42,90 zł
Trzy kolory, trzy podróże, trzy kobiece przemiany
Trzy kolory Maroka to zapis niezwykłej podróży, w której rzeczywiste miejsca – miasta i miasteczka, drogi, góry i pustynie – stają się krajobrazem wewnętrznej wędrówki, duchowego przebudzenia i emocjonalnej przemiany.
Każda z części – Podróż do Błękitu, Podróż do Czerwieni i Podróż do Złota – opowiada osobną historię, a zarazem wszystkie splatają się w opowieść o stracie, miłości, wolności i świetle, które rodzi się w ciemności.
To książka pisana jako dziennik dla kobiet (i nie tylko), które szukają… siebie, prawdy istnienia, nowego początku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Copyright © by Elżbieta Sęczykowska, 2026 Copyright © for the Polish Edition by Purple Book Wydawnictwo, Warszawa 2026
Producent: Purple Book Sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki handlowy@purplebook.com.pl
Dane kontaktowe: Purple Book Wydawnictwo ul. Hankiewicza 2 02-103 Warszawa facebook.com/purplebookwydawnictwo instagram.com/purple_book_wydawnictwo www.purplebook.com.pl
Dyrektor Zarządzająca: Iga Rembiszewska Wydawca: Ewdokia Cydejko Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Trochonowicz (tel. 506 626 661)
Redakcja: Ewdokia Cydejko Korekta: Krystyna Podleska Projekt okładki i stron tytułowych: Marcin Górski Zdjęcia w środku i na okładce: © Elżbieta Sęczykowska
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, czytam.pl, ksiazki.pl
Dystrybutor: Dressler Dublin Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki
ISBN 978-83-8310-941-1
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Pewnego dnia wszystko we mnie powiedziało: teraz.
I ruszyłam.
Tanger1. Brama wiatru
3 kwietnia 2018
Wysiadam z promu, jakbym wychodziła z własnego cienia.
Niebo jest poszarpane, wiatr gorący, słony, pełen niepokoju.
Szybują nade mną mewy; niosą w dziobach białe okruchy nieba. Port pachnie wilgocią, rybami i czymś jeszcze – czymś starym jak ziemia. Jak decyzja, której nie da się już cofnąć.
Przez chwilę mi się wydaje, że słyszę głos matki, choć nigdy tu nie była.
W rękach mam tylko jedną walizkę, a w niej aparat, notatnik, trzy sukienki i list, którego nie odważyłam się przeczytać od dnia, gdy go napisałam. List do siebie. Z tamtego czasu, gdy wszystko jeszcze miało imię.
Teraz dobiegam czterdziestki, jestem wewnętrznie wypalona, doznaję poczucia straty i niewypowiedzianej potrzeby odcięcia się od przeszłości. Uczynienia pierwszego kroku w nieznane. Nie pytam już nawet, co jest na końcu drogi. Idę.
Tanger nie wita mnie uśmiechem. Nie potrzebuje. Jest sobą – surowy, szorstki, czysty, piękny jak początek pieśni, której słów się jeszcze nie zna. Pachnie jak drzwi, które nie są ani zamknięte, ani otwarte, tylko lekko uchylone. Morze oddycha we mnie – jakby z każdym krokiem coś się usuwało. Ciężar, imię, może wspomnienie.
Spacer przez miasto to prawdziwa przyjemność. Moim oczom ukazują się białe mauretańskie domy, intensywnie zielone drzwi z symbolami Fatimy, imponujące rezydencje pamiętające jeszcze czasy francuskich kolonizatorów, piękne parki, kołyszące się na wietrze palmy, tajemnicze zaułki. W jednym z nich fotografuję chłopca z kotem na tle pięknych, starych, zielonych drzwi. Krążąc po zakamarkach miasta, zaglądam niekiedy do prywatnych ogrodów, jeśli pozwala na to niezbyt wysoki mur. Upajam się zapachami egzotycznych kwiatów i podziwiam wspaniałą, bujną roślinność. Pnącza okalające ekspansywnie stare drzewa sprawiają wrażenie wiedźm zagarniających swymi drapieżnymi dłońmi coraz większe ich fragmenty.
Przed znalezieniem noclegu postanawiam jeszcze odwiedzić Muzeum Ibn Battuty, największego średniowiecznego podróżnika – odkrywcy tamtych czasów. Zawsze mnie fascynował.
Ibn Battuta przez trzydzieści lat swej duchowej drogi do Mekki odwiedził większość krajów Afryki, Azji i Europy, dokładnie je zarazem opisując. Stał się tym samym najwspanialszym dokumentalistą tamtego islamskiego świata. Zazdroszczę mu odwagi.
Wieczorem sadowię się na tarasie nad medyną, czyli historycznym starym miastem. Wsłuchuję się w nawoływania muezina do modlitwy. Zdaje się, że jego pieśń niesie się hen, wysoko, ponad minarety i dachy domów, ponad wody, aż do nieba.
Herbata jest gorzka, ale mięta koi spierzchnięte gardło.
Zapisuję w notatniku:
Nie jesteś już turystką. Nie jesteś uciekinierką.
Jesteś kobietą w drodze. A skoro tak, nie potrzebujesz planu, tylko odwagi.
Następnego dnia schodzę wolno wąskimi schodami, które pachną wilgocią i solą. Otwiera się przede mną biały taras kawiarni „Hafa” – tej samej, w której od ponad stu lat przesiadują ludzie szukający w Tangerze czegoś więcej niż zwykłej podróży.
Cafe „Hafa” to nie tylko kawiarnia – to punkt zwrotny, gdzie kultura bierze górę nad turystyczną rutyną. Stoły z widokiem na zamglony Gibraltar, pomarańczowe światło zachodu, śmiechy poetów, których nazwiska słyszało echo ścian – wszystko to sprawia, że każdy, kto tu wstąpi, staje się częścią historii.
Zanim dostrzegę wolne miejsce, sięgam po aparat i robię wnętrzu kilka zdjęć. Siadam przy drewnianym stoliku, pamiętającym dłonie setek wędrowców. Zamawiam u kelnera szklankę gorącej herbaty z miętą. Doznaję uczucia, że w tym naparze zamyka się cały smak Maroka – ostry, słodki, zielony i nieco gorzki.
Kieruję wzrok na morze – w stronę cieśniny, która dzieli dwa światy i łączy z sobą dwa kontynenty. I wtedy sobie przypominam rozmaite opowieści: tutaj siadywał Paul Bowles i notował pierwsze zdania o pustyniach i zagubieniu. Tutaj także przesiadywał William S. Burroughs, przytłoczony własnym mrokiem i papierzyskami. Tu bywali Allen Ginsberg i Jack Kerouac – przychodzili patrzeć na fale, zanim ruszali w dalszą drogę.
