Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Powieść autorstwa amerykańskiego pisarza specjalizującego się w literaturze historycznej i militarnej, znanego w Polsce ze świetnie przyjętych przez krytykę i czytelników Dzień Gniewu , Wir oraz Kocioł . Trybun stanowi pasjonującą mieszankę sensacji, przygody i romansu przyprawioną odrobiną sił nadprzyrodzonych. Akcja toczy się w czasach wielkiego zła i jednocześnie wielkiego dobra imperium rzymskiego za panowania Tyberiusza oraz Judei roku 19 n.e. Autor znakomicie przedstawia panujące wówczas zwyczaje, charakteryzuje istniejące realia, sposób życia grup społecznych oraz ich wzajemne relacje. Wielbicielom militariów funduje prezent w postaci szczegółowych informacji na temat struktury legionów rzymskich oraz ich uzbrojenia, zaś badaczom natury ludzkiej interesujące przedstawienie odwiecznego problemu wyboru pomiędzy idealizmem a koniunkturalizmem.
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 433
Rok wydania: 2005
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Patrick Larkin
TRYBUN
Przełożyła z angielskiego
Magdalena Rabsztyn
Warszawa
Tytuł oryginału:
Tribune. A Novel of Ancient Rome
Projekt graficzny serii i jej znaku:
Barbara Kuropiejska-Przybyszewska
Redaktor prowadzący:
Bartłomiej Zborski
Redakcja:
Maria Adamczewska
Redaktor techniczny:
Małgorzata Katarzyna Ślęzak
Korekta:
Zespół
Copyright © Patrick Larkin, 2003. All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Magdalena Rabsztyn, Warszawa 2005 Copyright © for the Polish edition by Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2005
Dom Wydawniczy Bellona prowadzi sprzedaż wysyłkową swoich książek za zaliczeniem pocztowym z 20-procentowym rabatem od ceny detalicznej.
Nasz adres: Dom Wydawniczy Bellona
ul. Grzybowska 77, 00-844 Warszawa
Dział Wysyłki: tel. (22) 45-70-306, 652-27-01,
fax (22) 620-42-71
e-mail: [email protected]
Internet: http://www.bellona.pl
www.ksiegarnia.bellona.pl
Druk i oprawa: WDG Drukarnia w Gdyni Sp. z o.o.
ul. Św. Piotra 12, 81-347 Gdynia
tel. (58) 660-73-10, tel./fax (58) 621-68-51
ISBN 83-11-10246-5
Życie ludzkie może dobiec końca, a jednak zacząć się na nowo, nawet pomiędzy jednym a drugim oddechem. Nazywam się Lucjusz Aureliusz Walens i służę Rzymowi jako żołnierz. Wiem, że to, co opowiadam, jest prawdą.
Ponieważ sam to przeżyłem.
Jeszcze niedawno, gdyby ktokolwiek tak twierdził, odrzuciłbym jego słowa jako opowiastkę snutą w tawernie po wypiciu zbyt dużej ilości nierozcieńczonego wina lub też jako urojeń chorego.
Lecz teraz...
Teraz patrzę na świat innymi oczyma. To, co kiedyś uważałem za pewne, wydaje się bardziej cieniem niż rzeczywistością, a to, co bym niegdyś wyśmiał jako zwykły przesąd, zeszło z niebios do nas, śmiertelników.
Mogę tylko opowiedzieć o tym, co sam widziałem i słyszałem, o tym, co czułem i czego się nauczyłem. Sami musicie osądzić, czy mówię prawdę, czy po prostu postradałem zmysły i rozum.
Najpierw jednak musicie coś o mnie wiedzieć.
Urodziłem się w Rzymie dwadzieścia cztery lata po tym, jak Oktawian, przybrany syn Juliusza Cezara, przyjął tytuł Augusta i został władcą całego cywilizowanego świata. Długie i krwawe wojny domowe, które zniszczyły starą republikę, dobiegły końca. Oktawian August nadal powoli i mądrze budował nowy porządek na popiołach starego. Mój ojciec, członek grupy społecznej ekwitów, zdobywał w tym nowym ładzie coraz wyższą pozycję.
Miał wielkie ambicje nie tylko w stosunku do siebie, ale i do mnie, swego jedynego syna.
By zrealizować te dążenia, zadbał o moją edukację i użył swoich wpływów, żeby zapewnić mi przydział w armii - niezbędny pierwszy krok na drodze do większej chwały. W tym postępował honorowo i sprawiedliwie, jak każdy inny ojciec na jego miejscu.
To przyznaję.
Muszę jednak wyznać, że mam z ojcem niewiele wspólnego. Jego życie pochłaniały interesy, zyski i inwestycje oraz handlowe okazje, które by sprzyjały korzyściom naszej rodziny. Całe dnie spędzał w pogoni za bogactwem i władzą, która z niego płynie.
Nie podzielałem jego pasji.
Nawet jako chłopiec pożądałem jednej jedynej rzeczy. Honoru.
Nawet teraz, po wszystkim, co przeżyłem, w tym jednym krótkim słowie nadal jest coś, co sprawia, że serce zaczyna mi bić szybciej.
Od czasów młodości gorąco pragnąłem, by uważano mnie za człowieka honoru - szanowanego zarówno przez przyjaciół, jak i wrogów, za człowieka, który zawsze i wszędzie zrobi to, co należy zrobić.
Mój ojciec uważał to za czyste szaleństwo i starał się, jak mógł, żeby skierować moje myśli ku praktyczniejszym i rozsądniejszym celom. Obwiniał ojca mojej matki o wypełnienie mojego umysłu tym, co nazywał „bezcelowymi snami, nieprzynoszącymi żadnego zysku”.
Miał rację.
Mój dziadek był już w podeszłym wieku, kiedy się ożenił. Nie miał synów, a tylko jedną córkę - moją matkę. Jako dziecko część każdego lata spędzałem w jego gospodarstwie, pomagając przy żniwach oraz słuchając opowieści o wojnie i legionach.
To zaprawiony w bojach żołnierz, który doszedł do stopnia pierwszego centuriona, zanim osiadł na ziemi zdobytej dzięki służbie. Miał wiele blizn i dostał dużo nagród za odwagę.
Najbardziej jednak cenił sobie zwykły złoty pierścień, ofiarowany mu przez samego Augusta.
- Spójrz na niego, Lucjuszu - mawiał czasem wieczorami, gdy siedzieliśmy, posilając się przy stole w jego prostej kuchni. Potem podsuwał rękę pod lampę, a złote kółko na palcu jego lewej dłoni lśniło w migotliwym świetle. - Wydaje się, że to drobiazg. Ktoś taki jak twój ojciec nazwałby go zwykłą ozdobą. Ale to coś więcej. O wiele więcej. Wiesz o tym, prawda?
Kiwałem głową, czekając niecierpliwie na starą i dobrze znaną opowieść.
Czterdzieści lat przed moimi narodzinami dziadek był centurionem w legionie dowodzonym przez Oktawiana, wtedy zaledwie dziewiętnastoletniego chłopaka. Zamach na Cezara dopiero co pogrążył Rzym i wszystkie jego prowincje w chaosie. Większość ludzi przechodziła na stronę tych, którzy mieli przewagę, ale nie mój dziadek. Służył on Juliuszowi Cezarowi i postanowił mu dochować wiary, słuchając rozkazów przybranego syna swojego ukochanego dowódcy.
W tym czasie Oktawian sprzymierzył się z senatem przeciwko Markowi Antoniuszowi, dawnemu oficerowi Cezara. Antoniusz rozgniewał go, odmawiając mu prawa do spadku i sprzeciwiając się jego planom politycznym.
Ich armie zwarły się w zażartej bitwie pod Mutiną, w północnej Italii.
W którymś momencie boju wojska Marka Antoniusza przerwały szeregi legionistów. Niosący sztandar padł przebity oszczepem. Oktawian, widząc, że jego legioniści słabną i zaczynają wpadać w panikę, sam chwycił Orła i podniósł go wysoko. Mój dziadek zebrał znajdujących się najbliżej i poprowadził ich, by bronili symbolu armii - przybyli w porę, by odeprzeć brutalny atak wrogich żołnierzy. Podczas rozpaczliwej potyczki ochraniał Oktawiana własną tarczą, mimo że sam został zraniony kilkakrotnie.
Następnego dnia, kiedy leżał w szpitalnym namiocie, Oktawian przyszedł się z nim zobaczyć.
Mój dziadek tylko pokręcił głową:
Oktawian zachichotał:
Dziadek ponownie pokręcił głową.
Wyraźnie zaskoczony Oktawian, milcząc, patrzył na niego przez parę chwil, a potem odwrócił się na pięcie i wyszedł bez słowa.
