The Way. Osobista droga z Bogiem - Czuba Wojciech - ebook
NOWOŚĆ

The Way. Osobista droga z Bogiem ebook

Czuba Wojciech

0,0

Opis

Kim naprawdę jesteś i jak możesz to odkryć?

Skąd bierze się w tobie poczucie pustki i nienasycenia?

Jak możesz zmienić swoją codzienność, by czuć się szczęśliwym?

Co stracisz, a co zyskasz, idąc za Jezusem?

 

Każdy z nas jest inny, ale wszyscy szukamy tego samego. Wszyscy też mierzymy się z podobnymi pytaniami.

Wojciech „Ślimak” Czuba, młody influencer i charyzmatyczny ewangelizator, w prosty i szczery sposób opowiada o swoim życiu, nawróceniu oraz odkrywaniu tego, co naprawdę się liczy – autentycznej wiary, wartościowych relacji i znaczenia codziennych wyborów.

 

Jeśli naprawdę idę za Chrystusem, to idę z Nim w pełni. Nie dlatego, że ludzie patrzą. Nie dlatego, że ktoś mnie zmusza. Ale dlatego, że moje serce już nie chcedziałać na pół gwizdka. Nie liczy się, co stracę. Liczy się to, że chcę iść za Nim całym sobą.

 

Odkryj własną drogę z Bogiem i sens tego, co cię spotyka.

 

**

Wojciech „Ślimak” Czuba – ewangelizator generacji Z i twórca internetowy, znany jako „Ślimak na pustyni”. W swoich mediach społecznościowych propaguje duchowość opartą na ciszy, prostocie i kontemplacji. Prowadzi konferencje, rekolekcje i spotkania dla młodzieży, występuje na wydarzeniach ewangelizacyjnych w całej Europie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 228

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wojciech Czuba ŚLIMAK NA PUSTYNI

THE WAYosobista droga z Bogiem

Wydawnictwo WAM

OJCOM DOMINIKANOM Z WARSZAWSKIEGO SŁUŻEWA – ZA NOWE ŻYCIE

GABRYSI, KTÓRA CHCIAŁA, ABY TA KSIĄŻKA POWSTAŁA – ŚPIJ W POKOJU

Słowo na początek

The Way… Droga. Dlaczego taki tytuł? Bo Jezus mówi: „Jestem drogą, prawdą i życiem” (por. J 14,6). Nie wskazuje nam jakiegoś kierunku, nie mówi też, że znajdziemy Go, idąc w tę lub tamtą stronę – On sam JEST drogą. Zaczynam od tego książkę, bo dla mnie to bardzo mocne słowa. Pokazują ważną prawdę życiową: każda nasza ścieżka, jeśli tylko kierujemy się na niej pragnieniem spotkania Boga, jeśli tylko przeżywamy ją z Bogiem – staje się drogą, czyli byciem z Chrystusem.

Chciałbym, aby ta lektura prowadziła was do całkowitego zanurzenia się i zapatrzenia w Chrystusa. Jest to też zaproszenie do podjęcia osobistej ścieżki, która w ciągu trwania życia przekształci się w drogę, jaką ma na myśli Jezus w Ewangelii według św. Jana.

Książka ta powstawała w różnym czasie i w wielu miejscach: w przerwach od nauki do matury, w szkole, w trakcie przygotowań do Lednicy, podczas wieczorów poprzedzających prowadzone przeze mnie rekolekcje. Jednak każdy fragment i każda myśl były przeżywane i na nowo odkrywane w moim niewielkim pokoju, przy drewnianym biurku, na którym zawsze znajdują się trzy książki: Biblia, brewiarz oraz lektura duchowa. Mój pokój (ang. room), w którym śpię stosunkowo rzadko z racji licznych wyjazdów, jest moim pokojem (ang. peace) – miejscem powrotu do tego, co dla mnie najważniejsze, do przeżywania mojej codzienności z Bogiem. Mogę też powiedzieć, że ta książka była pisana przez całe moje dotychczasowe życie. Każde spotkanie, spojrzenie, każda rozmowa i każdy gest – to właśnie one składają się na kolejne rozdziały, zdania i słowa. Mam nadzieję, że to, co powstało z życia, również da życie. Pragnę, abyś dał się zaprosić do odkrywania swojej osobistej drogi, prowadzącej do głębokiego doświadczenia Życia – które sprawia, że możemy kochać, płakać, tęsknić.