Kiedyś, mając przed oczami ten sam krajobraz, wyobrażał sobie swoje postacie Jean Genet i szukał oddechu Tennessee Williams. Nawet Mohamed Choukri i Tahar Ben Jelloun mówili, że „Hafa” stanowiła dla nich szkołę wolności – miejsce, gdzie można było słuchać i być wysłuchanym.
Teraz siedzę tu ja. Kobieta z zeszytem, która również szuka własnych słów, własnej opowieści. Czuję ich obecność – nie jako cień, lecz znak, że każdy, kto wpada do „Hafy”, staje się częścią tego niezwykłego dialogu między morzem, wiatrem i człowiekiem.
Zapisuję w dzienniku:
W Tangerze wszystko jest początkiem. Herbata smakuje jak zdanie, które dopiero się rodzi.
Fale przemawiają językiem poetów.
Kawiarnia „Hafa” jest niczym brama, przez którą każdy musi przejść, by spotkać siebie.
Na placu Grand Socco jakaś kobieta sprzedaje liście mięty. Jej dłonie przypominają pędy oliwek, są spracowane, ale cudownie żywe. Kiedy ją pytam o drogę do hotelu, nie odpowiada, tylko dotyka mojego ramienia i mówi:
– Nie szukaj mapy. Posłuchaj, dokąd prowadzi cię wiatr.
I wtedy go czuję – ten wiatr znad Atlantyku, który niesie głos. Nie jest to wszakże głos zewnętrzny, raczej coś, co od dawna we mnie milczało, a teraz szeptało: „Idź. Będziesz musiała zgubić się wiele razy, nim odnajdziesz błękit”.
„Tak – pomyślałam – to tutaj się łączą ciemne wody oceanu z jasnymi wodami Morza Śródziemnego, tu splatają swą mokrą, słoną bryzę w całość. One już się odnalazły”.
Nieopodal tego miejsca mała dziewczynka z warkoczykami sprzedaje papierowe chusteczki za parę dirhamów. Kupuję je. Może się przydadzą, gdy trzeba będzie otrzeć łzę?
Asila. Miasto pełne szeptów oceanu
5 kwietnia 2018
Nie wszystkie ściany służą temu, by się od nich odbić. Niektóre uczą, jak słuchać wiatru.
Wyruszam z Tangeru bladym świtem, kiedy miasto jeszcze drzemie w gęstej mgle. Pociąg sunie wolno wzdłuż linii oceanu. Z każdym kilometrem jego oddech się pogłębia, a we mnie cichnie to, co domagało się sensu.
Asila zaskakuje mnie kolorem, spokojem i otwartością. Medyna (centrum) jest tu biała, jakby oczyszczona z historii, ale jednocześnie pełna murali, śladów po festiwalach, muzyce zaklętej w ścianach. To miasto mówi cicho – przez sztukę, światło i zapach soli.
Zapis z dziennika:
W Tangerze ruszyłam.
W Asili pierwszy raz poczułam, że jestem w drodze.
Spaceruję ciasnymi wąskimi uliczkami, które kończą się nie nagle, lecz łagodnie… w oceanie. Fale biją o skały i mury, a w ich rytmie odnajduję coś, co przywodzi na myśl bicie mojego serca, kiedy jeszcze wierzyło w miłość.
Na jednej ze ścian widnieje mural z cytatem:
Il n’y a pas de mer sans mémoire2.
Zastanawiam się nad sensem tego zdania. Może właśnie dlatego tu przyjechałam? By poczuć, że pamięć nie zawsze musi boleć. Że może być falą, która zamiast niszczyć, łagodnie obmywa.
Schodzę ku wodzie i zanurzam w niej stopy. Ocean jest ciemny, zimny i ogromny. Brodzę w wodzie pośród płaskich, prawie czarnych ostrych kamieni, które stanowią tu część plaży. Natrafiam na fragment uszkodzonej mozaiki. Zabieram ją ze sobą.
Nieopodal kilku wędkarzy łowi ryby, tworząc malowniczy obraz na tle zachodzącego słońca. Nie umiem się oprzeć przed zrobieniem im zdjęcia, choć wiem, że to kicz.
Niedługo później siadam na murach obronnych Asili i spoglądam na Atlantyk, który uderza o skały. Wiatr niesie zapach soli i krzyk tutejszych mew. W powietrzu wibruje echo barwnych murali, zostawianych tu co roku przez artystów z całego świata.
Mimo to miasto błyszczy bielą, a jego uliczki zdają się mówić: sztuka jest sposobem na oddychanie.
Z dziennika:
Asila przypomina, że piękno jest wciąż żywe. I nie potrzebuje innego uzasadnienia niż samo istnienie.
Kiedy wracam z pustej plaży, słyszę dźwięki muzyki gnawa. Jeszcze jej wtedy nie znałam… Zafascynowana podążam za nimi, za tą marokańską pieśnią niewolniczą, za transowym rytmem sprzed wieków, za afrykańskim rytuałem, w której kobiety i mężczyźni, kręcąc głowami, wprawiają w ruch „pędzelki” na czapkach. Nie rozumiem tej muzyki, ale całą sobą ją czuję.
Zapis z dziennika:
Nie bój się tych miejsc, które nie wołają głośno. Czasem to właśnie one czekają najdłużej.
Podoba mi się tutaj. Atmosfera tego miejsca w przedziwny sposób mnie pociąga. Postanawiam się zatrzymać na dłużej, niż wcześniej planowałam.
Tu w Asili powietrze ma smak soli i zapach cynamonu. Ulice zadziwiają bielą wapna i błękitem drzwi; w górze nad dachami domów kołują mewy. To jest miasto spokoju i zarazem rytmu, gdzie każdy wieczór kończy się muzyką. Na targu w pobliżu murów portugalskiej fortecy spotykam znów grupę muzyków gnawa, mężczyzn w długich tunikach, z bębnami tbel i metalowymi kastanietami qraqeb. Ich muzyka niesie się jak echo po pustyni. Głęboki, transowy rytm i śpiew, w którym czuję tę samą nutę tęsknoty, co w sercu Tangeru – tylko tu ma ona jeszcze głębszy odcień oceanu.
– Znasz sens tego rytmu? – pyta najstarszy z muzyków podczas przerwy na herbatę.
– Nie – odpowiadam – ale czuję go w sobie.
– I słusznie, bo to pieśń o wolności i pamięci. Gnawa to muzyka, w której zaklęte są duchy niewolników i wędrowców. Śpiewamy, by nie zapomnieć drogi.
Sadowimy się później razem na plaży. Słońce na horyzoncie tonie z wolna w wodzie. Kobiety sprzedają na tacach świeże sardynki z cytryną i harissą, a tuż obok młody chłopak smaży kalmary (calamar à la plancha). Z pobliskiego stoiska płyną zapachy mięty, kolendry i chleba khobz.
Jem powoli, słuchając dźwięków, które wydają się łączyć niebo z ziemią.