Tydzień później przysłał jednak swój podarek. Był to zwykły złoty pierścień, na którego wewnętrznej stronie wygrawerowano prostą inskrypcję: Honor i Prawda.
Od tego dnia mój dziadek nosił go z dumą.
A teraz noszę go ja.
Otrzymałem go w dniu, w którym stałem się pełnoletni. Dziadek, choć już przekroczył osiemdziesiąt lat, przyjechał na tę okazję do Rzymu. Był szczuplejszy niż ostatnim razem, kiedy go widziałem, ale nadal poruszał się żwawo i miał to samo niezłomne spojrzenie, które nawet mego ojca potrafiło zmusić do milczenia. Kiedy skończyła się uczta, przywołał mnie do siebie. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zsunął pierścień ze swego palca i wsunął na mój.
Kiwnąłem głową oniemiały, ogarnięty zbyt wielkimi emocjami, żeby się odezwać.
Wtedy mój dziadek się uśmiechnął.
Umarł jeszcze w tym samym roku w wyniku gorączki wywołanej przez jedną ze starych ran.
Przez te lata, we wszystkim, co zrobiłem i czego zrobienia odmówiłem, starałem się przestrzegać ostatniego przykazania dziadka. Nigdy nie było łatwo. I jestem pewny, że zawodziłem go o wiele częściej, niż chciałbym się do tego przyznać.
Jednakże zawsze próbowałem czynić to, co słuszne. Zawsze starałem się mówić prawdę.
Posłuchajcie mnie teraz, gdy będę wam opowiadał dziwną, przerażającą i cudowną historię.
Posłuchajcie.
I jeżeli możecie, uwierzcie.
Opuściłem Apameę jeszcze przed świtem, jadąc co koń wyskoczy, by zobaczyć skutki rzezi.
Pot piekł mnie pod zbroją, spływając wzdłuż żeber. Choć było jeszcze rano, już panował wielki upał. Dym znaczył niebo nade mną, gdy skierowałem konia w bok od głównego traktu i puściłem kłusem po wąskiej, wysadzanej drzewami drodze. Przed sobą miałem okolone murem zabudowania, które niegdyś stanowiły serce wiejskiej posiadłości. Czarne kształty ptaków padlinożernych krążyły nisko nad ziemią.
Był Augustus, szósty miesiąc piątego roku panowania cesarza Tyberiusza, środek lata. Osiem lat minęło od czasu, kiedy dziadek udzielił mi swojego błogosławieństwa i przekazał pierścień. Byłem trybunem Szóstego Legionu. To był mój drugi przydział od czasu złożenia przysięgi wojskowej. Pierwsze cztery lata kariery wojskowej spędziłem nad Renem, gdzie dowodziłem kohortą lekkozbrojnej piechoty, walczącej w niekończącej się wojnie z germańskimi barbarzyńcami. Teraz awansowano mnie i przeniesiono do Szóstego Legionu, jednego z czterech mających bronić Syrii przed atakami naszych starych partyjskich wrogów.
Poufne raporty, które przestudiowałem przed przybyciem tutaj, opisywały tę prowincję jako spokojną i zamożną. Nadal przestrzegano tu traktatu pokojowego z Partią. Plemiona koczowników nie naruszały pustynnej granicy. Sami Syryjczycy, według doniesień, byli pod naszymi rządami zadowoleni i szczęśliwi. W tych okolicznościach spodziewałem się, że w spokoju będę się borykać ze szczegółami administrowania legionami i prawem wojskowym, zdobywając więcej umiejętności i wiedzy (oraz wpływowych przyjaciół), potrzebnych mi do uzyskania wyższej rangi.
Myliłem się.
W Syrii nie było pokoju. Znajdowała się ona w stanie wojny domowej.
Główna brama prowadząca do obejścia zwisała, wyrwana z zawiasów taranem. Dym był coraz gęstszy. Popędziłem wierzchowca przez stojący otworem wjazd. Kruk zakrakał i wzbił się w niebo, kiedy go mijałem.
Wszędzie widziałem zwłoki.
Okaleczone ciała gęsto zaściełały ziemię. Leżały zarówno w przyległych oborach, spichrzach i pomieszczeniach dla niewolników, jak i dokoła nich. Żołnierze rozebrani do tunik wyciągali kolejne ciała ze wspaniałej kamiennej willi, stojącej na samym środku.
Na wprost mnie siedzący na koniu oficer w zbroi i szkarłatnym płaszczu gniewnym głosem wydawał pracującym mężczyznom krótkie rozkazy.
Dym z płonących zabudowań wisiał ciężko w nieruchomym powietrzu. Bijący od niego drażniący odór palił mi gardło i szczypał w oczy. Pod tym obłokiem dymu chmary tłustych czarnych much brzęczały leniwie nad trupami ludzi i zwierząt, ucztując na rozszarpanych ciałach i zastygłej krwi.
Z trudem przełknąłem ślinę, bo w ustach czułem gorzki smak wzbierającej żółci. Mój koń, dziarska hiszpańska klacz imieniem Tancerka, zarżał niespokojnie, przestraszony potwornym widokiem i zapachami. Pochyliłem się i poklepałem Tancerkę delikatnie. Kiedy się trochę uspokoiła, podjechałem wolno w kierunku dowodzącego, starannie nią kierując pomiędzy rozrzuconymi ciałami.
Młoda kobieta, najpewniej służąca, leżała skulona na boku. Byłaby ładna, gdyby nie głęboka rana zadana mieczem przez środek twarzy. Nieopodal, oparty o ścianę, siedział starszy mężczyzna, być może zarządca. W jego oczach nadal widać było przerażenie. Pchnięto go włócznią w brzuch i zostawiono, by umierał w męczarniach. Kilka metrów dalej ciała dwojga dzieci - małej dziewczynki o oliwkowej cerze i młodszego od niej chłopca, ledwo odstawionego od matczynej piersi - rzucono jedno na drugie. Miały zmiażdżone czaszki.
Oliwa z roztrzaskanych dzbanów tworzyła kałużę, już jełczejąc w gorącym słońcu. Worki suszonych fig oraz innych płodów rolnych zostały rozcięte i poprzewracane. Pośród stosów rozbitych garnków i rozłupanych mebli dostrzegałem połyskujące w słońcu kawałki potłuczonego szkła.
Gdziekolwiek spojrzałem, wszędzie było to samo. Trupy. Zniszczenie. Bezsensowna masakra. Łotry, które to zrobiły, nikomu nie okazały litości: ani jednemu mężczyźnie, kobiecie czy dziecku. Zarżnęli nawet zwierzęta, świnie, owce i kozy.
Zrobiło mi się niedobrze.
Śmierć to codzienność w żołnierskim fachu. Kiedy ruszasz do boju, zabijasz albo zostajesz zabity. Każdy, kto wyciąga miecz, a nie przyzna się do tego przed samym sobą, jest głupcem lub kłamcą. Mam nadzieję, że nie należę do żadnej z tych grup.
Jednak to nie była bitwa. To rzeź niewinnych. Ich śmierć nie miała sensu. Tu nie chodziło o honor ani o chwałę, a jedynie o okrucieństwo, o niepotrzebne zniszczenie.
Zacisnąłem szczęki. Chciałem znaleźć ludzi odpowiedzialnych za tę jatkę. Chciałem, żeby wiedzieli, iż za tę zbrodnię zapłacą swoim życiem.
Zatrzymałem konia przy oficerze o srogiej twarzy, patrzącym na legionistów zajętych tym przygnębiającym zajęciem. Mruknął z obrzydzeniem, gwałtownym ruchem ściągnął hełm ozdobiony czerwoną kitą i włożył go pod ramię. Potem przesunął zmęczoną dłonią po krótko ostrzyżonych siwiejących włosach.
Skinąłem bez słowa. Nie było nic, co mógłbym dodać.
Legat, Tytus Petroniusz Faustus, dowódca Szóstego Legionu, miał pełne prawo być wściekły.
Spustoszona posiadłość należała do majętnego syryjskiego ziemianina imieniem Demetriusz, Greka z pochodzenia. Znajdowała się na terytorium przydzielonym naszemu legionowi, a Demetriusz oczekiwał po nas ochrony majątku, swojego życia oraz życia swej rodziny i niewolników.
Zawiedliśmy.