I  PUSTKA

Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu.

(J 4,14)

Był wśród faryzeuszów pewien człowiek, imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Niego nocą i powiedział Mu: „Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z Nim”. W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego”. Nikodem powiedział do Niego: „Jakżeż może się człowiek narodzić, będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?”. Jezus odpowiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”. W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: „Jakżeż to się może stać?”. Odpowiadając na to, rzekł mu Jezus: „Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich? I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu”.

(J 3,1–21)

Głód, którego nie zaspokoi świat

Pewnego dnia postanowiłem, że zrobię w domu małą imprezę. Po prostu miałem wolną chatę, więc czemu nie skorzystać? To miał być luźny wieczór ze znajomymi, zwykłe spotkanie, chociaż ostatecznie wyszło raczej męsko – przyszli sami koledzy. Plan był prosty: posiedzieć, pogadać, może obejrzeć jakiś film, wypić piwko. Ponieważ mam młodszego brata i staram się być odpowiedzialny, jeszcze przed imprezą wpadłem sprawdzić, co u niego słychać. Wszedłem do jego pokoju, spojrzałem – wszystko było w porządku, brat grał w Fifę. Zapytałem go więc tylko: „Co tam?”. A on odpowiedział: „Wszystko jest git”. Pomyślałem: „Spoko”, i wróciłem do kolegów. Zapowiadał się fajny wieczór z kumplami.

Mam w domu długi korytarz, na końcu którego jest rozwidlenie. Po lewej stronie znajduje się salon – tam właśnie chłopaki siedzieli i rozlewali różne trunki – a po prawej kuchnia. Tam z kolei siedział jeden z moich bliższych przyjaciół, który wydawał mi się trochę przygaszony. Zapytałem go więc, co robi, a on odpowiedział tylko lakonicznie, że… tosty. Niby to była prawda, ale widziałem, że coś jest nie tak. Zacząłem więc dopytywać, o co chodzi. Wtedy podniósł głowę, spojrzał na mnie i powiedział: „Stary, ja nie wiem, co się ze mną dzieje. Za moment matura, moja przyjaciółka w szpitalu, inny ziomek ma zapalenie opon mózgowych. Wszędzie jakiś ciężar, cierpienie. Nie ogarniam tego, co się dzieje – o co w tym wszystkim chodzi?”. A potem rzucił coś, co mnie całkowicie rozwaliło: „Wojtek, ja myślę, że bez nadziei nie da się żyć”. Chłopak, który absolutnie nie kojarzy mi się z „religijnymi” czy „kościelnymi” tematami, powiedział coś tak głębokiego, że aż mnie zamurowało. Mówił, że wyznacza sobie cele: matura, studia, rodzina, dobra praca… Ale nawet jak coś osiągnie, to po chwili znowu czuje pustkę; niby spełnia marzenia, przez chwilę czuje się fajnie, a potem nic. Znowu pustka, i po raz kolejny musi gonić za czymś nowym. Jak chomik w tym swoim śmiesznym, okrągłym urządzeniu w klatce – niby biegnie, ale nie porusza się naprzód ani o krok…

Dało mi to do myślenia. Bo tak właśnie często wygląda nasze życie. Osiągamy coś, chwilę się cieszymy, a potem pojawia się pytanie: „No i co dalej?”. Sam często je sobie zadaję. Przygotowuję różne wydarzenia, prowadzę spotkania, jeżdżę po Polsce, głoszę… A za moment przychodzi poranek, patrzę w lustro i pytam siebie: „Po co to wszystko? Co za tym stoi?”. Czuję, że to, co mam i do czego dążę, nie daje mi spełnienia.

