The Darkest Star. Magiczny pył - Jennifer L. Armentrout - ebook
Opis

Nowa powieść z uniwersum bestsellerowej serii LUX!

Niesamowite zwroty akcji, charyzmatyczni i zabójczo przystojni Luksjanie, gorący romans i nie dające wytchnienia humorystyczne dialogi – to wszystko sprawi, że będziecie marzyć o inwazji prawdziwych Luksjanów na naszej planecie i o… kolejnym tomie tej serii!

Siedemnastoletnia Evie Dasher zostaje wciągnięta przez wir niebezpiecznych wydarzeń w klubie,  jednym z niewielu miejsc, w którym ludzie i Luksjanie mogą się ze sobą swobodnie kontaktować. Kiedy dziewczyna poznaje Luca, który jest obłędnie przystojny, początkowo zakłada, że jest on członkiem rasy świetlistych. Prawda wygląda jednak tak, że jest kimś  o wiele potężniejszym....
Rosnące zainteresowanie Evie prowadzi ją coraz głębiej do świata, o którym do tej pory tylko słyszała. W którym wszystko, w co dotychczas wierzyła, zostaje  wywrócone do góry nogami…

 

Jennifer L. Armentrout bestsellerowa autorka #1 według New York Times!
Seria Lux została przetłumaczona na ponad 15 języków!
Nowa powieść z uniwersum bestsellerowej serii LUX!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla fanów serii Lux, którzy pragnęli więcej.

Kocham Was.

ROZDZIAŁ 1

Mama zabiłaby mnie, gdyby wiedziała, że znajdowałam się przed Foretoken. Dosłownie. I ukryłaby moje ciało w głębokim dole. Z pewnością byłaby do tego zdolna.

Kiedy przekształcała się z uroczej, piekącej ciasteczka rodzicielki w pułkownik Sylvię Dasher, wzbudzała ogromny strach nawet we mnie.

Świadomość w jakie wpadnę kłopoty, jeśli mnie przyłapie, najwyraźniej mnie nie powstrzymała, bo oto siedziałam w samochodzie Heidi, drżącą ręką nakładając na usta kolejną warstwę szminki za pomocą aplikatora. Zakręciłam go, obserwując duże krople deszczu spadające na przednią szybę. Moje serce uderzało o żebra, jakby chciało wydostać się z piersi.

Nie wierzyłam, że się tu znalazłam.

Wolałabym być w domu, robić zdjęcia przypadkowym rzeczom i wrzucać je na Instagrama. Na przykład tym nowym biało-szarym świecznikom, które kupiła mama. Wyglądałyby nieziemsko na tle błękitnych i różowych poduszek, które miałam w sypialni.

Siedząca za kierownicą Heidi westchnęła ciężko.

– Masz wątpliwości.

– Wcale nie. – Zerknęłam na siebie w małym lusterku w osłonie przeciwsłonecznej. Miałam tak czerwone wargi, że wyglądały, jakbym całowała się z przejrzałą truskawką.

Spoko.

Moje brązowe oczy były zbyt duże w stosunku do okrągłej, piegowatej twarzy. Wyglądałam na przestraszoną, jakbym miała wejść nago do klasy, w dodatku spóźniona o dwadzieścia minut.

– Ależ tak, Evie. Poznaję to po pięciuset warstwach szminki, które właśnie nałożyłaś.

Spojrzałam na nią i się skrzywiłam. Heidi wyglądała na całkowicie swobodną w swojej czarnej sukience bez ramiączek i z mocnym makijażem. Zrobiła sobie kocie oczy. Gdybym ja tego spróbowała, wyglądałabym jak pobity szop pracz. Jednak przed wyjściem z domu to ona wykonała mi wspaniały makijaż, dodając mi tajemniczego, uwodzicielskiego uroku. Cóż, nie wymazała z mojej twarzy strachu, ale…

– Przesadziłam z tą czerwienią? – zapytałam. – Kiepsko wyglądam?

– Poleciałabym na ciebie, gdyby podobały mi się blondynki. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, kiedy przewróciłam oczami. – Jesteś pewna, że tego chcesz?

Zerknęłam przez szybę na ciemny budynek bez okien, wciśnięty pomiędzy butik i sklep z tytoniem. Zaparło mi dech w piersi.

Ponad podwójnymi czerwonymi drzwiami znajdował się napis „FORETOKEN”. Zmrużyłam oczy. Po krótkich oględzinach stwierdziłam, że został wypisany na szarym cemencie czarnym sprayem. Elegancko.

Każdy, kto uczęszczał do liceum Centennial, wiedział o tym klubie. Codziennie wypełniony był klientami, nawet w niedziele, i znany był z tego, że przy wejściu przymykano oko na fałszywe dokumenty.

A miałyśmy z Heidi po siedemnaście lat i posiadałyśmy prawa jazdy, w których prawdziwość nikt normalny by nie uwierzył.

– Ponieważ obawiam się, że nie będziesz się dobrze bawić. – Szturchnęła mnie w ramię, ściągając na siebie moją uwagę. – Zaczniesz świrować i zadzwonisz do Zoe. Ale wiesz, że nie będziesz mogła poprosić April, by po ciebie przyjechała. Tej dziewczynie nie wolno zbliżać się do tego miejsca na odległość dziesięciu przecznic.

Odetchnęłam płytko, czując, że powietrze nie dostało się do moich płuc.

– Będę się bawić. Przyrzekam. Po prostu… nigdy wcześniej tego nie robiłam.

– Czego? Nie poszłaś tam, gdzie nie powinnaś? Wiem, że to nieprawda. – Uniosła palec, a jej paznokieć wyglądał jak zanurzony w czarnym atramencie. – Nie masz żadnego problemu z włamywaniem się i wspinaniem na opuszczone budynki, by porobić zdjęcia.

– To co innego. – Wrzuciłam szminkę do niewielkiej torebki. – Jesteś pewna, że te dokumenty spełnią swoje zadanie?

Posłała mi puste spojrzenie.

– Wiesz, ile razy tu byłam i nie miałam żadnego problemu? Tak, wiesz. Ociągasz się.

Rzeczywiście.

Ponownie wyjrzałam przez szybę i ledwie stłumiłam dreszcz. Na opustoszałej drodze tworzyły się kałuże, a chodnik był pusty. Miałam wrażenie, że gdy tylko zaszło słońce i otworzono drzwi klubu, ulice wyludniły się ze wszystkich, którzy przejawiali choćby odrobinę zdrowego rozsądku.

Foretoken słynął nie tylko z wpuszczania osób z fałszywymi papierami.

Wiadomo było, że przychodzili tam kosmici.