Przysadzisty żołnierz w czerwonej tunice centuriona podszedł do Faustusa i zasalutował:
Faustus kiwnął niecierpliwie głową:
Centurion, potężny mężczyzna o byczym karku, imieniem Domicjusz Capito, wzruszył ramionami:
Z wściekłości zacisnąłem zęby. Zbyt często słyszałem tę opowieść, od kiedy przybyłem do Syrii. Bandy grabieżców plądrowały miasta, miasteczka i wsie całej prowincji, jak widać bezkarnie. Zagrażały wszystkim najbogatszym kupcom i rolnikom. Rabusie bezszelestnie podchodzili swoje ofiary, żądając dużych pieniędzy, Ci, którzy odmówili, byli mordowani wraz z żonami, dziećmi i służącymi, a ich majątki podpalano.
Demetriusz odmówił.
Faustus prychnął:
Legat wskazał na otaczające nas zniszczenie.
Skrzywiłem się. Trudno zaprzeczyć słuszności tego, co powiedział, ale nie mogłem się zdobyć na oskarżanie człowieka, który umarł, bo my nie utrzymaliśmy pokoju. Rzym władał Syrią od ponad ośmiu lat. Miejscowi płacili posłusznie podatki i mieli prawo oczekiwać od nas ochrony.
Faustus jeszcze patrzył na martwe ciała porozrzucane po splądrowanej farmie. Potem się wyprostował.
Jego skryba, cherlawy człowieczek o bladej twarzy i palcach wiecznie poplamionych atramentem, podbiegł truchtem. Już wyciągał nawoskowaną tabliczkę i rylec ze swojej torby.
Powstrzymałem język, gdy legat dyktował list, lecz muszę wyznać, że było to trudne.
Faustus właściwie nakazał miejscowym właścicielom ziemskim i kupcom zastosować się do żądań bandytów. Och, przedstawił nawet swoje polecenia w korzystnym świetle, obiecawszy pełną restytucję, kiedy już nasz legion pojmie lub zabije grabieżców, lecz nikt, kto czytał to pismo, nie mógł nie zrozumieć jego prawdziwego znaczenia: „Poddajcie się albo zginiecie. Legion was nie ochroni”.
Nie wierzyłem własnym uszom. Pozwolić tym bandom na granie nam na nosie było wystarczającą ujmą dla naszego honoru. Jak legat może tak otwarcie przyznawać się do niepowodzenia? To upokarzające. Gorzej, to haniebne!
Jeżeli nie utrzymamy pokoju, dla którego pobieramy od Syryjczyków podatki, nie będziemy lepsi od tych bandytów.
Moja dłoń zacisnęła się na głowni miecza zawieszonego u lewego boku. Byłem rzymskim oficerem i członkiem stanu ekwitów. Nie przybyłem do Syrii po to, żeby być świadkiem, jak bez walki ustępujemy zwykłym rabusiom i złodziejom-pomyślałem z goryczą. Nie po tym, jak przez cztery długie lata walczyłem przeciwko prawdziwym wojownikom w germańskiej dziczy.
Kiedy Faustus skończył dyktować, rozkazał:
Skryba kiwnął posłusznie głową i zniknął w grupie medyków i ordynansów czekających kilka metrów za nami.
Usatysfakcjonowany legat zwrócił się znowu do wielkiego centuriona, który ciągle stał przed nim.
Faustus wzruszył ramionami:
Capito wyszczerzył zęby w uśmiechu:
Gotowałem się ze zniecierpliwienia. Podjechałem bliżej, żeby moich słów nie usłyszeli otaczający nas żołnierze. Dobry oficer może się nie zgadzać z decyzjami dowódcy, lecz nigdy nie powinien tego robić na oczach wojska.
Faustus zmierzył mnie ponurym spojrzeniem.
Legat kiwnął głową.
To prawda - uświadomiłem sobie niechętnie. Ale są inne możliwości.
Faustus utkwił we mnie spojrzenie.
Zaczerwieniłem się.
Tancerka poruszyła się nerwowo pode mną, pobudzona moim gniewem i zakłopotaniem. Odrzuciła łeb do tyłu. Znowu ją uspokoiłem, tym razem naciskiem kolan. Potem spojrzałem na Faustusa.
Legat jeszcze bardziej się skrzywił.
Czekałem, aż Faustus zrozumie, do czego zmierzam, ale tylko siedział w milczeniu na koniu, nadal marszcząc brwi. Dziwne - pomyślałem. Z pewnością nawet ślepy by to zauważył.
Zauważyłem, że powieki legata drgnęły, gdy patrzył w stronę Capita. Centurion zesztywniał, obserwując mnie bacznie z dziwnym wyrazem twarzy. Czy to pogarda? Gniew? A może zaskoczenie? Nie byłem w stanie tego określić.
Legat tylko na mnie patrzył. Potem przymknął oczy. Cisza się przedłużała. Wreszcie się odezwał:
Pochylił się bliżej. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
Zesztywniałem w siodle.
- I wiesz, że twoje powinności są głównie natury administracyjnej?
Gwałtownie kiwnąłem głową.
Twarz mnie paliła.
Ściśle rzecz ujmując, legat miał rację. W każdym legionie było sześciu trybunów - jeden rangi senatorskiej, reszta z warstwy ekwitów. Formalnie rzecz biorąc, stopniem staliśmy wyżej od centurionów, jednak świadomi byliśmy wszyscy, że to oni są prawdziwymi specjalistami. W praktyce jednak Faustus był w błędzie. Inni dowódcy, zwłaszcza w legionach znajdujących się wzdłuż Renu, dawali młodszym oficerom więcej swobody i militarnej odpowiedzialności.
Teraz jednakże byłem boleśnie świadom, że to, czy się mylę, czy nie, nie ma znaczenia. Dostrzegłem coś ważnego, co Faustus przeoczył. Potem, poniesiony swoim rozumowaniem, zraniłem jego dumę, popisując się przed nim.
Domicjusz Capito zachichotał.
Poczułem nagły przypływ gniewu wobec wielkiego centuriona.
Capito i inni jemu podobni odpowiadali za wiele nieudanych prób pochwycenia bandytów przez Szósty Legion. Patrole, które prowadzili, nigdy nie zdołały odszukać obozów grabieżców. Zasadzki, które urządzali, nigdy nie znajdowały się we właściwym miejscu. Kiedy zaś miejscowi właściciele ziemscy prosili o pomoc, idące na odsiecz kolumny, którymi dowodzili, zawsze przybywały zbyt późno, by zrobić coś więcej, niż tylko przesiać popioły i pogrzebać ciała.
Dokładnie tak jak tutaj.
Zmrużyłem oczy, przyglądając się uważnie centurionowi. Stał leniwie w pozycji na spocznij przed legatem i mną, patrząc na mnie z uśmieszkiem na nieogolonej twarzy.
Capito to Primus Pilus, Pierwsza Włócznia, czyli pierwszy centurion Legionu Szóstego. Wzdłuż granicy na Renie i gdzie indziej w cesarstwie najważniejszy centurion legionu był zawsze doświadczonym żołnierzem - najlepszym z najlepszych. Twardy zawodowiec, którego każdy w szeregach podziwiał i stawiał sobie za wzór. Dobrze wiedziałem, jak powinien wyglądać prawdziwy Primus Pilus. Mój dziadek doszedł do tej rangi.
Na nieszczęście dla Szóstego, Capito dawał zły przykład. Był to wielki, zrzędliwy prostak - czasami pijany podczas pełnienia służby, zwykle brudny i zawsze na krawędzi niesubordynacji. Był też despotą, który miał swoich faworytów i nadużywał korzyści płynących z zajmowanej pozycji.
Tradycja pozwalała setnikom przyjmować niewielkie gratyfikacje od żołnierzy, którzy chcieli uniknąć nieprzyjemnych obozowych obowiązków: sprzątania latryn, nocnej służby i tym podobnych. Capito często jednak przekraczał wszelkie granice, domagając się łapówek. Krążyły pogłoski, że tak cisnął ludzi ze swojej kohorty, iż wielu z nich musiało pożyczać pieniądze od syryjskich lichwiarzy, żeby jakoś żyć.
Zrzedła mi mina, kiedy mu się przyglądałem. Nie zaufałbym takiemu człowiekowi, że zawiąże sobie sandały, a co dopiero zrobić go starszym setnikiem legionu. Starałem się, ale nie byłem w stanie zrozumieć, jak Petroniusz Faustus może go tolerować.
Oczywiście, muszę przyznać, że za legatem także nie przepadałem.
