Trzy kolory Maroka - Elżbieta Sęczykowska - ebook + książka

Trzy kolory Maroka ebook

Elżbieta Sęczykowska

0,0
42,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Trzy kolory, trzy podróże, trzy kobiece przemiany

Trzy kolory Maroka to zapis niezwykłej podróży, w której rzeczywiste miejsca – miasta i miasteczka, drogi, góry i pustynie – stają się krajobrazem wewnętrznej wędrówki, duchowego przebudzenia i emocjonalnej przemiany.

Każda z części – Podróż do Błękitu, Podróż do Czerwieni i Podróż do Złota – opowiada osobną historię, a zarazem wszystkie splatają się w opowieść o stracie, miłości, wolności i świetle, które rodzi się w ciemności.

To książka pisana jako dziennik dla kobiet (i nie tylko), które szukają… siebie, prawdy istnienia, nowego początku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Elż­bieta Sęczy­kow­ska, 2026 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk, Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Ewdo­kia Cydejko Korekta: Kry­styna Pod­le­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Mar­cin Gór­ski Zdję­cia w środku i na okładce: © Elż­bieta Sęczy­kow­ska

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-941-1

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Cytat

Pew­nego dnia wszystko we mnie powie­działo: teraz.

I ruszy­łam.

Część 1. Podróż do błękitu

Tan­ger1. Brama wia­tru

3 kwiet­nia 2018

Wysia­dam z promu, jak­bym wycho­dziła z wła­snego cie­nia.

Niebo jest poszar­pane, wiatr gorący, słony, pełen nie­po­koju.

Szy­bują nade mną mewy; niosą w dzio­bach białe okru­chy nieba. Port pach­nie wil­go­cią, rybami i czymś jesz­cze – czymś sta­rym jak zie­mia. Jak decy­zja, któ­rej nie da się już cof­nąć.

Przez chwilę mi się wydaje, że sły­szę głos matki, choć ni­gdy tu nie była.

W rękach mam tylko jedną walizkę, a w niej apa­rat, notat­nik, trzy sukienki i list, któ­rego nie odwa­ży­łam się prze­czy­tać od dnia, gdy go napi­sa­łam. List do sie­bie. Z tam­tego czasu, gdy wszystko jesz­cze miało imię.

Teraz dobie­gam czter­dziestki, jestem wewnętrz­nie wypa­lona, doznaję poczu­cia straty i nie­wy­po­wie­dzia­nej potrzeby odcię­cia się od prze­szło­ści. Uczy­nie­nia pierw­szego kroku w nie­znane. Nie pytam już nawet, co jest na końcu drogi. Idę.

Tan­ger nie wita mnie uśmie­chem. Nie potrze­buje. Jest sobą – surowy, szorstki, czy­sty, piękny jak począ­tek pie­śni, któ­rej słów się jesz­cze nie zna. Pach­nie jak drzwi, które nie są ani zamknięte, ani otwarte, tylko lekko uchy­lone. Morze oddy­cha we mnie – jakby z każ­dym kro­kiem coś się usu­wało. Cię­żar, imię, może wspo­mnie­nie.

Spa­cer przez mia­sto to praw­dziwa przy­jem­ność. Moim oczom uka­zują się białe mau­re­tań­skie domy, inten­syw­nie zie­lone drzwi z sym­bo­lami Fatimy, impo­nu­jące rezy­den­cje pamię­ta­jące jesz­cze czasy fran­cu­skich kolo­ni­za­to­rów, piękne parki, koły­szące się na wie­trze palmy, tajem­ni­cze zaułki. W jed­nym z nich foto­gra­fuję chłopca z kotem na tle pięk­nych, sta­rych, zie­lo­nych drzwi. Krą­żąc po zaka­mar­kach mia­sta, zaglą­dam nie­kiedy do pry­wat­nych ogro­dów, jeśli pozwala na to nie­zbyt wysoki mur. Upa­jam się zapa­chami egzo­tycz­nych kwia­tów i podzi­wiam wspa­niałą, bujną roślin­ność. Pną­cza oka­la­jące eks­pan­syw­nie stare drzewa spra­wiają wra­że­nie wiedźm zagar­nia­ją­cych swymi dra­pież­nymi dłońmi coraz więk­sze ich frag­menty.

Przed zna­le­zie­niem noc­legu posta­na­wiam jesz­cze odwie­dzić Muzeum Ibn Bat­tuty, naj­więk­szego śre­dnio­wiecz­nego podróż­nika – odkrywcy tam­tych cza­sów. Zawsze mnie fascy­no­wał.

Ibn Bat­tuta przez trzy­dzie­ści lat swej ducho­wej drogi do Mekki odwie­dził więk­szość kra­jów Afryki, Azji i Europy, dokład­nie je zara­zem opi­su­jąc. Stał się tym samym naj­wspa­nial­szym doku­men­ta­li­stą tam­tego islam­skiego świata. Zazdrosz­czę mu odwagi.

Wie­czo­rem sado­wię się na tara­sie nad medyną, czyli histo­rycz­nym sta­rym mia­stem. Wsłu­chuję się w nawo­ły­wa­nia muezina do modli­twy. Zdaje się, że jego pieśń nie­sie się hen, wysoko, ponad mina­rety i dachy domów, ponad wody, aż do nieba.

Her­bata jest gorzka, ale mięta koi spierzch­nięte gar­dło.

Zapi­suję w notat­niku:

Nie jesteś już turystką. Nie jesteś ucie­ki­nierką.

Jesteś kobietą w dro­dze. A skoro tak, nie potrze­bu­jesz planu, tylko odwagi.

* * *

Następ­nego dnia scho­dzę wolno wąskimi scho­dami, które pachną wil­go­cią i solą. Otwiera się przede mną biały taras kawiarni „Hafa” – tej samej, w któ­rej od ponad stu lat prze­sia­dują ludzie szu­ka­jący w Tan­ge­rze cze­goś wię­cej niż zwy­kłej podróży.

Cafe „Hafa” to nie tylko kawiar­nia – to punkt zwrotny, gdzie kul­tura bie­rze górę nad tury­styczną rutyną. Stoły z wido­kiem na zamglony Gibral­tar, poma­rań­czowe świa­tło zachodu, śmie­chy poetów, któ­rych nazwi­ska sły­szało echo ścian – wszystko to spra­wia, że każdy, kto tu wstąpi, staje się czę­ścią histo­rii.

Zanim dostrzegę wolne miej­sce, się­gam po apa­rat i robię wnę­trzu kilka zdjęć. Sia­dam przy drew­nia­nym sto­liku, pamię­ta­ją­cym dło­nie setek wędrow­ców. Zama­wiam u kel­nera szklankę gorą­cej her­baty z miętą. Doznaję uczu­cia, że w tym napa­rze zamyka się cały smak Maroka – ostry, słodki, zie­lony i nieco gorzki.

Kie­ruję wzrok na morze – w stronę cie­śniny, która dzieli dwa światy i łączy z sobą dwa kon­ty­nenty. I wtedy sobie przy­po­mi­nam roz­ma­ite opo­wie­ści: tutaj sia­dy­wał Paul Bow­les i noto­wał pierw­sze zda­nia o pusty­niach i zagu­bie­niu. Tutaj także przesia­dy­wał Wil­liam S. Bur­ro­ughs, przy­tło­czony wła­snym mro­kiem i papie­rzy­skami. Tu bywali Allen Gins­berg i Jack Kero­uac – przy­cho­dzili patrzeć na fale, zanim ruszali w dal­szą drogę.

Kie­dyś, mając przed oczami ten sam kra­jo­braz, wyobra­żał sobie swoje posta­cie Jean Genet i szu­kał odde­chu Ten­nes­see Wil­liams. Nawet Moha­med Cho­ukri i Tahar Ben Jel­loun mówili, że „Hafa” sta­no­wiła dla nich szkołę wol­no­ści – miej­sce, gdzie można było słu­chać i być wysłu­cha­nym.

Teraz sie­dzę tu ja. Kobieta z zeszy­tem, która rów­nież szuka wła­snych słów, wła­snej opo­wie­ści. Czuję ich obec­ność – nie jako cień, lecz znak, że każdy, kto wpada do „Hafy”, staje się czę­ścią tego nie­zwy­kłego dia­logu mię­dzy morzem, wia­trem i czło­wie­kiem.