Człowiek czasem pędzi i robi wszystko, żeby wypełnić tę pustkę, którą w sobie nosi. Ale im więcej „osiąga”, tym bardziej czuje, że czegoś mu brakuje. W życiu nie chodzi bowiem o kolejne cele i sukcesy. Chodzi o coś więcej. To jest historia głodu, ale takiego, którego nie zaspokoi nic ziemskiego. To właśnie historia Nikodema – człowieka, który miał wszystko, a jednak przyszedł do Jezusa, bo czegoś mu brakowało. My jesteśmy tacy jak on. Mamy rodzinę, pracę, przyjaciół i wszystko wydaje się na swoim miejscu; jesteśmy „na szczycie”, odnosimy sukcesy, a i tak czujemy bezsens. Albo odwrotnie – wszystko się wali, jesteśmy w kryzysie i załamujemy się, bo nie widzimy żadnego sensu. Wtedy najczęściej próbujemy to jakoś zagłuszyć. Kolejnym projektem. Nową znajomością. Muzyką. Imprezą. Często są to pozornie dobre rzeczy: wszystkim pomagamy, staramy się być „ludźmi dla innych”, codziennie chodzimy do kościoła – ale wszystko to i tak staje się formą ucieczki przed samym sobą. Pustka, przed którą wciąż uciekamy, chce być dostrzeżona. Najczęściej odzywa się w ciszy, w samotności. Czasem szeptem, ale jest to szczególny szept, który trafia w samo serce i niesie za sobą refleksję: „Może wcale nie chodzi o więcej pieniędzy, o bycie znanym, o sukces? Może to wszystko nie da mi tego, czego naprawdę szukam?”. John Henry Newman pisał, że bogactwo i uznanie to współczesne bożki1. Myślę, że miał rację – serio. Chcemy mieć więcej, być zauważeni, „coś” zdobyć, ale to wszystko daje nam tylko chwilowe zadowolenie. Nigdy nie zagwarantuje trwałego szczęścia.

Niedawno głosiłem rekolekcje na Islandii. Ludzie mają tam inny rytm i styl życia: praca, sen, jedzenie, znowu praca… Niby wszystko robią po to, żeby potem wyjechać na drogie wakacje, kupić fajne auto, osiągnąć konkretny status społeczny. Nawet najmłodsi uważają, że wartość człowieka mierzy się tym, co ma. Uważam, że to prosta druga do zguby, ale niestety jest to mentalność, którą my też powoli przyjmujemy. Tylko że to na dłuższą metę nie działa! Pragnienie posiadania rzeczy materialnych kiedyś się kończy. Więcej – ono zawsze się kończy, i nigdy nie zapełnia pustki, która głęboko w nas siedzi. Nie daje spełnienia i szczęścia.

Pustka, która woła

W tej książce często będę się odwoływał do Wyznań św. Augustyna2. To jeden z tych świętych, których życie naprawdę daje mi do myślenia. Nawrócił się dopiero w wieku 33 lat i wtedy przyjął chrzest. Wcześniej popadał w różne herezje, ale był znanym człowiekiem – retorem, filozofem, kimś, kto po ludzku miał wszystko: pieniądze, uznanie, pozycję. A mimo to pisał o pustce. O tym, że coś w nim ciągle szukało Boga, On zaś nieustannie dawał mu znaki – tylko Augustyn ich wcześniej nie widział. Rozpoznał je dopiero po nawróceniu. W jednej ze swoich historii opowiada, jak szedł ze znajomymi przez rzymską dzielnicę. Zobaczył tam żebraka, który był szczęśliwy – mimo że siedział na ulicy, pił tanie wino i nie miał kompletnie nic. Gdy Augustyn wrócił do domu, dotarło do niego, że jego włas­ne szczęście jest równie płytkie. Podobnie jak ten żebrak upił się winem, tak i on sam był pijany światem: sławą, pieniędzmi, pogonią za uznaniem, a to wszystko stanowiło tylko ucieczkę od prawdziwego życia i szczęścia.

Myślę, że to historia również wielu z nas. W moim życiu też tak było. Gdy byłem daleko od Boga, On cały czas próbował się do mnie przebić – ale ja to ignorowałem. Nazywałem to „Jego nieobecnością”: Tego, w którego kiedyś, jako dzieciak, wierzyłem.

