24,99 zł
Oparta na faktach opowieść o historii 16 ton złota, które przemierzyło wiele kilometrów i przeszło przez wiele rąk. W XIX-wieku z podziemi jezuickiego kościoła w Pisco skradziono złoto. Jak się okazało, był to okup, który czterysta lat wcześniej zapłacono za inkaskiego wodza Atahualpę. Złoto trafiło w ręce hiszpańskich konkwistadorów pod wodzą Francisco Pizarra, a później znalazło się w posiadaniu Jezuitów. Jak do tego doszło? I w jaki sposób czterech śmiałków zdołało wykraść skarb? I co najważniejsze, gdzie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 482
Jarosław Molenda
Saga
Klątwa złota jezuitów
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2013, 2021 Jarosław Molenda i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788726832495
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Monice i Gordonowi dedykuję, bez pomocy których książka ta nigdy by nie powstała.
N ie wszystko w tej historii jest prawdą. Ze względu na szczupłość autentycznych przekazów oraz fakt, że książka mierzy się z fenomenem, jakim jest tajemnica otaczająca istnienie i położenie pewnego niezwykłego skarbu, pozwoliłem sobie na pewną kreatywność przy tworzeniu dialogów i relacjonowaniu wybranych wydarzeń. Przyznaję, że kosztowało mnie to więcej wysiłku, niż gdyby przyszło mi jedynie kronikarsko prezentować fakty, ponieważ zgodnie ze stwierdzeniem znakomitego autora powieści sensacyjnych Toma Clancy’ego, zapytanego o różnicę między fikcją a rzeczywistością: „Fikcja musi mieć sens”.
Życie bowiem pisze najlepsze scenariusze, czego dowodem niech będą roszczenia Peruwiańskiego Stowarzyszenia Konsumentów i Użytkowników (ASPEC), które twierdzi, że Peru powinno domagać się skarbu złożonego ze złota i srebra o wartości około pięciuset milionów dolarów, jaki amerykańska firma Odyssey Marine Exploration wydobyła w maju 2007 roku z hiszpańskiego statku zatopionego u wybrzeża Hiszpanii. Chodzi tutaj o galeon „Nuestra Señora de las Mercedes y las Animas”, a skarb, o którym mowa liczył siedemnaście ton złotych i srebrnych monet wybitych w Limie, z minerału wydobytego w kopalniach znajdujących się na terenie dzisiejszego Peru.
Obecnie skarb ów jest przedmiotem sporu sądowego pomiędzy wspomnianą firmą i rządem Hiszpanii. Przewodniczący ASPEC, Jaime Delgado, potwierdził, że jego organizacja już skierowała formalną prośbę do rządu Peru, aby ten również się rozpoczął starania o zwrot skarbu. Jednocześnie minister kultury Hiszpanii, Cesar Antonio Molina, twierdzi, że statek płynął pod flagą Hiszpanii, a Peru w tamtym czasie było przecież teryrtorium hiszpańskim. ASPEC, przyjmując ten argument, twierdzi jednak, że jeśli dowiedzione zostanie, iż monety zostały wybite w Peru, wówczas obok międzynarodowej ugody pozostanie jeszcze kwestia moralności.
Tworząc niniejszą fabularyzowaną relację, posłużyłem się zabiegiem przypominającym nieco ten zastosowany przez Josepha Conrada w powieści Nostromo. Akcja opowiedzianej w niej historii toczy się w wymyślonym – lecz typowym dla Ameryki Południowej – kraju, Costaguanie. Conrad przyznał, że wpadł na pomysł napisania tej powieści, kiedy to przypadkiem natknął się „na całkowicie podobną rzecz w wytartym woluminie, znalezionym na zewnątrz sklepu z używanymi książkami. Były to dzieje życia amerykańskiego żeglarza, napisane przez niego samego” .
Literaccy detektywi zdołali wytropić tę książkę. Okazała się nią On Many Seas: Th e Life and Exploits of a Yankee Sailor Fredericka Bentona Williamsa (pseudonim Herberta Elliota Hamblena), wydana w 1897 roku. Conrad korzystał również z wielu innych źródeł i tworząc fikcję w fikcji, nie omieszkał najzwyczajniej oszukać swego czytelnika. Powiada on we wstępie bowiem, że przebywał w Ameryce Łacińskiej przez około dwa lata, i że oparł się w pisaniu historii Costaguany na manuskrypcie pod tytułem History of Fift y Years of Misrule, rzekomo napisanej przez jednego z bohaterów, Don José Avallanosa.
Na historię, którą opowiadam w niniejszej książce, a więc opowieść o skarbie jezuitów, zrabowanym w połowie XIX wieku z kościoła w Pisco i ukrytym na jednym z tropikalnych atoli Tuamotu, natknąłem się po raz pierwszy ponad dziesięć lat temu w trakcie lektury Skarbów na dnie mórz Aleksandra Grobickiego. Kilka lat później dosłownie jednostronicowa wzmianka na temat czternastotonowego ładunku złota, który padł łupem międzynarodowej bandy watażków, poczyniona przez Davida Hatchera Childressa na kartach książki Zaginione miasta Lemurii i wysp Pacyfiku, przypomniała mi o tej historii. Fakty i daty różniły się jednak znacznie w obu relacjach, a owe rozbieżności zaintrygowały mnie do tego stopnia, że przez prawie pięć lat poszukiwałem dokładniejszych informacji.
Zależało mi przede wszystkim na dotarciu do wspomnień ostatniego z poszukiwaczy skarbu – George’a Hamiltona, który, jak dotarłem, zawarł je w Th e Treasure of the Tuamotus. Książka ta, wydana pod koniec lat trzydziestych ubiegłego stulecia, była jednak ze względu na niewielki nakład właściwie nieosiągalna. Przez wiele lat próbowałem dotrzec do niej poprzez portale internetowe, przekopywałem się przez internetowe księgarnie na całym świecie. Jeśli już jednak natknąłem się na jakiś jej ślad, była to z reguły adnotacja: currently unavailable, czyli „aktualnie pozycja niedostępna”.
Rozsyłałem wici do znajomych na wszystkich niemal kontynentach, podczas swych podróży pytałem o nią w antykwariatach od Limy przez Mexico City na Bangkoku kończąc – bez rezultatu. Niewielu słyszało o skarbie z Tuamotu czy George’u Hamiltonie. W końcu, w najmniej oczekiwanym momencie odezwała się moja kuzynka Monika, którą koleje losu rzuciły do Londynu. To właśnie ona i jej towarzysz życia, Gordon, wygrzebali w jednej z tamtejszych jakiejś bibliotek poszukiwaną przeze mnie tak długo pozycję. Bez ich zaangażowania nigdy nie napisałbym Klątwy złota jezuitów, za co składam im w tym miejscu wyrazy ogromnej wdzięczności.
Źródła faktograficzne Josepha Conrada udało się wyśledzić w Seven Eventful Years in Paraguay George’a Fredericka Mastermana. Inne zapożyczenia pochodzą z książki Edwarda B. Eastwicka Venezuela, a folklor został zaczerpnięty z prac R. B. Cunninghame’a Grahama, który intensywnie podróżował po Ameryce Środkowej i Południowej. Oszustwo, jakiego dopuszcza się Conrad, jest, podobnie jak w mojej opowieści – pewną konwencją literacką. Stosuję ten zabieg w przeciwieństwie na przykład do Isabel Allende, wspominającej w jednym z wywiadów, że swoje powieści umieszcza zazwyczaj w nieistniejącym, nienazwanym kraju, aby uniknąć konieczności potwierdzania faktów i precyzji w szczegółach historycznych.
W przypadku mojej opowieści nie istnieje potrzeba przeprowadzania śledztwa, by odnaleźć źródła, które mnie inspirowały. Sam je bowiem wymieniam i cytuję. W przypadku gdy do opisu miejsc odwiedzanych przez moich bohaterów nie starczało mi własnych wspomnień lub już nieco one przyblakły, a zwłaszcza ze względu na chęć zachowania realiów epoki, posiłkowałem się relacjami polskich podróżników, szczególnie tych, którzy mieli okazję przebywać tam w czasie zbliżonym do moich personae dramatis.
Wymienię tu przede wszystkim dziennik Ignacego Domeyki, który spędził w Ameryce Południowej wiele lat, a także książki Mieczysława Lepeckiego. Równie pomocne były spostrzeżenia profesora etnografii Aleksandra Lecha Godlewskiego, który przemierzał polinezyjskie archipelagi tuż przed wybuchem II wojny światowej oraz późniejsze nieocenione relacje z pobytu w tym regionie Wojciecha Dworczyka. Natomiast w realia Australii połowy XIX wieku wprowadziły mnie dzienniki Seweryna Korzelińskiego oraz Pawła Edmunda Strzeleckiego, a cenne spostrzeżenia na temat tego kontynentu na początku zeszłego stulecia zawdzięczam „szalejącemu reporterowi” Egonowi Kischowi.
