49,99 zł
Czy w obozowym piekle jest miejsce na muzykę?
Gdy inne więźniarki stały na wielogodzinnych apelach w skwarze lub na mrozie, one wygrywały skoczne melodie. Ich marsze codziennie odprowadzały komanda do katorżniczej pracy, a potem witały wycieńczone kobiety, które niosły ze sobą trupy koleżanek. Eichmann chętnie słuchał ulubionych szlagierów w wykonaniu obozowej kapeli, zaś doktor Mengele wzruszał się przy utworach Schumanna.
Ich muzyka dla jednych była torturą, dla innych namiastką normalności. Dla samych orkiestrantek – wybawieniem od śmierci w komorze gazowej.
Historia dziewczęcej orkiestry z Auschwitz należy do najmniej znanych elementów obozowej rzeczywistości. Zespół stworzyła Maria Mandl – „bestia z Auschwitz”. To jej chorobliwej ambicji, by dorównać kapeli z męskiego obozu, garstka więźniarek zawdzięczała przetrwanie. Orkiestra splotła losy Żydówek i Aryjek z całej Europy[JK1]. Obok amatorek ledwie potrafiących utrzymać instrument w dłoni występowały m.in. paryska śpiewaczka kabaretowa Fania Fénelon i wybitna skrzypaczka Alma Rosé.
Wszystkie grały, by przeżyć.
Anne Sebba zebrała rozproszone świadectwa, spotkała się z ostatnimi ocalałymi i odtworzyła każdą z mikrohistorii, które miały zostać zapomniane. Dzięki wnikliwej analizie źródeł stworzyła wielogłosową narrację, w której osobiste dramaty przenikają się z tragiczną historią.
[JK1]Rozumiem zamysł – Aryjki i Żydówki to właśnie te kobiety z całej Europy – ale rozumiem też, skąd się wzięła poprawka Zosi, dlatego modyfikuję lekko.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 440
Data ważności licencji: 10/21/2029
Tytuł oryginałuThe Women’s Orchestra of Auschwitz
Copyright: © Anne Sebba, 2026Copyright © for the translation by Dawid Czech
Projekt okładkiMagda Kuc
Fotografia na okładceZdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum Anity Lasker-Wallfisch/Anne Sebby.
Konsultacja merytorycznaFeliks Koperski
Redaktorka nabywającaDominika Kardaś
Redaktorka prowadzącaIzabela Marszał
AdiustacjaJakub Kornacki
KorektaJustyna OstafinKinga Kosiba
Koordynator produkcjiJakub Kornacki, Karolina Korbut
Opieka promocyjnaMonika Burchart
ISBN 978-83-8427-204-6
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Ku pamięci tych, którym nie dane było opowiedzieć własnej historii
Dziewczęca orkiestra z Auschwitz
Pewnego wieczoru na początku 1944 roku cztery zmizerniałe młode kobiety postanowiły podźwignąć się z obozowej niedoli, dając potajemny koncert w wyziębionym, tłocznym baraku służącym im za dormitorium, salę koncertową, jadalnię oraz paczkarnię. Zagrały sonatę Patetyczną Beethovena, napisaną wprawdzie na fortepian, ale przekomponowaną na troje skrzypiec i wiolonczelę przez nowo przybyłą francuską szansonistkę, która przed wojną studiowała w konserwatorium.
Owe cztery kobiety, w tym trzy Żydówki, były więźniarkami budzącego postrach nazistowskiego obozu zagłady położonego na obrzeżach Auschwitz (dzisiejszego Oświęcimia). Należały do żeńskiej orkiestry, jedynej takiej na terenie obozów, więzień i gett zbudowanych przez hitlerowców. Od kwietnia 1943 roku do października 1944 roku, w krótkim czasie jej istnienia, tę zamkniętą na odrębnym bloku więziennym „lagerkapelę” tworzyły także nastolatki; najmłodsza miała zaledwie czternaście lat. Najbardziej zdumiewa w tej historii to, że niemal każda z czterdziestu dziewcząt stanowiących trzon zespołu przetrwała uwięzienie w Auschwitz. Ich dyrygentka nie miała jednak tyle szczęścia.
Na rozkaz władz obozowych żeńska orkiestra, ustawiona na trawiastym pagórku przy tak zwanej Bramie Francuskiej, wygrywała każdego ranka i wieczoru szybkie marsze, aby więźniarki wysyłane do pracy poza obozem utrzymywały równy krok. Orkiestrantki miały w swoim repertuarze góra tuzin utworów, więc po ich odegraniu zaczynały od początku. Orkiestra dawała ponadto cotygodniowe koncerty dla pozostałych więźniarek, chorych ze szpitala obozowego, strażników, a także wizytujących nazistowskich dygnitarzy. Tego wieczoru jednak cztery kobiety – Niemka, Polka, Belgijka i Francuzka – grały arcydzieło Beethovena dla własnej przyjemności w tajemnicy, gdyż żydowskie muzyczki uważano za niegodne tak wspaniałych dzieł niemieckich. Zorganizowanie tego nieoficjalnego występu wymagało niezwykłych środków ostrożności: jedna osoba stała na czatach, wypatrując zagrożenia w postaci nadchodzącego esesmana1.
Osiemnastoletnia wówczas Anita Lasker, od najmłodszych lat zafascynowana grą na wiolonczeli, tak oto opisała tamte chwile: „Wzniosłyśmy się ponad piekło Auschwitz, na wyżyny muzyki, gdzie nie sięgało nas upodlenie obozowej egzystencji”2. Innego razu nazwała ów konspiracyjny koncert „łącznikiem ze światem zewnętrznym, z pięknem i kulturą; ucieczką w nieosiągalną krainę wyobraźni”3.
Auschwitz stało się symbolem masowego mordu popełnionego przez bestialski reżim Hitlera. Było to miejsce kaźni dla przynajmniej 1,1 miliona mężczyzn, kobiet i dzieci, w większości żydowskich, zabijanych w komorach gazowych i na torturach bądź konających w wyniku głodu, chorób i wycieńczenia. Obóz zagłady bynajmniej nie kojarzy się z muzyką, a co dopiero z opiewającymi wolność utworami tak wybitnego kompozytora jak Beethoven. Nie powinno zatem dziwić, że pozostałe więźniarki, każdego dnia brutalnie karane i zmuszane do pracy ponad siły, nie podzielały przekonania Anity o uskrzydlającym potencjalne wielkiej muzyki. Niemniej to właśnie z głębokiego cierpienia wzięło się wiele najpiękniejszych dzieł. Ta pozorna sprzeczność – podniosła muzyka wyrastająca z psychicznych katuszy – nierzadko leży u podstaw muzycznego geniuszu.
Jedną z tych pozostałych więźniarek była Charlotte Delbo, komunistka i działaczka francuskiego ruchu oporu, która trafiła do Auschwitz w styczniu 1943 roku. W 1995 roku wspominała, jak „nieznośnie” było wysłuchiwać żeńskiej orkiestry grającej walce wiedeńskie, podczas gdy „nagich mężczyzn wychudzonych jak szkielety” wyprowadzano z baraków do pracy i „popędzano uderzeniami, od których zwijali się w pół”4.
Pearl Pufeles, zesłana do Auschwitz wraz z bliskimi w marcu 1944 roku, zanosiła się szlochem, gdy czterdzieści lat później wspominała okrutny podstęp, jakim zdało się jej powitanie transportu Żydów z Protektoratu Czech i Moraw przez orkiestrę wykonującą utwory Dvořáka i Smetany: „Powiedziałam mojej siostrze Helen: »Rany, chyba nie jest tu aż tak źle, skoro grają muzykę«. Cała nasza rodzina była bardzo muzykalna. Helen i ja grałyśmy na skrzypcach, a moja druga siostra miała piękny głos”. Ponieważ jednak Pearl i Helen były bliźniaczkami, nie pozwolono im dołączyć do orkiestry. Skierowano je do bloku 10, gdzie pod nadzorem owianego złą sławą nazistowskiego zbrodniarza doktora Josefa Mengelego prowadzono sadystyczne pseudoeksperymenty medyczne5.
Irene Zisblatt, w chwili przybycia do obozu wiosną 1944 roku ledwie trzynastoletnia dziewczynka, tak opisała bycie zmuszaną tamtej jesieni do słuchania występu orkiestry:
Dopiero co dotarłyśmy na miejsce […] po czterech godzinach stania na deszczu. Zaprowadzono nas z powrotem pod krematoria, gdzie z nieba sypał się popiół. Rozkazano nam usiąść na gołej ziemi, a popiół okrywał nas jak gorąca mżawka. Powiedzieli, że zaraz wysłuchamy koncertu z okazji świąt. I tak 32 000 [sic] kobiet siedziało na ziemi, na gorącym popiele. Piece w krematoriach zionęły ogniem, a z kominów bił swąd palonych ciał […]. To był szary dzień, jak noc, taki ciemny.
Na podeście przed nami stały piękne kobiety w odprasowanych mundurach [SS-Aufseherinnen], z różem na policzkach i szminką na ustach, wszystkie długowłose blondynki w towarzystwie esesmanów, silnych i jurnych chłopców, wykarmionych, którzy […] śmiali się […] i dokazywali.
I wtedy na podest weszła orkiestra.
Siedziałyśmy tam godzinami, jak na torturach. Śmierć byłaby wybawieniem. Poprzysięgłyśmy sobie nigdy nie czerpać przyjemności z tej muzyki, nigdy nie zapuścić włosów ani uszminkować ust. To był kolejny sposób mordowania nas.
Irene, podobnie jak Pearl, nie mogła powstrzymać łez, kiedy w 1995 roku opowiadała o orkiestrze w notacji udzielonej dla Fundacji Shoah na Florydzie. „Ta muzyka nie była dla naszych dusz”, oznajmiła dobitnie. „Myślałam wtedy o rodzicach i braciach, o ludziach palonych w piecach”6.
Niektórym ocalałym z Auschwitz-Birkenau, największej części kompleksu obozowego, gdzie większość więźniarek przetrzymywano, dopóki nie padły z głodu, chorób i wycieńczenia lub nie zostały zagazowane, muzyka przynosiła jednak ukojenie, a przynajmniej odciągała ich myśli od ponurych realiów.
Wszystkie te sprzeczne świadectwa dowodzą, że historia żeńskiej orkiestry z Auschwitz nie stanowi niczyjej własności, nawet samych orkiestrantek. Równie istotne są odczucia tamtejszej publiczności – współwięźniarek – a także członków orkiestr męskich, którzy nieraz przyglądali się koncertom kobiet z zawiścią, ponieważ sami musieli pracować między występami. Dyrygent jednego z takich zespołów, Szymon Laks, kategorycznie zaprzeczał, jakoby obozowa muzyka komukolwiek pomogła. „Nie spotkałem ani jednego więźnia, któremu muzyka dodałaby otuchy lub ocaliła życie”, oświadczył7. Laks nie łudził się, że jego orkiestra oraz inne zespoły obozowe były w rękach hitlerowców czymś więcej niż tylko narzędziem propagandy. Miał też pełną świadomość niesprawiedliwego traktowania innych więźniów i więźniarek, nawet jeśli „przywileje” otrzymywane przez garstkę osób uzdolnionych muzycznie z trudem zasługują na to miano. To kolejna z wielu moralnych zawiłości tej historii.