Prawdziwe pozaziemskie istoty, które pochodziły z planety oddalonej o biliony lat świetlnych stąd. Nazywani byli Luksjanami i wyglądali jak my – cóż, jak lepsze wersje większości z nas. Ich sylwetki były często idealne, skóra niebywale gładka, a tęczówki mieniły się barwami, których ludzie nie uzyskaliby nawet za pomocą kolorowych soczewek kontaktowych.

I nie wszyscy przybywali w pokoju.

Cztery lata temu zostaliśmy zaatakowani, zupełnie jak w filmie nakręconym w Hollywood, i niemal przegraliśmy tę wojnę – mało brakowało, a stracilibyśmy na ich rzecz całą planetę. Nigdy nie zapomnę podawanych w telewizji statystyk zgonów: trzy procent całej populacji. Na wojnie zginęło dwieście dwadzieścia milionów ludzi, a pośród nich znajdował się również mój ojciec.

Od tego czasu Luksjanie, którzy nie chcieli wymordować wszystkich ludzi i pomagali nam rozprawić się ze swoimi, powoli asymilowali się w naszym świecie – chodzili do naszych szkół, pracowali jak my, nawet w rządzie i w wojsku. Byli teraz wszędzie. Spotkałam ich całkiem sporo, więc nie wiedziałam, dlaczego tak wariowałam, przyjeżdżając tutaj.

Foretoken nie był jednak szkołą czy biurem, gdzie Luksjanie byli zazwyczaj mniej liczni i pilnie obserwowani. Podejrzewałam, że za czerwonymi drzwiami ludzie stanowili mniejszość.

Heidi ponownie szturchnęła mnie w ramię.

– Nie musimy tego robić, jeśli nie chcesz tam wchodzić.

Obróciłam się ku niej na siedzeniu. Wyraz twarzy przyjaciółki powiedział mi, że mówiła szczerze. Zawróciłaby samochód i pojechałybyśmy do jej domu, gdybym tylko wyraziła taką chęć. Zakończyłybyśmy wieczór, jedząc babeczki, które jej mama kupiła w pobliskiej cukierni. Oglądałybyśmy kiepskie komedie romantyczne, aż popadłybyśmy w śpiączkę cukrzycową, co brzmiało… cudownie.

Ale nie chciałam jej tego robić.

Przyjazd tutaj wiele dla niej znaczył. Mogła być sobą, nie martwiąc się o to, że ktoś interesowałby się tym z kim tańczy i czy jest to chłopak, czy dziewczyna.

Istniał powód, dla którego Luksjanie czuli się tu komfortowo. Foretoken był otwarty dla wszystkich, bez względu na płeć, narodowość, seksualność czy… gatunek. Nie prowadził polityki „tylko dla ludzi”, co było ostatnio rzadkością, jeśli chodziło o prywatne interesy.

To był jednak wyjątkowy wieczór. Heidi nawijała ostatnio o takiej jednej dziewczynie i chciała, bym ją poznała. I pragnęłam to zrobić, więc musiałam przestać zachowywać się jak oślica, która nigdy wcześniej nie była w klubie.

Nie powinnam mieć z tym problemu.

Uśmiechając się do przyjaciółki, poklepałam ją po plecach.

– Nie. Wszystko w porządku. Byłam głupia.

Przyglądała mi się przez chwilę uważnie.

– Na pewno?

– Tak. – Dla podkreślenia swoich słów pokiwałam głową. – Zróbmy to.

Minęło kilka sekund, a na twarzy Heidi pojawił się szeroki uśmiech. Przysunęła się i złapała mnie za szyję.

– Jesteś najlepsza. – Mocno mnie objęła, aż zachichotałam. – Poważnie.

– Wiem. – Poklepałam ją po ręce. – Jestem uosobieniem zajebistości.

Parsknęła mi do ucha.

– Jesteś dziwna.

– Mówiłam ci. – Odsunęłam się i sięgnęłam do klamki, nim zdołałabym stchórzyć. – Gotowa?

– Tak – pisnęła.

Wysiadłam i natychmiast zadrżałam, gdy zimny deszcz spłynął na moje nagie ręce. Trzasnęłam drzwiami i przemierzyłam ciemną ulicę, robiąc z dłoni kiepski daszek nad włosami. Spędziłam zbyt wiele czasu na zakręcaniu swoich długich jasnych pasm w fale, aby ta ulewa wszystko teraz zniszczyła.

Woda rozchlapywała się pod moimi obcasami, a kiedy wskoczyłam na chodnik, zdziwiłam się, że nie poślizgnęłam się i nie padłam twarzą na asfalt.

Heidi była zaraz za mną. Ze śmiechem wbiegła pod markizę, strząsając krople ze swoich prostych, gładkich, rubinowych włosów.

– Kurde, ale zimny ten deszcz – wysapałam. Czułam się, jakby był październik, a nie początek września.

– Makijaż nie spływa mi po twarzy jak u jakiejś laski w słabym horrorze, która zaraz zostanie zamordowana? – zapytała, docierając do drzwi.

Śmiejąc się, pociągnęłam za rąbek niebieskiej sukienki na ramiączkach, pod którą normalnie włożyłabym legginsy. Jeden zły ruch, a każdy mógłby zobaczyć moje majtki w czaszki.

– Nie. Wszystko jest na swoim miejscu.

– Idealnie. – Ze stęknięciem przyciągnęła do siebie masywne czerwone drzwi.

Na zewnątrz padło fioletowe światło, dało się również słyszeć głośną muzykę. Zobaczyłam wąskie przejście prowadzące do kolejnych drzwi, tym razem ciemnofioletowych, przed którymi na wysokim stołku siedział mężczyzna.

Wielki.

Ogromny łysy facet w jeansowych ogrodniczkach i niczym więcej. Miał mnóstwo kolczyków na twarzy – w brwi, pod okiem, w wargach. Przez jego przegrodę nosową przechodził ćwiek.

Wytrzeszczyłam oczy. O rety…

– Dobry wieczór, Clyde. – Heidi uśmiechnęła się, zupełnie nieporuszona.

– Joł. – Popatrzył na mnie. Przechylił głowę na bok i zmrużył nieco oczy. To nie mógł być dobry znak. – Dokumenty.

Nie odważyłam się uśmiechnąć, gdy wyjęłam prawo jazdy z przegródki na karty w mojej torebce. Gdybym to zrobiła, wyglądałabym na nastolatkę i z pewnością bym się posikała. Nawet więc nie mrugnęłam.

Clyde zerknął na mój dokument, po czym ruchem głowy wskazał fioletowe drzwi. Spojrzałam na Heidi, która puściła do mnie oko.

Serio?

Tylko tyle zamierzał zrobić?

Kiedy wkładałam prawo jazdy do torebki, nieco napięcia uleciało z mojego karku i ramion. Cóż, poszło wyjątkowo łatwo. Powinnam to robić częściej.