Jako uzupełnienie niniejszej opowieści proponuję Czytelnikowi zamieszczone w formie aneksów do głównej powieści trzy eseje historyczne. W pierwszym krótko przedstawiam historię Towarzystwa Jezusowego w Ameryce Południowej. Dzięki znajomości losów słynnej Republiki Jezuickiej, powstałej na ziemiach dzielonych obecnie pomiędzy Argentynę, Paragwaj i Brazylię, łatwiej zrozumieć, w jaki sposób mogły narodzić się historie o legendarnych wręcz bogactwach zakonu. Dwa kolejne szkice relacjonują dzieje poszukiwań innych słynnych skarbów, które albo miały analogiczny przebieg do mojej historii, albo podobny finał jak polowanie na złoto jezuitów zrabowane z sanktuarium w Pisco.
Charles Edward Howe, człowiek raczej mało towarzyski zamieszkiwał w budzie skleconej własnym sumptem w pobliżu Christchurch. Nic dziwnego zatem, że na próżno by szukać nazwiska jego samego czy też jego przodków wśród nazwisk pierwszych oficjalnych imigrantów, wygrawerowanych na tablicach na rogu głównego placu – Cathedral Square. Nazwa tego nowozelandzkiego miasta pochodzi od Christ Church – jednego z kolegiów Uniwersytetu w Oxfordzie, którego członkiem był jeden z założycieli miasta.
W roku 1843 na miejscu dzisiejszego Christchurch osiedliła się grupa kolonistów z hrabstwa Lanarkshire, wśród nich bracia Dean, którzy nazwali lokalną rzekę imieniem strumyka przepływającego przez ich rodzinną fermę w południowej Szkocji. Miasto w swoich początkach nie tworzyło się jako przypadkowe zbiorowisko domów – zaplanowano je jako anglikańską osadę, a nad realizacją tego planu czuwał wówczas młody torys o nad wyraz stosownym nazwisku: John Robert Godley.
Niechętny dziewiętnastowiecznemu egalitaryzmowi i industrializacji, miał ambicje stworzenia harmonijnego (według średniowiecznych kryteriów) tworu państwa i kościoła rządzonego przez dobre, światłe ziemiaństwo. Założył więc Stowarzyszenie Canterbury zrzeszające dwóch arcybiskupów, siedmiu biskupów, czternastu parów, czterech baronetów oraz szesnastu członków parlamentu.
Plan Godley’a zakładał na początek zbiórkę odpowiednich funduszy, a następnie zasiedlenie nowego angielskiego zakątka leżącego u podstaw Półwyspu Banksa, gdzie kilkadziesiąt lat wcześniej kapitan James Cook popełnił jeden ze swoich dwóch błędów, oznaczając to miejsce jako wyspę. O wyjazd ubiegać mogli się tylko kandydaci posiadający odpowiednie kwalifikacje. Żeby otrzymać pomoc przy przeprowadzce na drugą stronę świata, emigrant musiał bowiem przedstawić zaświadczenie wystawione przez swojego pastora stwierdzające, iż „jest trzeźwy, zaradny i uczciwy” oraz że „on i jego rodzina należą do najbardziej szanowanych w parafii”. Właśnie spośród takich ideałów rekrutowali się koloniści.
Rząd kolonii, pośrednicząc formalnie w transakcjach ziemią, wykorzystywał Maorysów bezwzględniej, niż czynili to sami osadnicy. Dramatyczne spory o ziemię przerodziły się w serię zaciętych wojen. Jest rzeczą stosunkowo mało znaną, że grupa bojowników wydawała wówczas własną gazetę w języku maoryskim, nawołującą do oporu, a nazwaną imieniem Te Hokioi, mitycznego ptaka, zwiastuna wojny. Ostatnie otwarte walki Maorysów z kolonistami zakończyły się w 1870 roku.
W samym Chrustchurch sprawy też przybrały jednak zły obrót. Wizje kościelnej utopii nie wytrzymały starcia z twardą rzeczywistością kolonialnego życia. Ożywienie anglikańskiego ducha było równie trudne w Nowym Świecie, jak wszędzie indziej, stąd rozwój Christchurch stał się mniej uporządkowany i coraz bardziej odbiegał od idealnego wzorca, w który idealnie wpasowywała się tylko postać Charlesa Howe’a.
Był on mianowicie dobrze zbudowanym mężczyzną, średniego wzrostu. Miał świeżą cerę, stalowoszare oczy i ciemne, ale już pokryte lekką siwizną włosy. Ze względu na miejsce urodzenia był – jak każdy Kornwalijczyk – ciekawski i niejednemu przysporzył kłopotów. Niektórzy opisywali go jako osobnika małomównego, którego łatwo było zrazić do siebie, a co za tym idzie – łatwo popadającego w irytację. „Nie był jednak człowiekiem o złym charakterze w potocznym tego słowa znaczeniu, choć nieco gwałtownej i popędliwej natury, zwłaszcza kiedy wpadał w gniew” – zastrzegała osoba z najbliższego otoczenia. „Jego najbardziej charakterystyczną cechą była zawziętość godna buldoga – stwierdzał jeden z bliskich przyjaciół. – Jeśli bowiem się czegoś uczepił, nawet tylko w myślach, nie zrezygnował, póki nie osiągnął swojego celu”. Późniejsze opowiedziane w tej książce wypadki będą tego doskonałym potwierdzeniem.
A wszystko zaczęło się pewnego wieczora, gdy w trakcie przygotowywania kolacji usłyszał pukanie do drzwi. Znieruchomiał zaskoczony – nie spodziewał się gości. Pukanie powtórzyło się. Howe chwycił rewolwer, który znajdował się zawsze pod ręką załadowany i gotowy do użycia, ponieważ okolica nie należała do najspokojniejszych. Odbezpieczył broń i gwałtownym ruchem otworzył drzwi, odsuwając się jednocześnie na bok, aby uniknąć ewentualnego ataku intruza.
Jakże się zdziwił, gdy w drzwiach ujrzał niepozornego staruszka o pomarszczonym obliczu, z którego strony największym zagrożeniem wydawała się być co najwyżej jego krzaczasta i zaniedbana broda, na widok której Howe musiał ukryć rozbawienie równie starannie jak królowa Anglii Elżbieta I swój romans z hrabią Essex. Ponieważ na zewnątrz padał deszcz, a wiatr wiał taki, że zerwałby psa z łańcucha, gość ten wyglądem przypominał zmokłą kurę.
– Witam – przywitał się grzecznie. – Chciałem się zapytać, jak daleko stąd do najbliższego miasta?
– Będzie z dziesięć kilometrów – odpowiedział równie uprzejmie gospodarz.
– O! – Wędrowiec oczekiwał chyba lepszej wiadomości, po chwili więc zapytał: – Mógłbym tu chociaż przeczekać ulewę?
Howe rozpoznał irlandzki akcent, co spowodowało, że spojrzał teraz na swojego gościa nieco cieplej, choć bez większego entuzjazmu. Zdecydował się jednak przyjąć rodaka pod swój dach, a ponieważ wszystko wskazywało na to, że już od dawna nie oglądał on mydła, wygrzebał swoje stare łachy, które może nie wyglądały wiele lepiej, ale były przynajmniej suche i czyste. W świetle lampy skonstatował zarazem, że staruszek nie jest wcale tak niepozorny, jak mu się na pierwszy rzut oka wydawało, ale za to jeszcze brudniejszy.
– Tam jest miska, a obok wiadro z czystą wodą. – Wskazał mu miejsce, gdzie ten mógł doprowadzić się do porządku, a sam zajął się przygotowaniem kolacji.
W trakcie rozmowy okazało się, że gość z Zielonej Wyspy spędził dwadzieścia lat w więzieniu za morderstwo.
– Mój kompan zmarł w celi, ale mnie udało się przeżyć – wyznał bez skrępowania.
– Można zapytać o pana nazwisko?
– Jego pierwsza sylaba to nomen omen... „kill” – odpowiedział żartem staruszek.
Gdy deszcz przestał padać, Howe z pewną ulgą pożegnał krajana i zapomniał o całym zdarzeniu. Kilka tygodni później otrzymał jednak wiadomość z żeńskiego klasztoru w Christchurch, że przebywający tam starzec, złożony poważną chorobą, domaga się jego wizyty. Jedyny starzec, jaki mu przychodził do głowy nosił miano Japonica Jack. Był opojem i notorycznym naciągaczem. Dlatego Howe ani myślał ruszać się z miejsca, ale tydzień później otrzymał list od zakonnicy, w którym donosiła, że pacjent nazwiskiem Killorain nalega na jego przyjazd, a i ona przyłącza się do jego prośby, gdyż ów człowiek pomimo poważnej choroby ma dość sił, by skutecznie dezorganizować życie całego oddziału szpitalnego. Ponieważ Howe miał swoje sprawy do załatwienia w mieście, postanowił upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, udając się następnego ranka do Christchurch.