W 1976 roku francuska śpiewaczka, która przekomponowała sonatę Patetyczną na spontanicznie utworzony kwartet smyczkowy, napisała pierwszą książkę o żeńskiej orkiestrze z Auschwitz. Fania Fénelon była co najmniej dziesięć lat starsza od pozostałych dziewczyn z tak zwanego bloku orkiestrowego i podobno obdarzona niebywałą pamięcią muzyczną, choć jej wspomnienia tamtejszych wydarzeń nie zawsze pokrywają się z relacjami innych więźniarek. Mimo że do obozu trafiła dopiero w styczniu 1944 roku, do orkiestry przyjęto ją z otwartymi ramionami jako „jedną z niewielu doświadczonych muzyczek”8. Bez osoby umiejącej transkrybować i aranżować utwory muzyczne oficjalna orkiestra obozowa nie mogłaby funkcjonować.
Autobiografia Fénelon Sursis pour l’orchestre,wydana na rynku anglojęzycznym pod tytułem The Musicians of Auschwitz [Orkiestrantki z Auschwitz], okazała się jednak podkolorowaną wersją wydarzeń, co wywołało oburzenie niemal wszystkich pozostałych członkiń tamtego prowizorycznego zespołu. Późniejsza ekranizacja książki skłoniła część z nich do opublikowania własnych pamiętników. Podjęła się tego także Anita. Gdy piekło Auschwitz dobiegło końca, zrobiła karierę uznanej muzyczki, zamieszkała w Londynie, już jako Anita Lasker-Wallfisch, a w 1996 roku postanowiła spisać swoje wspomnienia z czasu spędzonego w obozowej orkiestrze. W chwili, gdy piszę te słowa, odlicza dni do setnych urodzin.
Anita oraz inne żyjące orkiestrantki uważały, że Fénelon podeptała pamięć Almy Rosé. Ta zawodowa skrzypaczka i austriacka Żydówka pełniła funkcję dyrygentki, trzymając całą orkiestrę w ryzach aż do nagłej śmierci w kwietniu 1944 roku. Miała trzydzieści siedem lat, zmarła najpewniej na skutek zatrucia pokarmowego. Fénelon, zdaniem Anity, oceniła Almę zbyt surowo, nie zważając na to, że w dużej mierze to właśnie utrzymywana przez nią żelazna dyscyplina pozwoliła przetrwać wielu orkiestrantkom grającym pod jej batutą. Alma nieustannie im przypominała, że jeśli opuszczą orkiestrę, to też „pójdą do gazu”.
Przestroga Almy stanowi motyw przewodni niniejszej książki, która jest pierwszą próbą ujęcia ustnych i pisemnych przekazów orkiestrantek oraz pozostałych więźniarek w jedną spójną opowieść z wykorzystaniem w tym celu nowych materiałów. Wiele już napisano o różnych aspektach Auschwitz; dysponujemy też licznymi relacjami muzyczek, które grały w owej „dziewczęcej orkiestrze” (Mädchenorchester), jak wtenczas ją nazywano. Dlatego też, opisując losy zespołu, starałam się ukazać punkty widzenia zarówno więźniarek zmuszonych do słuchania muzyki, a jednocześnie pozbawionych przywilejów zapewnianych orkiestrantkom – w tym najcenniejszego: niepewnej ochrony przed zesłaniem do komory gazowej – jak i samych muzyczek, nierzadko wcielanych do orkiestry pod przymusem. Orkiestrantki chodziły tak samo głodne i zziębnięte jak pozostałe więźniarki, każdy ich dzień przepełniał ten sam terror. Jeszcze długo po uwolnieniu z Auschwitz I nawiedzały je jednak inne koszmary, zrodzone z wściekłości i rozpaczy. Dręczyły je wyrzuty sumienia zabarwione poczuciem bezsilności: co jeszcze mogły zrobić? Czy miały wybór?
Oto ich dylemat: „czy chronić swe życie i grać, czy odmówić grania i skazać się na cięższy los, a nawet śmierć?”, jak ujęła to polska skrzypaczka z orkiestry9. Inne więźniarki uważały orkiestrantki za „prominentki”10, które „opływały w luksusy”, ciesząc się większą przychylnością władz obozowych. W kwestiach materialnych tak naprawdę wyróżniało je posiadanie osobnej pryczy i koca – rzeczy, bądź co bądź, w tych warunkach niezbędnych. Niemniej tak długo, jak grały dobrze, pozostając użyteczne dla nazistów, były czymś więcej niż tylko numerem, miały własną tożsamość – a zatem i szansę na przetrwanie. To wystarczyło, aby ściągnąć na siebie niechęć pozostałych więźniarek.
Istnieje wiele powodów, dla których hitlerowcy potrzebowali orkiestry w obozie zagłady. Choć Niemcy uważali się za ludzi kultury, podczas wojny muzyka posłużyła im za kolejne narzędzie tortur. W żargonie nazistowskim orkiestrantki tworzyły komando, grupę odpowiedzialną za wykonywanie określonego zadania, w tym wypadku wybijanie taktu pozostałym więźniarkom – idącym w szeregach po pięć, aby ułatwić zliczanie – podczas wymarszu do pracy i powrotu na koniec dnia. Jeśli orkiestra grająca lub ćwicząca w pobliżu rampy dodatkowo usypiała czujność nowo przybyłych, tym lepiej. A gdy muzyka siała niezgodę między więźniarkami, które widziały w przyzwoicie ubranych orkiestrantkach kolaborantki, strażnicy nie narzekali.
Naziści, używając talentu muzyczek do zadawania bólu innym, bez wątpienia usiłowali je poniżyć. Ponieważ zwolnione z obowiązku pracy w innych komandach orkiestrantki cały swój czas spędzały na próbach w odrębnym bloku lub na występach przy bramie obozowej, oglądały tłumy zdesperowanych ludzi dostarczanych kolejnymi transportami i słuchały panującego na rampie zgiełku: płaczu dzieci mieszającego się z okrzykami esesmanów, ujadaniem psów i strzępami sentymentalnych piosenek. Tak oto kobiety zmuszono do akompaniowania mordowi. Jednej z najlepszych skrzypaczek w orkiestrze, Lily Mathé, w pamięć zapadły wieczory w Auschwitz, podczas których musiała grać skoczne melodie dla strażników jedzących kolację w kantynie SS. Jej częstym bywalcem był SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann, jeden z głównych architektów Holokaustu. W 1944 roku regularnie pojawiał się w obozie, aby osobiście nadzorować przebieg eksterminacji więźniów. „Eichmann dużo pił, a dla rozrywki wymachiwał nam przed nosami ogryzionym udkiem kurczaka. Czerpał wielką przyjemność z patrzenia, jak wodzimy za kością wygłodniałymi oczyma. Czasem rzucał nam ją z pogardą, abyśmy się przed nim płaszczyły” – wspominała Lily11.
Z powojennych relacji Lily oraz pozostałych orkiestrantek wyziera nienawiść żywiona do oprawców. Tego kluczowego faktu nie mogą przesłaniać spory wewnętrzne w orkiestrze ani spięcia pomiędzy poszczególnymi muzyczkami. Toteż stosowną przygrywką do tej złożonej, pełnej zgrzytów opowieści wydaje się sytuacja ukazująca obydwa aspekty orkiestry: ów potajemny wieczorny koncert sonaty Patetycznej,kilka miesięcy przed przybyciem Lily do Auschwitz.
Już samo granie tak wysublimowanej muzyki dla przyjemności stanowiło akt oporu. Kobiety nie zagrały jednak utworu do końca; ich występ zakończył się, gdy nie-Żydówka Helena Dunicz nagle odłożyła skrzypce i odmówiła dalszej gry. Opisując tamto zdarzenie w pamiętniku wydanym w 2013 roku, krótko przed swoimi dziewięćdziesiątymi ósmymi urodzinami, nie mogła przypomnieć sobie jego dokładnych okoliczności. Stwierdziła jedynie, że przerwanie występu głęboko ją zasmuciło, bo ten dał jej namiastkę przedwojennego życia w Lwowie, kiedy to wraz z bratem i matką grała muzykę kameralną.
O swoich powodach Helena pisała bardziej otwarcie w liście do Anity z 1996 roku. Ubolewała nad tym, że Polki z orkiestry nie chciały, żeby ona, nieżydowska skrzypaczka, spoufalała się z trzema Żydówkami. Musiała wybierać między silnym wsparciem zapewnianym przez grupę polskich chrześcijanek – i drobnymi przywilejami, jakimi cieszyły się jako nie-Żydówki – a graniem w konspiracyjnym kwartecie. Z żalem przyznała, że zabrakło jej sił, aby się przeciwstawić grupie: „Musiałam przestać, nie mogłam się wyłamywać […]. Bardzo źle się z tym czułam. Od urodzenia nie miałam śmiałości, a w obozie ogarnęło mnie przerażenie. Nie starczyło mi silnej woli”12. Nawet po latach ze smutkiem kiwała głową na wspomnienie tamtego zajścia.
Gdy jednak występowały razem jako orkiestra obozowa, Polki i Żydówki odkładały różnice na bok, utrzymując wspólny front przeciwko oprawcom; grały najlepiej, jak tylko potrafiły, byle ocalić siebie i swoje koleżanki.
***
O istnieniu żeńskiej orkiestry obozowej dowiedziałam się, kiedy zbierałam materiały na temat Holokaustu, jeszcze zanim zrodził się pomysł napisania tej książki II. Nie podejrzewałam jednak, że czytając świadectwa orkiestrantek, natrafię na powiązania z opowieścią wojenną zasłyszaną od ojca. Dopiero dowiedziawszy się, że pod koniec 1944 roku niektóre kobiety przetransportowano do KL Bergen-Belsen w północnych Niemczech, postanowiłam zgłębić rolę, jaką w tej historii odegrał mój ojciec, który służył w brytyjskich siłach zbrojnych, mających kilka miesięcy później wyzwolić obóz.
W obliczu nadciągających z zachodu aliantów Niemcy coraz bardziej rozpaczliwie zacierali ślady popełnionych zbrodni: zniszczyli Auschwitz i inne obozy koncentracyjne oraz palili materiał dowodowy. Wycofując się przed frontem wschodnim, pędzili więźniów i więźniarki w głąb Niemiec w tak zwanych marszach śmierci. Tych, którzy nie dotrzymywali kroku pozostałym, rozstrzeliwano na miejscu. Wielu padało z wycieńczenia po drodze.
Pierwszego listopada 1944 roku żeńska orkiestra z Auschwitz została niespodziewanie rozwiązana na rozkaz nazistów. Muzyczki żydowskiego pochodzenia przewieziono pociągiem do Bergen-Belsen, a ich nieżydowskie koleżanki dwa i pół miesiąca później zesłano do obozu kobiecego w Ravensbrück, dziewięćdziesiąt kilometrów na północ od Berlina. Pędzono je pieszo, w siarczystym mrozie, bez prowiantu.