– Dzięki! – Heidi poklepała faceta po wielkim, umięśnionym ramieniu i poszła do drzwi.

Wciąż stałam przed nim jak idiotka.

– Dzię… kuję.

Clyde uniósł brwi, posyłając mi spojrzenie, po którym szybko pożałowałam, że się odezwałam.

Heidi złapała mnie za ramię i pociągnęła w kierunku wejścia. Obróciłam się i natychmiast przytłoczyło mnie… cóż, wszystko.

Z głośników, które znajdowały się w każdym kącie, płynął głośny bas. Tempo było szybkie, słowa się zlewały, a z sufitu błyskało białe światło. Padało na kilka sekund na parkiet, nim gasło, spowijając go ciemnością.

Ludzie byli wszędzie – siedzieli przy wysokich okrągłych stolikach oraz zajmowali wielkie kanapy i fotele pod balkonami. Pośrodku lokalu znajdował się parkiet, a na nim masa wirujących, podskakujących, wymachujących kończynami ciał. Przed tancerzami stała podniesiona scena w kształcie podkowy. Jej krawędzie oświetlone były gwałtownie migoczącymi żarówkami, a przebywające na niej osoby zachęcały te poniżej okrzykami i ruchami bioder.

– Dziko tu, nie? – Heidi wzięła mnie pod rękę.

Przeskakiwałam wzrokiem pomiędzy ludźmi, zapach perfum mieszał się z wonią wody kolońskiej.

– Tak.

– Chcę się dostać na tę scenę. – Heidi wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a ja wytrzeszczyłam oczy. – To mój cel na dziś.

– Zawsze dobrze mieć jakieś cele – odparłam cierpko. – A nie można tam tak po prostu wejść?

Uniosła brwi i parsknęła śmiechem.

– Nie. Trzeba dostać zaproszenie.

– Od kogo? Od Boga?

Prychnęła.

– Tak jakby… – Pisnęła nagle: – Tam jest.

– Gdzie? – Chcąc zobaczyć tę dziewczynę, rozejrzałam się po zebranych.

Heidi przysunęła się i obróciła mnie powoli w stronę jednej z zacienionych wnęk nad stołami.

– Tam.

Balkon rozjaśniało nikłe światło świecy, rzucając wokół miękki blask. Wątpiłam, aby świece były bezpieczną opcją w klubie, ale co ja tam wiedziałam. Dwa duże fotele ustawione były przed zdobioną złotą lamówką kanapą z gniecionego czerwonego aksamitu, która wyglądała na antyk. Były zajęte, ale widziałam jedynie profile siedzących na nich chłopaków. Jeden z nich, blondyn, gapił się w swój telefon. Miał zaciśnięte usta, jakby próbował rozłupać zębami orzecha.

Naprzeciw niego siedział facet z szokująco niebieskim irokezem – barwy smerfa. Odrzucił głowę do tyłu i choć go nie słyszałam, wiedziałam, że śmiał się głośno. Przesunęłam wzrok na lewo.

I wtedy ją zobaczyłam.

Dobry Boże, dziewczyna była piękna.

Z pewnością była o głowę wyższa od Heidi i ode mnie,i miała najfajniejszą fryzurę na świecie. Ciemne włosy były z jednej strony wygolone, a z drugiej długie aż do ramienia, dzięki czemu widać było mocne rysy jej twarzy. Zazdrościłam jej tego uczesania, ponieważ nie miałam odwagi ani twarzy, aby samej coś takiego zrobić. Wyglądała na nieco znudzoną, gdy rozglądała się po parkiecie. Zamierzałam obrócić się do Heidi, ale w tej samej chwili przed siedzącą na kanapie dziewczyną stanęła wysoka postać.

Był to mężczyzna o piaskowych włosach przyciętych blisko głowy. Fryzura przypominała wojskową. Z profilu wyglądał na starszego od nas. Był po dwudziestce? Jeszcze starszy? I nie sprawiał wrażenia zadowolonego. Jego usta poruszały się z prędkością karabinu maszynowego. Spojrzałam na osobę, obok której usiadł.

Rozchyliłam wargi i odetchnęłam miękko.

Moja reakcja była dziwna i zawstydzająca. Miałam ochotę sobie przyłożyć, ale chłopak był naprawdę oszałamiający, tak przystojny, że początkowo nie mogłam w to uwierzyć.

Zmierzwione brązowe włosy opadały mu falami na czoło. Nawet z oddali widziałam, że miał wspaniałą twarz, która nie potrzebowała żadnego fotograficznego filtra. Niemożliwie wysokie i szerokie kości policzkowe stanowiły komplet z kwadratową żuchwą. Jego pełne usta były prawdziwym dziełem sztuki – unosiły się w jednym kąciku, tworząc dość imponujący uśmieszek, gdy chłopak patrzył na siedzącego obok mężczyznę. Byłam za daleko, by dostrzec jego oczy, ale wyobrażałam sobie, że były równie powalające jak reszta.

Urok nie kończył się jednak na walorach fizycznych.

Biły z niego moc i autorytet, przez co przeszył mnie dziwny dreszcz. Jego strój się nie wyróżniał – miał na sobie ciemne jeansy i szarą koszulkę z jakimś napisem. Może chodziło o sposób, w jaki siedział, z rozchylonymi kolanami i ręką zarzuconą na oparcie kanapy. Przez tę zwodniczo leniwą postawę przemawiała arogancja. Wyglądał, jakby zaraz miał uciąć sobie drzemkę, chociaż jego rozmówca stawał się coraz bardziej poruszony. A jednak patrząc na sposób, w jaki chłopak bębnił palcami o złote elementy kanapy, zgadywałam, że w każdej chwili był gotów wkroczyć do akcji.

– Widzisz ją? – zapytała Heidi, wyrywając mnie z zamyślenia.

Rety, czy zapomniałam o towarzystwie przyjaciółki? Tak, co oznaczało, że musiałam wrócić do rzeczywistości. Koleś był ciachem, ale hej, przyszłam tu dla Heidi.

Odwróciłam od niego wzrok i pokiwałam głową. Żaden z przebywających tam, prócz blondyna i tego, który niedawno usiadł, nie wyglądał dostatecznie dojrzale, by móc przebywać w tym klubie. Choć nas również nie powinno tu być.

– To ona?

– Tak. To Emery. – Ścisnęła moją rękę. – Co myślisz?

– Naprawdę ładna. – Spojrzałam na Heidi. – Podejdziesz, by z nią porozmawiać?

– Nie wiem. Wolałabym, żeby ona do mnie przyszła.

– Poważnie?

Potwierdziła ruchem głowy i przygryzła dolną wargę.

– Podchodziłam do niej trzy razy. Chyba tym razem czas, by to ona odnalazła drogę do mnie. Chcę się przekonać, czy to jednostronna fascynacja, wiesz?

