedzibie w głębi doliny, w królewskiej posiadłości Ollantaytambo. Inkowie, jak twierdził następca Manco, Titu Cusi: „wybudowali tam jedną z twierdz, jakie istnieją w Peru, a uczynili to w ciągu owego półtora roku, jaki spędzili w Tambo” . Tampu, albo inaczej Ollantaytambo, stanowiło główny ośrodek inkaskiego oporu.
Do dziś rozległe tarasy wznoszą się tu aż do ogromnego pałacu-twierdzy Manco, położonego na grzbiecie stromej góry wysokości ponad 3000 metrów. U podnóża twierdzy wody Urubamby płyną jak wówczas, choć już może nie tak czyste, po skalistym dnie wąwozu. Wysoko ponad miastem wciąż widać pozostałości starożytnych spichrzów, teraz bez dachów. Inkowie utrzymywali władzę nad Świętą Doliną zaledwie przez osiemnaście miesięcy, mimo że Manco miał do dyspozycji kilka tysięcy żołnierzy oraz trochę zdobytej hiszpańskiej broni (zmusił swoich hiszpańskich więźniów, by wyrabiali proch do arkebuzów) i kilka koni. Ollantaytambo broniły forty umieszczone u wąskiego wejścia do tej części doliny oraz masywny taras o ścianach z tłuczonego kamienia, który blokował bezpośredni dostęp do miasta.
Manco przygotował także dla Hiszpanów przykrą niespodziankę – tamę, która zmieniała bieg strumienia schodzącego z gór między fortecą a miastem, dzięki czemu mógł napastników zalać. Bitwa była bardzo zażarta. Hiszpanie przebili się przez miasto aż do podnóża fortecy. W tym czasie Manco jeździł na wysoko położonych tarasach na hiszpańskim koniu i wymachując hiszpańskim mieczem, zagrzewał swoich ludzi do walki. Podjęta przez Hiszpanów próba ataku od skrzydła została odparta i Hernando Pizarro, uznawszy w końcu swoją porażkę, wycofał się do Cuzco. Po raz pierwszy Inkowie pokonali Hiszpanów w otwartej bitwie .
Jednak sukces tylko na chwilę dał wytchnienie Inkom. Manco postanowił wycofać się najpierw do swojego pałacu w Vitcos, w skalistych górach między rzekami Urubambą i Apurimac, a później jeszcze dalej w głąb dżungli, pragnąc znaleźć się poza zasięgiem hiszpańskiej kawalerii, co udawało mu się niemal przez dwadzieścia miesięcy. Wybrał odległe miejsce zwane Vilcabamba, odgrodzone od świata przez wyjątkowo niedostępne, gęsto zalesione góry. Jak pisał Titu Cusi, w nowej siedzibie jego ojciec: „spędził parę dni i spokojnie wypoczywał, każąc stawiać domy, aby z tego miejsca, gdzie jest dobry klimat, uczynić główną siedzibę dla swej osoby” .
W tej jednej z najbardziej niedostępnych partii Andów znajdują się dziesiątki lodowców, rzadko odwiedzanych, nie licząc wytrwałych poszukiwaczy i ciekawskich badaczy. Do śródgórskich dolin dostać się można jedynie przez przełęcze położone na wysokości 4500 metrów, gdzie wędrowca zatrzymują gwałtowne gradobicia i śnieżne zawieruchy. W czasie pory deszczowej większa część regionu, znajdującego się poza górami, jest niedostępna. Nawet w porze suchej trudności transportowe są ogromne. Śmiało więc można uznać – pisał Hiram Bingham, który przywrócił cywilizacji Zachodu Machu Picchu – że region ten stanowił naturalną fortecę, w której Manco i jego następców broniła przyroda w jednej ze swych najbardziej smętnych szat .
Z kolei kronikarz Pedro Sarmiento de Gamboa oraz żołnierz i górnik, kapitan Baltasar de Ocampo, zgodnie stwierdzali, że Inkowie wybrali „najlepszą ziemię w całym Peru” oraz że obfitowała ona w złoto, srebro i skarby; słynął z nich przede wszystkim legendarny wąwóz Purumata, gdzie znajdowała się znana huaca. Manco już ze swej nowej stolicy kazał przecinać mosty prowadzące do jego imperium, blokować główne przełęcze i silnie ufortyfikować dostępne Hiszpanom szlaki. Inkaski władca przeprawiał się przez Apurimac na tratwach balsa i napadał na pobliskie miejscowości, a nawet dotarł do odległego, niedawno założonego na wybrzeżu miasta Lima.