Na miejscu jego oczom ukazał się jak zwykle szereg domków z płowego kamienia zwieńczonych długimi kominami. W centrum miasta nad starannie utrzymanymi brzegami rzeczki Avon, gdzie pochylały się płaczące wierzby, imponujący widok przedstawiała kamienna katedra z gotyckimi łukami. Kiedy z kamiennego budynku jakiejś szkoły, czy może internatu, wysypał się na ulicę tłumek pensjonarek z herbami wyszywanymi na kieszeniach granatowych mundurków i w granatowych kapelusikach na głowach – nie przygotowany przybysz mógłby odczuć nieprzepartą ochotę uszczypnięcia się w policzek. Czyżby odbył podróż w czasie?
Niestety był to jeden z tych dni, kiedy człowiekowi nic się nie udaje i nawet wiewiórki zapominają, gdzie schowały wykradzione orzechy. Interesy zajęły mu więcej czasu niż zakładał, dlatego postanowił przenocować w miejscowym hotelu. Jakież było jego zdziwienie i niezadowolenie, gdy około północy zawiadomiono go, że chce z nim rozmawiać ksiądz.
– Mister Killorain jest umierający i jeśli chcesz go, mój synu, jeszcze ujrzeć żywego, musisz się pośpieszyć – poinformował kapłan.
– To nazwisko nic mi nie mówi – zaprotestował Howe, tym bardziej, że późna pora nie nastrajała do spaceru.
– Ale on ciebie zna i bardzo nalega na spotkanie.
W końcu jednak, ponieważ osobie duchownej się nie odmawia, Howe uległ namowom księdza. Dopiero przy łożu konającego rozpoznał w nim dziwnego trampa z owej deszczowej nocy. Ten, gdy zostali już sami, polecił mu wyciągnąć spod łóżka kurtkę, niedawną własność Howe’a.
– O, znam ten łach – zaśmiał się.
– Rozetnij nożem prawy rękaw – rozkazał tymczasem staruszek.
Howe ze zdumieniem uniósł brwi, ale wykonał polecenie.
Klątwa złota jezuitów
– I co teraz?
– Jest tam schowana mapa pewnej wyspy, wyciągnij ją.
Kornwalijczyk z trudem wygrzebał dokument z dokładnie oznaczonym miejscem, w którym prawdopodobnie coś ukryto. Spojrzał na mapę z nikłym uśmiechem i zapytał:
– Co mam z tym zrobić, kolego? To chyba nie jest mapa ukrytego skarbu?
– Najprawdziwszego – odparł z powagą schorowany Irlandczyk.
– Zakopanego tam przez starego pirata, który dał ci ten plan, gdy siedziałeś w pace? – Howe nie umiał ukryć kpiny w głosie.
– Pirat? W pewnym sensie tak, ale to ja nim byłem, a skarb ukryłem z pomocą kompanów, z których jeden naszkicował tę mapę – odpowiedział poważnie, ale widząc niewyraźną minę swojego gościa, Killorain zawołał: – Nie bądź cholernym głupkiem! Czy myślisz, że w momencie, gdy pozostały mi już tylko godziny życia, nie mam nic lepszego do roboty, tylko opowiadać ci farmazony? Nie próbuję też niczego ci sprzedać, ani niczego od ciebie nie oczekuję. To mój rewanż za to, że onegdaj potraktowałeś mnie jak człowieka, podczas gdy inni obeszli się ze mną niczym z bezpańskim psem. Dlatego oferuję ci możliwość zostania bogaczem, ponieważ ten skarb naprawdę istnieje! Dotykałem go własnymi rękoma, więc wiem, co mówię. Liczy setki lat i jest tego czternaście ton sztab czystego złota, skrzynia pełna hiszpańskich dublonów, nie mówiąc o dwudziestu albo trzydziestu diamentowych naszyjnikach, złotych lichtarzach wysadzanych drogocennymi kamieniami, skrzyni nieoszlifowanych rubinów i wielu innych klejnotach. Ta mapa jest warta ze trzy miliony funtów! To wszystko jest twoje, jeśli tylko będziesz chciał się tam udać i zabrać to sobie. Jeśli zaś nie, to znaczy, że jesteś cholernym głupcem! Ale ty już zaczynasz mi wierzyć, prawda?
Nie wiadomo, czy dlatego, że Howe’a poruszyła przemowa konającego, czy też ze względu na bezdyskusyjną tezę, zgodnie z którą nie jest prawdą to, co jest nią w istocie, ale to, co zdołają nam wmówić, skinął jednak potwierdzająco głową.
– Opowiem ci zatem całą historię, byś wiedział na temat tego skarbu wszystko, co konieczne. Historia brzmi niewiarygodnie, ale wysłuchaj jej do końca...
K illorain przyszedł na świat w 1826 roku w hrabstwie Clare na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Wychowywał się w rodzinie o silnych tradycjach nacjonalistycznych. Z racji swojego temperamentu wkrótce zaczęło się robić wokół niego zbyt gorąco w kraju ojczystym. Udał się więc do Francji, ale i tam nie czuł się bezpiecznie, dlatego postanowił zaciągnąć się na okręt, co zawsze wydaje się dobrym sposobem na życie pełne przygód.
Dyscyplina nie była jego mocną stroną, dlatego często pakował się w kłopoty. Rzadko odbywał więcej niż jeden rejs na tym samym statku, a często nawet i tego jednego nie kończył w porcie przeznaczenia. Był niczym – by użyć polinezyjskiego określenia – rai rewa, mknące po niebie, białe, lekkie jak puch, przyniesione przez pasat obłoki, które rodzą się z morza i żeglują znad jednej wyspy ku drugiej. Jak twierdził Sverre Holmsen , szwedzki pisarz urodzony w Transwalu:
„rairewa płyną ku górom jak wielkie ptaki i są przez chwilę widoczne, by za moment zniknąć . Inne przyjdą na ich miejsce. Obłoki rairewa rozpływają się w łagodnym deszczu, spadają kaskadami z progów skalnych, podążają w dal strumieniem i rzeką ku morzom, a później wracają na skrzydłach wiatru – niekiedy następnego dnia, niekiedy za rok. Rai rewa to obłoki, które podróżują, nie spiesząc się i o których śpiewa się wiele pieśni”.
Ludzi podobnych do rairewa rodzi morze, żeglują od wyspy do wyspy. Bywają za pan brat z rzekami i lubią wędrować po zboczach gór. Żeglują z wiatrami hen daleko, gdzie zaledwie wzrok sięga, albo nawet na krańce tego świata. Czasami wracają nazajutrz, czasami dopiero po latach. Rairewa spotykają się i rozstają – na morzach i wśród palm. Wynurzają się nagle i znikają tak samo szybko jak białe obłoki przyniesione przez pasat.
Killorain po raz pierwszy zamustrował się licząc dziewiętnaście wiosen, pięć lat później miał już za sobą wizyty w niemal wszystkich ważniejszych portach świata: od Kapsztadu przez Aleksandrię po San Francisco. Po zejściu na ląd przez tydzień-dwa poznawał „uroki” każdego z miast.
Do znamiennego w skutki zdarzenia doszło w Szanghaju, gdzie spotkał niejakiego Artura Browna, a przynajmniej tak się ów Jankes przedstawiał. Ponoć zaledwie rok starszy od Killoraina, też był człowiekiem morza. Do ich poznania doszło w dość szczególnych okolicznościach. Killorain, nie mając specjalnie nic do roboty, spacerował ulicą w dzielnicy pełnej lokalnych herbaciarni, które stanowiły zwykłą przykrywkę dla domów schadzek. Biali mieszkańcy Szanghaju wykorzystywali pomieszczenia na tyłach budynków na tajne spotkania, najczęściej ze swoimi kochankami.
Ze zwyczajem tym wiąże się pewna zabawna anegdota, z dwoma znanymi urzędnikami brytyjskimi w rolach głównych. Pierwszy z nich był już zasiedziałym rezydentem, drugi przybył na placówkę stosunkowo niedawno. Natknąwszy się na siebie przypadkiem, rozpoznali się jako dawni koledzy z ławy szkolnej.
– Musimy to uczcić drinkiem – oświadczył stary wyga i poprowadził kompana do jednej z herbaciarni. Jednak w progu przybytku zawrócił gwałtownie, blednąc na twarzy. Drugi, zdziwiony zachowaniem druha, zajrzał do środka i również wycofał się w popłochu.
– Do licha! – wykrzyknął pierwszy. – Nie możemy wejść do środka, moja żona pije tam herbatę z moją nową kochanką!
Na takie dictum jego kolega rzucił mu zszokowane spojrzenie, po czym mruknął:
– Taaak? To zabawne, właśnie miałem powiedzieć to samo...