Uniosłam brwi, patrząc na towarzyszkę. Heidi nie była nieśmiała czy cierpliwa, nie denerwowała się też łatwo. Mogło to więc oznaczać tylko jedno. Złączyłam dłonie.

– Naprawdę ci się podoba, co?

– Lubię ją – powiedziała po chwili i uśmiechnęła się lekko. – Chciałam się tylko upewnić, że ona również mnie lubi. – Wzruszyła ramionami. – Trochę rozmawiałyśmy i tańczyłyśmy, ale nie poprosiła o mój numer czy spotkanie poza tym klubem.

– A ty ją o to zagadnęłaś?

– Nie.

– Zrobisz to?

– Mam nadzieję, że ona to zrobi. – Westchnęła głośno. – Jestem głupia. Powinnam ją zapytać i mieć to z głowy.

– Wcale nie jesteś głupia. Zrobiłabym to samo. Ale dziś powinnaś przynajmniej wziąć od niej ten numer. To powinno być twoim celem.

– Racja – odparła, marszcząc brwi. – Ale scena…

– Daj sobie spokój z tą sceną. – Roześmiałam się.

Prawda była taka, że nie byłam najlepszym doradcą w sprawach miłosnych. Byłam tylko w jednym poważnym związku i wytrzymałam z Brandonem całe trzy miesiące. Rozstałam się z nim tuż przed wakacjami.

Zerwałam z nim przez SMS-a.

Tak.

Taka byłam okropna.

Choć nie chciałam tego przyznać nawet przed sobą, byłam z nim tylko dlatego, że każdy z kimś był i, cóż, presja ze strony rówieśników była straszna. Chciałam poczuć to coś, nad czym się rozwodzili za każdym razem, gdy wrzucali coś do sieci lub rozmawiali. Chciałam być… Marzyłam, by zobaczyć, jak to jest. Pragnęłam się zakochać.

Ale czułam jedynie nudę.

Odetchnęłam płytko, gdy wróciłam wzrokiem do kanapy, na której siedział chłopak ze zmierzwionymi brązowymi włosami. Wyglądał, jakby był w moim wieku, może rok czy dwa lata starszy. Instynkt podpowiadał mi, że znajomość z nim nie prowadziłaby do nudy.

– Kto… to jest?

Heidi bez wskazywania zdawała się wiedzieć, kogo miałam na myśli.

– To Luc.

– I tyle?

– Tak.

– Żadnego nazwiska?

Zaśmiała się, gdy obróciła mnie tyłem do nich.

– Nigdy go nie słyszałam. To po prostu Luc, ale widziałaś tego blondyna, który wydaje się równie przyjazny jak wściekły jeżozwierz?

– Tego, który gapi się w komórkę? – Uśmiechnęłam się, ponieważ czułam, że opis przyjaciółki do niego pasował.

Heidi szła w stronę parkietu, ciągnąc mnie za sobą.

– To Luksjanin.

– O. – Oparłam się pokusie, by zerknąć przez ramię i sprawdzić, czy miał na nadgarstku metalową bransoletę. Nie zauważyłam jej, gdy przyglądałam się, jak patrzył w telefon.

Opaska była znana jako dezaktywator – urządzenie neutralizujące nieziemskie moce Luksjan, które zawdzięczaliŹródłu. Brzmiało to jak totalna ściema, ale Źródło było prawdziwe i śmiertelnie niebezpieczne. Jeśli Luksjanin chciał przysmażyć kogoś swoją mocą, dezaktywator powstrzymywał go, uwalniając wstrząs podobny do uderzenia paralizatora. To nie było przyjemne dla nikogo, a dla Luksjan wyjątkowo bolesne i wyniszczające.

Nie wspominając o tym, że wszystkie przestrzenie publiczne zostały przeprojektowane tak, aby natychmiast ujawniać wszelkie incydenty z udziałem kosmitów. Błyszczący czerwono-czarny metal znajdował się nad każdymi drzwiami, w sufitach większości firm były też czujniki rozpylające jakiś specjalny środek, która nie oddziaływał na ludzi.

A w przypadku Luksjan?

Cokolwiek rozpylano, podobno powodowało u nich ogromny ból. Na szczęście nigdy nie widziałam czegoś takiego, ale była przy tym moja mama. Powiedziała, że była to najgorsza rzecz, jakiej przyszło jej doświadczyć.

Wątpiłam, aby w Foretoken zainstalowano coś takiego.

Ponieważ byłam ciekawa, zapytałam:

– Czy Luc jest Luksjaninem?

– Zapewne tak. Nigdy nie znalazłam się wystarczająco blisko, by stwierdzić to z całą pewnością, ale przypuszczam, że nie jest człowiekiem. – Kolor oczu zdradzał ich równie często jak dezaktywator. Wszyscy zarejestrowani kosmici musieli nosić te bransolety.

Zatrzymałyśmy się w pobliżu sceny, Heidi puściła moją rękę.

– A ten z niebieskimi włosami? To z pewnością człowiek. Na imię mu chyba Kent czy Ken.

– Spoko – mruknęłam, obejmując się w talii. Z nadgarstka zwisała mi bransoletka. – A Emery?

Heidi zerknęła przez ramię na dziewczynę. Świntuszenie pomiędzy ludźmi i Luksjanami było nielegalne. Nikt nie potrafił tego powstrzymać, ale taka para nie mogła wziąć ślubu i musiała płacić wysoką grzywnę, jeśli jej związek został zgłoszony.

– To człowiek – odparła.

Naprawdę nie obchodziło mnie, jeśli kosmita wiązał się z człowiekiem. Nie interesowało to mnie, a mimo to po słowach przyjaciółki poczułam ulgę. Ucieszyłam się, że nie chciała być z kimś, z kim musiałaby się ukrywać oraz ryzykować zapłatę tysięcy dolarów lub pójście do więzienia, jeśli nie byłoby jej stać. Heidi wkrótce będzie miała osiemnaście lat. Konieczność zapłaty tej idiotycznej kary nie obciążałaby już jej rodziców.

Ponownie spojrzałam na scenę, zauważając tańczącą w pobliżu nas osobę.

– Wow. Piękna.

Heidi powiodła wzrokiem w tym samym kierunku i pokiwała głową. Dziewczyna była od nas starsza i miała gęste, lśniące blond włosy. Obracała się i wiła jak wąż.

Unosiła ręce, klaskała i tańczyła, a jej skóra… rozmywała się, niemal jakby jej ciało miało zaraz zniknąć.

Luksjanka.

Z pewnością była kosmitką. Obcy mieli szaloną zdolność asymilacji naszego DNA i mogli wyglądać jak ludzie, ale nie był to ich prawdziwy wygląd. Kiedy byli w prawdziwych postaciach, świecili jak mocne żarówki. Nigdy nie widziałam, co ukrywało się pod tym jasnym światłem, ale mama mówiła, że ich skóra była niemal przezroczysta. Niczym u meduz.