Gdy władzę objął Gonzalo Pizarro, Manco dalej prowadził wojnę wyczerpującą Hiszpanów i stawał się coraz silniejszy. Dowodził armią liczącą około dziesięciu tysięcy dobrze uzbrojonych wojowników, której rdzeń stanowili dawni żołnierze hiszpańscy, znający wszystkie tajniki wojennego rzemiosła. Manco nadal zarządzał znaczną częścią Antisuyu i wieloma tysiącami chętnych do walki Indian Anti, a z każdym dniem przechodziło na jego stronę coraz więcej ludzi z części imperium pozostających pod władzą Hiszpanów.
Gonzalo Pizarro dotarł tu w maju 1539 roku. I przez dwa miesiące polował na Manca, ścigając go leśnymi szlakami z miejsca na miejsce. Spustoszył Vilcabambę i choć był blisko, nie schwytawszy go musiał się wycofać z powodu braku żywności. Zgodnie z późniejszą relacją Titu Cusi jego ojciec „postanowił rzucić się do wody i wpław przebyć rzekę; i gdy się znalazł na drugim brzegu, zaczął wołać tymi słowy: «Jestem Manco Inka, jestem Manco Inka»” . Jeden z konkwistadorów, Mancio Sierra de Leguizamo utrzymywał, że Manco krzyczał także, że on i jego Indianie „zabili 2000 Hiszpanów podczas wielkiego powstania i że zamierza zabić ich wszystkich i odzyskać panowanie nad krajem, który należał do jego przodków” .
Wkrótce po zamordowaniu Francisca Pizarra – w stylu godnym śmierci Cezara – przez zbuntowanych ludzi Diego de Almagro II, almagryści zostali pobici i musieli uciekać. Kilku uciekinierom udało się przekroczyć Apurimac i po uroczystym zapewnieniu o swym poddaniu się Ince zostali oni łaskawie przyjęci przez niego w 1542 roku. Być może pewne znaczenie miał fakt, że Diego de Almagro był mężem córki Huayna Capaca, rodzonej siostry Manco. Przywódcami tej grupy byli Gómez Péreż i Diego Méndez. Dopóki rządził Gonzalo Pizarro, z przyjemnością pozostawali oni gośćmi Manco, lecz pewnego dnia dowiedzieli się, iż cesarz Karol V ma już dość nieokrzesanych konkwistadorów. Były to dobre wiadomości dla Manco i bardzo pomyślne dla zbiegów. Nakłonili oni Inkę, aby napisał do króla list z prośbą o pozwolenie stawienia się przed nim i zaoferowania mu swych usług.
Gómez Pérez, najbardziej aktywny przywódca małej grupy almagrystów, został wybrany na doręczyciela pisma od Inki i zbiegów. W towarzystwie kilkunastu Indian, którym Inka polecił pełnić funkcję sług i osobistej straży, opuścił Vitcos i dotarł przed oblicze wicekróla. Ten z radością przyjął nowiny i wybaczył wszystkie występki, jak go o to proszono. I z tą satysfakcjonującą odpowiedzią Pérez powrócił do Inki i swych towarzyszy. Uciekinierzy uradowali się nowinami i gotowi byli powrócić do króla i kraju. Ich odejście uniemożliwił jednak tragiczny wypadek, na temat którego istnieje wiele wersji.
Jedna podaje, że przy grze w szachy pomiędzy Inką i Diego Méndezem wybuchła kłótnia, w wyniku której Hiszpan wpadł w złość i nazwał Inkę psem. Rozgniewany tonem i wypowiedzią swego gościa władca zdzielił go pięścią. Wtedy Diego Méndez wyciągnął sztylet i zabił Inkę. Inaczej opowiadał dwadzieścia lat po tym zdarzeniu jego naoczny świadek, syn Manco, Titu Cusi:
Pewnego dnia zabawialiśmy się radośnie, grając w pierścień, a byli tylko oni, mój ojciec i ja, wówczas jeszcze niedorosły chłopiec, a mój ojciec nie myślał o nich nic złego ani nie dawał wiary pewnej Indiance należącej do jednego z nich, a zwanej Bauba, która powiadała, jakoby jej mówiono, że owi Hiszpanie chcą go zabić. Nie podejrzewając ich o to ani o nic innego, zażywał wczasu razem z nimi, tak jak dawniej; i podczas gdy grali w pierścień, jak to już rzekłem, i mój ojciec odszedł, by go podnieść, rzucili się wszyscy na niego ze sztyletami i nożami, i mieczami; mój ojciec zaś, czując się rannym, ze śmiertelną wściekłością usiłował się bronić przed nacierającymi z jednej i drugiej strony; ale że był sam, a ich siedmiu, i nie miał przy sobie żadnej broni, tedy w końcu powalili go na ziemię zadawszy mu wiele ran i zostawili go sądząc, że jest martwy. (...) A po tym, co się stało, mój ojciec żył jeszcze trzy dni .
