To się da! - Anna Sakowicz - ebook + audiobook + książka

To się da! ebook i audiobook

Anna Sakowicz

4,3

Opis

Joanna w trakcie rocznego urlopu dla poratowania zdrowia mieszka na Kociewiu i opiekuje się ciocią Zofią, energiczną starszą panią. Nowe miejsce staje się szansą na pozytywne życiowe zmiany. Wraz z córką Lusią wikła się w historię z przeszłości i próbuje odnaleźć tajemniczego Henryka z młodości cioci Zosi. Nastolatka wierzy, że miłość może przetrwać kilkadziesiąt lat. Czy faktycznie jest to możliwe?
Autorka stawia główną bohaterkę przed ważnymi decyzjami życiowymi. Każe jej wybierać pomiędzy stabilizacją zawodową a namiętnością, utartymi schematami a porywami serca. Ponadto zmusza ją do walki o nadzieję dla chorej na białaczkę Szpilki.
To się da! jest powieścią napisaną z dużym poczuciem humoru. Anna Sakowicz rozśmiesza, wzrusza, ale i pobudza do refleksji, dając Czytelnikowi sporą dawkę pozytywnej energii. Książka jest kontynuacją Złodziejki marzeń, jednak można ją czytać bez znajomości pierwszego tomu. Trzeci tom kociewskiej opowieści ukaże się w 2017 roku.
O tej książce pisze Magdalena Kordel:
Niesamowita opowieść o tym, że cuda się zdarzają. Szczególnie, jeżeli wierzy się, że to się da. Wystarczy tylko dostatecznie mocno pragnąć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 25 min

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
4,3 (7 ocen)
5
1
0
0
1

Popularność




Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Zdję­cia na okładce

© mtlap­ce­vic/fo­to­lia.pl

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bo­że­na Si­gi­smund

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest w tej książ­ce nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2016

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­[email protected]­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2016

tekst © Co­py­ri­ght by Anna Sa­ko­wicz

ISBN 978-83-64312-91-5

Mo­jej cór­ce Emi­lii, bez któ­rej wie­le rze­czy nie mia­ło­by sen­su

Rozdział 1

Moje buty na­sią­ka­ły wodą z brei, któ­ra jesz­cze wczo­raj była pięk­nym bia­łym pu­chem. Na usta ci­snę­ły mi się naj­bar­dziej siar­czy­ste prze­kleń­stwa, ja­kie kie­dy­kol­wiek uda­ło mi się usły­szeć. Jak to się dzie­je, że kie­dy czło­wiek wy­cho­dzi z domu, na dwo­rze jest trza­ska­ją­cy mróz ab­so­lut­nie nie­za­po­wia­da­ją­cy roz­to­pów, a kie­dy tyl­ko wsia­da do au­to­bu­su, oka­zu­je się, że z każ­dym prze­je­cha­nym ki­lo­me­trem tem­pe­ra­tu­ra zło­śli­wie ro­śnie, a pięk­ny bia­ły pej­zaż za oknem przy­bie­ra co­raz roz­pacz­liw­szy wy­gląd?

Przed wyj­ściem przez kil­ka mi­nut się za­sta­na­wia­łam, ja­kie wło­żyć buty. Jest już ma­rzec, więc po­win­na przyjść wio­sna. Ale nie! Zima so­bie o nas przy­po­mnia­ła i pró­bu­je nad­ro­bić śnież­ne za­le­gło­ści. Na spo­tka­nie w spra­wie pra­cy jed­nak nie wy­pa­da­ło pójść w wa­lon­kach, więc sta­nę­ło na pięk­nych à la za­mszo­wych ko­zacz­kach za kost­kę. I że mnie od razu coś nie pal­nę­ło w tę głu­pią roz­czo­chra­ną łe­pe­ty­nę! Te­raz bro­dzi­łam w roz­to­pio­nej brei wła­śnie po kost­ki. Czu­łam, że woda nie tyl­ko wsią­ka w eko­lo­gicz­ną skó­rę im­pre­gno­wa­ną jak na­le­ży, lecz tak­że co nie­co wle­wa się górą. Pięk­nie! Nie dość, że ostat­nio los cią­gle wy­pra­wiał mi ja­kieś świń­stwa, to jesz­cze to.

Na spo­tka­nie umó­wio­na by­łam na je­de­na­stą. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Było za pięt­na­ście. Do­kład­nie nie wie­dzia­łam, gdzie znaj­du­je się szko­ła, któ­rej dy­rek­tor­ka za­pro­si­ła mnie na roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną. Szłam we­dług wska­zó­wek udzie­lo­nych mi przez Ar­tu­ra. We­dług roz­pi­ski, któ­rą wci­snął mi w dłoń wczo­raj wie­czo­rem, na­le­ża­ło jesz­cze skrę­cić w pra­wo, po­tem w lewo, kil­ka me­trów iść pro­sto i już. Po­win­nam więc zdą­żyć.

Spraw­dzi­łam, czy wzię­łam tecz­kę z do­ku­men­ta­mi, bo w na­tło­ku ostat­nich zda­rzeń wszyst­ko mo­gło się zda­rzyć. Moje my­śli cią­gle krą­ży­ły wo­kół te­ma­tu po­grze­bu. To już po­ju­trze. Nie wiem, jak to udźwi­gnę. Na­praw­dę nie wiem. Do tego ta nie­szczę­sna roz­mo­wa. Kie­dy dy­rek­tor­ka spoj­rzy w moje pod­krą­żo­ne oczy i na bla­dą gębę, uciek­nie z krzy­kiem i jesz­cze kru­cy­fik­sem mnie prze­że­gna. Nie mo­głam jed­nak od­mó­wić. Blu­bluś za­ła­twił mi tę roz­mo­wę kil­ka ty­go­dni wcze­śniej. Prze­cież nie mógł prze­wi­dzieć, że spra­wy się tak po­to­czą, a nie­ste­ty żyć trze­ba. Ja­koś trze­ba.

Łzy po­now­nie na­pły­nę­ły mi do oczu na myśl o po­grze­bie. Zro­bi­łam kil­ka głę­bo­kich wde­chów i wy­de­chów. Za­wsze wie­dzia­łam, że z po­wie­trzem żyje się ła­twiej i te­raz też się to spraw­dza­ło. Skrę­ci­łam w pra­wo, za chwi­lę w lewo i fak­tycz­nie przede mną w od­da­li po­ja­wił się oka­za­ły bu­dy­nek z czer­wo­nej ce­gły. To mo­gła być szko­ła. A moje sto­py już tak prze­mo­kły, że za chwi­lę z pew­no­ścią za­cznę szczę­kać zę­ba­mi. Sta­nę się cie­ka­wym obiek­tem ob­ser­wa­cji dla dy­rek­tor­ki.

Aku­rat trwa­ła lek­cja, więc spo­koj­nie mo­głam przejść ko­ry­ta­rzem. Ścia­ny po­ma­lo­wa­ne na pi­sta­cjo­wo da­wa­ły po­czu­cie spo­ko­ju, gdzie­nie­gdzie tyl­ko dum­nie pre­zen­to­wa­ły się ga­blo­ty z pu­cha­ra­mi. Pod­ło­ga daw­no temu zo­sta­ła wy­ło­żo­na gu­mo­leum nie­udol­nie uda­ją­cym par­kiet. Obej­rza­łam się tyl­ko za sie­bie, by zo­ba­czyć, ja­kie po­zo­sta­wiam na niej śla­dy. Na ich wi­dok uśmiech­nę­łam się lek­ko, bo wy­glą­da­ło, jak­bym wła­śnie wy­szła w bu­tach spod prysz­ni­ca. Woź­na mnie za chwi­lę prze­go­ni szma­tą.

Ga­bi­net dy­rek­tor­ki od­na­la­złam bez tru­du. Po pro­stu od­kąd prze­kro­czy­łam próg szko­ły, szłam ko­ry­ta­rzem przed sie­bie. Toż wia­do­ma spra­wa, że je­że­li wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzą do Rzy­mu, to w szko­le wszyst­kie ko­ry­ta­rze wio­dą do dy­rek­cji.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­łam od razu po wej­ściu do se­kre­ta­ria­tu. Przed­sta­wi­łam się i au­to­ma­tycz­nie zo­sta­łam po­pro­szo­na do ga­bi­ne­tu. Za­wa­ha­łam się przed zro­bie­niem kro­ku na pięk­ną czer­wo­ną wy­kła­dzi­nę, bo że śla­dy zro­bię, to pew­ne. Ale może to czer­wo­ne cudo wchło­nie tro­chę wody z mo­ich stóp? Coś za­chi­cho­ta­ło w mo­jej roz­czo­chra­nej łe­pe­ty­nie, a na twa­rzy po­ja­wił się lek­ki uśmiech.

Dy­rek­tor­ka przy­wi­ta­ła się ofi­cjal­nie, zgod­nie z pia­sto­wa­nym sta­no­wi­skiem. Wska­za­ła mi miej­sce po dru­giej stro­nie biur­ka i – już zu­peł­nie nie­urzę­do­wo – za­czę­ła wy­gła­szać pe­any na cześć Pio­tra. Jak­by chó­ry aniel­skie za­wy­ły nad jego gło­wą.

– Pani dy­rek­tor – prze­rwa­łam jej, bo tak to moż­na by w nie­skoń­czo­ność, a mnie się spie­szy­ło na po­wrot­ny po­ciąg. – Mam tu­taj CV i po­da­nie. – Wy­ję­łam od­po­wied­nie do­ku­men­ty.

– No, no. – Cmok­nę­ła. – Pięk­ne CV, na­praw­dę pięk­ne. – I wte­dy za­uwa­ży­łam, jak coś drgnę­ło w jej po­licz­ku. Ja­kiś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny mię­sień, któ­ry na se­kun­dę zmie­nił wy­raz jej twa­rzy. – I co? – kon­ty­nu­owa­ła. – Chcia­ła­by pani prze­nieść się do Tcze­wa?

– Tak – od­po­wie­dzia­łam zde­cy­do­wa­nie, choć w głę­bi du­szy nie wie­dzia­łam, cze­go chcę. Przez całe swo­je czter­dzie­sto­let­nie ży­cie miesz­ka­łam w Za­chod­nio­po­mor­skiem.

Obec­nie mia­łam tam na­wet do­brą pra­cę w tech­ni­kum, ale pod­ku­si­ło mnie, żeby wziąć urlop dla po­ra­to­wa­nia zdro­wia, któ­ry nie­mal­że od razu moja ko­cha­na ma­mu­sia za­pla­no­wa­ła w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, łącz­nie ze zna­le­zie­niem kan­dy­da­ta do ręki swo­jej je­dy­nacz­ki. Przy­je­cha­łam więc ra­zem z na­sto­let­nią cór­ką na Ko­cie­wie za­opie­ko­wać się sta­rą, scho­ro­wa­ną i sa­mot­ną cio­cią Zo­sią, któ­ra, jak się oka­za­ło, do­sko­na­le ra­dzi­ła so­bie bez czy­jej­kol­wiek po­mo­cy. W do­dat­ku pod­stęp ma­muś­ki szyb­ko wy­szedł na jaw, gdyż chcia­ła mnie ze­swa­tać z sy­nem są­siad­ki – Pio­trem – na­zy­wa­nym przez cio­cię po ko­ciew­sku blu­blu­siem. W każ­dym in­nym miej­scu w Pol­sce sta­ra ciot­ka na­zwa­ła­by ta­kie­go fir­cy­kiem. Na szczę­ście nasz Blu­bluś oka­zał się ge­jem zwią­za­nym z prze­sym­pa­tycz­nym sprze­daw­cą sa­mo­cho­dów – Se­ba­stia­nem.