Po zmroku trafiam do małego antykwariatu przy rue Hassan II. W środku panuje półmrok, w nozdrza uderza zapach kadzidła; widzę szkatułki z inkrustowanego drewna i srebrne bransolety z agatem. Do lady podchodzi starszy mężczyzna – właściciel – o oczach jak piasek pustyni i pokazuje ciężki naszyjnik z motywem słońca.
– To berberyjska ochrona – mówi. – Kamień pamięta dotyk ziemi.
– Czy sprzedaje pan wspomnienia? – Uśmiecham się.
– Nie, tylko rzeczy, które mają duszę.
Kupując bransoletkę, mam wrażenie, że unoszę ze sobą coś więcej – okruch światła, które towarzyszyć mi będzie w dalszej podróży.
W nocy Asila rozbrzmiewa muzyką. Gdzieś w oddali znów słychać śpiew gnawa – a wiatr z oceanu zanosi ich głosy hen daleko, w głąb lądu, ku Fezowi, Marrakeszowi i dalej, aż na skraj pustyni.
Przysiadam obok jednej z białych latarni i kreślę w dzienniku tylko jedno zdanie:
Tu nauczyłam się słuchać, nie mając nic do powiedzenia.
Po całym dniu spędzonym na targu i wśród muzyków gnawa zatrzymuję się w małej kawiarence, położonej przy murze nad oceanem. Szyld, wyblakły od słońca i soli, informuje, że to „Café Zahra”. Wnętrze pachnie kawą, farbami i wilgotnym drewnem.
Zaraz przy pierwszym stoliku siedzi mężczyzna z notesem i pudełkiem farb akwarelowych. Ma dłonie poplamione błękitem i oczy, w których migoczą świetlne refleksy odbite od morza.
– Czy malujesz Asilę? – pytam, siadając obok.
– Nie można namalować Asili – odpowiada z uśmiechem. – Można tylko pozwolić, by sama się objawiła. Błękit nie jest kolorem. To sposób oddychania.
– A więc to miasto oddycha błękitem?
– Tak. Ale tylko ci, którzy zatrzymują się tu na dłużej, potrafią to dostrzec.
Cieszy mnie to, co usłyszałam, bo przecież postanowiłam pozostać tu jeszcze kilka dni… „Może uda się odetchnąć błękitem?” – myślę.
Rozmawiamy o sztuce, o ciszy między dźwiękami, o tym, że każda podróż zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy szukać drogi, a zaczynamy słuchać własnych kroków. Na stole stygnie kawa, a zza murów dobiega rytm bębnów gnawa. Miasto, oddychając, szepcze swoje tajemnice.
– Przyjedź pod koniec lipca – mówi malarz z uśmiechem – rozpoczyna się wówczas Asilah Arts Festival. Święto kolorów i spotkań. Ulice wypełniają się malarzami, poetami, muzykami z Afryki, Hiszpanii i Ameryki Południowej. Młodzi artyści malują murale, kobiety sprzedają naszyjniki z bursztynu, a dzieci biegają z pędzlami zamiast latawców.
Wracając do mojego małego hotelu, spotykam po drodze ciekawą artystkę z Tangeru. Ma na imię Nadia. Maluje kobiece sylwetki w błękicie i czerwieni.
Zatrzymuję się obok niej, śledząc szybkie ruchy jej szczupłych dłoni, gdy nakłada farbę na płótno.
– Dlaczego te kolory? – pytam zaciekawiona.
– Bo między nimi jest kobieta – wyjaśnia. – Błękit to jej dusza. Czerwień to krew. Kiedy maluję, próbuję połączyć obie: duszę i krew.
– A złoto?
– Złoto to miłość, ale o niej maluje się dopiero po tym, jak się ją utraci.
Przy tych słowach myślę o tym, którego kiedyś zostawiłam tam daleko – o spojrzeniu, które wciąż wracało w snach. O tym, że podróż to także sposób zapominania i pamiętania zarazem.
Wieczorem miasto wypełnia się ciepłym światłem i ciszą. Ci, którzy po nim spacerują, przypominają trochę zjawy, zwłaszcza kobiety przemykające w czarnych hidżabach. Ocean lśni jak lustro, a niebo różowieje, jakby świat postanowił się na chwilę zatrzymać i po prostu być pięknym.
Zapis z dziennika:
Asila pachnie słońcem i farbą. W nocy, gdy wszystko cichnie, słychać, jak morze opowiada historie tym, którzy potrafią słuchać.
Zrozumiałam, że błękit nie zawsze jest spokojem – czasem jest tęsknotą, czasem niepokojem, który drzemie pod skórą.
Dziś jadłam sardynki z kolendrą, rozmawiałam z artystą o ciszy, a muzyka gnawa brzmiała jak echo modlitwy.
Nie wiem jeszcze, dokąd idę. Ale wiem, że Asila napełniła mnie światłem. Zabiorę je ze sobą dalej, może do Fezu, by rozjaśniło labirynt, który tam na mnie czeka.
Tetuan. Miasto lustra
10 kwietnia 2018
Wyjazd z Asili był cichy i bez pożegnań. Spojrzałam jeszcze raz na ocean, który odbijał wschodzące słońce jak taflę metalu. Czułam wdzięczność, ale i nieokreśloną tęsknotę, jakby coś ważnego pozostało na brzegu – może dźwięk bębnów gnawa, może zapach mięty, może spojrzenie artysty z kawiarni.
Droga do Tetuanu wiedzie przez wzgórza i gaje oliwne. Powietrze staje się surowsze, bardziej górskie. Gdy docieram, miasto wita mnie ciszą i światłem odbitym od białych ścian. Tetuan wydaje się inny niż Asila – bardziej zamyślony, jakby pamiętał zbyt wiele. Mówi się o nim „Biały Gołąb Maroka”, symbolizuje bowiem nie tylko pokój, czystość i duchowość, ale kojarzy się też z białą zabudową medyny. Domy odbijają tu światło, dając wrażenie lekkości, tak jakby miasto unosiło się nad wzgórzami u stóp gór Rif. O wyglądzie miasta stanowi jego andaluzyjskie dziedzictwo, kiedy po rekonkwiście w XV wieku przybyli tu muzułmanie i żydzi z Andaluzji i odbudowali miasto w stylu andaluzyjskim – jasnym, przestronnym, pełnym dziedzińców i detali. Dla mnie jest raczej miastem cienia; błękit miesza się tu z mleczną bielą i wspomnieniami dawnych pokoleń.
Dolina u stóp gór Rif ukrywa Tetuan jak perłę w dłoni wędrowca. Miasto jest białe, ciche, bezpretensjonalne, z historią głęboko wyrytą w murach. Słońce osuwa się tu leniwie po fasadach domów, a wiatr – choć niby ten sam co w Tangerze – szepcze łagodniej, jakby znał sekrety i nie chciał ich zdradzać.
Wąskie uliczki medyny prowadzą niczym żyły w głąb serca miasta. Sprzedawcy dywanów nawołują leniwie, rzemieślnicy stukają młotkami w srebro, a w powietrzu unosi się zapach kadzidła i skóry. Zatrzymuję się przy stoisku z ręcznie tkanymi chustami.