Odmienną relację przytacza Inca Garcilaso de la Vega, piszący sześćdziesiąt lat po opisywanych wypadkach:
Aby zrobić przyjemność Hiszpanom i samemu się zabawić, wydał Inka polecenie przygotowania łączki do gry w kule; grając pewnego dnia z Gómezem Pérezem pokłócił się i poróżnił z tym Pérezem o długość rzutu, co często zdarzało się miedzy nimi; wtedy ów Pérez, będąc człowiekiem zapalczywym i gwałtownym, bez żadnego pojęcia i zastanowienia skorzystał z najgorszej pod słońcem sposobności, by spierać się z Inką i rozgniewać go... Nie mogąc ścierpieć dłużej jego grubiaństwa, Inka uderzył go pięścią w piersi i kazał mieć wzgląd na to, do kogo mówi. Pérez w zapamiętaniu i pasji, nie biorąc pod uwagę ani własnego bezpieczeństwa, ani swych towarzyszy, podniósł rękę i kulą tak silnie uderzył Inkę w głowę, że go powalił .
Mimo dobrej organizacji i koordynacji działań powstanie Inki Manco nie zakończyło się sukcesem. Armia wyzwoleńcza nie była wprawiona w rzemiośle wojennym, gdyż jej trzon stanowili się chłopi, oderwani od swych rolniczych zajęć. Przedłużające się działania zbrojne i trudności aprowizacyjne oraz zbliżająca się właśnie pora zasiewów spowodowały powrót ochotników do rodzinnych wiosek. Upadek powstania w 1537 roku zmusił inkaską arystokrację do zmiany taktyki, co w konsekwencji doprowadziło do całkowicie nowej sytuacji politycznej w Peru i narodzin buforowego państwa neoinkaskiego, które w sumie było tworem słabym, niemającym większych szans na umocnienie swej pozycji w kraju opanowanym przez Hiszpanów.
Wszystkie wysiłki społeczeństwa Vilcabamby skierowane były na przetrzymanie najcięższego okresu, przy równoczesnym dążeniu do kontynuowania tradycji Tawantinsuyu w zakresie organizacji społeczno-politycznej, kultury życia codziennego, gospodarki i religii. Iluzoryczność tego programu była oczywista, a niepowodzenia w jego realizacji uzasadniają określanie tego państwa jako monarchii „utopijnej”. Organizacja bowiem posiadała charakter tymczasowy i musiała być dostosowana do potrzeb militarnych. Kultura materialna podlegała degradacji, gospodarka w poważnym stopniu opierała się na rabunku, ale także i handlu z Europejczykami. Wpływy chrystianizmu sięgały dworu, a nawet samego Inki i skutecznie konkurowały z tradycyjnymi wierzeniami.
Najważniejszym i najtrwalszym efektem istnienia tego państwa było jego znaczenie ideologiczne, i to zarówno dla ówczesnych, jak i dla następnych pokoleń Indian, które z tradycji walki wyzwoleńczej czerpały swą siłę. Jednak późniejsze indiańskie powstania, rebelie i ruchy o charakterze antyhiszpańskim nie posiadały już tak czysto natywistycznego programu, gdyż w większej mierze przyświecała im idea polepszenia własnej sytuacji społecznej i przejęcia lokalnej władzy, aniżeli reaktywowanie wzorów tubylczych .
Manco potrafił walczyć z Hiszpanami jak równy z równymi, był już bardzo blisko odzyskania imperium – lub przynajmniej znacznej jego części – i przywrócenia Peru dawnej świetności. Można śmiało powiedzieć, że gdyby mu się powiodło, historia Ameryki Łacińskiej potoczyłaby się inaczej...
Przeciwko Indianom jeden pies równy jest dziesięciu ludziom.
Krzysztof Kolumb
Wciągu niespełna czterech dekad od podboju w skutek europejskich chorób, na które Indianie nie byli uodpornieni, zmarła prawie połowa rdzennych Andyjczyków. Liczba śmiertelnych ofiar katorżniczej pracy lub nieludzkiego traktowania była równie przerażająca. Już w pierwszych latach XVI wieku cała Kastylia będzie mówić o okrutnych rozprawach z Indianami – z użyciem specjalnie przywożonych do Nowego Świata psów – nie tylko na Jamajce, lecz także na Hispanioli, Kubie, Małych Antylach i Wyspach Bahama. Pierwszy raz takiego tresowanego psa użył już Krzysztof Kolumb w jamajskiej zatoce Saint Ann’s 5 maja 1496 roku.