Przy oka­zji re­ali­za­cji pla­nów po­zna­łam owdo­wia­łe­go chi­rur­ga. Ser­ce za­bi­ło mi moc­niej i te­raz roz­po­czę­ły się po­szu­ki­wa­nia pra­cy i roz­my­śla­nia nad tym, czy zo­stać na Ko­cie­wiu, czy może wra­cać w ro­dzin­ne stro­ny. A naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że ser­ce mówi jed­no, a ro­zum dru­gie. Od­zy­wa­ła się we mnie ko­bie­ta peł­ną gębą – nie wie­dzia­ła, cze­go chce od ży­cia, a w do­dat­ku przy­po­mnia­ły o so­bie de­mo­ny prze­szło­ści, któ­re nie po­zwa­la­ły pa­trzeć opty­mi­stycz­nie na to, co się mia­ło wy­da­rzyć. Ar­tur na­le­gał, aby po za­koń­cze­niu rocz­ne­go urlo­pu zo­stać w Sta­ro­gar­dzie, ale ja po­sta­wi­łam kon­kret­ny wa­ru­nek: bez pra­cy się nie prze­no­szę. Na pew­no nie będę na utrzy­ma­niu męż­czy­zny, bo zdą­ży­łam się już prze­ko­nać, że ró­żo­we oku­la­ry w każ­dej chwi­li mogą spaść z nosa, a wte­dy ksią­żę sta­nie się po­twor­ną ro­pu­chą. Ko­bie­ta musi być nie­za­leż­na, przy­go­to­wa­na na naj­czar­niej­szy sce­na­riusz! Na­wet je­że­li męż­czy­zna wy­da­je się naj­cu­dow­niej­szy na świe­cie. W Sta­ro­gar­dzie pra­cy w szko­łach nie było, więc szu­ka­łam w oko­li­cy. Może się uda. A je­śli nie, to wra­cam do sie­bie. Przy­zna­ję jed­nak, że od razu na myśl o po­wro­cie lek­ko ści­ska­ło mnie w doł­ku. Bo do cze­go tam wra­cać? Do pra­cy i pu­ste­go miesz­ka­nia? Luś­ka już za­po­wie­dzia­ła, że prze­pro­wa­dza się do in­ter­na­tu i ni­g­dzie się stam­tąd nie ru­szy.

– Wie pani… Bę­dzie pro­blem, bo u nas jest peł­na ob­sa­da. Praw­do­po­dob­nie jed­na z na­uczy­cie­lek wy­bie­rze się na eme­ry­tu­rę, więc je­że­li się coś zwol­ni, to dam pani znać. – Uśmiech­nę­ła się. – Ze wzglę­du na pana Pio­tra – do­da­ła po chwi­li i jesz­cze raz za­czę­ła się wpa­try­wać w mój ży­cio­rys. – Ma pani też zro­bio­ne stu­dia za­rzą­dza­nia…

A mam cię! Tu cię boli. Tak po­dej­rze­wa­łam. Mo­głam tego jed­nak nie wpi­sy­wać, bo to dla nie­któ­rych dy­rek­to­rów ja­sny ko­mu­ni­kat: kon­ku­ren­cja.

– I do­rad­cą me­to­dycz­nym pani była…

– Tak – od­po­wie­dzia­łam zde­cy­do­wa­nie i spoj­rza­łam jej w oczy. – Je­stem bar­dzo do­brym na­uczy­cie­lem. I wła­śnie tyl­ko na­uczy­cie­lem chcia­ła­bym po­zo­stać – stwier­dzi­łam do­bit­nie, ak­cen­tu­jąc sło­wo „tyl­ko”, może na­wet wy­raź­niej niż za­mie­rza­łam.

– Do­brze. – Odło­ży­ła moje do­ku­men­ty na bok. – Bę­dzie­my mieć pa­nią na uwa­dze. Dzię­ku­ję, że ze­chcia­ła pani przy­je­chać, w do­dat­ku w tak smut­nych oko­licz­no­ściach. Piotr opo­wia­dał, co się sta­ło. Ale sama pani ro­zu­mie, bar­dzo chcia­łam pa­nią po­znać. Ku­pi­łam od Pio­tra pani baj­kę i przy­zna­ję, że je­stem pod wra­że­niem. – Po­ki­wa­ła gło­wą z uzna­niem.

– Dzię­ku­ję – prze­rwa­łam jej, bo nie mia­łam ocho­ty słu­chać tego, co ma mi do po­wie­dze­nia. Nie wiem, po co mnie tu­taj ścią­ga­ła. Wy­star­czy­ło wy­słać mej­lem ży­cio­rys i po­da­nie, za­miast się tłuc za­pcha­nym au­to­bu­sem, by mo­gła na mnie po­pa­trzeć. – W ta­kim ra­zie będę cze­kać na wia­do­mość. Kie­dy mogę się spo­dzie­wać?

– My­ślę, że do koń­ca czerw­ca naj­póź­niej po­win­ni­śmy wie­dzieć, czy bę­dzie u nas wa­kat.

– Do­brze. Dzię­ku­ję, że zna­la­zła pani dla mnie czas – od­par­łam, choć mia­łam ocho­tę jej przy­wa­lić.

Wsta­łam i po­de­szłam do drzwi. Ku mo­je­mu prze­ra­że­niu usły­sza­łam dziw­ny dźwięk. Wy­do­by­wał się z bu­tów. Od­ru­cho­wo spoj­rza­łam w ich kie­run­ku. Dy­rek­tor­ka zro­bi­ła to samo. Ką­tem oka wi­dzia­łam, jak otwo­rzy­ła usta z wra­że­nia. Tro­chę zmo­czy­łam jej pu­szy­stą wy­kła­dzi­nę. A moje à la za­mszo­we bot­ki ro­bi­ły plask-plask i ni­czym gąb­ka przy każ­dym zgię­ciu sto­py od­da­wa­ły wodę. W do­dat­ku z bą­bel­ka­mi!

Do­czła­pa­łam do drzwi i dość szyb­ko zna­la­złam się przed szko­łą. Nie­ste­ty po­go­da się nie zmie­ni­ła. Po­śnie­go­we bło­to za­le­ga­ło wszę­dzie. Gdzie­nie­gdzie uwi­ja­li się lu­dzie z szu­fla­mi, ale wy­glą­da­ło to na sy­zy­fo­wą pra­cę. Za­nim to od­gar­ną, będę w domu pod cie­płym ko­cy­kiem, roz­ma­rzy­łam się.

Dwo­rzec w Tcze­wie od­na­la­złam bez tru­du, choć by­łam tu­taj wcze­śniej tyl­ko raz w ży­ciu, kie­dy od­bie­ra­łam swo­je przy­ja­ciół­ki: Olgę i Be­atę. Mach­nę­łam kil­ka fo­tek te­le­fo­nem czar­no-bia­łej lo­ko­mo­ty­wie. Kie­dyś ko­cha­łam Re­pu­bli­kę, więc swe­et fo­cia z ma­szy­ną przy­po­mi­na­ją­cą ko­lo­ry­stycz­nie ze­brę lub przej­ście dla pie­szych, była wręcz obo­wiąz­ko­wa, tym bar­dziej że nie wia­do­mo, czy tu jesz­cze kie­dyś wró­cę. Co praw­da, moja fa­cja­ta za­ję­ła pra­wie cały ekran te­le­fo­nu i że w tle jest lo­ko­mo­ty­wa, moż­na było się tyl­ko do­my­ślać, ale po­zo­sta­łe zdję­cia sta­no­wi­ły do­wód na to, gdzie by­łam.

Na dwor­cu ku­pi­łam ku­bek go­rą­cej kawy. Do od­jaz­du po­cią­gu zo­sta­ło za­le­d­wie pięć mi­nut, a ja z otwar­tą gębą po raz dru­gi po­dzi­wia­łam od­no­wio­ne pe­ro­ny. Z hali dwor­co­wej moż­na się było do­stać na nie tu­ne­lem nad to­ra­mi. Wszyst­ko świe­że, pach­ną­ce far­bą. Do­pie­ro te­raz zro­zu­mia­łam, dla­cze­go sta­ro­gar­dzia­nie tak bar­dzo za­zdrosz­czą dwor­ca tcze­wia­nom. Był pięk­ny i no­wo­cze­sny. Co praw­da tego w Sta­ro­gar­dzie jesz­cze nie wi­dzia­łam, ale mo­głam się je­dy­nie do­my­ślać, że nie do­ra­sta są­sia­do­wi do pięt.

Kie­dy wsia­dłam do po­cią­gu, od razu wpa­dłam na ge­nial­ny po­mysł, by ścią­gnąć buty. Wy­ży­mać się ich nie dało, ale może przez te kil­ka­dzie­siąt mi­nut obe­schną lek­ko, a sto­py mi się roz­grze­ją i zmie­nią ko­lor z si­no­fio­le­to­we­go na ró­żo­wy. Na szczę­ście obok mnie nikt nie sie­dział, więc zdję­łam moje, po­żal się Boże, pra­wie za­mszo­we bot­ki. Skar­pe­ty wy­glą­da­ły, jak­bym w nich prze­bie­gła pie­kło tam i z po­wro­tem, a na ko­niec wsko­czy­ła do ja­kiejś sa­dzaw­ki. Naj­lep­szym roz­wią­za­niem by­ło­by je cał­ko­wi­cie ścią­gnąć. Tak też zro­bi­łam. Wy­ci­snę­łam je nad śmiet­nicz­ką i wrzu­ci­łam do wo­recz­ka, któ­ry szczę­śli­wie zna­lazł się w moim tor­bisz­czu. Nie wiem dla­cze­go od razu ich nie wy­rzu­ci­łam, bo ra­czej mar­ne szan­se, żeby się do­pra­ły. Nie­ste­ty, eko­lo­gicz­ny za­msz pu­ścił far­bę. Po­grze­ba­łam jesz­cze w to­reb­ce. Grzeb­nę­łam cał­kiem głę­bo­ko. Ha! Zna­la­złam dwie stop­ki, któ­re no­si­łam na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by ja­kieś cud-buty wpa­dły mi w oko i trze­ba było je mie­rzyć. Prze­cież nie będę wkła­dać ich w skle­pie na gru­bą zi­mo­wą skar­pe­tę. Ko­bie­ta musi być przy­go­to­wa­na na wszel­kie moż­li­wo­ści za­ku­po­we.

Wy­tar­łam chu­s­tecz­ka­mi hi­gie­nicz­ny­mi sto­pyàla roz­kła­da­ją­cy się trup. Da­łam im dwie mi­nut­ki po­od­dy­chać „świe­żym” po­cią­go­wym po­wie­trzem. Po­trzy­ma­łam je bli­sko go­rą­ce­go grzej­ni­ka i kie­dy miłe cie­pło ro­ze­szło mi się po cie­le, na­ło­ży­łam ele­ganc­kie stop­ki. By­łam za­do­wo­lo­na z sie­bie, że po­ra­dzi­łam so­bie pra­wie jak Mac­Gy­ver. Nie li­czy­łam na cud, że w cią­gu dwu­dzie­stu mi­nut wy­schną mi buty, ale przy­naj­mniej przez chwi­lę się ogrza­łam, a pod­czas cho­dze­nia bot­ki może nie będą wy­pusz­czać z sie­bie ba­niek.

Spo­glą­da­łam przez szy­bę na mi­ja­ne drze­wa i domy, z uwa­gą ob­ser­wo­wa­łam, czy zbli­ża się Sta­ro­gard. Oko­li­ca była mi zu­peł­nie obca, więc trud­no roz­po­znać, jak jesz­cze da­le­ko. Kon­tro­lo­wa­łam czas. We­dług roz­kła­du po­zo­sta­ło pięt­na­ście mi­nut.

Na jed­nej ze sta­cji wsia­dła star­sza ko­bie­ta i za­ję­ła miej­sce na­prze­ciw­ko mnie. Od razu spoj­rza­ła na moje pra­wie bose nogi. Kuse cie­niut­kie skar­pet­ki i brak bu­tów mo­gły być sy­gna­łem, że coś ze mną nie tak i na­le­ży się prze­siąść w dru­gi ko­niec wa­go­nu. Pani jed­nak oka­za­ła się twar­dziel­ką i nie ucie­kła.

– Prze­mo­kły? – spy­ta­ła, wska­zu­jąc na moje god­ne po­ża­ło­wa­nia buty.

– Tak. Sta­ram się je tro­chę pod­su­szyć. Skar­pe­ty mu­sia­łam ścią­gnąć, ale na szczę­ście mia­łam w to­reb­ce stop­ki – za­czę­łam się tłu­ma­czyć.

– Strasz­na ta dzi­siej­sza po­go­da. Z domu się nie chce wy­cho­dzić, ale jadę do cór­ki – kon­ty­nu­owa­ła. – Do Sta­ro­gar­du.

– Da­le­ko jesz­cze? Nie mamy cza­sem opóź­nie­nia? – spy­ta­łam, bo prze­cież wcze­śniej trze­ba bę­dzie wło­żyć buty. I po rzu­ce­niu tego py­ta­nia, aż chcia­ło mi się cmok­nąć – ni­czym osioł­ko­wi w po­pu­lar­nej kre­sków­ce – i kil­ka razy po­wtó­rzyć iry­tu­ją­ce py­ta­nie.