Zapi­suję w dzien­niku:

W Tan­ge­rze wszystko jest począt­kiem. Her­bata sma­kuje jak zda­nie, które dopiero się rodzi.

Fale prze­ma­wiają języ­kiem poetów.

Kawiar­nia „Hafa” jest niczym brama, przez którą każdy musi przejść, by spo­tkać sie­bie.

* * *

Na placu Grand Socco jakaś kobieta sprze­daje liście mięty. Jej dło­nie przy­po­mi­nają pędy oli­wek, są spra­co­wane, ale cudow­nie żywe. Kiedy ją pytam o drogę do hotelu, nie odpo­wiada, tylko dotyka mojego ramie­nia i mówi:

– Nie szu­kaj mapy. Posłu­chaj, dokąd pro­wa­dzi cię wiatr.

I wtedy go czuję – ten wiatr znad Atlan­tyku, który nie­sie głos. Nie jest to wszakże głos zewnętrzny, raczej coś, co od dawna we mnie mil­czało, a teraz szep­tało: „Idź. Będziesz musiała zgu­bić się wiele razy, nim odnaj­dziesz błę­kit”.

„Tak – pomy­śla­łam – to tutaj się łączą ciemne wody oce­anu z jasnymi wodami Morza Śród­ziem­nego, tu spla­tają swą mokrą, słoną bryzę w całość. One już się odna­la­zły”.

Nie­opo­dal tego miej­sca mała dziew­czynka z war­ko­czy­kami sprze­daje papie­rowe chu­s­teczki za parę dir­ha­mów. Kupuję je. Może się przy­da­dzą, gdy trzeba będzie otrzeć łzę?

Asila. Mia­sto pełne szep­tów oce­anu

5 kwiet­nia 2018

Nie wszyst­kie ściany służą temu, by się od nich odbić. Nie­które uczą, jak słu­chać wia­tru.

Wyru­szam z Tan­geru bla­dym świ­tem, kiedy mia­sto jesz­cze drze­mie w gęstej mgle. Pociąg sunie wolno wzdłuż linii oce­anu. Z każ­dym kilo­me­trem jego oddech się pogłę­bia, a we mnie cich­nie to, co doma­gało się sensu.

Asila zaska­kuje mnie kolo­rem, spo­ko­jem i otwar­to­ścią. Medyna (cen­trum) jest tu biała, jakby oczysz­czona z histo­rii, ale jed­no­cze­śnie pełna murali, śla­dów po festi­wa­lach, muzyce zaklę­tej w ścia­nach. To mia­sto mówi cicho – przez sztukę, świa­tło i zapach soli.

Zapis z dzien­nika:

W Tan­ge­rze ruszy­łam.

W Asili pierw­szy raz poczu­łam, że jestem w dro­dze.

Spa­ce­ruję cia­snymi wąskimi ulicz­kami, które koń­czą się nie nagle, lecz łagod­nie… w oce­anie. Fale biją o skały i mury, a w ich ryt­mie odnaj­duję coś, co przy­wo­dzi na myśl bicie mojego serca, kiedy jesz­cze wie­rzyło w miłość.

Na jed­nej ze ścian wid­nieje mural z cyta­tem:

Il n’y a pas de mer sans mémoire2.

Zasta­na­wiam się nad sen­sem tego zda­nia. Może wła­śnie dla­tego tu przy­je­cha­łam? By poczuć, że pamięć nie zawsze musi boleć. Że może być falą, która zamiast nisz­czyć, łagod­nie obmywa.

Scho­dzę ku wodzie i zanu­rzam w niej stopy. Ocean jest ciemny, zimny i ogromny. Bro­dzę w wodzie pośród pła­skich, pra­wie czar­nych ostrych kamieni, które sta­no­wią tu część plaży. Natra­fiam na frag­ment uszko­dzo­nej mozaiki. Zabie­ram ją ze sobą.

Nie­opo­dal kilku węd­ka­rzy łowi ryby, two­rząc malow­ni­czy obraz na tle zacho­dzą­cego słońca. Nie umiem się oprzeć przed zro­bie­niem im zdję­cia, choć wiem, że to kicz.

* * *

Nie­długo póź­niej sia­dam na murach obron­nych Asili i spo­glą­dam na Atlan­tyk, który ude­rza o skały. Wiatr nie­sie zapach soli i krzyk tutej­szych mew. W powie­trzu wibruje echo barw­nych murali, zosta­wia­nych tu co roku przez arty­stów z całego świata.

Mimo to mia­sto błysz­czy bielą, a jego uliczki zdają się mówić: sztuka jest spo­so­bem na oddy­cha­nie.

Z dzien­nika:

Asila przy­po­mina, że piękno jest wciąż żywe. I nie potrze­buje innego uza­sad­nie­nia niż samo ist­nie­nie.

* * *

Kiedy wra­cam z pustej plaży, sły­szę dźwięki muzyki gnawa. Jesz­cze jej wtedy nie zna­łam… Zafa­scy­no­wana podą­żam za nimi, za tą maro­kań­ską pie­śnią nie­wol­ni­czą, za trans­owym ryt­mem sprzed wie­ków, za afry­kań­skim rytu­ałem, w któ­rej kobiety i męż­czyźni, krę­cąc gło­wami, wpra­wiają w ruch „pędzelki” na czap­kach. Nie rozu­miem tej muzyki, ale całą sobą ją czuję.

Zapis z dzien­nika:

Nie bój się tych miejsc, które nie wołają gło­śno. Cza­sem to wła­śnie one cze­kają naj­dłu­żej.

Podoba mi się tutaj. Atmos­fera tego miej­sca w prze­dziwny spo­sób mnie pociąga. Posta­na­wiam się zatrzy­mać na dłu­żej, niż wcze­śniej pla­no­wa­łam.

Tu w Asili powie­trze ma smak soli i zapach cyna­monu. Ulice zadzi­wiają bielą wapna i błę­ki­tem drzwi; w górze nad dachami domów kołują mewy. To jest mia­sto spo­koju i zara­zem rytmu, gdzie każdy wie­czór koń­czy się muzyką. Na targu w pobliżu murów por­tu­gal­skiej for­tecy spo­ty­kam znów grupę muzy­ków gnawa, męż­czyzn w dłu­gich tuni­kach, z bęb­nami tbel i meta­lo­wymi kasta­nie­tami qra­qeb. Ich muzyka nie­sie się jak echo po pustyni. Głę­boki, trans­owy rytm i śpiew, w któ­rym czuję tę samą nutę tęsk­noty, co w sercu Tan­geru – tylko tu ma ona jesz­cze głęb­szy odcień oce­anu.

– Znasz sens tego rytmu? – pyta naj­star­szy z muzy­ków pod­czas prze­rwy na her­batę.

– Nie – odpo­wia­dam – ale czuję go w sobie.

– I słusz­nie, bo to pieśń o wol­no­ści i pamięci. Gnawa to muzyka, w któ­rej zaklęte są duchy nie­wol­ni­ków i wędrow­ców. Śpie­wamy, by nie zapo­mnieć drogi.

Sado­wimy się póź­niej razem na plaży. Słońce na hory­zon­cie tonie z wolna w wodzie. Kobiety sprze­dają na tacach świeże sar­dynki z cytryną i harissą, a tuż obok młody chło­pak smaży kal­mary (cala­mar à la plan­cha). Z pobli­skiego sto­iska płyną zapa­chy mięty, kolen­dry i chleba khobz.

Jem powoli, słu­cha­jąc dźwię­ków, które wydają się łączyć niebo z zie­mią.

* * *

Po zmroku tra­fiam do małego anty­kwa­riatu przy rue Has­san II. W środku panuje pół­mrok, w noz­drza ude­rza zapach kadzi­dła; widzę szka­tułki z inkru­sto­wa­nego drewna i srebrne bran­so­lety z aga­tem. Do lady pod­cho­dzi star­szy męż­czy­zna – wła­ści­ciel – o oczach jak pia­sek pustyni i poka­zuje ciężki naszyj­nik z moty­wem słońca.

– To ber­be­ryj­ska ochrona – mówi. – Kamień pamięta dotyk ziemi.

– Czy sprze­daje pan wspo­mnie­nia? – Uśmie­cham się.

– Nie, tylko rze­czy, które mają duszę.

Kupu­jąc bran­so­letkę, mam wra­że­nie, że uno­szę ze sobą coś wię­cej – okruch świa­tła, które towa­rzy­szyć mi będzie w dal­szej podróży.