Trudno powiedzieć, czy anegdotka jest prawdziwa, ale spotkanie Killoraina z Brownem miało rzeczywiście miejsce. Irlandczyk spostrzegł Jankesa wychodzącego z herbaciarni, a potem z lekkim zdziwieniem obserwował, jak ten stanął w rynsztoku, kołysząc się na piętach i trzymając jedną ręką za czoło. Miał piaskowe włosy i piegowatą twarz.
– Wszystkie baby to diabelski pomiot – wymruczał.
Killorain przechodzący koło niego zatrzymał się na dźwięk angielskiej mowy.
– Święta prawda, przyjacielu – zagaił.
Jankes podniósł głowę, powiódł wzrokiem dookoła, po czym zatrzymał spojrzenie na wypowiadającym powyższe słowa.
– Jeśli kpisz sobie ze mnie, możesz tego zaraz pożałować – ostrzegł.
– Chciałem wyrazić współczucie, nie zirytować cię.
– Paddy, co? – zapytał retorycznie, używając gwarowej nazwy mieszkańca wyspy Świętego Patryka. – To prawie tak jak ja, bo we mnie też płynie trochę irlandzkiej krwi. Co powiesz na drinka, kolego, bo poznaję po ubiorze, że też jesteś żeglarzem?
– Niezła myśl.
– Znam fajny lokalik – powiedział, po czym nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę portu. Jednak już po kilku krokach zatrzymał się i wyznał z rozbrajającym uśmiechem:
– Szkopuł w tym, że pewna chińska lady oskubała mnie do gołej skóry.
– Następnym razem ty postawisz. Mam co nieco. Wprawdzie oszczędzałem na czarną godzinę, ale taka okazja wymaga poświęcenia – roześmiał się Irlandczyk z beztroską typową dla młodzieńców w jego wieku.
Spotkanie Europejczyka wśród Azjatów i możliwość rozmowy o rodzinnych stronach pokonała zdrowy rozsądek. Dwa wilczki morskie natychmiast znalazły wspólny język przy kieliszku. Gdy Killorainowi skończyła się gotówka, Brown zniknął na godzinę, by w tym czasie napaść i obrabować jakiegoś Anglika, co nie było jego pierwszym tego rodzaju przestępstwem. Urodził się w purytańskiej rodzinie z Nowej Anglii, lecz szybko wpędził pewną dziewczynę w tarapaty, po czym zwiał w te pędy, mając policję na karku. Obaj doszli do wniosku, że co dwie głowy, to nie jedna, a co cztery pięści, to nie dwie.
– Musimy jednak zmienić szanghajski klimat – stwierdził Jankes. – Ofiara mogła mnie zapamiętać i przekazać rysopis policji.
– Zamustrujemy się na byle jaki statek, a gdyby warunki nam nie odpowiadały, zawsze możemy ulotnić się w pierwszym porcie, do jakiego zawiniemy – zaproponował Killorain.
W trakcie tych ustaleń dosiadło się do nich dwóch żeglarzy. Jeden z nich był Hiszpanem, na co wskazywało już samo jego nazwisko: Diego Alvarez, choć on sam utrzymywał, że jest obywatelem świata. Killorain powinien wyczuć kłopoty, gdy tylko rzucił okiem na tego hombre, a poczuł jedynie smażoną fasolę. Hiszpan miał cienki, długi nos, który – wcześniej złamany – zrósł się nieprawidłowo. Z jego oblicza spoglądały ciemnobrązowe oczy, które nie dość, że były zbyt blisko siebie osadzone, to w dodatku jedno z nich lekko zezowało. Przez twarz Hiszpana na skos od lewego ucha przez wąskie usta biegła blizna, która nadawała jej właścicielowi wyraz najnikczemniejszej gęby pod słońcem. Zdawało się, że reprezentował typ człowieka, który nawet własnej matce ukradłby sztuczne zęby.
Jego gadatliwy nad wyraz kompan nazwiskiem Barrett też popisywał się wiedzą o wszystkich możliwych krajach, niby jakaś chodząca encyklopedia, o co trudno go było podejrzewać na podstawie jego powierzchowności. Długi i chudy, miał twarz nieco otwartą, i nie tyle ona, ile ciemne iskrzące oczy zwiastowały niekiepski rozum. Dziurawy kapelusz okrywał włosy długie, usiłujące skręcać się nieco w pukle, opadające na zaniedbane odzienie marynarskie. Był Anglikiem, co potwierdzała wytatuowana gwiazda w zagłębieniu dłoni, między kciukiem a palcem wskazującym. Tak zwykli tatuować się brytyjscy marynarze, a zwyczaj ten przetrwał w niektórych portach do dziś. Pierwotnie tatuaż ten wyrażał prośbę do Wenery, bogini morza i Jupitera, boga atmosfery, o zapewnienie żeglarzowi bezpiecznego powrotu na ląd, jako że gwiazda jest symbolem nadziei, ale także przewodnikiem.
Nie było żadnych wątpliwości, że w tej parze pierwsze skrzypce gra Iberyjczyk, zwłaszcza że można było się przekonać, iż jest lepiej wykształcony niż przeciętny majtek. Spotkanie marynarskiej braci tego rodzaju nie jest niczym niezwykłym w żadnym porcie świata nawet w dzisiejszych czasach. Równie często kończy się też w podobny sposób jak i w tym przypadku: Killorain i Brown, zamroczeni ilością wypitych trunków, po jakimś czasie stracili świadomość.
Gdy Irlandczyk ocknął się wreszcie, skonstatował, że jest na statku, i to statku znajdującym się na morzu. Z poprzedniego wieczoru przypominał sobie jedynie, że Alvarez uderzył go dwa razy, i że po jego ciosach całkowicie stracił przytomność. W międzyczasie musiał przebudzić się także Brown, bo z jego strony dobiegać zaczęły odgłosy godne duszy potępionej. O ilości alkoholu, jaki wczoraj pochłonęli, świadczył ciągnący się od niego oddech – tak nieświeży, że szpaki pospadałyby z drzew jak przejrzałe czereśnie, gdyby tylko na nie go skierował. Kolejnym faktem, jaki dotarł do świadomości Killoraina, było zniknięcie zawartości jego kieszeni, w których ostał się jedynie składany nóż, kawałek sznurka i parę mniej wartościowych drobiazgów. Cwany Irlandczyk miał jednak w butach schowane na czarną godzinę dziesięć dolarów, w banknotach po pięć w każdym z trzewików. Z westchnieniem ulgi przyjął fakt, że te nie zniknęły. Pieniądze – nie buty, choć i to się często zdarzało. Nie zniknęły niestety również kłopoty, które pojawiły się wraz z nadejściem Alvareza. Ten zaklął na dzień dobry:
– Por las entrañas de Dios! – Jak każdy bowiem świątobliwy Hiszpan lubił przekleństwa typu anatomiczno-religijnego.
Następnie Killorain i Brown otrzymali ciosy i kopniaki, które obu doprowadziły do wymiotów. Musieli teraz wysłuchać perory swojego nowego bosmana zwieńczonej litościwym objaśnieniem im ich położenia:
– Nie znaleźliście się na pokładzie w celu odbycia rejsu wycieczkowego, lecz aby ciężko pracować! Jeśli będziecie się dobrze spisywać, to może ujrzycie jeszcze stały ląd, w innym przypadku pójdziecie na dno z kamieniem uwiązanym do szyi!
Nic dziwnego, że dezercja była jedną z plag ówczesnej marynarki. Werbowano marynarzy skąd się tylko dało, podstępem zwabiano na statki, nie gardzono przymusowymi łapankami we własnej flocie. W czasie panowania wielkiego króla Ludwika XIV, list pisany przez jakiegoś uprzejmego oficera, zajmującego się werbunkiem rekruta w głębi Francji, i adresowany do władz marynarki jednego z portów francuskich, brzmiał jak następuje:
„Wielmożny Panie!
Niniejszym przesyłam Mu stu ochotników, których Mu przyobiecałem. Jeżeli Pan zechce otrzymać jeszcze stu ludzi, mogę ich Panu dostarczyć, proszę jednak uprzejmie o przysłanie mi z powrotem kajdanków” ..