– Po­wiem pani, jak zo­sta­nie jed­na sta­cja, to zdą­ży się pani ubrać.

– Dzię­ku­ję, bo ja pierw­szy raz jadę po­cią­giem z Tcze­wa. Zresz­tą w Sta­ro­gar­dzie też je­stem nowa. Osiem mie­się­cy temu przy­je­cha­łam opie­ko­wać się cio­cią. Za sześć wró­cę do sie­bie – po­wie­dzia­łam i ja­koś tak dziw­nie coś ukłu­ło mnie w żo­łąd­ku. „Wró­cę do sie­bie” ni­czym echo od­bi­ło się w mo­ich sza­rych ko­mór­kach.

– Nie po­do­ba się pani tu­taj?

– Po­do­ba. Nie o to cho­dzi. Tam mam pra­cę, skoń­czy mi się rocz­ny urlop…

– Jo, a dzi­siaj o pra­cę nie jest ła­two i trze­ba ją sza­no­wać.

– Do­kład­nie.

– O, może pani już na­kła­dać buty, bo te­raz bę­dzie przy­sta­nek, a na­stęp­na sta­cja to już Sta­ro­gard. On na krót­ko za­trzy­mu­je się tu­taj.

Się­gnę­łam po buty, któ­re lek­ko się na­grza­ły przy grzej­ni­ku. Cią­gle były mo­kre, cięż­kie i nie­przy­jem­nie wcią­ga­ło się je na sto­py.

– Kur­czę – stęk­nę­łam, bo but sta­wiał zde­cy­do­wa­ny opór i za żad­ne skar­by świa­ta nie da­wał się na­su­nąć na sto­pę. – Nie mogę.

– Skur­czy­ły się?

– Nie wiem, ale nie mogę ich wcią­gnąć. – Moją twarz za­la­ła fala go­rą­ca. Ner­wo­wy­mi ru­cha­mi wci­ska­łam lewy but. I nic, za cho­le­rę nie da­wał się, dziad je­den, wło­żyć na sto­pę. Chwy­ci­łam ner­wo­wo pra­wy. Może ten się zli­tu­je. I da­waj, na­cią­gać go. Nic. Fuck! Fuck! Fuck! Po co ja ścią­ga­łam te cho­ler­ne buty?!

– Musi się pani po­spie­szyć, bo już się zbli­ża­my. – Star­sza pani mnie po­pę­dza­ła, a ja za nic w świe­cie nie mo­głam wło­żyć bu­tów.

Wy­glą­da­ły, jak­by były o nu­mer za małe. A niby taka eko­lo­gicz­na skór­ka, że wy­glą­da jak praw­dzi­wa, że do­bry pro­du­cent. Ile to się sprze­daw­czy­ni na­ga­da­ła. A tu? Dupa zim­na. Buty pod wpły­wem wil­go­ci i zim­na skur­czy­ły się i za żad­ne skar­by nie chcia­ły wró­cić do roz­mia­ru mo­jej sto­py. Na­rzu­ci­łam więc na sie­bie kurt­kę. Sta­rusz­ka sta­ła już w drzwiach i cią­gle mnie po­pę­dza­ła, a sta­cji prze­ga­pić nie mo­głam, bo to ozna­cza­ło­by więk­sze kło­po­ty, już nie tyl­ko z bu­ta­mi.

Trud­no. Wy­sią­dę i po­si­łu­ję się na pe­ro­nie lub w po­cze­kal­ni. Że ja nie po­je­cha­łam swo­im sa­mo­cho­dem! Chcia­łam bez­piecz­niej, bo za śli­sko było, bo po­łą­cze­nie do­bre. Dupa! Dupa! Dupa! A te­raz będę po­my­kać do domu na boso. O nie, prze­pra­szam, w raj­sto­po­wych stop­kach. W mar­cu. Po śnież­nej brei!

– To się pani kło­pot zro­bił – ubo­le­wa­ła nade mną star­sza pani, kie­dy już sta­łam na pe­ro­nie i prze­bie­ra­jąc no­ga­mi, pró­bo­wa­łam się zo­rien­to­wać, w któ­rym kie­run­ku po­win­nam pójść.

– Jest tu po­cze­kal­nia? – spy­ta­łam.

– Oj, wi­dać, że pani ni­g­dy nie była na tym dwor­cu. – Uśmiech­nę­ła się do mnie. – Niech pani nie stoi w miej­scu, tyl­ko bie­gnie po tak­sów­kę. Przed dwor­cem po­win­no się udać ja­kąś zła­pać. Albo le­piej niech pani za­dzwo­ni – do­da­ła. – Bo tu­taj to nie wia­do­mo, czy coś bę­dzie. – Szyb­ko po­grze­ba­ła w to­reb­ce i wy­cią­gnę­ła no­tes. Wy­rwa­ła z nie­go kart­kę i mi ją po­da­ła. – To jest nu­mer. Pro­szę wziąć.

– Ale tu ma pani też inne za­pi­ski – od­par­łam, spo­glą­da­jąc na nie­dba­le wy­rwa­ną kart­kę.

– To nic. Niech pani bie­gnie w ja­kieś cie­plej­sze miej­sce, bo mi zim­no, gdy pa­trzę na pa­nią. Za­pa­le­nie płuc bę­dzie jak w ban­ku!

– Dzię­ku­ję bar­dzo. – Ru­szy­łam przed sie­bie z bu­ta­mi w jed­nej dło­ni i kart­ką w dru­giej. Prze­bie­ra­łam no­ga­mi dość szyb­ko, bo pró­bo­wa­łam za­pew­nić im jak naj­krót­szy kon­takt ze śnie­go­wą bre­ją.

Wpa­dłam do hali dwor­co­wej. Jed­nak „hala” to chy­ba zbyt dum­nie za­brzmia­ło w od­nie­sie­niu do miej­sca, w któ­rym się wła­śnie zna­la­złam. Na szczę­ście lu­dzi było tu nie­wie­lu. Ja­kiś fa­cet z ko­bie­tą i dzie­ciak pa­łę­ta­ją­cy się z kąta w kąt. Chy­ba ich. Od razu oczy wszyst­kich zwró­ci­ły się na mnie. Wi­dok pew­nie mie­li nie­ziem­ski; zdy­sza­na, bosa baba, z bu­ta­mi pod pa­chą.

Przy­sia­dłam na ław­ce, by jesz­cze raz spró­bo­wać wci­snąć buty. Ale gdzie tam! Nie dało się. Pora się pod­dać. Za­dzwo­ni­łam pod nu­mer wy­pi­sa­ny na kart­ce. Po chwi­li zgło­si­ła się dys­po­zy­tor­ka i przy­ję­ła za­mó­wie­nie. Tak­sów­ka mia­ła pod­je­chać za trzy mi­nu­ty.

– Mamo, mamo! – krzy­czał dzie­ciak, po­ka­zu­jąc na mnie pa­lu­cha­mi. – Ta pani nie ma bu­tów!

– Chodź tu­taj. Nie­ład­nie tak po­ka­zy­wać – za­wo­ła­ła ko­bie­ta i po­de­szła do mal­ca, by go chwy­cić za dłoń. Pew­nie po­my­śla­ła, że ma do czy­nie­nia z wa­riat­ką, któ­ra ucie­kła ze szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Boso w mar­cu, po śnie­gu. Może na­wet ze skra­dzio­ny­mi bu­ta­mi, bo niby dla­cze­go nie da­dzą się wci­snąć na sto­py?

Od­cze­ka­łam dwie mi­nu­ty. I na boso chlap-chlap wy­szłam z dwor­ca. Na szczę­ście tak­sów­ka przy­je­cha­ła od razu. Wsia­dłam i ode­tchnę­łam, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Po­da­łam kie­row­cy ad­res.

– Ja­kiś wy­pa­dek? – spy­tał, spo­glą­da­jąc na mnie w lu­ster­ku.

– Tak – od­par­łam. – Buty mi się skur­czy­ły.

Uśmiech­nął się. Nie wy­glą­dał jed­nak na zdzi­wio­ne­go.

– Jo, bo to te­raz chiń­skie wszę­dzie. Nie wia­do­mo, z ja­kie­go ba­dzie­wia ro­bio­ne.

– Z eko­lo­gicz­ne­go za­mszu – burk­nę­łam, chy­ba sama do sie­bie.

– Ta? A jaki to za­msz eko­lo­gicz­ny? Buty, pani, mu­szą być po­rząd­ne, skó­rza­ne, a nie ta­kie chiń­skie ba­ra­chło. Kie­dyś to u nas była taka fa­bry­ka bu­tów. Co to szy­li na­praw­dę na cały świat. Po­rząd­ne, skó­rza­ne. A te­raz co? Nie opła­ca się. Chiń­czy­kom się opła­ca, a nam nie. Kto to wi­dział?

– To chy­ba nie są chiń­skie.

– Jo, na pew­no chiń­skie. Te­raz wszyst­ko chiń­skie. Mó­wię pani, że te Chiń­czy­ki to nas za­le­ją.

– O, to ten dom z tym ma­łym płot­kiem – po­wie­dzia­łam, prze­ry­wa­jąc kie­row­cy jego wy­wo­dy na te­mat Azja­tów.

– Dy­sz­ka się na­le­ży.

– Pro­szę. – Po­da­łam mu bank­not. – Pol­ski. W Pol­sce ro­bio­ny – do­da­łam za­do­wo­lo­na i z bu­ta­mi w dło­ni szyb­ko po­ko­na­łam scho­dy. Na­ci­snę­łam na dzwo­nek. Po chwi­li usły­sza­łam zna­jo­my tu­pot nóg.

– O, rany! Mamo, a to­bie co? – spy­ta­ła prze­ra­żo­na Luś­ka. – Wy­pa­dek mia­łaś?

– Nie. Było tak pięk­nie, że po­sta­no­wi­łam zdjąć buty, by się prze­spa­ce­ro­wać – iro­ni­zo­wa­łam. – Szko­da było mar­no­wać taką po­go­dę.

– No coś ty? Jed­nak sza­lo­na je­steś! To ta mi­łość ci się rzu­ci­ła na sza­re ko­mór­ki?

– Jezu, Luś­ka! Wsta­wiaj wodę na her­ba­tę. Z ma­li­na­mi, cy­try­ną i mio­dem, po­pro­szę. I je­śli jest im­bir, to tonę im­bi­ru mo­żesz do­rzu­cić.

– Do­bra, do­bra, ale po­wiedz, co się sta­ło.

– Jak do­sta­nę gar go­rą­cej her­ba­ty, to po­wiem.

Szyb­ko po­bie­głam do ła­zien­ki. Zrzu­ci­łam z sie­bie zma­sa­kro­wa­ne stop­ki ra­zem z resz­tą gar­de­ro­by i wsko­czy­łam pod go­rą­cy prysz­nic. Ła­zien­ka pra­wie na­tych­miast za­pa­ro­wa­ła, a ja po­czu­łam przy­jem­ne cie­pło i mro­wie­nie w sto­pach. Mo­głam wyjść. Za drzwia­mi już Luś­ka krzy­cza­ła, że her­ba­ta go­to­wa.

Na­cią­gnę­łam ba­weł­nia­ne skar­pe­ty, a na nie jesz­cze – dla pew­no­ści – weł­nia­ne. Mia­łam wra­że­nie, że pło­ną, a skó­ra szczy­pa­ła, jak­by kto w nią ty­sią­ce szpi­lek po­wbi­jał. Opa­tu­li­łam się szla­fro­kiem. Chwy­ci­łam też koc ze swo­je­go łóż­ka i po­czła­pa­łam do kuch­ni. Her­ba­ta sta­ła na sto­le. Usia­dłam, do­kład­nie się okry­wa­jąc. Aż dresz­cze mi prze­szły po cie­le, kie­dy chwy­ci­łam go­rą­cy ku­bek.

– Daj mi jesz­cze aspi­ry­nę. Bo jak nic po ta­kiej eska­pa­dzie będę cho­ra.

– Ju­tro po­grzeb, mu­sisz być na cho­dzie – od­po­wie­dzia­ła Luś­ka, wy­kła­da­jąc przede mną jed­ną ta­blet­kę aspi­ry­ny. – Le­piej?

– Do dupy. To ja­kieś fa­tum czy co?

– A co ty w ogó­le zro­bi­łaś z tymi bu­ta­mi?