– Piękne, prawda? – zagaja kobieta o czarnych oczach, podając mi jasnobłękitną tkaninę.
– Jakby utkano ją z powietrza.
– To kolor rzeki Lukus o świcie. Tetuan ma własny błękit – bardziej skryty. Taki, który nie mówi, lecz pamięta.
Biorę chustę do rąk, materiał jest chłodny i gładki jak dotyk poranka.
– Czy tu zawsze jest tak cicho? – pytam.
– Cisza to nasz język – odpowiada. – W Tetuanie mówi się oczami, nie słowami.
Przy herbacie z jaśminem snuje opowieść o dawnych andaluzyjskich rodzinach, które uciekły tu ongiś z Kordoby i Granady, przynosząc ze sobą muzykę muwaszahat – melancholijną, dziwną jak westchnienie wśród ruin. Wieczorem słyszę ją po raz pierwszy w małym patio, gdzie młodzi muzycy grają na lutniach. Dźwięk jest czysty, powolny jak modlitwa.
„Tetuan nie śpiewa, on wspomina” – zapisuję w dzienniku tej nocy.
To miasto pamięta dawną Hiszpanię i stare marzenia o świetle. W jego ciszy jest wszystko, co utracone, ale też wszystko, co jeszcze może powrócić. Czuję, że błękit zmienia się tutaj w coś głębszego – jakby wchodził we mnie, nie pytając o zgodę.
W obiektywie aparatu: niebieskie drzwi, dziewczynka biegnąca przez plac, starzec w białym burnusie3 modlący się w cieniu drzew.
Zatrzymuję się na dłużej przy starej kobiecie, która tka na krosnach wzór jak z dziecięcego snu. Zbliżam się. Patrzy na mnie przez chwilę, a potem pyta:
– Dlaczego masz w oczach tyle światła, a tak mało radości?
Nie umiem odpowiedzieć. Może dlatego, że noszę w sobie zbyt wiele spojrzeń, które odeszły. Matki. Tego, którego kochałam do bólu. Innych, których imion już nie pamiętam, ale ich głosy – tak. One pozostaną ze mną na zawsze.
Robię zdjęcie jej dłoni. Wzór dywanu przypomina fale. Albo blizny. Mimo to są piękne. Odchodzę ku medynie, która kusi kolorami berberyjskich tkanin, dywanów, zapachami ziół i dźwiękami nawołujących handlarzy herbaty, stukotem młoteczków wybijających rozmaite wzory w metalowych naczyniach, głuchym łoskotem kopyt osiołków wiozących ciężkie towary.
Spacerując wąskimi ulicami medyny, widzę moje odbicie w witrynach sklepików, w oknach domów, w oczach przechodniów. Każde z nich jest inne. A jednak… to wciąż ja.
W Tetuanie wszystko wydaje się jasne i spokojne. Uliczki wypełniają warsztaty rzemieślników, którzy wciąż tworzą tak, jak przed wiekami: skórzane sandały, mosiężne lampy, misternie haftowane tkaniny, biżuterię.
Miasto wygląda jak mozaika – splatają się wpływy Hiszpanii i Maghrebu, Andaluzji i Maroka.
Wiedziona nieziemskimi zapachami ulatującymi spod glinianych pokrywek, przysiadam w niewielkim lokaliku na trzy stoliki, aby spróbować wegetariańskiego tadżinu. Zamawiam też obowiązkową herbatę z miętą i sięgam do plecaka po pióro.
Zapis z dziennika:
Tetuan to lustro dwóch brzegów – jakby ktoś zbudował pomost z bieli. Nie patrz w nie, jeśli boisz się tego, co ujrzysz. Ale jeśli jesteś gotowa – ujrzysz także to, kim możesz się stać.
Na uboczu medyny natrafiam na niewielki miły riad4 z fontanną pośrodku uroczego patio. Jak dobrze jest zanurzyć dłonie i stopy w zimnej wodzie… Widzę przez nią cudowną kolorową mozaikę.
Po południu wspinam się na wzgórze, gdzie dzieci puszczają latawce. Fotografuję ich cienie na ziemi. Cień i światło. Lęk i nadzieja. Płyną te niebiańskie stwory poruszane wiatrem bez świadomości, że ktoś je bacznie obserwuje. Siadam na chwilę w kawiarence i zamawiam kawę. Młody kelner podaje mi ją zaparzoną po arabsku w tradycyjnej mosiężnej kokilce, obok stawia mikroskopijną błękitną filiżankę, kłania się lekko i bezszelestnie odchodzi. Wieczorem piszę list do matki. Nie na papierze. W głowie, w sercu, w powietrzu. Może dotrze.
Mamo, tak bardzo chciałabym pokazać Ci to światło. Te niebieskie drzwi, które prowadzą donikąd, ale wyglądają jak brama do raju.
Wiesz, że wciąż noszę Twój naszyjnik? Ten z bursztynem. Czasem, kiedy się uśmiecham, widzę Twój cień w lustrze.
Zamykam oczy. Słyszę modlitwę. W ustach mam smak kawy z kardamonem. W sercu – pustkę i wdzięczność, a w myśli zdanie: „Każde miasto jest lustrem. I każda kobieta musi kiedyś w nie spojrzeć”.
Rabat. Miasto cienia i muru
13 kwietnia 2018
Czasem samotność nie boli. Czasem jest jak ściana z piaskowca – ciepła, stała, niema.
Do Rabatu wjeżdżam pociągiem o zmierzchu. W podróży siedziałam przy oknie i liczyłam po drodze drzewa oliwne, jakby to miało mnie ukoić. Ale nie liczyłam ich naprawdę. Liczyłam chwile, które już nie wrócą.
Miasto zdaje się otulać jak chłodny płaszcz – nie przezroczysty, jak błękity Asili czy Tetuanu, lecz cięższy, solidniejszy, głębszy. Tutaj błękit ma odcień granatu, zmieszany z szarością oceanu i kurzem dróg, który przywarł do moich sandałów.
Oto Rabat. Miasto wzniesione z kamienia i światła, rozpięte między Atlantykiem a ciszą płynącą z wnętrza kraju. Dawna twierdza Almohadów, dzisiaj stolica państwa – elegancka, zrównoważona, z duszą, która nie musi niczego udowadniać. W Rabacie nie słychać wrzawy ulic – tu wszystko ma swój rytm, powściągliwy i królewski, jak oddech oceanu rozbijającego się o mury twierdzy almohadyjskiej Kasba Udaja.
Z murów kasby widać ujście rzeki Bu Rakrak, a po drugiej stronie Salę – bliźniacze miasto o pirackiej przeszłości. Kiedyś rywalizowały z Rabatem o wpływy, dziś łączy je most i wspólne niebo. Spaceruję brukowanymi uliczkami Udaji, w których niebieskie ściany i białe kopuły przypominają o błękicie, który dopiero mam odnaleźć. Tu błękit ma inny ton – spokojny, morski, jak preludium do tego, co czeka mnie w górach Rif.