Piszę o tym, bo chcę opowiedzieć wam o Nikodemie. Przypomnę, że był on żydowskim dostojnikiem, kimś bardzo obeznanym z religią, takim – powiedzmy – współczesnym „dobrym katolikiem”, człowiekiem z autorytetem w Kościele. A jednak przyszedł do Jezusa… nocą. Bo coś w nim wciąż było niespokojne, coś mu „nie grało”. Czuł, że czegoś mu brakuje, że nie wszystko rozumie. To jest też nasza historia. Wielu z nas „wychowało się w Kościele”: chodziliśmy z rodzicami na msze, modliliśmy się przed jedzeniem, jeździliśmy na rekolekcje. Ale przyszedł w końcu taki moment – i to musiało się wydarzyć – kiedy zaczęliśmy zadawać pytanie: „Czy ja naprawdę wierzę, czy tylko powielam schemat?”.

Mówią, że młodzi ludzie odchodzą z Kościoła – w jakiejś mierze jest to prawda. Ale myślę, że jeśli ktoś odchodzi świadomie, to wcale nie jest to złe. Lepiej odejść na chwilę i wrócić z własnej woli niż tkwić w wierze, która nic dla kogoś nie znaczy. Sam tak miałem: byłem w ciągłym biegu – impreza za imprezą, hałas, tłum, zero ciszy. I nagle… któregoś ranka obudziłem się i stwierdziłem, że mam tego dość. Poszedłem wtedy do jednego z warszawskich kościołów. Usiadłem z tyłu, spojrzałem na krzyż, na tabernakulum, i krzyczałem w głowie: „Jezu, o co tu chodzi? Jeśli jesteś, daj mi jakiś znak!”. Wyszedłem i niby nic się nie zmieniło, ale jednak coś ważnego zaczęło się we mnie dziać. Zrozumiałem jedno: że pustka, którą czuję, to nie przypadek, tylko głos. Głos Boga, który woła, który mnie szuka.

Pustka nie jest tylko moim doświadczeniem. Ona mieszka w każdym z nas. To taki rodzaj nienasycenia, jakiego nie zaspokoją ani pieniądze, ani sukcesy, ani relacje. Nie stanowi problemu, tylko jest zaproszeniem do czegoś więcej – do relacji, która naprawdę ma sens. Nikodem też to czuł. Był „człowiekiem Kościoła”, ale wiedział, że czegoś mu brakuje. Dlatego przyszedł do Jezusa z pytaniem: „Co dalej?”. Myślę, że to pytanie prędzej czy później zada sobie każdy, kto chce przeżyć swoje życie w pełni.

Problem polega na tym, że często widzimy wiarę tylko jako zestaw nakazów. Rodzice mówią: „Idź do kościoła”, ale nie tłumaczą, dlaczego masz iść. Widzimy, że wiara ich męczy, że nie daje im radości. Więc jak sami mamy uwierzyć? Jak mamy się w taką wiarę i Kościół zaangażować? Albo trafiamy na księży, którzy nie umieją powiedzieć, co wiara im daje, i próbują przekonać nas do czegoś, w co sami nie wiedzą, czy wierzą. To – powiedzmy wprost – odpycha, i niestety słusznie.

Nawet jeśli takie postawy nas zniechęcają, to pustka nie przestaje do nas mówić. Gdzieś w nas ciągle pulsuje pytanie: „Po co ja tu jestem? Jaki to wszystko ma sens?”. Może nie widzisz wiary w swojej rodzinie. Może wszystkie praktyki religijne były tylko formalnością. Ale dziś, tu i teraz, możesz usłyszeć coś więcej – coś, co nie jest głosem instytucji, ale wewnętrznym wołaniem. Szczęścia nie znajdziesz w sławie, władzy, dobrach materialnych ani w tym, co ulotne. Szczęście to nie radość. To stan, odpowiedzialność, powrót do naszej natury – do Tego, który nas stworzył. Jeśli szukamy nieskończonego szczęścia w skończonych rzeczach, to zawsze będziemy rozczarowani. Jedynym nieskończonym dobrem jest Bóg. I tylko w Nim człowiek odnajdzie to, czego tak bardzo pragnie.