– Nic. Prze­mo­kły, to chcia­łam je w po­cią­gu pod­su­szyć i chy­ba się skur­czy­ły.

Luś­ka za­chi­cho­ta­ła.

– To lu­dzie mu­sie­li mieć nie­złe wi­do­wi­sko.

– Ba! Sama sie­bie wzię­ła­bym za wa­ria­ta, więc nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­by inni tak po­my­śle­li.

Po­wo­li sior­ba­łam her­ba­tę. Była go­rą­ca, pa­rzy­ła usta i ję­zyk, ale chcia­łam ją wy­pić za­nim osty­gnie, więc trze­ba było płyn wcią­gać ra­zem z chło­dzą­cym po­wie­trzem. Przy­jem­ne cie­pło roz­cho­dzi­ło się po żo­łąd­ku.

– Lek­cje od­ro­bi­łaś?

– Tak, ale mamo, ja nie pój­dę ju­tro do szko­ły. Zo­sta­nę z tobą. I tak nie mogę się sku­pić na na­uce. Chcę iść na po­grzeb.

– Na­praw­dę?

– Tak. Czu­ję, że mu­szę. To dla mnie dziw­ne, że czło­wiek jed­ne­go dnia jest, a na dru­gi już go przy­sy­pu­ją pia­chem.

– Nic się na to nie po­ra­dzi. Ta­kie jest ży­cie.

– Wiem – po­wie­dzia­ła ci­chut­ko. – Aaa… so­bie też zro­bię her­ba­tę.

Przez kil­ka mi­nut w domu za­le­ga­ła ci­sza prze­rwa­na w koń­cu szu­mem czaj­ni­ka. Żad­na z nas nie mia­ła ocho­ty na roz­mo­wę. Mnie ro­bi­ło się co­raz cie­plej. Na twa­rzy czu­łam ru­mień­ce, pew­nie z po­wo­du na­głej zmia­ny tem­pe­ra­tu­ry. Sior­ba­łam her­ba­tę w mil­cze­niu, a za chwi­lę do od­gło­sów wy­da­wa­nych prze­ze mnie do­łą­czy­ły emi­to­wa­ne przez Luś­kę. Też piła go­rą­ce.

– Dziw­na taka ci­sza, gdy cio­ci nie ma, co? Niby ona sie­dzia­ła w swo­im po­ko­ju, mo­dli­ła się czy słu­cha­ła ra­dia, ale za­wsze czło­wiek miał po­czu­cie, że ona tam jest. Nie?

– Ano, dziw­na. Duży dom. I wte­dy ta ci­sza chy­ba brzmi jesz­cze do­bit­niej.

– Yhy – mruk­nę­ła. – Do­bra, mamo, idę do sie­bie, po­słu­cham ja­kiejś muzy, bo tyl­ko to je­stem w sta­nie te­raz ro­bić. Dasz so­bie radę sama?

– A jak my­ślisz? – Uśmiech­nę­łam się do niej. – Je­stem już dużą dziew­czyn­ką. Dzię­ki, Luś­ka, za her­ba­tę – do­da­łam już po­waż­niej. – Ko­cha­na je­steś. Bez cie­bie to wszyst­ko nie mia­ło­by sen­su.

– Ma­muś, tyl­ko się nie roz­klej, pro­szę cię! – krzyk­nę­ła. – Zmy­kam w ta­kim ra­zie do sie­bie.

– Leć.

Luś­ka wsta­ła, za­su­nę­ła krze­sło. Trza­snę­ła drzwia­mi i znik­nę­ła w swo­im po­ko­ju. A tyle razy jej mó­wi­łam, żeby po ci­chu za­my­ka­ła drzwi. Klam­ka jest od tego, by jej uży­wać, a nie trach i niech same się za­trza­sną. Za­raz wy­le­cą z fu­try­ny.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Za­nim go wy­grze­ba­łam z to­reb­ki, oczy­wi­ście za­milkł. Spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz: Dok­to­rek. Mu­szę w koń­cu zmie­nić usta­wie­nia i wpi­sać jego imię. Spo­ty­ka­my się od kil­ku mie­się­cy, a ja cią­gle mam w te­le­fo­nie Dok­tor­ka, a nie Ar­tu­ra.

Wy­bra­łam jego nu­mer. Zgło­sił się pra­wie na­tych­miast.

– No, już się mar­twi­łem! – krzyk­nął mi do ucha. – Tyle go­dzin nie dzwo­nisz.

– Tę­sk­ni­łeś?

– De­ner­wo­wa­łem się. Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak. Spo­ko. – Moje przy­go­dy z bu­ta­mi po­sta­no­wi­łam jed­nak prze­mil­czeć. – Przy­je­dziesz dzi­siaj?

– Słon­ko, nie mogę. Mam dzi­siaj dy­żur. Po­prze­sta­wia­łem tak, aby ju­tro mieć wol­ne. Pój­dę z tobą na po­grzeb.

– Szko­da…

– Szko­da, że pój­dę, czy szko­da, że nie przyj­dę?

– To dru­gie. – Uśmiech­nę­łam się do słu­chaw­ki. – Chy­ba się od cie­bie uza­leż­niam.

– I o to cho­dzi. A jak z pra­cą wy­szło?

– E tam. Jak za­wsze. Za­dzwo­ni­my do pani.

– To po co ta baba cię ścią­ga­ła?

– Po­dob­no chcia­ła mnie zo­ba­czyć. W su­mie nie­waż­ne. Po­je­cha­łam, po­ga­da­łam, po­ka­za­łam CV, a te­raz cier­pli­wie po­cze­kam.

– Zo­ba­czysz, bę­dzie do­brze. A ja cię stąd na pew­no nie wy­pusz­czę.

– Okej, okej, zo­ba­czy­my. – Znów uśmiech­nę­łam się do słu­chaw­ki. To miłe, co mó­wił, ale ja cią­gle czu­łam, że gdzieś tam musi być ja­kiś ha­czyk. To nie­moż­li­we, żeby tra­fił mi się fa­cet do­sko­na­ły. Chy­ba że po tylu la­tach po­su­chy za­po­mnia­łam, jak to jest i każ­dy wy­da­je się ide­al­ny.

– Do­bra, koń­czę, bo się spóź­nię. Ju­tro będę. Pa.

– Pa – od­po­wie­dzia­łam i pra­wie na­tych­miast usły­sza­łam sy­gnał. Ar­tur się roz­łą­czył. Szko­da, że tak szyb­ko. Mia­łam ocho­tę po­ga­dać. A tak, sama w czte­rech ścia­nach du­że­go domu, czu­łam się ja­koś nie­swo­jo. Co praw­da była Lu­sia, ale pew­nie sie­dzia­ła już ze słu­chaw­ka­mi na uszach. Zo­stał mi tyl­ko kot.

– Nu­tuś! – krzyk­nę­łam. – Nu­tuś!

Usły­sza­łam tu­pot ma­łych ła­pek. Biegł do mnie i po­miau­ki­wał ra­do­śnie. Pod­nio­słam go i ra­zem z nim po­czła­pa­łam do swo­je­go po­ko­ju, cią­gnąc za sobą po pod­ło­dze koc.

– Chodź, po­le­ży­my so­bie.

Rozdział 2

Na łóż­ku pię­trzy­ła się góra ubrań. Nie mo­głam zna­leźć czar­nej bluz­ki. Nie pa­mię­ta­łam, czy za­bra­łam ją z mo­je­go miesz­ka­nia. A dzi­siaj bę­dzie po­trzeb­na. Czar­ne spodnie i czar­na bluz­ka – spo­łecz­nie ak­cep­to­wal­ne jako prze­jaw emo­cji po stra­cie ko­goś. Czy ko­lor ma zna­cze­nie? Za­pi­na­łam gu­zi­ki pod szy­ją, jak­bym prze­kła­da­ła pa­cior­ki za­po­mnia­ne­go już daw­no ró­żań­ca. Ostat­ni rzut oka na be­be­chy sza­fy wy­wa­lo­ne na łóż­ku i by­łam go­to­wa. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. Bo jak moż­na być go­to­wym na po­grzeb?

– Ma­aamo­ooo! – Do­biegł mnie krzyk Lusi. – Pan Ar­tur przy­szedł!

Wy­gła­dzi­łam ręką spodnie i po­szłam do przed­po­ko­ju. Cze­kał tu Ar­tur w czar­nym płasz­czu, ciem­nych spodniach i la­kie­ro­wa­nych bu­tach. Luś­ka też już na­cią­ga­ła ko­za­ki.

– Jak się czu­jesz? – spy­ta­ła prze­chy­lo­na w pół.

– Zno­śnie. Wzię­łam coś na uspo­ko­je­nie.

– Damy radę – szep­nął Ar­tur.

– Taaa – mruk­nę­łam, bo nie mia­łam naj­mniej­szej ocho­ty o tym roz­ma­wiać. My­śla­mi by­łam już na cmen­ta­rzu. Wy­obraź­nia nie­ste­ty pod­po­wia­da­ła strasz­ne sce­na­riu­sze i co­raz bar­dziej się de­ner­wo­wa­łam. – Pod­je­dzie­my jesz­cze po kwia­ty?

– Ja­sne, nie ku­po­wa­łem bez cie­bie. Sama wy­bie­rzesz.

– Bia­łe róże – po­wie­dzia­łam bez za­sta­no­wie­nia. – To mu­szą być bia­łe róże.

Chwy­ci­łam to­reb­kę, klu­cze, za­mknę­łam drzwi, a po chwi­li już od­jeż­dża­li­śmy sprzed domu w kie­run­ku kwia­ciar­ni. Ku­pi­łam pięć bia­łych du­żych róż. Trzy dla sie­bie i po jed­nej dla Ar­tu­ra i Luś­ki. Żad­nych wiel­kich wień­ców. Nie­na­wi­dzi­łam ich. Ogrom­nych, prze­wią­za­nych szar­fa­mi cią­gle z tymi sa­my­mi tek­sta­mi, bar­dziej dla ży­wych, dla sno­bi­stycz­ne­go za­ak­cen­to­wa­nia, że ten naj­więk­szy to wła­śnie ode mnie. Zwy­kle wo­ła­ły z kop­ca zie­mi ba­nal­ne sło­wa po­że­gnań pod­pi­sa­ne wy­raź­nie kto był kim dla zmar­łe­go. Te­atr.

Kie­dy zbli­ża­li­śmy się do ka­pli­cy, za­uwa­ży­łam Pio­tra z Se­ba­stia­nem. Ubra­ni na czar­no sta­li kil­ka me­trów od wej­ścia, jak­by nie mie­li naj­mniej­sze­go za­mia­ru wcho­dzić do środ­ka. Po­chy­la­li gło­wy. Se­ba­stian oglą­dał czub­ki swo­ich bu­tów.

– Cześć – szep­nę­łam na po­wi­ta­nie. Pa­no­wie po­da­li so­bie dło­nie i coś pod no­sem wy­mam­ro­ta­li. Nikt z nas nie miał ocho­ty na roz­mo­wę. Sta­li­śmy z boku. Lu­dzie wcho­dzi­li do ka­pli­cy. Nie przy­glą­da­łam się twa­rzom. Być może były wśród nich te zna­jo­me. Nie wiem. Mój wzrok tępo wpa­try­wał się w szkla­ne wej­ście. Żad­na, na­wet ma­lut­ka myśl, nie za­kieł­ko­wa­ła w gło­wie. Pod­skór­nie czu­łam sztyw­ność ża­łob­ni­ków i ich peł­ne cier­pie­nia mil­cze­nie.

Po chwi­li do­pie­ro ja­kiś ob­raz przy­kuł moją uwa­gę. W bra­mie cmen­ta­rza za­uwa­ży­łam Szpil­kę i jej mamę. Dziew­czyn­ka sie­dzia­ła na wóz­ku. Była tak chu­da i drob­na, że pra­wie zni­ka­ła pod ko­cem, któ­rym zo­sta­ła okry­ta. Była na tyle sła­ba, że mama mu­sia­ła przy­wieźć ją tu­taj na wóz­ku in­wa­lidz­kim. A jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu, kie­dy za­czy­na­łam pra­cę jako wo­lon­ta­riusz­ka, w mia­rę żwa­wo po­ru­sza­ła się po ko­ry­ta­rzu ho­spi­cjum. Te­raz jak­by za­pa­dła się w so­bie. Jej pod­krą­żo­ne oczy wska­zy­wa­ły na kil­ka prze­pła­ka­nych nocy. Śmierć ko­le­żan­ki mu­sia­ła być dla dziew­czy­nek ogrom­nym szo­kiem. Nikt się tego nie spo­dzie­wał, przy­naj­mniej nie w ta­kim tem­pie.