Mój ojciec był wtedy trzydziestodwuletnim dowódcą czołgu. Krótko po wylądowaniu na plaży w Normandii rozpoczął wyzwalanie Francji, walczył w zaciekłej bitwie o Caen, a następnie ruszył na północ kraju. W kwietniu 1945 roku jego pułk dotarł do Belsen niedługo po jego wyzwoleniu. Choć mundur nosił od siedmiu lat, dołączył do ochotniczej rezerwy brytyjskich sił lądowych w 1938 roku, wcześniejsze doświadczenia wojenne nie mogły przygotować go na to, co tam ujrzał. W kojach leżały bez ruchu tysiące istot ledwie przypominających ludzi, chudych jak kościotrupy, a dookoła obozu piętrzyły się stosy ciał przepełniające powietrze odorem rozkładu.
Ojciec, świeżo mianowany na stopień majora, odpowiadał za zaopatrzenie armii brytyjskiej, objąwszy stanowisko kwatermistrza pułkowego. Do jego obowiązków należało także prowadzenie dziennika działań bojowych, w którym omawiał kwestię dipisów (od DPs, displaced persons), jak nazywano wówczas osoby wysiedlone. Określenie to odnosiło się w szczególności do żydowskich uchodźców, którzy nie mogli lub nie chcieli przenieść się do Palestyny, będącej w tym okresie mandatem brytyjskim.
Dorastając w Anglii w latach 50. i 60. ubiegłego wieku, nie mogłam zapytać ojca o to, co zobaczył w Belsen, bo natychmiast ucinał temat, jego zdaniem zbyt makabryczny dla młodego umysłu. Zapamiętałam jedynie szeptane rozmowy rodziców, podczas których przewijało się owo dziwne słowo: „Belsen”.
Pewnego styczniowego dnia 2022 roku, długo po śmierci ojca w 1997 roku, znalazłam w brytyjskim National Archive cienką teczkę: „Pułkowy Dziennik Wojenny”, ze znajomym podpisem – mjr Eric Rubinstein, 31. Brygada Pancerna. Pod datą 24 maja 1945 roku ojciec zanotował: „Czołgi pułku 7. palą krokodylami obóz BELSEN”13.
Co to oznaczało? Po wyniesieniu wszystkich więźniów i więźniarek z baraków czołgi Churchill Crocodile spopieliły skażone tyfusem budynki za pomocą potężnych miotaczy ognia, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się chorób. Każdy „krokodyl” wypluwał strumień zapalonej mieszanki na dystans ponad stu metrów, znacznie dalej niż miotacz ręczny. Paliwo czerpał z ciągniętego na przyczepie opancerzonego zbiornika o pojemności ponad półtora tysiąca litrów.
Nic dziwnego, że dzień zniszczenia Belsen wrył się Anicie Lasker-Wallfisch w pamięć. Zesłana do tej najgłębszej czeluści piekielnej wraz z kilkoma innymi Żydówkami z orkiestry mogła na własne oczy zobaczyć rozpętaną miotaczami pożogę, którą mój ojciec wspominał w dzienniku. W pamiętniku z 1996 roku Anita opisuje tamten widok oraz liczne rozmowy z brytyjskimi oficerami. Jeden z nich, „zawiadujący zaopatrzeniem”, jak pisała, obiecał wyposażyć ją oraz jej siostrę Renate w przybory niezbędne do pracy przy tłumaczeniu. Czy tym oficerem mógł być mój ojciec kwatermistrz?
Oprócz Anity wśród orkiestrantek przetransportowanych z Auschwitz do Belsen znalazły się: węgierska skrzypaczka Lily Mathé; śpiewaczka Éva Steiner, również Węgierka; holenderska pianistka Flora Jacobs; kopistka nut Hilde Grünbaum, bliska przyjaciółka Almy Rosé; oraz dwie Greczynki, siostry Lili i Yvette Assael. Dwudziestego czwartego maja 1945 roku, w dniu spalenia Belsen, Lily i Éva wystąpiły w koncercie zorganizowanym na miejscu przez Czerwony Krzyż. Niewykluczone, że wysłuchał go także mój ojciec. Niestety nigdy się tego nie dowiem. Odkąd jednak odkryłam jego ścisłe powiązania z tamtymi wydarzeniami, czułam potrzebę zgłębienia nie tylko samej historii orkiestrantek z Auschwitz – tego, jak udało im się przetrwać to piekło na ziemi i za jaką cenę – ale także jej głębszego wymiaru moralnego; dociec, czym lagrowa muzyka była dla więźniarek i jak my powinniśmy postrzegać dzisiaj tę kolejną próbę odzierania człowieka z godności.
I Po uwolnieniu z piekła obozów koncentracyjnych, do których trafiły po „marszach śmierci” z Auschwitz, zainicjowanych w styczniu 1945 roku przez Niemców i Austriaków z obozowego SS-Totenkopfverbände.
II A konkretnie podczas wizyty w obozie koncentracyjnym Ravensbrück, którą odbyłam na potrzeby Les Parisiennes.
Bólu już nie czułyśmy
Pierwszego września 1939 roku oddziały niemieckie zaatakowały (bez wypowiedzenia wojny) Polskę. Dwa dni później Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę, wywiązując się z gwarancji złożonych Polakom, zaatakowanym także od wschodu przez Związek Radziecki, który w sierpniu zawarł pakt o nieagresji z Rzeszą Niemiecką. Agresorzy prędko dokonali rozbioru suwerennej od 1918 roku Polski, na skutek czego pod rządami Sowietów znalazło się około jednej trzeciej diaspory żydowskiej zamieszkującej polskie ziemie. Tak oto tysiące polskich Żydów uciekających na wschód przed nazistami trafiło do łagrów na Syberii. Pomimo panujących tam skrajnie ciężkich warunków i powszechnego antysemityzmu nie spotkał ich najgorszy los – Sowieci w zesłańcach upatrywali przede wszystkim darmowej siły roboczej. Wielu przeżyło wojnę. Po kilku miesiącach od inwazji na Polskę niektórym Polakom udało się zaciągnąć do jednostek takich jak wysłana do walki z Niemcami w Afryce Północnej Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich I. Inni pozostający na obczyźnie wspierali wysiłki aliantów, prowadząc działania wojenne na lądzie, morzu i w powietrzu. Polscy żołnierze brali udział w starciach na różnych frontach, w tym w bitwie o Anglię z 1940 roku, w której, jak zaświadczają liczne źródła historyczne, pod dowództwem brytyjskim walczyło stu czterdziestu pięciu polskich pilotów.
Pozostali polscy Żydzi, zamieszkujący tereny wcielone do Rzeszy Niemieckiej i przez nią okupowane, znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Eksterminacja ludności żydowskiej, wprawdzie niebędąca jeszcze oficjalnym celem hitlerowców, rozpoczęła się po przekroczeniu przez nich polskiej granicy. Po ulicach okupowanych miast grasowały oddziały Ordnungspolizei i SS, dokonujące pogromów i podpalające żydowskie sklepy.
Te „dzikie akcje” wnet przerodziły się w masowe mordy. Od inwazji na Związek Radziecki w 1941 roku niemieckie Einsatzgruppen zabiły dziesiątki tysięcy Żydów na okupowanych terenach wschodniej Polski oraz w Litwie i Łotwie, nierzadko wspierane przez tamtejsze społeczności, od pokoleń pałające antysemicką nienawiścią. Jednocześnie naziści rozpoczęli przeszczepianie na podbite terytoria wschodnie systemu obozowego rozwiniętego na rodzimym gruncie, aby zgromadzić wszystkich wrogów Trzeciej Rzeszy, którym pisana była komora gazowa – od Żydów i Romów po komunistów, nacjonalistów i homoseksualnych mężczyzn.
Ośrodkiem tej szybko rozrastającej się sieci obozów koncentracyjnych było Auschwitz – nazywane tak od niemieckiej nazwy założonego w średniowieczu miasta Oświęcim, będącego domem dla wielu żydowskich rodzin. Dwudziestego siódmego kwietnia 1940 roku SS-Reichsführer Heinrich Himmler wydał rozkaz założenia obozu koncentracyjnego na terenie dawnych koszarów armii austro-węgierskiej, tuż przy rynku miasta i opuszczonej manufakturze tytoniowej. Do końca istnienia rozległego zespołu obozowego ów obóz macierzysty, nazywany Auschwitz I bądź Stammlager, pozostawał jego centrum administracyjnym, a widniejący nad bramą napis Arbeit macht frei (praca czyni wolnym) stał się bodaj najważniejszym symbolem Holokaustu.
Bramy obozu otwarto w czerwcu 1940 roku, a gdy nazistowska machina zagłady nabrała rozpędu, przeobrażono go w rozległy kompleks obozowy, z podobozami zaopatrującymi okoliczne fabryki w niewolniczą siłę roboczą. Kompleks ten znajdował się na terenach wcielonego do Rzeszy Niemieckiej Górnego Śląska, w widłach rzek Wisły i Soli.
Pod względem logistycznym naziści nie mogli wybrać sobie miejsca lepiej usytuowanego. Auschwitz leżało przy głównej drodze oraz linii kolejowej, co ułatwiało transportowanie dużej liczby ludzi z różnych miejsc w Europie. Pomimo dobrych połączeń z innymi miastami okupowanego Generalnego Gubernatorstwa i sąsiedztwa z dawną Austrią oraz Czechosłowacją wciąż była to lokalizacja odizolowana od świata zewnętrznego.
Pierwszym komendantem Auschwitz I był Rudolf Höss, doświadczony trzydziestoośmioletni oficer SS. Swoją karierę oficerską rozpoczął jako członek załogi pierwszego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w Dachau, nieopodal Monachium, później zaś kierował obozem Sachsenhausen II, aż do czasu przeniesienia go do Auschwitz w maju 1940 roku. Komendantem mianowano go 4 maja. Höss wraz z żoną, Hedwig, i czwórką dzieci mieszkał w wygodnej dwupiętrowej willi z usługującymi więźniarkami, pięknym ogrodem i widokiem na jedno z krematoriów.
Przez pierwsze dwa lata Auschwitz nie było obozem koncentracyjnym wyłącznie dla Żydów. W początkach jego funkcjonowania przetrzymywano tam więźniów politycznych oraz zawodowych przestępców ściąganych z każdego zakątka Rzeszy, w tym z Austrii, Czechosłowacji i zaanektowanych i okupowanych obszarów Polski. Pierwszy masowy transport siedmiuset dwudziestu ośmiu Polaków z tarnowskiego więzienia dotarł do Auschwitz 14 czerwca. Wśród pierwszych więźniów znalazła się niewielka liczba Żydów. Wielu z Polaków zostało aresztowanych, gdy próbowało przekroczyć południową granicę Generalnego Gubernatorstwa, aby wstąpić w szeregi nowo utworzonych Wojsk Polskich we Francji. Przez kolejne miesiące osadzonych przybywało, więc Höss podjął decyzję o założeniu Auschwitz II, czy też Auschwitz-Birkenau, w miejscu oddalonym około trzy kilometry od pierwszego obozu. W tym celu wyburzono Birkenau (jak Niemcy przemianowali Brzezinkę) oraz kilka mniejszych okolicznych wsi, wysiedliwszy całą tamtejszą polską ludność oraz nielicznych Żydów nadal zamieszkujących te tereny.
