Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Historia drobnicowca „Rozewie" i kapitana Jerzego Lewandowskiego. Statek 6 sierpnia 1942 roku został storpedowany przez niemiecki okręt podwodny "U 66". Trzech polskich marynarzy zginęło, reszta załogi uratowała się. Natomiast kpt. Lewandowski, który ostatni opuścił tonący statek, jako pierwszy marynarz polskiej floty handlowej podczas II wojny światowej, został wzięty przez Niemców do niewoli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 92
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 3 godz. 0 min
Lektor: Adam Bauman
Ilustracja na okładce: GMJ DTP: ThoT
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026
Producent: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Bellona 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@bellona.pl www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18848-8
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
– Kapitanie, za godzinę opuści pan port. Zgodnie z instrukcją uda się pan najkrótszą drogą do Trynidadu. A ściślej mówiąc, do Port of Spain na Trynidadzie. Dalsze polecenia znajdują się w tej kopercie – mężczyzna podał kapitanowi niewielki pakiecik. – Proszę załatwić resztę formalności, uzupełnić prowiant, zawiadomić załogę i pomyślnych wiatrów.
Komandor Gordon, sprawujący obowiązki komendanta brazylijskiego portu Para, leżącego w ujściu Amazonki, uścisnął dłoń kapitana Jerzego Lewandowskiego, dając tym samym znać, że rozmowa skończona.
– Jasna cholera! – zaklął Lewandowski, gdy znalazł się już na ulicy. – Nie mogli nas wcześniej zawiadomić? Niech to wszyscy diabli…
Późnym wieczorem, w niedzielę 2 sierpnia 1942 r., s/s „Rozewie” opuścił port Para, by popłynąć z biegiem Amazonki do Atlantyku. Na pokładzie znajdowało się prócz kapitana Jerzego Lewandowskiego 16 członków załogi: pierwszy oficer Władysław Zyber, drugi oficer Andrzej Skarżyński, pierwszy mechanik Brunon Wyglendacz, drugi mechanik Władysław Paprocki, trzeci mechanik Władysław Wróblewski, bosman Stanisław Jerzykowski, trzej starsi marynarze, cieśla, kucharz, trzech smarowników, w tym dwóch Brazylijczyków, młodszy kucharz i chłopak okrętowy, obydwaj także obywatele brazylijscy.
Statek wiózł do Nowego Jorku ładunek ponad 800 ton gumy i kakao. Dopiero od Trynidadu – gdzie kończył się pierwszy etap podróży – miał wejść w skład dużego konwoju chronionego przez jednostki wojenne. Żegluga w tej części Atlantyku była dość spokojna, „wilcze stada” U-bootów grasowały bowiem przeważnie na Morzu Karaibskim. Kierownictwo War Transport w Para postanowiło więc wysłać „Rozewie” w samotną podróż, która trwać miała, przy sprzyjającej pogodzie, nie więcej niż pięć dni. A pogoda dopisywała jak na zamówienie. Dni były słoneczne, noce widne, gwieździste. Huśtane spokojnym pasatem, nieprzekraczającym 2 stopni w skali Beauforta, morze lekko falowało.
W dzień wolna od wachty załoga zaglądała na mostek, gdzie rozprawiano o polityce i ostatnich wydarzeniach szalejącej wojny. Komentowano zbrodnie niemieckie w Polsce. Z obawą wspominano pozostawione w kraju rodziny, wspominano własne niedawne dramatyczne przeżycia.
Tak upłynęły trzy doby, doby spokojne, nie zapowiadające tragicznych wydarzeń.
Ranek 6 sierpnia był jeszcze piękniejszy od poprzednich. Niebo bez chmurki, wspaniała widoczność. Wiatr ucichł zupełnie, najlżejszy nawet powiew nie mącił lustrzanej tafli oceanu.
Kapitan jak zwykle co rano wszedł do sterówki. Mocno już przygrzewające słońce wyciskało na skroniach pełniącej wachtę załogi drobne kropelki potu. Pierwszy oficer kończył właśnie wykreślanie na mapie pozycji statku określonej o świcie z gwiazd.
– To gdzie tam, panie Władku, wyszła pozycyjka? – zagadnął kapitan. – Czy tylko nie w bazylice Świętego Piotra? – zażartował.
– Ależ… – żachnął się Zyber. – Wątpi pan w moje zdolności astronawigacyjne? Proszę spojrzeć, pozycja na samym kursie!
– A ile to nam jeszcze mil zostało do Trynidadu?