Katechizm Kościoła Katolickiego mówi jasno: „Pragnienie Boga jest wpisane w serce człowieka, ponieważ został on stworzony przez Boga i dla Boga. Bóg nie przestaje przyciągać człowieka do siebie i tylko w Bogu człowiek znajdzie prawdę i szczęście, których nieustannie szuka” (KKK 27). Nie bez powodu jest to pierwszy punkt jednej z najważniejszych ksiąg kompendium nauki Kościoła. A my możemy stopniowo odkrywać tę prawdę w naszym życiu. Cała historia mojego życia to jedynie odpowiedź, jakiej udzielam na Boże wyjście do mnie. Nie ma nic cenniejszego niż właśnie to poszukiwanie i dostrzeganie – gdzie, w jakich momentach Bóg podaje nam swoją dłoń i czeka z cierpliwością na naszą odpowiedź.

Droga do prawdy o sobie

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najtrudniejszy temat, jaki można poruszyć. Dotyczy zresztą każdego z nas, bez wyjątku. A jednocześnie pojawia się w tym kontekście problem, jak o tym mówić – jak ubrać w słowa to, co tak głęboko w nas siedzi: owo poczucie pustki, samotności? To wieczne szukanie szczęścia, spełnienia, czegoś nieskończonego? Próbuję to jakoś ułożyć w historię, zebrać myśli, ale wydaje mi się, że robię to bardzo nieporadnie. I chyba wszyscy gdzieś w środku czujemy podobnie.

Najlepiej oddają to słowa św. Augustyna z jego Wyznań: „Niespokojne serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie, Boże”3. To zdanie dotyczy każdego – nie tylko wierzących. Każdy z nas zna to uczucie niepokoju, tę trudną do nazwania tęsknotę. Jeśli szczęście to coś trwałego – jak wewnętrzny pokój – to niepokój jest znakiem, że jeszcze nie znaleźliśmy swojego miejsca. Dla nas, chrześcijan, tym miejscem – albo raczej Tym Kimś – jest Bóg. Tylko coś nieskończonego może wypełnić nieskończoną przestrzeń w nas. A rzeczy skończone, choćby nie wiem jak były piękne, nigdy nie dadzą pełni. O tym właśnie mówi historia Nikodema, który słyszy od Jezusa: „Musisz się narodzić na nowo”. Co to znaczy? Żeby wrócić do Źródła, do początku. A początkiem jest Bóg – Ten, który nas stworzył i do którego zmierzamy. Nasze życie to wędrówka ku spotkaniu z Nim. Teraz szukamy Go jeszcze trochę „na ślepo”, ale kiedyś zobaczymy Go „twarzą w twarz” (por. 1 Kor 13,12). I wtedy wszystko nabierze sensu.

Święty Paweł w Liście do Kolosan pisze: „W Nim wszystko ma istnienie” (por. Kol 1,17). A Dzieje Apostolskie dodają: „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28). Czyli wszystko – dosłownie wszystko – jest przesiąknięte Bogiem. Nikodem, żeby to zrozumieć, musiał zajrzeć głęboko w siebie: wejść w tajemnicę swoich narodzin, czyli własnego istnienia. W tym celu potrzebował przestać uciekać przed pustką, nie zagłuszać dłużej trawiącej go tęsknoty. Źródłem szczęścia jest bowiem źródło naszego życia – a więc Bóg. Dopiero po spotkaniu Go można zacząć żyć „na serio”. Dopiero wtedy poznajemy prawdę. Pismo Święte mówi jasno: „Bóg jest Prawdą” (por. J 14,6).

W zasadzie Nikodem żył „w rozkroku”. Miał życie, które z zewnątrz wyglądało prestiżowo: kontakty, sława, stabilizacja. Ale gdy spotkał Jezusa, coś w nim pękło. Może ty też się w tym odnajdujesz. Z jednej strony – szkoła, praca, życie towarzyskie; z drugiej – gdzieś tam Bóg, Kościół, modlitwa. Wydaje się jednak, jakby były to dwa osobne światy – a nie powinny być. Jeżeli nie połączymy tego, co święte, z tym, co codzienne, nasza wiara będzie tylko czymś płytkim, jakimś „dodatkiem” do życia – będzie jałowa. Jezus nie chce być w „kościelnej sferze” naszego życia; On pragnie być wszędzie! W zakupach. W nauce. W pracy. W tym, co zwykłe.