Ledwie statek handlowy wrócił po długiej nieobecności do macierzystego portu, a już dybali nań zawodowi łapacze. Rejsy trwały nieraz całymi latami, marynarze pływali w najbardziej prymitywnych warunkach. Kiepskie jadło, szkorbut, straszna ciasnota w pomieszczeniach załogi, rzadkie przepustki na ląd, rejsy w nieznane – wszystko to odstraszało ludzi od zaciągu na żaglowce, gdzie załogę różnego autoramentu obowiązywała surowa dyscyplina i ślepe posłuszeństwo wobec kapitana. Był on bowiem panem życia i śmierci dla podległych sobie marynarzy dopóty, dopóki się nie zbuntowali. Wówczas role się odwracały i kapitan zawisał na najwyższej rei albo, w najlepszym przypadku, wylatywał za burtę. Tylko ludzie o wyjątkowo silnym charakterze dobrowolnie godzili się na służbę na okrętach, gdzie sześć uderzeń dziewięcioramiennym biczem zaopatrzonym w wielkie supły zdzierało całkowicie skórę z pleców. A przecież trzy tuziny smagnięć marynarskim „kotem” były – choćby w angielskiej flocie – karą powszechną. Z tego właśnie powodu nieraz dochodziło do wybuchów niezadowolenia na pokładzie. Jednym z najsłynniejszych przykładów jest incydent na „Bounty”, wywołany trudnymi warunkami służby – wśród zbuntowanych znajdowało się czternastu najciężej pracujących marynarzy. I trudno się dziwić, gdy zapoznać się z poniższą perorą osławionego kapitana Williama Bligha skierowaną do porucznika Fletchera Christiana:
– Ten okręt jest brudny, widzi pan? Tu i tu i tu! Pan już zwolnił ludzi, podczas gdy pokład lepi się od brudu! Widzi pan?
– Widzę tylko pana palec, sir – odpowiedział jeszcze ze spokojem jego oficer, choć do wybuchu słynnego buntu pozostało już niewiele godzin, a jeszcze mniej cierpliwości załogi.
– To hańba! Radziłbym wezwać ludzi i tym razem zrobić wszystko tak, jak należy. Nie chcę brudu na moim okręcie. Zrozumiano? Proszę znów wezwać ludzi do mycia i tym razem dopilnować, żeby pokład lśnił, albo pociągnę pana do odpowiedzialności. Mój okręt to nie tubylcza chata. Zrozumiano? Świnie w chlewie mają lepsze pojęcie o czystości niż wy! Wyszorujcie ten pokład albo każę wam go wymyć jęzorami!
Nie bez kozery w osiemnastowiecznych dokach portowych krążyło powiedzenie: „Ci, którzy dla przyjemności idą na morze, dla rozrywki poszliby do piekła”.
Podczas długiej podróży Jamesa Cooka po Oceanie Spokojnym do worka z dyscypliną sięgano z przygnębiającą regularnością. Pewnego dnia wychłostano aż trzech ludzi, w tym jednego za to, że „nie wywiązał się z obowiązku wychłostania pozostałych dwóch”. Do końca podróży Cook zdążył wychłostać co piątego członka załogi, co było przeciętnym wynikiem jak na osiemnastowieczną podróż.
– Jezu! – stęknął z rezygnacją Brown na widok brygu o imieniu „Słodka Alicja”, który został nowym „domem” Killoraina oraz jego własnym. – Już sam jego wygląd musi zniechęcać do myśli o zamustrowaniu się na jego pokład.
– Ta łajba jest tak brudna i cuchnąca, że aż nie wiadomo, w jaki sposób morze potrafi odnaleźć kil – wtórował mu kompan w niedoli.
– I w ogóle zorientować się, że jest to statek, a nie jakiś śmieć lub odbicie światła.
Wreszcie sam pokład, któremu w tej chwili przyglądał się Killorain, niczego nie widząc ani nie rozumiejąc, pokład wypełniony bezładnie rzuconymi sprzętami. Na ożaglowanie brygu – zbudowanego w Nowej Anglii, ale z portem macierzystym w Nowym Jorku – składał się bomkliwer, kliwer, sztaksel foka, bezan i bombramżagle powyżej marseli, przez co wydawał się niezwykłą jednostką. Z pewnością został tak skonstruowany, aby płynąć jak najszybciej, lecz jego nietypowy takielunek i omasztowanie wywoływało wrażenie, że w każdej chwili miałby się wywrócić do góry dnem. Żaglowiec był w dodatku konstrukcją starą i nie w pełni wyposażoną. „Słodka Alicja” nie zasługiwała wprawdzie na miano statku piekielnego, ale była z pewnością tego określenia bliska. Pod pokładem znajdowała się istna kopalnia brudu, a zardzewiałe zęzy zamieszkiwały wszystkie chyba gryzące i tnące insekty świata.
Kapitan był – jak to się często, acz niezbyt elegancko, mówi – makaroniarzem. Pierwszy mat był dobrym marynarzem, ale człowiekiem o słabym charakterze. Drugi zaś był niezdarnym, ale brutalnym chłopiskiem, co klasyfikowało go tylko nieznacznie powyżej półgłówka. Stary kapitan przez cały rejs za wyjątkiem jednego dnia był pijany i rzadko widywany, przez co na statku rządziło zło wcielone pod postacią Alvareza, który do tego stopnia terroryzował ludzi, że na pokładzie nie znalazłby się ani jeden człowiek, nie noszący dowodów jego „uwagi”.
Po zawinięciu do Szanghaju trzem szczęściarzom udało się zniknąć po angielsku. Z tego właśnie powodu na krótko przed wypłynięciem Alvarez wyprawił się na ląd w celu uzupełnienia załogi. Wtedy to w jego sidła wpadł Killorain, który wkrótce stał się „ulubieńcem” bosmana. Rejs był monotonny niczym piosenka country, ponieważ ze względu na przeciwne, niesprzyjające wiatry statek posuwał się bardzo wolno, w przeciwieństwie do nienawiści, która narastała w Irlandczyku w szybkim tempie. Już nie chciał wyłącznie oddać Alvarezowi, pragnął jego śmierci. Czekał tylko na sposobność. A ta nadarzyła się pewnej nocy, gdy zaległa mgła tak gęsta, że nic nie było widać na wyciągnięcie ręki. Gdy ucichł już dzwon okrętowy wybijający cztery szklanki, co oznaczało dziesiątą wieczór, do uszu Killoraina doszedł nieznaczny szmer. Kiedy się odwrócił, zamarł niczym koala na eukaliptusie. Dojrzał bowiem opartego o burtę i zatopionego w myślach Alvareza, który palił spokojnie cygaro. Jednak próba zamachu nie powiodła się, gdyż jakiś szósty zmysł ostrzegł bosmana. Dla Killoraina sprawa zakończyła się kontuzją ramienia i obolałą grdyką, ponieważ Hiszpan mało go nie udusił.
– Życie ci niemiłe?! – syknął, wtapiając swoje stalowe spojrzenie w oczy niedoszłego zamachowca.
Mimo wszystko od tego momentu Alvarez zostawił go w spokoju. Początkowo skierował swoje zainteresowanie w stronę niepozornego chłopczyny również „zwerbowanego” w Szanghaju. Coś mu w nim nie grało, ale na szczęście dla niego, a właściwie dla niej, nie zorientował się w czym rzecz, mimo że często żartował z niego:
– Refujesz żagle gorzej od baby! – co było dość niesprawiedliwym dla słabszej płci osądem.
Historia odnotowuje bowiem wiele przypadków, kiedy to na morze wyruszały kobiety. W tamtych czasach większość kobiet pochodzących z klasy robotniczej była przyzwyczajona do ciężkiego życia, długotrwałej pracy i wysiłku fizycznego. Jeżeli więc kobieta była wystarczająco silna i sprawna, większość prac wykonywanych przez marynarzy nie przekraczała jej możliwości, tyle że życie pod pokładem oznaczało ciągłą wilgoć, brak światła, wszechobecny zapach smoły, brudnej wody i niemytych ciał.
Jedną z głównych przyczyn, dla których tak łatwo udawało się kobietom ukrywać przed mężczyznami swą płeć, było to, że zazwyczaj wyglądały jak dorastający chłopcy. Każdy statek, zarówno handlowy, jak i wojenny, miał na pokładzie chłopców okrętowych. Niektórzy mieli zaledwie po 9-10 lat, a większość z nich było nastolatkami. Marynarka chętnie angażowała chłopców, szybkich i zwinnych na rejach, bo już w młodym wieku mogli uczyć się skomplikowanych zasad nawigacji i żeglarstwa.
Strój żeglarza idealnie nadawał się do tego, by ukryć kobiece kształty. Składał się z luźniej koszuli i kamizelki lub kubraka, workowatych spodni lub bryczesów, które przypominały szarawary, oraz chusty na szyję. Marynarze często nosili długie włosy, związane w koński ogon lub zaplecione w warkocz. Wystarczyło jedynie obwiązać piersi, aby nie było ich widać pod koszulą.
Przypadek na pokładzie „Słodkiej Alicji” nie był zatem ewenementem. Tymczasem jednak Alvarez upatrzył już sobie nową ofiarę – zwerbowanego w Rio de Janeiro marynarza nazwiskiem Juan Damerion – prawdopodobnie mieszańca krwi indiańskiej i hiszpańskiej, który był dość dobrym żeglarzem, ale jednocześnie człowiekiem brudnym i niechlujnym. Bosman przez tydzień dręczył biedaka, aż ten doprowadzony do ostateczności rzucił się na niego z nożem w ręku. Świadkiem tej sceny był Killorian.