Birkenau, biorące swoją nazwę od rosnących w okolicy brzozowych zagajników, przyjęło pierwszy transport więźniów już w marcu 1942 roku, choć budowa obozu nie dobiegła jeszcze końca. Z czasem miały tam powstać główne krematoria oraz komory gazowe – pomieszczenia udające łaźnie, podpisywane na planach nazistów jako kostnice. Naziści mogli tym samym zrezygnować z mobilnych komór gazowych III, udoskonaliwszy metodę szybkiego mordowania dużych grup ludzi, przeważnie Żydów, za pomocą przechowywanego w blaszanych pojemnikach Cyklonu B, granulowanego cyjanowodoru używanego jako pestycyd.
Przed 1942 rokiem do Auschwitz zsyłano wyłącznie mężczyzn; pierwsze transporty z kobietami dotarły pod koniec marca 1942 roku. Matki z dziećmi od razu trafiały do komór gazowych. Pozostałe więźniarki kierowano do niewolniczej pracy, przede wszystkim w Abbruchkommandos oczyszczających teren pod dalszą rozbudowę obozu. Kobiet nie poddano nawet kwarantannie ani rutynowej „selekcji”. Eufemizmem tym naziści określali wstępny proces kwalifikacyjny decydujący o losie nowo przybyłych: osoby sprawne fizycznie wysyłano do pracy, a schorowane lub starsze – do gazu.
Prędko powstały liczne podobozy, ulokowane na tyle blisko linii kolejowej do Auschwitz, że więźniów i więźniarki można było pędzić do nich pieszo. Wiele z tych osób „sprzedano” do pracy przymusowej w niemieckim przemyśle, aby wspomagały hitlerowską machinę wojenną. Największym z tych niewolniczych zakładów, których ostatecznie powstało aż czterdzieści, była fabryka gumy syntetycznej Buna w obozie Monowitz, założonym w październiku 1942 roku, znanym także jako Auschwitz III. Zarządzana przez IG Farben Buna oraz pozostałe obiekty fabryczne Auschwitz pomimo panujących tam katorżniczych warunków pracy miały jedną podstawową zaletę: zatrudnionym więźniom nie groziła komora gazowa.
U schyłku 1942 roku Auschwitz stało się największym ośrodkiem zagłady w Rzeszy Niemieckiej. Zajmowany przez kompleks obozowy obszar o powierzchni około czterech tysięcy hektarów nazywano „strefą interesów”. Latem 1941 roku Himmler przekazał Hössowi, że Auschwitz zostało wytypowane do prowadzonej przez SS operacji masowej zagłady Żydów, a w styczniu następnego roku wąskie grono najwyższych funkcjonariuszy nazistowskich, w tym specjalista od „kwestii żydowskiej” SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann, sformalizowało plan eufemistycznie nazywany „ostatecznym rozwiązaniem”.
Na konferencji w położonej nad jeziorem rezydencji pod Berlinem hitlerowscy dygnitarze doszli do porozumienia: pozostałym w Europie Żydom nie można było pozwolić na opuszczenie kontynentu, wszyscy mieli zostać wymordowani. SS-Obergruppenführer Reinhard Heydrich, trzydziestosiedmioletni przewodniczący konferencji w Wannsee, wykorzystał tę okazję do umocnienia swojego zwierzchnictwa nad mającym zastąpić niezorganizowaną przemoc procesem systematycznej eksterminacji Żydów. Stanowiło to fundament światopoglądu i politycznego manifestu Hitlera od początku jego rządów. W ciągu zaledwie kilku godzin zdecydowano o uśmierceniu całej europejskiej diaspory żydowskiej, której liczebność Heydrich szacował na jedenaście milionów osób, rozproszonych również po krajach wówczas nieznajdujących się pod okupacją niemiecką. Wielka Brytania i państwa neutralne, takie jak Szwajcaria, Irlandia, Szwecja, Hiszpania IV i Portugalia, a nawet europejska część Turcji – Europa miała zostać oczyszczona z Żydów, stać się Judenfrei czy też Judenrein. Za wprowadzenie planu w życie, a zatem także nadzorowanie obozów, odpowiadał Reinhard Heydrich.
Właśnie wtedy na scenę tego odrażającego spektaklu wchodzą obozowe orkiestry, męska i żeńska. Choć naziści pragnęli całkowicie zetrzeć kulturę żydowską z powierzchni ziemi, w Auschwitz, paradoksalnie, przyczynili się do zachowania jej istotnej części. Muzyka była ważnym elementem codziennej egzystencji w nazistowskich obozach, służyła tam jednak wypaczonym celom: zamiast dawać przyjemność, zadawała ból.
Choć w obozowych orkiestrach grały osoby różnego pochodzenia, co najmniej połowę obsady zawsze stanowili Żydzi i Żydówki. Naziści pilnie przestrzegali tej delikatnej równowagi, nie pozwalając, by szala przechyliła się na stronę Żydów, będących wszak największą grupą etniczną w Auschwitz. Niemniej tak duża reprezentacja żydowska świadczyła o fundamentalnej roli, jaką muzyka odgrywała w życiu tak wielu Żydów i Żydówek – bez względu na miejsce zamieszkania czy pozycję społeczną, od niewykształconych grajków ulicznych po utalentowane muzyczki. Modlitwom w synagogach towarzyszyły muzyka i śpiew, zaś weselom, obrzędom bar micwy i innym uroczystościom przygrywali klezmerzy, żydowscy muzykanci, kultywujący bogatą tradycję muzyczną. Ten „jidysz bez słów” rozwinął się w Europie Wschodniej, Grecji i na Bałkanach jeszcze w średniowieczu. Była to przede wszystkim muzyka rozrywkowa, czerpiąca jednak z utworów liturgicznych, a także z nuconych chasydzkich zaśpiewów i żydowskiego teatru.
Muzyka, używana dotąd do afirmowania własnego człowieczeństwa, stała się kolejnym narzędziem do jego unicestwiania. Orkiestry z Auschwitz obnażyły jednak groteskową sprzeczność leżącą u podstaw ostatecznego rozwiązania: naziści nie potrafili określić, czy osoby pochodzenia żydowskiego należy zgładzić, ponieważ są podludźmi (Untermenschen), czy dlatego, że tworzą tajemną grupę pociągających za sznurki wpływów i władzy „mędrców Syjonu”. Istnienie obozowej orkiestry kierowanej przez Żydów było namacalnym dowodem tego rozdarcia.
W lutym 1942 roku, kilka tygodni po konferencji w Wannsee, do Auschwitz I dotarły pierwsze transporty żydowskich więźniów zesłanych na śmierć. Wszyscy zostali natychmiast zagazowani Cyklonem B, a ich ciała spalono w starym krematorium – porośniętym trawą kopcu nad bunkrem, przy murze oddzielającym główny obóz od ogrodu i przestronnej willi komendanta. W marcu operację mordowania Żydów przeniesiono do Birkenau, gdzie naprędce przygotowywano nowe, znacznie większe miejsce kaźni.
Początkowo za prowizoryczne komory gazowe służyły dwa dawne budynki mieszkalne skryte w cieniu brzozowego lasku, tak zwane Czerwony Domek i Biały Domek. Ciała wynoszono i grzebano w zbiorowych mogiłach. Pracujących przy tym więźniów, przeważnie młodych, krzepkich Żydów, po pewnym czasie kierowano do szpitala obozowego i tam uśmiercano przez „szpilę”, dosercowy zastrzyk z fenolu1. Kilka miesięcy później w Birkenau rozpoczęto budowę czterech budynków do masowej zagłady, z komorami gazowymi i przyległymi krematoriami, przystosowanych do zabijania więźniów na skalę przemysłową. Wkrótce po zamordowanych zostawały jedynie popioły.
Masowe transporty Żydów i Żydówek do Auschwitz w 1942 roku zrodziły potrzebę założenia w Birkenau osobnego obozu dla kobiet. Zadanie to powierzono grupie dziewięciuset dziewięćdziesięciu siedmiu V więźniarek przetransportowanych 26 marca z żeńskiego obozu w Ravensbrück, położonego na północ od Berlina. Były to kobiety nieżydowskiego pochodzenia zesłane przede wszystkim za aspołeczne zachowanie lub popełnione przestępstwa, rzadziej więźniarki polityczne. Miały one nadzorować napływ Żydówek do Auschwitz, choć obozu nie przygotowano jeszcze na przyjęcie tak licznej grupy osadzonych.
Tego samego dnia do Auschwitz dotarł pierwszy zarejestrowany transport młodych słowackich Żydówek z terenów wiejskich, zmuszonych do wyjazdu pod groźbą kary przez marionetkowe władze Słowacji. Kobiety nie podejrzewały, co je czeka. Powiedziano im jedynie, że zostaną wywiezione na roboty, a jeśli odmówią, ich rodzicom stanie się krzywda.
Przez długi czas przetrzymywano je w obozie przejściowym w słowackim Popradzie. Bez przerwy dowożono tam kolejne nieszczęśniczki, aż w końcu załadowano je wszystkie do wagonów bydlęcych, w których przez okrągłą dobę jechały do Auschwitz. W każdym stłoczono około osiemdziesięciu zdezorientowanych i oszołomionych kobiet. Za ubikację służyło im postawione w rogu wiadro. Dwa dni później do Auschwitz dotarł kolejny przepełniony transport, bez mała tysiąc kobiet z Bratysławy. Odtąd liczba zsyłanych do obozu więźniarek prędko rosła.
***
Z początku w Auschwitz osadzano jedynie młode, zdrowe kobiety, w wieku poniżej czterdziestu pięciu lat, ponieważ kierowano je do pracy. Kobiet z pierwszych transportów nie poddawano stosowanej później selekcji mającej na celu wyeliminowanie osób starszych i schorowanych. Wśród Żydówek dostarczonych drugim transportem słowackim znalazła się prawie dwudziestoczteroletnia Helen „Zippi” Spitzer. Ta zaradna młoda kobieta miała wykazać się nie lada sprytem i odwagą, wcielając się w różne role ułatwiające jej dojście do więźniarek stojących wyżej w obozowej hierarchii, a później także do żeńskiej orkiestry w Birkenau. Pięćdziesiąt osiem lat później, w 2000 roku, Zippi VI, jak chciała być nazywana, bez cienia emocji zrelacjonowała upokorzenia zaznane tego lodowatego dnia pod koniec marca 1942 roku, kiedy to wysiadła z pociągu do Auschwitz. Sama podróż „do przyjemnych nie należała”, jak stwierdziła, lecz „wysiadka była ciężka, niesamowicie wręcz”2.
Jej pociąg zatrzymał się na szczerym polu pod Auschwitz. Esesmani rozkazali wygłodniałym, wyczerpanym kobietom maszerować piątkami do głównej bramy obozu. Gdy przechodziły pod napisem Arbeit macht frei, Zippi rozpoznała słowo „Halt” oraz kilka innych znaków ostrzegawczych, w tym niewielki czarny napis na białym tle: „Konzentrationslager”. Potocznie: kacet. „Przekroczywszy bramę, wiedziałam od razu, gdzie trafiłam”, stwierdziła3.