W nocy Asila roz­brzmiewa muzyką. Gdzieś w oddali znów sły­chać śpiew gnawa – a wiatr z oce­anu zanosi ich głosy hen daleko, w głąb lądu, ku Fezowi, Mar­ra­ke­szowi i dalej, aż na skraj pustyni.

Przy­sia­dam obok jed­nej z bia­łych latarni i kre­ślę w dzien­niku tylko jedno zda­nie:

Tu nauczy­łam się słu­chać, nie mając nic do powie­dze­nia.

* * *

Po całym dniu spę­dzo­nym na targu i wśród muzy­ków gnawa zatrzy­muję się w małej kawia­rence, poło­żo­nej przy murze nad oce­anem. Szyld, wybla­kły od słońca i soli, infor­muje, że to „Café Zahra”. Wnę­trze pach­nie kawą, far­bami i wil­got­nym drew­nem.

Zaraz przy pierw­szym sto­liku sie­dzi męż­czy­zna z note­sem i pudeł­kiem farb akwa­re­lo­wych. Ma dło­nie popla­mione błę­ki­tem i oczy, w któ­rych migo­czą świetlne refleksy odbite od morza.

– Czy malu­jesz Asilę? – pytam, sia­da­jąc obok.

– Nie można nama­lo­wać Asili – odpo­wiada z uśmie­chem. – Można tylko pozwo­lić, by sama się obja­wiła. Błę­kit nie jest kolo­rem. To spo­sób oddy­cha­nia.

– A więc to mia­sto oddy­cha błę­ki­tem?

– Tak. Ale tylko ci, któ­rzy zatrzy­mują się tu na dłu­żej, potra­fią to dostrzec.

Cie­szy mnie to, co usły­sza­łam, bo prze­cież posta­no­wi­łam pozo­stać tu jesz­cze kilka dni… „Może uda się ode­tchnąć błę­ki­tem?” – myślę.

Roz­ma­wiamy o sztuce, o ciszy mię­dzy dźwię­kami, o tym, że każda podróż zaczyna się wtedy, kiedy prze­sta­jemy szu­kać drogi, a zaczy­namy słu­chać wła­snych kro­ków. Na stole sty­gnie kawa, a zza murów dobiega rytm bęb­nów gnawa. Mia­sto, oddy­cha­jąc, szep­cze swoje tajem­nice.

– Przy­jedź pod koniec lipca – mówi malarz z uśmie­chem – roz­po­czyna się wów­czas Asi­lah Arts Festi­val. Święto kolo­rów i spo­tkań. Ulice wypeł­niają się mala­rzami, poetami, muzy­kami z Afryki, Hisz­pa­nii i Ame­ryki Połu­dnio­wej. Mło­dzi arty­ści malują murale, kobiety sprze­dają naszyj­niki z bursz­tynu, a dzieci bie­gają z pędz­lami zamiast lataw­ców.

* * *

Wra­ca­jąc do mojego małego hotelu, spo­ty­kam po dro­dze cie­kawą artystkę z Tan­geru. Ma na imię Nadia. Maluje kobiece syl­wetki w błę­ki­cie i czer­wieni.

Zatrzy­muję się obok niej, śle­dząc szyb­kie ruchy jej szczu­płych dłoni, gdy nakłada farbę na płótno.

– Dla­czego te kolory? – pytam zacie­ka­wiona.

– Bo mię­dzy nimi jest kobieta – wyja­śnia. – Błę­kit to jej dusza. Czer­wień to krew. Kiedy maluję, pró­buję połą­czyć obie: duszę i krew.

– A złoto?

– Złoto to miłość, ale o niej maluje się dopiero po tym, jak się ją utraci.

Przy tych sło­wach myślę o tym, któ­rego kie­dyś zosta­wi­łam tam daleko – o spoj­rze­niu, które wciąż wra­cało w snach. O tym, że podróż to także spo­sób zapo­mi­na­nia i pamię­ta­nia zara­zem.

* * *

Wie­czo­rem mia­sto wypeł­nia się cie­płym świa­tłem i ciszą. Ci, któ­rzy po nim spa­ce­rują, przy­po­mi­nają tro­chę zjawy, zwłasz­cza kobiety prze­my­ka­jące w czar­nych hidża­bach. Ocean lśni jak lustro, a niebo różo­wieje, jakby świat posta­no­wił się na chwilę zatrzy­mać i po pro­stu być pięk­nym.

Zapis z dzien­nika:

Asila pach­nie słoń­cem i farbą. W nocy, gdy wszystko cich­nie, sły­chać, jak morze opo­wiada histo­rie tym, któ­rzy potra­fią słu­chać.

Zro­zu­mia­łam, że błę­kit nie zawsze jest spo­ko­jem – cza­sem jest tęsk­notą, cza­sem nie­po­ko­jem, który drze­mie pod skórą.

Dziś jadłam sar­dynki z kolen­drą, roz­ma­wia­łam z arty­stą o ciszy, a muzyka gnawa brzmiała jak echo modli­twy.

Nie wiem jesz­cze, dokąd idę. Ale wiem, że Asila napeł­niła mnie świa­tłem. Zabiorę je ze sobą dalej, może do Fezu, by roz­ja­śniło labi­rynt, który tam na mnie czeka.

Tetuan. Mia­sto lustra

10 kwiet­nia 2018

Wyjazd z Asili był cichy i bez poże­gnań. Spoj­rza­łam jesz­cze raz na ocean, który odbi­jał wscho­dzące słońce jak taflę metalu. Czu­łam wdzięcz­ność, ale i nie­okre­śloną tęsk­notę, jakby coś waż­nego pozo­stało na brzegu – może dźwięk bęb­nów gnawa, może zapach mięty, może spoj­rze­nie arty­sty z kawiarni.

Droga do Tetu­anu wie­dzie przez wzgó­rza i gaje oliwne. Powie­trze staje się surow­sze, bar­dziej gór­skie. Gdy docie­ram, mia­sto wita mnie ciszą i świa­tłem odbi­tym od bia­łych ścian. Tetuan wydaje się inny niż Asila – bar­dziej zamy­ślony, jakby pamię­tał zbyt wiele. Mówi się o nim „Biały Gołąb Maroka”, sym­bo­li­zuje bowiem nie tylko pokój, czy­stość i ducho­wość, ale koja­rzy się też z białą zabu­dową medyny. Domy odbi­jają tu świa­tło, dając wra­że­nie lek­ko­ści, tak jakby mia­sto uno­siło się nad wzgó­rzami u stóp gór Rif. O wyglą­dzie mia­sta sta­nowi jego anda­lu­zyj­skie dzie­dzic­two, kiedy po rekon­kwi­ście w XV wieku przy­byli tu muzuł­ma­nie i żydzi z Anda­lu­zji i odbu­do­wali mia­sto w stylu anda­lu­zyj­skim – jasnym, prze­stron­nym, peł­nym dzie­dziń­ców i detali. Dla mnie jest raczej mia­stem cie­nia; błę­kit mie­sza się tu z mleczną bielą i wspo­mnie­niami daw­nych poko­leń.

Dolina u stóp gór Rif ukrywa Tetuan jak perłę w dłoni wędrowca. Mia­sto jest białe, ciche, bez­pre­ten­sjo­nalne, z histo­rią głę­boko wyrytą w murach. Słońce osuwa się tu leni­wie po fasa­dach domów, a wiatr – choć niby ten sam co w Tan­ge­rze – szep­cze łagod­niej, jakby znał sekrety i nie chciał ich zdra­dzać.

Wąskie uliczki medyny pro­wa­dzą niczym żyły w głąb serca mia­sta. Sprze­dawcy dywa­nów nawo­łują leni­wie, rze­mieśl­nicy stu­kają młot­kami w sre­bro, a w powie­trzu unosi się zapach kadzi­dła i skóry. Zatrzy­muję się przy sto­isku z ręcz­nie tka­nymi chu­s­tami.

– Piękne, prawda? – zagaja kobieta o czar­nych oczach, poda­jąc mi jasno­błę­kitną tka­ninę.

– Jakby utkano ją z powie­trza.

– To kolor rzeki Lukus o świ­cie. Tetuan ma wła­sny błę­kit – bar­dziej skryty. Taki, który nie mówi, lecz pamięta.

Biorę chu­stę do rąk, mate­riał jest chłodny i gładki jak dotyk poranka.

– Czy tu zawsze jest tak cicho? – pytam.

