The Tuscan Marriage - Ada Tulińska - ebook
NOWOŚĆ

The Tuscan Marriage ebook

Ada Tulińska

0,0

301 osób interesuje się tą książką

Opis

Wakacyjny romans i spaghetti western w jednym!

Maddalena uciekła z rodzinnej Toskanii do Nowego Jorku. Po latach otrzymuje wiadomość dotyczącą potencjalnego spadku – zameczku wśród winnic. Jest jednak haczyk. Ze względu na stare prawo dziedziczenia musi przedstawić rodzinie swojego męża, którego...

jeszcze nie ma. 

Liam ma urok hollywoodzkiego łotra i bardzo potrzebuje pieniędzy. Zlecenie udawanego małżonka wydaje się łatwym zarobkiem.

Wszystko się skomplikuje, gdy jego nowa żona wyciągnie strzelbę, a do głosu dojdzie żądna majątku część rodziny.

 

Sugerowany wiek +18

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 283

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



The Tuscan Marriage

Ada Tulińska

Copyright © by Adelina Tulińska-Szynkarewicz

Autor ilustracji krajobrazu na okładce:stock.adobe.com/pl/Dutko Viktoria

 

 

Autor zdjęcia na wyklejce i elementów

stock.adobe.com/pl/ Kristina Bilous

 

Projekt okładki, DTP: Adelina Tulińska-Szynkarewicz

 

Redakcja: Sara Rzeczycka

Korekta: Ewelina Dobosz

 

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie ani odczytywana w środkach publicznego

przekazu bez pisemnej zgody autorki.

 

Wydanie I

Bedoń Przykościelny 2026

ISBN: 978-83-976922-9-9

 

Nocne Czytanie

Dla dziewczyn, które nie boją się walczyć o swoje.

Cześć!

Na wstępie uprzedzam, to nie jest tylko wakacyjny rom-com z toskańskim winem w tle. Owszem, bohaterowie udają parę. Dogryzają sobie i jest wesoło, ale... pod spodem pojawi się mroczniejsza warstwa tej historii. Mam nadzieję, że emocje będą żywe – zarówno te radosne jak i te bolesne, przypominające sól na ranach.

Życzę udanej lektury na leżaku!

Dziękuję po raz kolejny, że jesteś ze mną.

 

 

Ściskam,

Ada

 

 

TW:

 

Sceny intensywne emocjonalnie

(zazdrość, kontrola, konfrontacje, przemoc)Wulgarny językSceny erotyczne 18+Używki: alkohol, papierosy

Playlista

Hot Blood – KALEOFire – Barns CourtneyMovement – HozierPoison & Wine – The Civil WarsBroken Bones – KALEODevil Like Me – Rainbow Kitten SurpriseLegendary – Welshly ArmsWay Down We Go – KALEOSupernatural – Barns CourtneyCherry Wine – HozierThe Night We Met – Lord HuronFree Animal – Foreign AirGlitter & Gold – Barns CourtneySave Me Some Sunshine – RaffertyI Found – Amber RunEnds of the Earth – Lord Huron

1

Maddy

 

Idę Exchange Ave z nosem w telefonie i nagle coś uderza mnie z impetem w czoło. Coś miękkiego. Unoszę głowę, gapiąc się na pierzastą, żółtą maskę z czerwonym dziobem.

– Co pani wyprawia? – Zza pluszowego przebrania dobiega męski głos. Jest niski, chropowaty i… całkiem przyjemny. Zza cienkiej, białej siatki błyszczą zielone oczy.

Mrugam kilka razy. Kurczak trzyma mnie za poły marynarki, a ja balansuję obcasem na krawędzi kałuży. Trzyma mnie mocno, ale i tak ląduję drugą nogą w błocie. Zimna woda nasiąka przez zamsz. Unoszę stopę. Szlag! To moje ostatnie porządne buty, a mój AmericanDream to jakaś marna parodia. Miałam stać w błyszczącej sukni na scenie filharmonii, a skończyłam przygrywając do kotleta w podrzędnych knajpach. Nikt nie słucha Vivaldiego, kiedy ma przed sobą frytki smażone w starym oleju podane ze słodkim keczupem, który nigdy nie stał koło pomidora.

Przyjechałam tu, żeby zacząć od nowa. Wmawiam sobie, że to mnie nie rusza, ale dziesięć minut temu coś we mnie pękło. Właściciel tej „restauracji” zapytał, czy mam keyboard i mogłabym zagrać „disco”, bo klienci uciekają do ogródka. „Disco srisco”, odparłam i wyszłam zaraz po tym, jak wytrąciłam mu talerz z ręki. Wiem, ta reakcja mogła być nieco dramatyczna, ale ja po prostu mam nóż na gardle. Zatachałam wiolonczelę do domu i oto jestem: pod szarym niebem, z mokrym butem i desperacją w gardle. Umówiłam się z Emily i liczę, że to spotkanie podniesie mnie na duchu. Muszę wrócić do grania w metrze i wcale mi się to nie podoba. Przypomina mi to o tym, że znów spadam na samo dno.

Ktoś chrząka. Dopiero po chwili przypominam sobie, co się właśnie stało.

Chłopak w kostiumie powoli puszcza moją marynarkę, jakby bał się, że jednak się wywalę. Z zielonych oczu zjeżdżam wzrokiem na dół. Pomarańczowy materiał na jego nodze nasiąka brudną wodą.

– Najmocniej przepraszam – mówię pokornie, ale zaraz dodaję bojowo: – Byłoby łatwiej, gdyby nie zajmował pan połowy chodnika.

Kurczak milczy, gapiąc się na mnie przez maskę. Pewnie analizuje mój dziwny akcent.

– Powinna się pani zmieścić na drugiej połowie. Poza tym tu się pracuje. – Wskazuje ręką na szyld z czerwoną ognistą czcionką: „Złociste kurczaki popieszczą twoje podniebienie. Pan Kurczak poleca”.

Otwieram usta, gdy wciska mi ulotkę z rabatem. „Pan Kurczak zaprasza”. Przebiegam wzrokiem po hasłach reklamowych i zdjęciach ociekających tłuszczem nóżek.

– Genialne. Zapraszasz na kawałki swoich kumpliz rożna?

– Genialne – potwierdza. – To nie moja restauracja. Tylko tu dorabiam.

Przez ułamek sekundy chcę zapytać, czy nie potrzebują oprawy muzycznej, ale ostatkiem sił się powstrzymuję. Nie pozwolę, żeby tłuszcz popryskał mój instrument. Tak sobie wmawiam, bo tak naprawdę chce mi się ryczeć.

– Maddy!

Emily macha do mnie wariacko znad barierki ogródka. Prawie wywraca płotek, ale Pan Kurczak chwyta go i posyła nam obu ostrzegawcze spojrzenie.

Mijam go z krótkim „do widzenia”, pod nosem dodaję „tu się pracuje”. Przepycham się przez ciasny ogródek, czując zapach rozlanego piwa. Opadam na plastikowe krzesło, stękając i wciągając brzuch. Za mną siedzi grupa nastolatków w ciemnych bluzach.

– Słuchaj, z kuponów możemy wziąć dwa kubełki – stwierdza ten za mną, odsuwa krzesło i wciska mnie jeszcze bardziej w blat, aż tracę dech.

Gdyby siostry mnie teraz widziały, nie uwierzyłyby, że z własnej woli weszłam do takiego miejsca.

Przede mną stoi kieliszek wina, który wygląda jak ostatnia nadzieja dzisiejszego dnia.

– Świętujemy! – Emily wznosi toast.

Biorę łyk i z całych sił powstrzymuję się, żeby go nie wypluć.

Mój dziadek Roger na pewno wiedziałby, co to za lura. On i babcia Laura prowadzą uroczy hotel w Toskanii. Zrobili z ruiny raj. Tęsknię za nimi, za dobrym winem, widokami i architekturą, ale po pewnej sytuacji przysięgłam, że moja noga nie stanie więcej na tamtej ziemi.

Pan Kurczak wachluje się reklamowymi ulotkami, łypiąc na nas krytycznie.

– Stało się. – Rozpromieniona Em ponownie unosi kieliszek, a na jej palcu widzę diament. Przecieram oczy i przyciągam jej dłoń pod sam nos. Wielkie błyszczące oczko kojarzy mi się z gwiazdą na niebie.

– Zabrał mnie do hotelu Greenside!

Chcę coś powiedzieć, ale ubiega mnie prychnięcie. Pan Kurczak stoi obok i opiera pluszowe dłonie na balustradzie.

– Pewnie zrobił to na tarasie na trzecim piętrze?

– Skąd wiesz? – dziwi się Emily.

Kurczak wzrusza beztrosko ramionami, ale czuję, że zaraz zrzuci na nas jakąś bombę. Próbuję mu dać znak brwiami, żeby się zamknął.

– Pracowałem tam. To najbardziej oklepane miejsce. Oświadczają się tam trzy razy w tygodniu.

Uśmiech Emily gaśnie jak zdmuchnięta świeca. Wstaję gwałtownie. Za mną rozlega się jęk.

– Pozwolisz na słówko? – Mój ton jest słodki, kiedy ponownie przepycham się między krzesłami. Ale cukier ołowiany też jest słodki.

– Wpisz w Google najlepsze miejsce na oświadczyny – mówi jeszcze do Emily i rusza wzdłuż balustrady. Spotykamy się obok naszej kałuży.

– Dlaczego to robisz? – Dźgam palcem powietrze między nami. – Próbujesz jej obrzydzić zaręczyny?

– Mówię prawdę. – Wzrusza ramionami, wciskając ulotkę jakiemuś studentowi. – Niech wie, że jej facet się nie wysilił.

Kręcę głową, łapiąc się za skronie.

– A co cię to obchodzi?! Do cholery!

Posyła mi ponure spojrzenie.

– Nie kłamałem. Pracowałem tam i widziałem, co ci mężczyźni z pierścionkami odwalają w klubie na rogu. – Pokazuje ulotkami na kolorowe neony z wygiętą tancerką.

Prycham i chwytam go za kombinezon.

– Posłuchaj mnie nielocie. Teraz pójdziesz do Emily i zaćwierkasz, że pomyliły ci się hotele.

– Kurczaki nie ćwierkają – rzuca. – A co będęz tego miał?

– Nie zrobię z ciebie soczystych nóżek w sosie barbecue.

Parska śmiechem, ale kiwa głową.

– Zgoda, lisiczko.

– Peter to porządny gość – mówię, puszczając go, i wracam wściekła do stolika. Emily, bledsza o kilka odcieni, sprawdza cośw telefonie.

– Znalazłam ten wątek. Peter pytał o to miejsce i czy nie jest zbyt drogie… – szepcze, zerkając na swój serdeczny palec. – O nie, ktoś mu zaproponował używany pierścionek…

Wyrywam przyjaciółce telefon.

– Emily, stop! Ważne, że chce być z tobą. Pierścionek jest piękny. Nie szukaj dziury w całym!

Przyjaciółka patrzy na mnie szklanymi oczami.

– Masz pierścionek, masz narzeczonego – przypominam. – Gdyby nie komentarz tego ptaszka, nawet byśmy nie podejrzewały, że kupił go z drugiej ręki. Powinnaś się cieszyć, Em. Facet będzie dobrze zarządzał budżetem domowym.

Emily ukrywa twarz w dłoniach.

Niezręczną ciszę ratuje mój telefon. Zdjęcie babci i dziadka wyświetla się na ekranie. Mój brzuch zalewa płynne żelazo. Nie rozmawialiśmy od lat. Pewnie wybrali mój numer przez pomyłkę. Krzywię się i odrzucam połączenie. Sekundę później dostaję SMS.

Nie mogę powstrzymać jęku.

– Co jest? – pyta Emily. Kelnerka właśnie stawia przed nami kubeł kurczaków.

– Chrzciny syna mojej siostry – wyjaśniam, trzymając ręce na skroniach.

– I co? Polecisz?

Kurczak kręci głową, przechodząc obok i mamrocząc o strasznych tragediach. Ostentacyjnie odgryzam kawałek nóżki, patrząc mu przy tym w oczy.

– Nie. To tylko pretekst. – Odwracam się do Em. – Babcia wspomina coś o spadku. Pewnie chce im przepisać hotelik. Nie mam ochoty na to patrzeć.

Emily otwiera usta. W jej wielkich niebieskich oczach błyszczy coś na kształt wielkiego oburzenia.

– Chcesz mi powiedzieć, że twoje siostry zgarną ci sprzed nosa kolejną nieruchomość?

Wzdycham.

– Tak.

– Mieszkają w domu po twojej matce. Kiedy upomniałaś się o swoje, przestały odbierać telefony. Dobrze pamiętam?

– Tak, ale…

– Druga siostra dostała mieszkanie w Mediolanie.

Kiwam głową, czując żółć podchodzącą do gardła. To wszystko prawda.

– Czemu odpuszczasz?

– W Campienne obowiązuje warunkowe prawo dziedziczenia majątku. Trzeba być po ślubie i nie można tego sprzedać. Po co mi to? – Macham dłonią.

– Co?! – Em zastyga ze skrzydełkiem w drodze do ust.

Wie, jaki mam stosunek do papierka i pierścionka. Za dużo napatrzyłam się na małżeństwa, które uśmiechały się przy niedzielnym obiedzie, by w tygodniu mijać się w milczeniu. Po prostu w to nie wierzę.

– Tak. Widzisz, to nie tak, że moje siostry są takie zachłanne i wstrętne. Tak po prostu wyszło.

Siedzimy w milczeniu. Pan Kurczak niby wciska ulotkę grupce studentek, ale widzę, że nadstawia uszu.

Emily przesuwa kurczakiem po keczupie wte i wewte. Wiadomość o spadku musiała ją zaintrygować, bo raz po raz zerka na mnie tym swoim detektywistycznym wzrokiem.

– Pokaż ten hotelik. Może warto zawalczyć.

Wzdycham i wpisuję nazwę hotelu w Google. Chwilę później na portalu Booking wyskakują mi zdjęcia stolika z sokiem pomarańczowym i croissantami. Odwracam wzrok i podaję komórkę Em. Oglądanie tego miejsca po latach jest jak picie kwasu salicylowego.

Przegląda zdjęcia w skupieniu, przygryzając wargę.

– Przecież to pieprzony zamek!

– Naprawdę? Nie zauważyłam…

– Musisz ich przekonać, że masz męża!

Patrzę na nią jak na wariatkę. Nie, żebym wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale prawo jest po stronie sióstr. Poza tym do męża mi w tej chwili tak daleko jak do Campienne.

– Nikt mi nie uwierzy na gębę.

– Wynajmij udawanego chłopaka – sugeruje Em z roziskrzonymi oczami. Przez chwilę stukam palcami w stolik.

– Nie mam pieniędzy na aktora – wzdycham.

– Pożyczę ci – deklaruje Emily, sprawdzając coś na komórce. – Trzeba tylko znaleźć kogoś porządnego, żeby cię nie oszukał.

Prycham.

– Nie chcę tam mieszkać – przypominam.

– Ale przecież nie musisz. Zobacz, całe życie unosiłaś się honorem i odpuszczałaś. Efekt? Jesteś spłukana, sfrustrowana i marudna.

– Nie jestem marudna – protestuję.

– Gardzi zameczkiem w Toskanii – mamrocze Emily pod nosem. – Pomyśl o swojej przyszłości. Dziadkowie chcą zostawić spadek w dobrych rękach. Nie znaczy, że już umierają. Po prostu chcą zadbać o dziedzictwo. Może potrzebują pomocy? Pomożesz im, znajdziesz im pracownika, a w zamian za to będziesz otrzymywać comiesięczny przelew z wynajmu. Niech ci odpalają chociaż za jeden pokój…

Słucham jej, przyciskając dłonie do głowy. Siostry tak właśnie robią. Wynajmują mieszkanie w Mediolanie, a mieszkają na wsi. Nie dzielą się ze mną nawet groszem. Żadna nie zapyta, co u mnie słychać i czy mam co włożyć do garnka. Po prostu zaakceptowały, że wyjechałam i pewnie cieszą się, że mają jedną gębę mniej do podziału.

– Koleżanka mówiła mi, że wynajęła chłopaka na wesele siostry – Emily nadaje jak stare radio, przeszukując swój telefon. – Zapłaciła mu chyba tysiąc dolarów za cały tydzień…

Nagle ktoś nad nami odchrząkuje. Cień przysłania tę resztkę słońca, kiedy Pan Kurczak nade mną staje.

– Słyszałem waszą rozmowę. Mogę to zrobić za dziewięćset – oznajmia. Odpina rzep pod brodą i zdejmuje wielką głowę kostiumu.

Mam wrażenie, że uderzył mnie piorun. Ten chłopak wygląda jak kłopoty, w które chce się wejść, zapominając o konsekwencjach. Gapię się na niego z rozdziawioną gębą. Moja pierwsza myśl: spodobałby się babci. Przeczesuje hebanowe włosy i błyska bielutkim uśmiechem. Na śniadych policzkach pojawiają się dołeczki. Emily już się szczerzy, ale ja kręcę głową. O nie, nie ma mowy.

 

 

2

Maddy

 

Co jest? – syczy Emily, zakrywając się dłonią, tak by Kurczak nas nie słyszał. – Przecież jest niezły.

– Jest beznadziejny – odpowiadam prawie bezgłośnie.

– Wszystko słyszę, drogie panie – mówi tamten. – Pełna dyskrecja. Tanio.

Uśmiecha się w ten swój łobuzerski sposób i puszcza oczko do przechodzącej obok starszej kobiety w czerwonym płaszczu. Ta zatrzymuje się wyraźnie zaintrygowana, a jej ręka wsuwa się do torebki. Czy ona wyciąga portfel?

Kurczak kręci głową, wręcza jej ulotkę i znów odwraca się do nas.

Nachyla się tak, że prawie mam jego głowę w talerzu. Ciemne gęste włosy muskają mnie w nos. Nieźle pachnie, ale od razu kojarzy mi się z lukrecją. Niby cukierek, a gryzie. Przeklinam pod nosem.

– To kiedy i gdzie jedziemy? – Uśmieszek zarezerwowany dla babki z portfelem znika. Przeszywa mnie poważnym, a nawet – rzekłabym – chłodnym wzrokiem.

Zakładam mu złośliwie kurczakowy kaptur.

– Ty nigdzie.

Spod dzioba wydobywa się parsknięcie.

– Czego twoim zdaniem brakuje mi do tej roli? – Zerka na mnie spode łba.

Emily unosi brwi i dyskretnie pokazuje mi kciuk do góry.

– Wszystkiego – odpowiadam. Zapada gęsta cisza. Kurczak zdejmuje kaptur i patrzy na mnie poważnie, przez co zaczynam czuć się jak snobka. – Przepraszam, ale po prostu jesteś przeciwieństwem mężczyzny, którego bym wybrała na swojego partnera i moja rodzina w mig to rozpozna.

– Przeciwieństwa się przyciągają. – Przekrzywia głowę. – Wyrzeźb mnie, Maddie – prowokuje. Na dźwięk mojego imienia w jego ustach przechodzi mnie dreszcz. – Mogę być cichym nerdem, skupionym na tabelkach finansowych.

Zabiera siedzącej obok mnie dziewczynie okulary z głowy i przymierza.

– Nie tak mam na imię – odwarkuję.

Muszę przyznać, że gdyby nie ten jego kretyński kostium, mogłabym uwierzyć, że jest inżynierem.

Ściąga okulary i oddaje dziewczynie.

– A jak? Słyszałem, Maddie?

Teraz chwyta wzorzysty szalik Emily i naciąga go na szyję, unosi dłoń w pompatycznym geście. Twarz przyjaciółki rozpromienia szeroki uśmiech.

– Ma na imię Maddalena, a ja Emily…

Mam ochotę jej pstryknąć przed nosem. Hej. Ziemia do Em, to ten palant, który obrzydził ci zaręczyny. Heloł.

– Mogę być wrażliwym artystą. – Po tej deklaracji zaczyna nawijać coś po francusku. – Wszystko dla mojej Maddaleny. Mam na imię Liam.

Twarz mi płonie.

Emily wygląda, jakby chciała coś dodać. Kiwa do mnie głową i jeszcze gorliwiej pokazuje kciuk do góry.

– Dziękuję za propozycję. – Zdejmuję mu szalik. – Odezwiemy się do pana.

Unoszę brwi, a on jeszcze przez chwilę patrzy mi w oczy.

– Daj komórkę, to wpiszę ci swój numer, mała.

Mam wrażenie, że z uszu leci mi para, a z moich ust wydobywa się dźwięk podobny do tego z czajnika, nim ten zacznie gwizdać.

Milczę. Bardzo wymownie milczę.

– Jak inaczej chcesz się złapać? – pyta. Marszczę czoło i zaczynam metodycznie składać serwetkę.

– Ach. Nie planujesz – zauważa z sarkazmem. Chwilę jeszcze nade mną stoi, a ja całą uwagę skupiam na serwetce.

– No dobra. – Po tych słowach przywdziewa znów twarz kurczaka i się oddala.

Emily kręci głową, mrużąc oczy.

– No nie wierzę – syczy. – Ten facet to rozwiązanie twoich wszystkich problemów!

– Nie – protestuję szybko. – Ten facet to jeden wielki gadający problem.

Pokazuję na niego odruchowo palcem.

– Wcale nie…

– Zrujnował ci wyobrażenie o twoich zaręczynach – przypominam. Emily nawet się nie krzywi, tylko wodzi za nim wzrokiem.

– Ma dołeczki – zauważa. Tyle wystarczy, żeby jej mózg zamienił się w cukrową watę. Albo w żółty puch.

– Może ten kolega Petera by się zgodził – rzucam, przypominając sobie chudego okularnika, który przystawiał się do mnie na ich parapetówie.

Emily jeszcze raz zerka na kurczaka.

– Jonathan? Zajęty.

Z serwetki już zrobiłam rulon.

– A młodszy brat Petera, ile on maw ogóle lat?

Emily wymownie kręci głową.

– Dziewiętnaście. Jeśli nie siedzisz dwadzieścia godzin dziennie na TikToku, nie zrozumiesz, co do ciebie mówi.

Wzdycham, odrzucam rude włosy na jedno ramię.

– No to może…

– David? Nie – mówi Emily. – Wystarczy, że wypije dwa łyki alkoholu i zaczyna chodzić po domu w samych slipach.

Już powoli się ściemnia, a my omówiłyśmy problemy wszystkich znajomych mężczyzn i ku mojej największej frustracji, nikt się nie nadaje.

Jakieś dziecko na ulicy dostaje ataku płaczu. Opuszczam głowę i zatykam uszy, bo zaraz rozsadzi mi skronie.

– Ten gość jest super – mruczy Emily, obserwując jak Kurczak teraz przykłada ręce do uszu, macha nimi i coś podśpiewuje. Płacz malucha zamienia się w śmiech. – Bardzo przystojny i będzie wspaniałym ojcem. Ciekawe, co jest pod tym kombine…

Dostaje ode mnie ulotką minus dwadzieścia procent na dwa kubełki.

– Ogarnij się!

– No ale nie masz nikogo innego – zauważa Emily. – Skoro wylatujesz w piątek, to najpóźniej w czwartek musisz wziąć ślub. Chyba że pojedziesz do Las Vegas i tam złapiesz jakiegoś uczestnika wieczoru kawalerskiego.

Zaczyna mi się kręcić w głowie.

– No właśnie. To nie ma sensu. Plan jest z góry skazany na porażkę.

Emily odchrząkuję i wybiera jakiś numer. Patrzę na nią z rozchylonymi wargami.

– Moja znajoma ze studiów pracuje w urzędzie stanu cywilnego – szepcze. A potem dodaje głośniej: – Hej, kochana. Kopę lat. Słuchaj, gdyby moja koleżanka potrzebowała wziąć na szybko ślub, to jakie masz terminy?

Jej mina rzednie.

– Miesiąc?

Dobrze, że nie rok. Rozkładam ręce, jakbym miała powiedzieć: „Anie mówiłam?”.

Nic z tego nie będzie.

– Przecież to szybki podpis. Nic się nie znajdzie? Naprawdę jest nam obojętne, o której.

No właśnie. Nic się nie znajdzie. Chwytam szkło w dłoń i wznoszę toast.

– Za wszystkie spadki, których nigdy nie dostanę.

– Środa, szósta trzydzieści? – Emily pokazuje mi, żebym podała jej coś z torebki.

Wypluwam wino do kieliszka.

– Coś do pisania! – warczy.

Wyciągam długopis z puchatą końcówką w kształcie tygryska. Przyjaciółka komentuje to uniesieniem brwi, po czym zapisuje na serwetce jakiś adres. Nie jakiś tam adres. Adres budynku, w którym wezmę ślub. W tę środę o szóstej trzydzieści.

 

 

3

Liam

 

Dwie wariatki zajmujące centralny stolik przy barierce mamroczą coś o ustawionej dacie ślubu i piszczą.

Jestem na nogach od szóstej rano. Moje plecy są pokryte potem.

Kiedy usłyszałem, o czym rozmawiają, liczyłem na szybkie weekendowe zlecenie, ale ta laska mnie spławiła. Jestem żałosny. W dodatku żałośnie potrzebuję pieniędzy.

Drepczę krok za krokiem, czując wilgoć w prawym bucie.

Kostium będę musiał dziś doszorować.

– Dziś jest promocja. – Wtykam ulotkę nastolatce w słuchawkach z kocimi uszkami. Nawet nie podnosi na mnie wzroku.

Wzdycham i zawracam, machając ręką, bo już mi zdrętwiała. Robię już siedemdziesiąty kursik wzdłuż ogródka. Jeszcze tylko trzydzieści i kończę na dziś. Koniec z byciem atrakcją z mokrym butem.

– Shawn też odpada – słyszę głos tej ciemnowłosej.

– Czemu? – pyta Lisiczka.

– Nie pamiętasz już, co odstawił na ostatniej imprezie urodzinowej Petera?

– Chodzi o to, że rzygał przez balkon, a potem krzyczał: „uwaga, wodospad”?

Ruda blednie o kilka odcieni. Odruchowo zerka w moim kierunku. Czyżbym był lepszy niż pan wodospad?

Macham do niej, więc natychmiast się odwraca.

Robię kolejną rundkę z wachlarzem ulotek.

Kobiety nachylają się nad telefonem.

– Muszę znaleźć kogoś dziś – mamrocze ruda. – Dam ogłoszenie na FiDI Help.

Przyspieszam kroku i wchodzę w wąski zaułek. Śmierdzi tu płynami ustrojowymi i resztkami z dwóch restauracji. Foliówka z kawałkami ryby przykleja mi się do drugiej podeszwy. Muszę przytrzymać ją czubkiem buta, nim się uwolnię. Wyciągam telefon komórkowy i wyszukuję lokalną grupę FiDI Help. Czytam pierwsze ogłoszenie o zaginionym kocie, drugie o uroczym mieszkaniu do wynajęcia. Spływają na dół, bo ogłoszenie rudej właśnie się tam pojawiło:

Poszukiwany aktor na cito.

Rola: Romantyczna.

Gotowość do podróży – warunek konieczny.

Mile widziane: zamiłowanie do muzyki klasycznej

Pod postem zgłosił się już pierwszy śmiałek. Marszczę brwi, przygryzając śmierdzącą rękawiczkę od kostiumu.

Wpadam do restauracji, trzaskając metalowymi drzwiami. W środku jest gorąco jak w piecu, na podłodze lśni rozlany olej. Omijam go wielkim krokiem. Słychać śmiechy kucharza i kelnerek.

Wchodzę do oświetlonej przykurzonymi jarzeniówkami ciasnej kuchni.

Bob, otyły facet po czterdziestce, właśnie wyjmuje porcję frytek z sitka na talerz.

– Co tam? – odzywa się z papierosem wystającym spomiędzy zębów.

– Nadal jesteś moderatorem na lokalnej grupie?

Kiwa, popiół z papierosa spada na blat. Nie wiem, czy udało mi się powstrzymać grymas.

– A co?

Przestępuję z nogi na nogę.

– Mógłbyś coś dla mnie zrobić? Nie do końca legalnego.

***

Dwie godziny później wkładam na nos Tylera przyciemniane brązowe okulary. Jesteśmy u mnie w mieszkaniu, na moim kochanym dwudziestym piątym piętrze.

– Idealnie – stwierdzam, omiatając jego poplamiony bezrękawnik i sztuczny tatuaż z gołymi cyckami. – Umiesz beknąć na zawołanie?

Grzebieniem nakładam mu masę żelu na grzywkę i boki głowy, przez co odstające uszy jeszcze bardziej rzucająsię w oczy.

– On wygląda jak Dahmer – stwierdza Dustin, poprawiając skórzany pasek przy spodniach.

– A ty masz buty z krokodylej skóry – odpyskowuje Tyler i unosi brwi. – Z czubem.

Parskam śmiechem, aż kapka żelu spada mi na czarną koszulę.

– Jesteście cudownymi antychłopakami, ale to ja ją dobiję – stwierdza Gary w bluzie ze zdjęciem swojej mamy, którą dostał od nas na dwudzieste urodziny i natychmiast potem się wyprowadził. Klepie Dustina w tyłek i zaśmiewa się z plasku, który wydają skórzane spodnie.

Robię krok do tyłu i przyglądam się całej trójce. Maddy padnie, jak ich zobaczy. Aż mi jej szkoda i żałuję, że nie będę mógł widzieć jej miny, kiedy jej kandydaci na męża przekroczą próg.

– Powtórzmy wasze teksty. – Wskazuję palcem na Tylera.

– Lubisz tatar? Mam w domu świeżą porcję.

Mój palec wędruje do Dustina. Kumpel przejeżdża palcami po wąsiku.

– Hej, mała, jeśli będziesz chciała się całować, to ja odpadam. Nie obraź się, ale nie gustuję w usta-usta z desperatkami z ogłoszenia. – Tu robi zabawny dziubek – Mógłbym się przemęczyć na jakiś cmok przed rodzinką, ale to byłoby płatne ekstra.

– Geniusz – mamroczę i zwracam się do Gary’ego. Kumpel wkłada bluzę do spodni.

– Mama mi mówiła, żebym nie wiązał się z rudą, bo kiedyś oszukała ją ruda sąsiadka.

Przybijamy sobie piątki i rechoczemy ze śmiechu, wychodząc na klatkę schodową.

I tak skończysz ze mną, Maddy.

 

4

Maddy

 

Będzie dobrze – pociesza mnie Emily i poklepuje dłonią po ramieniu. – Na pewno nie chcesz, żebym została?

Kręcę głową, ignorując narastający ścisk w żołądku.

Przyjaciółka nalewa mi wina i stawia je na kontuarze niewielkiej kwiaciarni, w której pracuje. Jej szef nie ma pojęcia, że przeprowadzamy tu rekrutację. Jest już po godzinach pracy, więc mam nadzieję, że facet już ogląda serial i nie ma zamiaru zastanawiać się nawet, co w jego biznesie piszczy. To żałosne, wiem. Ale tniemy koszty na maxa. Właściwie wszystkie koszty ponosi Em, a ja zapewniam ją, że niedługo oddam.

Zerkam na zegarek. Dochodzi dwudziesta. Za chwilę zjawi się pierwszy kandydat.

Ochoczo się zgodziłam na szalony pomysł z udawanym mężem, ale teraz, jak się nad tym zastanawiam, dociera do mnie, że to idiotyzm. Babcia, która robiła mi słone kluseczki z kaszy manny, smażone na rumiano, nie zasługuje, żebym ją okłamywała.

– Odwołam ich – stwierdzam, obgryzając końcówkę naszyjnika.

Emily przestaje podlewać kwiaty i otwiera szeroko oczy. Pociera nos pełen piegów i rozgląda się, czy nikt przypadkiem jeszcze nie przyszedł.

– Przestań.

Kręcę głową.

– Po prostu uważam, że to nie fair. Babcia z dziadkiem jeszcze żyją, a ja jadę tam, licząc, że przepiszą na mnie swój majątek. Przecież to wszystko jest jednym wielkim oszustwem. Nie tak mnie wychowano.

Emily uderza otwartą dłonią w blat obok, aż wino drżyw kieliszku.

– Już o tym rozmawiałyśmy.

Drży mi broda.

– Nie jestem taką osobą.

– Uspokój się. Nie jesteś sępem nad grobem babki – zauważa Emily stanowczym tonem. Właśnie tak się czuję. Sam fakt, że babci i dziadka mogłoby nie być, rozdziera mi serce na pół – Dbanie o rodzinne dziedzictwo to twój obowiązek. Zamiast myśleć, że wyszarpujesz coś biednym starszym ludziom, myśl o tym, że jedziesz im tam zaoferować pomoc. Skoro babcia sama o tym wspomniała, to znak, że nie mają siły już działać z taką energią jak kiedyś. I potrzebują twojej pomocy.

Szarpię się za włosy, aż bolą mnie cebulki.

– Nieprawda. Jestem straszną osobą. Nie mogę tego zrobić.

Emily falują nozdrza. To poważny znak.

– Wyobraź sobie siebie za piętnaście lat. Nadal grasz chałtury po barach z frytkami, czy jesteś już właścicielką majątku? Czy dziadkowie i rodzice, wszyscy, którzy dbali o ten zamek, patrzą z góry z dumą, że pielęgnujesz ich dziedzictwo? Czy myślisz, że wolą patrzeć, jak twoje siostry zrobią tam coś swojego?

Mieszkanie w Mediolanie popadło w ruinę przez brudnych lokatorów. Dom mojej matki wygląda jak melina, do której schodzą się okoliczni faceci z flaszkami. W ogrodzie matki mąż siostry zrobił przechowalnię drewna i śmieci.

Biorę głęboki wdech.

– Może polecę tam sama – odpowiadam. – Po co szopka zmałżeństwem?

– Czy to nie twoja babcia doradzała twojej mamie, żeby trzymała się małżeństwa nawet jeśli typ jest toksyczny?

Przechodzi mnie dreszcz przerażenia. Toksyczny to wyjątkowo pochlebne określenie.

Babcia uważa małżeństwo za absolutną świętość, pomimo wszystko. Mimo że ojciec dopuścił się jawnych przestępstw wobec mamy, przez niego skończyła, jak skończyła, a on się zapił, o tym się nie mówi głośno. W rodzinie po prostu przechodzi narracja o tym, że mama miała trudny charakter, a ojciec nie mógł z nią wytrzymać. Babcia dalej twierdzi, że kobieta bez męża sobie nie poradzi. Gdybym przyjechała sama, na pewno bym usłyszała, że majątek przepisują na Balbinę i Leonarda. Albo na Naomi i Lukę, bo tam jest męska ręka. A kobieta powinna zająć się dziećmi.

Zaciskam zęby tak, że aż boli mnie szczęka. Bawię się zszywaczem do folii.

– Tak.

– Strażniczka patriarchatu nie zmieni zdania, kotku – dodaje Emily. – Twoje siostry powtarzają schemat matki. Ty musisz być mądrzejsza.

W oczach Emily widzę głębokie współczucie, ale też prawdę, która kłuje jak cierń.

Tak. Wykiwam ich. Pokażę, że kobieta ma coś do powiedzenia i potrafi działać.

Mama z miłością pielęgnowała ogród w naszym domu. Pomagała babci i dziadkowi prowadzić pensjonat, podczas gdy mój szanowny ojciec spędzał całe dnie na kartach.

– Zrobię to dla niej.

Ciepło dłoni Emily dodaje mi otuchy.

– Przechytrzę włoski system prawny – dodaję.

Rozlega się walenie do szklanych drzwi.

– Proszę – krzyczę.

Emily krzyżuje palce i wymyka się na zaplecze. Drzwi zamykają się za nią powoli i cicho.

Wolę sama przeprowadzić casting.

Nic nie słychać. Mrużę oczy, próbując coś dostrzec między liśćmi wielkiego fikusa.

– Proszę – powtarzam – otwarte.

Dalej nic się nie dzieje. Zaciskam dłoń na zszywaczu, zastanawiając się, czy zwariowałam do reszty. A co, jak przyjdzie jakiś dziwny lub niebezpieczny typ?

Uspokój się, jesteś w kwiaciarni, nie w brudnym zaułku. Obok jest Emily i jest dwudziesta, a nie druga w nocy.

Przyjdzie normalny typ.

Nikt nie wchodzi do środka, więc z westchnieniem wychodzę zza kontuaru. Pierwszy kandydat właśnie dostał minusa.

Za drzwiami nikogo nie ma. Dziwne.

Nagle wielka paproć na lewo od wejścia się porusza, a ja odruchowo odskakuję z krzykiem.

– Dobry wieczór. – Wyłania się stamtąd mężczyzna w okularach. Ma na sobie dwie koszule flanelowe, spod których wystaje brudna koszulka. Jego głos brzmi, jakby przez miesiąc go nie używał. Nie chciałabym go spotkać na ulicy sam na sam, ale hej, nie oceniajmy ludzi po pozorach.

– Co najlepszego wyprawiasz?

– Przepraszam, zabłądziłem – odpowiada i oblizuje pierścień z czaszką.

Unoszę brwi i staram się nie patrzeć na jego dziwną fryzurę pokrytą toną żelu.

– Omówmy szczegóły – proponuje śliskim głosem. – Nie jestem doświadczonym aktorem, ale szybko się uczę. Pracuję jako rzeźnik. Potrafię wyfiletować rybę z zamkniętymi oczami w dziesięć sekund.

Ku mojemu największemu przerażeniu wyciąga z kieszeni niewielki scyzoryk i kręci nim w powietrzu ósemkę. Robię krok do tyłu, aż wpadam na doniczkę.

– Najbardziej lubię świeżą wątrobę na grzance. A ty? Mam w domu kilogram tatara.

– Okej – odpowiadam. – Właściwie…

– Słuchaj, laleczko – dodaje poważnie i… spluwa na podłogę – Sorry, mam problem z flegmą. Jaka stawka? Mam nadzieję, że lepsza niż w rzeźni.

Otwieram szeroko oczy. Powiedzieć, że czuję dyskomfort w jego obecności, to nic nie powiedzieć.

– Oferta to pięćdziesiąt dolarów – kłamię, łudząc się, że mnie wyśmieje i sobie pójdzie. Przestępuje z nogi na nogę i podrzuca nóż.

– Co dokładnie miałbym za to zrobić?

Co? Czemu sobie jeszcze nie poszedł?

Zaczyna czyścić ostrze o krawędź koszuli i przygląda mi się przez chwilę. Mam wrażenie, że liczy coś pod nosem, zatrzymując wzrok w okolicy mojego pępka. Burczy coś o wielkości standardowej zamrażarki.

– Wiesz co? To nie zagra. Potrzebuję do tej roli kogoś niższego – odpowiadam, wracając za kontuar. Nurkuję dłonią w szufladzie i wyciągam sekator.

– Niższego? Mogę chodzić w szerokich spodniach i na ugiętych nogach. – Kuca teatralnie i się pochyla. – Wiesz, co? Pomyślałem sobie coś zabawnego.

Obślizgła fryzura błyszczy w świetle plafonu, kiedy podchodzi do mnie dziwnym krokiem.

– Boję się pytać. – Ściskam sekator mocniej w dłoni.

– Czy gdyby komuś odciąć…

To dla mnie za dużo.

– Emily!

 

 

 

5

Liam

 

Drzwi kwiaciarni otwierają się z hukiem.

Tyler, cały w białej pianie, biegnie do samochodu, w którym siedzimy.

Brzuch boli mnie od śmiechu.

Wsiada na siedzenie pasażera i zdejmuje okulary. Skóra wokół oczu to jedyne niepopryskane miejsce.

– Uwaga na wariatkę z gaśnicą – melduje, a jego głos wybrzmiewa również w głośnikach samochodu. Wyjmuje komórkę i przerywa połączenie. – Siedzi na zapleczu.

Z tylnego siedzenia dobiega głośny rechot.

– Moja kolej – stwierdza Dustin i strzela kostkami. Posyła mi figlarne spojrzenie, które widzę w lusterku wstecznym, i wysiada. Zaciskam dłonie w pięści na kolanach. Po sekundzie dzwoni telefon, odbieram przyciskiem na kierownicy.

– Próba mikrofonu – moduluje głosem śpiewaka operowego. Śledzimy go przez okno. Podchodzi do schodków krokiem kowboja. Posyła nam ostatnie pewne siebie spojrzenie ikopie drzwi.

– Jestem – słyszymy go już tylko w głośnikach auta. – O, kurwa. Co to za syf?

– Przepraszam – słyszę głos rudej. – Pana poprzednik nie chciał wyjść po dobroci.

Wybrzmiewają kroki obcasów na posadzce.

– Podobają się pani moje buty? – pyta Dustin, a ja przyciskam pięść do ust. – To skóra z krokodyla. Oryginalna!

– Dobrze, że nie z człowieka – burczy Maddy.

– Lubię ją – oznajmia Tyler, wycierając się ręcznikiem papierowym.

– Z człowieka skóra? – Głos Dustina jest szczerze zdziwiony. – Czy badała się pani ostatnio?

– W sensie?

Tyler parska śmiechem, wysiada i idzie do tyłu. Bagażnik trzaska.

– No wie pani, czy rozmawiała pani z lekarzem o butach ze skóry człowieka?

– Nie… to nie tak. Po prostu pana poprzednik… Musiałyśmy użyć gaśnicy. Nieważne. Czy ma pan jakieś doświadczenie? – Ton Maddy natychmiast robi się rzeczowy. Przed oczami widzę jej twarz z tym zadartym nosem i paroma piegami.

– Tańczyłem w klubie. – Dustin po tych słowach zaczyna nucić coś z kultowych melodii. Słyszę kilka kroków i sapnięcie. – Dawno nie robiłem szpagatu, ale dam radę.

– Wystarczy, nie szukam tancerza – odpowiada Maddy.

– A kogo pani szuka?

– Aktora, który wcieli się w rolę mojego męża na kilka dni, podczas wyjazdu do rodziny w Toskanii. Oczywiście zapłacę za bilety.

Zaciskam dłonie na kierownicy. Tyler siada koło mnie w bluzie i dżinsach. Włosy ma mokre, jakby płynął wpław na Long Island.

– A więc toskański mąż… Mogę nim być – zgadza się ochoczo Dustin. Wymieniamy spojrzenia z Tylerem, zbliża się nasze ulubione. Tyler otwiera szeroko usta, żeby nie ryczeć. W oczach kumpla pojawiają się łzy, które wyciera palcem z pierścieniem z czaszką.

Gary z tyłu chichocze.

– Mogłem wziąć popcorn. To lepsze niż kino samochodowe.

Przykładam palec do ust i wskazuję głośniki.

– Ale mam zasady. Nie będę się całować. Mógłbym się przemęczyć na jakiś cmok przed matką, ale to byłoby płatne ekstra.

Nastaje cisza. Przygryzam wargę, w oczekiwaniu na to, aż go wywali za drzwi. Zostanie tylko Gary i na deser ja. Nie mogę się doczekać, aż…

– Moja mama nie żyje – odpowiada Maddy po głośnym wdechu. Sztywnieję natychmiast. Dustin, kretynie…

W głośniku słyszymy, jak kumpel przełyka ślinę. Temperatura w aucie spada o trzydzieści stopni.

– Przykro mi – chrypi Dustin. – Przepraszam… Myślałem, że szukasz po prostu gościa, który zagra na nosie zazdrosnemu byłemu czy coś takiego.

W tych słowach słyszę prawdziwego Dustina. Poprawiam się na fotelu, bo cały zesztywniałem.

– Nie ma sprawy – odpowiada Maddy. – Posłuchaj. Prawo już dawno się zmieniło, ale starszyzna w mojej wiosce i moja rodzina nadal uważają, że majątek powinny dziedziczyć tylko osoby w związku małżeńskim. Muszę pokazać się z mężem, abym została uwzględniona w testamencie. Weekend roboty, papierek do podpisu, dobre włoskie jedzenie i wino. Żadnego całowania. Za jakiś czas szybki rozwód.

Otwieram szeroko oczy, mamrocząc:

– Nie, nie…

– I ja wybiorę ci ubranie, okej? Moja rodzina dba o dobro zwierząt, więc żadnych czapek z lisa ani saszetek ze skóry węża. Umowa stoi?

Wymieniamy z Tylerem zaskoczone spojrzenia.

– Trzeba mu było założyć różowe stringi na spodnie – stwierdza Gary.

Błagam, niech Dustin coś odwali.

– Proszę, nie patrz na mnie tak. – Głos Maddy staje się płaczliwy. – Wiem, co o mnie myślisz, ale wcale nie chodzi mio pieniądze.

– Wierzę ci – odpowiada Dustin głosem współczującym i dustinowym, a nie wąsikowym. – Wybacz, ale nie mogę tego zrobić…

Mam wrażenie, jakbym założył plecak z cegłami.