Początkowo Hiszpan i Metys siedzieli na stosie lin i zabawiali się butelką ginu. Alvarez klarował coś Damerionowi, który ze zwykłą obojętnością przyjmował to do wiadomości albo udawał, że tak robi. Killorain nie słyszał, co było przedmiotem tego monologu, ujrzał tylko, w momencie, gdy wciągał na pokład kubeł wody, błyśniecie noża w ręku Juana i pchnięcie nim w kierunku bosmana. Ale ten, szybki jak kot, za pierwszym poruszeniem ręki napastnika, stoczył się na bok. W mgnieniu oka już dwóch trzymało Metysa w objęciach, trzeci wydzierał mu z dłoni nóż.
– Zwariowaliście?! – krzyknął drugi mat, który pojawił się nie wiadomo skąd. – Rozejść się do swojej roboty! Wszyscy! – zakomenderował.
Potem okazało się, że Damerionowi udało się jednak ugodzić Alvareza w ramię, czego ten mu nie zapomniał i z nastaniem nocy w rewanżu zmasakrował jego twarz, zamieniając ją w krwawą miazgę oraz łamiąc mu przy okazji kilka żeber. Skatowany Metys wymagał opieki, a ponieważ rzucał się niespokojnie, wyznaczono pary, które miały go na zmianę doglądać. Przebywający w pobliżu Metysa Killorain usłyszał jego majaczenia:
– … navegador … tesoro … iglesia … pisco …
Nie znając hiszpańskiego, niewiele z tego zrozumiał. Pojął jedynie, że wykrzykuje coś o jakimś żeglarzu, skarbie i kościele, przy czym najczęściej powtarzało się słowo „pisco”. W tej samej chwili Killorain dojrzał też skupioną twarz Alvareza, który jednak nie zwracał najmniejszej uwagi na Irlandczyka. Jego zainteresowanie wzbudzał wyłącznie mamroczący Brazylijczyk, który w malignie próbował właśnie zsunąć się z koi. Killorain usiłował go zatrzymać, a pomagał mu w tym – o dziwo – Alvarez. I to delikatnie!
– Chwyć go ostrożnie pod pachy – mruknął do Irlandczyka.
To nie był koniec cudów, gdyż despotyczny bosman otarł pot z czoła pobitego, przemawiając uspokajająco po hiszpańsku. Siedząc obok Dameriona, gasił odrobiną wody męczące go pragnienie, śledząc najmniejsze poruszenie warg i wsłuchując się z natężeniem w najcichsze westchnienie. Po chwili wziął go nawet za rękę tak, jak to się czyni z chorym dzieckiem lub ukochaną osobą. Łagodna perswazja w jego głosie odniosła skutek. Chory uspokoił się, co bosman wykorzystał na zadanie mu kilku pytań. Na niektóre z nich uzyskał odpowiedź, na inne nie. Było coś zadziwiającego w tym, jak na Brazylijczyka wpłynęła prawdopodobnie jakaś obietnica złożona przez Alvareza, który mijając Killoraina zapytał:
– Znasz ten język?
Irlandczyk potrząsnął przecząco głową.
– Mam nadzieję, że nie kłamiesz – wolno odpowiedział bosman i wspiął się po drabinie na górny pokład.
Gdy Brown dowiedział się od Killoraina o zajściu, był przekonany, że wkrótce dojdzie do jakiegoś nieszczęśliwego wypadku.
– Uważaj – radził towarzyszowi. – Wkrótce przekonasz się, że Alvarez mimo to obawia się, czy aby jednak nie zrozumiałeś bezładnych słów Brazylijczyka – prorokował złowróżbnie.
I rzeczywiście wilk nie mógł się długo ukrywać w ludzkiej skórze, ale jego ofiarą nie stał się Killorain, ale ponownie Juan Damerion. W nocy obudziły Irlandczyka komendy Alvareza, który odsyłał ludzi na rufę. Niedługo potem słyszeć dał się złowieszczy plusk, a gdy o czwartej rano, przy zmianie wachty, odkryto nieobecność Brazylijczyka – wszystko było jasne, przynajmniej dla Killoraina. Wahał się, czy wyjawić prawdę i narazić się na podobne niebezpieczeństwo, czy raczej trzymać język za zębami. Mimo że wybrał drugie rozwiązanie, Alvarez przez następne dni wodził za nim badawczym wzrokiem.
Pewnej nocy doszło do kolejnej nietypowej reakcji Hiszpana. Zerwał się bowiem bardzo mocny wiatr, a że na masztach rozpiętych było zbyt dużo żagli, stwarzało to realne zagrożenie, że „Słodka Alicja” może się wywrócić. W tej sytuacji na pokładzie musiały się zameldować wszystkie ręce zdolne do pracy. Killorain, wyrwany z głębokiego snu, był jeszcze nieco zaspany, gdy został wyznaczony do zwinięcia jednego z żagli. Pomagał mu w tym sam Alvarez. Wtem nastąpił gwałtowny podmuch i poluzowany żagiel uderzył z taką siłą, że Killorain poślizgnął się tracąc oparcie pod stopami. Jak nic roztrzaskałby się o pokład, spadając z wysokości kilkunastu metrów, gdyby Alvarez nie chwycił go w ostatniej chwili za nadgarstek, mało nie wyrywając mu ramienia ze stawu. Killorain mógłby przysiąc, że usłyszał, jak mięśnie bosmana niemal zatrzeszczały z ogromnego wysiłku. Gdy Irlandczyk doszedł do siebie, zapytał ze zdumieniem:
– Dlaczego, do diabła, to zrobiłeś?
Hiszpan spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w czarnych oczach.
– Może chcę, żebyś pożył jeszcze trochę? – odpowiedział wzruszając ramionami. – A może wkrótce będę miał dla ciebie pewną propozycję, amigo?
Szczególna modulacja głosu, jaką Killorain wychwycił w ostatnim zdaniu wypowiedzianym przez Alvareza, zabrzmiała dość intrygująco. Tymczasem bosman odwrócił się i odszedł, pozostawiając Killoraina, jeśli nie w osłupieniu, to co najmniej w lekkiej konsternacji. Początkowo – jakby na potwierdzenie oklepanej prawdy, że prozę życia ubarwia niektórym poezja donosów – nosił się z zamiarem wskazania na Alvareza jako mordercy, gdy tylko dobiją do pierwszego cywilizowanego portu. W tej sytuacji byłoby jednak czarną niewdzięcznością wobec nowego kompana, który bądź co bądź naraził dla niego własne życie. Ostatecznie postanowił poczekać i zorientować się, w jakim kierunku potoczą się sprawy.
Przez resztę rejsu do Bojnes bosman traktował Killoraina względnie normalnie, czyli przestał go bić i szykanować, co nie oznaczało jednoczesnego publicznego okazywania jakiejś serdeczności czy przyjaźni. Na statku służyło trzech oficerów: mat, drugi mat oraz bosman i to oni wymieniali się wachtami między sobą, w związku z czym niekiedy wypadała mu zmiana z Alvarezem.
Tej nocy, gdy migające światła argentyńskiego portu były już widoczne jak białe skarpetki podczas rautu w ambasadzie i żaglowiec oczekiwał na wejście do zatoki, wachtą dowodził właśnie Hiszpan, który w pewnym momencie odciągnął go na bok.
– Słuchaj, Killorain – zagaił, lustrując go badawczym wzrokiem. – Jesteś gotów puścić stare urazy w niepamięć? Jeśli tak, to mam plany związane z twoją osobą.
Irlandczyk był tak zaskoczony jego pytaniem, że było go stać tylko na dość głupawą odpowiedź:
– Cóż, uratowałeś mi życie, to zmienia postać rzeczy.
Alvarez roześmiał się cicho.
– Może istotnie tak było, ale teraz słuchaj, amigo, chcesz zarobić? Dużo zarobić?
– Kto by nie chciał?
– Łączy się z tym jednak ryzyko, tak samo duże.
– Nie boję się ryzyka, jeśli dzięki temu można się wzbogacić.
Hiszpan z aprobatą skinął głową na takie dictum i uśmiechnął się przyjaźnie. Killorain tymczasem miał wrażenie, że już śni na jawie o Wyspie skarbów Roberta Louisa Stevensona, że widzi, jak Długi John Silver chodzi po pokoju, pod jego drewnianą nogą drżą deski podłogi, oczy mu błyszczą, a słowa mają wciągnąć młodego Jima Hawkinsa w wielce ambitne plany: „Słowem, rzecz tak się z grubsza przedstawia; nie możesz wrócić do swoich, bo cię nie przyjmą, więc jak nie wystawisz trzeciej załogi, składającej się z ciebie jednego, a może będziesz czuć się trochę osamotniony, będziesz musiał przejść na stronę kapitana Silvera” .