Faustus często bywał małostkowy. Niczego tak nie lubił, jak krytykować podwładnych, kiedy coś poszło nie tak. Z upodobaniem również chwalił się swoim bogactwem i bliskimi więziami z cesarzem Tyberiuszem. A nic, co widziałem od czasu przyłączenia się do legionu, nie dało zbytniej wiary w jego zdolności przywódcze. Zanim namówił Tyberiusza, żeby zrobił go dowódcą, jedyne wojskowe doświadczenie legata miało miejsce lata temu, kiedy służył jako starszy trybun Trzeciego Legionu w Egipcie. Nadzorowanie żniw i ściąganie podatków z biednych egipskich chłopów niespecjalnie przygotowało go do wyższego stanowiska. Nie sądziłem jednak, że będzie tak ślepy, by nie widzieć, co partacz Capito i inni mu podobni robią z Szóstego.
Przynajmniej zaczynałem zdawać sobie sprawę, dlaczego tak wielu z nas - wszystkich zaprawionych w bojach żołnierzy i setników - przeniesiono znad reńskiej granicy do Syrii. Ktoś wyżej dobrze wiedział, że wschodnie legiony są zbyt zaniedbane i potrzebują zaostrzenia dyscypliny.
Głos legata przerwał moje rozmyślania.
Nie zrobię legatowi przyjemności, okazując, że zadał mi silny cios.
Nie, jeżeli mogę coś na to poradzić.
Harra to surowe pustkowie czarnych bazaltowych głazów, wyznaczających południowo-wschodnią granicę terytorium Szóstego Legionu. Utrzymywaliśmy tam kilka małych strażnic i ufortyfikowanych posterunków, żeby mieć oko na koczowników przemierzających pustynie, lecz teraz plemiona te były w dobrych stosunkach z Rzymem, wyjąwszy drobne i nieszkodliwe kradzieże owiec od czasu do czasu. Letnia służba na tych placówkach to otępiająca codzienna mordęga - tylko skwar i śmiertelna nuda.
Petroniusz Faustus musiał być przekonany, że wybrał doskonały sposób na ukaranie mnie za to, że ośmieliłem się skrytykować jego dowodzenie, nawet jeżeli tylko pośrednio. Bez wątpienia, myślał, że wrócę znad granicy, słaniając się na nogach, tak wdzięczny, że znowu znalazłem się wśród tawern i łaźni Apamei, iż w przyszłości będę trzymać język za zębami.
Jeśli tak, to się rozczaruje.
Nawet jako chłopiec często mówiłem otwarcie, nie myśląc zbytnio o konsekwencjach. Mój ojciec i kolejni nauczyciele robili wszystko, żeby nauczyć mnie cywilizowanej sztuki ukrywania prawdy w pajęczynie słodkiego jak miód pochlebstwa. Nic z tego. Dość dobrze poznałem formy, zawiłości i sztuczki subtelnej retoryki. Rzadko jednak potrafiłem zmusić się do ich wykorzystania. Mój dziadek, ten szczery, uczciwy stary człowiek, wyśmiałby dzisiejszych ugrzecznionych oratorów i sługusów.
Zatem wyruszę na spieczone słońcem pustkowie, jak nakazano, nie odejdę, choćby nie wiem co, nie spróbowawszy zrobić wszystkiego co w mojej mocy dla prowincjuszy, których mieliśmy chronić.
Faustus popatrzył na mnie nieufnie.
- No?
Legat zmusił się do krótkiego, nieprzyjemnego śmiechu.
- Na bogów, Walens! Czasami jesteś niczym byk w okresie parzenia się: w twojej głowie jest tylko jedna myśl i żadnej litości dla kogokolwiek, kto wejdzie ci w drogę.
Zerknął na Capita, który patrzył na mnie krzywo.
Wystraszona klacz rzuciła łbem, ale trzymałem ją mocno, tłumiąc kolejną falę gniewu.
Capito prychnął.
Popatrzyłem na niego chłodno. Kiedy miałem osiemnaście lat, poprowadziłem swój pierwszy patrol głęboko w ciemne, wilgotne germańskie lasy, brnąc przez nasiąknięte deszczem zarośla i pośród wysokich drzew, które zdawały się ciągnąć bez końca. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, moja kohorta lekkiej piechoty pomocniczej rozniosła liczniejszą grupę z plemienia Chautów, która nas zaatakowała. Kiedy miałem lat dwadzieścia, byłem pierwszym człowiekiem na palisadzie wioski Cherusków - i mogę to udowodnić, pokazując bliznę w poprzek żeber. Ogólnie rzecz biorąc, doświadczyłem więcej prawdziwej walki w ciągu ostatnich czterech lat niż Capito przez całe dwadzieścia lat swojej kariery, którą strawił na próżniactwie, rozpuście i przypochlebianiu się.
Faustus rozłożył ręce.
Nic nie robiąc - pomyślałem gorzko i przebiegłem wzrokiem po spalonych, splamionych krwią ruinach posiadłości Demetriusza. Niemądre podejrzenie zaczęło mi kiełkować w umyśle.
Legat włożył hełm na głowę i chwycił wodze. Potem zwrócił się do mnie:
Został mi jeden rzut kością.
Trącił kolanem konia i odjechał, nadal cicho się do siebie śmiejąc.
Patrzyłem na oddalającego się legata - milczałem i ciągle się zastanawiałem, czy odważę się skorzystać z wolności, jaką mi bezwiednie dał.
Cienie przesuwały się po polach rozświetlonych księżycową poświatą, rzucane przez chmury sunące po bezkresnym, czarnym, nocnym niebie. Wokół nas panowała cisza. Rolnicy oraz ich niewolnicy byli w łóżkach, a zwierzęta w zagrodach - spali po długim dniu trudu i znoju. Przede mną rozciągała się pusta droga z wyżłobionymi koleinami, wiodąca do Apamei, dobrze widoczna przy pełni księżyca.
Przesunąłem się ostrożnie trochę dalej w dół zbocza i opadłem na jedno kolano za powyginanym pniem wiekowego drzewa oliwnego. Dobiegły mnie ciche szmery głosów oraz stłumiony szczęk zbroi i broni, gdy żołnierze, których prowadziłem, rozciągnęli się na skraju sadu.
Dołączył do mnie Kwintus Rufus, cicho jak kot, mimo ciężkiej kolczugi i nagolenic z brązu. Wysoki, rudowłosy setnik to również weteran walk znad reńskiej granicy. Wojna na śmierć i życie, pełna mściwych najazdów i morderczych zasadzek, prowadzona w mrocznych germańskich lasach nauczyła nas obu jednego: Jesteś niesłyszalny. Albo nie żyjesz.
Byłem bardzo zadowolony, że jest ze mną. W przeciwieństwie do Capita, to prawdziwy specjalista - mogłem liczyć na jego odwagę i rozsądek. Nawet jego język przypominał mi o domu. Tak jak mój dziadek, pochodził z północy Italii, z regionu znanego jako Galia Przedalpejska. Obaj pochodziliśmy od dzikich, wojowniczych Celtów, którzy niegdyś tam rządzili. Setnik dzięki nim miał imponujący wzrost i rude włosy. Ja jestem niższy i mam ciemniejsze włosy, ale po celtyckich przodkach odziedziczyłem jasnoniebieskie oczy o groźnym spojrzeniu.
Kiwnąłem głową. To zrozumiałe.
Jak wszystkim legionom w Syrii, Szóstemu brakowało ludzi, a ponadto liczył więcej niedoświadczonych rekrutów, niż powinien. Jednak nie tylko nowi się denerwowali. Na wschodzie od dziesięcioleci nie prowadzono poważniejszych walk i niewiele oddziałów wiedziało coś o prawdziwej wojnie. Rok za rokiem ich życie toczyło się wygodnym, nudnym, przewidywalnym rytmem służby w czasie pokoju. Przyzwyczaili się do niezmiennego porządku patrolowania, obozowych obowiązków, uroczystych parad, marszy treningowych i tym podobnych.
Teraz w mgnieniu oka, sześćdziesięciu legionistów centurii Rufusa zostało wyrwanych z wygodnej rutyny.
Przeze mnie.
Dręczyłem, popędzałem i poganiałem ich całą drogę do małego fortu na samym skraju harra - przemierzając dystans, na którego pokonanie trzeba trzech dni, w dwa dni wyczerpującego marszu. Zostawiłem optio, drugiego po centurionie dowódcę, i dwudziestu ludzi do obsadzenia posterunku. Resztę poprowadziłem z powrotem, dbając o to, by okrążyć Apameę. Spędziliśmy kolejne dwa dni, idąc ostrożnie na północ przez górzysty teren na zachód od rzeki.
Postanowiłem zinterpretować określenie „ćwiczenia w terenie” dużo swobodniej, niż mógłby się tego spodziewać Petroniusz Faustus.