– Cisza to nasz język – odpo­wiada. – W Tetu­anie mówi się oczami, nie sło­wami.

Przy her­ba­cie z jaśmi­nem snuje opo­wieść o daw­nych anda­lu­zyj­skich rodzi­nach, które ucie­kły tu ongiś z Kor­doby i Gra­nady, przy­no­sząc ze sobą muzykę muwa­sza­hat – melan­cho­lijną, dziwną jak wes­tchnie­nie wśród ruin. Wie­czo­rem sły­szę ją po raz pierw­szy w małym patio, gdzie mło­dzi muzycy grają na lut­niach. Dźwięk jest czy­sty, powolny jak modli­twa.

„Tetuan nie śpiewa, on wspo­mina” – zapi­suję w dzien­niku tej nocy.

To mia­sto pamięta dawną Hisz­pa­nię i stare marze­nia o świe­tle. W jego ciszy jest wszystko, co utra­cone, ale też wszystko, co jesz­cze może powró­cić. Czuję, że błę­kit zmie­nia się tutaj w coś głęb­szego – jakby wcho­dził we mnie, nie pyta­jąc o zgodę.

* * *

W obiek­ty­wie apa­ratu: nie­bie­skie drzwi, dziew­czynka bie­gnąca przez plac, sta­rzec w bia­łym bur­nu­sie3 modlący się w cie­niu drzew.

Zatrzy­muję się na dłu­żej przy sta­rej kobie­cie, która tka na kro­snach wzór jak z dzie­cię­cego snu. Zbli­żam się. Patrzy na mnie przez chwilę, a potem pyta:

– Dla­czego masz w oczach tyle świa­tła, a tak mało rado­ści?

Nie umiem odpo­wie­dzieć. Może dla­tego, że noszę w sobie zbyt wiele spoj­rzeń, które ode­szły. Matki. Tego, któ­rego kocha­łam do bólu. Innych, któ­rych imion już nie pamię­tam, ale ich głosy – tak. One pozo­staną ze mną na zawsze.

Robię zdję­cie jej dłoni. Wzór dywanu przy­po­mina fale. Albo bli­zny. Mimo to są piękne. Odcho­dzę ku medy­nie, która kusi kolo­rami ber­be­ryj­skich tka­nin, dywa­nów, zapa­chami ziół i dźwię­kami nawo­łu­ją­cych han­dla­rzy her­baty, stu­ko­tem mło­tecz­ków wybi­ja­ją­cych roz­ma­ite wzory w meta­lo­wych naczy­niach, głu­chym łosko­tem kopyt osioł­ków wio­zą­cych cięż­kie towary.

Spa­ce­ru­jąc wąskimi uli­cami medyny, widzę moje odbi­cie w witry­nach skle­pi­ków, w oknach domów, w oczach prze­chod­niów. Każde z nich jest inne. A jed­nak… to wciąż ja.

W Tetu­anie wszystko wydaje się jasne i spo­kojne. Uliczki wypeł­niają warsz­taty rze­mieśl­ni­ków, któ­rzy wciąż two­rzą tak, jak przed wie­kami: skó­rzane san­dały, mosiężne lampy, mister­nie hafto­wane tka­niny, biżu­te­rię.

Mia­sto wygląda jak mozaika – spla­tają się wpływy Hisz­pa­nii i Magh­rebu, Anda­lu­zji i Maroka.

Wie­dziona nie­ziem­skimi zapa­chami ula­tu­ją­cymi spod gli­nia­nych pokry­wek, przy­sia­dam w nie­wiel­kim loka­liku na trzy sto­liki, aby spró­bo­wać wege­ta­riań­skiego tadżinu. Zama­wiam też obo­wiąz­kową her­batę z miętą i się­gam do ple­caka po pióro.

Zapis z dzien­nika:

Tetuan to lustro dwóch brze­gów – jakby ktoś zbu­do­wał pomost z bieli. Nie patrz w nie, jeśli boisz się tego, co ujrzysz. Ale jeśli jesteś gotowa – ujrzysz także to, kim możesz się stać.

* * *

Na ubo­czu medyny natra­fiam na nie­wielki miły riad4 z fon­tanną pośrodku uro­czego patio. Jak dobrze jest zanu­rzyć dło­nie i stopy w zim­nej wodzie… Widzę przez nią cudowną kolo­rową mozaikę.

Po połu­dniu wspi­nam się na wzgó­rze, gdzie dzieci pusz­czają latawce. Foto­gra­fuję ich cie­nie na ziemi. Cień i świa­tło. Lęk i nadzieja. Płyną te nie­biań­skie stwory poru­szane wia­trem bez świa­do­mo­ści, że ktoś je bacz­nie obser­wuje. Sia­dam na chwilę w kawia­rence i zama­wiam kawę. Młody kel­ner podaje mi ją zapa­rzoną po arab­sku w tra­dy­cyj­nej mosięż­nej kokilce, obok sta­wia mikro­sko­pijną błę­kitną fili­żankę, kła­nia się lekko i bez­sze­lest­nie odcho­dzi. Wie­czo­rem piszę list do matki. Nie na papie­rze. W gło­wie, w sercu, w powie­trzu. Może dotrze.

Mamo, tak bar­dzo chcia­ła­bym poka­zać Ci to świa­tło. Te nie­bie­skie drzwi, które pro­wa­dzą doni­kąd, ale wyglą­dają jak brama do raju.

Wiesz, że wciąż noszę Twój naszyj­nik? Ten z bursz­ty­nem. Cza­sem, kiedy się uśmie­cham, widzę Twój cień w lustrze.

Zamy­kam oczy. Sły­szę modli­twę. W ustach mam smak kawy z kar­da­mo­nem. W sercu – pustkę i wdzięcz­ność, a w myśli zda­nie: „Każde mia­sto jest lustrem. I każda kobieta musi kie­dyś w nie spoj­rzeć”.

Rabat. Mia­sto cie­nia i muru

13 kwiet­nia 2018

Cza­sem samot­ność nie boli. Cza­sem jest jak ściana z pia­skowca – cie­pła, stała, niema.

Do Rabatu wjeż­dżam pocią­giem o zmierz­chu. W podróży sie­dzia­łam przy oknie i liczy­łam po dro­dze drzewa oliwne, jakby to miało mnie ukoić. Ale nie liczy­łam ich naprawdę. Liczy­łam chwile, które już nie wrócą.

Mia­sto zdaje się otu­lać jak chłodny płaszcz – nie prze­zro­czy­sty, jak błę­kity Asili czy Tetu­anu, lecz cięż­szy, solid­niej­szy, głęb­szy. Tutaj błę­kit ma odcień gra­natu, zmie­szany z sza­ro­ścią oce­anu i kurzem dróg, który przy­warł do moich san­da­łów.

Oto Rabat. Mia­sto wznie­sione z kamie­nia i świa­tła, roz­pięte mię­dzy Atlan­ty­kiem a ciszą pły­nącą z wnę­trza kraju. Dawna twier­dza Almo­ha­dów, dzi­siaj sto­lica pań­stwa – ele­gancka, zrów­no­wa­żona, z duszą, która nie musi niczego udo­wad­niać. W Raba­cie nie sły­chać wrzawy ulic – tu wszystko ma swój rytm, powścią­gliwy i kró­lew­ski, jak oddech oce­anu roz­bi­ja­ją­cego się o mury twier­dzy almo­ha­dyj­skiej Kasba Udaja.

Z murów kasby widać ujście rzeki Bu Rakrak, a po dru­giej stro­nie Salę – bliź­nia­cze mia­sto o pirac­kiej prze­szło­ści. Kie­dyś rywa­li­zo­wały z Raba­tem o wpływy, dziś łączy je most i wspólne niebo. Spa­ce­ruję bru­ko­wa­nymi ulicz­kami Udaji, w któ­rych nie­bie­skie ściany i białe kopuły przy­po­mi­nają o błę­ki­cie, który dopiero mam odna­leźć. Tu błę­kit ma inny ton – spo­kojny, mor­ski, jak pre­lu­dium do tego, co czeka mnie w górach Rif.

Na placu przed Mau­zo­leum Moham­meda V panuje cisza. Straż­nicy w bia­łych bur­nu­sach stoją nie­ru­chomo jak posągi. Zatrzy­muję się na chwilę, patrząc na zdobne mozaiki, w któ­rych się odbija zacho­dzące słońce. Wiem, że to miej­sce jest sym­bo­lem nowo­cze­snego Maroka – kraju, który pamięta o prze­szło­ści, ale nie boi się przy­szło­ści.