Heidi się do mnie uśmiechnęła.

– Idę potańczyć. Ty też?

Zawahałam się, patrząc na gęsty tłum na parkiecie. Uwielbiałam taniec… w zaciszu własnego pokoju, gdzie mogłam wyglądać jak naćpana kukiełka.

– Najpierw pójdę po wodę.

Wskazała na mnie palcem.

– Lepiej, byś do mnie dołączyła.

Może to zrobię, ale jeszcze nie teraz. Wycofując się, obserwowałam, jak zniknęła w morzu podskakujących ciał, następnie obróciłam się i przeszłam wzdłuż sceny. Podeszłam do baru i wcisnęłam się pomiędzy dwa zajęte stołki. Barman stał po drugiej stronie pomieszczenia i nie miałam pojęcia, jak zwrócić jego uwagę. Powinnam podnieść rękę i pomachać, jakbym wzywała taksówkę? Chyba nie. Wyglądałoby to głupio. A może powinnam unieść trzy palce niczym w pozdrowieniu z Igrzysk śmierci? W zeszły weekend widziałam ten film w telewizji, leciał maraton wszystkich czterech części. Czułam, że mogłabym to wykorzystać. Mogłam zgłosić się na ochotnika po szklankę wody.

Na szczęście barman powoli zbliżał się do miejsca, w którym stałam. Otworzyłam torebkę i spojrzałam na ekran komórki. Miałam wiadomość od Zoe, nieodebrane połączenie od April i…

Poczułam na karku coś dziwnego. Jakby oddech bez powietrza. Wrażenie osunęło się po moich plecach, sprawiając, że wszystkie włoski stanęły mi dęba. Czułam…

Czułam się, jakby ktoś stał zaraz za mną.

Zamknęłam torbę i zerknęłam przez ramię, częściowo spodziewając się, że stanę z kimś twarzą w twarz, ale nikogo nie było. A przynajmniej nie tak blisko. Rozejrzałam się po zebranych. Było ich sporo, ale nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi. Odczucie przybrało jednak na sile.

Z trudem przełknęłam ślinę i powiodłam wzrokiem w górę, ku balkonowi. Faceta, który wcześniej tam siedział, nie było, ale przebywał tam ten wielki w ogrodniczkach – Clyde. Pochylał się nad wiekową kanapą, mówiąc coś do Luca, który – Boże – patrzył wprost na mnie. Poczułam niepokój, który rozsiał się po moim ciele niczym chwasty.

Czy Clyde zdał sobie sprawę, że mój dokument był fałszywy?

Okej. Ale chwila. Musiał wiedzieć o tym od samego początku, a nawet jeśli teraz miał z tym jakiś problem, dlaczego zgłaszał to Lucowi? Miałam jakąś niedorzeczną paranoję…

– Joł. Coś do picia?

Obróciwszy się do baru, pokiwałam nerwowo głową. Barman był Luksjaninem. Jasnozielone oczy zdecydowanie nie były ludzkie. Spuściłam wzrok. Na jego nadgarstku znajdowała się srebrna opaska.

– Poproszę, eee, tylko wodę.

– Robi się. – Wziął plastikowy kubek, napełnił go wodą z butelki i wsadził do niego słomkę. – Za darmo.

– Dzięki. – Wzięłam naczynie i powoli się odwróciłam. Co zrobić? Co zrobić?

Popijając napój, okrążyłam scenę i zatrzymałam się pod filarem, który wyglądał, jakby zwymiotował na niego jednorożec. Stanęłam na palcach i rozglądałam się po parkiecie, aż znalazłam Heidi.

Uśmiechnęłam się szeroko. Przyjaciółka nie była sama. Obok znajdowała się Emery, zerkając na nią jak ja na taco.

Heidi stała do mnie plecami, kołysały się jej ramiona, a Emery trzymała ją w talii. Nie zamierzałam przerywać im tego tańca. Postanowiłam poczekać, aż zejdą z parkietu. Tymczasem chciałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby nie myśleć, jak drętwo wyglądam na skraju sceny. Choć miałam świadomość, że prezentowałam się niezbyt atrakcyjnie. Może nawet nieco dziwnie. Upiłam kolejny łyk. Przecież nie mogłam stać tutaj całą noc jak…

– Evie?

Obróciłam się na dźwięk znajomego głosu. Byłam zszokowana. Stała za mną koleżanka ze szkoły. W tamtym roku miałyśmy razem lekcje angielskiego.

– Colleen?

Uśmiechnęła się i przechyliła głowę. Jej kości policzkowe błyszczały. Oczy pomalowała podobnie jak ja. – Co ty tu, u licha, robisz?

Wzruszyłam ramionami.

– Bawię się. A ty?

– Przyjechałam z przyjaciółmi. – Zmarszczyła brwi, zakładając jasne włosy za ucho. – Nie spodziewałam się tu ciebie.

– Ee, bo jeszcze nigdy tu nie byłam. – Napiłam się wody, spoglądając przez ramię. Niezbyt dobrze znałam Colleen, więc nie wiedziałam, czy przychodziła tu w każdy weekend, czy również gościła tu po raz pierwszy. – Często tu zaglądasz?

– Czasami. – Wygładziła sukienkę, która była niewiele jaśniejsza od mojej i nie miała ramiączek. – Nie przypuszczałam, że chciałabyś odwiedzić to miejsce… – Zwróciła głowę w kierunku parkietu, a rumieniec na jej policzkach się pogłębił. Pomyślałam, że może ktoś ją zawołał. – Muszę iść. Zostaniesz na trochę?

Przytaknęłam, nie mając pojęcia, ile tu będę.

– Spoko. – Wycofywała się z uśmiechem. – Powinnyśmy później pogadać. Okej?

– Jasne. – Pomachałam jej, obserwując, jak się obróciła i wmieszała w tłum na skraju parkietu. Wiedziałam, że przychodzili tu uczniowie naszej szkoły, ale nie spodziewałam się spotkać nikogo znajomego, co było głupie…

Czyjaś ręka spoczęła na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się zaskoczona, rozlewając sobie wodę na sukienkę. Pochyliłam się, odsuwając i odwracając, gotowa, jak uczyła mnie mama, przywalić w szyję każdemu, kto mnie złapał. Zamarłam i ścisnął mi się żołądek, gdy spojrzałam w usianą kolczykami twarz Clyde’a.

Oj, nie mogło to oznaczać nic dobrego.

– Cześć? – powiedziałam słabo.

– Musisz pójść ze mną. – Dłoń na moim ramieniu zrobiła się cięższa. – Teraz.