– Tylko sto pięć, ale przeciętna prędkość w ciągu ostatniej doby wyniosła zaledwie dziewięć węzłów.
– W takim razie w Port of Spain będziemy nie wcześniej niż za dwanaście godzin.
– A może by pan tak pogadał ze starszym mechanikiem, niech dołoży kilka obrotów. Myślę, że dziesiątkę jesteśmy w stanie wyciągnąć.
– Wątpię, panie Władku, wątpię. Dziesięć węzłów to niemal nasza maksymalna prędkość. Silnik słaby… Co to jest osiemset koni? A kadłub od czterech lat nie skrobany.
– Po tym rejsie przydałoby się na parę godzin wskoczyć na dok…
– Spróbujemy, może się uda.
Wyszli na skrzydło mostku. Pod nimi, zawieszeni na stelingach1, starsi marynarze Stefan Budzisz i Sebastian Miranda malowali forszot nadbudówki śródokręcia. Na dziobie raźnym krokiem przemierzał pokład pierwszy mechanik Wyglendacz. Pod bakiem mieszał farby półnagi bosman.
– Bosman! – huknął z góry kapitan. – Jak znajdzie pan chwilę, wpadnij pan tu na górę.
– Już idę, panie kapitanie! I tak miałem zaraz wpaść do pana.
– A niech pan po drodze poprosi tu jeszcze kucharza.
Nie minęło pięć minut, gdy obydwaj stanęli na mostku. Kucharz zziajany, w nie pierwszej czystości fartuchu, bosman w kraciastej koszuli, którą z pośpiechem zapinał. Był to człowiek zdyscyplinowany i chociaż nie wierzył, że wszelka władza pochodzi od Boga, to jednak dla władzy szacunek miał. Nie zdarzyło mu się nigdy, by stanął przed kapitanem rozchełstany. Kapitan cenił go, Stasio Jerzykowski posiadał bowiem niemal wszystkie zalety tak ważne wśród marynarzy.
– Panie kapitanie – wypalił z miejsca. – Nosem czuję już ląd. Chciałbym dzisiaj puścić trochę wcześniej chłopaków z roboty. Niech się ogarną. Tyrali przez te kilka dni jak dzikie osły.
– To już, mój drogi, sprawa chiefa, a jeśli o mnie chodzi, to możesz ich puścić nawet zaraz – Lewandowski poklepał Jerzykowskiego po plecach.
– No to jak, panie chief?
– Oczywiście, sprawa załatwiona, nie ma nawet o czym mówić.
– A pan, panie szefie – zwrócił się kapitan do kucharza – przygotuje dzisiaj wspaniały obiadek. Około czwartej po południu powinniśmy być na miejscu. Spodziewam się gości, których chciałbym przyjąć godnie, po staropolsku.
– Tak jest, panie kapitanie, wszystko już się robi. Obiadek będzie, że palce lizać.
– I proszę nie zapomnieć, że załoga też może mieć gości.
Na całym statku wrzało jak w ulu. Wszystkich ogarnął znakomity nastrój. Pobliski port dawał schronienie, odprężenie nerwom napiętym w czasie krótkiej, lecz niebezpiecznej podróży. Nikt nie przeczuwał, że właśnie teraz nastąpi to, czego obawiali się od chwili wyjścia z Amazonki, a co groziło im zresztą od początku wojny.
Za kilka godzin mieli być w porcie. Drugi oficer skończył niedawno wachtę i wypoczywał teraz w kabinie. Kupiona w Para książka pasjonowała go, nie mógł się od niej oderwać. Czytał jeszcze, gdy to nastąpiło.
Drugi mechanik omawiał w tym czasie z motorzystami sprawę remontu silnika głównego. Chciał w krótkim postoju „zrobić” jeden układ.
Trzeci mechanik, Władysław Wróblewski, spał w swojej kabinie. Były to dla niego ostatnie chwile życia. Wtedy właśnie…
Kapitänleutnant Friedrich Markworth, dowódca niemieckiego okrętu podwodnego U-66, zdecydował się wracać do bazy. W ciągu 46 dni swego pirackiego patrolu na Atlantyku zatopił tylko jeden statek jugosłowiański z ładunkiem rudy manganowej. Opuszczając bazę w Lorient, nie myślał o takim powrocie, marzył o sukcesach, które rozsławią jego imię, przysporzą odznaczeń. Cholerny pech – zaklął półgłosem.
Okręt wolno posuwał się wielkim zygzakiem, zmieniał kurs co kilka godzin. Pracował tylko jeden silnik, oszczędzano paliwo.