Pytanie Nikodema: „Jakżeż to się może stać?”, jest w gruncie rzeczy pytaniem do każdego z nas. Jak mam się zmienić? Jak znaleźć sens? Jezus odpowiada nieco zagadkowo; odnosi się do sceny z Księgi Liczb, gdzie Mojżesz zawiesza na palu miedzianego węża i każdy, kto na niego spojrzał, a został wcześniej ukąszony przez jadowite węże, był uzdrowiony (Lb 21,8–9). Tak samo – mówi Jezus – będzie z Nim. Każdy zraniony, kto czuje ból, pustkę, bezsens, musi spojrzeć na Tego, który zawisł na krzyżu. Bo On nie przyszedł nas potępić. On przyszedł, żebyśmy żyli. I to na zawsze.

Krzyż to nie tylko symbol. To konkret – moment, w którym człowiek może odnaleźć sens swojego życia. Jak powiedział pewien dominikanin: „Krzyż to wszystko to w naszym w życiu, co mamy, a myślimy, że jeślibyśmy tego nie mieli, to bylibyśmy szczęśliwi”. Albo odwrotnie – to coś, czego nie mamy, a wydaje się nam, że jak to zdobędziemy, to w końcu osiągniemy szczęście. Tymczasem życie boleśnie pokazuje, że tak po prostu nie jest.

Każdy z nas nosi krzyż. To może być relacja, której nam brakuje. Praca, jaką chcemy dostać, a nie możemy. Utrata kogoś bliskiego, sprawiająca nam ból. Albo uzależnienie, z którym się zmagamy. I myślimy: „Gdyby tylko to się zmieniło, wtedy moje życie byłoby lepsze”. Ale to nieprawda. Spełnienie nie przychodzi wtedy, kiedy osiągamy jakiś ludzki cel – bo wtedy zaraz pojawia się kolejny brak. Krzyż pokazuje, że nie zbawimy się sami: prawdziwe szczęście przychodzi nie wtedy, kiedy pozbędziemy się cierpienia, ale kiedy zostanie ono przemienione przez miłość. Jak już mówiłem – sam tego doświadczyłem, kiedy siedziałem raz w ciemnym kościele, totalnie zagubiony. Pustka w środku, w głowie mętlik, serce kompletnie poranione. Próbowałem to wszystko zagłuszyć przez przelotne relacje, używki, szybkie przyjemności. Ale wtedy spojrzałem na ikonę Jezusa, na krzyż. I to był moment, w którym wszystko się zmieniło. Nie magicznie, nie od razu – ale prawdziwie.

W krzyżu nie ma potępienia. Jest miłość. Ktoś umiera za ciebie nie po to, żeby cię osądzić, ale żebyś żył. Nikodem zrozumiał to dopiero po czasie, ale gdy już to pojął, stanął przed Radą Najwyższą – najważniejszymi ludźmi w kraju – i powiedział coś niesamowitego: „Nie potępiajcie, zanim nie poznacie” (por. J 7,50–52). Czyli zanim ocenisz Jezusa, Kościół, różne formy modlitwy, daj sobie szansę wejść w tę relację. Spróbuj. Sprawdź. Bo może to nie jest tylko teoria, tylko coś, za czym od dawna tęsknisz.

Światło w ciemności

„Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,17). To prawda, w którą trudno nam uwierzyć. Mamy czasem w głowie obraz Boga, który karze. Wyobrażamy Go sobie jako kogoś, kto tylko czeka, żeby złapać nas na błędzie, wpisać nam do tabelki plusy i minusy, skrytykować. Tymczasem Ewangelia wprost nam mówi, że nasz Bóg nie jest Kimś, kto będzie nas chciał potępić; przeciwnie, będzie robił wszystko, by doprowadzić nas do zbawienia. To dlatego doświadczamy w naszym życiu pustki i różnych ograniczeń, po to jest krzyż, który dźwigamy każdego dnia – aby kierowały nas ku Bogu. Możemy to bardzo świadomie odrzucić i powiedzieć: „Nie, nie potrzebuję relacji z Bogiem. Chcę kontynuować to życie, które mam. Chcę szukać spełnienia w tym, co materialne”. Jednak – przyznam z własnego doświadczenia – będzie to błąd!