ROZDZIAŁ 2

Żołądek skurczył mi się jeszcze bardziej, gdy popatrzyłam na ozdobiony brokatem filar, jakby mógł mi pomóc.

– Eee, dlaczego?

Ochroniarz spojrzał na mnie ciemnymi oczami, ale mogłam skupić się jedynie na niewielkim brylanciku, który miał pod jednym z nich. Musiało boleć podczas przekłuwania. Nie odezwał się, tylko złapał mnie masywną dłonią za rękę i odwrócił. Rozgorzała we mnie panika, gdy spojrzałam na parkiet, niezdolna dostrzec Heidi ani Emery w morzu tancerzy.

Serce zabiło mi mocniej, gdy, trzymając wodę, dałam się poprowadzić Clyde’owi z dala od kolorowej kolumny. Moje policzki stanęły w ogniu, gdy spojrzało na mnie kilka siedzących przy stolikach osób. Starsza dziewczyna uśmiechnęła się, pokręciła głową i uniosła szklankę z bursztynowym płynem do ust.

Sytuacja była bardzo żenująca.

Miałam zostać wyrzucona. Takie moje szczęście. Oznaczało to, że będę musiała napisać do Zoe lub kogoś, kto po mnie przyjedzie, ponieważ nie chciałam psuć Heidi wieczoru. Nie kiedy Emery do niej podeszła. Zamierzałam…

Clyde nie prowadził mnie jednak do drzwi klubu.

Skręcił nagle w lewo, ciągnąc mnie za sobą. Serce ścisnęło mi się boleśnie, kiedy zdałam sobie sprawę, dokąd mnie zabierał. Na zacieniony balkon z antyczną kanapą.

Luc siedział wciąż w tej samej leniwej pozie, nadal bębniąc palcami o oparcie sofy. Unosiły się kąciki jego ust.

Szok sprawił, że straciłam dech. Normalnie byłabym podekscytowana, mogąc porozmawiać z niebywale przystojnym chłopakiem – zwłaszcza takim, który, wow, miał takie gęste czarne rzęsy – ale wszystko w tej sytuacji było niewłaściwe.

Nie należałam do dziewczyn, które wybierano przypadkowo w klubach, po czym przyprowadzano przez kogoś, kto wyglądał na zapaśnika, do takiego ciacha. Nie byłam powalająca. Przedstawiałam ucieleśnienie trzech „P”.

Przeciętne życie.

Przeciętna twarz.

Przeciętne ciało.

A to, co działo się w tej chwili, zupełnie nie było przeciętne.

– Co jest… – Urwałam, gdy Clyde poprowadził mnie obok blond Luksjanina, który nadal gapił się w komórkę. Gdy dotarliśmy do brzegu kanapy, puścił moją rękę, ale jego dłoń ponownie wylądowała na moim ramieniu.

– Siadaj – polecił Luc, a słowo to zostało wypowiedziane głosem, który sprawiał wrażenie naprawdę stanowczego rozkazu.

Usiadłam.

Nie miałam wielkiego wyboru. Clyde posadził mnie, po czym odszedł, odsuwając sobie z drogi ludzi niczym jakiś buldożer.

Moje serce biło jak oszalałe, gdy patrzyłam w stronę, gdzie zniknął, ale byłam całkowicie świadoma siedzącego niecałe pół metra ode mnie chłopaka. Drżała mi ręka, a kiedy odetchnęłam głęboko, ponad oparami alkoholu poczułam woń sosny i mydła. Czy to on tak pachniał? Sosną i mydłem? Jeśli tak, zapach był niesamowity.

Chwila… Naprawdę go wąchałam?

Co było ze mną nie tak?

– Możesz patrzeć za Clyde’em, ile tylko chcesz, ale to nie sprowadzi go z powrotem – oznajmił Luc. – Choć gdyby twoje życzenie się spełniło, byłby to wspaniały pokaz czarnej magii.

Nie miałam pojęcia, jak na to odpowiedzieć. W umyśle miałam pustkę. Zgniotłam w palcach plastikowy kubek, gdy muzyka ucichła na chwilę. Kilka osób zamarło na parkiecie, ich klatki piersiowe unosiły się gwałtownie. Nagle jednak rozbrzmiał równy rytm bębnów, w którym zatracili się tancerze.

Wytrzeszczyłam oczy, gdy ludzie na parkiecie machali rękami do góry, a ci na scenie opadli na kolana, uderzając dłońmi w podłogę. Krzyki stały się donośniejsze, rosnące crescendo dopasowywało się do bębnów. Głosy wzmagały się w śpiewie, aż całe ręce obsypała mi gęsia skórka.

Uchroniona od bólu, prawdy, decyzji…

Przeszył mnie dreszcz. Coś w tej piosence, nutach, okrzykach wydawało się znajome. Pojawiło się dziwaczne uczucie déjà vu, więc zmarszczyłam brwi. Nie rozpoznawałam melodii, ale poruszające odczucie wciąż domagało się mojej uwagi.

– Podoba ci się ta piosenka? – zapytał Luc.

Powoli obróciłam ku niemu głowę. Miał na ustach wilczy uśmiech, co całkowicie wytrąciło mnie z równowagi. Uniosłam wzrok. Powietrze uciekło mi z płuc.

Spoważniał, przyglądając mi się jak… sama nie wiem. Na jego olśniewającym obliczu gościło coś podobnego do zaskoczenia, ale…

Te oczy.

Nigdy takich nie widziałam. Miały barwę wypolerowanego ametystu – żywego fioletu – a czarne obwódki wokół jego źrenic były nieregularne, nieostre. Miał absolutnie piękne oczy, ale…

Podejrzenia Heidi się potwierdziły.

– Jesteś Luksjaninem.

Blondyn prychnął nad telefonem.

Luc przechylił głowę na bok, a dziwny wyraz zniknął z jego twarzy.

– Nie.

Wiedziałam, że to bzdura. Ludzie nie miewali takich oczu, no, chyba że nosili soczewki kontaktowe. Opuściłam wzrok do ręki spoczywającej na jego udzie. Miał skórzaną bransoletę z jakimś dziwnym kamieniem pośrodku, owalnym, mieniącym się mlecznymi kolorami. Ale nie był to dezaktywator, który zdołałby powstrzymać Luksjanina przed zabiciem połowy ludzi w tym klubie w mniej niż dziesięć sekund.

– Jesteś zatem człowiekiem ze zwariowanymi szkłami kontaktowymi?

– Nie. – Wzruszył ramionami. Dlaczego zaprzeczał swojemu pochodzeniu? Zanim mogłam o to zapytać, odezwał się: – Dobrze się dziś bawisz?

– Ee, tak… Chyba tak.

