Triest, czyli nigdzie - Morris Jan - ebook + książka

Triest, czyli nigdzie ebook

Morris Jan

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Triest: port na styku Śródziemnomorza z Europą Środkową, sierota po monarchii austro-węgierskiej; niegdyś tygiel kulturowy, dziś miasto osobne. Kluczy do odczytania Triestu jest wiele, ale Jan Morris odnalazła własną drogę do tego, by go poznać i pokochać.

Autorka opowiada o swojej intensywnej, trwającej od lat czterdziestych XX wieku relacji z miastem, łącząc melancholijne wspomnienia podróżniczki z pasją badaczki historii. Pisze o sukcesach i upadkach Triestu, o rozgrywających się tu konfliktach. Pokazuje zapyziałe uliczki i piękne place, zabiera nas do starych kawiarni i na mola, które kiedyś odwiedzał James Joyce. Przybliża postać Itala Sveva i innych literatów związanych z tym miastem.

Jej Triest to stolica państwa Nigdzie, miasto idealne dla samotników i wyrzutków – dla wszystkich tych, którzy nie znajdują swojego miejsca na żadnej istniejącej mapie.

„Jan Morris wymyśliła swój własny sposób pisania o miastach, łączący historię, fantazję i portret psychologiczny miejsca. Była prawdziwą pisarką wędrowną.” „The Guardian”

„Nie sądzę, aby istniał twórca, który dorównywałby Jan Morris pod względem spokoju i siły charakteru.” Paul Theroux

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 222

Data ważności licencji: 12/11/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego Trieste and the Meaning of Nowhere

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Historic Collection / Alamy / Indigo Images

Copyright © 2001 by Jan Morris

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Jarek Westermark, 2026

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Magdalena Jobko

Korekta Elżbieta Krok / d2d.pl, Monika Paduch / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Published with support from a Wales Literature Exchange’s Translation Grants Fund, which is provided by the Welsh Government via Creative Wales and Arts Council of Wales National Lottery Funding

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-297-9

Dla Elizabeth

oraz pamięci Otta

z 9 Pułku Lansjerów Królowej

Niezbędne wyjaśnienie

Jan Morris żyła i pisała pod nazwiskiem James Morris, dopóki nie dokonała korekty płci w 1972 roku.

Byłem światem, przez który kroczyłem. A co widziałem,

Słyszałem lub czułem, pochodziło tylko ode mnie.

Wallace Stevens, Podwieczorek w pałacu Huna, tłum. Jacek Gutorow

PrologPrzejście anioła

Nie zawsze potrafię sprawić, by Triest stanął mi przed oczami. I nic dziwnego. Nie należy przecież do grupy miast prawdziwie kultowych, które natychmiast ożywają w pamięci czy wyobraźni. Brakuje mu niezapomnianych zabytków, powszechnie znanego hymnu, wyjątkowej kuchni; nie pochodzi stamtąd ani jedna powszechnie znana osobistość. To średniej wielkości włoski port, w zasadzie średniowieczny, o niepewnej tożsamości etnicznej i poplątanej historii, który zamożny bywał jedynie sporadycznie, przyczajony obecnie na północno-wschodnim wybrzeżu Adriatyku, i tak całkowicie pozbawiony cech typowo włoskich, że w 1999 roku, gdy przeprowadzono wśród Włochów ankietę, siedemdziesiąt procent badanych nie uznawało go za część swojego kraju.

Bywają jednak chwile, gdy moje myśli wypełnia obraz Triestu, tak wierny i szczegółowy, że czuję, jakbym naprawdę przenosiła się do tego miasta. Chwile niezwykłe jak ten magiczny moment, gdy rozmowy nagle przycichają na kilka sekund, co zdaniem niektórych oznacza, że gdzieś w pobliżu przechodzi anioł. Mówi się – chyba ze względu na wydarzenia biblijne (czyżby ukrzyżowanie?) – że podobne interludia występują na dziesięć minut przed każdą pełną godziną. I ta reguła sprawdza się niepokojąco często.

Ja, gdy milkną rozmowy, myślę właśnie o Trieście. Miasto nawiedza mnie w przedziwny sposób, odkąd przybyłam do niego jako młody żołnierz pod koniec II wojny światowej. Niezależnie od zachodzących w nim przemian i moich licznych późniejszych odwiedzin, uczucia, które we mnie wywołuje, pozostają niezmienne od pięćdziesięciu lat, a chwile nagłej ciszy pozwalają mi nie tylko ponownie dostrzec oczyma wyobraźni znane miejsca, ale i zobaczyć samą siebie w całkiem nowym świetle. Kiedy zegar wskazuje, że do pełnej godziny zostało dziesięć minut, kiedy w powietrzu furkoczą pióra niewidzialnego posłańca, znów staję sama na triesteńskim nabrzeżu, a miasto wygląda, jak wyglądało wtedy, dawno, dawno temu. Dla mnie wygląda tak samo jak zawsze.

Adriatyk jest błękitny i cichy, bez choćby tchnienia wiatru. Po drugiej stronie zatoki stoi biały zameczek, wokół widać skaliste, szorstkie stoki wzgórz. Słońce świeci, ale nie praży. Przez zatokę płynie ospale holownik; skądś dobiega stukot pociągu; niewielki parowiec wyrzuca w górę szare obłoczki; w oddali zespół gra muzykę na żywo, a ktoś – może ja? – nuci fragment utworu Pucciniego. Stojące na nabrzeżu ciężkie, napuszone budynki, zwieńczone strzelistymi iglicami z rzeźbami pełnymi symboliki, wydają się opuszczone jak podczas sjesty, a nad samą wodą siedzi skulony wędkarz, którego spławik ani drgnie. Flagi wiszą w bezruchu. Tramwaj czeka na pasażerów. Anielskie interludium, które poczułam w moim walijskim domu, najwyraźniej dotarło również do Triestu.

Wszystkie te obrazy nie wzbudzają we mnie ani przesadnej ekscytacji, ani zniechęcenia. Nastrój mam nostalgiczny. Oddaję się smętnym rozważaniom na temat wieku, niepewności ona i rozczarowań, ale nie jestem przy tym nieszczęśliwa. Wiem, że otaczają mnie dobrzy ludzie, a potem zaczynam odczuwać niejednoznaczną, nieuchwytną tęsknotę zwaną przez Walijczyków hiraeth. Istotną jej część stanowi patos, choć w wydaniu lirycznym, na które ja, sentymentalistka, jestem wyjątkowo podatna, a jednocześnie niesie ona ze sobą ekscytujący przedsmak bardziej zmysłowych pragnień. Czuję się uwodzona przez powab straconych możliwości i przygasłych sił, przez upływ czasu, przemijanie przyjaciół, złomowanie potężnych okrętów! Mówiąc krótko, czuję, że niepojęte miasto portowe z mojej wizji, tak wypełnione słodką melancholią, jest dla mnie odbiciem nie tylko uniesień młodości, lecz również obsesji towarzyszących mi przez całe życie. Nazywam to „efektem Triestu”. Czuję, jakbym na jedno mgnienie poetyckiego oka została wyrwana z czasu i ciśnięta zupełnie donikąd.

Nie mnie pierwszej miasto skojarzyło się z nieistnieniem. Wiedeński dramaturg Hermann Bahr, gdy przybył tam w 1909 roku, stwierdził, że czuje się zawieszony w nierzeczywistości, całkiem, jakby trafił „po prostu nigdzie”. Triest, jako miejsce odbierane przez wszystkich wysoce subiektywnie, często wzbudza podobne fantazje. Ktoś, kto nigdy go nie odwiedził, zapewne nie umiałby wskazać go na mapie. Goście wyjeżdżają skonfundowani, a po powrocie do domu czują, że ich wspomnienia z nieznanych przyczyn spowija nimb tajemnicy. Stali bywalcy Triestu często widzą w nim metaforę – nie jest to tylko miasto, lecz również jego idea. Szczególnie mocno wpływa na osoby mające słabość do alegorii – a więc, jak ujął to niegdyś Austriak Robert Musil, na tych z nas, którzy chcą widzieć w każdej rzeczy więcej, niż ma ona w rzeczywistości prawo oznaczać.

Nawet jego geograficzne położenie jest wymowne. Triest zdaje się zawsze trafiać w miejsce zagięcia mapy, albo znikać w którymś z jej rogów. Z resztą Włoch łączy go jedynie wąski pas brzegowy, mający najwyżej kilka kilometrów szerokości. Poza nim ze wszystkich stron napierają na miasto terytoria słowiańskie: granica Słowenii znajduje się osiem kilometrów od jego ścisłego centrum, a Chorwacja leży raptem szesnaście kilometrów na południe. Mniej niż dzień jazdy samochodem dzieli triesteńskie domy od Serbii, Bośni i Hercegowiny oraz Węgier. Triest to w istocie osada na końcu wyrastającego z zachodniej Europy cypla, bodącego wzburzone wody Bałkanów. „Ostatni powiew od Włoch kona”, stwierdził Chateaubriand w 1806 roku, „na tem wybrzeżu, gdzie się już dzikość zaczyna”[1]. Za izolację Triestu odpowiada też ukształtowanie terenu. Tuż za miastem znajduje się skaliste wypiętrzenie prących w stronę morza Alp Julijskich. Ogromny płaskowyż zagradza drogę wszystkim podróżnikom, miasto wciśnięte jest między jego zbocza a wody Adriatyku. Formacja ta wcale nie wygląda sympatycznie. To zimna, nieczuła połać skał wapiennych, którą geolodzy określają utworzonym specjalnie mianem „krasu”. Włosi mówią na niego carso, Słoweńcy kras, Chorwaci krš – we wszystkich tych językach słowo jest dźwiękonaśladowcze: obszary krasowe są szorstkie, kamieniste i nierówne, rzadko porośnięte roślinnością, poorane licznymi systemami jaskiń i korytami podziemnych strumieni. Zbocza od strony Triestu zmiękczono przez nasadzanie drzew, ale w dawnych czasach, zanim zadbano o porządne drogi czy torowiska, Kras stanowił dla podróżników poważną przeszkodę, był bowiem kamienisty, jałowy i pełen bandytów. Nawet teraz kojarzy mi się z obszarem objętym kwarantanną, terenem zamkniętym, miejscem, które w atlasach należałoby oznaczyć przerywaną linią bądź zakreskować.

Zresztą jego granice niekiedy wyznaczano właśnie w ten prowizoryczny sposób, ponieważ w przeszłości Triest często przechodził z rąk do rąk. Bez map historycznych ani rusz. Początkowo znajdowała się tu wioska nabrzeżna Ilirów, tajemniczego ludu indoeuropejskiego, który handlował z bezpośrednimi sąsiadami, oferując im ryby, sól, oliwę i wino. Gdy osadę skolonizowali Rzymianie, nadali jej nazwę Tergeste. Przez Wenecjan była regularnie napadana, łupiona i sporadycznie okupowana, aż wreszcie, pod koniec XIV wieku miejscowi władcy oddali się pod opiekę wiedeńskiej monarchii Habsburgów. Był to przełomowy moment w historii Triestu, ponieważ czterysta lat później to właśnie Habsburgowie wprowadzili miasto do współczesnego świata. Kiedy zawarli pokój z Turcją, swym odwiecznym wrogiem, i uzyskali panowanie nad tą częścią wybrzeża Adriatyku, swoje imperium lądowe postanowili uczynić lądowo-morskim. A jego głównym oknem na świat miał zostać właśnie Triest.

W 1719 roku Habsburgowie ogłosili miasto wolnym portem, przyznając mu przy okazji wiele przywilejów i ulg podatkowych, żeby wesprzeć jego rozwój. Na nabrzeżu wznieśli nową dzielnicę, a ostatecznie uczynili Triest swym głównym portem dalekomorskim, w praktyce przystanią Wiednia. Prawdziwymi władcami tych terenów zostali triesteńscy kupcy, którzy zastąpili przedstawicieli dawnego patrycjatu. Zdołali przetrwać współistnienie z habsburską biurokracją i trzy krótkie okresy okupacji napoleońskiej. Drogi i tory kolejowe prowadzące na północ przez Kras, łączące Triest z zapleczem kraju, pozwoliły miastu czerpać wielkie korzyści z handlu z Austrią, Węgrami, Czechami i znaczną częścią Europy Środkowej. Na początku XX wieku Triest był już jednym z największych portów na świecie, istotnym łącznikiem między Europą i Azją. Nazywano go „trzecim wejściem do Kanału Sueskiego”. Pierwszym statkiem handlowym, który przepłynął kanał, jeszcze przed jego oficjalnym otwarciem, był triesteński Primo, a w oficjalnej ceremonii inauguracyjnej w 1869 roku brały udział jeszcze trzy tutejsze jednostki.

Triest stanowił zatem wytwór myśli imperialnej, a przez kilka pokoleń przynosił równie imperialne korzyści. Morskie listy przewozowe z dopiskiem via Trieste były dobrze znane kapitanom statków handlowych z całego świata. Czasy świetności nie trwały jednak długo. W 1919 roku, pod koniec I wojny światowej, rozpadło się imperium Habsburgów. Choć nowo powstałe Królestwo Jugosławii odziedziczyło większość terenów położonych u wybrzeży Adriatyku, Triest wyrwano z okowów geografii i przyłączono do niedawno zjednoczonego Królestwa Włoch. Rzymscy politycy jednak z pewnością nadal uważali go za miasto położone na pograniczu ziem barbarzyńców. Imperialny port, brutalnie oderwany od zaplecza, nieuchronnie podupadał: jako włoskie miasto stracił sens istnienia. Pogrążył się w marazmie. Parafrazując słowa Pope’a o westalkach czy Gibbona o Etiopii, „zapomniał o świecie, w nim będąc zapomniany”[2].

Po 1945 roku, gdy Włochy dotknęło upokorzenie II wojny światowej, nieszczęsny Triest stał się kością niezgody między zwycięzcami. Nowi, komunistyczni przywódcy Jugosławii, wspierani przez ideologicznych braci ze Związku Radzieckiego, pragnęli przejąć nad nim kontrolę. Zachodnie mocarstwa nie chciały, by Rosjanie zdobyli za jego sprawą dostęp do Morza Śródziemnego. Przez pewien czas miasto okupowały dwie rywalizujące ze sobą armie – połowa przypadła Brytyjczykom i Amerykanom, a druga połowa Jugosłowianom – a na rok czy dwa stało się nawet niezależnym Wolnym Terytorium pod auspicjami Narodów Zjednoczonych. Niestety, zwaśnione strony w Radzie Bezpieczeństwa wetowały wzajemnie wszystkie propozycje, nie zdołano więc wyłonić powszechnie akceptowanego gubernatora i dlatego, pod wpływem zimnowojennych tarć, projekt Wolnego Terytorium ostatecznie zarzucono. W 1954 roku portowa część miasta wróciła do Włoch, podczas gdy otaczające ją tereny przyznano Jugosławii.

Niemal pół wieku później rozpadła się również Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii, i tak oto Triest wisi dziś na końcu swej włoskiej pępowiny, formalnie odcięty od dawnego zaplecza, niemający już nigdy powrócić do krótkich, wspaniałych czasów imperialnej świetności.

Dla mnie Triest stanowi alegorię czyśćca, choć rozumianego zupełnie świecko, jako pauza czy przerwa o nieokreślonej długości. Relacja z miastem obejmuje całe moje dorosłe życie, a jednak myśląc o nim – tak jak i myślę o życiu – czuję, że wciąż na coś czekam: na rychłe nadejście jakichś bliżej nieokreślonych, choć niewątpliwie istotnych wydarzeń. Ulice Triestu są dziś równie zatłoczone, co w dowolnym innym dwustupięćdziesięciotysięcznym europejskim mieście, mnie wydają się jednak na wpół opustoszałe nawet w chwilach największego tłoku, a przebywając tam, choćby i wśród przyjaciół, zawsze mam wrażenie, że jestem całkiem sama. Miasto należy do Włoch od niemal pół wieku, stało się stolicą zarówno prowincji noszącej jego nazwę, jak i znacznie większego regionu Friuli-Wenecja Julijska, ale dla mnie pozostaje enklawą sui generis, gdzie mieszają się Słowianie, Germanie i Łacinnicy, zaś artyści, odszczepieńcy, buntownicy, wygnańcy i uchodźcy mogą znaleźć schronienie, a może nawet szczęście. Tak jak Waring, salonowy bywalec z poematu Browninga, który, zmęczony światem, uciekł z Londynu, a ostatnio widziany był na triesteńskiej łodzi handlowej, w towarzystwie roześmianego młodego obdartusa, gdy usiłował sprzedać wino i tytoń marynarzom z mijającego go angielskiego brygu. Moja natura outsiderki sprawia, że ja również wpisuję się w ideę tego na poły prawdziwego, na poły wyśnionego portu. Dlatego też, skoro po wielu latach nareszcie piszę książkę o Trieście (moją ostatnią), musi ona okazać się wypadkową miejskiego impresjonizmu oraz głębokiej introspekcji… albo zwykłego łakomstwa.

„Ach trieście – pisał James Joyce – trieście żalcia przeżuły me księgi!”[3], a zawarty w słowach pisarza podprogowy przekaz łączący cielesność, surrealizm, samotność, hipochondrię, samolubstwo i tkliwość w przybliżeniu odpowiada moim własnym odczuciom.

[1] F. Chateaubriand, Podróż z Paryża do Jerozolimy, tłum. F. S. Dmochowski, Warszawa 1853, s. 10.

[2] Por. A. Pope, Heloiza do Abelarda, w: tegoż, Wybór poezyi, tłum. L. Kamiński, Warszawa 1822, s. 111.

[3] J. Joyce, Finneganów tren, tłum. K. Bartnicki, Kraków 2012, s. 301.

1Miasto u stóp wzgórza

Jeśli ktoś zdoła dotrzeć do Triestu samochodem, pokonawszy wcześniej Kras, musi uznać miasto za niewymagające żadnych dodatkowych wyjaśnień. Droga prowadzi przez granicę Słowenii do miejscowości Opicina, gdzie płaskowyż niespodziewanie załamuje się, by opaść w stronę morza stokami porośniętymi przez sosny. Właśnie tu stoi wysoki obelisk, wyznaczający miejski początek. Wzniesiono go w 1830 roku, aby upamiętnić ukończenie budowy pierwszej prowadzącej przez Kras autostrady z prawdziwego zdarzenia, łączącej Wiedeń z jego portem na Adriatyku. Teraz monument jest zapomniany i zaniedbany, otoczony przez tereny podmiejskie, ale kiedy został zbudowany, obwieszczał podróżnikom, że ich pielgrzymka przez jałowe ziemie dobiegła końca, oto bowiem mają przed sobą azyl imperialnego porządku: nowoczesną śródziemnomorską placówkę Habsburgów. Gdy młody austriacki arcyksiążę Maksymilian przejeżdżał tędy w 1850 roku, płaskowyż uznał za przeklętą pustynię, ale gdy tylko zobaczył z oddali obelisk, symbol nadziei, natychmiast kazał woźnicy przyspieszyć.

Uważam, że nadzieja jest esencją miejskości. Gdy podróżuję po jakimś kraju i widzę w oddali miasto, również niezmiennie przyspieszam. Im bardziej jest odosobnione, tym więcej wzbudza nadziei, spektakularnie kontrastuje bowiem z otaczającym je światem wiejskiej sielanki. Do niedawna rytm życia na wsi był regularny i przewidywalny, napędzany przez zmiany pór roku i pradawne potrzeby rolnictwa: żniwa zaczynano i kończono, jagnięta przychodziły na świat i były zarzynane, zbierano zasadzone plony, krowy zacielano, a trawę koszono na siano – cykl trwał dzień po dniu, rok za rokiem, celebrowany z sumienną starannością. Gdy wszystko szło zgodnie z planem, nie było niespodzianek. Nawet nadejście kiszonek oraz sztucznych nawozów czy perspektywa modyfikacji genetycznych nie wyzwoliły wiejskiego życia z okowów odwiecznej rutyny. Zima czy lato, słońce czy deszcz, mój sąsiad Alwyn Parry każdego dnia wsiada do pikapa o szóstej rano i jedzie naszą uliczką, aby przygotować krowy do dojenia.

A w mieście? O, tam sytuacja zmienia się z godziny na godzinę, tak jak sami mieszkańcy. Miasto pęka w szwach od idei i samochodów, wypełnione wirem nowości i ciągłych zaskoczeń. Któż mógłby nudzić się w mieście? Jeśli zmęczy cię to, co robisz, zawsze możesz spróbować czegoś innego, zmienić pracę, odwiedzić inną restaurację. Postępy ludzkości dokonywały się głównie w miastach. Gdy rolnik orał to samo pole, nadzorowany przez pana i księdza, by ostatecznie ustąpić miejsca synom i wnukom, miastowi opracowywali nowe sposoby życia, ubierania się, myślenia, jedzenia czy wyznawania wiary. „Gdybym miał dużo pieniędzy!”, jak mówi poeta:

Gdybym miał dużo pieniędzy, dość, by ich zaoszczędzić,

To jakiś dom na rynku kupiłbym w pierwszym rzędzie.

Ach, to życie, to życie, jakie tam w oknie się pędzi![1]

Zgadzam się z nim, mimo że przez całe życie mieszkałam na wsi. A choć w naszych czasach urbanizacja zaczęła wypierać wiejską sielankę, różnica między terenami wiejskimi i miejskimi pozostaje wystarczająca, abym pospieszała mojego forysia na widok położonych u stóp płaskowyżu zabudowań.

Nierzeczywiste, hipochondryczne, podprogowe? A skąd! Pierwsze spojrzenie, które rzucamy miastu, stojąc wysoko nad nim, na grani, tuż obok obelisku w Opicinie, przynosi nam tyle samo ukojenia, co w czasach Maksymiliana I. Rozciąga się pod nami miasto otwarte i łagodne, nienagannie zorganizowane. Przy dobrej pogodzie jak na dłoni widać przemiany, które przechodziło w swej długiej historii. Triest położony jest nad dwoma zatokami: północną Triesteńską i południową w Muggii. Rozdziela je cypel – czy raczej Cypel od wielkiej litery, jak nazywali go miejscowi. Wybrzeże ciągnie się z jednej strony ku chorwackiej miejscowości Split, a z drugiej w stronę włoskiej Wenecji. Na południu błękitnieje górzysty krajobraz półwyspu Istria, a na północy i wschodzie ciągną się płaskie tereny regionu Friuli-Wenecja Julijska. Oszałamiający widok często przesłaniają zimowe deszcze i mgły lub rozedrgany żar letnich upałów, czasem jednak powietrze staje się niemal nienaturalnie klarowne i widać nawet blask słońca odbity od złotawych kopuł Bazyliki Świętego Marka w Wenecji, położonej za wodą, sto trzydzieści kilometrów dalej.

Na niewielkim wzgórzu pod nami, nad północną zatoką wciąż stoi pierwotna otoczona murem osada dobrze znana Ilirom, Rzymianom i Wenecjanom. W jej najwyższym punkcie położone są katedra oraz cytadela, dalej widzimy zaś rzymski amfiteatr i typową plątaninę średniowiecznych uliczek, sięgającą aż do nabrzeża. Wszystko to składa się na obraz niewielkiego ufortyfikowanego portu, wyrosłego z rzymskiego Tergestu, który mógł niegdyś przypominać mniejszą wersję Dubrownika. Dziś triesteńskie Stare Miasto – częściowo stłamszone przez współczesne budownictwo, częściowo porzucone i zaniedbane, a częściowo upiększone i odnowione – straciło większość swojego starożytnego majestatu, jednakże obok i wokół niego ciągnie się – i góruje nad nim – zupełnie inne miasto: to, które Habsburgowie uczynili naczelnym portem swojego imperium.

Widok tego drugiego Triestu, w owych czasach błyszczącego nowością, musiał uradować Maksymiliana obietnicą białych obrusów i porządnych łóżek. Imperializm ma swoje plusy. Brytyjczycy podróżujący w tamtych czasach do Indii radowali się tak samo, gdy ich pociągi wjeżdżały nareszcie do Bombaju czy Lahauru, zostawiając za sobą bezkresne równiny tego kraju. „Do zobaczenia w klubie!”, wołali uspokojeni, rozchodząc się do luksusowych taksówek, Maksymilian zaś, kiedy napatrzył się już na miasto, stojąc u podnóża Obelisku (miejscowi nadal piszą to słowo od wielkiej litery), i pobiegł z powrotem do powozu, aby strząsnąć z butów liście, był chyba podobnie podekscytowany. Habsburski Triest, zbudowany w XVIII i XIX wieku w samym środku dzikich pustkowi, wypełniały bowiem wspaniałe udogodnienia. Jego układ przestrzenny był logiczny, budynki duże, ulice przestronne, a w powietrzu czuło się nastrój samozadowolenia. Oto było miasto na wskroś kupieckie, port stworzony w bardzo konkretnym celu. Nie dla niego polityka, uroda i rozrywki tak wówczas zajmujące Sankt Petersburg, Kalkutę czy Bath. Znakiem rozpoznawczym Triestu były zaradność i ciężka praca, jego projektanci wiedzieli jednak, że wygoda i komfort przekładają się na wzrost zysków. Zagospodarowali tę przestrzeń tak, aby powstał nowoczesny, funkcjonalny miejski mechanizm.

Dziś zarówno stary, jak i nowy Triest uprzemysłowiono i oszpecono nijakimi przedmieściami rodem z zeszłego stulecia, wystarczy jednak odrobina wyobraźni, by ze wzgórz Opaciny dostrzec ich pierwotną relację: związek oparty na zasadach imperialnych, w ramach którego jedna część osady podlegała drugiej. Pierwsza wciąż trwa skulona u podnóża zamku, otoczona resztkami muru, a druga z pewnością siebie patrzy w morze, wysuwając swe keje i mola na całej długości nabrzeża, ozdobiona ogromnym placem z widokiem na Adriatyk oraz latarnią morską wzniesioną na okalającym port falochronie. Podczas gdy w bałaganie średniowiecznego miasteczka można doszukać się pewnej delikatności, czy nawet wrażliwości, habsburskie miasto subtelne absolutnie nie jest, zna tylko niebezpodstawny samozachwyt. Od strony pierwszego niesie się muzyka madrygałów i lutni, a w drugim dudni umpa umpa. Współczesnych paraleli tego układu nie trzeba daleko szukać – starczy odwiedzić turystyczne wybrzeże Chorwacji, gdzie dumne, stare weneckie miasta wypełniono polami kempingowymi i hotelami z betonu. Również i ten kontrast wydałby się znajomy oficerom z Indii Brytyjskich: splątane uliczki średniowiecznego Triestu wyglądają przy symetrii austriackiego miasta jak hinduski bazar przy schludnych, błyszczących nowością kwaterach brytyjskich władz.

A jednak czas i położenie uczyniły te dwie części Triestu jednością (tak jak nieraz łączyły bazary z koszarami, a kempingi z kampanilami). Na początku XXI wieku Triest wyróżnia się na tle innych europejskich miast niewielką liczbą nowoczesnych budynków. Nie ucierpiał przesadnie podczas wojen, wysokie zabudowania należą tu więc do rzadkości – miejscowe przewodniki określają sześciopiętrowe budynki mianem grattacieli, wieżowców. Jeśli ostrożnie ominąć wzrokiem część panoramy, patrząc na centrum miasta, wciąż można dostrzec to samo, co kiedyś widział Maksymilian, choć za jego czasów północną Zatokę Triesteńską wypełniały maszty i olinowania – stały w niej przycumowane do licznych pirsów statki. Parowce kursowały tam i z powrotem, a po brukowanym nabrzeżu terkotały karawany wozów. „Wszędzie ruch i ożywienie”, stwierdził Maksymilian. Gdy do portu wpływał statek marynarki imperialnej, witała go salwa honorowa zamkowych armat, której echa sięgały aż do Obelisku.

Dziś zatoka mniej rzuca się w oczy. Nieco dalej wyrósł nowy port, skupiony wokół cypla zatoki w Muggii, gdzie widzimy teraz tankowce i kontenerowce: cumują, wpływają bądź wypływają na szerokie morze, podczas gdy położone tuż pod naszymi stopami centralne nabrzeże Triestu – przez kilka pokoleń morska brama potężnego imperium – nie gości zazwyczaj nawet jednej łodzi.

Widok roztaczający się spod Obelisku jest bowiem złudzeniem, tak samo jak słoneczny odblask Wenecji. Habsburski Triest był tak istotny, jak wygląda, gdy spojrzeć na niego ze wzgórza, tylko przez jeden krótki wiek, gdy stał się niezbędnym portem, wybranym i rozwijanym, aby zaspokajać potrzeby imperium. Portowe miasta są jednak zdane na łaskę i niełaskę historii o wiele bardziej niż inne. Na świecie pełno jest starych przystani, niegdyś słynnych, obecnie porzuconych i zubożałych. Czasem upadają tylko dlatego, że współczesne statki wymagają głębszych doków czy nowszej infrastruktury, czasami jednak ze względu na zmianę okoliczności, która pozbawia je sensu istnienia. Długo można by wyliczać energiczne nadmorskie dzielnice, wysterylizowane lub zmutowane za pomocą płyt chodnikowych i ozdobnych latarni; ich magazyny przerobiono na modne apartamenty oraz sklepy z pamiątkami, z których bije kwiatowy zapach, a suche doki zasypano, żeby zrobić miejsce na biurowce. Manhattańskie keje, przy których niegdyś cumowały piękne klipery, obecnie stanowią część muzeum morskiego. Doki w Londynie, gdzie rozładowywano jutę i przyprawy ze statków typu Eastindiaman, zmieniono w ponure, ale niezwykle modne miasteczko korporacyjne Docklands. Bristol i Liverpool, niegdyś centra atlantyckiego handlu, ostatecznie okazały się leżeć po niewłaściwej stronie Wielkiej Brytanii, z dala od rynków kontynentalnej Europy. Nawet Hongkong może któregoś dnia pożałować, że nie założono go jednak w głębi lądu. Niemal wszędzie chaos portowego życia – mieszanka silnych woni, hałasów i kolorów – zniknął z centrów miast, a zatem i z ludzkiej pamięci.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

[1] R. Browning, W willi na górze – w mieście na dole, tłum. L. Marjańska, w: Poeci języka angielskiego,t. II, oprac. H. Krzeszkowski i in., Warszawa 1971, s. 504.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I