Obok mau­zo­leum wznosi się nie­do­koń­czony mina­ret Wieży Has­sana, zbu­do­wany przez kalifa Jakuba al-Man­sura w XII wieku. Miał być naj­więk­szym mina­retem świata, nie­stety trzę­sie­nie ziemi prze­rwało budowę. Dziś jego ruiny są pomni­kiem tego, że nawet nie­do­koń­czone dzieła mają swoje piękno – i sens.

Na wzgó­rzu, gdzie stoi Wieża Has­sana, zatrzy­muję się i spo­glą­dam na kolumny roz­rzu­cone jak nuty na pię­cio­li­nii. Wiatr nie­sie echo daw­nej potęgi. Czas, zdaje się, w Raba­cie nie pły­nie, lecz krąży w zamknię­tym kręgu – mię­dzy ruinami a nowymi dziel­ni­cami, mię­dzy wspo­mnie­niem a teraź­niej­szo­ścią.

W jed­nej z kawiarni przy alei Moham­meda V piję jak zwy­kle mię­tową her­batę i roz­ma­wiam z mło­dym kali­gra­fem, który opo­wiada mi o Raba­cie jako „mie­ście świa­tła i ładu”.

– Fez jest pamię­cią – mówi. – Mar­ra­kesz ser­cem. Casa­blanca pul­sem. A Rabat? Rabat jest rów­no­wagą.

Tego wła­śnie doświad­czam, będąc tu pierw­szy raz: że chaos podróży zaczyna ukła­dać się w sens. Jakby sama sto­lica, w swej pro­sto­cie i spo­koju, przy­go­to­wy­wała mnie na głęb­sze spo­tka­nie z sobą – na wej­ście w błę­kit, który dopiero nadej­dzie.

Rabat przy­jął mnie ze spo­ko­jem. Nie osza­ła­mia by­naj­mniej. Nie zapra­sza. Jest jak ktoś, kto wiele widział i nie musi się nikomu pole­cać. Tchnie bogac­twem i porząd­kiem, zachwyca dosto­jeń­stwem pałacu kró­lew­skiego, zadzi­wia pustymi prze­strze­niami, uwo­dzi buj­nymi anda­lu­zyj­skimi ogro­dami.

Spo­strze­gam piękną scenę – grupę kobiet przy­go­to­wu­ją­cych przy­ję­cie w ple­ne­rze. Stoły przy­kryte bia­łymi obru­sami, na któ­rych pię­trzą się pira­midy owo­ców obok sze­regu napeł­nio­nych już ele­ganc­kich kie­lisz­ków do szam­pana. Taka mała abs­trak­cja w kraju, w któ­rym prak­tycz­nie panuje pro­hi­bi­cja.

Mur Szalla – stary, omszały – staje przede mną jak pyta­nie.

* * *

Naza­jutrz spa­ce­ruję wśród ruin, słu­cha­jąc śpiewu pta­ków, które nie znają histo­rii, a może i znają ją lepiej niż my. Pierw­szy raz od dawna sia­dam na ziemi i po pro­stu nie robię nic.

Przy­glą­dam się jedy­nie prze­cho­dzą­cym rodzi­nom – męż­czy­znom w dżel­la­bach i kobie­tom w ciem­nych bur­kach chro­nią­cym się przed spoj­rze­niami obcych, ich doka­zu­ją­cym dzie­ciom, nie­licz­nym tury­stom z prze­wod­ni­kami w rękach i w roz­kla­pa­nych san­da­łach.

Zapis z dzien­nika:

To mia­sto nie mówi. To mia­sto słu­cha. Jakby wie­działo, że nie potrze­buję wię­cej słów, tylko prze­strzeni. Chyba po to, by wła­sne słowa się we mnie odna­la­zły.

* * *

– Każde mia­sto ma swój cień – odzywa się star­szy męż­czy­zna, który karmi nie­opo­dal gołę­bie.

– A Rabat? – pytam, przy­sia­da­jąc obok.

– Rabat pamięta to, czego inne mia­sta już nie chcą pamię­tać. Był tu mur, był ból, ale był też spo­kój. Ludzie przy­cho­dzą tu odpo­cząć od hałasu świata, nawet jeśli nie wie­dzą, czego szu­kają.

Mil­czymy chwilę. Wiatr unosi pył z kamieni, a błę­kit nieba nad oce­anem ciem­nieje.

– A ty, córko drogi, czego szu­kasz? – podej­muje.

– Świa­tła – odpo­wia­dam. – Ale nie wiem, czy ono jesz­cze ist­nieje.

– Świa­tło zawsze ist­nieje. Tylko cza­sem chowa się za murem.

Po połu­dniu prze­cho­dzę przez Bab Udaja – bramę w kolo­rze pia­sku. W jej cie­niu czas pły­nie ina­czej. Tu, w Kas­bie Udaja, kobiety malują henną, a star­szy męż­czy­zna sprze­daje małe skrzynki z cedro­wego drewna. Pachną jak dzie­ciń­stwo w domu babci – sucho, czy­sto, cie­pło.

Teraz wcho­dzę w cień tych murów. Złote kamie­nie roz­ta­czają zapach pyłu i prze­szło­ści, a biel domów wewnątrz medyny odbija świa­tło tak jaskrawo, że muszę zmru­żyć oczy.

Tu, w kawiarni z wido­kiem na ujście rzeki Bu Rakrak, cze­kają her­bata i mig­da­łowe ciastka. Nad brze­giem roz­grywa się scena codzienna: rybacy łata­jący sieci, dzieci bie­ga­jące po pia­sku, koty prze­cią­ga­jące się w słońcu.

Przy­cho­dzi mi na myśl, że Rabat to mia­sto straż­nik – czuwa, chroni, a jed­no­cze­śnie pozwala spoj­rzeć z dystansu.

Zapis w dzien­niku:

Cień murów uczy, że cza­sem naj­wię­cej widać nie w bla­sku, ale w pół­mroku.

* * *

Sia­dam przy murze, w miłym pół­cie­niu. Obok mnie mały chło­piec bawi się szklaną kulką, która łapie pro­mie­nie ostat­niego słońca. Uzmy­sła­wia mi, że świat wciąż się kręci. I że mogę się nim jesz­cze nacie­szyć.

Nie robię tu zdjęć. Rabat jest jak modli­twa – nie potrze­buje doku­men­ta­cji. Potrze­buje ciszy.

Zapis z dzien­nika:

Mur to nie zawsze gra­nica. Cza­sem to schro­nie­nie. A cień to nie zawsze ciem­ność. Cza­sem to ulga.

Cza­sem myślę, że nie każdy mur musi być zbu­rzony. Że nie każdy cień trzeba roz­świe­tlić. Że nie­które rze­czy ist­nieją tylko po to, by móc się o nie oprzeć.

* * *

Następ­nego dnia znów idę do Kasby Udaja – sta­ro­żyt­nej cyta­deli, gdzie biel ścian sąsia­duje z głę­bo­kim błę­ki­tem drzwi. Prze­cho­dzę przez wąskie uliczki, pach­nące jaśmi­nem i solą. Docie­ram na taras zawie­szony nad oce­anem. Tu, w małej kawiarni, sie­dzą starsi męż­czyźni i grają w war­caby, a obok mło­dzi poeci recy­tują wier­sze o miło­ści i wol­no­ści.

Tym razem zama­wiam her­batę z pio­łunu, gorzką, cierpką, ale jakże czy­stą w smaku.

Z notesu wysu­nął się stary bilet z Tan­geru – wspo­mnie­nie początku drogi.

Spo­glą­dam na niego i uśmie­cham się smutno.

* * *

W wąskiej uliczce w Kas­bie Udaja sły­chać ryt­miczne ude­rze­nia dłoni o drewno. Zatrzy­muję się przed nie­wiel­kim warsz­ta­tem, gdzie przy otwar­tym oknie młody męż­czy­zna kre­śli arab­skie litery pędz­lem macza­nym w atra­men­cie. Wnę­trze pach­nie kawą i cyna­mo­nem.

Na ścia­nach wiszą arku­sze per­ga­minu, pełne zna­ków, które zdają się drgać w świe­tle.

– To wer­sety? – pytam, wcho­dząc.