Przygryzł pełną wargę, ściągając na nią moją uwagę. Rety, jego usta były takie całuśne. Nie żebym myślała o całowaniu go czy coś, ale była to czysta kliniczna obserwacja, której dokonałby każdy na moim miejscu.

– Nie brzmisz przekonująco. Wyglądasz, jakbyś wolała być wszędzie, tylko nie tutaj – ciągnął, ponownie opuszczając te swoje gęste rzęsy. – Co więc tutaj robisz?

To pytanie mną wstrząsnęło.

– Twoja koleżanka często tu przychodzi. Dopasowała się. Ale ty nigdy tu nie byłaś. – Uniósł powieki i popatrzył na mnie tymi dziwnymi oczami. – A zauważyłbym, gdybyś była tu wcześniej.

Spięłam się. Skąd, u licha, wiedział, że byłam tu po raz pierwszy? Musiała przebywać tu ponad setka ludzi, a wszyscy się mieszali…

– Stałaś niedaleko parkietu zupełnie sama. Nie bawiłaś się i… – Jego spojrzenie opadło, omiatając przód mojej sukienki. Nawet bez patrzenia wiedziałam, że spoglądał na plamę z wody. – Nie pasujesz tu.

Okej. Wow. Po tych jego śmiałych słowach w końcu odzyskałam głos.

– Tak, to pierwszy raz, gdy tu jestem…

– Już to wiem. – Przerwał. – Co jest oczywiste, skoro właśnie to powiedziałem.

Irytacja zmieniła się w niepokój i zmieszanie. Luksjanin czy też nie, to nie miałam pojęcia, za kogo miał się ten chłopak. Był chamski, a ja nie zamierzałam siedzieć z założonymi rękami i pozwalać, by tak do mnie mówił.

– Przepraszam, mógłbyś powtórzyć, kim jesteś?

Krzywy uśmieszek rozszerzył się odrobinę.

– Na imię mam Luc.

Czy to jedno słowo zawierało w sobie rozwiązanie wszystkich zagadek wszechświata?

– I?

– I chcę wiedzieć, dlaczego się tu znalazłaś.

Wróciło rozdrażnienie.

– Jesteś pracownikiem tego klubu witającym gości czy coś w tym stylu?

– Coś w tym stylu. – Położył obute stopy na kwadratowym szklanym stoliku przed sobą i przysunął się do mnie. Dzielący nas dystans zupełnie wyparował. Luc popatrzył mi w oczy. – Będę z tobą szczery.

Parsknęłam oschłym śmiechem.

– A do tej pory nie byłeś?

Zignorował moją uwagę, a ja nie odwróciłam wzroku.

– Nie powinno cię tu być. To ostatnie miejsce, w którym powinnaś się znaleźć, mam rację, Graysonie?

– Stuprocentową – powiedział jasnowłosy Luksjanin.

Poczułam pieczenie w piersi, które zaraz podeszło do gardła. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, pragnąc, by moja twarz nie zdradziła żadnych emocji. Jego słowa zabolały, choć nie powinny. Nie liczyło się, czy był obcym, ani to, że nigdy wcześniej go nie widziałam i prawdopodobnie już więcej nie zobaczę, gdy wyjdę z tego głupiego klubu. Kiedy ktoś mówił ci, że gdzieś nie pasujesz, nie było to dobre. Nigdy.

Nie było mowy, aby jakiś nieznajomy – kosmita – tak o mnie mówił. Był chamem, a ja nie miałam zamiaru pozwalać, by mnie ranił. Nie było takiej opcji.

Patrząc mu w oczy, przywołałam w myślach przerażającą wersję matki.

– Nie wiedziałam, że potrzebuję twojego pozwolenia, by tu być, Luc.

– Cóż – rzucił, a jego szerokie ramiona zesztywniały – teraz już wiesz.

Odsunęłam się.

– Poważnie? – Parsknęłam pełnym zdziwienia śmiechem. – Nie jesteś właścicielem tego lokalu. Jesteś tylko… – przerwałam, nim powiedziałam coś niesamowicie niewłaściwego. – Jesteś tylko jakimś chłopakiem.

Odchylił głowę do tyłu i zaśmiał się głośno.

– Wiem, że nie to chciałaś powiedzieć i nie to myślisz. – Postukał palcami o oparcie kanapy, przez co miałam ochotę wyciągnąć rękę i uderzyć w tę jego dłoń. – Powiedz, kim naprawdę jestem. Nie mogę się doczekać, by tousłyszeć.

– Nieważne. – Zerknęłam na parkiet, ale nie dostrzegłam Heidi, ponieważ tłum tańczących najwyraźniej nagle się potroił. Cholera. – Przyszłam tu pobawić się z przyjaciółką. Tylko tyle. Nie ma to z tobą nic wspólnego.

– Wszystko ma ze mną coś wspólnego.

Zamrugałam dwukrotnie, czekając, aż wybuchnie śmiechem, ale kiedy tego nie zrobił, uświadomiłam sobie, że poznałam właśnie najbardziej arogancką istotę na tej planecie.

– A tak przy okazji, nie bawisz się z przyjaciółką. Jak mówiłem wcześniej, stałaś przy parkiecie… Byłaś tam zupełnie sama. – Dziwne oczy wpatrywały się w moją twarz z taką intensywnością, że zaczęły mnie palić końcówki uszu. – Zawsze się tak zachowujesz, gdy gdzieś z nią wychodzisz? Stoisz samotnie i popijasz wodę?

Otworzyłam usta, ale nie wyszły spomiędzy nich żadne słowa. Był zdecydowanie najwredniejszym stworzeniem, jakie w życiu spotkałam.

Jeden kącik jego ust uniósł się nieco wyżej.

– W ogóle jesteś za młoda, by móc tu przebywać.

Byłam gotowa się założyć, że on również.

– Jestem wystarczająco dorosła.

– Serio?

– Twój barczysty kolega sprawdził moje dokumenty i mnie wpuścił. Zapytaj go.

Luc odetchnął głęboko, przy czym naciągnęła się znoszona bawełniana koszulka na jego ramionach. Na szarym tle widniał napis „NODRAMALLAMA”, ale było to kłamstwo. Cały był przesadnie teatralny.

– Pokaż swój dokument.

Skrzywiłam się.

– Nie.

– Dlaczego?

– Ponieważ jesteś jakimś przypadkowym kolesiem. Nie zamierzam się przed tobą legitymować.

Ponownie popatrzył mi w oczy. Na uderzająco pięknej twarzy widniało wyzwanie.

– A może nie chcesz mi go pokazać, bo dowiedzie, że nie masz dwudziestu jeden lat.

Milczałam.

Uniósł brwi.

– A może dlatego, że masz mnie za Luksjanina?

– Teraz to brzmi jak poważny problem – wciął się Grayson, więc na niego spojrzałam. W końcu odłożył telefon. Niestety. – Zapewne właśnie przez to czuje się tak nieswojo. Przypuszczam, że to jedna z tych.