Po­ma­cha­łam do Szpil­ki. Jej mama od razu po­de­szła do nas, pcha­jąc przed sobą wó­zek. Przy­wi­ta­li­śmy się i znów za­pa­dła ci­sza i bez­ruch. Sta­li­śmy, cze­ka­jąc na to, aż w koń­cu z ka­pli­cy zo­sta­nie wy­nie­sio­na na twar­dych bar­kach męż­czyzn trum­na z kru­chym ciał­kiem dziew­czy­ny, któ­rej wiatr po­wi­nien roz­wie­wać wło­sy, a deszcz ob­my­wać twarz.

– Idą – szep­nę­ła Lu­sia, sztur­cha­jąc mnie pod ra­mię. I fak­tycz­nie, po chwi­li z ka­pli­cy wy­pro­wa­dzo­no trum­nę. Za­pa­ko­wa­no ją do ka­ra­wa­nu i po­wo­li fala lu­dzi prze­le­wa­ła się w kie­run­ku gro­bu, w któ­rym zo­sta­ną zło­żo­ne zwło­ki. Trud­no mi było my­śleć o ży­ją­cej jesz­cze kil­ka dni temu dziew­czy­nie w cza­sie prze­szłym. Cią­gle mia­łam przed oczy­ma jej rude loki, kie­dy przyj­mo­wa­no ją do ho­spi­cjum. Wy­róż­nia­ła się bar­dzo. Jed­nak po kil­ku mie­sią­cach na jej głów­ce nie było śla­dów zło­tych lo­ków. I tak szyb­ko zbla­dła…

Ru­szy­li­śmy wol­nym kro­kiem za ka­ra­wa­nem. Sły­chać było szu­ra­nie stóp, chla­pa­nie roz­to­pio­ne­go śnie­gu i szloch. Prze­ra­ża­ją­cy szloch wy­do­by­wa­ją­cy się z pier­si ko­goś bli­skie­go. Nie wiem, czyj to był płacz, ale wy­ci­skał łzy z mo­ich oczu. Chwy­ci­łam moc­niej rękę Luś­ki. Do­brze, że tu jest. Z dru­giej stro­ny mia­łam Ar­tu­ra.

Do­tar­li­śmy do wy­zna­czo­ne­go miej­sca. Ksiądz coś mó­wił. Po­tem ktoś jesz­cze za­brał głos. Lu­dzie się mo­dli­li, a ja cią­gle sły­sza­łam tyl­ko ten prze­raź­li­wy szloch przy­bie­ra­ją­cy od cza­su do cza­su for­mę la­men­tu. Zu­ży­wa­łam chu­s­tecz­kę za chu­s­tecz­ką. Ką­tem oka spo­glą­da­łam na Szpil­kę sie­dzą­cą w wóz­ku. Nie­da­le­ko niej za­uwa­ży­łam Mrów­kę i Pati – dziew­czyn­ki, któ­ry­mi opie­ko­wa­łam się w ho­spi­cjum. Sta­ły obok pod­pie­ra­ne przez swo­je mamy. Był też Krzy­siu, dla któ­re­go kil­ka mie­się­cy temu ro­bi­li­śmy ak­cję cha­ry­ta­tyw­ną. Przy­szedł już o wła­snych si­łach. Wi­dzia­łam jesz­cze kil­ka zna­jo­mych twa­rzy dzie­cia­ków z ho­spi­cjum. Nie było jed­nak wśród nich Kin­gi. Tego ru­da­ska przy­ję­te­go do szpi­ta­la w li­sto­pa­dzie. Mia­łam z nią lek­cje ję­zy­ka pol­skie­go. Sie­dzia­ła czę­sto w po­ko­ju „mo­ich” dziew­czy­nek. Bra­ła od nich baj­ki, któ­re im przy­no­si­łam. I było w niej tyle ży­cia i ener­gii, że wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we, że jest cho­ra. Na­wet kie­dy jej gło­wa sta­ła się zu­peł­nie łysa, po­tra­fi­ła nas roz­śmie­szać. Dziew­czyn­ki przy niej za­wsze się oży­wia­ły. A dzi­siaj jej nie ma wśród nas. I nie dla­te­go, że wy­zdro­wia­ła i po­szła do domu, nie dla­te­go, że ją wy­le­czo­no, ale dla­te­go, że nie zna­lazł się od­po­wied­ni daw­ca szpi­ku. Za­bra­kło cza­su. Cze­goś, cze­go nikt z ży­ją­cych nie mógł jej dać.

Czas! Czwar­ta współ­rzęd­na cza­so­prze­strze­ni w teo­rii względ­no­ści! Au­to­ma­tycz­nie od­two­rzy­łam zda­nie wpi­sa­ne kie­dyś do ze­szy­tu z fi­zy­ki. Szpil­ka też po­trze­bu­je cza­su. Tej jed­nej je­dy­nej współ­rzęd­nej, co­kol­wiek to zna­czy­ło. Zni­ka­ła w oczach, jak­by po­sta­no­wi­ła wy­pa­ro­wać, skur­czyć się do gra­nic moż­li­wo­ści. Po­de­szłam do niej bli­żej i opar­łam dłoń na jej ra­mie­niu. Pod pal­ca­mi po­czu­łam pu­cho­wą kurt­kę i żad­nej ko­stecz­ki. Przez ubra­nie nie czu­łam Szpil­ki! Ści­snę­łam więc moc­niej. Dziew­czy­na spoj­rza­ła na mnie smut­nym wzro­kiem. Chcia­ło mi się za­wyć z po­wo­du bólu, ja­kie mia­ło w so­bie to spoj­rze­nie. Do­kład­nie ta­kie samo mia­ła jej mama.

– Uspo­kój się – szep­nę­ła Lu­sia, chwy­ta­jąc mnie pod ra­mię. Kil­ka osób pa­trzy­ło na mnie, a ja nie mo­głam opa­no­wać pła­czu. Nie mo­głam. Czu­łam, że Szpil­ka, Mrów­ka i Pati wy­my­ka­ją się ży­ciu. A ja pa­trzy­łam na to. Sta­łam z boku. Co z tego, że pi­sa­łam dla nich baj­ki? Co z tego, że uczy­łam pol­skie­go i hi­sto­rii? Na co to się zda, je­że­li nie bę­dzie szpi­ku? Je­że­li nie bę­dzie le­karstw?! Za­brak­nie cza­su! Tej jed­nej współ­rzęd­nej! A Szpil­ka prze­cież ko­cha się w Krzy­siu! Pati chce stu­dio­wać me­dy­cy­nę. Mrów­ka ma zo­stać dzien­ni­kar­ką!

– Mamo – szep­nę­ła znów Lu­sia. Po­da­ła mi ko­lej­ną chu­s­tecz­kę. Wy­tar­łam nos, sta­ra­jąc się opa­no­wać emo­cje.

– Już do­brze – od­po­wie­dzia­łam, a gra­ba­rze syp­nę­li ostat­nią ło­pa­tę zie­mi. – Już do­brze… – Gra­ba­rze wbi­li krzyż. – Już do­brze… – Lu­dzie ukła­da­li kwia­ty i wień­ce. Pod­cho­dzi­li, skła­da­li kon­do­len­cje i od­cho­dzi­li. My też za­raz wró­ci­my do domu.

Rozdział 3

Ock­nę­łam się na­gle. Coś mu­sia­ło mi się przy­śnić, bo by­łam spo­co­na. Ser­ce biło w przy­spie­szo­nym ryt­mie. Do­ko­ny­wa­łam ana­li­zy sy­tu­acji i przez chwi­lę mia­łam na­dzie­ję, że po­grzeb, któ­ry ma­ja­czył w reszt­kach snu, był tyl­ko wy­two­rem mo­jej pod­świa­do­mo­ści. Nie­ste­ty tak nie było. Ar­tur dał mi wczo­raj dwie ta­blet­ki i ka­zał przy­jąć je przed snem. Nie mo­głam się uspo­ko­ić. Po przyj­ściu do domu znów roz­ry­cza­łam się jak głu­pek, wy­mio­to­wa­łam, a gło­wę roz­sa­dzał mi to­tal­ny ból. Luś­ka cią­gle po­wta­rza­ła „uspo­kój się, uspo­kój”, „mamo, nie la­men­tuj”. Ar­tur przy­tu­lał, a ja cią­gle nie mo­głam zna­leźć uko­je­nia. Śmierć Kin­gi była dla mnie szo­kiem. W do­dat­ku mia­łam prze­czu­cie, że za chwi­lę po­umie­ra­ją wszyst­kie dziew­czyn­ki z ho­spi­cjum. A tak prze­cież być nie mo­gło. Wie­dzia­łam, że trze­ba coś zro­bić, tyl­ko to „coś” cią­gle było zbyt moc­no nie­okre­ślo­ne.

Przy­ło­ży­łam dłoń do czo­ła. Przez chwi­lę mia­łam wra­że­nie, że jest go­rą­ce. To jed­nak tyl­ko złu­dze­nie. Nu­tuś za­mru­czał le­ni­wie, kie­dy za­uwa­żył, że nie śpię. Prze­cią­gnął się, pod­niósł, by po­dejść do mnie i trą­cić mnie zim­nym no­sem. Trze­ba było wstać, wziąć się za sie­bie i zro­bić wszyst­ko, by taki dzień jak wczo­raj nie miał już miej­sca. Przy­naj­mniej przez na­stęp­ne kil­ka­dzie­siąt lat. Niech dziew­czyn­ki zdro­wie­ją, ro­sną, doj­rze­wa­ją, za­ko­chu­ją się, pła­czą i śmie­ją! Prze­cież ja­koś moż­na zor­ga­ni­zo­wać ten szpik, przy­spie­szyć szu­ka­nie daw­cy!

Wsta­łam z łóż­ka. Pierw­sze kro­ki skie­ro­wa­łam do kuch­ni i na­sta­wi­łam eks­pres do kawy. Po­łknę­łam na pu­sty żo­łą­dek ta­blet­kę prze­ciw­bó­lo­wą i po­drep­ta­łam do ła­zien­ki. Cie­pły prysz­nic po­sta­wił mnie na nogi. Prze­łą­czy­łam się na tryb dzia­ła­nia. Wczo­raj­sze la­men­ty i hi­ste­rie trze­ba od­sta­wić w kąt. Nie da się nic po­ra­dzić, trze­ba ra­to­wać ży­ją­cych.

– O, Lu­sia! – Zdzi­wi­łam się, bo kie­dy wró­ci­łam do kuch­ni, moja cór­ka sie­dzia­ła już przy sto­le i po­pi­ja­ła wodę z bu­tel­ki.

– Nie mo­głam spać – od­par­ła. – A ty jak się czu­jesz?

– Na pew­no le­piej niż wczo­raj. Prze­pra­szam cię za moje hi­ste­rie, ale na­praw­dę to było sil­niej­sze ode mnie.

– Do­my­ślam się, bo da­łaś na cmen­ta­rzu naj­gło­śniej­szy kon­cert. Mo­gła­byś za­trud­nić się jako za­wo­do­wa płacz­ka. Nor­mal­nie nie zna­łam cię od tej stro­ny i nie wie­dzia­łam, że by­łaś tak zży­ta z Kin­gą.

– Wiesz, bo jak ja so­bie tam na cmen­ta­rzu uświa­do­mi­łam, że to lo­te­ria, że wła­śnie za­cho­ro­wa­ła Kin­ga, że mo­gło prze­cież to spo­tkać ko­goś in­ne­go… i tak od razu za­czę­łam się mar­twić o cie­bie. A jesz­cze jak wi­dzia­łam Szpil­kę, Mrów­kę i Pati, to nie mo­głam, po pro­stu coś we mnie pę­kło. Prze­cież dzie­ci nie po­win­ny umie­rać. – I wła­śnie wte­dy ni stąd, ni zo­wąd przy­po­mnia­łam so­bie mo­ment, kie­dy po raz pierw­szy do­tknę­łam bo­sej sto­py mo­je­go le­d­wo na­ro­dzo­ne­go dziec­ka. Po ce­sar­ce le­ża­łam unie­ru­cho­mio­na, a pie­lę­gniar­ka dała mi po­ca­ło­wać ma­leń­ką sto­pę, w któ­rej na­gle skrył się mój cały świat. Na to wspo­mnie­nie ści­snę­ło mi się gar­dło, a oczy nie­bez­piecz­nie za­pie­kły.