Na placu przed Mauzoleum Mohammeda V panuje cisza. Strażnicy w białych burnusach stoją nieruchomo jak posągi. Zatrzymuję się na chwilę, patrząc na zdobne mozaiki, w których się odbija zachodzące słońce. Wiem, że to miejsce jest symbolem nowoczesnego Maroka – kraju, który pamięta o przeszłości, ale nie boi się przyszłości.
Obok mauzoleum wznosi się niedokończony minaret Wieży Hassana, zbudowany przez kalifa Jakuba al-Mansura w XII wieku. Miał być największym minaretem świata, niestety trzęsienie ziemi przerwało budowę. Dziś jego ruiny są pomnikiem tego, że nawet niedokończone dzieła mają swoje piękno – i sens.
Na wzgórzu, gdzie stoi Wieża Hassana, zatrzymuję się i spoglądam na kolumny rozrzucone jak nuty na pięciolinii. Wiatr niesie echo dawnej potęgi. Czas, zdaje się, w Rabacie nie płynie, lecz krąży w zamkniętym kręgu – między ruinami a nowymi dzielnicami, między wspomnieniem a teraźniejszością.
W jednej z kawiarni przy alei Mohammeda V piję jak zwykle miętową herbatę i rozmawiam z młodym kaligrafem, który opowiada mi o Rabacie jako „mieście światła i ładu”.
– Fez jest pamięcią – mówi. – Marrakesz sercem. Casablanca pulsem. A Rabat? Rabat jest równowagą.
Tego właśnie doświadczam, będąc tu pierwszy raz: że chaos podróży zaczyna układać się w sens. Jakby sama stolica, w swej prostocie i spokoju, przygotowywała mnie na głębsze spotkanie z sobą – na wejście w błękit, który dopiero nadejdzie.
Rabat przyjął mnie ze spokojem. Nie oszałamia bynajmniej. Nie zaprasza. Jest jak ktoś, kto wiele widział i nie musi się nikomu polecać. Tchnie bogactwem i porządkiem, zachwyca dostojeństwem pałacu królewskiego, zadziwia pustymi przestrzeniami, uwodzi bujnymi andaluzyjskimi ogrodami.
Spostrzegam piękną scenę – grupę kobiet przygotowujących przyjęcie w plenerze. Stoły przykryte białymi obrusami, na których piętrzą się piramidy owoców obok szeregu napełnionych już eleganckich kieliszków do szampana. Taka mała abstrakcja w kraju, w którym praktycznie panuje prohibicja.
Mur Szalla – stary, omszały – staje przede mną jak pytanie.
Nazajutrz spaceruję wśród ruin, słuchając śpiewu ptaków, które nie znają historii, a może i znają ją lepiej niż my. Pierwszy raz od dawna siadam na ziemi i po prostu nie robię nic.
Przyglądam się jedynie przechodzącym rodzinom – mężczyznom w dżellabach i kobietom w ciemnych burkach chroniącym się przed spojrzeniami obcych, ich dokazującym dzieciom, nielicznym turystom z przewodnikami w rękach i w rozklapanych sandałach.
Zapis z dziennika:
To miasto nie mówi. To miasto słucha. Jakby wiedziało, że nie potrzebuję więcej słów, tylko przestrzeni. Chyba po to, by własne słowa się we mnie odnalazły.
– Każde miasto ma swój cień – odzywa się starszy mężczyzna, który karmi nieopodal gołębie.
– A Rabat? – pytam, przysiadając obok.
– Rabat pamięta to, czego inne miasta już nie chcą pamiętać. Był tu mur, był ból, ale był też spokój. Ludzie przychodzą tu odpocząć od hałasu świata, nawet jeśli nie wiedzą, czego szukają.
Milczymy chwilę. Wiatr unosi pył z kamieni, a błękit nieba nad oceanem ciemnieje.
– A ty, córko drogi, czego szukasz? – podejmuje.
– Światła – odpowiadam. – Ale nie wiem, czy ono jeszcze istnieje.
– Światło zawsze istnieje. Tylko czasem chowa się za murem.
Po południu przechodzę przez Bab Udaja – bramę w kolorze piasku. W jej cieniu czas płynie inaczej. Tu, w Kasbie Udaja, kobiety malują henną, a starszy mężczyzna sprzedaje małe skrzynki z cedrowego drewna. Pachną jak dzieciństwo w domu babci – sucho, czysto, ciepło.
Teraz wchodzę w cień tych murów. Złote kamienie roztaczają zapach pyłu i przeszłości, a biel domów wewnątrz medyny odbija światło tak jaskrawo, że muszę zmrużyć oczy.
Tu, w kawiarni z widokiem na ujście rzeki Bu Rakrak, czekają herbata i migdałowe ciastka. Nad brzegiem rozgrywa się scena codzienna: rybacy łatający sieci, dzieci biegające po piasku, koty przeciągające się w słońcu.
Przychodzi mi na myśl, że Rabat to miasto strażnik – czuwa, chroni, a jednocześnie pozwala spojrzeć z dystansu.
Zapis w dzienniku:
Cień murów uczy, że czasem najwięcej widać nie w blasku, ale w półmroku.
Siadam przy murze, w miłym półcieniu. Obok mnie mały chłopiec bawi się szklaną kulką, która łapie promienie ostatniego słońca. Uzmysławia mi, że świat wciąż się kręci. I że mogę się nim jeszcze nacieszyć.
Nie robię tu zdjęć. Rabat jest jak modlitwa – nie potrzebuje dokumentacji. Potrzebuje ciszy.
Zapis z dziennika:
Mur to nie zawsze granica. Czasem to schronienie. A cień to nie zawsze ciemność. Czasem to ulga.
Czasem myślę, że nie każdy mur musi być zburzony. Że nie każdy cień trzeba rozświetlić. Że niektóre rzeczy istnieją tylko po to, by móc się o nie oprzeć.
Następnego dnia znów idę do Kasby Udaja – starożytnej cytadeli, gdzie biel ścian sąsiaduje z głębokim błękitem drzwi. Przechodzę przez wąskie uliczki, pachnące jaśminem i solą. Docieram na taras zawieszony nad oceanem. Tu, w małej kawiarni, siedzą starsi mężczyźni i grają w warcaby, a obok młodzi poeci recytują wiersze o miłości i wolności.
Tym razem zamawiam herbatę z piołunu, gorzką, cierpką, ale jakże czystą w smaku.
Z notesu wysunął się stary bilet z Tangeru – wspomnienie początku drogi.
Spoglądam na niego i uśmiecham się smutno.