Teraz, dokładnie siedem nocy po tym, jak bandyci zamordowali greckiego ziemianina, Demetriusza, przyprowadziłem Rufusa i resztę jego ludzi do podnóża wzgórza pokrytego drzewami oliwnymi, nad jedną z dróg wiodących do Apamei. Byliśmy na skraju ziemi należącej do bogatego mieszkańca tej prowincji imieniem Eumenes.
Według rejestrów podatkowych, które przestudiowałem, Eumenes był jednym z najbogatszych posiadaczy ziemskich tego rejonu. Jak dotąd, jedynym, którego oszczędzili łupieżcy nękający prowincję.
Oczekiwałem, że to się zmieni. Dziś.
Tak właśnie powiedziałem.
Zmusiłem się, żeby pewnie skinąć głową.
Rufus chrząknął, okrył się szczelniej płaszczem przed coraz przenikliwszym zimnem i zwrócił wzrok ku drodze.
Zostawiony sam na sam ze swoimi myślami, z trudem przełknąłem ślinę - nagle pożałowałem, że jestem taki uparty, i miałem rozpaczliwą nadzieję, że moje rozumowanie jest logiczne. Ciąg faktów i płynące z nich wnioski wydawały się takie rozsądne i oczywiste w świetle dnia, wśród ciemności robiły wrażenie mniej przekonujących.
Jeżeli się mylę, jeżeli bandyci nigdy się nie pokażą albo wybiorą kogoś innego na ofiarę, centuriona i jego ludzi nie czeka nic gorszego niż kolejna długa, niewygodna noc na świeżym powietrzu. Lecz nic oprócz całkowitego sukcesu nie ocali mnie przed hańbą, jeśli Faustus oskarży mnie o nieposłuszeństwo wobec rozkazów.
Jeżeli się skompromituję i zostanę zdegradowany, co wtedy? Czy będę umiał żyć z taką hańbą? Czy mogę wymagać od rodziny, żeby to zniosła? Nawet w tych zdegenerowanych czasach, my, Rzymianie, jesteśmy dumni. Wiem, czego się będzie po mnie oczekiwać. Zaschło mi w ustach. Czy będę mieć odwagę upaść na własny miecz?
Wydawało mi się, że przez wieczność zmagałem się ze swoimi najskrytszymi lękami, zdeterminowany, by je opanować. Grecy, którzy mnie uczyli, twierdzili, że nasze przeznaczenie jest z góry określone, już wplecione w tkaninę świata. Skoro tak, dowodzili, to wartość człowieka leży w tym, z jaką odwagą i spokojem reaguje na koleje losu.
Parsknąłem cicho. Stoicyzm to filozofia, która daje więcej pocieszenia w sali szkolnej niż na samotnym, smaganym wiatrem wzgórzu w Syrii. Uznałem cierpko, że prawdopodobnie więcej pociechy znalazłbym, oddawszy się wierze w bogów i boginie mojego dzieciństwa. Tymczasem jestem pomiędzy dwoma rywalizującymi przekonaniami i mam wątpliwości co do obu z nich.
Nagły chrzęst nabijanych ćwiekami butów na kamieniach i żwirze - z początku cichy, potem głośniejszy - przywrócił mnie gwałtownie do rzeczywistości. Zawsze miałem dobry słuch.
Centurion drgnął lekko, czując dotyk mojej ręki na ramieniu.
- Są blisko - wyszeptałem, sprawdzając, czy mój miecz łatwo wysuwa się z pochwy zawieszonej u lewego boku. Mimo chłodnego nocnego powietrza, czułem, jak pot zaczyna mi spływać spod hełmu. Wziąłem tarczę, którą pożyczyłem od piechura, i ująłem jej uchwyt lewą dłonią. - Podaj dalej: „Czekać na mój rozkaz, a potem ostro atakować!”.
Kwintus Rufus skinął głową.
Nie zwracałem uwagi na cichy pomruk rozchodzący się po zacienionym gaju oliwnym, gdy powtarzano mój rozkaz, skupiwszy się na pustym, oświetlonym blaskiem księżyca trakcie, biegnącym zaledwie parę metrów ode mnie. Kropelka potu wpadła mi do prawego oka, cierpka i piekąca. Strząsnąłem ją, czując rytmicznie bijący puls na skroni, coraz szybciej i szybciej.
Nagle droga przestała być pusta. Zapełniła się ludźmi. Większość z nich maszerowała, ale niektórzy jechali konno. Nachyliłem się, wytężając wzrok, żeby więcej dojrzeć w słabym świetle księżyca i przy migoczących pochodniach niesionych wysoko przez kilku piechurów. Poruszałem wargami, licząc, ilu ich jest. Dziesięciu. Dwudziestu. I jeszcze paru. W sumie może ze trzydziestu. Wszyscy uzbrojeni w miecze, pałki i włócznie. Słyszałem brzęk zbroi. Każdy miał czarną maskę lub kaptur zakrywający twarz.
Mieliśmy ich.
Pierwsi nieśpiesznie i dumnie paradujący grabieżcy minęli kamień oznaczający granice ziemi Eumenesa. Niski, gardłowy śmiech rozniósł się nad kolumną bandytów. Jego brzmienie sprawiło, że włosy stanęły mi dęba. Przypominał warczenie wilka, a nie dźwięk wydawany przez człowieka.
Przezwyciężyłem strach. Czy to wilki, czy ludzie, teraz są moimi ofiarami.
Zerwałem się na nogi, krzycząc:
Z rykiem, który rozległ się echem, Kwintus Rufus i jego legioniści wypadli spod drzew. Każdy żołnierz trzymał mocno w prawym ręku gotowy do rzucenia oszczep.
Nasze nagłe pojawienie się kompletnie zaskoczyło zamaskowanych napastników. Zamarli na wyboistej drodze, oświetlonej światłem księżyca.
Doskonale.
Poczułem nagły przypływ dzikiej dumy. Niewiele rzeczy może się równać z przyglądaniem się, jak starannie ułożony plan sprawdza się w każdym szczególe. Musi to być coś na kształt tego, czego doświadcza bóg patrzący w dół z Olimpu.
Rozradowany, nabrałem powietrza w płuca i krzyknąłem:
Czterdzieści oszczepów zakończonych żelaznymi grotami zafurkotało w powietrzu i zaatakowało kolumnę bandytów stojących bez ruchu na drodze. Mężczyźni padali jak kłody, gdy broń sięgała celu, przebijając się bez trudu przez ubiór i zbroję. Okrzyki przerażenia i wrzaski bólu dochodziły od rannych i umierających. Jakiś koń stanął dęba, rżąc ze strachu i bólu, a potem uciekł na nieużytek leżący po drugiej stronie traktu.
Teraz.
Wydałem dalsze komendy, już ruszając w kierunku drogi, by rzucić się do walki:
Więcej głosów podjęło okrzyk:
Ruszyliśmy w dół zbocza i natarliśmy na bandytów, nim zdążyli pozbierać się po szoku wywołanym atakiem oszczepów.
Gdy wbiegłem na drogę, jeden z nich odwrócił się gwałtownie ze ściskaną oburącz włócznią o szerokim ostrzu. Odrzuciłem ją tarczą i pchnąłem go długim mieczem. Jęknął, zatoczył się i upadł na twarz. Krew rozlała się na ziemi, czarna w słabym świetle. Legionista po mojej lewej stronie dla pewności dźgnął go krótszym hiszpańskim brzeszczotem. Razem ruszyliśmy dalej.
Przyjąłem więcej ciosów na tarczę i je oddawałem. Dokoła mnie ginęli ludzie, głównie rabusie. Obnażyłem zęby w cierpkim, okrutnym uśmiechu. Teraz to ja i moi ludzie byliśmy wilkami, nie bandyci. Ich maski, noszone, by siać przerażenie wśród nieszczęsnych właścicieli ziemskich i rzemieślników, nie mogły się równać z naszym uzbrojeniem i zdyscyplinowaniem.
Gniewny ryk wzniósł się nad metaliczny szczęk miecza uderzającego o miecz, nad brzęk tarcz, jęki, przekleństwa i głuchy odgłos ostrza wbijanego w ciało:
- Zbierać się! Zbierać się, wy głupcy! Stawać i walczyć!
Odwróciłem się w kierunku, z którego dobiegał głos, i zobaczyłem krzepkiego mężczyznę na jabłko witym koniu, który płazował spanikowanych bandytów. A więc jeden z ich przywódców nie stracił zimnej krwi.
Niedobrze. Jeżeli uda mu się wzmocnić ich opór, może zginąć więcej moich ludzi. Zbójcy może nawet dadzą radę przerwać walkę i uciec w ciemność. Nie mogłem na to pozwolić.