Więźniarkom kazano się rozebrać do naga i wejść pod zimny prysznic, a potem zgolono im włosy na całym ciele, nawet łonowe. Uzasadniano to względami sanitarnymi – walką z plagą wszy – sam zabieg jednak, nierzadko przeprowadzany przez mężczyznę, był także metodą poniżenia więźniarek. Po odwszeniu i zarejestrowaniu tatuowano im na przedramieniu rząd koślawych cyfr – Auschwitz był jedynym nazistowskim obozem, w którym trwale naznaczano w ten sposób osadzonych, odzierając ich z człowieczeństwa. W oczach obozowych władz byli tylko numerami.
W pierwszym wywiadzie udzielonym w 1946 roku, niedługo po zakończeniu wojny, Zippi z nieskrywanymi emocjami opisuje, że czuła się, jak gdyby ją i inne kobiety poddano „inspekcji niczym bydło. Stałyśmy tam jak jałówki na targu. Popychali nas, obracali raz w lewo, raz w prawo [byłyśmy] nagie […]. [SS-Obersturmführer] Franz [von] Bodemann z SS, ówczesny lekarz obozowy […], to on dokonywał tych oględzin”4.
Zapytana, czy tatuowanie numeru bolało, odparła: „Bólu już nie czułyśmy, bo […] dla kobiety ogolenie głowy […], cała ta przemiana, jaką przeszłyśmy w tamtym czasie, była o wiele bardziej bolesna. Więc już niczego nie czułyśmy, jakbyśmy… czy ja wiem, zamieniły się w kamień?”5.
Zippi nadano numer 2286, wyróżniający ją na tle szeregowych więźniarek tym bardziej, im dłużej udawało jej się przetrwać. Z tak „starym” numerem zaliczała się do grona prominentek – obozowej elity. W licznych wywiadach udzielonych na przestrzeni lat nigdy nie wspominała, czy padła ofiarą brutalnych przeszukań, jakim poddawano młode Słowaczki: wielu z nich wpychano palce w pochwy w poszukiwaniu ukrytych kosztowności. Doświadczenie to pozostawiło w ich psychice traumę tak głęboką – często były to nastolatki przed inicjacją seksualną, gdyż w pierwszych transportach zwożono jedynie dziewczyny i kobiety niezamężne – że do końca życia nie potrafiły mówić o tym otwarcie. Niektóre pamiętały krwawe plamy na śniegu. Być może w wyniku tych rewizji, a być może dlatego, że menstruującym kobietom nie dawano choćby strzępka materiału na podpaski6. Zippi zawsze bardziej swobodnie czuła się w rozmowach o pracy w obozie niż o własnych uczuciach.
Kobietom w końcu wydano mundury po świeżo pomordowanych jeńcach radzieckich – za duże, poplamione zakrzepłą krwią i zawszone. Więźniarki nie otrzymały żadnej bielizny, a jedynie kilku udało się zdobyć buty w pasującym rozmiarze. Dobre obuwie było warunkiem przetrwania więźniarek pędzonych do pracy po grząskim błocie i zamarzniętych kamienistych drogach. Kto chodził boso, nabawiał się odmrożeń lub ran na stopach, w które prędko wdawało się zakażenie, zwiększając ryzyko zesłania do komory gazowej. Buty były zatem cennym towarem, cenniejszym nawet niż chleb, i przez to często kradzionym.
Nie wiadomo, jak dokładnie Zippi udało się zachować swoje solidne skórzane buty turystyczne zapinane na metalowe klamry, ale jest to niewątpliwie dowód jej determinacji. Kiedy zapytano ją o to po latach, wyjaśniła: „Ilekroć ktoś próbował zabrać mi buty, okazywały się na niego za małe. Interesowały się nimi szczególnie Niemki. One ciągle mnie zatrzymywały, bo buty wyglądały na ciężkie i nie do zdarcia. Nie raz chciały mi je ściągać z nóg, ale żadnej z nich się nie poszczęściło […]. Mam małą stopę. Dlatego ich nie straciłam”7.
Skierowano ją do ciężkich robót w komandzie zajmującym się rozbiórką budynków i oczyszczaniem terenu pod rozbudowę kompleksu obozowego. Nie minął nawet miesiąc, a doznała bolesnego urazu pleców, gdy zawalił się na nią komin. W desperacji postanowiła zaryzykować i poprosić starszą obozu, niemiecką komunistkę Evę Wiegel, o przeniesienie do innej pracy. Ponieważ biegle mówiła po niemiecku, wyjaśniła jej, że odebrała wykształcenie jako graficzka, co w owych czasach było dla kobiety rzadkim osiągnięciem. Parę dni później trafiła do komanda pracującego pod dachem.
Historia Zippi, której udało się przetrwać trzy lata w Auschwitz, stanowi niezwykle cenne świadectwo obozowego życia, ujawniające absurdy tamtejszego systemu. W późniejszych wywiadach Zippi wiele przypisywała „szczęściu”. Jak pokrętne bywało owo szczęście, najlepiej pokazuje moment jej zamknięcia w obozie. Gdyby nastąpiło to później, po opanowaniu początkowego zamętu, nie miałaby okazji udowodnić strażnikom, że jest w stanie narzucić współwięźniarkom dyscyplinę. Ponieważ dorastała w Bratysławie, w dobrze sytuowanej żydowskiej rodzinie z klasy średniej, biegle mówiła po niemiecku, słowacku i węgiersku, a także znała trochę francuski. Zdolności językowe ułatwiły jej uczenie się przydatnych zwrotów z innych języków używanych w obozie: polskiego, jidysz i rosyjskiego oraz z Lagersprache, gwary obozowej, która wnet stała się najpowszechniejszą formą komunikacji.
Odebrała ponadto podstawowe wykształcenie muzyczne. Grała na fortepianie i mandolinie, co po założeniu żeńskiej orkiestry otworzyło jej kolejną drogę do przetrwania. Choć bez wątpienia była w tym również zasługa jej charakteru i wrodzonych zdolności przywódczych, to pionierska kariera graficzki, wymagająca zaliczenia czteroletniego studium, w tym kursu z zarządzania i księgowości, pomogła jej załatwić sobie przeniesienie z komanda pracującego pod gołym niebem.
Nazistom prędko skończyły się mundury po jeńcach radzieckich, toteż Zippi oraz wspierającej ją Wiegel powierzono zadanie mieszania farby olejnej i malowania dwóch cynobrowych pasów na tylnej części odzieży noszonej przez więźniarki. „Wręczono mi sproszkowaną czerwoną farbę i wiaderko pokostu, a do ręki wciśnięto pędzel. Dostałam rozkaz mieszania farby. Potem przyprowadzano do mnie więźniarki i kazano malować każdej pionową sztrajfę na ubraniu […]. Nie chcieli sprowadzać mężczyzny do żeńskiego obozu, a ja byłam jedyną kobietą, która miała doświadczenie z farbą”8.
Kiedy brakowało drelichowych koszul i spodni w biało-niebieskie pasy, więźniarkom wydawano odzienie skonfiskowane z poprzednich transportów. Grube, niezmywalne, czerwone pasy ułatwiały identyfikację więźniarek pracujących poza obozem, nawet jeśli nie nosiły pasiaka VII.
***
Rosnące zaangażowanie Zippi w proces rejestracji zapewniło jej dojście do podległych SS więźniarek funkcyjnych, Niemek należących do personelu administracyjnego oraz strażniczek, niepoprawnie nazywanych niekiedy esesmankami (kobiety nie mogły wstąpić do SS). Cały kompleks znajdował się pod kontrolą mężczyzn; nawet nazistki na wysokich stanowiskach były od nich zależne. Z czasem Zippi stała się niezbędnym trybikiem obozowego aparatu kontroli, sprawującego władzę nad więźniarkami przez pozbawianie ich tożsamości. Przestawały być ludźmi, stawały się numerami.
W sierpniu 1942 roku, pięć miesięcy po przybyciu Zippi do Auschwitz, więźniarki przeniesiono do wciąż nieukończonego obozu Birkenau. Początkowo panowały tam warunki jeszcze bardziej chaotyczne niż w sektorze męskim, po części dlatego, że w odróżnieniu od kapo – więźniów funkcyjnych zatrudnionych w roli dozorców drużyn roboczych – „kapichny” nie przeszły nawet podstawowego szkolenia wojskowego i nie potrafiły utrzymać dyscypliny. „To były zwykłe dziewczęta, żadne tam weteranki. Trzeba było wydzielać racje jedzeniowe, a one nie miały pojęcia, jak się do tego zabrać”, stwierdziła Zippi w 2000 roku. Należy jednak zauważyć, że zadanie to zwykle powierzano niższym w hierarchii blokowym9.
Prymitywne, nieukończone budynki w sektorze BIa VIII nie mogły pomieścić masowych transportów, przybywających jeden za drugim do Auschwitz. W coraz bardziej przeludnionych końskich barakach nie było bieżącej wody ani kanalizacji, a podłogę zastępowało gliniane klepisko, po deszczu zmieniające się w grząskie, rozdeptane błoto. Więźniarki musiały myć się bez mydła w zastałej wodzie, a swoje potrzeby fizjologiczne załatwiały w dołach kloacznych, bez dostępu do papieru toaletowego i mydła. Wszelkie próby utrzymania higieny osobistej, jakkolwiek nikłe, skazane były na porażkę.
Niemal natychmiast zaczęły się pojawiać doniesienia o epidemiach wszawicy i tyfusu plamistego. Wiele kobiet zmarło z niedożywienia, głodu i wyczerpania pracą ponad siły lub z powodu fatalnych warunków sanitarnych – w obozie rozpleniły się myszy, szczury oraz pluskwy. Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli, gdyż kobietom w Birkenau przekazano sienniki po chorych, a obniżona odporność była w obozie powszechną przypadłością10.
Tyfus przenosiły wszy, od których roiło się we włosach i ubraniach więźniarek. Nie brak wstrząsających relacji lagrowych o syzyfowym trudzie wybierania insektów, chmarami obłażących całe ciało – wybite z jednego miejsca, zaraz pojawiały się gdzie indziej. W sierpniu 1942 roku, w trakcie szalejącej epidemii tyfusu, naziści zesłali setki więźniarek do komór gazowych. Nie powstrzymało to jednak rozprzestrzeniania się choroby. Jesienią każdego dnia w obozie umierało niemal dwieście kobiet, w większości na tyfus. Zippi również ciężko zachorowała. „Nadszedł moment, kiedy myślałam, że już po mnie. Zabierali ludzi, całe baraki ładowali na ciężarówki i wieźli prosto do [komór gazowych i] krematoriów. Pewnego razu bardzo się rozchorowałam i trafiłam na rewir, a cały barak poszedł do gazu. Mnie jedną oszczędzili przez wzgląd na moją działalność w kierownictwie obozowym. Byłam im potrzebna”, przekonywała. „Przeżyłam jako jedyna z dziesięciu tysięcy kobiet […]. Przetrwałam; cuda się zdarzają”11.