– Nie po­win­ny, mamo, ale prze­cież wiesz, że tak się dzie­je.

– Wiem. – Nie da­łam spły­nąć łzom. Otar­łam oczy wierz­chem dło­ni tak, aby Lu­sia nie spo­strze­gła. Po­sta­wi­łam na sto­le ku­bek z kawą i usia­dłam na­prze­ciw­ko cór­ki. – Ale to ni­cze­go nie zmie­nia.

– A wiesz, że za dwie go­dzi­ny wra­ca cio­cia? – spy­ta­ła.

Spoj­rza­łam na nią zdzi­wio­na. No tak! Cio­cia! Trze­ba po nią wy­je­chać na przy­sta­nek.

– Za­po­mnia­łam, kur­czę – bąk­nę­łam. – Ostat­nio mó­wi­ły­śmy, że bez cio­ci tu­taj taka ci­sza i pust­ka. A ja dziś o niej za­po­mnia­łam.

– Mia­łaś waż­niej­sze pro­ble­my.

– To co? Ja­kieś śnia­da­nie chy­ba trze­ba zjeść?

– Ja­sne – od­par­ła Lu­sia i uśmiech­nę­ła się do mnie. – Po­dej­rze­wam, że już w two­jej gło­wie za­lęgł się ge­nial­ny plan, sko­ro z la­men­tu prze­szłaś do dzia­ła­nia.

– Tak. Prze­łą­czy­łam try­bi­ki. La­men­ty nic nie po­mo­gą. Trze­ba zro­bić wszyst­ko, by po­móc zna­leźć daw­cę szpi­ku dla Szpil­ki. Ro­zu­miesz? Nie po­zwo­lę odejść tej dziew­czyn­ce.

– No i wła­śnie za to cię ko­cham, wiesz?

– Wiem. A po­mo­żesz?

– Ja­sne, mamo. U nas w szko­le prze­cież moż­na zro­bić ak­cję. Peł­no­let­ni ucznio­wie mo­gli­by zgło­sić się jako daw­cy, nie?

– Zga­dza się. To do­bry po­mysł – od­par­łam i już w gło­wie za­czy­na­łam ukła­dać plan dzia­łań. – Ja­jecz­ni­ca? – spy­ta­łam, usta­wia­jąc pa­tel­nię na ku­chen­ce.

– Ja­sne. Z szyn­ką i szczy­pior­kiem – od­po­wie­dzia­ła. Po­sta­wi­ła chleb i ma­sło na sto­le. A ja za­ję­łam się przy­go­to­wa­nia­mi śnia­da­nia. Czu­łam się zde­cy­do­wa­nie le­piej. Ta­blet­ka już dzia­ła­ła. Kawa przy­wró­ci­ła ja­sność my­śle­nia.

– I za­dzwoń po­tem do Ar­tu­ra, bo chy­ba usmar­ka­łaś mu ma­ry­nar­kę – rzu­ci­ła Lu­sia, za­ja­da­jąc ja­jecz­ni­cę.

– Wiem. Za­cho­wa­łam się jak hi­ste­rycz­ka. Mógł nie zbli­żać swo­je­go ra­mie­nia w po­bli­że mo­jej za­ry­cza­nej twa­rzy. Nic nie mo­głam po­ra­dzić.

– Pew­nie ci wy­ba­czy. A wi­dzia­łaś, że Piotr też pła­kał?

– Wi­dzia­łam – szep­nę­łam. Nie chcia­łam wra­cać my­śla­mi na cmen­tarz. – Jedz, bo trze­ba tu jesz­cze ogar­nąć, za­nim przy­wio­zę cio­cię. Mam na­dzie­ję, że u niej wszyst­ko do­brze.

– Na pew­no. Prze­cież to była piel­grzym­ka, a nie obóz prze­trwa­nia.

– Oj, ni­g­dy nie wia­do­mo. Wiesz, jak ta­kie dziad­ki po­tra­fią się prze­py­chać w ko­lej­kach? Łok­cie idą wte­dy w ruch. A tam do spo­wie­dzi mu­szą być ko­lej­ki.

– Cio­cia na pew­no dała radę, prze­cież jeź­dzi tam co roku ze swo­ją pacz­ką sta­rusz­ków.

– W to wie­rzę. – Uśmiech­nę­łam się, bo już wi­dzia­łam na­szą ener­gicz­ną cio­cię w dzia­ła­niu. Pew­nie za­raz po tym, jak wsia­dła do au­to­bu­su, prze­ję­ła do­wo­dze­nie.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Było do­brze po dzie­sią­tej. Cio­cia mia­ła przy­je­chać wpół do dwu­na­stej. Przed wy­jaz­dem wy­da­ła kon­kret­ne in­struk­cje. Z Li­che­nia je­dzie się do nas po­dob­no oko­ło trzy i pół go­dzi­ny. Au­to­bus miał pod­je­chać na Po­mor­ską, stam­tąd od­bio­rę cio­cię. Przy oka­zji może jesz­cze wsko­czę do skle­pu po parę dro­bia­zgów, bo lo­dów­ka lek­ko opu­sto­sza­ła, a sta­rusz­ka lu­bi­ła mieć za­pa­sy.

– Po­ja­dę z tobą, co? – spy­ta­ła Lu­sia. Wło­ży­ła ta­le­rze do zmy­war­ki i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po­bie­gła się ubie­rać.

Zro­bi­łam to samo. Tro­chę mi ze­lża­ło na du­szy. Cio­cia wró­ci, pój­dę do ho­spi­cjum, ży­cie za­cznie wra­cać do nor­my. Na pew­no zro­bię wszyst­ko, żeby po­móc dziew­czyn­kom. I nie tyl­ko ta­kie pier­du-pier­du spro­wa­dza­ją­ce się do pi­sa­nia ba­jek, lecz tak­że praw­dzi­we dzia­ła­nie. Ak­cja po­szu­ki­wa­nia szpi­ku musi być kon­kret­na i na wiel­ką ska­lę. Po­ru­szę pie­kło i nie­bo, ale go znaj­dę.

– Je­steś go­to­wa?! – Lu­sia krzy­cza­ła z przed­po­ko­ju. Mnie aku­rat za­dzwo­nił te­le­fon, więc szyb­ko od­krzyk­nę­łam i przy­ło­ży­łam słu­chaw­kę do ucha. To Ar­tur. Jak do­brze było usły­szeć jego cie­pły, spo­koj­ny głos.

– Do­brze się czu­jesz? – Pa­dło pierw­sze py­ta­nie. – Spa­łaś? – Nie po­zwo­lił mi od­po­wie­dzieć. – Ta­blet­ki po­dzia­ła­ły? Le­piej tro­chę?

– Tak. – Uśmiech­nę­łam się do sie­bie. – Na wszyst­kie py­ta­nia od­po­wia­dam „tak”.

– Mar­twi­łem się, wiesz?

– Prze­pra­szam, że tak hi­ste­ry­zo­wa­łam, ale śmierć dziec­ka to coś, z czym nie umiem się po­go­dzić i tak bar­dzo za­czę­łam się bać tam na cmen­ta­rzu o Lu­się, o Szpil­kę, Mrów­kę i Pati. Jak­bym na­gle mia­ła czte­ry cór­ki. Wiesz, jak to jest… – Lu­sia ma­cha­ła do mnie, ale ja od­wró­ci­łam się do niej ple­ca­mi, żeby mieć tro­chę in­tym­no­ści pod­czas roz­mo­wy.

– Wiem. Dla każ­de­go to było trau­ma­tycz­ne prze­ży­cie, ale sama wiesz, że trze­ba ja­koś wró­cić do co­dzien­no­ści.

– Wiem. I już mam plan.

– Jaki plan? – W jego gło­sie wy­czu­łam zdzi­wie­nie.

– Po­tem ci opo­wiem. Te­raz je­dzie­my z Lu­sią po cio­cię, a przy oka­zji mu­si­my zro­bić za­ku­py.

– Spo­tka­my się wie­czo­rem?

– Ja­sne. Wpad­niesz do nas?

– A może ty do mnie?

– Do­brze, to po­tem jesz­cze uzgod­ni­my. Koń­czę, bo Luś­ka ma­cha, że się już poci. Sto­imy w kurt­kach, go­to­we do wyj­ścia.

Po­że­gnał się ze mną szyb­ko. Roz­łą­czy­łam się. Wrzu­ci­łam te­le­fon do to­reb­ki. Zu­peł­nie bez­myśl­nie, bo je­śli ktoś za­dzwo­ni, będę mu­sia­ła prze­rzu­cić całe tor­bisz­cze w po­szu­ki­wa­niu apa­ra­tu. A prze­cież mam spe­cjal­ną kie­szon­kę na te­le­fon! Cią­gle nie mogę się na­uczyć, by go tam wkła­dać. Za­wsze był­by w jed­nym miej­scu, a tak to trze­ba czę­sto wszyst­ko wy­sy­pać na pod­ło­gę, by go zna­leźć. Wi­docz­nie je­stem nie­re­for­mo­wal­na.

– Chodź, bo mamy co­raz mniej cza­su! – Luś­ka po­ga­nia­ła. Wrzu­ci­łam jesz­cze do to­reb­ki ba­weł­nia­ną siat­kę na za­ku­py i mo­gły­śmy w koń­cu wyjść.

Kie­dy przy­je­cha­ły­śmy przed hi­per­mar­ket, zna­la­złam od­po­wied­nio sze­ro­kie miej­sce par­kin­go­we. Nie by­łam mi­strzem kie­row­ni­cy i za­wsze pod­czas par­ko­wa­nia mu­sia­łam mieć dużo wol­nej prze­strze­ni. Nie było więc szans, by sa­mo­chód stał bli­sko wej­ścia do skle­pu. Za­zwy­czaj zo­sta­wia­łam go na ty­łach par­kin­gu, tam gdzie aut było naj­mniej, a dzię­ki temu taka ła­ma­ga jak ja mo­gła spo­koj­nie wpa­so­wać sa­mo­chód na wy­ry­so­wa­ne miej­sce.

– Jezu, mamo, i taki ka­wał mu­si­my dra­ło­wać – stę­ka­ła Lu­sia, bo ona uwa­ża­ła, po­dob­nie jak więk­szość kie­row­ców spraw­nych jak na­le­ży, że trze­ba za­wsze par­ko­wać bli­sko wej­ścia.

– Zo­bacz, jak tam cia­sno. Ktoś by po­ob­cie­rał moją psz­czół­kę.

– Taaa. Ktoś. – Za­śmia­ła się.

Za­ku­py zro­bi­ły­śmy szyb­ko i spraw­nie. Ani ja, ani Lu­sia nie by­ły­śmy zwo­len­nicz­ka­mi bez­ce­lo­we­go ła­że­nia po­mię­dzy re­ga­ła­mi. Ko­szyk za­peł­ni­ły­śmy dość so­lid­nie. Po­tem za­pa­ko­wa­ły­śmy wszyst­ko do ba­gaż­ni­ka i pie­szo po­szły­śmy kil­ka­dzie­siąt me­trów na przy­sta­nek, na któ­rym mia­ły­śmy cze­kać na cio­cię. Do jej przy­jaz­du zo­sta­ło za­le­d­wie kil­ka mi­nut.

– Szko­da, że cio­cia nie ma ko­mór­ki.

– No tak, ale wiesz, jaka jest cio­cia. Te­le­fon musi mieć ka­be­lek, bo ina­czej jak to moż­li­we, żeby ktoś do nas ga­dał – po­wie­dzia­łam, na­śla­du­jąc ton gło­su cio­ci. Za­śmia­ły­śmy się. Fak­tycz­nie, Zo­sia bro­ni­ła się przed ko­mór­ką. I nie było moż­li­wo­ści, by ją prze­ko­nać. Prze­stę­po­wa­ły­śmy z Lu­sią z nogi na nogę, bo było tro­chę chłod­no i mo­kro. Spo­glą­da­ły­śmy z nie­cier­pli­wo­ścią w kie­run­ku, z któ­re­go po­wi­nien nad­je­chać au­to­bus, ale nie­ste­ty cią­gle nie było go wi­dać na ho­ry­zon­cie.