Przejechałem przez tłum walczących, przebijając się w stronę jeźdźca. Zobaczył, że się zbliżam, i ciął mieczem znad głowy, mierząc w moją czaszkę. Ostrze ześliznęło się po tarczy, którą podniosłem, powodując deszcz drzazg i iskier, lecz siła ciosu zwaliła mnie na jedno kolano.
Usiłowałem wstać, odzyskać równowagę.
Przywódca bandytów natarł na mnie spienionym koniem, odepchnął mnie do tyłu, aż się zachwiałem. Upadłem jak długi na ziemię. Skręcił wierzchowcem i wychylił się mocno, unosząc miecz do kolejnego, szybkiego jak błyskawica cięcia...
Na bogów!
Ponownie wyrzuciłem przed siebie tarczę. Padł kolejny cios przygniatając mi ją mocno do ramienia. Fala bólu zaparła mi dech w piersiach.
Dysząc i podpierając się mieczem, dźwignąłem się na nogi.
Impet poniósł wierzchowca zamaskowanego bandyty metr, dwa ode mnie. Ten gorączkowo szarpał wodze, zmuszając rumaka do obrotu, by mógł ponownie zaatakować.
Rozpaczliwie rzuciłem się naprzód, dźgając czubkiem miecza koński zad. Zwierzę zarżało i stanęło dęba, kopiąc i wierzgając z bólu. Bandyta, pozbawiony równowagi, wyleciał z siodła i gruchnął o ziemię tuż przy moich stopach. Uwolniony od jeźdźca wierzchowiec zakręcił się i pogalopował w noc.
Nadal ciężko oddychając, pochyliłem się i oparłem zakrwawiony koniec miecza na szyi rabusia. Choć ciągle był ogłuszony, oczy mu się rozszerzyły.
Wokół nas pozostali przy życiu grabieżcy zaczęli odrzucać broń i wyciągać ręce, błagając:
Moi ludzie poruszali się ostrożnie z wyciągniętymi mieczami, gotowi uderzyć w razie dalszego oporu, lecz nikt nie atakował. Bandyci zbili się w gromadę jak owce, nadal prosząc o darowanie życia.
Dwóch moich żołnierzy chwyciło herszta bandy. Szarpnięciem postawili go na nogi i pchnęli w kierunku innych pojmanych. Odwróciłem się, szukając Kwintusa Rufusa.
- Centurionie!
Wysoki rudzielec zbliżył się do mnie.
Rufus skinął głową i odszedł, żeby zadbać o wykonanie rozkazów. Stałem chwilę nieruchomo, starając się zwalczyć nagłą falę zmęczenia. Miałem zbyt dużo do roboty, by pozwolić sobie na długi odpoczynek. Nasza walka z bandytami trwała zaledwie parę chwil. Z gorzkiego doświadczenia wiedziałem jednak, że porządkowanie spraw po potyczce zajmuje godziny.
Pośpieszyłem, zapominając o bólu.
Przyciągnęli jednego z rabusiów. Był to ten, którego pojmałem. Zdjęto kaptur i światło księżyca ukazało jego twarz - prymitywną, ze szramami i złamanym nosem.
Twarz, którą znałem aż za dobrze.
Stojącym przede mną przywódcą bandytów był Domicjusz Capito, Primus Pilus naszego własnego legionu.
Wpatrywałem się w niego, czując mdłości, gdyż potwierdziły się moje najgorsze obawy. Bandyci i grabieżcy pustoszący ten region Syrii to tacy sami żołnierze jak my - żołnierze, którzy składali przysięgę na wierność Rzymowi i cesarzowi Tyberiuszowi. Ci, którzy powinni być pasterzami poddanych Rzymu, okazali się drapieżnymi wilkami.
Noc zamieniła się w parny dzień, zanim miałem sposobność odpocząć.
Byłem bardzo brudny. I zgrzany. Oraz znużony.
Siedziałem na ziemi, plecami oparty o pień starego drzewa oliwnego. Muchy brzęczały w jego gałęziach i wokół nich, krążąc pracowicie pomiędzy oślepiającym słońcem a wąską plamą cienia.
Na wschodzie pola i sady owocowe drgały w bezlitosnych promieniach południowego słońca. W oddali ledwie dostrzegałem brązową wstęgę Orontesu, wijącą się z południa na północ. Wszystko oprócz rzeki było spowite szarą mgłą upału i wilgoci.
Nic się nie poruszało, z wyjątkiem owadów.
Kolumna mrówek wspięła się po zrobionym z brązu pancerzu, który zdjąłem i położyłem na ziemi. Inne, odważniejsze lub zagubione, badały hełm ozdobiony końską kitą, leżący koło zbroi.
Nagle zaswędziała mnie skóra głowy, więc podrapałem się mocno. Pot i brud zmatowił krótkie, brązowe kędziory, które moja matka uwielbiała czochrać, kiedy byłem dzieckiem.
Pragnąłem kąpieli. Lub czary chłodnego wina. Lub kobiety. Najchętniej tego wszystkiego, jeżeli się nad tym zastanowić - właśnie w tej kolejności.
Pozwoliłem opaść powiekom, starając się zignorować tępy, pulsujący ból stłuczonego ramienia.
- Lucjuszu.
Podniosłem wzrok.
Stał tam mężczyzna, który przyglądał mi się zmęczonymi brązowymi oczyma. Był mniej więcej mojego wzrostu, ale bardziej krępy i silnie umięśniony. Czarne włosy, krótka broda i starannie przystrzyżone wąsy były poprzetykane siwizną. Przepasana tunika, niegdyś biała, teraz była spryskana i zaplamiona zaschniętą krwią.
Nazywał się Arystydes. Pochodził z helleńskiego miasta Filippi. Był to mój osobisty lekarz. A poza tym przyjaciel.
Skinąłem głową. Jak wielu greckich lekarzy, Arystydes dość sceptycznie podchodził do większości twierdzeń o uzdrowieniu zależnym od bogów, prawdach głoszonych przez innych medyków czy kapłanów. „Możesz nacinać ropień lub modlić się do Asklepiosa - mawiał często sardonicznie - ale mądry człowiek woli zobaczyć odrobinę ropy na chirurgicznych narzędziach niż wąchać kadzidło”.
Arystydes nie był ateistą, uznawał boską interwencję w beznadziejnych przypadkach. Jednocześnie wierzył, że bogowie spodziewają się po śmiertelnikach, iż sami rozwiążą większość swoich problemów. Niemniej jednak, jak każdy rozsądny człowiek, pilnował się, by zachować te odczucia dla siebie. Większość ludzi, czy to wyedukowanych, czy niepiśmiennych, staje się ofiarą przesądów i łatwo za niepowodzenia lub katastrofy obwinia tych, którzy nie podzielają ich przekonań.
Radość, którą dało mi zwycięstwo, szybko zgasła, kiedy tylko zobaczyłem ciała zaścielające drogę oraz usłyszałem jęki i szloch rannych i umierających. Zwycięstwo w walce jest o niebo lepsze niż przegrana, lecz chwała na polu bitwy niesie ze sobą straszną cenę. Znam żołnierzy, który znosili widok krwi i jatkę zostawioną po sobie na polu bitwy bez mrugnięcia okiem. Ja do nich nie należę.
Ponownie skinąłem głową. Jeżeli wda się gorączka, to nawet najlżejsza rana może okazać się śmiertelna. Przemywanie jej winem lub octem zdaje się pomagać, podobnie jak smarowanie różnymi maściami z miedzi, smoły, żywicy sosnowej lub ałunu. Jednak gdy miecz, oszczep czy łuk rozerwie ciało, nigdy nie ma pewności, że ranny przeżyje.
Arystydes pokręcił głową.
Medyk zastanowił się nad tym przez chwilę, a potem skinął głową potakująco.
Eumenes, bogaty ziemianin syryjski, zawdzięcza swoje bogactwo, a może także i życie legionistom pod moją komendą. Opieka nad poważnie rannymi będzie niewielką zapłatą za to, że go ochronili. Wie, co bandyci Capita zrobili jego sąsiadowi, Demetriuszowi, więc nie powinien protestować. Przynajmniej nie za bardzo.
Zabiliśmy w czasie bitwy połowę rabusiów. Kilku zadaliśmy rany, od których wkrótce umrą. Ale i tak mieliśmy dobry tuzin łotrów Capita.
Zmarszczył czoło.
- Są lekko ranni i posiniaczeni, ale sądzę, że są w stanie wlec się o własnych siłach.
Zachwiał się nagle i powstrzymał przed upadkiem, chwytając się konaru drzewa. Usiadłem zaniepokojony.
Arystydes machnął uspokajająco drugą ręką. Potem zachichotał i przykucnął obok mnie.