– I tak, i nie – odpo­wiada z uśmie­chem. – Cza­sem słowa z Koranu, cza­sem tylko moje myśli. Kali­gra­fia to nie pismo. To oddech.

Poka­zuje mi cienki pędzel.

– Każda linia musi być nary­so­wana w jed­nym tchnie­niu. Jeśli zabrak­nie spo­koju – znak się łamie. A wtedy cały sens znika.

Zamy­śla się na moment.

– Jak w życiu… – dodaje cicho. – Jak w życiu… Dla­tego uczy­łem się przez lata nie liter, lecz ciszy.

Kiedy pisze dalej, zauwa­żam, że z atra­mentu wyła­nia się pięk­nie wyka­li­gra­fo­wane po arab­sku słowo – nur – świa­tło.

– To jedno z moich ulu­bio­nych słów – cią­gnie. – Nie da się go wła­ści­wie prze­tłu­ma­czyć. To świa­tło, które nie pocho­dzi ze słońca.

– Tro­chę jak błę­kit, któ­rego szu­kam.

– Więc szu­kasz nie koloru, ale stanu duszy. – Pod­nosi na mnie wzrok. – Jeśli znaj­dziesz spo­kój, błę­kit przyj­dzie sam.

Milk­niemy oboje. Za oknem z krzy­kiem prze­la­tuje mewa, a ocean huczy gdzieś poni­żej murów kasby. Czuję, że w tych pro­stych sło­wach kryje się coś wię­cej niż tylko rada. To jak znak od Rabatu – mia­sta ciszy, sku­pie­nia i rów­no­wagi, które uczy, że każdy krok na dro­dze jest już czę­ścią doj­ścia do celu.

Wie­czór spływa po murach Udaji mięk­kim świa­tłem. Z tarasu małej restau­ra­cji „Dar el Bahr” roz­ciąga się widok na ocean – roz­ko­ły­sany, pełen sre­brzy­stych reflek­sów rzu­ca­nych przez zacho­dzące słońce. W powie­trzu unosi się woń soli, kolen­dry i pie­czo­nej ryby.

Przy­sia­dam przy nie­wiel­kim sto­liku z kutego żelaza, a kel­ner w bia­łej dżel­la­bie przy­nosi mi tadżin z doradą, cytryną i oliw­kami.

– C’est spécialité de la maison – oznaj­mia z uśmie­chem, nale­wa­jąc mię­tową her­batę do drob­nej szklanki.

Z rybą podaje się tu cie­pły chleb khobz, grubo posy­pany ziar­nami sezamu. Na deser – poma­rań­cze z cyna­mo­nem i odro­biną kwiatu poma­rań­czy. Pro­ste dania, a jed­nak w tym miej­scu sma­kują jak ambro­zja.

Z sąsied­niego sto­lika dobie­gają dźwięki gitary – mło­dzi muzycy śpie­wają pieśń w ryt­mie gnawa. W melo­dii jest coś z oce­anu i coś z pustyni, jakby połą­cze­nie świa­tów lądu i wody.

„W Raba­cie wszystko jest w rów­no­wa­dze – myślę. – Kamień i fala. Modli­twa i śmiech. Cień i świa­tło”.

Kiedy pod­no­szę wzrok, widzę tylko w oddali syl­wetki mew prze­la­tu­ją­cych nad murem kasby. W bla­sku zacho­dzą­cego słońca ocean naprawdę ma kolor błę­kitu, któ­rego szu­ka­łam – nie chłod­nego, lecz cie­płego, głę­bo­kiego, nie­mal zło­tego od świa­tła.

Biorę do ręki zeszyt, ten sam, w któ­rym zapi­sy­wa­łam słowa spo­tkań i myśli drogi.

Zapi­suję na pustej stro­nie:

Nie ma błę­kitu bez soli. Nie ma świa­tła bez cie­nia. Nie ma drogi, jeśli się jej nie sma­kuje.

Zamy­kam notes, tak jak­bym zamy­kała w nim cały Rabat – jego dźwięki, kolory, zapa­chy i spo­kój.

Spa­ce­ru­jąc póź­niej brze­giem Atlan­tyku, doznaję nie­ocze­ki­wa­nie wra­że­nia, że potra­fię znów być sama… i nie cier­pieć. Po pro­stu być. Tu i teraz.

Kiedy zasy­piam, koła­cze mi w gło­wie zda­nie: „Cza­sem naj­więk­szą siłą jest to, że zwy­czaj­nie ist­nie­jesz, że trwasz”.

* * *

Pora­nek wstaje chłodny, przej­rzy­sty, z zapa­chem soli i świeżo wypie­ka­nego chleba. Muezin nawo­łuje z mina­retu tonem mięk­kim, nie­mal sen­nym – jakby sam Rabat nie chciał się jesz­cze zbu­dzić ze swo­ich snów.

Zmie­rzam z wolna w stronę Wieży Has­sana, wzno­szą­cej się samot­nie nad mia­stem. Kamień mieni się różem, a w powie­trzu wibruje echo daw­nych wie­ków – nie­do­koń­czo­nego meczetu, który miał być naj­więk­szy w świe­cie muzuł­mań­skim, lecz obró­cił się w ruinę, sta­jąc nie­mym przy­po­mnie­niem, że nawet naj­więk­sza potęga bywa nie­trwała.

Mam w dłoni cie­niutki arkusz papieru. Zwi­jam go w rulon i wsu­wam mię­dzy kamie­nie u stóp wieży. Na kartce jest tylko jedno zda­nie, które zapi­sa­łam poprzed­niego wie­czoru: „Niech każde nie­do­koń­cze­nie sta­nie się począt­kiem”.

Za moimi ple­cami ocean mieni się jak płynny metal. Czuję w sobie spo­kój, który przy­cho­dzi, gdy czło­wiek prze­staje wal­czyć z tym, co nie­znane.

Wra­cam jesz­cze do małej uliczki, gdzie poprzed­niego dnia spo­tka­łam kali­grafa. Drzwi są uchy­lone. Na stole leży kartka z napi­sem: „Nur” (świa­tło).

Nic wię­cej.

Uśmie­cham się, czu­jąc, że to odpo­wiedź – poże­gna­nie i bło­go­sła­wień­stwo zara­zem.

Kiedy odcho­dzę, słońce wynu­rza się zza murów kasby i barwi wszystko na złoto, jakby nawet kamie­nie chciały mi przy­po­mnieć, że każda podróż do błę­kitu zaczyna się od świa­tła.

W Raba­cie nie zna­la­złam odpo­wie­dzi na wszyst­kie drę­czące mnie pyta­nia, ale odna­la­złam spo­kój – ten, który przy­cho­dzi, gdy prze­sta­jesz pytać.

* * *

W nocy sły­szę, jak fale biją o skały u stóp kasby. Brzmi to jak oddech sta­rego świata.

Zapis z dzien­nika:

W błę­ki­cie Rabatu nie ma już marzeń, jest zro­zu­mie­nie. To kolor, który nie obie­cuje niczego, ale daje opar­cie. Jak cisza po burzy.

W dro­dze do Casa­blanki

16 kwiet­nia 2018

Auto­bus rusza leni­wie z dworca w Raba­cie, prze­ci­na­jąc poranne mgły. Przez zapa­ro­waną szybę widać, jak mia­sto powoli znika – jego białe mury, mina­rety, linia oce­anu. Zostaje w tyle, jak dobrze zamknięty roz­dział, cichy i równy, niby wes­tchnie­nie.

Na kola­nach trzy­mam zeszyt, na któ­rym nie zaschła jesz­cze plama her­baty z poprzed­niego wie­czoru. Słowa zapi­sane w Raba­cie – „Niech każde nie­do­koń­cze­nie sta­nie się począt­kiem” – odbi­jają się w moich myślach w rytm kół toczą­cych się po dro­dze.

Za oknem pej­zaż z wolna ulega zmia­nie: pola oliwne ustę­pują miej­sca beto­no­wym kon­struk­cjom, bil­l­bo­ar­dom i sta­cjom ben­zy­no­wym. Poja­wiają się gwar, dźwięk klak­so­nów, zapo­wiedź zwy­kłego miej­skiego zgiełku, jakby świat chciał mnie przy­wi­tać gło­śniej, bar­dziej inten­syw­nie.

Star­sza kobieta sie­dząca obok trzyma w dło­niach wikli­nowy kosz pełen ziół.

– Do Casa­blanki?

– Tak.