– Mam na­dzie­ję, że się dużo nie spóź­nią. – Lu­sia za­czy­na­ła lek­ko ma­ru­dzić. – Któ­ra jest?

– Już dzie­sięć mi­nut temu po­win­ni tu być.

– Je­eezu, ma­sa­kra.

– Nie stę­kaj. To nie uła­twia cze­ka­nia.

– A może coś się sta­ło?

– Tfu! Wy­pluj. Li­mit nie­szczęść na ten rok zo­stał wy­czer­pa­ny.

– O! – krzyk­nę­ła na­gle. – Je­dzie! To ten?

– Chy­ba. – Z da­le­ka trud­no było oce­nić, czy to wy­cze­ki­wa­ny au­to­kar, ale fak­tycz­nie wy­glą­dał bar­dzo po­dob­nie do tego, któ­rym od­je­cha­ła cio­cia.

– Na­resz­cie!

Po­jazd wje­chał w za­tocz­kę. Miał ta­bli­cę z la­ko­nicz­ną in­for­ma­cją „piel­grzym­ka”, więc to mu­siał być wła­śnie ten, na któ­ry cze­ka­ły­śmy. Po chwi­li otwo­rzy­ły się drzwi i z wnę­trza po­wo­li, ale dość ha­ła­śli­wie, za­czę­li wy­sy­py­wać się pa­sa­że­ro­wie. Głów­nie były to ko­bie­ty. Wiek sześć­dzie­siąt plus. Pa­nie na gło­wach mia­ły pięk­ne czap­ki, gdzie­nie­gdzie tyl­ko zda­rzył się be­ret. Cio­cia oczy­wi­ście no­si­ła zgrab­ny ka­pe­lu­sik. Za­wsze po­wta­rza­ła, że wiek nie zwal­nia z kla­sy i ele­gan­cji, a be­re­ty ko­ja­rzy­ły się jej ra­czej z mo­he­ro­wym cha­rak­te­rem, więc uni­ka­ła ich jak ognia. Za­strze­gła, że na jej gło­wie ża­den taki ni­g­dy nie po­le­ży.

Ra­zem z Lu­sią w na­pię­ciu ocze­ki­wa­ły­śmy na po­ja­wie­nie się zna­jo­mej syl­wet­ki. Na ra­zie ob­ser­wo­wa­ły­śmy po­ciesz­nych sta­rusz­ków po­włó­czą­cych no­ga­mi i wy­krzy­ku­ją­cych do sie­bie sło­wa po­że­gna­nia. Każ­dy z nich po chwi­li krót­kie­go za­mie­sza­nia wpa­dał w ra­mio­na młod­szych człon­ków ro­dzi­ny i od­cho­dził w stro­nę domu.

– Jest! – krzyk­nę­ła Lu­sia. Po kil­ku se­kun­dach moim oczom fak­tycz­nie uka­za­ła się cio­cia. W jed­nej ręce trzy­ma­ła tor­bę wy­pcha­ną po brze­gi swo­imi ubra­nia­mi. Na piel­grzym­ce była trzy dni, ale mu­sia­ła wziąć gar­de­ro­bę co naj­mniej na ty­dzień. Kie­dy wy­sia­dła, Lu­sia od razu do niej pod­bie­gła i chwy­ci­ła spo­ry pa­ku­nek. Uści­ska­ła ją moc­no. Do­pie­ro po­tem ja mo­głam przy­stą­pić do ce­re­mo­nii po­wi­ta­nia. Cio­cia wresz­cie wy­zwo­li­ła się z na­szych uści­sków i wska­za­ła pal­cem na wnę­trze au­to­bu­su.

– Asiu, jesz­cze trze­ba wziąć to.

Zaj­rza­łam do środ­ka. Ja­kiś pa­sa­żer żwa­wo wstał, by po­dać mi pu­dło ogrom­nych roz­mia­rów. Oce­niw­szy jego chwyt, stwier­dzi­łam, że nie może być cięż­kie. Zła­pa­łam je więc w dło­nie, wa­żąc przez chwi­lę. By­łam pew­na, że dam radę do­nieść to do auta.

– Cio­ciu, ty na za­ku­pach by­łaś czy na piel­grzym­ce?

– Opo­wiem wam w domu, bo taka cie­ka­wa hi­sto­ria mi się zda­rzy­ła. Ta piel­grzym­ka, jak się oka­zu­je, nic mnie nie kosz­to­wa­ła, a jesz­cze i zysk przy­nio­sła.

– Ale się za cio­cią stę­sk­ni­łam – traj­ko­ta­ła Lu­sia. – Mu­sisz nam wszyst­ko do­kład­nie opo­wie­dzieć.

– Gdzie ma­cie sa­mo­chód?

– Tam. Na par­kin­gu po dru­giej stro­nie. – Wska­za­łam kie­ru­nek bro­dą, bo ina­czej się nie dało. Ręce mia­łam za­ję­te du­żym pu­dłem.

– Oczy­wi­ście na sa­mym koń­cu par­kin­gu – do­da­ła Luś­ka z nut­ką sar­ka­zmu. Jed­nak nie sko­men­to­wa­łam tego. Trud­no. Jaki ze mnie kie­row­ca, każ­dy wie. Mi­strzem kie­row­ni­cy, a w szcze­gól­no­ści par­ko­wa­nia, ni­g­dy nie by­łam i pew­nie nie będę.

Cio­cia ma­sze­ro­wa­ła obok nas bar­dzo ener­gicz­nie i za­ma­szy­ście. Ja się lek­ko za­sa­pa­łam przez ten ta­jem­ni­czy kar­ton, któ­re­go za­war­tość od cza­su do cza­su wy­da­wa­ła głu­che dźwię­ki, jak­by coś o sie­bie ude­rza­ło. Uda­ło się jed­nak spraw­nie do­trzeć do auta, za­pa­ko­wać ba­ga­że i do­je­chać do domu. Ra­zem z Lu­sią po­wno­si­ły­śmy wszyst­kie pa­kun­ki do środ­ka. Kie­dy już za­mknę­ły­śmy za sobą drzwi, cio­cia za­wo­ła­ła z kuch­ni, że czas na „ar­ba­tę” i szu­ka­ła ka­wał­ka cia­cha w lo­dów­ce. Cia­sta jed­nak nie było. Na szczę­ście ku­pi­ły­śmy z Lu­sią tro­chę słod­ko­ści, więc do „ar­ba­ty” było jak zna­lazł.

– Wiem, wiem, nie mia­łaś gło­wy do wy­pie­ków – stwier­dzi­ła cio­cia Zo­sia, kie­dy już za­sia­dły­śmy wszyst­kie do sto­łu. – Ża­łu­ję, że nie po­szłam z wami na po­grzeb. Co praw­da nie zna­łam tej dziew­czyn­ki, ale na pew­no bym wam to­wa­rzy­szy­ła. Jed­nak sama ro­zu­miesz… Gdy umie­ra dziec­ko, to trze­ba z piel­grzym­ką do Naj­wyż­sze­go po­je­chać i tro­chę Mu na­wty­kać, nie?

– Na­wty­kać? – Lu­sia nie wie­dzia­ła, czy par­sk­nąć śmie­chem, czy zmar­twić się o cio­cię.

– Tak, bo ta­kich nu­me­rów to się nie robi. Tylu sta­rusz­ków po świe­cie cho­dzi, a Jemu przy­szło do gło­wy dzie­ci do sie­bie za­bie­rać. Anioł­ków Mu się za­chcia­ło… – Słu­cha­łam wy­wo­dów cio­ci i za­czy­na­łam się tro­chę o nią mar­twić, bo to, co mó­wi­ła, tyl­ko o krok dzie­li­ło ją od po­mie­sza­nia zmy­słów.

– Cio­ciu, sama wiesz, że to tak nie dzia­ła.

– No wła­śnie! Nie dzia­ła, a dzia­łać po­win­no. I ja mu­sia­łam na tę piel­grzym­kę po­je­chać i tam po­waż­nie się roz­mó­wić.

– A tu nie mo­głaś?

– Nie. Ta­kie spra­wy za­ła­twiam tyl­ko tam. Musi być uro­czy­ście.

– Aha – szep­nę­łam z roz­pa­czą.

– I co? – Luś­ka uśmie­cha­ła się już od ucha do ucha, jak­by czu­ła, że cio­cia nas wkrę­ca. – Na­wty­ka­łaś Mu?

– Ja­sne. I za­ła­twi­łam, że szpik dla tej dru­giej dziew­czy­ny się znaj­dzie – od­par­ła za­do­wo­lo­na i wło­ży­ła do ust całe ciast­ko.

– O rany – jęk­nę­łam tak, by jed­nak cio­cia nie sły­sza­ła. Nie mia­łam już wąt­pli­wo­ści, że sta­rusz­ka pod­czas wy­jaz­du do­zna­ła po­mie­sza­nia zmy­słów.

– Nie stę­kaj pod no­sem – wy­pa­li­ła od razu w moim kie­run­ku. – Jak mó­wię, że za­ła­twi­łam, to za­ła­twi­łam. Trze­ba bę­dzie tyl­ko po­móc Panu Bogu i wszyst­ko tu­taj zor­ga­ni­zo­wać. Ja­kieś ak­cje, kon­cer­ty czy cóś. Już ty wiesz naj­le­piej, jak to zro­bić, a On obie­cał, że daw­ca się znaj­dzie. – Za­koń­czy­ła za­do­wo­lo­na. Się­gnę­ła po na­stęp­ne cia­stecz­ko i po­pi­ła je her­ba­tą.

– Cio­ciu, a jak On ci to po­wie­dział? – spy­ta­ła Lu­sia, pa­trząc na nią tak wiel­ki­mi oczy­ma, jak­by mia­ła przed sobą ko­smit­kę.

– Nor­mal­nie.

– No, ale jak? – do­py­ty­wa­ła.

– Nor­mal­nie, mó­wię. W mo­jej gło­wie.

– Jak w gło­wie?

– Nor­mal­nie, jak­by do mnie szep­tał. Po­wie­dział, że jak my się tu po­sta­ra­my, na zie­mi, to On po­sta­ra się u góry i daw­ca bę­dzie.

– Aha – po­wie­dzia­łam głu­pa­wo. – I już?

– Już. Za­gro­zi­łam mu oczy­wi­ście, że moja noga na piel­grzym­ce żad­nej nie po­sta­nie, je­śli nie do­trzy­ma sło­wa.

– Aha. – To je­dy­ne, co mo­gło się wy­rwać z mo­jej pasz­czy.

– O rany – za­pisz­cza­ła Luś­ka. – Ty, cio­ciu, to je­steś świet­na bab­ka!

– Tyl­ko nie bab­ka, jo?

– Jo. – Za­śmia­ła się Lu­sia. Mia­łam wra­że­nie, że one do­sko­na­le się ro­zu­mie­ją. Na­da­ją chy­ba na tych sa­mych fa­lach, tyl­ko ja ja­koś nie mo­głam na­dą­żyć.

– Tak więc to mamy za­ła­twio­ne. Wie­dzia­łam, że ta moja mi­sja jest ko­niecz­na – do­da­ła. – A co na obiad ro­bi­my?

– Dzi­siaj, cio­ciu, na szyb­ko, co? – W koń­cu mo­głam za­brać głos i orien­to­wa­łam się w te­ma­cie.

– Ja­sne. Mam ocho­tę na jaj­ko sa­dzo­ne. A wy?

– Może być. Ku­pi­ły­śmy tę ma­lut­ką mro­żo­ną mar­chew­kę, więc zro­bi­my ją z mio­dem i chi­li.

– Wy­śmie­ni­cie – od­par­ła za­do­wo­lo­na, wy­god­niej roz­sia­da­jąc się na krze­śle.

– Cio­ciu, a co jest w tym du­żym pu­dle, któ­re tar­ga­łam z au­to­bu­su? – spy­ta­łam, bo da­ła­bym so­bie gło­wę uciąć, że w tam­tą stro­nę nic ta­kie­go w po­dróż nie za­bie­ra­ła.

– A to jest spe­cjal­ny pre­zent – po­wie­dzia­ła, wsta­jąc od sto­łu. Pa­trzy­ły­śmy na nią zdzi­wio­ne. Bia­łe pu­dło było dość nie­dba­le okle­jo­ne ta­śmą. Nie było jed­nak na nim żad­nych ry­sun­ków i na­pi­sów, więc trud­no było okre­ślić, co może znaj­do­wać się w środ­ku. Cio­cia po­de­szła do nie­go i mach­nę­ła na moją cór­kę, by ta po­mo­gła jej po­sta­wić ów skarb na sto­le. Lu­sia sko­czy­ła jak po­pa­rzo­na. Przy­zna­ję, że ja też z za­in­te­re­so­wa­niem przy­pa­try­wa­łam się ich dzia­ła­niom.