Zaczynało świtać. Mimo to okręt szedł nadal po powierzchni. W każdej chwili mógł zostać wykryty przez samoloty, obrzucony bombami. Markworth jednak ryzykował. Ten jeden marny jugosłowiański statek nie zaspokajał ambicji 29-letniego kapitana niemieckiej Kriegsmarine. W stalowym cielsku 77-metrowego cygara czyhało jeszcze 18 śmiercionośnych torped. Żywności też było pod dostatkiem, wystarczyć mogło jeszcze na 50 dni. Ale załogę ogarniała z każdym dniem coraz większa apatia, przygnębiające znużenie bezczynnością.
Na pomoście bojowym oficer i trzech marynarzy obserwowali pilnie horyzont w wyznaczonym 90-stopniowym sektorze. Od kilku godzin nic się nie zmieniało. Ciągle ten sam bezkresny wodny obszar, przysłonięty ciemną zasłoną nocy, przerzedzoną teraz poblaskiem niewidocznej jeszcze tarczy wschodzącego słońca. Kapitan Markworth siedział przy włazie kiosku, pogrążony w myślach. Upajał się chłodem poranka i czystym morskim powietrzem. Nagle stojący tuż nad jego głową bosman Funk krzyknął:
– Statek! Lewo dwadzieścia – statek!
Markworth błyskawicznie poderwał się i włączył klakson alarmu bojowego.
Dreszcz emocji przebiegł przez niego jak iskra.Jaką rolę zagrać mu wypadnie – zwierzyny czy myśliwego?
– Zanurzenie peryskopowe! – rozkazał.
Wachta w mgnieniu oka zniknęła z pomostu.
Trzasnęła klapa włazu. Zamilkły motory Diesla, ucichł wentylator, huknęły odwietrzniki balastów. Zagrały silniki elektryczne. Okręt zanurzał się na niewielkim trymie dziobowym. Markworth zsunął się do kiosku. Włączył dźwignię windy peryskopu, z niecierpliwością czekał, aż zakończona obiektywem rura podejdzie do góry i przetnie lustro wody. Trzymając oburącz rączki głowicy, przywarł oczami do okularu. Wreszcie błysnął migotliwy odblask fali. Dokładnie omiótł wzrokiem horyzont.
Jest! Omal nie krzyknął z podniecenia. W kilkakrotnie powiększającym obiektywie majaczył szary zarys masztów. Nie było wątpliwości, że jest to statek towarowy. Markworth natychmiast podjął decyzję pogoni. Zanim jednak wydał rozkazy, badał jeszcze przez chwilę powierzchnię morza. Ale tak jak przewidywał, eskorty nie było. Mógł spokojnie przystąpić do rozwinięcia ataku. Określił namiar oraz kąt kursowy swej przyszłej ofiary i, kręcąc gałkami dalmierza, odczytał odległość. Opuścił peryskop.
– Ster lewo na burtę! Zanurzenie trzydzieści metrów! Obydwa silniki cała naprzód! Kurs trzysta czterdzieści! Atakujemy! – zakomenderował pośpiesznie.
Okręt jak podcięty skoczył do przodu. Zaległa pełna napięcia cisza. Załogę ogarnęła radość. Rozpoczął się pościg! Nareszcie zacznie się coś dziać! W zatłoczonej centrali skupione nad przyrządami twarze. U-66 wychodził przed trawers nadpływającego statku, wyprzedzał go, zbliżał się do jego kursu. Płynąc na pełnych obrotach, rozwijał maksymalną prędkość.
Po 30 minutach U-boot zatrzymał silniki i wyszedł na głębokość peryskopową. Ostrożnie wysunięto cieniutki, prawie niewidoczny na migotliwej powierzchni wody, peryskop bojowy.
Było już zupełnie widno. Statek-cel lśnił w porannym słońcu, widoczny jak na dłoni.
– No, już mi nie ujdzie – mruknął Markworth. – Szkoda tylko, że taki mały. Wystarczy jednak na pokrzepienie moich chłopców – pocieszał się. – Poślę mu dwie torpedy. Chociaż nawet jedna zmiotłaby go z powierzchni, rozerwała, zmiażdżyła – szeptał w podnieceniu.
Skorygował pobrane poprzednio dane. Zastępca dowódcy, porucznik Silvert, obsługujący kalkulator strzelań torpedowych, obliczył natychmiast elementy strzału: odległość, prędkość, kurs i kąt trafienia celu.
– Kąt wyprzedzania osiem stopni! – zameldował.