– Tam wszystko jest moż­liwe. Ale nic nie jest pewne. – Zaśmiała się cicho, chyba znała już tajem­nicę mia­sta, do któ­rego jedziemy.

Wpa­truję się w widok za oknem. Na hory­zon­cie zaczyna maja­czyć coś błysz­czą­cego, jak odbi­cie świa­tła w tafli szkła. To znów jest ocean, ten sam, ale inny – bar­dziej nie­spo­kojny, jakby odbi­jał nie niebo, lecz ludz­kie pra­gnie­nia.

Poj­muję, że Casa­blanca nie będzie miej­scem ciszy, raczej próbą – mia­stem masek i odbić, w któ­rym każdy, nawet ja, zoba­czy sie­bie w innym świe­tle.

Casa­blanca. Mia­sto ilu­zji

17 kwiet­nia 2018

To mia­sto pach­nie jak per­fumy, któ­rych ni­gdy nie uży­jesz. Jest piękne – ale dla kogoś innego.

Dwo­rzec w Casa­blance tętni życiem. Krzy­żują się głosy sprze­daw­ców, tur­kot wali­zek na kół­kach, nawo­ły­wa­nia kie­row­ców tak­só­wek; wszystko łączy się w jedną kako­fo­nię dźwię­ków, bez początku i bez końca. Gorące powie­trze osza­ła­mia zapa­chami spa­lin i morzem, kurzu i per­fum, przy­praw i sta­rego metalu.

Wysia­dam z auto­busu z uczu­ciem, że zna­la­złam się w miej­scu, gdzie niczego nie da się zatrzy­mać. Mia­sto poru­sza się we wła­snym ryt­mie, nie­ustan­nie, jak falu­jący ocean. Wjeż­dża­jąc do Casa­blanki, doznaję wra­że­nia, że wkra­czam oto w film, który zna­łam kie­dyś na pamięć, ale teraz z tru­dem roz­po­znaję dia­logi. Hum­ph­rey Bogart, Ingrid Berg­man, miłość, przy­jaźń, nie­bez­pie­czeń­stwo, piękna histo­ria…

Wszystko jest tu więk­sze, bar­dziej błysz­czące, bar­dziej ame­ry­kań­skie niż maro­kań­skie – a jed­nak pod­szyte tęsk­notą. Ulice – sze­ro­kie, monu­men­talne. Kawiar­nie – nowo­cze­sne, ano­ni­mowe. Twa­rze – piękne, lecz nie­obecne.

Hotel z kli­ma­ty­za­cją i bia­łymi prze­ście­ra­dłami. Prze­strzeń bez zapa­chu. Bez histo­rii.

W dzien­niku tego dnia zapi­sa­łam:

To nie jest mia­sto, które się poznaje. To mia­sto, które się ogląda – jak reklamę luk­susu, któ­rego nie potrze­buję.

Kiedy prze­cho­dzę przez ulicę Moham­meda V, widzę ruch tram­wa­jów, kawiar­nie z syczą­cymi eks­pre­sami, witryny pełne kolo­ro­wych sukie­nek i zegar­ków. Casa­blanca błysz­czy, kusi, lecz jej blask jest chłodny – jak odbi­cie księ­życa w tafli jeziora.

Przy­staję na moment przy kio­sku z prasą. W oczach sprze­dawcy dostrze­gam zmę­cze­nie i coś, co znam z wielu podróży – ten rodzaj mil­czą­cej rezy­gna­cji, jakby znał już wszyst­kie moż­liwe histo­rie.

– Pierw­szy raz w Casa­blance? – pyta, poda­jąc mi gazetę.

– Tak – odpo­wia­dam.

– To mia­sto potrafi oszu­kać. Acz­kol­wiek cza­sami tylko w ilu­zji da się zoba­czyć prawdę.

Słowa te odbi­jają się we mnie jak echo. Ruszam w stronę oce­anu. Ulice stają się coraz szer­sze i gło­śniej­sze. Gdy wresz­cie docie­ram na nad­mor­ską pro­me­nadę, w twarz ude­rza mnie wiatr – mocny, pełen soli. Widzę przed sobą ogromny budy­nek – to Meczet Has­sana II. Wznosi się tuż nad wodą, jakby modli­twy wier­nych miały się­gnąć samego dna morza.

Wielki Meczet Has­sana II – arcy­dzieło archi­tek­tury i mega­lo­ma­nii. Robię zdję­cia – tak, są spek­ta­ku­larne – ale w środku doznaję roz­cza­ro­wa­nia. Może dla­tego, że wszystko tu krzy­czy: „Patrz, podzi­wiaj, kup!”. A ja chcia­łam tylko przy­cup­nąć gdzieś z kobietą, która pie­cze chleb w gli­nia­nym piecu, i poczuć, że wywo­dzimy się z tej samej opo­wie­ści.

Sado­wię się na kamie­niu i długo spo­glą­dam w fale, które roz­bi­jają się o beto­nowy brzeg.

Czuję, że Casa­blanca nie jest mia­stem, które się kocha – to mia­sto, które wysta­wia na próbę.

Zapis z dzien­nika:

Błę­kit tutaj jest inny. Nie ma w nim ciszy, lecz migo­ta­nie. Nie ma spo­koju, lecz odbi­cie.

Może i to jest potrzebne – by zoba­czyć sie­bie nie w świe­tle, ale w jego roz­pro­sze­niu.

* * *

Za moimi ple­cami dudni mia­sto, a przede mną tań­czy ocean, jakby dawał do zro­zu­mie­nia, że nawet w cha­osie można odna­leźć rytm.

Zacho­dzę do kawiarni poło­żo­nej naprze­ciw meczetu Has­sana II – naj­więk­szego w Afryce. Jego mina­ret sięga nieba, jak gdyby ktoś chciał dotknąć dło­nią chmur. Wokół roz­brzmiewa gwar nowo­cze­snego mia­sta: klak­sony samo­cho­dów, dzwonki tram­wa­jów, śmie­chy i pokrzy­ki­wa­nia idą­cych chod­ni­kami ludzi, stu­kot dam­skich obca­sów.

Casa­blanca jest inna – impul­sywna, dyna­miczna, pełna szkła, kafe­jek i świa­teł neo­nów. Jest w niej coś zachwy­ca­ją­cego i coś ulot­nego, jak miraż.

Wspo­mnia­łam film, któ­rego akcja ni­gdy tu się naprawdę nie toczyła, a mimo to cały świat uwie­rzył w jego ist­nie­nie.

Zapis w dzien­niku:

Casa­blanca to ilu­zja. Mia­sto, które udaje sen – a jed­nak budzi.

* * *

Gubię się w dziel­nicy Habus, szu­ka­jąc resz­tek daw­nej duszy mia­sta. I tam, na rogu jed­nej z ulic, natra­fiam na starą księ­gar­nię. W środku pach­nie kurzem i dru­kiem. Kupuję zeszyt z żółk­ną­cymi kart­kami. Może zapi­szę w nim sny?

Ten skle­pik przy­po­mina mi o odle­głym, nie­speł­nio­nym długo marze­niu z dzie­ciń­stwa, gdy prze­czy­ta­łam książkę o pew­nej dziew­czynce, mojej rówie­śniczce, którą ojciec – ofi­cer statku han­dlo­wego – zabrał w rejs do Casa­blanki. Popa­dłam wów­czas w obse­syjne wręcz pra­gnie­nie ujrze­nia tego cudow­nego miej­sca na ziemi, podob­nie jak ona wtedy.

Casa­blanca. Sama nazwa mia­sta pobu­dzała moją wyobraź­nię. Cie­ka­wość świata i chęć pozna­nia spra­wiały, że nocami śni­łam o frach­towcu, któ­rym popłynę kie­dyś w podróż wzdłuż brze­gów Afryki, aż do samej Casa­blanki. I oto jestem! Speł­niło się moje dzie­cięce marze­nie sprzed lat, jed­nak teraz tro­chę żałuję, że roz­mi­nęło się nieco z moimi daw­nymi wyobra­że­niami…

Wcho­dzę do kawiarni, w któ­rej dwie kobiety roz­ma­wiają o miło­ści. Miała być wieczna, ale nie­stety się skoń­czyła i ten, który miał kochać po grób, uciekł do Paryża. Uśmiech­nęły się do mnie zna­cząco – ich oczy mówiły: „Wiemy. Wszyst­kie wiemy”.