Uśmiechnąłem się z ulgą.
Nie mogłem się nie zgodzić. Arystydes został zatrudniony jako mój lekarz, kiedy jeszcze jako mały, sześcioletni chłopiec ciężko zachorowałem. Moja rodzina prowadziła interesy w okolicach jego rodzinnego miasta. Arystydes przybył do Rzymu z listami polecającymi od najznamienitszych obywateli Filippi. Sądzę, że mój ojciec, który liczył się z każdą mosiężną sestercją, byłby szczęśliwszy, gdyby udało mu się znaleźć niewolnika lub tańszego wyzwoleńca. Matka jednakże pozostała nieugięta; uparła się, że należy mi zapewnić najlepszą opiekę.
Miała rację. Zawdzięczałem Arystydesowi życie.
Medyk pozostał, kiedy minął pierwszy kryzys. Z początku przychodziło do niego niewielu pacjentów, głównie dzięki rekomendacjom mojej rodziny. Szybko jednak zyskał sławę uzdrowiciela oraz chirurga i nie minęło wiele czasu, a wkrótce zarabiał spore pieniądze, uzupełniając tym honorarium, które mój ojciec wypłacał mu raczej niechętnie.
Arystydes słynął także jako miłośnik pięknych kobiet ze wszystkich warstw społecznych, od najniższej po najwyższą. Gdyby jeden tylko człowiek mógł zmienić typową opinię Rzymian, że wszyscy Grecy to zniewieściali esteci uwielbiający chłopców, byłby nim Arystydes. Krążyły nawet plotki, że pewne bogate, lecz znudzone żony senatorów, które święcie wierzyły w jego maści i balsamy, były równie zachwycone jego biegłością w sypialni. Gdy zobaczyłem, jak wyglądają prezenty, które w niego wmuszały: cenne klejnoty i pierścienie, rzeźbione szkatułki z kości słoniowej i jedwabie z Indii, pięknie zdobiona ceramika z najlepszych na świecie warsztatów z Italii i Galii, raczej dawałem wiarę tym pogłoskom. W ciągu dwunastu lat lekarz stał się dość majętnym człowiekiem, z rosnącym kręgiem wdzięcznych i prominentnych pacjentów.
Kiedy opuściłem Rzym, by przyłączyć się do legionów nad Renem, Arystydes pojechał ze mną. Gdy zapytałem go, dlaczego, tylko się uśmiechnął i powiedział z prostotą:
Cynik mógłby podejrzewać, że jakiś potężny senator w końcu się zorientował, iż Arystydes przyprawia mu rogi, lecz ja nie jestem cynikiem, przynajmniej nie aż takim. Cieszyłem się z jego towarzystwa oraz udzielanych mi rad i uwierzyłem w jego słowa. Czułem, że znam Arystydesa lepiej niż własnego ojca. Z całą pewnością bardziej go lubiłem.
Zerknąłem na słońce. Stało prawie w zenicie.
Arystydes uniósł brwi ze zdziwieniem.
Antiochia, osiemdziesiąt kilometrów w dół Orontesu od miejsca, w którym się znajdowaliśmy, była trzecim co wielkości miastem w imperium. Co ważniejsze dla moich zamierzeń, była również stolicą rzymskiej części Syrii.
Medyk patrzył na mnie uważnie przez kilka chwil, a potem pokręcił z niedowierzaniem głową:
Spojrzałem mu prosto w oczy.
Arystydes wyglądał na zmartwionego.
Gdybyż to była prawda!
Lekarz nachylił się bliżej i zniżył głos:
Grek się skrzywił.
Westchnąłem. Spodziewałem się tego argumentu. Arystydes uważał się za pragmatyka i często próbował temperować moją, jak uważał, upartą dumę i źle ulokowany idealizm. Były chwile, kiedy prawdopodobnie miał rację. Ta do nich nie należała.
Lekarz gwizdnął, nagle zrozumiawszy:
Zawahałem się, świadom, że nie mam niezbitego potwierdzenia udziału legata, przynajmniej nie takiego, który przekonałby sędziego w oficjalnym procesie. Ale byłem pewien, że moje podejrzenia są uzasadnione. Nic innego nie miało sensu. Nic innego nie wyjaśniało tego, jak zachowywał się Capito, kiedy go przesłuchiwałem.
Kwintus Rufus i ja pół nocy wypytywaliśmy pojmanych bandytów. Wszyscy byli legionistami w dowodzonej przez centuriona pierwszej kohorcie. Wszyscy upierali się, że tylko postępowali zgodnie z jego rozkazami. Wszyscy twierdzili, że otrzymywali jedynie niewielki udział w łupach, i przysięgali, że resztą zajmował się Capito.
Uwierzyłem im.
Każdy centurion nosi ciężką rózgę z winorośli jako oznakę swego stanowiska. Ta rózga jest również używana do karania nieposłuszeństwa i egzekwowania dyscypliny. Dziesięć lat służby sprawiło, że Rufus używał jej po mistrzowsku. Mógł zadać dowolną ilość uderzeń, które paraliżowały człowieka, a jednak nie powodowały żadnego trwałego obrażenia.
Zanim z nimi skończył, ludzie Capita chętnie odpowiadali na wszystkie nasze pytania i byli zbyt przerażeni, by nas okłamywać.
Sam Capito to inna sprawa. Grabieżca lub nie, nadal był najwyższym rangą centurionem Szóstego Legionu. Nie mogliśmy użyć siły podczas jego przesłuchania - nie bez złamania wszystkich praw i zasad rządzących legionami. Byłem skłonny nagiąć rozkazy, by zrobić to, co uważałem za słuszne, ale nie gotów na to, by odrzucić wszystko, czego mnie nauczono o dyscyplinie i porządku. Przynajmniej nie teraz.
Biorąc pod uwagę te ograniczenia, nie spodziewałem się, że ten sukinsyn zacznie mówić.
Nie zawiódł mnie.
Kiedy bombardowaliśmy go pytaniami, tylko siedział w milczeniu z rękoma związanymi za plecami i patrzył na nas zaczerwienionymi oczyma, pełnymi wściekłości i nienawiści.
Martwiło mnie to, czego nie widziałem w jego oczach.
Nie było w nich strachu.
A powinien się bać.
Niewielu dowódców w dzisiejszych czasach wymierzało karę śmierci, tradycyjnie przeznaczoną dla poważniejszych wojskowych wykroczeń. Większość wolała uciekać się do innych kar, nawet za takie przestępstwa, jak dezercja czy poważna niesubordynacja. Ale żaden legat, wart swojego stanowiska, nie mógł uniknąć nakazania ścięcia Capita, gdyby uznano go za winnego morderstwa i rozboju.
Primus Pilus był łajdakiem, nie bohaterem. Nie uważałem go za człowieka, który może sobie drwić ze zbliżającej się śmierci.
Dlaczego więc nie był przerażony?
Obawiałem się, że znam odpowiedź na to pytanie i na wszystkie inne, które pozbawiły mnie snu w ciągu ostatnich siedmiu dni. Jak tak wiele oddziałów w służbie czynnej może grabić Apameę oraz jej okolice i nie zostać złapanych? Dlaczego nie powiodła się żadna próba pochwycenia rabusiów? Jak starszy setnik Szóstego mógł spędzić tyle dni i nocy poza obozem w masce bandyty, a jego zwierzchnicy niczego nie podejrzewali?
Tylko jedna odpowiedź miała w ogóle jakiś sens, bez względu na to, jak bardzo się starałem znaleźć inny sposób na poskładanie tych elementów w całość.
Byłem teraz przekonany, że Petroniusz Faustus, legat Szóstego Legionu, oficer odpowiedzialny za utrzymanie prawa i porządku w tej części prowincji, zamienił swoich żołnierzy w bandytów, złodziei, gwałcicieli i morderców.
Arystydes był nadal zmartwiony, kiedy skończyłem wyjaśniać mu tok mojego rozumowania. Wziął głęboki oddech i patrzył w dół przez kilka chwil, a potem westchnął:
- Myślę, że masz rację, Lucjuszu. Chciałbym móc dowieść, że twoja teoria jest błędna, lecz nie potrafię. Mimo to, jeżeli Faustus dowie się o twoich podejrzeniach, a ty nie przedstawisz dowodu przeciwko niemu... - zawiesił głos.