We własnym mniemaniu Zippi pięła się po szczeblach „obozowej kariery” dzięki dobrej znajomości niemieckiego, umożliwiającej jej nawiązywanie licznych kontaktów. Gdy tamtej jesieni złapała tyfus, Katia Singer, zaprzyjaźniona sekretarka z kancelarii nadzorczyni Margot Drechsler, pełniącej wówczas obowiązki Rapportführerin, pomogła w zmobilizowania personelu szpitala do działania: „Robili, co w ich mocy, byle mnie z tego wyciągnąć. SS chciało, żebym dalej pracowała”12.
Niedługo po powrocie do zdrowia powierzono jej szersze obowiązki administracyjne, czyniąc ją odpowiedzialną za całą sekcję żeńską – do opracowania systemu zliczania więźniarek podczas apeli wybrano Katię, jej rodaczkę i z zawodu księgową. „To był zwykły łut szczęścia”, przekonywała później Zippi13. Kontrolowanie stanu liczbowego obozu było dla administracji sprawą nadrzędną, a niełatwo było zmusić osadzone do zachowania dyscypliny podczas porannego apelu, rozpoczynanego jeszcze przed świtem. Po kilku godzinach stania w chłodzie, a nierzadko i deszczu jedne kobiety mdlały, inne przechodziły między szeregami. Czasem ktoś po prostu padał martwy.
Zippi, jak sama twierdziła, pomogła w zaprojektowaniu tego systemu – stworzeniu odpowiednich formularzy i dodaniu procedury zliczania więźniarek przed apelem. „Skracając apel z czterech godzin do czterdziestu minut, ratowało się życie. Ludzie szybciej trafiali pod dach i nie byli tak długo wystawieni na zimno i niepogodę”, z dumą opisywała to osiągnięcie14. Najwyraźniej przeceniała jednak jego zbawienny wpływ na organizację obozowego życia, zważywszy na to, że niemal wszystkie ocalałe ze zgrozą wspominały ciągnące się bez końca apele na mrozie.
Zippi przejęła kolejne funkcje sekretarskie w Häftlingsschreibstube, wydziale administracyjnym prowadzonym przez same więźniarki z Birkenau. Jej warunki bytowe znacznie się poprawiły: mogła spać i jeść w malutkiej izbie tuż za kancelarią. Udało się jej też zdobyć mydło, ręczniki oraz szczoteczkę i pastę do zębów – luksusy niedostępne zwykłym więźniarkom. Musiała wszak dobrze się prezentować przed niemieckim kierownictwem.
Jej praca, podobnie jak praca około trzydziestu innych kobiet różnych narodowości, polegała na aktualizowaniu kartoteki obozowej, zawierającej informacje o wszystkich zugangach – nowo przybyłych, które nie trafiły prosto do komory gazowej. Te „wybranki losu” wypytywano o zawód wykonywany przez zesłaniem do obozu, aby ustalić obszar i zakres posiadanych przez nie kompetencji. Kartoteka była niezbędna Arbeitsdienst, pracowniczkom biura zatrudnienia Arbeitseinsatz, w określaniu, czy daną osobę należy skierować do któregoś z lagrowych komand, czy na przymusowe roboty w jednej z niemieckich fabryk. „Kiedy potrzebowali pięćdziesięciu krawcowych, wiedzieliśmy dokładnie, skąd je wziąć. Albo pięciuset robotników drogowych”, wyjaśniła Zippi w powojennym wywiadzie15. Zdarzały się też muzyczki, ale pod koniec 1942 roku nie było dla nich żadnej użytecznej pracy. Ostrzeżone o tym odpowiednio wcześnie, podawały inną, ich zdaniem bardziej użyteczną profesję. Przedstawiały się na przykład jako szwaczki.
Przez pewien czas Zippi pracowała w administracji obozu żeńskiego wraz z Katią, z którą zaprzyjaźniła się w drodze do Auschwitz. „Katia jechała w tym samym wagonie bydlęcym. Płakała i zawodziła, to kazałam jej przestać. Wszystkie mogłyśmy płakać, ale co by to dało”16. Katia uważała się za chrześcijankę, choć jej rodzice byli zasymilowanymi Żydami. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ją zesłano, skoro zignorowała wezwanie władz Bratysławy skierowane do młodych Żydówek i nie zgłosiła się do obozu przejściowego. We wrześniu 1942 roku powołano ją na stanowisko Rapportschreiberin17, wysoko postawionej więźniarki funkcyjnej, której rolę można przyrównać do dyrektorki operacyjnej w spółce. Wiązały się z tym pewne przywileje: osobista pomocniczka nazywana z niemiecka kalifaktorką, własna izba i garderoba. Tak korzystne warunki, lepsze nawet, niż te zaoferowane Zippi, oraz ścisła współpraca z kierownictwem obozowym narażały Katię na zarzut kolaboracji.
Praca administracyjna była szarą strefą, w której Zippi, w bliskiej współpracy z Katią, znacznie lepiej się odnajdywała. Obie kobiety znane były z prób ratowania współwięźniarek przez kierowanie ich do „bezpieczniejszych” komand lub fałszowanie stanu liczbowego. Katię w 1944 roku do zguby doprowadził romans z SS-Hauptscharführerem Gerhardem Palitzschem, który chlubił się setkami egzekucji przeprowadzonych własnoręcznie pod Ścianą Straceń. Za to „zhańbienie rasy” (Rassenschande) Palitzscha zesłano na front, gdzie zginął w wieku trzydziestu jeden lat IX, Katię zaś – do obozu Stutthof z rozkazem natychmiastowego zagazowania. Została jednak ocalona, gdyż tamtejszą komorę gazową tymczasowo wyłączono z użytku.
W wywiadzie z 1991 roku Katia przekonywała, że w 1942 roku „wszystko dopiero się zaczynało. Więźniarki tworzyły obóz dla kobiet i każda mogła zostać Rapportschreiberin. Wystarczyło, że chciała”18. Opisując zastane na miejscu zawiłe, prowizoryczne rozwiązania organizacyjne, utrzymywała, że po opanowaniu tego rozgardiaszu mogła razem z Zippi postawić zręby sprawnego systemu administracji. Według Katii wykonywana przez nie praca spełniała oczekiwania hitlerowskich przełożonych, ale też „ratowała wielu kobietom życie”19. Jak wyjaśniła:
Każdego dnia wszystkie blokowe [więźniarki funkcyjne odpowiedzialne za przydziały żywnościowe, selekcje oraz apele na danym bloku] składały raport do wydziału administracyjnego. Kancelaria SS dostarczała nam te dokumenty, ze szpitala oraz od komand pracujących poza obozem. Na tej podstawie opracowywałyśmy spis stanu liczbowego ułożony według miejsca.
Wszystkie informacje przekazywałam Zippi: ile było kobiet na rewirze [w szpitalu obozowym], ile w Stabsgebäude [głównej kancelarii], a ile zagazowano. Wyliczenia musiały być dokładne. Jeśli w obozie było sześć tysięcy kobiet, to tylu musiano doliczyć się podczas Vorappelu [zliczania wstępnego]. Następnie SS-man na stanowisku Blockführera sprawdzał, czy stan liczbowy z Vorappelu zgadza się z tym z porannego Zählappelu [apelu właściwego].
Numery w Auschwitz nigdy się nie powtarzały. Kolejne, coraz wyższe, wpisywano do obozowej księgi ewidencyjnej. Po zgonie nazwisko i numer więźniarki wykreślano, a my uzupełniałyśmy wszystko w nowej książce, po jednej rubryce na każdą kategorię: liczbę chorych, zmarłych, osadzonych w danym bloku z podziałem na zdrowych i chorych, wysłanych do pracy poza obozem, znajdujących się w Stabsgebäude, na polach i w fabrykach.
Tak zorganizowany Lagerbuch ocalił życie niejednej kobiecie. Zippi wpisywała liczbę zgonów, a kiedy przychodził czas wybiórki i przekazywano mi listę numerów, ja podmieniałam niektóre na numery „umarłe”, w ten sposób ratując tym kobietom życie. Zamiast pięciuset do gazu szło tylko sto. Pozostałe to były umarłe numery […]. Naziści chcieli tylko list kontrolnych; nie liczyli osób załadowanych na ciężarówki. Nikt się nigdy nie zorientował, jak to robiłyśmy20.
Każdej nocy jedna z nich musiała przedstawić tę buchalterię jednej z nadzorczyń, które jednak nigdy jej nie weryfikowały. Katia i Zippi ryzykowały życie, uprawiając tego rodzaju „kreatywną księgowość” i załatwiając niektórym więźniarkom lżejszą pracę pod dachem zamiast katorgi w komandach zewnętrznych. Katia wspominała, że „Zippi nadzorowała proces nadawania numerów oraz ich tatuowania. Gdy wizytował nas ktoś wysoko postawiony w SS, pokazywała mu swój system i całe kajety wypełnione rzędami statystyk. To im wystarczyło, nigdy nie sprawdzali sytuacji w obozie”21.
Katia nie potrafiła wyjaśnić, jak udało się im zatuszować ślady swoich manipulacji. „Niemcy tacy już byli”, stwierdziła lakonicznie. „Wykonywali rozkazy. Mieli zliczać więźniów i więźniarki rano, a potem wieczorem – to zliczali”. Katia i Zippi wykorzystywały luki systemu na wszelkie sposoby, ale – dodała druga z kobiet – „jak człowiek miał się w tym połapać? Nie było rady”22.
Pod koniec 1942 roku obie Słowaczki należały do lagrowej elity i mogły względnie swobodnie poruszać się po obozie – rzadki przywilej wśród więźniarek. Zippi, w przeciwieństwie do romansującej z nazistą Katii, instynktownie pojęła, że podstawowa zasada przetrwania brzmi: „nie wyróżniać się”. Zdumiewać może zatem, że pozwolono jej nawet na palenie papierosów i krótkie wypady poza mury obozu. Nigdy nie próbowała jednak nadużywać okazanego zaufania. Gdy podarowano jej zegarek na rękę, przedmiot niezwykle cenny, kojarzony z wysoką pozycją w obozowej hierarchii, „niemalże krzyż zasługi”23 – odmówiła. Nie nosiła też bindy, opaski wydawanej kapo i kierowniczkom komand na znak, że pracują w administracji.
Nadzorczynie, nieumiejące utrzymać kobiet w ryzach bez uciekania się do przemocy, niewątpliwie doceniały jej pracę, dzięki czemu Zippi była mniej narażona na ich kaprysy. Lawirowanie między różnymi rolami stało się dla niej w następnych miesiącach tym trudniejsze, że struktura władzy w żeńskim obozie uległa drastycznej reorganizacji na skutek gwałtowanego napływu nowych więźniarek. Kolejne transporty pełne kobiet przybywały jeden za drugim, a obóz pęczniał coraz bardziej.
Wracając pamięcią do tego bodaj najgroźniejszego okresu swojego uwięzienia, Zippi pogardliwie wypowiadała się o niegdysiejszej przyjaciółce Katii, która przekroczyła granice, wdając się w romans z hitlerowcem. „Strasznie głupio robiła, przecież to był zbrodniarz. Odtąd nasze relacje się pogorszyły”, wspominała w 2000 roku24.
W marcu 1942 roku, po przybyciu Zippi do obozu, pierwsza nadzorczyni sekcji kobiecej Auschwitz czy też FKL, Frauenkonzentrationslager, otrzymała zadanie pilnowania nowo przybyłych. Johanna Langefeld była czterdziestodwuletnią nauczycielką i samotną matką; poprzednio pracowała w załodze żeńskich obozów koncentracyjnych Lichtenburg i Ravensbrück. Sprowadzono ją do Auschwitz do nadzorowania planowanego przeniesienia zugangów z Auschwitz I do Auschwitz II, czyli Birkenau. Langefeld od dawna współpracowała z Heinrichem Himmlerem, który uważał ją za niezawodną i należycie surową. Choć Auschwitz-Birkenau było dla niej mile widzianym awansem, zarządzanie obozem ją przerosło.
Komendant Auschwitz Rudolf Höss traktował nadzorczynie z góry, jak przystało na zagorzałego zwolennika ideologii nazistowskiej. W autobiografii z 1947 roku pisał:
Ówczesna [SS-]Oberaufseherin, p. Langefeldt [sic], mimo iż nie była w stanie sprostać sytuacji, uporczywie odrzucała wszelkie wskazówki Schutzhaftlagerführera X. Gdy stwierdziłem, iż istniejący bałagan nie może nadal istnieć, na własną rękę podporządkowałem obóz kobiecy Schutzhaftlagerführerowi. Nie było niemal dnia, aby nie występowały niezgodności w stanie więźniarek. W tym rozgardiaszu nadzorczynie biegały jak rozdrażnione kwoki […]25.
W ciągu zaledwie czterech miesięcy od objęcia przez Langefeld stanowiska Höss nabrał przekonania, że nie będzie ona w stanie utrzymać porządku. Przyczyn jej nieudolności upatrywał w „rozpieszczeniu” warunkami, jakimi cieszyła się w Ravensbrück. Tamtego lata przekazał więc obóz żeński pod kontrolę Schutzhaftlagerführera, kierownika.
Podczas wizyty Heinricha Himmlera 18 lipca 1942 roku Langefeld usiłowała przekonać go do anulowania zarządzenia Hössa. SS-Reichsführer, przekonany, że sekcją żeńską kierować powinna kobieta – być może sądził, że zapobiegnie to mieszaniu się płci i ułatwi narzucenie więźniarkom dyscypliny – postanowił przywrócić zwierzchnictwo Langefeld i zabronił esesmanom wchodzenia na teren obozu kobiecego.
Wydawało się, że Höss przegrał walkę o władzę. Jednakże w ostatnich dniach lipca 1942 roku Langefeld doznała urazu łąkotki i musiała przejść operację stawu kolanowego w Hohenlychen, położonym niedaleko Ravensbrück sanatorium dla funkcjonariuszy SS. Pod jej nieobecność 7 października 1942 roku mianowano młodszą, surowszą nadzorczynię.
Urodzona w 1912 roku Maria Mandl już wcześniej zasłynęła z bezwzględności jako strażniczka w Ravensbrück, gdzie zyskała sobie przydomek „Bestia”. Wedle informacji zawartych w Kalendarzu wydarzeń w KLAuschwitz Danuty Czech usunięcie Langefeld ze stanowiska po raptem sześciu miesiącach było następstwem masakry w Budach (podobozie Auschwitz-Birkenau) dokonanej na dziewięćdziesięciu francuskich Żydówkach przez wartowników oraz niemieckie funkcyjne (głównie kryminalistyki i prostytutki). Choć podobóz nie podlegał bezpośrednio Langefeld, tamtejsza rzeź – strażnicy mordowali więźniarki, tłukąc je pałkami i kolbami karabinów, rąbiąc siekierami, a niektóre nawet wyrzucili przez okno na strychu – podsyciła głębokie obawy kierownictwa Auschwitz, że zupełnie stracą panowanie nad obozem. Pozostawienie władzy w rękach Langefeld, sprawiającej wrażenie słabej i niezdecydowanej, czyniłoby tę wizję tym bardziej realną. W oczach Hössa oraz reszty hitlerowskiego kierownictwa Langefeld była nie dość brutalna XI. Do ich uszu doszły krążące wśród więźniarek pogłoski, że choć Langefeld zdecydowanie nie pała miłością do Żydówek, ma bardziej ludzką twarz niż Mandl.
Maria Mandl dorastała w austriackiej wiosce Münzkirchen jako najmłodsza córka szewca i gospodyni domowej. Podobnie jak większość miejscowych dzieci ukończyła szkołę w wieku czternastu lat. Oszczędności rodziny Mandlów pozwoliły jej jednak wysłać córkę do katolickiej pensji na kolejne trzy lata nauki, gdzie uczyła się robótek ręcznych oraz prowadzenia gospodarstwa domowego, czytała dramaty i grała na instrumentach. „To tam najpewniej nauczyła się grać na fortepianie”, zauważa jej biografka Susan Eischeid26, przekonana, że stąd właśnie wzięła się pasja Mandl do muzyki. Jeszcze przed dwudziestym rokiem życia Mandl wyjechała z Münzkirchen do swojej zamężnej siostry w Szwajcarii i podjęła pracę jako pomoc domowa. Dwa lata później wróciła do domu rodzinnego, żeby zaopiekować się chorą matką. Nie udało się jej znaleźć lepszego zatrudnienia niż pokojówka, kraj bowiem coraz bardziej pogrążał się w recesji.
W 1937 roku, w wieku dwudziestu pięciu lat, rozpoczęła pracę w urzędzie pocztowym na etacie poczmistrzyni i nawiązała bliską znajomość z młodym mężczyzną z Münzkirchen. Nie wiadomo, dlaczego ich związek się rozpadł, ale zbiegło się to z aneksją Austrii przez hitlerowskie Niemcy w marcu 1938 roku. Mandl zwolniono z pracy na poczcie, prawdopodobnie za brak członkostwa w NSDAP. Placówki pocztowe odgrywały tak istotną rolę w przekazywaniu informacji, że od ich pracowników i pracownic wymagano wstąpienia do partii. Mandl wówczas jeszcze tego nie uczyniła. Skuszona lepszą płacą, która dałaby jej szansę na powrót do samodzielnego życia, zaczęła rozglądać się za posadą strażniczki w jednym z obozów koncentracyjnych, składających się na prężnie rozwijany nazistowski aparat przemocy.
W 1938 roku zatrudniono ją w KL Lichtenburg w prowincji Saksonia (dzisiejszej Saksonii-Anhalt), w zamku świeżo przekształconym w obóz kobiecy. Tam po raz pierwszy dała upust okrucieństwu, którym wyróżniała się na tle pozostałych strażniczek. Mandl zgłosiła się do pracy na ochotniczkę, być może nawet wzięła za dobrą monetę hitlerowską propagandę, według której lagry służyły reedukacji niebezpiecznego elementu. W powojennym procesie stwierdziła jedynie, że powodowały nią wyłącznie pobudki finansowe – obrawszy karierę strażniczki, mogła zarobić więcej niż jako pielęgniarka. Więźniarka Lina Haag tak potem opisze jej metody: „chłostała nas pejczem aż do utraty sił”27.
Po zamknięciu Lichtenburga w 1939 roku Mandl przeniesiono do nowo założonego obozu kobiecego Ravensbrück, około osiemdziesięciu kilometrów na północ od Berlina. I tym razem prędko wyrobiła sobie wśród więźniarek reputację sadystycznej furiatki, skłonnej do przemocy bez najmniejszej prowokacji. Jednym z „przewinień”, które nieodmiennie wywoływało u niej wybuchy gniewu, były włosy układające się w loki. Zwykła przechadzać się miarowym krokiem między szeregami więźniarek w poszukiwaniu wszelkich odstępstw od obozowej reguły. Jeśli dostrzegła choćby pukiel wystający spod chustki, nakazywała kobiecie wystąpić i katowała ją do nieprzytomności. Następnie wysyłała skatowaną kobietę na ogolenie głowy, zanim jeszcze stało się to lagrową normą. Im bardziej była brutalna, tym wyżej pięła się w hierarchii władzy. W Ravensbrück wstąpiła do NSDAP, a w kwietniu 1940 roku awansowano ją na stanowisko SS-Oberaufseherin, głównej nadzorczyni. Podlegała bezpośrednio Langefeld.
Przed procesem Mandl twierdziła, że nie zabiegała o przeniesienie do Auschwitz-Birkenau, bo już wcześniej słyszała o panujących tam tragicznych warunkach. Pierwszą propozycję miała odrzucić, ostatecznie jednak zgodziła się za namową SS-Gruppenführera Oswalda Pohla, który przestrzegł ją, że za niesubordynację grozi surowa kara.
Wedle własnego świadectwa Mandl była wstrząśnięta sytuacją zastaną w Birkenau w sierpniu 1942 roku. Wiele kobiet ciężko chorowało, niektóre wręcz błagały o szybką śmierć. Na rampie wciąż piętrzyły się trupy po masakrze w Budach, niemal całkowicie ogołocone z resztek gnijącego mięsa. W powietrzu unosił się wszechobecny fetor niemytych ciał, moczu i odchodów. Jak czytamy w zeznaniach Mandl:
To było nie do zniesienia. Że też dopuszczono do takiego stanu! Własnym oczom nie wierzyłam, zwłaszcza że Ravensbrück przyzwyczaiło mnie do czystości. Fatalne warunki! Na ciasnej przestrzeni upchnięto jakieś siedem tysięcy kobiet tak wycieńczonych i pogrążonych w apatii, że zupełnie przestały dbać o siebie. Przez to cały obóz zmienił się w jedno wielkie gnojowisko.
Nie było kanalizacji ani chodników. Chodziło się po rozmokłym, gliniastym błocie. Zapadało się w nim po kolana, że czasem nie szło nóg wyswobodzić. A mimo to wszędzie brakowało wody. Pod blokami i na zewnątrz walały się zwłoki28.
Austriaczka nieżydowskiego pochodzenia Ella Lingens-Reiner, aresztowana w październiku 1942 roku za ukrywanie Żydów, pisała o „chodzących szkieletach” napotkanych w Birkenau po zesłaniu do obozu cztery miesiące później – wątłych istotach „owiniętych w brudne, złachane pasiaki”29. Zatrudniona jako lekarka w szpitalu obozowym każdego dnia oglądała rowy wykopane przy lagrowych ulicach pełne śmieci, resztek jedzenia i blaszanych misek. Spływały do nich także ścieki z latryny, przy której znajdowało się jedyne dostępne więźniarkom źródło bieżącej wody. O każdą kroplę trzeba było walczyć:
Przy rurze ustawiał się sznur kobiet z kubkami, menażkami i saganami. Przekrzykiwały się i przepychały jedna przez drugą, usiłując choć na chwilę podetknąć trzymane naczynie pod wąską strużkę. Przez to woda nie spłukiwała odchodów z latryny i zatykało kanalizację. Kapo co jakiś czas wpadały w tłum z kijami, żeby go rozpędzić. Było to niebywale okrutne, ale niepodobna potępić ani tłoczących się kobiet, ani „strażniczek” klozetu. Bez wody nie można się obejść; nie można było też pozwolić, aby rowy zapychały się odchodami30.
Dalsza część w wersji pełnej
I Obywatele RP, którzy mieli szansę wydostać się z „nieludzkiej ziemi”, trafiali jako uchodźcy na Środkowy Wschód. Mężczyżni i kobiety, którzy byli sprawni fizycznie, wybierali służbę wojskową w Polskich Siłach Zbrojnych w ZSRR, a następnie Wojsku Polskim na Środkowym Wschodzie (Armii Polskiej na Wschodzie), z którego wyewoluował polski II Korpus – przyp. red.
II Höss od maja 1938 roku pełnił funkcję adiutanta komendanta Sachsenhausen. W grudniu 1939 roku objął stanowisko Schutzhaftlagerführera, a później otrzymał awans do stopnia SS-Hauptsturmführera. W Sachsenhausen Höss pracował do maja 1940 roku – przyp. red.
III Początkowo Niemcy przerabiali samochody ciężarowe tak, aby umożliwić wpuszczanie spalin do szczelnie zamkniętej tylnej nadbudówki – przyp. tłum.
IV Neutralność Hiszpanii była pozorna. Od 1939 do 1975 roku państwo to znajdowało się pod faszystowską dyktaturą Francisca Franco – przyp. tłum.
V Początkowo sądzono, że kobiet było dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć, ale dwa nazwiska występowały na liście dwukrotnie.
VI Posługiwanie się skróconą formą swojego hebrajskiego imienia „Zipporah” było sprytnym wybiegiem, ponieważ nie figurowało ono w żadnych obozowych dokumentach. Pomogłoby to jej, jak sądziła, uniknąć wykrycia, nawet w razie przechwycenia jednego z jej grypsów przez SS.
VII Niedługo później Zippi rozpoczęła prace przy innych formach rejestrowania więźniarek, na przykład odbijaniu sztancami numerów na białych szmatkach, które więźniarki miały własnoręcznie przyszyć do ubrania. Wydawała również kolorowe trójkątne naszywki, tak zwane winkle, oznaczające kategorię więźniarki: zielone dla „kryminalnych”, czerwone dla „politycznych”, czarne dla „aspołecznych” a fioletowe dla świadków Jehowy. Żydówki otrzymywały dwa winkle nałożone na siebie w kształt sześcioramiennej gwiazdy Dawida – jeden żółty a drugi innego koloru, najczęściej czerwony.
VIIIBIa (niem. Bauabschnitt Ia – odcinek budowlany 1, część a) – od sierpnia 1942 roku obóz kobiecy. Pierwsze więźniarki zostały osadzone w wydzielonych dziesięciu blokach na terenie obozu macierzystego Auschwitz I w marcu 1942 roku. W sierpniu tego roku zostały przeniesione do obozu BIa, sąsiadującego z obozem męskim BIb. W lipcu 1943 roku, po przeniesieniu mężczyzn do obozu BIId, obóz kobiecy został powiększony na cały pierwszy odcinek budowlany. W sumie na odcinku BI wybudowano sześćdziesiąt dwa baraki mieszkalne, dziesięć baraków z umywalniami i latrynami, dwie kuchnie, dwie łaźnie i cztery magazyny. Na terenie sektora BIa przebywały więźniarki zatrudnione wewnątrz obozu, ponadto część baraków przeznaczono na obozowy szpital, gdzie regularnie przeprowadzano selekcje wśród chorych więźniarek. W obozie panowały dramatyczne warunki higieniczno-sanitarne spowodowane przepełnieniem w barakach oraz niedoborem wody. W sierpniu 1944 roku na odcinku BI przebywało dwadzieścia trzy tysiące kobiet. Wśród osadzonych przeważały Żydówki. Oprócz nich w obozie więziono także kobiety innych narodowości, przede wszystkim Polki, a także Rosjanki, Niemki (głównie więźniarki funkcyjne), Czeszki, Jugosłowianki i Francuzki. Na terenie obozu kobiecego Birkenau przebywały również dzieci (chłopcy i dziewczynki) żydowskie, polskie i białoruskie, zob. Słownik pojęć, [online:] auschwitz.org/media/slownik-pojec/#BIa [dostęp: 22.06.2025] – przyp.red.
IX Palitzscha skazano na kilka lat więzienia, od wykonania wyroku jednak odstąpiono. Zamiast tego został wydalony z SS w czerwcu 1944 roku i karnie skierowany do 4. SS-Polizei-Panzergrenadier-Division. Zginął na Węgrzech w walkach z wojskami radzieckimi, które trwały w dniach 4–7 grudnia 1944 roku.
X Schutzhaftlagerführer (w skrócie Lagerführer) – oficer SS-Totenkopfverbände, szef więźniarskiej części obozu, kierownik tak zwanego Wydziału III w strukturze niemieckich obozów koncentracyjnych. Pełnił funkcję zastępcy komendanta obozu w przypadku jego nieobecności.
XI Potwierdziła to Margarete Buber-Neumann, więźniarka funkcyjna pełniąca w Ravensbrück rolę asystentki Langefeld. Jak twierdziła Neumann, jej dawną przełożoną zwolniono za nadmierne sympatyzowanie z polskimi więźniarkami.
Wstęp. Dziewczęca orkiestra z Auschwitz
1 Z. Cykowiak, Wspomnienia, t. 141, PMA-B, s. 6–16. Tłumaczenie na angielski dzięki uprzejmości Jacka Fairweathera i Katarzyny Chiżyńskiej.
2 A. Lasker-Wallfisch, Inherit the Truth 1939–1945. The Documented Experiences of a Survivor of Auschwitz and Belsen, London 1996, s. 84.
3 R. Newman, K. Kirtley, Alma Rosé. Vienna to Auschwitz, Cambridge 2000, s. 262.
4 Ch. Delbo, Auschwitz and After,trans. R.C. Lamont, New Haven 1995, s. 100–101.
5 P. Pufeles w wywiadzie z 19 lipca 1995 roku, [online:] vha.usc.edu/testimony/4103?from=search [dostęp: 30.07.2025].
6 I. Zisblatt w wywiadzie z 1995 roku, USC Shoah Foundation Institute Testimony of Irene Zisblatt, w zbiorach USC Shoah Foundation, nr 7832, [online:] collections.ushmm.org/search/catalog/vha7832 [dostęp: 30.07.2025].
7Szymon Laks, [online:] holocaustmusic.ort.org/places/camps/death-camps/birkenau/laksszymon0/ [dostęp: 30.07.2025].
8 A. Lasker-Wallfisch, dz. cyt., s. 84.
9 H. Dunicz-Niwińska, Drogi mojego życia. Wspomnienia skrzypaczki z Birkenau, oprac. M. Szewczyk, Oświęcim 2013, s. 85.
10 Tamże, s. 84.
11 C. Clarke, Eichmann. The Man and His Crimes, New York 1960, s. 121–122.
12 H. Dunicz-Niwińska w nieopublikowanej korespondencji do A. Lasker-Wallfisch z 1996 roku, udostępnionej dzięki życzliwości adresatki.
13 National Archives, Kew WO 171/4352 Jan-May 1945.
1. Bólu już nie czułyśmy
1 D. Czech, Auschwitz Chronicle. 1939–1945, New York 1997, s. 146 [Kalendarz Wydarzeń w KL Auschwitz, Oświęcim 1992].
2 H. Tichauer (Zippi) w wywiadzie z dr J. Ringelheim, Oral History Interview with Helen Spitzer Tichauer, 7 września 2000 roku, w zbiorach United States Holocaust Memorial Museum, nr 50.030.0462, [online:] collections.ushmm.org/search/catalog/irn508470 [dostęp: 30.07.2025].
3 Tamże.
4 H. Tichauer (Zippi) w wywiadzie z D. Boderem, David Boder Interview with Helen Tichauer, 23 września 1946 roku, obóz osób wysiedlonych w Feldafing, Instytut Technologiczny Illinois, [online:] perspectives.ushmm.org/item/david-boder-interview-with-helen-tichauer [dostęp: 30.07.2025].
5 Tamże.
6 Zob. H.D. Macadam, The Nine Hundred. The Extraordinary Young Women of the First Official Transport to Auschwitz, London 2000, s. 115 [999. Nadzwyczajne dziewczyny z pierwszego transportu kobiecego do Auschwitz, przeł. J. Skowroński, Warszawa 2021].
7 H. Tichauer w wywiadzie z dr J. Ringelheim, dz. cyt.
8 H. Tichauer w wywiadzie z D. Boderem, dz. cyt.
9 H. Tichauer w wywiadzie z dr J. Ringelheim, dz. cyt.
10 K. Ptaszkowski, Infectious Diseases in the Auschwitz-Birkenau Environment, „Medical Review Auschwitz”, [online:] mp.pl/auschwitz/other-publications/313877,infectious-diseases-in-the-auschwitz-birkenau-environment [dostęp: 30.07.2025].
11 W. Lower, Distant Encounter,w: Approaching an Auschwitz Survivor Holocaust Testimony and Its Transformations, ed. J. Matthaüs, Oxford 2010, s. 110.
12 H. Tichauer w wywiadzie z dr J. Ringelheim, dz. cyt.
13 W. Lower, dz. cyt., s. 106.
14 Tamże.
15 H. Tichauer w wywiadzie z dr J. Ringelheim, dz. cyt.
16 Tamże.
17 R. Newman, K. Kirtley, dz. cyt., s. 22.
18 K. Singer w wywiadzie z S. Cernyak-Spatz, Record-Keeping for the Nazis – and Saving Lives, [online:] jewishcurrents.org/record-keeping-for-the-nazis-and-saving-lives [dostęp: 30.07.2025].
19 Tamże.
20 Tamże.
21 Tamże.
22 H. Tichauer w wywiadzie z dr J. Ringelheim, dz. cyt.
23 S. Laks, Gry oświęcimskie, Oświęcim 1998, s. 54.
24 H. Tichauer w wywiadzie z dr J. Ringelheim, dz. cyt.
25 R. Höss, Wyznania spod szubienicy. Autobiografia Rudolfa Hössa, komendanta KL Auschwitz. Spisane w krakowskim więzieniu Montelupich, przeł. W. Grzymski, Kraków 2012, s. 98.
26 S. Eischeid, Mistress of Life and Death. The Dark Journey of MariaMandl, New York 2024, s. 13.
27 „To what extent does the career of Maria Mandel showcase the role of women in power during the Holocaust?”, L. Haag, cyt. za: Ch. Mears, To What Extent Does the Career of Maria Mandel Showcase the Role of Women in Power During the Holocaust?, nieopublikowana praca magisterska, [online:] www.academia.edu/10833241/To_what_extent_does_the_career_of_Maria_Mandel_showcase_the_role_of_women_in_Power_during_the_Holocaust [dostęp: 30.07.2025].
28 Zeznania Marii Mandl, cyt. za: S. Eischeid, dz. cyt., s. 13.
29 E. Lingens-Reiner, Prisoners of Fear. An Account of the Author’s Experiences in Auschwitz Concentration Camp, London 1948, s. 44.
30 Tamże, s. 29.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Wstęp. Dziewczęca orkiestra z Auschwitz
1. Bólu już nie czułyśmy
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
Przypisy