W barze na par­te­rze hotelu nie ma zbyt wielu gości. Ciche dźwięki pia­nina mie­szają się z brzę­kiem szkła, frag­men­tami roz­mów, wybu­chami śmie­chu, zapa­chami mięty i cytryny. Sia­dam przy ladzie i zama­wiam her­batę z bazy­lią i mio­dem – ten prze­dziwny, maro­kań­ski zwy­czaj poda­wa­nia ziół, które koją i budzą jed­no­cze­śnie.

Zza baru spo­gląda na mnie nie­młody męż­czy­zna o łagod­nych oczach, nawy­kłych do oglą­da­nia wielu twa­rzy podróż­nych.

– Casa­blanca cię zmę­czyła, madame? – zagaja bez cie­nia iro­nii.

– Tro­chę – odpo­wia­dam, uśmie­cha­jąc się. – Ale chyba tego się spo­dzie­wa­łam.

– To mia­sto zawsze daje wię­cej, niż chcesz. Ale ni­gdy tego, czego szu­kasz.

Mil­czymy przez chwilę. Za oknem prze­su­wają się świa­tła samo­cho­dów, koły­szą ciemne pió­ro­pu­sze palm, roz­brzmiewa odle­głe echo mia­sta.

– Widzisz tam­ten blask, madame? – Kiwa głową w stronę okien. – To meczet Has­sana II. W nocy wygląda jak sta­tek zbu­do­wany ze świa­tła.

– Wiem. Widzia­łam. A to, co widać za nim?

– To ocean. Ale w Casa­blance nawet ocean wydaje się sztuczny. Jakby ktoś pró­bo­wał go ujarz­mić, przy­po­mina błę­kit zamknięty w bute­leczce per­fum.

Kiedy odcho­dzę, woła za mną jesz­cze:

– Jeśli chcesz zro­zu­mieć to mia­sto, wejdź na dach, madame! Patrz na nie z góry. Casa­blanca nie jest do cho­dze­nia. Casa­blanca jest do oglą­da­nia z dystansu.

Schody pro­wa­dzące na taras są wąskie i ciemne. Na górze wita mnie wiatr – ten sam, który nie­sie sól i hałas mia­sta, ale tu wydaje się łagod­niej­szy. Roz­po­ściera się przede mną Casa­blanca nocą – roz­świe­tlona, pul­su­jąca, roz­pro­szona.

Neony migocą w bar­wach nie­bie­skiego, sre­bra i fio­letu. Reklamy kawiarni, hotele, roz­świe­tlone tram­waje, mru­ga­jące świa­tła stat­ków na hory­zon­cie. Mia­sto przy­po­mina teraz mozaikę – każda płytka świeci tro­chę ina­czej, ale razem two­rzą har­mo­nijną całość.

Błę­kit nie jest tu już kolo­rem spo­koju. To kolor elek­tryczny, nie­cier­pliwy. Sym­bo­li­zuje ruch, nie ciszę.

Sia­dam przy murku i otwie­ram notes.

Casa­blanca – błę­kit w ruchu. Tu wszystko jest odbi­ciem cze­goś innego. Ludzie szu­kają miło­ści w lustrach, szczę­ścia w rekla­mach, sensu w świe­tle neo­nów. A może każdy z nich, tak jak ja, szuka tylko chwili ciszy w tym oce­anie świa­teł?

Wiatr pod­rywa kartkę. Na dole świeci reklama w kształ­cie pół­księ­życa, nie­długo potem gaśnie. Tak jakby mia­sto mru­gnęło, chcąc mi powie­dzieć: „Nie wszystko musi być zro­zu­miane, żeby było praw­dziwe”.

* * *

Wie­czo­rem robię sobie zdję­cie w lustrze hote­lo­wej windy. Widzę kobietę, która prze­stała uga­niać się za tym, czego nie potrze­buje. Uśmie­cha się do mnie. I znika nie­po­strze­że­nie.

Może w poszu­ki­wa­niu prawdy?

W pokoju zapi­suję w dzien­niku:

Casa­blanca to mia­sto, które obie­cuje coś, czego nie potrafi dać. Ale może wła­śnie dla­tego uczysz się tu, czym jest prawda. Prawda to nie to, co błysz­czy. Prawda to to, co zostaje, kiedy zga­śnie świa­tło.

Spo­glą­dam w niebo. Jest ciemne, ale hen w oddali drży jesz­cze błę­kit – ten sam, który zapro­wa­dzi mnie dalej, ku górom Rif, ku błę­kitnemu mia­stu, które czeka na mnie już od dawna.

Sza­fsza­wan – zapi­suję cicho, jakby to było imię, nie mia­sto.

Al-Dża­dida. Mia­sto pod­ziem­nych zwier­cia­deł

20 kwiet­nia 2018

Nie­które odbi­cia nie poka­zują twa­rzy. Poka­zują duszę.

Wyje­cha­łam z Casa­blanki z uczu­ciem nie­do­sytu. To mia­sto, choć pul­su­jące, zosta­wiło mnie z echem bar­dziej niż z melo­dią. Potrze­bo­wa­łam ciszy – ale nie tej wypeł­nio­nej pustką. Szu­ka­łam ciszy, która coś ukrywa.

Al-Dża­dida wita mnie mgłą, jakby ocean sam chciał powie­dzieć: „Zwol­nij”. Ulice są tu inne – nie tak wąskie jak w pół­noc­nych medy­nach, ale i nie sze­ro­kie. Jak gdyby prze­szłość i teraź­niej­szość zawarły rozejm.

Al-Dża­dida jest jak sen wymyty słoną wodą.

Nie­wiel­kie mia­steczko, poło­żone mię­dzy oce­anem a pustką, nie­gdyś nazy­wało się Maza­gan; do dziś otu­lają je mury daw­nej por­tu­gal­skiej for­tecy. Kamienne bastiony, zbu­do­wane z pia­skowca, wciąż patrzą na morze z tą samą czuj­no­ścią, z jaką nie­gdyś wypa­try­wały pirac­kich stat­ków i kara­wan przy­pły­wa­ją­cych z Bra­zy­lii, Indii, Afryki.

Histo­ria twier­dzy jest nie­zwy­kła, bo gdy likwi­do­wano ją w dru­giej poło­wie XVIII wieku, była ostat­nim por­tu­gal­skim mia­stem na maro­kań­skim wybrzeżu Afryki. Jej oblę­że­nie przez Mau­rów skło­niło wład­ców Por­tu­ga­lii do prze­nie­sie­nia wszyst­kich miesz­kań­ców Maza­ganu i całego cen­nego wypo­sa­że­nia przez Atlan­tyk aż do kolo­ni­zo­wa­nej wła­śnie Ama­zo­nii, gdzie Maza­gań­czycy zna­leźli swój nowy dom.

Idę wzdłuż murów, wiatr nie­sie zapach soli, alg i rdzy, a dzieci grają w piłkę na tle wypło­wia­łych domów. Zza murów dobie­gają głosy ryba­ków i cichy śmiech kobiet, które sprze­dają ostrygi w papie­ro­wych toreb­kach.

Zaglą­dam do por­tu­gal­skiej cysterny – chłod­nej, pod­ziem­nej sali z kolum­nami; tafla wody odbija w niej świa­tło wpa­da­jące przez okrą­gły otwór w skle­pie­niu; prze­gląda się w niej niby w zwier­cia­dle. Jak gdyby świat chciał powie­dzieć: „Spójrz jesz­cze raz”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Na końcu książki pomiesz­czono słow­ni­czek maro­kań­skich nazw geo­gra­ficz­nych; znaj­dują się w nim urzę­dowe nazwy pol­skie, arab­skie i fran­cu­skie. [wróć]

2. Il n’y a pas… (fr.) – Nie ma morza bez pamięci. [wróć]

3. Długi obszerny weł­niany płaszcz z kap­tu­rem. [wróć]

4. Riad to tra­dy­cyjny maro­kań­ski dom rodzinny lub pałac wewnątrz medyny o bar­dzo cie­ka­wej archi­tek­tu­rze z wewnętrz­nym dzie­dziń­cem – patio, ogro­dem, sadzawką i (czę­sto) fon­tanną oraz tara­sem na dachu. Wnę­trze na ogół jest bogato zdo­bione sny­cerką i mozai­kami. Cha­rak­te­ry­styczny jest brak okien na zewnątrz. Zapew­nia to izo­la­cję od hałasu, intym­ność i pry­wat­ność. [wróć]