Pod koniec poprzedniego rozdziału oczywiście pozwoliłem sobie naciągnąć nieco daty, ponieważ książka Stevensona ukazała się dopiero w 1882 roku, tym samym, w którym odbywały się dwa głośne procesy pirackie: szanghajskiego „króla złodziei pereł” Ramsaya i „Żelaznego Joe” – niebezpiecznego kłusownika na szlakach wielorybniczych, bez skrupułów posyłającego na dno mniejsze statki konkurentów i rabującego bez pardonu nie tylko bezbronne łajby, ale i niektóre bazy wielorybnicze na wybrzeżach Falklandów.
Trudno o kontrast jaskrawszy i bardziej wymowny niż klimat opowieści Stevensona w zestawieniu z morderczą, ponurą, konsekwentnie zbrodniczą i brudną robotą wciąż jeszcze – w drugiej połowie wieku XIX – czynnych piratów. Tymczasem Alvarez i Killorain musieli poczekać do rana, ponieważ nawet przy świetle dziennym zawijanie do portu Buenos Aires nie należało do najłatwiejszych operacji.
– Mamy trochę czasu – odezwał się bosman. – Port Buenos Aires jest jednym z najniewygodniejszych do lądowania portów. Wszystkie większe statki zatrzymują się osiem mil morskich od brzegu, ale zdarza się, że kiedy nadejdzie pampero, podróżni przybywający do portu przez kilka dni muszą czekać, nim wylądują.
– Na szczęście wiatr jest od rzeki i miejmy nadzieję, że do rana nie ulegnie zmianie.
Zdziwiłby się zapewne don Pedro de Mendoza, który nad rzeczką Riachuelo postawił swój forcik w 1536 roku (i musiał go opuścić ze względu na głód), gdyby widział te masy eksportowanej stąd obecnie żywności. A i Juan de Garay, który z większym niż ten pierwszy powodzeniem stworzył podwaliny miasta w roku 1580 , oniemiałby, gdyby obejrzał sobie Casa Rosada, siedzibę rządu stojącą na miejscu dawnej forteczki.
Warto tu dodać, że Garay nie przybył z Hiszpanii, lecz spłynął ku ujściu Srebrnej Rzeki z Asunción, stolicy Paragwaju, jakże daleko znajdującej się od morza. Zaczęło się od niewielkiej przystani na małej rzeczce Riachuelo. Dawni żeglarze, mając do dyspozycji zbyt wielką La Platę, cumowali swoje stateczki właśnie tam, w bezpiecznej przystani. Potem, w miarę rozwoju miasta i przemysłu mięsnego, La Plata okazała się nie do zastąpienia. Załogi kotwiczących na niej statków do komunikacji z brzegiem zaczęły używać tratew i łodzi. W owym czasie La Plata była już o około stu kilometrów krótsza niż za czasów hiszpańskiej konkwisty, gdyż ta ogromna rzeka wciąż niesie ze sobą ponad sześć milionów metrów sześciennych mułu rocznie, który osadza się u ujścia i skraca tę wielką rzekę.
Rozładunek zajął im cały dzień, ale wieczorem dowiedzieli się, że połowa załogi może zostać w porcie, a na liście szczęśliwców znalazł się też Killorain i jego kompan Brown. Następną noc pozostała część załogi miała spędzić na lądzie. W dodatku mogli liczyć na zaliczkę wypłacaną przez kapitana, z czego oczywiście wszyscy skwapliwie skorzystali.
Mimo że fala była spora, nie wahali się ani przez chwilę, aby przesiąść się na czółno. Niestety, sam brzeg od miasta był tak płytki, że ich bat nie mógł do niego dopłynąć. Nadbrzeżna fala podnosiła się wysoko i oblewała pasażerów krypy przez dłuższy czas, nim zdołali wysiąść na ląd. Zaledwie jednak Killorain dotknął suchej ziemi, zapomniał o trudach i niewygodach żeglugi; odetchnął zdrowym, czystym powietrzem:
– Podobno pierwsze słowa ludzi, którzy tu wylądowali na początku XVI wieku, brzmiały: Que buenos aires, czyli „jakże dobre powietrze stąd wieje” – powiedział.
Na myśl przychodzi w tym miejscu polska opowieść o tym, jak to flisacy spływający Wisłą mieli wśród równin mazowieckich ulubioną przystań. Wołali z dala do właścicielki czy córki oberży: „Warz (gotuj strawę) Ewa!” – z czego miała powstać nazwa Warszawa.
Brown i Killorain czym prędzej ruszyli w miasto, które ten pierwszy poznał zgodnie z regułą starą jak świat.„Pierwsze godziny w nowym mieście należy poświęcić na łażenie według zasady prosto, potem trzecia w lewo, znów prosto i trzecia w prawo. Można też jak sierpem rzucił. Systemów jest wiele i wszystkie dobre...” – twierdził nasz wybitny poeta i dramatopisarz Zbigniew Herbert.
Powyższa zasada działa znakomicie również w Buenos Aires, lecz pod warunkiem, że będzie się pamiętać, iż nazywane Paryżem Ameryki Południowej, lub – jak to ujął urodzony prawie sto lat później od opisywanych wydarzeń pisarz-podróżnik Paul Th eroux – „mocno ucywilizowanym mrowiskiem”, Buenos Aires jest podzielone na mnóstwo światówdzielnic, w Ameryce Łacińskiej przeważnie zwanych barrios.
Architektura miasta nie wyróżniała się niczym szczególnym. Domy tworzyły zwarte kwadraty równych wymiarów, zwane quadras. Same zaś domy były czworobokami z małym, zgrabnym dziedzińcem pośrodku, na który wychodziły okna wszystkich pokoi. Na ogół jednopiętrowe, miały płaskie dachy zaopatrzone w… krzesła, aby mieszkańcy mogli tam przesiadywać letnią porą.
Buenos Aires to kolos. Ciężkie i masywne miasto związane z ziemią, wykarmione na mięsie. Sześciany domów poprzecinane pod kątem prostym wąskimi ulicami, w to wszystko wtłoczonych parę poprzecznych arterii i kilka szerokich bulwarów. Ten układ geometryczny nadaje Buenos Aires specjalne piętno. Przy całej swojej żywotności jest ono równocześnie jak gdyby pomnikiem samego siebie.
Jeden z najstarszych rejonów mieszkalnych stanowi kwartał południowy miasta, który zaczął się rozwijać już w XVI wieku. Trzy miejsca w tej okolicy robiły szczególnie duże wrażenie: La Manzana de las Luces, czyli Kwartał Oświecenia, na który składała się grupa budynków postawionych przez jezuitów na początku XVIII stulecia. W tym samym okresie rozwinęło się – jako miejsce odpoczynku dla kupców wędrujących z Plaza de Mayo do składów wzdłuż Riachuelo – San Telmo. Na każdym kroku pojawiały się pulperías (ni to bary ni to sklepy spożywcze), nastawione na zaspokajanie gastronomicznych potrzeb przechodniów.
Killorain i Brown zatrzymali się w hotelu wzniesionym wedle latynoamerykańskiej modły, gdzie bezokienne pokoje rozmieszczone są wokół kwadratowego „patio”, czyli podwórca. W każdym pokoju znajdowały się dwa, trzy lub cztery łóżka. Do szczęśliwców należał ten, kto otrzymał pokój wyłącznie dla siebie. Ze względu na nagminne kradzieże podwójne odrzwia lepiej było zamykać na trzy spusty, co sprawiało, że lokatorzy zostawali całkowicie pozbawieni wentylacji. Sytuacja pogorszała się jeszcze, kiedy sąsiedzi nie przestawali palić, a tytoniowy dym łatwo przesączał się przez cienkie i nieszczelne przepierzenia.
Nazajutrz Brown i Killorain wyprawili się do robotniczej dzielnicy La Boca, niegdyś zamieszkanej przez genueńskich żeglarzy i dokerów. Po kilku godzinach łazikowania poczuli zmęczenie, a poza tym trawiła ich ciekawość, co też bosman trzyma w zanadrzu, dlatego punktualnie stawili się w wyznaczonym miejscu – istnej jaskini wszelkiego występku, gdzie mieścił się między innymi dom publiczny.
Cytowany wyżej Skandynaw podkreślał fakt, że Buenos Aires ma dumną tradycję burdelową, nad którą roztacza się tu pieczołowitą opiekę i którą romantyzuje się jako wartość narodową. To w burdelach dzielnicy portowej powstał typowo argentyński taniec, tango, i związana z nim muzyka. Zrazu tańczyli mężczyźni ze sobą na rogach ulic, potem tańczono z prostytutkami, przeginając je brutalnie do tyłu i mocno stylizując figury: miało to podkreślić agresywną męską potencję. Wybitny pisarz, Jorge Luis Borges, Argentyńczyk, wyzna kiedyś:
„Tango skłania nas do rozpaczy nad cierpieniem, jakiego nie doznaliśmy i krzywdami, których nie wyrządziliśmy”. Nie można powiedzieć, aby ten wytwór przedmieścia zawojował świat od razu. W samej Argentynie tango określano mianem tańca pospólstwa. Bo któż inny mógłby zamieszkiwać La Boca? Nadgorliwy komisarz policji w swoim sprawozdaniu napisał nawet, że „jest to taniec obrażający moralność publiczną”, podczas gdy znaczna podówczas liczba domów publicznych w La Boca moralności tej w oczach władzy nie obrażała. Wbrew policji wyszło jednak tango poza La Boca. Ale do zdobycia wytwornych salonów trzeba było interwencji… papieża. Przynajmniej tak mówią.