Pokręciłem przecząco głową. Nie znałem Gnejusza Pizona, namiestnika Syrii, ale nie podobało mi się to, co o nim słyszałem. Choć uważano go za bliskiego sojusznika cesarza Tyberiusza, jego przeszłość nie była szczególnie imponująca. Przed moimi urodzinami, Oktawian August, poprzedni cesarz, wyznaczył Pizona na namiestnika Hiszpanii, lecz jego poborcy podatkowi tak wyciskali pieniądze z miejscowych i zachowywali się tak arogancko, że popadł w niełaskę i odwołano go do Rzymu. Nie zajmował żadnego istotnego stanowiska od tego czasu i nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego Tyberiusz złożył namiestnictwo Syrii - wysoko cenione stanowisko - na jego starzejące się barki.
Z oczu Arystydesa znikł niepokój. Pokiwał głową z aprobatą.
Germanik. Mądra decyzja.
Germanik Juliusz Cezar, bratanek, a teraz adoptowany syn Tyberiusza, dostał dwa lata temu pełną władzę nad wschodnimi prowincjami. Jego główna siedziba znajdowała się w Antiochii.
Znałem Germanika. A on mnie.
Swoje pierwsze dowództwo objąłem podczas ostatnich dwóch lat jego kampanii odwetowych przeciwko plemionom germańskim i spisałem się na tyle honorowo, by zasłużyć na jego aprobatę. Jak inni oficerowie i żołnierze, którzy służyli pod dowództwem Germanika na tej ponurej i krwawej granicy, ceniłem sobie jego proste powiedzenie „dobra robota” wyżej niż jakąkolwiek inną pochwałę lub odznaczenie.
Podobnie do większości młodych mężczyzn z mojej warstwy, postrzegałem Germanika jako ideał Rzymianina. Choć zaledwie trzydziestoletni, już sprawdził się jako znakomity żołnierz, uczony i dramatopisarz. Uosabiał wszystkie tradycyjne wartości, które uczyniły z Rzymu potęgę. Obdarzony ogromną fizyczną i psychiczną odwagą. Ponadto był szlachetny, życzliwy i co najdziwniejsze w człowieku, który pewnego dnia mógł zostać władcą całego imperium - autentycznie skromny.
Teraz miałem nadzieję wykorzystać moje więzi z nim, by Domicjusz Capito pękł jak skorupka jajka. Jeżeli centurion jest choć odrobinę inteligentny, będzie wiedzieć, że Germanik ze wszystkich przestępstw najbardziej nienawidzi zepsucia i braku dyscypliny w wojsku. Życzliwy czy nie, srodze ukarze każdego oficera, który zamienił własnych żołnierzy w złodziei-morderców i nocnych napastników. Z bardzo realną perspektywą sromotnej egzekucji Capito powinien skwapliwie wyznać zbrodnie swojego protektora, Petroniusza Faustusa, legata Szóstego Legionu.
A przynajmniej o to się modliłem.
Ponieważ wiedziałem, że jeżeli centurion zachowa milczenie, nie mogę oczekiwać, że Germanik zadziała przeciw Faustusowi. Nawet jeżeli osobiście będzie uważał, że legat jest winny, nigdy go nie skarze bez konkretnego dowodu.
Dwie godziny później prowadziłem swoją hiszpańską klacz, Tancerkę, w dół spieczonego słońcem zbocza do drogi biegnącej równolegle do Orontesu. Za mną podążał Arystydes, ciągnąc muła wyładowanego swoimi rzeczami i medykamentami. Dalej mozolnie szedł Kwintus Rufus i jego legioniści. Każdy żołnierz niósł przewieszoną na plecach tarczę i przytroczony do kija ekwipunek. Nasi więźniowie wlekli się w środku tej kolumny - ze zwieszonymi ze wstydu i rozpaczy głowami oraz związanymi z tyłu rękoma.
Oślepiająco jasne słońce nadal wisiało wysoko nad głowami, lecz upał nieco zelżał i nadeszła pora, by wyruszyć.
Dotarłem do drogi i zatrzymałem się na chwilę, naradzając się sam ze sobą.
Każdy chłopiec zna historię Juliusza Cezara przekraczającego Rubikon. Ta rzeka była dla niego decydującym momentem. Poprowadzenie armii na jej drugi brzeg oznaczało nieodwołalne wypowiedzenie wojny wrogom w senacie.
Ta wyschnięta i zapylona droga stanowiła mój Rubikon.
Jeżeli pójdę na południe, wrócę do Apamei, przekażę Capita i innych Faustusowi, a potem, zawstydzony, w milczeniu będę się przyglądać, jak legat znajduje jakiś sposób, by zatuszować te zbrodnie. Następnie, jeżeli nic więcej nie zrobię, prawdopodobnie odsłużę pozostały czas w Szóstym lub znajdę sposób na przeniesienie się do innego oddziału w jakiejś odległej prowincji.
Jeżeli jednak skieruję się na północ, tym samym wypowiem wojnę Faustusowi i zepsuciu, które uosabiał. Rzucę kości w grze, która ma tylko dwa możliwe zakończenia: triumf albo śmierć.
Wziąłem głęboki oddech. Słońce zalśniło w pierścieniu dziadka. Zatem niech tak będzie.
Wyprostowałem ramiona, klepnąłem delikatnie Tancerkę, a potem spokojnie ruszyłem na północ.
Proces Domicjusza Capita zaczął się już dwa dni po tym, jak wprowadziłem moich więźniów do Antiochii przez Wschodnią Bramę.
Sąd zebrał się pod kolumnadą biegnącą wzdłuż zachodniego skrzydła praetorium namiestnika - starożytnego pałacu, niegdyś zamieszkiwanego przez Seleucydów, dawnych królów. Było późne popołudnie i upał zwolna słabł. Chłodna bryza wiała znad pobliskiej rzeki. Słońce padało ukośnie pomiędzy wysokimi rzeźbionymi kolumnami, dzieląc kamienną podłogę na wąskie pasy światła i cienia.
Stałem w plamie słońca. Jako oskarżyciel i prokurator miałem wyznaczone miejsce parę metrów od więźnia.
Zerknąłem na Capita kątem oka i skrzywiłem się.
Ktoś oporządził tego łotra. Ogolono go, pozwolono mu na kąpiel i dano świeżo wypraną czerwoną tunikę. Miał nawet nowiuteńką rózgę z winorośli, wetkniętą niedbale pod ramię.
Wyglądał jak wzorowy długoletni legionista.
To zły omen.
Kiedy wezwano go, żeby stawił czoło zarzutom, które przeciw niemu wniosłem, Capito wszedł po stopniach swoim zwykłym dumnym krokiem. Strach, jaki z wolna w nim narastał, w miarę jak zbliżaliśmy się do Antiochii, zniknął.
To było jeszcze gorsze.
Teraz zdeprawowany Primus Pilus Szóstego Legionu stał pewny siebie, niemal odprężony, przez człowiekiem, który miał osądzić o jego winie lub niewinności.
Przed Gnejuszem Kalpurniuszem Pizonem, namiestnikiem Syrii.
Mój plan postawienia Capita i jego bandy grabieżców przed sądem Germanika legł w gruzach z powodu jednego przeklętego szczegółu: nie było go w Antiochii, kiedy przybyliśmy. Musiał pojechać na granicę z powodu raportów donoszących o poważnych kłopotach wśród tamtejszych ormiańskich plemion górskich.
Nikt w jego kwaterze nie umiał powiedzieć, kiedy wróci. Sytuacja na granicy była niebezpieczna, a Germanik nie zamierzał pozwolić na to, by jakaś mało znacząca plemienna waśń wciągnęła nas w niepotrzebną wojnę z Partią.
Pod jego nieobecność Pizon jako namiestnik upomniał się o swoje prawo sądzenia Capita i reszty więźniów.
Nie będąc w stanie w pełni zaufać jego osądowi, poprosiłem o zwłokę do chwili powrotu Germanika.
To był błąd.
Jeden ze współpracowników Pizona wyniośle odrzucił moją prośbę, zimno informując mnie, że „namiestnik stoi na straży prawa w swej prowincji tak, jak uważa to za stosowne”.
Niechcący wpakowałem się w sam środek publicznej wojny.
W obozie w Apamei słyszałem pogłoski, że Pizon i Germanik spierają się o władzę w Syrii. Niektórzy mówili nawet o sprzecznych edyktach, zaciętych prywatnych kłótniach i pośpiesznie odwoływanych rozkazach. Lecz plotki nie nadążały za rozwojem spraw. Sytuacja w Antiochii była o wiele gorsza, niż to sobie wyobrażałem.
Obecnie pomiędzy Pizonem a Germanikiem oraz ich zwolennikami istniał otwarty konflikt. Początkowe różnice zdań w drobnych kwestiach przerodziły się w utarczki dotyczące poważnej polityki - zarządzania legionami, naszych stosunków z Partią, zbierania podatków, a nawet sposobu egzekwowania prawa.