Bóg przychodzi w pustce, a czasem w drugim człowieku – tylko po to, by dać nam prawdziwe życie. Pragnie przywrócić nas do korzeni naszego istnienia i skłonić do tego, żebyśmy szukali spełnienia w Nim, naszym Stwórcy. Zachęca nas, byśmy zaspokojenia naszych najgłębszych pragnień szukali nie gdzie indziej, jak tylko w Tym, który dał nam życie, który może je odebrać, ale też jako jedyny potrafi je naprawdę wypełnić.

Bóg nie przychodzi po to, aby narzucić nam jakiekolwiek ograniczenia. Ewangelia mówi, że ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło (por. J 3,19). Bardzo często kochamy trwać w ciemności, dlatego że nie mamy doświadczenia bycia w świetle. Boimy się pójść za Chrystusem; mamy bardzo ludzkie wyobrażenie Boga jako kogoś, kto nam nie przebaczy. Ale Bóg jest Bogiem miłości, a nie Bogiem potępienia. Jest Tym, który doprowadza nas do zbawienia. Na tym polega Jego ojcowska miłość – inna od tej ludzkiej. Bóg jest Ojcem, który kocha odwiecznie, zawsze ma czas i robi wszystko, aby doprowadzić nas do sensu naszego życia. Być może nasz obraz Boga wynika z osobistego doświadczenia miłości rodzicielskiej, wyniesionego z domu. To bywa ciężkie, ale trzeba się przez to przebić, aby nie przypisywać ludzkich wad Bogu. On daje nam ponadludzką miłość, która przewyższa wszelkie pojęcia.

Często to, co proponuje Kościół, wydaje nam się jakimś głupstwem. Jak to: wstrzemięźliwość seksualna? Chodzenie do kościoła? Marnowanie czasu na jakąś modlitwę do Boga, co do którego nawet nie mam pewności, czy istnieje? Albo jeszcze dekalog, który wielu wydaje się już jakimś przeżytkiem – czymś, co kiedyś może i miało znaczenie, ale dziś?! Dziś to już co innego… A to wszystko MA SENS. Trzeba tylko najpierw zaufać, aby uwierzyć – zaufać, aby mieć relację z Bogiem, a nie najpierw mieć relację z Bogiem, a potem „ewentualnie” zaufać. Najpierw potrzeba zaufania, by oddać się w Jego ręce, żeby spróbować żyć tak, jak On proponuje, i zobaczyć, że w tym sposobie życia jest szczęście. Chociaż po ludzku może wydawać się to głupstwem, ale – co właściwie ci pozostaje, gdy wciąż jesteś głodny? Jakie masz inne opcje, skoro szukasz szybkiego zaspokojenia, sięgając po ludzkie sposoby na szczęście, a mimo to nadal czujesz głód, niepokój, pragnienie, którego nie potrafisz ugasić?

Przypisy

1. Mowa o kazaniu: Saintliness the Standard of Christian Principle, opublikowanym w zbiorze Discourses to Mixed Congregations, https://www.newmanreader.org/works/discourses/discourse5.html (dostęp: 04.11.2025).
2. Św. Augustyn, Wyznania, przeł. Z. Kubiak, Warszawa 1978.
3. Tamże, s. 9.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Słowo na początek

I PUSTKA

Głód, którego nie zaspokoi świat

Pustka, która woła

Droga do prawdy o sobie

Światło w ciemności

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

© Wydawnictwo WAM, 2026

Opieka redakcyjna: Kama Hawryszków

Redakcja: Marta Koziak-Podczerwińska

Korekta: Klaudia Bień, Katarzyna Onderka

Projekt okładki: Marcin Jakubionek

Skład i opracowanie graficzne: Lucyna Sterczewska

ISBN 978-83-277-4876-8

NIHIL OBSTAT

Prowincja Polski Południowej TJ,

ks. Jarosław Paszyński SJ, prowincjał,

Kraków, 18 listopada 2025 r., l.dz. 43/2025.

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

e-mail: [email protected]

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 93 260

www.wydawnictwowam.pl

Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk