The Secret DJ. Między euforią a upadkiem. Niewygodna prawda ukryta za światłami klubów - The Secret DJ - ebook

The Secret DJ. Między euforią a upadkiem. Niewygodna prawda ukryta za światłami klubów ebook

The Secret DJ

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Do bólu szczere wyznanie jednego z czołowych DJ-ów sceny klubowej, które zarówno cię rozbawi, jak i przerazi.

Poznaj prawdę, której nie zobaczysz na Instagramie. The Secret DJ to książka, która zburzy Twoje wyobrażenie o świecie muzyki elektronicznej. Autor odsłania to, co przemysł muzyczny od lat stara się ukryć.

Narkotyki, uzależnienia i brutalna rzeczywistość za kulisami sceny, która nie ma nic wspólnego z błyszczącym światem, jaki znamy z mediów. Ta książka to nieocenzurowany, bezkompromisowy wgląd w ciemne strony DJ-skiego życia i klubowego lifestyle’u.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 346

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Podziękowania

Dziękuję:

Mojej rodzinie, jeśli jeszcze ją mam po tym, jak to przeczytała.

Duncanowi J.A. Dickowi, redaktorowi Mixmag. To wszystko Twoja wina.

Jezowi, Timowi i Keithowi z CENZURA, bez których…

Benowi i Julianowi z L.A.W.

Lee z Faber & Faber.

Justinowi Robertsonowi.

Ransom Note i Boiler Room.

CENZURA z CENZURA i wszystkim stamtąd.

Paulowi CENZURA, który dał mi pierwszą chwilę wytchnienia.

Ianowi Bahrami – za bezbolesną i szybką redakcję.

Wszystkim ludziom, którzy dokładnie wiedzą, kim jestem, i robią, co trzeba, uczestnicząc w WIELKIEJ KONSPIRACJI…

…i Menedżerowi Trasy. Gdzieś przepadł, ale na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Przynajmniej na razie.

Wstęp

Miałem ciekawe życie i w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników robiłem po drodze mnóstwo notatek – być może w poczuciu, że zapomnę wiele z tego, co się wydarzyło. Z pewnością nigdy nie zamierzałem zostać DJ-em. W latach 80. nikt tego nie robił, chyba że chciałeś się dostać do radia i z jakichś podejrzanych powodów zbliżyć do dzieci. W tamtych czasach używano pełnej nazwy owego fachu, „Disc Jockey”, co jest terminem radiowym odnoszącym się do pracy w radiu. Ma się rozumieć, istnieli „mobilni DJ-e” i wszyscy chodziliśmy na szkolne dyskoteki w latach 70., ale nawet jeśli taki DJ trafił ze studia radiowego do salki kościelnej, nadal mówił między nagraniami, jakby był na antenie – wciąż muszę tłumaczyć starszym osobom, że coś takiego się już nie zdarza. Ale bardzo dobrze rozumieją oni jedną ważną rzecz: jak ogromną wartość miały wtedy nagrania. Ludzie siadali razem w pokoju i słuchali płyt w ciszy, z wielkim namaszczeniem. Idea „muzyki w tle” nie istniała. W porównaniu z tym, co mamy dzisiaj, nawet gatunku „easy listening” słuchano z zachwytem (wskazówka tkwi w nazwie, która oznacza dosłownie „łatwe słuchanie”). To było równie szalone, co pomysł tworzenia programu telewizyjnego, którego nikt nie będzie oglądał. Wyobraźcie sobie czasy, gdy w mieszkaniu nie było żadnego urządzenia cyfrowego, a domowy sprzęt grający znaczył dla ludzi więcej niż znacznie rzadszy wówczas telewizor. Gros cieszących się szacunkiem DJ-ów pierwszej generacji pochodzi z czasów, gdy byliśmy w o wiele mniejszym stopniu bombardowani bodźcami wizualnymi, a wszystko, co ważne, docierało do nas za pośrednictwem uszu. Dziś praca ta skupia się w dużej mierze na głębokiej miłości do samego siebie, a nie do muzyki. Muzyka jako taka została zdewaluowana niemal do zera. Jest jedynie paliwem dla kariery DJ-ów, ścieżką dźwiękową do czegoś, a nie sztuką samą w sobie; „wypełniaczem” dla czyjegoś totalnie zajebistego życia – i to wypełniaczem jednorazowego użytku. Pochodzę z czasów, gdy muzyka była wszystkim, a nie niczym. To było coś, otaczany kultem totem, dostępny dla wybranych. Musiałeś wyjść z domu i go odnaleźć, używając jedynie zmysłów. I nie piszę tego po to, by zrazić młodych czytelników – zawdzięczam wam dosłownie wszystko! Gram dla was. To tylko kontekst, który pomoże wam zrozumieć, o czym mówię – w końcu ta książka jest dla was.

Dla mnie, podobnie jak dla wielu innych, muzyka była więzią z czymś ulotnym i głęboko urzekającym, co robili inni ludzie w odległych miejscach. Wielu z tych, którzy odnieśli sukces, weszło do tej branży w sposób naturalny – albo mając pracujących w niej rodziców, albo dlatego, że urodzili się w dużym mieście, w którym działa ona prężnie. Część z nas obserwowała jednak to zjawisko z tak daleka, że to wręcz absurdalne – z miejsc, gdzie fale radiowe ledwo docierały, nie mówiąc już o najnowszych winylach czy aktualnej modzie. Ale w przypadku każdego z nas zaczęło się od radia. Gdziekolwiek i kimkolwiek byłeś, nawet jeśli totalnym nerdem. Jeżeli jesteś młodszy ode mnie, po prostu zamień słowo „radio” na „internet”.

Nowoczesna muzyka taneczna ma wiele wspólnego ze swingującymi latami 60. I jedno, i drugie zaczynało jako kontrkultura i oba te zjawiska były w dużej mierze ruchami protestacyjnymi. Były napędzane miłością do muzyki i skupiały się wokół całonocnych imprez określanych mianem „rave”. Narkotyki, światła i dźwięki były jak religia. Wszystko sprowadzało się do tego, by bawić się do białego rana. Lata 60. są niezwykle dobrze udokumentowane, może nawet nieco przesadnie gloryfikowane. Scena współczesnej muzyki tanecznej jest udokumentowana całkiem nieźle i doczekała się prawie tak wielkiego szacunku, co sceny northern soulu, punka czy heavy metalu. W swoim głównym nurcie przetrwała znacznie dłużej niż jakakolwiek inna – trzydzieści lat, a nie zaledwie dekadę – ale nie doczekała się upamiętnienia w zbyt wielu źródłach, poza kilkoma naprawdę okropnymi filmami i garstką książek. Chciałbym, żeby to zostało naprawione. Chciałbym zobaczyć więcej. Ponieważ muzyka taneczna to wykurwiste coś. Jest wielka. Jest większa niż pieprzony Jowisz. To największy ruch młodzieżowy na świecie – i w przeciwieństwie do swojego dziadka, lat 60., wciąż ma się dobrze i się rozwija. Ameryka zawłaszczyła sobie w pewien sposób lata 60., jakby ograniczały się tylko do niej, a potem przeszła do całonocnych rave’owych imprez. Do nich również rości sobie prawo przed resztą świata. Ale hollywoodzkie filmy fabularne i poczytne magazyny to tylko wierzchołek tej ogromnej góry lodowej. Nowicjuszom można wybaczyć zakładanie, że wszystko zaczęło się bardzo niedawno w Stanach Zjednoczonych – a tak właśnie uważa wiele osób. To jednak nieprawda. Zaczęliśmy rave’ować w okolicach Drugiego Lata Miłości w 1988 roku – i nadal to robimy.

Moim celem jest opowiedzenie prawdziwej historii DJ-ingu, bycie autentycznym głosem przemawiającym z i do tej sceny, przekazywanie wskazówek i przewodzenie początkującym w ich podróży po muzyce oraz opowiadanie o tym tak, jak to naprawdę wyglądało – i do dziś wygląda. To jednak moja historia. Jest mi z tego powodu trochę przykro, ale nie zamierzam przepraszać. To jedyna historia, jaką znam. Nie jestem statystykiem, fetyszystą ani kolekcjonerem – pracuję po prostu jako DJ. Tak więc, wobec braku wiedzy i wykształcenia, jedyną rzeczą, którą mogę wam zaoferować, jest moje doświadczenie. To wszystko, co mam.

To nie jest podręcznik ani książka historyczna. Umówmy się, że nazwiemy ją po prostu opowiastką ku przestrodze, z której możecie coś wynieść. Tak dla porządku: mógłbym napisać przewodnik, okej? Pewnie, że tak – i byłby niesamowity. Totalnie. Ale czegoś tak prostego i intuicyjnego jak puszczanie muzyki nie można się nauczyć z podręcznika. Muzyka house to uczucie. Tak czy inaczej, oczekujecie pewnie tylko rockandrollowych sprośności, prawda? Nieładnie!

STRONA A

Rozdział 1 Noc pośród dnia

Godzina 17:00

Zawsze jesteś gotów do wyjścia. Znajdujesz się w stanie ciągłej czujności. Możesz być gotowy do jazdy w czasie potrzebnym na włożenie butów, wybranie utworów z zeszłego tygodnia i zamknięcie drzwi. Jeżdżący po całym świecie DJ pracuje w każdy weekend. Przez cały rok. Niekiedy też w tygodniu. Tym razem mój menedżer trasy się spóźnia. Nazywam go tak, ale to mój najlepszy kumpel, a ja niedawno przekonałem mojego agenta, że należy mu się ten tytuł. Odwiedzaliśmy już wspólnie wiele miejsc w kraju, ale to jego pierwszy raz, gdy występuje pod tym oficjalnym mianem. I jego pierwsza zagraniczna impreza – na Ibizie, co raczej nie jest zaskoczeniem. W letnich miesiącach Ibiza to obowiązkowy punkt programu.

Mijają minuty i w końcu staje się jasne, że planowany lot nie dojdzie do skutku. Do tej pory nigdy nie spóźniłem się na imprezę. W tej pracy nie ma zbyt wiele do roboty. Zjawiasz się, grasz, dostajesz kasę i wychodzisz. To nie fizyka kwantowa. Mój kumpel, świeżo upieczony menedżer trasy, zjawia się dwie godziny po odlocie samolotu. Ma na sobie koszulkę z napisem „SSIJ MENEDŻEROWI TRASY” wypisanym wielkim, przyjaznym fontem. Dotarło do niego, że nie zdążymy na lot, po mojej czterdziestej trzeciej niecenzuralnej wiadomości, więc zamiast się śpieszyć, spędził konstruktywnie czas, drukując sobie w pobliskim kiosku tę jakże oryginalną koszulkę. Pomylił godzinę 17:00 z siódmą wieczór pierwszego dnia pracy. Geniusz! Tam, skąd pochodzę, raz nadana ksywka zostaje na całe życie. Od tamtej pory na zawsze będzie już znany jako Menedżer Trasy.

Wpada do środka, jak zwykle tryskając amfetaminowym entuzjazmem. „Zwolnić pieprzonego Menedżera Trasy! – krzyczy, z dumą wskazując napis na swojej piersi. – Tym razem się przygotowałem, frajerze! Nigdy nie wepchniesz mnie do basenu”.

Zawsze, gdy byliśmy razem na Ibizie, udawało mi się wepchnąć go do basenu. Musiał być kompletnie ubrany – i najlepiej mieć przy sobie coś drogiego i niewodoodpornego. To się stało czymś w rodzaju tradycji. Zasugerował nawet, że załatwiłem mu tę pracę tylko po to, by móc upokarzać go w różnych miejscach na całym świecie. Było to oczywiście całkowicie niedorzeczne – i oparte na faktach. Spóźnienie na lot okazało się jednak sporym problemem.

Godzina 21:45

W przypadku problemów należy zadzwonić do swojego agenta. Większe agencje mają specjalnych ludzi, którzy zajmują się logistyką i podróżami. Spóźnienie można było łatwo nadgonić – w wakacje loty na Ibizę są niemal co godzinę (te najtańsze zawsze w szalonych godzinach nocnych). Mamy szczęście: odprawa na ostatni dzisiejszy lot zaczyna się niedługo po tym, jak docieramy do hali odlotów. Lotniska w nocy są zawsze ponure, snują się po nich sami obłąkańcy. Normalni ludzie nie mają w zwyczaju wyjeżdżać na wakacje w środku nocy. Od czegoś takiego lasuje się mózg. Człowiek jest kompletnie zdezorientowany. DJ-e nie udają się jednak na wakacje: lecimy do pracy, tyle że w samym środku nocy. Jedynie najlepsi DJ-e mogą sobie pozwolić na droższe loty. W przypadku miejsca docelowego pokroju Ibizy nie mamy innego wyjścia, jak tylko skorzystać z tanich miejsc, zwłaszcza jeżeli dzięki genialnemu manewrowi kadrowemu przegapiliśmy lepszy lot. Nawet jeśli samoloty odlatują często, o pewnej porze lotniska zamykają dziewięćdziesiąt dziewięć procent przydatnej infrastruktury, wskutek czego zwykle kończysz jako część bandy hałaśliwych, ubzdryngolonych wczasowiczów, wybierających się na doroczne rytualne dwa tygodnie z dala od codzienności. Podczas gdy ty lecisz grzęznąć głębiej we własnym bagnie.

Czy jest coś bardziej przerażającego od pół tysiąca pijanych nastolatków i dorosłych (którzy powinni się przecież choć trochę szanować!) wybierających się na wakacje? Pierwszym moim skojarzeniem przydatnym do opisu tego doznania jest siedzenie w łodzi pośród wikingów szykujących się do grabieży. Wyróżnia mnie sprzęt. W tamtych czasach były to dwie wielkie czarne skrzynie transportowe, bardzo wówczas charakterystyczne dla tej branży. Krzyczały wręcz: „Hej! Jestem DJ-em!”. Dzisiaj coś takiego może sobie sprawić dosłownie każdy, ale te dziesięć lat temu byłem prawdopodobnie jedynym DJ-em na całym lotnisku, nie mówiąc już o pokładzie samolotu.

Mój menedżer trasy, jak zwykle w chwilach nudy napędzany spidem, skupia się bez reszty na wypełnieniu jakiejś bezsensownej misji, którą sobie wyznaczył – z godnym podziwu uporem, bełkocząc i wrzeszcząc. Staram się nie wyglądać jak DJ otoczony przez setki klubowiczów. Bezskutecznie. Zwykle są w stanie wyczuć DJ-a na kilometr, a co dopiero go zobaczyć. Nie staram się ich unikać z powodu arogancji – po prostu nie jestem dziś w nastroju. Są szalenie podekscytowani coroczną imprezą, podczas gdy dla mnie to po prostu kolejna cotygodniowa podróż do pracy, jedna z wielu na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Surfują na fali amoku wywołanego alkoholem i ecstasy, podczas gdy ja próbuję rozwiązać krzyżówkę. Najgłośniejsza z nich to Amerykanka (coś nietypowego w tamtych czasach, jeśli chodzi o loty na Ibizę) o głosie tak przenikliwym, że aż grzechoczą próbniki perfum na półkach w pobliskim sklepie wolnocłowym. Jest blondynką o nijakiej urodzie i muszę przyznać, że to wręcz imponujące: udaje jej się przekrzyczeć pięćset naprawdę głośnych osób.

– Jacięsunę, jesteś pieprzonym DJ-em, stary! Czekaj, znam cię! Jacięsunę, jacięsunę!

Wiem, że większość zdrowych, jurnych samców nie ma nic przeciwko, gdy jakieś dziewczę próbuje za wszelką cenę zwrócić na siebie ich uwagę. Ale czasami człowiek woli po prostu porozwiązywać sobie krzyżówkę, tak? Co – bredzę? Okej, spotkajmy się za trzydzieści lat i wtedy pogadamy. Bycie w trybie aktywności non stop to dla artysty w trasie zabójstwo. Potrafi doprowadzić do obłędu – działasz za długo na pełnych obrotach i masz go jak w banku. Powinienem też dodać, że obecnie pod presją potrafię się lepiej kontrolować. Mimo to… cóż, trzeba było to widzieć. Była irytująca do potęgi: pijana i napastliwa. Była też jedną z tych osób, które są przyzwyczajone, że zawsze dostają dokładnie to, czego chcą – i to szybko.

– Gdzie dzisiaj grasz, stary?! Możesz nas wkręcić? Tylko dwadzieścia pięć osób! Będzie zajebiście! Spróbuj tego cholernego ponczu, mordo. Jest zaprawiony MDMA!

– Jasne. Postaram się, jeśli dasz mi listę nazwisk. Możemy to ogarnąć po locie? Dzięki za poncz, ale nie skorzystam. Właściwie to lecę do pracy.

– Pierdol się, człowieku! Powinieneś być milszy dla ludzi, którzy płacą, żeby cię zobaczyć!

– Ale nie płacisz za oglądanie, jak siedzę na tym krześle i czytam! Sorry, ale nie jestem jeszcze w pracy…

– Ej, ludzie! On po prostu chce pobyć sam! Buuu!

(Przez następne dwie godziny jestem obiektem podśmiechujek i drwin).

– Fajne cycki. A tak przy okazji, nigdy nie zdołasz wrzucić mnie do basenu – dobiega z boku znajomy głos.

Od razu rozpoznaję ten szkocki akcent. Mówię mu, żeby nigdy więcej się tak do mnie nie odzywał. Następnie rozpoczynamy rytuał trwania w stagnacji: zajmujemy miejsca jak najdalej od bramki, aby mieć gwarancję, że będziemy ostatnimi osobami, które wejdą na pokład. W ten oto sposób demonstrujemy całemu światu – głównie samym sobie – że jesteśmy wystarczająco wyluzowani, aby nie stresować się tym, jakie miejsca zająć podczas tak krótkiego lotu, i że wcale nie czekamy w kolejce. Ma się rozumieć, kończymy na najgorszych siedzeniach w samym środku bandy oszołomów. Już po starcie zaczynają ostro ćpać. Przez całą moją dorosłość miałem do czynienia z rockandrollowym stylem życia, w którym takie rzeczy są na porządku dziennym, o ile tylko robisz to z klasą, ale istnieje pewne niepisane prawo mówiące, że nie wciągasz w to na siłę osób postronnych. Problem z kulturą muzyki tanecznej – a może nawet dotyczy to ogółu społeczeństwa – polega na tym, że każdy z nas jest święcie przekonany, że cały świat kręci się wokół niego. To piękny poblask wokół jej mrocznego serca – najlepsza i zarazem najgorsza część. A najbardziej widoczne jest to wówczas, gdy bandzie rozdokazywanych szaleńców puszczają hamulce na oczach Bogu ducha winnych rodzin.

Ketamina. Na początku ten środek był powszechnie dostępny w formie leku podprowadzanego weterynarzom. Na etykiecie widniał napis: „Wyłącznie do stosowania u kotów domowych i ssaków naczelnych”. To ostrzeżenie, a nie zaproszenie, moi drodzy. Domyśliłem się, że w ruch poszła głównie ketamina i kokaina, ponieważ robiło się z każdą chwilą coraz głośniej i głośniej, a zdolność do artykułowania zrozumiałych zdań spadała, aż do moich uszu docierał w końcu tylko bełkot. Dość przerażający odgłos: dźwięk głupoty w jej najczystszej formie.

Mam zatyczki do uszu. Narzędzie niezbędne w tej pracy. Zaczynam się zastanawiać, czy to nie będzie niestosowne używać ich w towarzystwie Menedżera Trasy. Odwracam się i widzę go w tłumie tych rozbrykanych dzieciaków. Jest szczęśliwy jak świnka w błocie. O losie – flirtuje właśnie z moją tlenioną nemezis. Żałośnie skazany na porażkę pięćdziesięciodwuletni mężczyzna, który wygląda jak jej dziadek.

Zatyczki w ruch. Natychmiast!

Ibiza, 23:30 czasu lokalnego

Drzwi samolotu się otwierają. Zimne, wielokrotnie uzdatniane, pełne zarazków powietrze zostaje wyssane, a gdy schodzimy po schodach i idziemy w kierunku autobusu, obmywa nas fala miłego ciepełka. Lądowanie na Ibizie to zawsze czysta przyjemność. Może to mądra polityka lokalnych władz, może rutyna wypracowana podczas wieloletniej obsługi rzesz turystów, a może po prostu miejscowi są tak ogarnięci, ale na lotnisku wszystko zawsze działa jak w zegarku. Bez względu na to, jak bardzo jesteś wkurzony i znużony, przybywanie na miejsce i opuszczanie go przebiega bezproblemowo. Owiewa nas lekka, wilgotna bryza, niosąca ze sobą woń kurzu, morza i kwiatów bugenwilli. A także subtelny, wszechobecny zapach dymu papierosowego, który mówi ci, że jesteś teraz gdzie indziej, z dala od wszystkiego i nie musisz się niczym przejmować. Pachnie trochę jak… hedonizm.

Oczywiście profesjonalista zawsze ma przy sobie wszystko, co tylko może się przydać. Oprócz płyt z setkami godzin muzyki trzymam w bagażu mistrzowsko skompresowane ciuchy na zmianę, a także miniaturowy zestaw narzędzi i zestaw do golenia, zatyczki do uszu, apteczkę, taśmę izolacyjną, zapasową igłę i wkładki gramofonowe… a nawet przybornik krawiecki. Gotowy na wszystko. Branża rozrywkowa podróżuje tylko na dwa sposoby: z orszakiem asysty i pełną pompą, czemu nieuchronnie towarzyszą liczne dramy, albo z profesjonalną samowystarczalnością agenta specjalnego. Zwykle należałem do tej drugiej grupy, ale niedawne powiększenie się mojego zespołu o szurniętego, niekompetentnego asystenta oznacza, że zbliżyłem się niebezpiecznie do tej pierwszej kategorii.

Kwestię bagażu mam opanowaną do perfekcji – w przeciwieństwie do mojego menedżera trasy. Podczas gdy zwykli śmiertelnicy kłębią się wokół karuzeli bagażowej, profesjonalista mija ją tylko z bagażem podręcznym. Prosto do celu, unikając całego tego rejwachu, na zewnątrz, jak po sznurku. O ile oczywiście nie ma ze sobą menedżera trasy na wylocie, który sprawia, że cały proces zmienia się w godzinną udrękę. Gdy wreszcie magiczne drzwi się otwierają, ukazujemy się Ibizie w pełnej krasie: wysoki mężczyzna objuczony stanowczo zbyt dużą ilością bagażu w towarzystwie jeszcze wyższego pustelnika z wieków ciemnych, który nic nie niesie, mimo że teoretycznie należy to do jego obowiązków.

Bramka przylotów to morze dzieciaków o karnacji we wszelkich możliwych odcieniach, ubranych w bojówki i kamizelki. Standard. Wiemy tylko, że ma się z nami spotkać młody Niemiec imieniem Hans. Martwi mnie to, ponieważ Menedżer Trasy nadal uważa, że jest rok 1943. Odciągam go na bok.

– Słuchaj, czubku – syczę. – Czy choć przez chwilę mógłbyś spróbować zachowywać pozory normalności? Tu chodzi o moją reputację. Żadnych żartów o Niemcach. Zero. Czy to jasne?

– Achtung! – ryczy Menedżer Trasy, wykonując nazistowski salut przed tłumem złożonym z przedstawicieli wszystkich europejskich narodowości.

Niemal natychmiast wyłania się z niego nieco przysadzisty młody mężczyzna. Podchodzi do nas i mówi nienaganną angielszczyzną:

– Ach, to pewnie mnie szukacie. Trudno was nie zauważyć.

Jestem bezgranicznie zażenowany, ale Menedżer Trasy jak zawsze ma na wszystko wywalone.

– Jestem Hans – przedstawia się dzieciak, wyciągając do nas rękę na powitanie.

– Ja też mam dwie, nie musisz się popisywać – parska Jego Menedżerskość i z klasą idzie zupełnie nie w tę stronę, co trzeba.

W końcu wychodzimy na ulice Ibizy, ładujemy się do auta i ruszamy w noc. DJ na służbie może odwiedzać Ibizę przez wiele lat i nigdy nie zobaczyć jej za dnia – co zakrawa na zbrodnię. Menedżer Trasy jest właścicielem małego klubu w naszym ojczystym kraju. Kiedy nie biega w kółko, robiąc bezsensowne rzeczy, czyta błagalne esemesy ze swojego lokalu na telefonie, którego nigdy nie odbiera. Siedząc przede mną na przednim fotelu pasażera, ostentacyjnie stara się nie rozmawiać z Hansem, a zamiast tego wpatruje się w ekran swojej komórki.

– No to… – zaczyna Hans – …miło cię widzieć, panie T-Man.

– Skąd wiesz, kim jestem?! – prycha Jego Menedżerskość.

Hans tylko się uśmiecha, skupiony na jeździe, a po chwili pyta:

– No to… panie T-Man, czy byłeś kiedyś w Niemczech?

– Nie, ale mój ojciec raz tam był – pada lakoniczna odpowiedź. Następnie Menedżer Trasy odwraca się do mnie i mówi naprawdę głośnym teatralnym szeptem: – Myślę, że ten szkop na mnie leci!

W tym momencie zdecydowanie panikuję. Hans nie jest tylko wysłanym po nas kierowcą. To jeden z promotorów wydarzenia, a ja pracuję dla nich po raz pierwszy – i całkiem możliwe, że ostatni. W tym tempie Menedżer Trasy wywoła konflikt na skalę międzynarodową, jeszcze zanim dotrzemy na miejsce. Podziwiam Hansa za jego opanowanie i jestem wściekły na zachowanie mojego rodaka. Na szczęście już wkrótce docieramy do celu.

– Przepraszam za niego. Ma już swoje lata i… – mamroczę nieskładnie, gdy wysiadamy z samochodu i zabieramy bagaże.

Hans obejmuje mnie i mówi:

– Dzięki, że go ze sobą zabrałeś!

– Nie! Naprawdę mi przykro! – zapewniam go pośpiesznie. – Jest trochę… ekscentryczny. W zasadzie to musiałem go ze sobą zabrać, bo jest menedżerem trasy…

– Daj spokój – odpowiada z lekkim rozbawieniem Hans. – Myślę, że jest megaśmieszny. Wiesz, wczoraj pracowałem w jego klubie.

– Co?!

Podobnie jak wielu promotorów i pracowników klubów Hans również zajmuje się DJ-owaniem. W przeciwieństwie do nas jest w stanie odgrywać sprawnie i profesjonalnie wiele ról, płynnie przekraczając granice i zmieniając strefy czasowe. Okazuje się, że poprzedniego wieczoru, ponad trzy tysiące kilometrów stąd, Hans występował gościnnie u Jego Menedżerskości. Który najwyraźniej go nie pamięta. Bo pewnie jak zwykle nie zwracał uwagi na nikogo poza samym sobą.

– Tak. Grałem w jego klubie zeszłej nocy. Ma nawet na sobie te same ubrania co wczoraj. To zabawne, że go tu spotkałem!

Najwyraźniej „pan T-Man” zachowywał się wczoraj równie taktownie co dziś, bez przerwy wznosząc antyniemieckie okrzyki i nieustannie nawiązując do drugiej wojny światowej. Co Hans o dziwo uznaje za zabawne.

Chryste. Niemiec z poczuciem humoru. Taak, zdecydowanie jestem na Ibizie.

Godzina 00:00

Gdy docieramy z Hansem do naszego hotelu, okazuje się, że nie jest on, oględnie mówiąc, najwyższej klasy. W Hiszpanii, w miejscach chętnie odwiedzanych przez zagranicznych turystów, z reguły do międzynarodowego systemu gwiazdek hotelowych dodawana jest jedna: pięć gwiazdek to w rzeczywistości cztery, cztery to trzy itd. Idziemy do recepcji, a gdy mijamy szpaler krzewów, popycham mocno Menedżera Trasy, który wpada przez nie wprost do basenu.

– Ty parszywy gnoju! – krzyczy, ledwie wynurza się na powierzchnię. Nie zaczerpnął nawet tchu, przypomina jakiegoś klnącego jak szewc kosmicznego delfina.

Telefon, zegarek, bagaż, portfel – wszystko przemoczone do suchej nitki. I to w rekordowym czasie! Jak wszystkie włochate stworzenia, ociekający wodą, wygląda bardzo żałośnie. Ja czuję się jednak usatysfakcjonowany: po „Hansgate” zdecydowanie na to zasłużył.

Postanawiam, że powinniśmy zmienić miejsce zakwaterowania.

– Jeśli cię to pocieszy – mówię do Menedżera Trasy – olewamy tę norę i przenosimy się do Es Vive. Na mój koszt. Hans, mógłbyś nas podwieźć?

Ibiza to maleńka wyspa z setkami hoteli. Pewien sprytny Brytyjczyk odkrył, że minimalne podwyższenie standardu i gościnność wobec DJ-ów oraz zamożniejszych klubowiczów podniosą rangę jego lokalu. W połączeniu ze stylem art déco, nawiązującym do tradycji rodem z Miami, uczyniło to Es Vive miejscem, w którym warto bywać – kwintesencją butikowego hotelu, nim jeszcze ta fraza w ogóle została ukuta. Idziemy do recepcji najbardziej rockandrollowego hotelu na wyspie… i niemal zderzamy się z naszą głośną tlenioną koleżanką z samolotu, obecnie pozbawioną świty wikingów.

– Ostatni z ciebie kutas, tajny DJ-u! – ogłasza całemu światu.

– Może ta laska ma rację? – zastanawiam się na głos, wpychając z roztargnieniem Menedżera Trasy do tutejszego basenu i ustanawiając tym samym nowy rekord. Ludzie na wysokiej jakości amfetaminie są łatwym celem – siada im percepcja.

Hans wycofuje się ostrożnie.

Godzina 01:30

Bez względu na to, jak napięty jest grafik, zawsze znajdzie się w nim okienko na chwilę wytchnienia. Nawet najostrzej imprezujący rockandrollowcy muszą czasem odpocząć, choćby przez przypadek. Kolacja jest zazwyczaj ostatnią szansą na nacieszenie się spokojem. Jem, aż mi się uszy trzęsą. Menedżer Trasy nie je wcale, bo to oznaczałoby, że musiałby przestać mówić. Hans jest w równym stopniu zdumiony, co przerażony. Ale ta chwila normalności szybko dobiega końca, bo już za moment zaczynamy pracę.

Jeśli jesteś na terenie starego miasta – lub Dalt Vila, jak nazywa się to na Ibizie – i należysz do starej gwardii, zajdź na wybrzeże na szoty, chupitos i kokę. Nocą tutejszy port to odurzająca mieszanka zapachów, widoków i dźwięków, zawsze pełen ludzi. Nie mamy zbyt dużo czasu, ale każdy szanujący się weteran pilnuje, by się tu pokazać. Nie możesz twierdzić, że jesteś na Ibizie, dopóki nie odwiedziłeś Rock Baru, nie przywitałeś się ze wszystkimi i nie wlałeś w siebie odpowiedniej ilości lokalnej wody ognistej. Hans jest wystarczająco doświadczony, by wiedzieć, że tu nie ma miejsca na negocjacje. To nasze święte prawo – i obowiązek.

Dalt Vila skrzy się pośród śródziemnomorskiej nocy niczym klejnot, górując dumnie nad zatoką zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Kanciaste wieże starego miasta, widoczne z większości punktów w południowej części wyspy, są niczym latarnia morska wzywająca nocne istoty, aby wychynęły ze swoich nor i oddały im cześć. To trochę jak głęboki wąwóz – ograniczony z jednej strony szpalerem luksusowych jachtów i statków wycieczkowych, a z drugiej starożytnymi murami. Port brzęczy i wibruje bezustannie jak trącona struna, kipiący energią i roztętniony obietnicami. To wrota do bram nocnego życia. Jeśli jesteś wystarczająco zamożny, aby nie musieć kupować biletów do klubów z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, to właśnie tutaj przychodzisz, aby zdecydować, gdzie się udać, i poplotkować o tym, w której z setek imprez odbywających się dzisiejszego wieczoru warto wziąć udział. Kluby i ich promotorzy doskonale o tym wiedzą – i starają się to wykorzystać. Swego czasu tradycją było tu organizowanie dziwacznych pochodów, paradujących w tę i we w tę jak podczas miniaturowego karnawału. Przed oczami zdumionych gapiów maszerował barwny, olśniewający tłum uzbrojony w transparenty, flagi i sztandary, zawsze odziany zgodnie z jakimś absurdalnym motywem seksualnym. Dekady temu Ibiza ustanowiła swoisty system marketingowy oparty na seksualności – i nikt nigdy nie zadał sobie trudu, aby to zmienić. To coś, co wykorzystywano na maksa podczas serii imprez z cyklu Manumission. Spotykasz słynnego niskorosłego performera Johnny’ego Goldena, biorącego udział w kolejnej niedorzecznej paradzie i zarabiającego na posiłek. Prawie niezauważalne wzruszenie ramion, porozumiewawcze mrugnięcie, rzucone mimochodem: „Skoczymy później na drinka?” i plamki barw w masie beżowych ciał suną dalej. Ma się rozumieć, podobne parady są teraz zakazane, jak wszystkie inne naprawdę interesujące rzeczy – poległy w starciu z duchem nowego globalnego purytanizmu.

Dziewięćdziesiąt procent spacerowiczów to turyści, którzy nie mają pojęcia, że bar, do którego akurat zaszli, jest wyjątkowy i odwiedzany przez celebrytów ani że kolejny jest przeznaczony wyłącznie dla Włochów poszukujących haszyszu, że ten jest własnością tamtego megaklubu, a inny przykrywką dla serbskiej zorganizowanej przestępczości. Dla osób z zewnątrz wszystkie są takie same – i równie onieśmielające – więc idą dalej. Niektórzy wyglądają na przestraszonych, inni na rozbawionych. To coś w rodzaju odwróconej formuły safari, podczas którego siedząc na naszych barowych stołkach, obserwujemy przepływające obok nas cuda natury. Zasłużyliśmy sobie na te miejsca w pierwszym rzędzie na przestrzeni dziesięcioleci. Promenada przypomina trochę taśmociąg z bagażem w skali makro – znajdziesz tu dosłownie wszystko, od rzeczy nudnych i zwyczajnych aż po egzotyczne i luksusowe. To kwintesencja Ibizy, w której obliczu bledną nawet wybryki Menedżera Trasy.

Chociaż nie mamy zbyt dużo czasu na odpoczynek, musimy odprawić święty rytuał, wypijając kieliszek likieru Hierbas w Rock Barze. Gdy alkohol pali przełyk, przenosisz się w czasie do Baru Domino, Maurów, a nawet kartagińskich żołnierzy strzegących nocą okrętów w zatoce. Hierbas, starożytna anyżowa zagłada. Orzeźwiający, niepowtarzalny smak Ibizy przenika twoją duszę na wskroś. To jak czuły uścisk starego przyjaciela. Hołd wobec przeszłości i teraźniejszości.

A potem powrót do czekającego samochodu i wyraźnie zdenerwowanego Hansa.

Godzina 03:00

Wejście na teren jednego z najbardziej obleganych obiektów bywa trudne. Tym razem ruch jest wyraźnie wzmożony. Z daleka wygląda to tak, jakby bramkarz nie ogarniał swojego fachu. Gdy jesteśmy bliżej, okazuje się to wręcz sporym niedopowiedzeniem. Na zewnątrz znajduje się rozległy parking, a sam klub to w zasadzie szkielet osłoniętych markizami ścian, przypominający jakiś starożytny kamienny statek żeglujący pośród fal skłębionego tłumu. Witamy na Ibizie. Idea grzecznego czekania w kolejce jest całkowicie obca co najmniej czterem z dominujących tu narodowości, a rozgorączkowana masa szturmuje wejście z zapałem godnym lepszej sprawy. To w zasadzie jak bardziej cywilizowana forma zamieszek. Kwowser, stary kumpel i ktoś w rodzaju zawodowego selekcjonera, właśnie dostał tu fuchę i dziś zaczynał okres próbny. Traf chciał, że został przydzielony akurat do tego lokalu. Był na Ibizie już od tygodnia, a ja nie mogłem się doczekać, żeby się z nim spotkać i zobaczyć, jak sobie radzi.

Widzę go teraz skulonego przed klubem (później dowiem się, że zafundował sobie wcześniej nieco naprawdę mocnego MDMA, znacznie silniejszego od tego będącego w powszechnym obiegu w Londynie). Znam go dobrze, więc zaczynam się martwić, widząc, jak ochroniarze próbują go ocucić. Kwowser to stary wyga. Jest słusznej postury i w razie potrzeby nie boi się ubrudzić sobie rąk. Jest również w połowie Niemcem. Za ochroniarzami stoi jeden z właścicieli lokalu i sprawia wrażenie bardzo niezadowolonego. On z kolei jest rodowitym Niemcem. Przez tłum w pobliżu przedziera się niemiecka ekipa filmowa, która ma nagrać wydarzenie i przeprowadzić wywiad z dumnym właścicielem. Ochronie udaje się ocucić Kwowsera, który na dźwięk niemieckiego zaczyna krzyczeć: „Arschloch!” do wszystkich Niemców w okolicy. Czyli do tych ważnych. To określenie jest o wiele bardziej obraźliwe w języku niemieckim, niż sugerowałoby dosłowne tłumaczenie. Widzę, że właściciel na chwilę dosłownie zaniemówił. Kiedy w końcu odzyskuje głos, w kilku krótkich słowach każe Kwowserowi się wynosić i nigdy nie wracać. Aby usunąć go z terenu klubu, potrzeba czterech chłopa.

Bycie zatrudnionym, zwolnionym i zarobienie dożywotniego zakazu wykonywania zawodu w jeden dzień. Dobra robota, Kwowser. Jestem dziwnie dumny.

Dla klubowicza próg lokalu to święte miejsce. Portal do innego wymiaru. Dla kogoś z branży to po prostu zakorkowane i zatłoczone wejście. Przeciskasz się przez wąskie gardło chaosu, przechodzisz przez wewnętrzne drzwi, cieszysz się przelotnym powiewem klimy, a potem pochłania cię gęsta zupa dźwięku i ciemności. To fikcyjny świat, w który zanurzamy się, aby być kimś innym, gdzieś indziej. Źrenice rozszerzają się, próbując dopasować się do mroku. Następuje chwila dezorientacji w czarnym tunelu, a następnie eksplodują światła, którym towarzyszy fala hałasu. Ścisk i bombardowanie bodźcami sprawiają, że zmysły wariują. Najlepiej oswajać się z tym stopniowo.

Niestety teraz to niemożliwe. Spóźniliśmy się na rozpoczęcie imprezy, co nie zdarza mi się często, bo oznacza brak czasu na asymilację, odprężenie i wyczucie nastroju. Zostaję praktycznie wepchnięty na scenę, mrugając w oślepiającym blasku migających świateł. Trzymając nad głową swój szajs, przeciskam się przez tłum, pokrzykując. Nikt nie zwraca na nic uwagi. Każdy tkwi w swoim małym świecie. Ludzie koncentrują się na głębszym doświadczaniu rzeczywistości i zawsze, zawsze są zwróceni w stronę stanowiska DJ-a. Pogrążeni w transie. Kabina DJ-a to ambona, mównica, z której przemawia on do wiernych. Zawsze boję się tego momentu, w którym zaczynam grać po kimś innym, kiedy następuje zmiana klimatu. To wyższy poziom niezręczności. I to zarówno dla wyjadaczy, jak i dla żółtodziobów. Amatorzy robią wielkie wejście, profesjonaliści utrzymują klimat. Świeżaki się panoszą, zawodowcy dokonują gładkiego przejścia. Mili ludzie się witają, niegrzeczni marszczą brwi i mamroczą coś pod nosami. Czy wyraziłem się jasno? Tak, wszystko sprowadza się z grubsza do tego, by nie być kutasem.

Widzę, że ludzie nie są zachwyceni moim widokiem. To nic nowego, ale wiem, że sytuacja może łatwo wymknąć się spod kontroli. Jestem piętnaście minut przed czasem. Dla mnie to bardzo późno, ale dla wielu, zwłaszcza tych, którzy mają napięte harmonogramy z kilkoma imprezami w weekend, to standard. Słabo, ale jednak standard. Z doświadczenia wiem, że jeśli coś sugeruje, iż nowy DJ może się spóźnić, to ten aktualnie grający zaczyna sądzić, że może nieco przeciągnąć swój występ. A gdy jego następca zjawia się nagle o czasie, pojawia się wielkie rozczarowanie. To tłumaczy czasem mur wrogości, który cię wita. Do tego dochodzi zwykła zazdrość lub osoby, które „wspierają” swojego bohatera, postanawiając okazywać jawną wrogość jego „rywalowi”. A może po prostu ci tutaj już mnie znają. Kto to, kurwa, wie?

Spędziłem wiele dziesięcioleci, rozgrzewając publiczność. Wymaga to wyjątkowego hartu ducha. Jeśli jesteś ambitny, pożre twoje ego żywcem. Kłopot z megaklubami polega na tym, że ci, którzy w nich występują, nie są zwykłymi, ciężko pracującymi rezydentami danego lokalu, ale gwiazdami. Gwiazdami. Tak, wiem. Niedorzeczne. Ale mimo wszystko prawdziwe.

I tak oto pokornie próbuję przezwyciężyć otwartą wrogość. Mijam ostrożnie osoby, których nie powinno tu być. Staram się być niepozorny. Robienie zamieszania i rozpychanie się łokciami, aby zaznaczyć swoją obecność, nie jest w dobrym tonie. W tym momencie przydałaby mi się jakaś pomoc, ale Menedżera Trasy zwolniłem dziesięć godzin temu. A w każdym razie, gdy widziałem go ostatnio, przypominał zwieńczoną siwą szopą latarnię morską, omiatającą wzburzone morze imprezowiczów wiązką skumulowanej lubieżności. Jest stracony dla świata. Niech mu ziemia lekką będzie. Tak czy inaczej, pokonuję falangę obelg, a gdy się odwracam, moim oczom ukazuje się sterta toreb, kurtek, plecaków, komputerów, płaszczy, czapek, futer, telefonów i najrozmaitszego śmiecia, szczelnie wypełniająca każdy skrawek dostępnej przestrzeni. W dobrym tonie jest zrobienie miejsca dla nowego DJ-a, ale to terytorium jest okupowane. Nie obędzie się bez walki.

DJ-e zawsze wiedzą, kiedy przydzielony im czas dobiega końca. Odliczamy go, dostosowując tempo pracy do wyznaczonych ram. Na dziesięć lub piętnaście minut przed zakończeniem zaczynasz się przygotowywać. Zbierasz powoli swoje rzeczy i się pakujesz. Na pięć minut przed upływem twojej tury zdejmujesz słuchawki. Jeśli twój następca jest zestresowany lub potrzebuje chwili, żeby złapać oddech, możesz grzecznie zapytać, czy chciałby, żebyś odrobinę przeciągnął. To drobna uprzejmość. Może też poprosić cię o to pierwszy. Zazwyczaj w trakcie zmiany dochodzi do jakiejś dyskusji, którą nazywam gadką szmatką, równie niezręczną jak przebieranie się na plaży pod zbyt małym ręcznikiem – to po prostu odrobinę krępujące. Czasami poprzedni DJ nie zwraca na ciebie uwagi, nie przyjmuje do wiadomości, że się zjawiłeś, udając, że jest bez reszty pochłonięty swoją pracą. Wtedy wiesz, że masz kłopoty. Jesteś za coś karany. Może chodzić po prostu o to, że dostałeś lepsze godziny. Czasem ktoś uważa, że mu nie dorównujesz. Bywa, że w grę wchodzą narkotyki lub rozbuchane ego. Albo ktoś miał po prostu gówniany dzień. Cóż, życie. Musisz sobie jakoś z tym poradzić.

Pakuję się do środka, forsując barierę agresji. Szukam wolnego miejsca. Brak. Pochylam się, odsuwam kilka kurtek, żeby się rozłożyć, i… jasny szlag! Z kłębowiska rzeczy osobistych wyłania się czyjaś twarz. Odskakuję jak oparzony, niczym w kreskówce. Stary, serio? Zrobiłeś sobie fort z nakryć wierzchnich, żeby móc w spokoju ćpać?! Nieprawdopodobne.

Nerwówka to stały punkt programu. Zapytaj dowolnego DJ-a, czy denerwuje się przed występem, a jeśli zaprzeczy, możesz być pewien, że kłamie. Na pozór mam chill. Jestem oazą spokoju, jego pieprzoną esencją. Czuję jednak pilną potrzebę postawienia klocka. Jak zawsze przed moim wejściem. To znak, że się denerwuję. Staram się przekonać sam siebie, że przecież gram od wielu lat, więc nie ma się czego bać. Ale moje wnętrzności wiedzą lepiej. Muzyka przyśpiesza, tempo rośnie. Koleś chce grać dłużej? W porządku. Muszę do toalety.

Każdy DJ powie ci, że jego marzeniem jest stanowisko z prywatną łazienką. Z jakiegoś dziwnego powodu toalety i kabiny DJ-ów zawsze znajdują się na przeciwległych końcach lokalu. Zanurzam się znów w tłum z nerwami napiętymi jak postronki. Przedzieram się przez niego jak taran, przepycham się desperacko w stronę kibli. Coś w moich miotających błyskawice oczach mówi im, że to poważna sprawa, bo gąszcz ciał rozstępuje się przede mną jak Morze Czerwone. W końcu docieram do upragnionego celu podróży. Męska toaleta to jak zwykle syf, kiła i mogiła. Nie ma tu nic, co przydałoby się komuś, kto zagląda tu w celu innym niż szybkie wciągnięcie kreski. Można za to złapać coś paskudnego. Chociaż to i tak bez znaczenia, bo jak zwykle siadasz i… zero. Wszystko jest w twojej głowie. Próbujesz, nie udaje ci się, a potem zawracasz, zanim docierasz do drzwi. Bawi cię to? A czy kiedykolwiek występowałeś solo przed dwoma tysiącami ludzi? To efekt presji spóźnienia – stresująca atmosfera w kabinie. W pewnym sensie rytuał. Podchwytujesz swój wzrok w lustrze, kręcisz z rozbawieniem głową. Ochlapujesz twarz zimną wodą. Niedorzeczne.

Potem z ponurą determinacją przedzierasz się przez ten sam tłum i wracasz do stanowiska, żeby zająć swoje miejsce. Teraz jest całe twoje. Nie ma czasu na cackanie się z czyimś kruchym ego i chodzenie wokół niego na paluszkach. Idziesz prosto do kabiny. Powarkujesz do kręcących się w pobliżu osób, aby zrobiły ci miejsce. Prosisz je grzecznie, by się oddaliły. Ignorujesz nienawistne spojrzenia. Pukasz w ramię DJ-a, który udaje, że cię nie widzi, i pokazujesz na zegarek. Niech wie, że jego dodatkowy czas dobiegł końca. Pora się stąd zbierać, synu. Niektórzy z tych ludzi, co niewiarygodne, zapłacili, aby mnie zobaczyć (wciąż nie ogarniam tego umysłem). Teraz robisz wszystko jak na autopilocie. Rozpakowujesz się. Wyłączasz. Resetujesz odsłuch, który twój poprzednik w swoim samozachwycie podkręcił na maksa. Obniżasz poziom wzmocnienia do normalnych ustawień. Podchwytujesz wzrok dźwiękowca i widzisz w jego spojrzeniu ulgę. Twój umysł pracował podświadomie przez ostatnie trzydzieści minut setu poprzedniego DJ-a. Co by pasowało do jego brzmienia? Pojawia się pokusa, żeby olać wszystko, zahamować z piskiem opon, zmienić klimat, wyłączyć wszystkie światła i ogłosić wszem wobec swoje przybycie, zagrać kutafońskie fanfary. Czasami tak trzeba. Ale nie dzisiaj. Był gnojem, ale nie grał nic skomplikowanego, więc łatwo jest znaleźć kilka kawałków na początek, które wpasują się w tę atmosferę. Pewnie zanadto się stresuję. Ale tu nie chodzi o mnie czy o niego. Tylko o nich. O tych wszystkich ludzi, którzy w tej chwili są w swoim żywiole. Moim zadaniem jest utrzymać ich na fali.

Wejście w rutynę? Czasami zajmuje to godzinę, ale kiedy już się rozgościsz, a złe emocje odpuszczą, w końcu zaczynasz się odprężać. Tym razem mam farta. Bywa, że poprzedni DJ i jego świta kręcą się w pobliżu, piorunując cię wzrokiem przez cały czas. Na szczęście to nie taka sytuacja. Nadeszła pora, aby oderwać spojrzenie od konsoli (zdziwilibyście się, ale niektórzy DJ-e nigdy tego nie robią). Pora, aby zadzierzgnąć więź. Przed tobą morze głów, wzburzony ocean twarzy. I tak jak na oceanie – gdy tylko złapiesz ster, nagle wszystko inne przestaje istnieć. Teraz liczy się wyłącznie ten moment. Czas zaczyna płynąć inaczej. Nagranie, które trwa prawie dziesięć minut, kończy się w ciągu kilku chwil. Twoje zmysły rejestrują jedynie to, co dzieje się w bezpośredniej bliskości. Spojrzenia dwóch tysięcy par oczu automatycznie wymuszają na tobie maksymalne skupienie. Podobnie jak podczas czytania partytury: jesteś zanurzony w chwili obecnej, ale jednocześnie wybiegasz myślą o dwie lub trzy melodie do przodu. To jak szachy audio z godnym przeciwnikiem. I trochę jak pływanie. Dryfujesz w migotliwym, rozmytym świetle, otoczony jedynie przez dźwięk. Ma się rozumieć, towarzyszy temu rytm, tempo nóg przeciwstawiających się prądowi. To równie naturalne jak oddychanie.

Nie myślisz. Ty po prostu wiesz. Czy kiedykolwiek przyłapałeś się na tym, że zbyt mocno się starasz podczas jakiejś czynności, rywalizacji wymagającej wysiłku fizycznego? A czy zauważyłeś, że najlepsze wyniki osiągasz wtedy, gdy przestajesz myśleć? To właśnie to. Światła są zbyt mocne i oślepiają. Nie rejestrujesz zbyt wiele poza samymi dźwiękami, a nawet jeśli, robisz to intuicyjnie. Wiesz dokładnie, co powinieneś zagrać w następnej kolejności. Od czasu do czasu wynurzasz się na powierzchnię, aby skupić się na poszczególnych osobach, a one zamykają oczy. Wtedy wiesz, że robisz dobrą robotę. Czasami więź zostaje zerwana, a ty musisz wprowadzić odpowiednie modyfikacje. Ale nie dzisiaj.

W swojej pracy mam okazję oglądać DJ-ów z listami. Z komputerami i oznaczonymi barwami płytami CD. Z pendrive’ami, marszczących w skupieniu brwi. Widuję też takich, którzy po prostu surfują na fali. Jestem jednym z nich. Zwyczajnie odpływam. Gdy zdarzają mi się gorsze chwile, przeklinam samego siebie za to, że nie podchodzę do tego bardziej „profesjonalnie”, ale nawet gdy próbuję, wszystko wymyka mi się spod kontroli, rozpływa w lepkim upale. To coś, co po prostu robię – i wiem, że robię to dobrze. Staram się tego nie kwestionować. To w dużej mierze sprawa podświadomości. Każdego, kto naprawdę wkłada w coś serce, dręczą na ten temat koszmary. Śnisz o tym, że próbujesz robić to, co robisz, i… ogarnia cię niemoc. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, w czym jesteś dobry, co tak naprawdę potrafisz robić, zapytaj o to swoje sny. Ja śnię o tym, że jestem tam, ponad tłumem, i nagle coś zaczyna nawalać – zwykła usterka techniczna. Ale tłum o tym nie wie. Myślą, że to twoja wina (co również się zdarza). Każdy miewa czasem koszmary, ja również. Dzięki temu wiem, że moim przeznaczeniem jest bycie DJ-em.

Czujesz flow. Nie ma co do tego wątpliwości. To w zasadzie produkt uboczny wszystkiego, co robisz. Nastrój imprezy tworzą wszyscy razem i każdy z osobna. W przypadku dużych eventów jest łatwiej, bo każdy biorący w nich udział tego pragnie, dąży do tego. A kiedy klimat już zaskoczy, następuje prawdziwy haj. Nie ma co się nad tym rozwodzić: to się po prostu dzieje, a ty stanowisz część czegoś wyjątkowego. Jeśli jesteś idiotą, próbujesz przypisać sobie wszystkie zasługi. Tacy zaklinacze deszczu to prawdziwy cierń w zadku. Można jednak zrozumieć, dlaczego robią to, co robią.

I właśnie wtedy, gdy zatracasz się w tym wszystkim, ktoś stuka cię w ramię. Nic tak nie wkurza jak ktoś, kto wyrywa cię z transu. Ale to ryzyko zawodowe, a bycie profesjonalistą oznacza konieczność radzenia sobie z nim w sposób cywilizowany. DJ-skie kabiny są w teorii niedostępne dla plebsu, ale z drugiej strony wszystko zależy od twojej renomy. Takie coś można wyczuć, nim jeszcze ktoś ci się objawi. Nazywamy ich „molestatorami”. Nie spoczną, dopóki nie znajdą się tuż obok DJ-a, chłonąc adorację tłumu przez asocjację, niczym jaszczurka wygrzewająca się pod lampą w piwnicy, przekonana, że zażywa słonecznej kąpieli. Nie dotyczy to jakiegoś konkretnego szczebla drabiny społecznej. Taki ktoś może być zarówno ćpunem, jak i milionerem. Szczerze? Nie mam nic przeciwko. Skoro ich to kręci… Jedyny warunek to nienaruszanie mojej przestrzeni osobistej. I zero gadki! Jestem w pracy. Przebywam na innej orbicie. Ściągnij mnie z niej, a wszystko spieprzysz. Nie ma jednak znaczenia, czego chcę ja – nie powstrzymam tego, co nieuchronne.

– Hej! Hej, stary, świetny bit. Zapuściłbyś może ten kawałek, który brzmi tak: umpa-umpa, wakka-wak, bums-bums, bam-bam?

Czy naprawdę usłyszałem coś na temat „bitu”? Czy on żartuje? Nie, gość jest śmiertelnie poważny. Sęk w tym, że dokładnie wiem, jaki utwór ma na myśli. DJ-e są jak dentyści – potrafią doskonale zrozumieć, co bełkoczesz, mimo iż masz usta wypełnione ich wciśniętymi niemal w samo gardło rękami. Z biegiem lat wypracowujesz dziwną umiejętność mimowolnego rozszyfrowywania osobliwych dźwięków, które ludzie wydają z siebie, gdy o coś proszą. Jestem profesjonalistą. Zawsze kiwam głową i się uśmiecham. Angażuję się. Czasami to wszystko, czego chcą – żeby tłum widział, jak z tobą rozmawiają. Prośba o jakiś kawałek to tylko pretekst, aby się do nas zbliżyć. Źli DJ-e tego nienawidzą. Jak ktoś śmie do nich podejść?! Tranquilo, stary. Bądź profesjonalistą – handluj z tym.

Nie oznacza to jednak, że nie zdarzają się wypadki przy pracy.

Narwana Laska wchodziła mi na głowę za każdym razem, gdy grałem w moim rodzinnym mieście. Kiedy pewnego razu odwiedzałem tam moich rodziców, przypadkiem zobaczyłem ją podczas robienia zakupów – pracowała w butiku z modnymi damskimi ciuchami. Każda komórka mojego ciała krzyczała wręcz od chęci, by wpaść tam i wykrzyczeć jej prosto do ucha: „Przepraszam, czy macie może jakieś mundury wojskowe z lat osiemdziesiątych? Potrzebuję na gwałt munduru porucznika. Ze złotym sznurem. Nie macie nic takiego? A co z płetwami? Macie jakieś płetwy do pływania? Nie? Serio?! A maski do nurkowania? Bo jak nie macie płetw, to musicie mieć chyba maski?! Nie? Co to w ogóle za sklep? Jeśli natychmiast nie znajdziesz mi maski, wyjdę i wszyscy inni klienci również. Na co komu wasze gównianie kiecki?! Hej, wiesz co? Zajrzę do tego waszego chujowego magazynu i sam sprawdzę, czy macie coś sensownego. Jak to »nie«? Skoro tak, to wasz sklep jest do bani! Wychodzę! Natychmiast!”.

O tak, miałem przemożną chęć tak właśnie zrobić, ale się powstrzymałem. Ten gość, który teraz nade mną sterczy, jest świętym w aureoli w porównaniu do większości. W sumie zgadzam się zagrać, o co prosi. Tak, kawałek pasuje nawet do tego, za co mi płacą. Bywają takie dni, kiedy wszystko się układa, jak trzeba, i nawet intruzów da się znieść w miarę bezboleśnie. Dawniej kręciłem nosem na puszczanie gotowych kawałków. Zaczynałem od ogarniania zespołów. DJ-owanie było czymś, co robiliśmy dla zabawy przed występem jakiejś grupy lub po nim. W końcu, po długim czasie, zdałem sobie sprawę, że to jedna z wielu rzeczy, które z pozoru wydają się łatwe, ale wcale takie nie są. Że aby robić to dobrze, potrzeba wprawy. Każdy może biegać, ale nie każdy jest sprinterem olimpijskim. Każdy potrafi oddychać, ale tylko nieliczni umieją nurkować na wstrzymanym oddechu. Bycie dobrym w czymś na arenie międzynarodowej wymaga wieloletniego doświadczenia – i nigdy nie jest się tak dobrym, by nie można było stać się lepszym. To jednak wysiłek grupowy. Bez imprezy jesteś tylko samotną szafą grającą, puszczającą melodie na wiatr. Kiedy jest dobrze, wpływa na to idealne zgranie licznych czynników. A ja mogę śmiało powiedzieć, że summa summarum dzisiejszy wieczór można zaliczyć do tych udanych.

Godzina 06:00

Dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. Gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki, tłum skanduje: „Jeszcze jeden!”. Jego życzenie jest dla mnie rozkazem. Zawsze jednak należy kończyć punktualnie. Wiem, że inni pracujący tu ludzie też chcą iść do domu. Nie można ich zatrzymywać dwadzieścia minut dłużej tylko dla podkarmienia własnego ego. Zapalają się światła. Wszystko milknie. Ludzie wychodzą. Pewnych rzeczy nigdy nie powinno się oglądać w tym zimnym świetle poranka. Pusta przestrzeń klubu prezentuje się teraz nieskończenie ponuro. Jeszcze dziesięć minut temu to miejsce było cudownym królestwem dźwięku i światła. Teraz to brudna, pusta stodoła. Mimo to czasem po prostu zostajesz tam, tkwiąc pośrodku tego wszystkiego jak ostatni głupek. Zagubiony w myślach. Szczerząc się od ucha do ucha jak jakiś szalony duch nawiedzający scenę swojego ostatniego śmiertelnego triumfu. To chwila, gdy jesteś najbardziej bezbronny. Narażony na atak. Zgadzasz się na wszystko. Szybujesz wysoko jak latawiec, który zerwał się ze sznurka. Piłeś bez przerwy przez ostatnie dwie godziny, ale ledwo to zauważasz. Gdy tylko wychodzisz z kabiny, procenty uderzają ci do głowy. Adrenalina opada. Nie sposób się z tego otrząsnąć. Na przestrzeni wielu lat próbowałem dosłownie wszystkiego, ale teraz wiem, że należy po prostu pozwolić, by sprawy toczyły się własnym biegiem. W dzisiejszych czasach kasę dostaje się z wyprzedzeniem za pośrednictwem przelewu. Tej nocy wciąż musimy się jednak zagłębić w labirynt trzewi klubu, aby otrzymać zapłatę w gotówce od kogoś, kto właśnie przechodzi bolesny proces trzeźwienia. Bijącym sercem lokalu nie jest jasno oświetlona scena, ale zatęchłe, małe biuro. Największe kluby zatrudniają ludzi zajmujących się ogarnianiem artystów – i jeden z nich prowadzi mnie właśnie w najmroczniejsze zakamarki tego miejsca. Możliwe, że nazywa się Warren. Przechodzimy przez kuchnie, od dawna nieużywane, zastawione regałami pełnymi beczek i skrzynek z napojami sprzedawanymi po obłędnych cenach, klucząc korytarzami i pokonując liczne schody, aż wreszcie docieramy do centrum dowodzenia i szefa rozpartego na swoim tronie. To ten niemiecki właściciel, który wcześniej wyrzucił Kwowsera z pracy. Poleciłem mu go. W tej chwili nie czuję się na siłach, by to ogarnąć. A jednak muszę to zrobić, jeśli chcę dostać kasę. Jest tu również Hans. Obaj mają bardzo poważne miny.

– Zauważyłeś, że zainstalowaliśmy nowe wytwornice mgły? – pyta Hans.

Zapewniam go, że tak, choć nie widziałem ich w akcji. Szef odwraca się i ze swoim ciężkim, ponurym bawarskim akcentem mówi:

– Nie, jeszcze nie puściliśmy gazu.

Moja twarz zastyga w maskę przerażenia i poprawiam go pośpiesznie:

– Nie, nie! Na to mówi się raczej „sztuczny dym”!

Następuje krótka przerwa, po czym obaj wybuchają gromkim śmiechem. Szlag. Niemcy nie certolą się nawet, gdy żartują. Albo grubo, albo wcale.

Godzina 07:00

Klub funkcjonuje trochę jak przeciwieństwo banku. Ciężko jest dostać się do środka, ale bardzo łatwo się stąd wydostać, gdy już z tobą skończą i oddasz im całą swoją kasę. Pomimo labiryntu korytarzy wydaje się, że aby wyjść z biura, wystarczy zrobić krok. Pchasz ogromne drzwi przeciwpożarowe, uderza cię fala ciepła i światła i wiesz już, że znowu jest dzień. Zapowiada się upał. Masz świadomość, że powinieneś wrócić do hotelu. Chcesz, ale nic z tego. Przerabiałeś to już wiele razy. I nie chodzi tylko o to, że jesteś na haju po występie. Twój zegar biologiczny się przestawił. Do odlotu pozostało jeszcze kilka godzin, więc lepiej surfować na tej fali, niż samotnie spacerować w tę i we w tę po pokoju. Jakimś cudem zawsze znajduje się miejsce dla tych, którzy nie mają ochoty przerywać imprezy. A już z pewnością na Ibizie. Hans prowadzi nas do dziwnej, ponurej nory, która najwyraźniej jest czymś w rodzaju burdelu. Ibiza ma długą tradycję imprezowania, ale pod całym tym blichtrem kryje się dość obskurne wnętrze.

Przedzieramy się przez tłum smutnych i zmęczonych Latynosów, kiwamy głowami dwóm wiekowym lokalsom siedzącym na stołkach i wychodzimy na terrazę przystrojoną plastikowymi homarami w sieciach rybackich, sztucznymi palmami i zastawioną obfitością ratanowych mebli, na których spoczywają z podkrążonymi oczami sponiewierani weterani poprzedniej nocy. Od szumu rozmów niemal wibruje powietrze. Wspaniale jest móc pogadać z ludźmi po godzinach spędzonych w odosobnieniu. Tłum cię dopinguje, ale znacznie lepsze są składane później osobiste podziękowania. Zresztą to i tak nie ty jesteś obiektem ich entuzjazmu, tylko muzyka. Ona jest wszystkim. Jeśli myślisz, że chodzi o ciebie… cóż, to tylko urojenia. Świetnie jest poznawać osoby, które były tam wczoraj w nocy. W pewnym sensie byłeś jedną z nich, choć odizolowany od reszty. Odcięty w swojej bańce. Ze wszystkich stron ciągną ku tobie szczerzący się od ucha do ucha wariaci. I nawet jeśli wiesz, że wczoraj nie chodziło o ciebie, to część z nich tak sądzi. A jeżeli ktoś źle się bawił, to również twoja wina. W takich chwilach bardzo łatwo jest stracić perspektywę, uwierzyć w to, że wszystko kręci się wokół ciebie. Mnie również się to zdarza.

Potem haj ustępuje i zaczyna ci się dawać we znaki zmęczenie. Teraz jest już naprawdę za późno, by wrócić do hotelu i przespać się dłużej niż dwie godziny lub oddać się samotnej masturbacji. To pora, gdy zaczynasz myśleć: „Pieprzyć to” i robisz coś „tylko po to, by jakoś przetrwać”. Każdy ma swoje własne wymówki, osobisty arsenał głupich pretekstów. Nie śpij przez dwadzieścia dwie godziny spędzone na podróży i pracy, a potem mów mi o zmęczeniu. Porozmawiaj ze mną o kiepskich decyzjach. Po pewnym czasie to nieuniknione. Gdy narkotyki wstępują w związek małżeński z wyczerpaniem w Vegas twojego ciała, wszystko staje się znajome. Nagle wszystko nabiera sensu. Ludzie przestają wydawać się dziwni, uciążliwi i odlegli, a ty uprzytamniasz sobie, że to sami swoi.

„Jak się nazywasz? Czym się zajmujesz? Skąd jesteś?” – to standardowa litania powtarzana po godzinach. Złudny blichtr przyjaźni zbudowanej na flaszce. Wierzyliśmy w nią całym sercem przez jakiś czas w latach 80. I wciąż w nią wierzymy. W powietrzu unosi się dziwne poczucie triumfu: że nam się udało. Że świat się dopiero budzi, a mimo to my jakimś cudem wciąż tu jesteśmy. Jesteśmy panami tego świata, cudownymi idiotami wykrzykującymi głębokie nonsensy. Śmieję się z własnych myśli. Bawimy się słowami w kilku językach, których nie znamy. Dużo przy tym śmiechu. Jak zawsze. Totalny brak komunikacji płynący z połączenia hałasu, niezborności i wyczerpania. Każdy ma głębokie przekonanie, że to wszystko jest niezwykle ważne, choć tak naprawdę nic z tego nie ma sensu. Jesteśmy po prostu bandą świrów wygadujących totalne bzdury. Na trzeźwo to wszystko sprawia, że czuję się stary i zbędny jak gruba encyklopedia, kurząca się na półce w erze Google. Równie niepotrzebny jak zardzewiała huśtawka na placu zabaw – ale to jest mój świat. I kocham go całym sercem.

A potem znowu grasz tylko po to, żeby jakoś ciągnąć dalej. Kiedy przejmujesz stery, wszyscy ci kibicują, są twoją drużyną. Wszyscy mówią w obcym języku, zwłaszcza twoi rodacy. To właśnie wtedy ci, którzy mogą sobie pozwolić na spóźnienie na lot do domu, z radością się na to decydują. To przełom. To Szwajcaria w wojnie o zdrowy rozsądek, neutralny moment, w którym albo wyciągniesz wtyczkę i powiesz pas, albo zostaniesz i dobrowolnie wyruszysz chwiejnym krokiem w nieznane z ludźmi, których dopiero co poznałeś. Udaje ci się dotrzeć do pieprzonej łazienki. Doznajesz małego objawienia. O to właśnie chodzi, prawda? To binarna decyzja dotycząca tego, kim jesteś. Jesteś prawdziwym graczem czy dajesz się ogrywać? Czy cały twój świat kręci się wokół wizyt u barberów, limitowanych edycji, kłótni w internecie, winylowej ortodoksji, telewizji, hamburgerów i smartfonów… czy potrafisz przeżyć prawdziwą przygodę? Czy ulegasz nieustannej propagandzie hollywoodzkich übermenschów z ich pustymi uśmiechami i sztucznymi zębami? A może rozumiesz rzeczywistość i świadomie w niej uczestniczysz? Żyjemy w czasach, w których wszystko musi być seksowne. Miałem już do czynienia z seksownymi zombie, seksownymi prezenterkami wiadomości, seksownymi meblami, a nawet seksowną polityką. Nic nie jest święte z wyjątkiem prawa do bycia nieprzyzwoitym i nietykalnym. Na przestrzeni lat byłem świadkiem moralnego bankructwa świata i szkalowano mnie za przeciętną prawość. To nie wróży dobrze, gdy naćpani idioci wspinają się na wyżyny moralne. Jestem sam, bombardowany gradem przypadkowych rozterek, otoczony przez barwną zbieraninę osób z całego świata o totalnie różnych temperamentach. Czuję się jak wśród swoich.

I wtedy popełniam największy błąd ostatnich dwudziestu czterech godzin. Pytam Hansa o godzinę.

Godzina 13:00

Tuut-tuut! Na stację wjeżdża pociąg paniki. Ani śladu Menedżera Trasy. Twój lot jest za dwie godziny. Hans nie jest w stanie prowadzić. Żegnasz się wylewnie i próbujesz po omacku nawigować pośród oślepiających uliczek Ibizy w porze sjesty, wlokąc po rozpalonym betonie swoje torby, które ważą teraz kilka ton. Nie masz pojęcia, dlaczego twój mózg wmówił ci, że bez trudu znajdziesz taksówkę. Ten sam mózg, który jeszcze niedawno podsuwał ci tak mądre spostrzeżenia w toalecie, teraz gdzieś się zawieruszył. A ty jesteś w piekle, masakrowany bezlitosnym młotem słońca walącym w kowadło twojej twarzy. Jesteś jedyną osobą w promieniu wielu kilometrów. W czasie sjesty nie ma tu żadnych samochodów, nie mówiąc już o taksówkach. Wyłączasz się. Drepczesz. Znów się wyłączasz. Taxi! Bóg istnieje! Jeździ taksówką i zgarnia z ulicy zagubionych idiotów. Wiedząc, że twój set będzie bardzo późno, nie zostawiłeś niczego w hotelu, żebyś nie musiał tam potem wracać. Ale zgubiłeś gdzieś swego jaśnie wielmożę. Lepiej jechać i sprawdzić. Docierasz na miejsce i widzisz, jak mimowolnie dostarcza rozrywki całemu hotelowi. Wczasowicze jedzący lunch w strojach kąpielowych wpatrują się w starszego faceta ubranego od stóp do głów w elegancki, czarny, trzyczęściowy garnitur, który krąży po bufecie jak szalona, spocona wrona.

Podkradnij się – przychodzi ci do głowy. Ukryj się i skocz na niego. Wepchnij go do basenu. Ale nie masz do tego serca. Wszyscy wczasowicze gapią się na mnie, jakbym był diabłem wcielonym. Ludzie zabierają mi z drogi swoje dzieci. Morze spieczonych ciał rozstępuje się przede mną, gdzie się nie obrócę. Wpatrują się we mnie pełne przerażenia oczy. Czy oni naprawdę nie widzą, że to on jest popieprzony, nie ja?! Czy mogą wiedzieć, że jeden z jego szacownych przodków walczył z korsarzami i piratami, a powodem, dla którego zawsze wpycham Jego Menedżerskość do basenu, jest fakt, iż ów antenat oddał życie za swój kraj, idąc na dno? Cóż, przynajmniej dziś tak to sobie tłumaczę. Niestety gdy musi wrócić do swojego pokoju, żeby się przebrać, wszystko przestaje być zabawne. Wyjaśnia mi, że zostaje. Chciałby spędzić beze mnie kilka dni na suchym lądzie. W tym momencie jestem już ledwo trzymającym się na nogach, mocno spoconym ludzkim wrakiem. Nawet bez narkotyków i alkoholu każdy byłby sponiewierany po tak długim okresie bez snu w takim upale. Nie mam czasu ani ochoty na prysznic. Kiedy dochodzisz do tego punktu, rzeczywistość brutalnie upomina się o ciebie i czar, który utrzymuje cię w pionie, nagle pryska. Nieuchronnie, podstępnie opada na ciebie brzemię wyczerpania. Możesz tylko dalej stawiać krok za krokiem. Prawdziwym zagrożeniem jest używanie narkotyków jedynie w charakterze narzędzia pracy, które pozwala ci przetrwać. Ale to nie dziś. Może jutro. Być może prysznic to jednak dobry pomysł, więc po raz pierwszy korzystasz ze swojego drogiego pokoju hotelowego, w sumie przez około piętnaście minut. Zbyt nieprzytomny, by czuć wstyd. Na to przyjdzie czas później.

*

Nie masz pojęcia, jak do tego doszło, ale nagle siedzisz sztywno w taksówce, świadom, że całe mydło świata nie zmyje twojego wewnętrznego brudu. Nic nie ukryje szaleństwa w twoich oczach. Niedziwne, że Hiszpanie nienawidzą ciebie i twojego gatunku. Niedziwne, że Niemcy się z ciebie śmieją, a Francuzi marszczą z dezaprobatą brwi na twój widok. Ale robisz to tak długo, że czujesz się, jakby otaczała cię wata. Do czasu, gdy zaczynasz się nieuchronnie rozpadać na kawałki, dźwigasz na garbie cały ten szajs jak jakiś znoszony, ciężki płaszcz. W sumie możesz się z tym pogodzić. Nie ma sensu się spinać podczas odprawy. Nie masz nic do ukrycia. Równie dobrze mógłbyś być nagi, gdyby nie chęć udawania, że nie jesteś w rozsypce. Ci tutaj widzieli to już tysiące razy. Prześwietlają cię na okoliczność wstydu. Z oczu mundurowych bije rozczarowanie i litość. Żegnają cię z ulgą.

W tym stanie oczekiwanie wcale się nie dłuży. Zwłoki umieją czekać doskonale. Nie zdołałbyś usnąć, nawet gdybyś chciał. Twoje ciało nie ma pojęcia, co się dzieje, i nie może wykonać żadnej funkcji bez ekstremalnej perswazji. Wczasowicze też są cicho. Zawsze tacy są przed odlotem.

Wielu z nich jest tak samo porąbanych jak ty. Niektórzy jeszcze gorsi. Nie cieszy cię nawet, że zostawiają cię w spokoju. Chcesz być już w domu. To niemal bolesne: pragnienie, aby następne kilka godzin po prostu przeleciało niepostrzeżenie. Lot jest prawie przyjemny, przypomina przebywanie w blaszanym łonie. Spoglądasz na akapit w swojej książce i zdajesz sobie sprawę, że przeleciałeś go wzrokiem ponad pięćdziesiąt razy, ale nie zrozumiałeś ani słowa. I dopiero teraz to do ciebie dociera. Ile razy można prosić o wodę, nie wzbudzając przy tym podejrzeń, że jest się najpaskudniejszym kaktusem świata? Ludzie zdecydowanie cię unikają. Jesteś odwodnionym Trójkątem Bermudzkim. Kwintesencją degrengolady, wyczerpania i paranoi. To coś, co powinno się zgłaszać podczas odprawy celnej.

Godzina 17:30

Odprawa celna to śmiech na sali. Jesteś tak wyczerpany, że ważysz o połowę mniej, niż gdy odlatywałeś, co przeczy wszystkim prawom fizyki. Wciąż powtarzasz sobie w myśli: „Jestem normalny, jestem normalny” – i tak przez całą drogę, mimo że nie masz powodów do obaw. Masz już opłacony bilet na pociąg powrotny w rozsądnej cenie lub możesz zapłacić krocie za taksówkę, która podwiezie cię pod same drzwi. Chociaż później zawsze się za to nienawidzisz, idziesz na postój taksówek. Wydałeś prawie połowę tego, co zarobiłeś ostatniej nocy i co otrzymałeś zaledwie kilka godzin temu. Półtorej godziny później przetrząsasz swój bagaż w poszukiwaniu kluczy. Wpadasz do pokoju. Zawsze ścielisz łóżko, żeby po powrocie miło było się do niego położyć. Natychmiast na nie wymiotujesz.

Cudownie.

Aha, zapomniałem wspomnieć: event na Ibizie był w niedzielę wieczorem. W piątek i sobotę grałem w Kuala Lumpur i Londynie. Za trzy dni będę musiał przygotować się na powtórkę. I kolejną tydzień później. I tak co tydzień. To był mój zenit, szczyt nonsensu. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale od tego momentu będzie już tylko z górki. Za kilka lat będę codziennie brał metę, żył na górze jako ostrzyciel noży, a moim najlepszym przyjacielem będzie pies. Ale na razie cieszę się, że udało mi się wspiąć na chwalebne szczyty i przebrnąć przez wyniszczające duszę doliny kolejnego pracowitego weekendu. I że w końcu mogę się wyspać.

Rozdział 2Tysiąc hoteli

Istnieje starożytne powiedzenie (które właśnie wymyśliłem), zgodnie z którym „DJ-owanie to głównie lotniska i hotele”. Można to rozumieć w dwojaki sposób: po pierwsze, że lotniska i hotele są z natury niesamowitymi, bardzo ekscytującymi miejscami, po drugie zaś, że można je postrzegać jako jednorodne przykłady miażdżącej duszę banalności. Jak się wkrótce przekonamy, wszystko jest wprost proporcjonalne do poziomu ekspozycji. Nic, co robi się od świtu do nocy, dzień w dzień, nie może być fantastyczne. Praca nie bywa zabawna – i ty też taki nie jesteś. Oto kilka słów mądrości prosto od DJ-a.

Na Ibizie byłem w zeszłym tygodniu. Wróciłem do Londynu na ważną imprezę. W tym momencie historii eventów organizowanych na dużą skalę główne wytwórnie były zdesperowane, aby zapewnić sobie jak największy kawałek tego tortu. Sprzedajne, głodne i paranoiczne, przez chwilę były zagubione, nie wiedząc, o co w tym wszystkim chodzi. Naturalnie musiały sobie to zawłaszczyć. Częściowo wynikało to z potrzeby posiadania „tanecznych hitów”. Duże wytwórnie mają o sobie wysokie mniemanie, ale są szalenie nierentowne, mają niepewną pozycję, cechuje je chaos i ignorancja. Po prostu czekają, aż coś się wydarzy, a następnie rzucają się na to zachłannie jak pająk atakujący z przyczajki, wsączają w to swój jad, a następnie zostawiają, aby ładnie skruszało, zanim posilą się tym, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. Ja byłem właśnie taką pulchną, niczego nieświadomą małą muchą.

Podpisać. Umowę. Z wytwórnią. To było marzenie mojej młodości, ale poniewczasie dotarło do mnie, jak złudne jest przeświadczenie, że w tym wszystkim chodzi tylko o moją osobę. Że to nieuchronne. Sprawiedliwe. Że to moja nagroda za to, że urodziłem się zajebisty. Wiem – „co za kutas”, myślicie sobie. Wytwórnie też tak myślą.

Z moim lekkomyślnym pragnieniem zdobycia kontraktu zbiegły się inne czynniki. Najlepszym sposobem na radzenie sobie z ciągłym zmęczeniem i koniecznością skakania między strefami czasowymi jest bezustanne wyłączanie umysłu. Szczerze mówiąc, nie trzeba do tego jakichś hardkorowych rozwiązań. Większość osób będących w ciągłej podróży kuruje się alkoholem, tabletkami i kofeiną, aby niwelować wyniszczające skutki bezsenności i zmian stref czasowych. Można się sponiewierać, używając po prostu legalnych wspomagaczy w ilościach hurtowych. Ma się rozumieć, prawdziwym lekarstwem jest reżim ćwiczeń i endorfina, ale… serio? To przychodzi znacznie później. Jeśli przetrwasz proces adaptacji.

Czy istnieją miejsca, w których rywalizacja jest zacieklejsza niż w Londynie? Jeśli tak, to z pewnością niewiele. Po prostu koszty życia tutaj są poza zasięgiem większości zwykłych zjadaczy chleba. Ludzie, którzy pochodzą z tego miasta, trwają w stagnacji. Bunt nie leży w naturze Londyńczyków – zanadto uwielbiają dziobać okruchy spadające ze stołów ich panów. Cała ich tożsamość opiera się na fakcie, że są we własnych oczach uprzywilejowani, nawet jeśli jedyną ich zasługą jest to, że się tu urodzili. Jednakże gdy tylko zaświeci słońce, a oni wyłonią się z czeluści swoich domów, mrugając nieprzytomnie, aby wystawać w ogromnych tłumach na środku jezdni przed pubami lub opalać się na żałośnie małych skrawkach zbrązowiałej trawy tuż obok zasnutych smogiem tras… Cóż, nic na to nie poradzę: po prostu kocham to miejsce.

Dotarcie z Heathrow do miasta taksówką to trasa zombie. Drogi zwężają się z rozległych ośmiopasmowych superautostrad do średniowiecznych krętych, brukowanych uliczek w ciągu piekielnie dłużącej się półtorej godziny. Spędzasz ten czas w głównej mierze z czaszką rozwibrowaną od kontaktu ze stalą i szkłem w samochodzie, pociągu lub samolocie, próbując się wyłączyć, podczas gdy do środka twojej głowy przez wpółprzymknięte powieki wsączają się wyblakłe kolory obrazów dogorywającego przemysłu i kwitnącego tranzytu. Choć jestem podekscytowany wizytą w stolicy, to dotarcie do niej stanowi drogę przez mękę.

Jestem hardkorem. Nie, serio. Nadal jestem. Taki się już urodziłem. W tym momencie byłem jednak w rozsypce. Chodzący trup. Ale wciąż czujny. Potrzeba naprawdę wiele, by mnie złamać. Miałem za sobą tydzień lotów i imprez, ale nic nie działa na mnie tak trzeźwiąco, jak konieczność zameldowania się w hotelu. To coś jak kontrola przytomności. Kojarzy mi się z wizytą na komisariacie policji albo w szpitalu. Kluczowe znaczenie ma zachowanie pozorów normalności. Jeśli jesteś w odpowiednim hotelu, w którym obsługa stoi na wysokości zadania, to widzieli już prawdopodobnie wszystko – i to zaledwie w ostatnim tygodniu. Jeśli sądzisz, że jesteś dziwny, to powinieneś obczaić podróżujących handlowców, dziennikarzy albo handlarzy bronią. Meldowanie się na recepcji ma jednak w sobie coś z rytuału przejścia. Kontakt z nią wzbudza zdecydowanie inne uczucia niż styczność z konsjerżem. W wielu miejscach przyjęło się uważać, że po przekroczeniu progu jest się w środku. Liczą się drzwi – to tajemna brama. Możesz zamawiać u konsjerża czekoladowe lewatywy i getry ze skóry żyrafy, ale recepcja jest portierem, ochroną, dyrektorem, sędzią i ławą przysięgłych w jednym. Wskazówka tkwi w nazwie. Recepcjoniści nie tylko decydują o przyjęciu cię do swojego świata, ale też oceniają cię na podstawie tego, jak się zaprezentujesz. Napiwki i uprzejmości mile widziane. Jeśli nie będziesz szczędził jednego i drugiego, zostaniesz dobrze oceniony, a nawet pomogą ci, zamiast rzucać kłody pod nogi. Może to być wszystko: od poinformowania następnej zmiany o porze pobudki aż po magiczne znalezienie odpowiedniego złącza słuchawkowego o szóstej rano.

Udawanie ogarniętego to sztuczka, której naprawdę musisz się nauczyć – nie tylko jeśli z jakiegoś powodu uważasz się za przygłupa, ale i jeśli jesteś po prostu bardzo zmęczonym normalnym człowiekiem. Po nużącej podróży musisz trzymać się w ryzach, ale też za wszelką cenę unikać wybuchów. Pamiętaj: oni tylko czekają, żebyś się potknął. Uwielbiają wtopy! To przełamuje monotonię. Czasami nawet cię podpuszczają. A jeśli złapałeś przynętę, już po tobie. Hamuj się. Wyładuj gniew na swoim agencie – w końcu to jego praca, za którą mu płacisz. Doświadczeni wyjadacze potrafią przybrać maskę normalności szybciej niż zaprawiony w bojach alkoholik podczas wywiadówki. Jak na ironię w hotelu, miejscu, w którym płacisz za usługi, brzemię spoczywa w dużej mierze na tobie. Moja rada? Spróbuj postawić się w odwrotnej sytuacji i wyjdź z założenia, że to oni rządzą, a ty musisz się podporządkować. Dotyczy to również personelu linii lotniczych. Wszystko idzie jak z płatka, jeśli znasz swoje miejsce. To nieodzowne na samym początku, bo później różnie bywa. Musisz ich do siebie przekonać i zaskarbić sobie ich zaufanie. Chamstwo i gniew są domeną bogaczy, rozwydrzeńców i osób z niższych warstw arystokracji… a nikt nie chce być jak te paskudne łajzy.

Skoro już mowa o zadzierających nosa arystokratach, właśnie spotkałem się z Jego Menedżerskością i resztą zespołu przed jednym z najlepszych hoteli w Londynie. Menedżera Trasy już poznaliście, ale teraz dołączył do nas potężny Xenon i enigmatyczna osobistość znana jedynie pod przydomkiem Baccarat.

W tym momencie w naszej historii doszło do połączenia ról producenta i DJ-a – zasadniczo sprowadza się to do tworzenia nagrań i ich odtwarzania. Jakoś tak wyszło, że te dwie rzeczy są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Nie można być DJ-em bez nagrania kilku płyt – i nie można być producentem bez opcji wyruszenia w trasę i występowania za kasę. Najwyraźniej ludzie nadal kochają muzykę, ale już za nią nie płacą. Zapłacą jednak, by zobaczyć kogoś „sławnego”. I tak oto w tym momencie tworzyliśmy swego rodzaju zespół. Xenon i ja byliśmy czymś, co określa się mianem elektronicznego duetu. Podobnie jak w przypadku Sithów w takich zestawieniach „dwóch ich zawsze jest”, niezmiennie wcielających się w role gaduły oraz nerda i tworzących wspólnie nierozerwalną całość. Faktyczny podział zadań może być w tym układzie różny, ale zazwyczaj jest tak, że jedna osoba jest cicha i odwala całą robotę, podczas gdy druga robi szum i działa jako swoisty frontman. Zgadnijcie, którym z nich byłem ja. Na wczesnym etapie rozwoju pomysłu zwerbowałem mojego drugiego najlepszego przyjaciela, Baccarata, proponując mu po prostu kasę, a nie kontrakt, co postawiło nas w nietypowej sytuacji tworzenia trio.

Baccarat ma ponad dwa metry wzrostu i jest gejem, z pochodzenia zaś Hindusem, ale tak naprawdę Walijczykiem, co w latach 70., gdy dorastał w Port Talbot, czyniło go członkiem mniejszości etnicznej i seksualnej. Jest również jednym z najlepszych ludzi na świecie. Bez dwóch zdań. To nie tylko moja opinia – potwierdzi ją każdy, kto go spotkał. Fakt, iż jest profesjonalnym tancerzem i świetnie wygląda, to dodatkowy atut – przełamuje nasz sztampowy wizerunek nudnej pary białych, nerdowatych elektrogamoni – ale przede wszystkim jest po prostu świetnym kumplem. Wnosi do naszego zespołu powiew świeżości.

W istocie powstaliśmy jako odłam średniego stadium rave’u z lat 90. W tamtym czasie byliśmy swego rodzaju kolektywem, którego koncepcja zakładała, że w oderwaniu od głównego statku matki skupimy się bardziej na komercyjnej działalności – z lekkim przymrużeniem oka. Czy ośmielę się użyć w odniesieniu do nas określenia „sytuacjonizm”, nie dając sobie przy tym z liścia? Zasadniczo nasz plan opierał się na próbie osiągnięcia niezależności finansowej. Dziś byłoby to niemożliwe, ponieważ dekadę temu wszyscy w mediach stracili poczucie humoru wskutek skrupulatnie przeprowadzonej czystki.

To była prawdziwa ulga: móc odpocząć od niezręcznej izolacji grającego solo DJ-a i znów być w gronie przyjaciół. Nawet jeśli masz do czynienia z dziwakami, nie ma to jak towarzystwo ziomali. Wszystko wskazywało na to, że wytwórnia wywaliła grubą forsę, żeby zakwaterować nas w londyńskim Hotelu Metropolitan na Park Lane. Supcio. Promotorzy lub wytwórnie płacą za kogokolwiek innego niż ty sam tylko w wyjątkowych sytuacjach. Jednym z powodów, dla których profesja DJ-a zyskała na znaczeniu, jest to, że działa w pojedynkę. To o wiele tańsza opcja niż ogarnianie zespołu z całym jego sprzętem. Tańsza i znacznie bardziej opłacalna dla twoich mecenasów. Gdy jesteś w trasie, osoby towarzyszące i asysta to rzadkość, więc kiedy masz szansę zabrać ze sobą jakąkolwiek świtę, lepiej wszystko dobrze zaplanuj.