– Roz­pa­ko­wać? – spy­ta­ła pod­nie­co­na.

– Tak. – Cio­cia wró­ci­ła na krze­sło i chwy­ci­ła cia­stecz­ko. Za­ja­da­ła ze sma­kiem, ob­ser­wu­jąc zma­ga­nia Luś­ki z ta­śmą kle­ją­cą.

– A co to jest? – do­py­ty­wa­łam.

– Zo­ba­czysz. Niech dziec­ko spo­koj­nie roz­pa­ku­je.

Do­pi­łam więc her­ba­tę, zja­dłam dla to­wa­rzy­stwa ciast­ko, kie­dy w koń­cu Lusi uda­ło się do­trzeć do wnę­trza kar­to­nu. Zaj­rza­ła tam pierw­sza i od razu skie­ro­wa­ła zdzi­wio­ny wzrok na cio­cię.

– Garn­ki?

– Jak to garn­ki? – wy­mam­ro­ta­łam i pra­wie za­nur­ko­wa­łam we wnę­trzu pu­dła. Fak­tycz­nie, były tam garn­ki. Od razu po przy­kryw­kach roz­po­zna­łam zna­ną mar­kę i aż skó­ra mi ścier­pła. – Cio­ciu… – szep­nę­łam. – Coś ty zro­bi­ła? – Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­łam ko­smicz­ny kre­dyt, któ­ry wzię­ła. Do­sko­na­le wie­dzia­łam, ile kosz­tu­ją, bo kie­dyś by­łam na po­ka­zie. Ta­kie fir­my spe­cja­li­zo­wa­ły się w na­cią­ga­niu star­szych osób.

– Garn­ki? – po­wtó­rzy­ła Lu­sia.

– Cio­ciu, czy ta piel­grzym­ka po­łą­czo­na była z pro­mo­cją to­wa­rów?!

– Tak, za­wsze tak jeż­dżę, bo jest ta­nio. I jesz­cze po­czę­stu­nek ja­kiś da­dzą. Dla za­in­te­re­so­wa­nych są upo­min­ki. Zo­bacz, każ­dy uczest­nik wy­ciecz­ki do­stał taki czaj­ni­czek. – Cio­cia zbli­ży­ła się do kar­to­nu. Wy­sta­wi­ła naj­więk­szy gar na blat, a po chwi­li obok nie­go umie­ści­ła pół­li­tro­wy czaj­nik w tym sa­mym ko­lo­rze.

– To ja­kim cu­dem oprócz czaj­nicz­ka masz też cały ze­staw?

– I nie tyl­ko! – krzyk­nę­ła z dumą. – Mam jesz­cze dzie­sięć ró­żań­ców!

– Dzie­sięć? – pi­snę­łam. – Po co ci dzie­sięć?

– To nie są zwy­kłe ró­żań­ce, bo każ­dy jest po­świę­co­ny przez pa­pie­ża – od­par­ła i po chwi­li wy­kła­da­ła na stół ma­lut­kie pu­de­łecz­ka. Jed­no z nich otwo­rzy­ła, by po­ka­zać mi jego za­war­tość. Naj­wi­docz­niej była z sie­bie bar­dzo za­do­wo­lo­na.

– Cio­ciu, ty to wszyst­ko ku­pi­łaś? – spy­ta­ła przy­tom­nie Lu­sia.

– Nie, no coś ty, dziec­ko, aż taka głu­pia to ja nie je­stem.

– To skąd to? Ta­kie gary to ze trzy ty­sią­ce kosz­tu­ją.

– Trzy ty­sią­ce osiem­set!

Lu­sia wy­sta­wi­ła wszyst­kie garn­ki. Opróż­ni­ła pu­dło, a na­stęp­nie ze­sta­wi­ła je ze sto­łu i ład­nie po­skła­da­ła, by moż­na było je we­pchnąć do ko­sza z su­row­ca­mi. Przez chwi­lę ra­zem z cio­cią ob­ser­wo­wa­ły­śmy jej do­kład­ne ru­chy.

– Cio­ciu, skąd masz te garn­ki? – Pa­trzy­łam na nią w ocze­ki­wa­niu na ja­kieś sen­sow­ne wy­tłu­ma­cze­nie.

– Do­sta­łam.

– Cio­ciu, nikt ni­ko­mu nie daje ta­kich garn­ków za dar­mo. Na pew­no coś pod­pi­sa­łaś i te­raz bę­dziesz mu­sia­ła pła­cić raty. To są oszu­ści, na­cią­ga­cze. Spe­cjal­nie or­ga­ni­zu­ją nie­dro­gie wy­ciecz­ki, bo po­tem im się to zwra­ca w po­sta­ci sprze­da­nych to­wa­rów. A one nie są war­te tych pie­nię­dzy – tłu­ma­czy­łam, ale cio­cia na­gle pod­nio­sła dłoń, da­jąc mi znak, że ona te­raz ma za­miar za­brać głos.

– Jak mó­wię, że do­sta­łam, to do­sta­łam. Wiesz, Jo­asiu, ja na­wet o nie nie pro­si­łam, ale jak za­czął się ten po­kaz, to za­czę­łam za­da­wać py­ta­nia. Przy­zna­ję, dużo py­tań. I jesz­cze mi się przy­po­mnia­ło, jak moja zna­jo­ma z kół­ka ró­żań­co­we­go mó­wi­ła, że jej sy­no­wa ta­kie garn­ki ku­pi­ła i że za­raz te uchwy­ty od po­kry­wek po­od­pa­da­ły. Ucho się w jed­nym ode­rwa­ło, a pa­tel­nia to psa war­ta. To ten pro­wa­dzą­cy naj­pierw taki czer­wo­ny jak bu­rak się zro­bił. Pró­bo­wał mnie za­ga­dać, ale wia­do­mo, nie ze mną te nu­me­ry i lu­dzie za­czę­li krzy­czeć na nie­go, by od­po­wia­dał na py­ta­nia. To wte­dy on za­rzą­dził po­stój, spa­lił chy­ba całą pacz­kę pa­pie­ro­sów, taki był zde­ner­wo­wa­ny. A jak wsie­dli­śmy zno­wu, to ogło­szo­no kon­kurs i że kom­plet garn­ków wy­gra ktoś, kogo nu­mer sie­dze­nia zo­sta­nie wy­lo­so­wa­ny. Dziw­nym tra­fem mnie wy­lo­so­wa­no. To już po­tem się nie od­zy­wa­łam, bo mi głu­pio było. A garn­ki wzię­łam, nie? Toż da­ro­wa­ne­mu ko­nio­wi się w zęby nie za­glą­da.

– A ró­żań­ce skąd masz?

– Też od tego fa­ce­ta. Sprze­da­wa­li te ró­żań­ce po sto zło­tych, bo po­świę­co­ne przez pa­pie­ża po­dob­no.

– Cio­ciu, one na­wet koło pa­pie­ża nie le­ża­ły…

– Oj tam, oj tam. Zo­bacz. Tu­taj jest na­pi­sa­ne na­wet, kie­dy pa­pież je po­świę­cił. – Od­wró­ci­ła den­ko pu­de­łecz­ka skry­wa­ją­ce­go we wnę­trzu je­den z ró­żań­ców, a tam fak­tycz­nie była data i pod­pis, że niby Be­ne­dykt XVI to po­świę­cił. Być może ostat­nia rzecz, któ­rą zro­bił jako pa­pież, to świę­ce­nie ró­żań­ców dla pol­skich piel­grzy­mów, iro­ni­zo­wa­łam w my­ślach, bo wy­da­wa­ło mi się to nie­do­rzecz­ne.

– I wy­da­łaś na to ty­siąc zło­tych? – spy­ta­ła Lu­sia.

– No coś ty, dziec­ko. My­ślisz, że ja z cho­in­ki się urwa­łam i dam się ro­bić w bam­bu­ko?

– Też wy­gra­łaś?

– Nie. Jak ten fa­cet za­czął mó­wić o ich mocy uzdra­wia­ją­cej, to ja mu wte­dy opo­wie­dzia­łam o Kin­dze, o dzie­ciach w ho­spi­cjum, że nie ma szpi­ku, że jadę z mi­sją. A on wcze­śniej mó­wił o tym, jak to nie dla za­rob­ku, ale czy­nie­nia do­bra sprze­da­je te ró­żań­ce, więc ja mu na to, że jak taki do­bry, to niech po­mo­że. Lu­dzie za­czę­li bić bra­wo. Ktoś krzyk­nął, że jak nie da na ho­spi­cjum przy­naj­mniej pię­ciu, to nikt nic nie kupi. Nie miał więc wyj­ścia. Wte­dy lu­dzie za­czę­li krzy­czeć, że wię­cej, wię­cej i fa­cet znów czer­wo­ny jak bu­rak dał dzie­sięć. Ja ci mó­wię, Jo­asiu, on miał coś z krą­że­niem, bo jak tyl­ko ktoś się od­zy­wał, to on za­raz taki pra­wie bor­do­wy się ro­bił. W po­wrot­nej dro­dze już z nami nie je­chał. Nic nam nie pre­zen­to­wa­no, a zgod­nie z ulot­ką mie­li po­ka­zy­wać wte­dy ja­kieś koł­dry zdro­wot­ne. Ale nie było żad­nej pre­zen­ta­cji.

Par­sk­nę­łam śmie­chem. Lu­sia za mną. Przez dłu­gą chwi­lę żad­na z nas nie mo­gła się uspo­ko­ić. Co spoj­rza­ły­śmy na cio­ci­ne ga­dże­ty, to głu­paw­ka nas do­pa­da­ła i nie spo­sób było za­cho­wać po­wa­gę.

– Z cze­go się tak śmie­je­cie? – do­py­ty­wa­ła cio­cia, ale też uśmie­cha­ła się do nas peł­ną bu­zią. – Dasz ju­tro dziew­czyn­kom po ró­żań­cu?

– Cio­ciu, ja na­wet nie wiem, czy one są wie­rzą­ce – od­par­łam, ocie­ra­jąc oczy, bo z tej głu­paw­ki aż łzy mi po­le­cia­ły.

– Wie­rzą­ce, nie­wie­rzą­ce. Jak czło­wiek cho­ry, to za­wsze wie­rzą­cy. A jak­by na­wet nie, to dasz im to jako taki ta­li­zman. Resz­tę damy Pio­tro­wi, to bę­dzie na au­kcję. Toż jak to sam pa­pież po­świę­cił, to lu­dzi­ska chęt­nie ku­pią i bę­dzie na fun­da­cję. Przy­naj­mniej coś do­bre­go z tego wy­nik­nie.

– Cio­ciu, je­steś nie­sa­mo­wi­ta. – Od razu po­de­szłam do niej, by ją uści­skać.

– Eee tam. Po­wie­dzia­łam, że to mi­sja była. Resz­tę ra­zem z Pio­trem zor­ga­ni­zu­je­cie.

– Ja­sne, że zor­ga­ni­zu­je­my. – Uca­ło­wa­łam ją w po­li­czek.

– A te­raz może weź­my się za ten obiad, co? Za chwi­lę zjem wszyst­kie ciast­ka, a mó­wi­łam ci, że trze­ba my­śleć o bar­kach tych, któ­rzy kie­dyś moją trum­nę po­nio­są. – Za­śmia­ła się.

– Wy­pró­bu­je­my te cud­ne gary – po­wie­dzia­ła Lu­sia. Za­czę­ła prze­glą­dać ich opis do­łą­czo­ny do ze­sta­wu.

– A ja pro­po­nu­ję, by zo­sta­wić tyl­ko je­den gar, ot tak dla eks­pe­ry­men­tu, aby prze­ko­nać się, czy fak­tycz­nie są do­bre, a resz­tę od­dać na li­cy­ta­cję – po­wie­dzia­łam, spo­glą­da­jąc od razu na twarz cio­ci, by wi­dzieć jej re­ak­cję.

– Bra­wo! – Kla­snę­ła w dło­nie. – Mnie ta­kie ustroj­stwo na nic, a dzie­cia­kom pie­nią­dze się przy­da­dzą. Sama mó­wi­łaś, że te gary dro­gie.