Było to tak: interwencję spowodował bezinteresowny mecenas tanga i jego wielbiciel, markiz Marchi, osoba wysoko notowana na dworze włoskim przed pierwszą wojną światową. Stąd już niedaleko do Watykanu. A w owym czasie i w Rzymie toczyła się gorąca dyskusja między zwolennikami starego „porządku tanecznego”, a młodymi entuzjastami tanga. Aby polemikę rozstrzygnąć, zgodzono się ponoć na niejako prywatny występ w Watykanie ówczesnej znakomitości tanecznej, która zademonstrowała tango – przy dźwiękach gramofonu (chyba jeszcze z tubą). Ojcowie Kościoła opowiedzieli się wówczas za postępem w dziedzinie tańca. Tango zostało uznane.
Burdele i rogi ulic były też widownią klasycznych bójek na noże. Mistrzowie sztuki nożowniczej byli prawdziwymi bohaterami ludowymi, równie czczonymi, co wzbudzającymi strach. Było czasem publiczną tajemnicą, że ktoś zabił dwudziestu przeciwników i że nie został ujęty za zabójstwo. Nikt, kogo wyzwano na taki pojedynek na noże, nie mógł się od niego uchylić bez utraty męskiego honoru. Bohaternożownik wcielał i podtrzymywał najwyższą argentyńską wartość: odwagę samą w sobie. Jednak już kilkadziesiąt lat po bytności Killoraina w Buenos Aires, inny podróżnik, Aimé F. Tschiffely przyznawał:
„Z rzadka tylko słyszy się dziś o poważniejszej bójce. I jeżeli dobyto noży, świadczy to jedynie o brawurze. Czasami wprawdzie zdarzają się poważniejsze bójki. Aby więc temu zapobiec, istnieje prawo, że każdy człowiek wchodzący do oberży musi oddać swoją broń właścicielowi. Wszelako prawo to znajduje zastosowanie raczej już podczas przekroczenia. Toteż czasami, kiedy zebrani dowiedzą się, że zbliża się policjant, w pośpiechu usiłują złożyć broń, zanim wejdzie do oberży.”
Ta tradycja męskości żyje nadal w Argentynie i różne są jej przejawy. To z niej wypływa upodobanie Argentyńczyków do silnych mężów stanu i polityki dyktatury, upajanie się wojskowymi paradami, jednostronna dieta mięsna, predylekcja do noży i niechęć do rewolwerów (tchórzliwej amerykańskiej broni zabijającej na odległość). Oswojenie z mięsem, krajanie mięsa i żywych ciał to dziedzictwo z pampasów przekształcone w wielkim mieście w kult ubrany w rytuały.
Killoraina i Browna minęła grupa około dziesięciu chłopców od lat czterech do piętnastu, obrzucając ich taksującym spojrzeniem.
– Takie bandy chodzą od tolda do tolda, żywią się z łaski ludzi i własnym przemysłem – zauważył Brown, który znał okolicę. – Zjadają wszystko, co tylko da się spożyć. Szarańcza czy glista, ptasie jajo, żółw czy kajman. Łapią ryby, polują na ptactwo i zwierzątka.
– Ilu z nich ginie od ukąszeń gadów lub umiera zatrutych złym pokarmem? – zapytał Irlandczyk.
– Bardzo wielu, zwłaszcza na prowincji, ci w mieście umierają raczej od epidemii. Gdy któryś już podrośnie do wieku męskiego, zwabiają go samotne kobiety w toldach, a jest ich sporo. Namówiony, skosztowawszy innego życia znów wyrusza w wędrówkę, ale od kobiety do kobiety.
– Taki tu zwyczaj? – roześmiał się Killorain. – Mężczyzna, jako „płeć piękna”, żyje beztrosko, przeskakuje z kwiatka na kwia tek?
Brown potwierdził kiwnięciem głowy.
– Naucz się po hiszpańsku i możesz zacząc karierę macho – dodał z pogardliwym śmiechem.
– Znam chyba z pięćdziesiąt słów... To straszne dla wyspiarza takiego jak ja, który mówił całe życie po angielsku, uczyć się „kastylizować” – narzekał Killorain.
– To przyjdzie z czasem, amigo. Niech tony złota będą twoją nagrodą.
– Wiem, jak dowiedzieć się, ile to kosztuje: Cuánto vale esto? Umiem zapytać o nocleg: Deme usted una cama? Albo wiem, jak prosić o picie: Deme usted de beber?
– I naturalnie to ostatnie zdanie przyswoiłeś sobie najłatwiej, irlandzki opoju – wytknął mu Brown.
Spotkanie na szczycie odbyło się w długim i szerokim piwnicznym pomieszczeniu, którego klientela wypuszczała tyle kłębów tytoniowego dymu, że nawet dalmatyńczyk stałby się momentalnie czarny. Kawiarnia, jeśli można było tak nazwać tę spelunę nie zasługującą nawet na nazwę pulqueria, wypisaną ręcznie na deszczułce nad wejściem, była tak brudna i wydawała się w tak oczywisty sposób skazana na zagładę przy najbliższym uprzątaniu nieczystości, że nawet Brown był szczerze zdziwiony, kiedy przekonał się, że lokal wypełniało międzynarodowe towarzystwo wszelkiego pochodzenia i wyznania.
Nie tylko pod tym względem był to najdziwaczniej kosmopolityczny bar, do jakiego zawitał Killorain. Argentyńskie alkohole podawał Chińczyk w atmosferze rodem z Alp szwajcarskich. Wewnątrz było ze czterdzieści stopni, ale dekoracje w postaci obrazów przedstawiających ośnieżone szczyty miały chyba służyć za psychologiczną klimatyzację. Alvarez i Barrett zostali wreszcie dostrzeżeni w obskurnym kącie, gdzie siedzieli przy małym stoliku, leniwie coś popijając. Hiszpan powitał ich szerokim uśmiechem całkowicie odbiegającym od swojego standardowego zachowania na „Słodkiej Alicji”.
– Jesteście wreszcie! – powiedział. – Czyż to miejsce nie przywołuje na myśl starych czasów?
– O tych akurat wolałbym zapomnieć jak najszybciej – zripostował nieco zadziornie Killorain. – Przecież mieliśmy już do tego nie wracać?
– Fakt. I żebyśmy zostali camaradas, jako gest dobrej woli potraktujcie zwrot pieniędzy, jakie zabraliśmy wam w Szang haju.
Mówiąc to, wręczył im garść drobniaków – dokładnie tyle, ile wcześniej zrabowali. W międzyczasie Barrett zamówił dla każdego kolejkę, po wypiciu której Alvarez odezwał się w te słowa:
– A teraz możemy pogadać o naszych planach, które…
– Myślisz, że tu jest wystarczająco bezpiecznie? – przerwał mu Barrett. – Może wynajmiemy pokój?
– Owszem, można, ale w takim pokoju ktoś może nas z łatwością podsłuchać, a tutaj przynajmniej widzimy, kto jest w pobliżu.
– Ale… – Barrett jakby zapomniał, że za posiadanie własnych poglądów można niekiedy zapłacić podatek od wzbogacenia.
Alvarez odwrócił się gwałtownie w jego stronę, a spod jego spuszczonych powiek wystrzelił niebezpieczny błysk.
– Będzie tak, jak mówię – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ja jestem dowódcą i nim pozostanę. Lepiej się z tym pogódźcie, teraz i raz na zawsze.
Nie słysząc protestu, rozpoczął snuć opowieść, niczym bajkę:
– Niezbyt daleko stąd leży pewien kraj. Znajduje się tam pewne miasto, w którym stoi pewien kościół, a w jego podziemiach, moi przyjaciele, spoczywa ukryty w sekrecie skarb. Strzeże go tylko kilku księży i mało prawdopodobne, aby ktokolwiek inny zdawał sobie sprawę z jego istnienia…
Zamilkł, a reszta kompanii spojrzała po sobie, jakby zapraszając się wzajemnie do wygłoszenia jakiegoś komentarza lub zadania pytania. Na to ostatnie odważył się po chwili Brown:
– No, dobra, i co dalej?
Na obliczu Alvareza pojawił się nieprzyjemny uśmieszek.
– Jak to, co dalej? Czterech silnych chłopów, z głowami na karku, bronią i bez większych skrupułów nie powinno mieć większych problemów „z dogadaniem się” z księżulkami, którzy pilnują bogactw. Być może polecą jakieś głowy, ale póki to nie będą nasze, to chyba wszystko w porządku?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