Markworth wybrał najbardziej dogodną pozycję ataku. Za rufą miał jasną tarczę słońca, przed sobą oświetlony jej promieniami cel. Nastawił peryskop na podany kąt i czekał, aż statek wejdzie na celownik.
– Uwaga na aparatach trzecim i czwartym – podał przez megafon. – Zanurzenie torped dwa metry, odchylenie żyroskopu półtora stopnia.
– Uwaga na aparatach trzecim i czwartym – powtórzono rozkaz. – Trójka gotowa! Czwórka gotowa! – zameldowano.
Hydroakustyk podawał co chwilę namiary dźwiękowe: 330…, 332…, 335…, 338…
Odległość pomiędzy okrętem podwodnym a statkiem coraz bardziej zmniejszała się: cztery mile, trzy mile, dwie i pół, dwie… Stawa dziobowa już wchodzi na pionową skalę celownika.
– Torpedo los!!! – padł oczekiwany z takim napięciem przez załogę U-boota rozkaz.
Okręt zadrżał raz i drugi. W przedziałach wzrosło gwałtownie ciśnienie powietrza. Dziób uniósł się nieco w górę i pozostał tak przez chwilę, zanim woda wypełniła opróżnione wyrzutnie. Dwa śmiercionośne cygara pomknęły do celu.
* * *
Potężny wybuch wstrząsnął statkiem. Posypały się szyby, zadzwoniły odłamki, buchnęły kłęby dymu i pary, zakrztusił się i stanął motor. S/s „Rozewie” tonął szybko. Torpeda trafiła w środek kadłuba – tuż przy maszynowni – rozdarła prawą burtę, zmiażdżyła kabiny drugiego oficera i trzeciego mechanika, zniszczyła i zmiotła do wody szalupę. Druga na szczęście minęła cel. Statek, prący jeszcze naprzód siłą rozpędu, błyskawicznie pogrążał się w skotłowanej wodzie. Kapitan, pchnięty podmuchem, zwalił się na mostku. Był ranny, odłamki szkła skaleczyły mu dłonie i twarz, po szyi spływał ciepły strumyk krwi. Trzymając się szotów, wyszedł na pokład. Marynarze w pośpiechu spychali lewą szalupę. Za chwilę mogło być za późno: „Rozewie” chyliło się na burtę, woda sięgała relingów. Nie było już dla statku ratunku. Złamane maszty, zerwany takielunek, deski, brezent, liny – skłębione na pokładzie. Z rozbitych zbiorników szeroką plamą rozlała się ropa, syczały zalane wodą rozgrzane kotły. Lżej ranni stali przy szalupie. Na deskach pokładu wył z bólu poparzony palacz. Ktoś spóźniony biegł jeszcze przez pokład.
– Szalupa za burtę! Opuszczamy statek! – zdecydował kapitan. – Policzyć, ilu nas jest! Sprawdzić, czy ktoś nie został!
– Sprawdzone! – krzyknęło kilku jednocześnie. – Jest nas czternastu, trzech brakuje. Dwóch zabitych, a starszy mechanik zaginął.
Sprawdzić jeszcze raz! – przez głowę przemknęła błyskawiczna myśl. Ale to już było niemożliwe.
– Panie kapitanie, szalupa gotowa do opuszczenia! Na co pan czeka?
Wszyscy byli w szalupie. Tylko kapitan został na pokładzie. Blady, z pokrwawioną twarzą, patrzył na swój tonący statek. Na rufie lufa działa unosiła się ku niebu jak groźnie wzniesiona pięść. Dziób zalała już woda. Waliła przez wyrwę w prawej burcie śródokręcia, tam, gdzie jeszcze przed chwilą była kabina, gdzie drugi oficer Andrzej Skarżyński odczytywał ostatni rozdział zakupionej w Para książki. Woda wdarła się do kabiny, w której zasłużonym snem spał trzeci mechanik Władysław Wróblewski.
Więc to już koniec – pomyślał kapitan. – Więc trzeba rozstać się z „Rozewiem”… Bez walki, bez wystrzału nawet. Zginęło mi trzech ludzi, ginie statek, U-boot odchodzi bezkarnie. A może, zwabiony łatwą zdobyczą, wyjdzie na powierzchnię, może zechce nasycić oczy agonią ofiary? A wtedy… – w skołatanej głowie kapitana błysnęła nowa myśl. – Wtedy można by go jeszcze dosięgnąć!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Okucie elementu (np. masztu, liny, belki) metalem. [wróć]