W wąskiej uliczce w Kasbie Udaja słychać rytmiczne uderzenia dłoni o drewno. Zatrzymuję się przed niewielkim warsztatem, gdzie przy otwartym oknie młody mężczyzna kreśli arabskie litery pędzlem maczanym w atramencie. Wnętrze pachnie kawą i cynamonem.
Na ścianach wiszą arkusze pergaminu, pełne znaków, które zdają się drgać w świetle.
– To wersety? – pytam, wchodząc.
– I tak, i nie – odpowiada z uśmiechem. – Czasem słowa z Koranu, czasem tylko moje myśli. Kaligrafia to nie pismo. To oddech.
Pokazuje mi cienki pędzel.
– Każda linia musi być narysowana w jednym tchnieniu. Jeśli zabraknie spokoju – znak się łamie. A wtedy cały sens znika.
Zamyśla się na moment.
– Jak w życiu… – dodaje cicho. – Jak w życiu… Dlatego uczyłem się przez lata nie liter, lecz ciszy.
Kiedy pisze dalej, zauważam, że z atramentu wyłania się pięknie wykaligrafowane po arabsku słowo – nur – światło.
– To jedno z moich ulubionych słów – ciągnie. – Nie da się go właściwie przetłumaczyć. To światło, które nie pochodzi ze słońca.
– Trochę jak błękit, którego szukam.
– Więc szukasz nie koloru, ale stanu duszy. – Podnosi na mnie wzrok. – Jeśli znajdziesz spokój, błękit przyjdzie sam.
Milkniemy oboje. Za oknem z krzykiem przelatuje mewa, a ocean huczy gdzieś poniżej murów kasby. Czuję, że w tych prostych słowach kryje się coś więcej niż tylko rada. To jak znak od Rabatu – miasta ciszy, skupienia i równowagi, które uczy, że każdy krok na drodze jest już częścią dojścia do celu.
Wieczór spływa po murach Udaji miękkim światłem. Z tarasu małej restauracji „Dar el Bahr” rozciąga się widok na ocean – rozkołysany, pełen srebrzystych refleksów rzucanych przez zachodzące słońce. W powietrzu unosi się woń soli, kolendry i pieczonej ryby.
Przysiadam przy niewielkim stoliku z kutego żelaza, a kelner w białej dżellabie przynosi mi tadżin z doradą, cytryną i oliwkami.
– C’est spécialité de la maison – oznajmia z uśmiechem, nalewając miętową herbatę do drobnej szklanki.
Z rybą podaje się tu ciepły chleb khobz, grubo posypany ziarnami sezamu. Na deser – pomarańcze z cynamonem i odrobiną kwiatu pomarańczy. Proste dania, a jednak w tym miejscu smakują jak ambrozja.
Z sąsiedniego stolika dobiegają dźwięki gitary – młodzi muzycy śpiewają pieśń w rytmie gnawa. W melodii jest coś z oceanu i coś z pustyni, jakby połączenie światów lądu i wody.
„W Rabacie wszystko jest w równowadze – myślę. – Kamień i fala. Modlitwa i śmiech. Cień i światło”.
Kiedy podnoszę wzrok, widzę tylko w oddali sylwetki mew przelatujących nad murem kasby. W blasku zachodzącego słońca ocean naprawdę ma kolor błękitu, którego szukałam – nie chłodnego, lecz ciepłego, głębokiego, niemal złotego od światła.
Biorę do ręki zeszyt, ten sam, w którym zapisywałam słowa spotkań i myśli drogi.
Zapisuję na pustej stronie:
Nie ma błękitu bez soli. Nie ma światła bez cienia. Nie ma drogi, jeśli się jej nie smakuje.
Zamykam notes, tak jakbym zamykała w nim cały Rabat – jego dźwięki, kolory, zapachy i spokój.
Spacerując później brzegiem Atlantyku, doznaję nieoczekiwanie wrażenia, że potrafię znów być sama… i nie cierpieć. Po prostu być. Tu i teraz.
Kiedy zasypiam, kołacze mi w głowie zdanie: „Czasem największą siłą jest to, że zwyczajnie istniejesz, że trwasz”.
Poranek wstaje chłodny, przejrzysty, z zapachem soli i świeżo wypiekanego chleba. Muezin nawołuje z minaretu tonem miękkim, niemal sennym – jakby sam Rabat nie chciał się jeszcze zbudzić ze swoich snów.
Zmierzam z wolna w stronę Wieży Hassana, wznoszącej się samotnie nad miastem. Kamień mieni się różem, a w powietrzu wibruje echo dawnych wieków – niedokończonego meczetu, który miał być największy w świecie muzułmańskim, lecz obrócił się w ruinę, stając niemym przypomnieniem, że nawet największa potęga bywa nietrwała.
Mam w dłoni cieniutki arkusz papieru. Zwijam go w rulon i wsuwam między kamienie u stóp wieży. Na kartce jest tylko jedno zdanie, które zapisałam poprzedniego wieczoru: „Niech każde niedokończenie stanie się początkiem”.
Za moimi plecami ocean mieni się jak płynny metal. Czuję w sobie spokój, który przychodzi, gdy człowiek przestaje walczyć z tym, co nieznane.
Wracam jeszcze do małej uliczki, gdzie poprzedniego dnia spotkałam kaligrafa. Drzwi są uchylone. Na stole leży kartka z napisem: „Nur” (światło).
Nic więcej.
Uśmiecham się, czując, że to odpowiedź – pożegnanie i błogosławieństwo zarazem.
Kiedy odchodzę, słońce wynurza się zza murów kasby i barwi wszystko na złoto, jakby nawet kamienie chciały mi przypomnieć, że każda podróż do błękitu zaczyna się od światła.
W Rabacie nie znalazłam odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania, ale odnalazłam spokój – ten, który przychodzi, gdy przestajesz pytać.
W nocy słyszę, jak fale biją o skały u stóp kasby. Brzmi to jak oddech starego świata.
Zapis z dziennika:
W błękicie Rabatu nie ma już marzeń, jest zrozumienie. To kolor, który nie obiecuje niczego, ale daje oparcie. Jak cisza po burzy.
W drodze do Casablanki
16 kwietnia 2018
Autobus rusza leniwie z dworca w Rabacie, przecinając poranne mgły. Przez zaparowaną szybę widać, jak miasto powoli znika – jego białe mury, minarety, linia oceanu. Zostaje w tyle, jak dobrze zamknięty rozdział, cichy i równy, niby westchnienie.
Na kolanach trzymam zeszyt, na którym nie zaschła jeszcze plama herbaty z poprzedniego wieczoru. Słowa zapisane w Rabacie – „Niech każde niedokończenie stanie się początkiem” – odbijają się w moich myślach w rytm kół toczących się po drodze.
Za oknem pejzaż z wolna ulega zmianie: pola oliwne ustępują miejsca betonowym konstrukcjom, billboardom i stacjom benzynowym. Pojawiają się gwar, dźwięk klaksonów, zapowiedź zwykłego miejskiego zgiełku, jakby świat chciał mnie przywitać głośniej, bardziej intensywnie.