Kronikarz i żołnierz w jednej osobie, Pedro de Cieza de León, który przemierzał Amerykę Południową między 1540 a 1550 rokiem, donosił: „gdy przybyłem do Cartageny, widziałem Portugalczyka imieniem Roque Martin, który miał przed domem zawieszone ćwierci Indian przeznaczone do karmienia psów” . Ba! Ulubionym sportem, któremu właściciele ziemscy poświęcali zwykle poranne godziny, stały się łowy, zwane aperrear (od hiszpańskiego perro – pies), co potwierdza Bartolomé de Las Casas w swojej wstrząsającej Krótkiej relacji o wyniszczeniu Indian:.
W tym królestwie czy też innej krainie Nowej Hiszpanii pewien Hiszpan poszedł z psami polować na jelenie czy też na króliki. Pewnego dnia, gdy nie znalazł zwierzyny, wydało mu się, że psy były głodne. Odbiera więc maleńkie dziecko matce i nożem odrzyna po kawałku ręce i nogi dając każdemu z psów jego część, a gdy zjadły, rzuca na ziemię całe ciało dla wszystkich razem. Proszę zauważyć, jak wielka jest nieczułość Hiszpanów na tamtych ziemiach, do jakiego Bóg dopuścił zwyrodnienia i w jakim poszanowaniu mają oni owe ludy stworzone na podobieństwo Boga i odkupione Jego krwią. Ale dalej zobaczymy jeszcze gorsze rzeczy.
(...) Hiszpanie prowadzą ze sobą w podróży zakutych w łańcuchy Indian przeznaczonych na pożywienie dla psów, tak jakby prowadzili stada świń, i zabijają ich urządzając publiczne jatki mięsa ludzkiego, mówiąc jeden do drugiego: „Pożycz mi ćwiartkę jednego z tych łobuzów, żebym mógł nakarmić moje psy, póki nie zabiję drugiego” – jak gdyby pożyczali sobie ćwiartki wieprzowiny czy baraniny. Inni rano wychodzą z psami na polowanie, a gdy wracają na obiad, zapytani, jak się udało, odpowiadają: „Dobrze, bo zaszczułem psami na śmierć piętnastu czy dwudziestu łobuzów” .
W innym miejscu zakonnik podawał, że jego rodacy używali przeciwko tubylcom psów, które „skakały im do szyi z straszliwym wyciem, dusiły ich najprzód, a obaliwszy na ziemię rozszarpywały na sztuki (...) Widziano tak dalece nieludzkich Hiszpanów, iż wygłodniałym psom swoim dzieci małe do pożarcia dawali, które psy, ująwszy za dwie nogi te dzieci, rozrywały one na ćwierci” .
Nierzadko po walkach jednego plemienia z drugim konkwistadorzy, nie dysponując większymi zapasami żywności, polecali zwycięzcom... zjadać zwyciężonych. Najmniejszy sprzeciw ze strony Indian powodował masową egzekucję: wieszano wówczas trzynastu zbuntowanych autochtonów na cześć – jak twierdzili chrześcijanie – Chrystusa i dwunastu apostołów. Naocznym świadkiem pewnego zdarzenia, które dało asumpt do odnotowania poniższych słów, był Włoch Girolamo Benzoni. Nakład jego dzieła Historia del Nuovo Mondo z 1565 roku ponoć miał być niszczony przez Hiszpanów wszędzie, gdzie sięgała ich władza. Mimo to zdobyło ono czytelników, a to dzięki dość wczesnym przekładom na łacinę i języki: niemiecki, francuski, holenderski i angielski. Oto, co miał do przekazania:
Podczas gdy przebywaliśmy w tym miejscu, przyjechał kapitan Pietro di Galice wraz z ponad czterema tysiącami niewolników; co prawda schwytał ich o wiele więcej, ale zginęli podczas podróży nie tyle z niedostatku żywności, z trudów i z cierpień, ile z wielkiego bólu, że opuścili ojczyznę, ojców, matki i dzieci. A gdy niektórzy nie mogli iść dalej, Hiszpanie wbijali im szpady w boki i w piersi zabijając ich, aby nie zostali w tyle i nie walczyli przeciwko nim. Pochód tych nieszczęsnych istot, nagich, zmęczonych, okaleczonych, zmorzonych głodem, chorych, stanowił bardzo żałosny widok.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