Starsza kobieta siedząca obok trzyma w dłoniach wiklinowy kosz pełen ziół.
– Do Casablanki?
– Tak.
– Tam wszystko jest możliwe. Ale nic nie jest pewne. – Zaśmiała się cicho, chyba znała już tajemnicę miasta, do którego jedziemy.
Wpatruję się w widok za oknem. Na horyzoncie zaczyna majaczyć coś błyszczącego, jak odbicie światła w tafli szkła. To znów jest ocean, ten sam, ale inny – bardziej niespokojny, jakby odbijał nie niebo, lecz ludzkie pragnienia.
Pojmuję, że Casablanca nie będzie miejscem ciszy, raczej próbą – miastem masek i odbić, w którym każdy, nawet ja, zobaczy siebie w innym świetle.
Casablanca. Miasto iluzji
17 kwietnia 2018
To miasto pachnie jak perfumy, których nigdy nie użyjesz. Jest piękne – ale dla kogoś innego.
Dworzec w Casablance tętni życiem. Krzyżują się głosy sprzedawców, turkot walizek na kółkach, nawoływania kierowców taksówek; wszystko łączy się w jedną kakofonię dźwięków, bez początku i bez końca. Gorące powietrze oszałamia zapachami spalin i morzem, kurzu i perfum, przypraw i starego metalu.
Wysiadam z autobusu z uczuciem, że znalazłam się w miejscu, gdzie niczego nie da się zatrzymać. Miasto porusza się we własnym rytmie, nieustannie, jak falujący ocean. Wjeżdżając do Casablanki, doznaję wrażenia, że wkraczam oto w film, który znałam kiedyś na pamięć, ale teraz z trudem rozpoznaję dialogi. Humphrey Bogart, Ingrid Bergman, miłość, przyjaźń, niebezpieczeństwo, piękna historia…
Wszystko jest tu większe, bardziej błyszczące, bardziej amerykańskie niż marokańskie – a jednak podszyte tęsknotą. Ulice – szerokie, monumentalne. Kawiarnie – nowoczesne, anonimowe. Twarze – piękne, lecz nieobecne.
Hotel z klimatyzacją i białymi prześcieradłami. Przestrzeń bez zapachu. Bez historii.
W dzienniku tego dnia zapisałam:
To nie jest miasto, które się poznaje. To miasto, które się ogląda – jak reklamę luksusu, którego nie potrzebuję.
Kiedy przechodzę przez ulicę Mohammeda V, widzę ruch tramwajów, kawiarnie z syczącymi ekspresami, witryny pełne kolorowych sukienek i zegarków. Casablanca błyszczy, kusi, lecz jej blask jest chłodny – jak odbicie księżyca w tafli jeziora.
Przystaję na moment przy kiosku z prasą. W oczach sprzedawcy dostrzegam zmęczenie i coś, co znam z wielu podróży – ten rodzaj milczącej rezygnacji, jakby znał już wszystkie możliwe historie.
– Pierwszy raz w Casablance? – pyta, podając mi gazetę.
– Tak – odpowiadam.
– To miasto potrafi oszukać. Aczkolwiek czasami tylko w iluzji da się zobaczyć prawdę.
Słowa te odbijają się we mnie jak echo. Ruszam w stronę oceanu. Ulice stają się coraz szersze i głośniejsze. Gdy wreszcie docieram na nadmorską promenadę, w twarz uderza mnie wiatr – mocny, pełen soli. Widzę przed sobą ogromny budynek – to Meczet Hassana II. Wznosi się tuż nad wodą, jakby modlitwy wiernych miały sięgnąć samego dna morza.
Wielki Meczet Hassana II – arcydzieło architektury i megalomanii. Robię zdjęcia – tak, są spektakularne – ale w środku doznaję rozczarowania. Może dlatego, że wszystko tu krzyczy: „Patrz, podziwiaj, kup!”. A ja chciałam tylko przycupnąć gdzieś z kobietą, która piecze chleb w glinianym piecu, i poczuć, że wywodzimy się z tej samej opowieści.
Sadowię się na kamieniu i długo spoglądam w fale, które rozbijają się o betonowy brzeg.
Czuję, że Casablanca nie jest miastem, które się kocha – to miasto, które wystawia na próbę.
Zapis z dziennika:
Błękit tutaj jest inny. Nie ma w nim ciszy, lecz migotanie. Nie ma spokoju, lecz odbicie.
Może i to jest potrzebne – by zobaczyć siebie nie w świetle, ale w jego rozproszeniu.
Za moimi plecami dudni miasto, a przede mną tańczy ocean, jakby dawał do zrozumienia, że nawet w chaosie można odnaleźć rytm.
Zachodzę do kawiarni położonej naprzeciw meczetu Hassana II – największego w Afryce. Jego minaret sięga nieba, jak gdyby ktoś chciał dotknąć dłonią chmur. Wokół rozbrzmiewa gwar nowoczesnego miasta: klaksony samochodów, dzwonki tramwajów, śmiechy i pokrzykiwania idących chodnikami ludzi, stukot damskich obcasów.
Casablanca jest inna – impulsywna, dynamiczna, pełna szkła, kafejek i świateł neonów. Jest w niej coś zachwycającego i coś ulotnego, jak miraż.
Wspomniałam film, którego akcja nigdy tu się naprawdę nie toczyła, a mimo to cały świat uwierzył w jego istnienie.
Zapis w dzienniku:
Casablanca to iluzja. Miasto, które udaje sen – a jednak budzi.
Gubię się w dzielnicy Habus, szukając resztek dawnej duszy miasta. I tam, na rogu jednej z ulic, natrafiam na starą księgarnię. W środku pachnie kurzem i drukiem. Kupuję zeszyt z żółknącymi kartkami. Może zapiszę w nim sny?
Ten sklepik przypomina mi o odległym, niespełnionym długo marzeniu z dzieciństwa, gdy przeczytałam książkę o pewnej dziewczynce, mojej rówieśniczce, którą ojciec – oficer statku handlowego – zabrał w rejs do Casablanki. Popadłam wówczas w obsesyjne wręcz pragnienie ujrzenia tego cudownego miejsca na ziemi, podobnie jak ona wtedy.
Casablanca. Sama nazwa miasta pobudzała moją wyobraźnię. Ciekawość świata i chęć poznania sprawiały, że nocami śniłam o frachtowcu, którym popłynę kiedyś w podróż wzdłuż brzegów Afryki, aż do samej Casablanki. I oto jestem! Spełniło się moje dziecięce marzenie sprzed lat, jednak teraz trochę żałuję, że rozminęło się nieco z moimi dawnymi wyobrażeniami…
Wchodzę do kawiarni, w której dwie kobiety rozmawiają o miłości. Miała być wieczna, ale niestety się skończyła i ten, który miał kochać po grób, uciekł do Paryża. Uśmiechnęły się do mnie znacząco – ich oczy mówiły: „Wiemy. Wszystkie wiemy”.
W barze na parterze hotelu nie ma zbyt wielu gości. Ciche dźwięki pianina mieszają się z brzękiem szkła, fragmentami rozmów, wybuchami śmiechu, zapachami mięty i cytryny. Siadam przy ladzie i zamawiam herbatę z bazylią i miodem – ten przedziwny, marokański zwyczaj podawania ziół, które koją i budzą jednocześnie.
Zza baru spogląda na mnie niemłody mężczyzna o łagodnych oczach, nawykłych do oglądania wielu twarzy podróżnych.
– Casablanca cię zmęczyła, madame? – zagaja bez cienia ironii.
– Trochę – odpowiadam, uśmiechając się. – Ale chyba tego się spodziewałam.
– To miasto zawsze daje więcej, niż chcesz. Ale nigdy tego, czego szukasz.
Milczymy przez chwilę. Za oknem przesuwają się światła samochodów, kołyszą ciemne pióropusze palm, rozbrzmiewa odległe echo miasta.
– Widzisz tamten blask, madame? – Kiwa głową w stronę okien. – To meczet Hassana II. W nocy wygląda jak statek zbudowany ze światła.
– Wiem. Widziałam. A to, co widać za nim?
– To ocean. Ale w Casablance nawet ocean wydaje się sztuczny. Jakby ktoś próbował go ujarzmić, przypomina błękit zamknięty w buteleczce perfum.
Kiedy odchodzę, woła za mną jeszcze:
– Jeśli chcesz zrozumieć to miasto, wejdź na dach, madame! Patrz na nie z góry. Casablanca nie jest do chodzenia. Casablanca jest do oglądania z dystansu.
Schody prowadzące na taras są wąskie i ciemne. Na górze wita mnie wiatr – ten sam, który niesie sól i hałas miasta, ale tu wydaje się łagodniejszy. Rozpościera się przede mną Casablanca nocą – rozświetlona, pulsująca, rozproszona.
Neony migocą w barwach niebieskiego, srebra i fioletu. Reklamy kawiarni, hotele, rozświetlone tramwaje, mrugające światła statków na horyzoncie. Miasto przypomina teraz mozaikę – każda płytka świeci trochę inaczej, ale razem tworzą harmonijną całość.
Błękit nie jest tu już kolorem spokoju. To kolor elektryczny, niecierpliwy. Symbolizuje ruch, nie ciszę.
Siadam przy murku i otwieram notes.
Casablanca – błękit w ruchu. Tu wszystko jest odbiciem czegoś innego. Ludzie szukają miłości w lustrach, szczęścia w reklamach, sensu w świetle neonów. A może każdy z nich, tak jak ja, szuka tylko chwili ciszy w tym oceanie świateł?
Wiatr podrywa kartkę. Na dole świeci reklama w kształcie półksiężyca, niedługo potem gaśnie. Tak jakby miasto mrugnęło, chcąc mi powiedzieć: „Nie wszystko musi być zrozumiane, żeby było prawdziwe”.
Wieczorem robię sobie zdjęcie w lustrze hotelowej windy. Widzę kobietę, która przestała uganiać się za tym, czego nie potrzebuje. Uśmiecha się do mnie. I znika niepostrzeżenie.
Może w poszukiwaniu prawdy?
W pokoju zapisuję w dzienniku:
Casablanca to miasto, które obiecuje coś, czego nie potrafi dać. Ale może właśnie dlatego uczysz się tu, czym jest prawda. Prawda to nie to, co błyszczy. Prawda to to, co zostaje, kiedy zgaśnie światło.
Spoglądam w niebo. Jest ciemne, ale hen w oddali drży jeszcze błękit – ten sam, który zaprowadzi mnie dalej, ku górom Rif, ku błękitnemu miastu, które czeka na mnie już od dawna.
Szafszawan – zapisuję cicho, jakby to było imię, nie miasto.
Al-Dżadida. Miasto podziemnych zwierciadeł
20 kwietnia 2018
Niektóre odbicia nie pokazują twarzy. Pokazują duszę.
Wyjechałam z Casablanki z uczuciem niedosytu. To miasto, choć pulsujące, zostawiło mnie z echem bardziej niż z melodią. Potrzebowałam ciszy – ale nie tej wypełnionej pustką. Szukałam ciszy, która coś ukrywa.
Al-Dżadida wita mnie mgłą, jakby ocean sam chciał powiedzieć: „Zwolnij”. Ulice są tu inne – nie tak wąskie jak w północnych medynach, ale i nie szerokie. Jak gdyby przeszłość i teraźniejszość zawarły rozejm.
Al-Dżadida jest jak sen wymyty słoną wodą.
Niewielkie miasteczko, położone między oceanem a pustką, niegdyś nazywało się Mazagan; do dziś otulają je mury dawnej portugalskiej fortecy. Kamienne bastiony, zbudowane z piaskowca, wciąż patrzą na morze z tą samą czujnością, z jaką niegdyś wypatrywały pirackich statków i karawan przypływających z Brazylii, Indii, Afryki.
Historia twierdzy jest niezwykła, bo gdy likwidowano ją w drugiej połowie XVIII wieku, była ostatnim portugalskim miastem na marokańskim wybrzeżu Afryki. Jej oblężenie przez Maurów skłoniło władców Portugalii do przeniesienia wszystkich mieszkańców Mazaganu i całego cennego wyposażenia przez Atlantyk aż do kolonizowanej właśnie Amazonii, gdzie Mazagańczycy znaleźli swój nowy dom.
Idę wzdłuż murów, wiatr niesie zapach soli, alg i rdzy, a dzieci grają w piłkę na tle wypłowiałych domów. Zza murów dobiegają głosy rybaków i cichy śmiech kobiet, które sprzedają ostrygi w papierowych torebkach.
Zaglądam do portugalskiej cysterny – chłodnej, podziemnej sali z kolumnami; tafla wody odbija w niej światło wpadające przez okrągły otwór w sklepieniu; przegląda się w niej niby w zwierciadle. Jak gdyby świat chciał powiedzieć: „Spójrz jeszcze raz”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Na końcu książki pomieszczono słowniczek marokańskich nazw geograficznych; znajdują się w nim urzędowe nazwy polskie, arabskie i francuskie. [wróć]
2. Il n’y a pas… (fr.) – Nie ma morza bez pamięci. [wróć]
3. Długi obszerny wełniany płaszcz z kapturem. [wróć]
4. Riad to tradycyjny marokański dom rodzinny lub pałac wewnątrz medyny o bardzo ciekawej architekturze z wewnętrznym dziedzińcem – patio, ogrodem, sadzawką i (często) fontanną oraz tarasem na dachu. Wnętrze na ogół jest bogato zdobione snycerką i mozaikami. Charakterystyczny jest brak okien na zewnątrz. Zapewnia to izolację od hałasu, intymność i prywatność. [wróć]