– Jakich „tych”? – dociekałam.

Grayson wpatrywał się we mnie intensywnie niebieskimi oczami.

– Tych, którzy boją się Luksjan.

Pokręciłam głową, a klub i muzyka zdawały się niknąć w tle. Uświadomiłam sobie, że nikt nie podszedł do tej części. Wszyscy obchodzili balkon szerokim łukiem.

Luc prychnął pod nosem.

– Czy przebywanie pośród Luksjan, z dala od innych, ci przeszkadza? Boisz się?

– Nie, wcale. – To nie była do końca prawda, ponieważ choć nie należałam do ruchu nawołującego do nienawiści wobec kosmitów, który przetoczył się przez każde miasto i miasteczko tego kraju, wydawali mi się oni przerażający. Trzeba by nie mieć rozumu, żeby nie obawiać się ich choćby w najmniejszym stopniu. Zabili miliony ludzi. Może ci dwaj nie brali w tym udziału, ale nie nosili dezaktywatorów. Mogli mnie zabić, zanim zorientowałabym się, co się dzieje.

Mocno odczułam chęć udowodnienia, że nie przejmowałam się tym, czy byli kosmitami. Moje prawo jazdy nie było prawdziwe. Nie zawierało prawdziwego nazwiska czy adresu. Pokazanie mu go nie naraziłoby mnie na niebezpieczeństwo. Postawiłam kubek na stole i wyjęłam dokument z torebki.

– Proszę – powiedziałam dźwięcznie, wkładając w to tyle pogody ducha, ile zdołałam z siebie wykrzesać.

Luc uniósł rękę, którą trzymał na oparciu kanapy, i wziął ode mnie prawo jazdy, dotykając przy tym moich palców. Przeskoczył między nami prąd, który wspiął się po mojej ręce. Sapnęłam i zabrałam ją.

Jego uśmiech poszerzył się, a mnie znów skurczył się żołądek. Zrobił to celowo? Poraził mnie? Ponownie opuścił rzęsy.

– Nola Peters?

– Tak. Tak się nazywam – skłamałam. Dane powstały z kombinacji nazw dwóch miast, które odwiedziłam: Nowego Orleanu i St. Petersburga.

– Według tego dokumentu masz dwadzieścia dwa lata. – Opuścił rękę i spojrzał na mnie. – Ale to nieprawda. Masz najwyżej siedemnaście.

Odetchnęłam głęboko przez nos. Nie miałam „najwyżej” siedemnastu. Za pół roku miałam skończyć osiemnaście.

– Wiesz, sam też nie wyglądasz, jakbyś miał dwadzieścia jeden lat.

– Wygląd potrafi być mylący. – Bawił się moim dokumentem, przekładając go między palcami tam i z powrotem. – Mam młodzieńczą twarz.

– Wątpię.

– Uważam, że ładnie się zestarzeję. Ludzie będą myśleć, że odkryłem źródło młodości.

– Okej – powiedziałam, przeciągając to słowo. – Słuchaj, miło się rozmawiało, ale muszę lecieć. Muszę znaleźć przyjaciółkę…

– Twoja przyjaciółka jest zajęta, dobrze się bawi. – Jego uśmieszek przeszedł w szeroki uśmiech, który byłby ujmujący, gdybym nie miała ochoty mu w niego przywalić. – W przeciwieństwie do ciebie. Ty wcale się nie bawisz.

– Masz rację. Nie bawię się. – Zmrużyłam oczy i oparłam się pierwotnemu pragnieniu, aby wziąć kubek i wylać na niego jego zawartość. – Próbowałam być uprzej…

– Ciekawe – mruknął.

Boże, przez tego faceta czułam się, jakby miała mi odpaść głowa.

– Chcesz usłyszeć prawdę? Nie mam ochoty spędzać ani jednej chwili dłużej w twoim towarzystwie. – Zaczęłam wstawać. – Jesteś palantem i w ogóle cię nie znam. I nie chcę poznać. Na razie, tłuku.

– Ale ja znam ciebie. – Urwał. – Wiem, kim naprawdę jesteś, Evelyn.

ROZDZIAŁ 3

Znał moje imię. Nie to z prawa jazdy, ale prawdziwe.

Miałam wrażenie, że poruszył się cały budynek, chociaż nic takiego nie miało miejsca. Zesztywniałam, a lód zmroził mi skórę. Patrzyłam na chłopaka przez dłuższą chwilę.

– Skąd wiesz, jak mam na imię?

Spojrzał na mnie spod rzęs, zakładając obie ręce za oparcie kanapy.

– Wiem o wielu rzeczach.

– Okej. Właśnie sprawiłeś, że cała ta sytuacja stała się jeszcze dziwaczniejsza. – Nadszedł czas, aby znaleźć Heidi i wynieść się stąd w cholerę.

Luc ponownie zachichotał, a dźwięk ten byłby miły, a nawet atrakcyjny w przypadku każdej innej osoby.

– Mówiono mi to już kilkakrotnie.

– Dlaczego mnie to nie dziwi? Nie musisz odpowiadać na to pytanie – powiedziałam, gdy otworzył usta. – Mogę prosić o moje prawo jazdy?

Poruszył się nagle, opuszczając stopy na podłogę. Bez ostrzeżenia nasze twarze znalazły się centymetry od siebie. Kiedy znajdowaliśmy się tak blisko, trudno było nie zatracić się w pięknie jego twarzy i jednocześnie nie zwariować.

– Co, gdybym powiedział ci prawdę? Wyznałabyś w zamian swoją?

Zacisnęłam usta tak mocno, że rozbolały mnie zęby.

– Wcześniej miałaś rację. Nie mam dwudziestu jeden lat – oznajmił z błyskiem w oczach. – Mam osiemnaście. – Umilkł na chwilę. – Niemal dziewiętnaście. Urodziny mam dwudziestego czwartego grudnia. Jestem bożonarodzeniowym cudem. A teraz twoja kolej.

– Jesteś przerażający – odparłam. – To jedyna prawda, jaką ci zdradzę.

Luc milczał przez moment, po czym się roześmiał. Rechotał długo i głośno, czym mnie zaskoczył.

– Nie chcesz się tak w to bawić, Evie.

Wciągnęłam kolejny głęboki oddech.

Nagle zapaliły się mocne światła, rozświetlając cały klub. Zdezorientowana, natychmiast zmrużyłam oczy. Muzyka umilkła, wywołując okrzyki konsternacji. Stojący na scenie zamarli. Ludzie na parkiecie zwolnili taniec i zatrzymali się, wymieniając pomiędzy sobą zdziwione spojrzenia.

– Cholera. – Westchnął Luc. – Będzie niefajnie.

Jakiś mężczyzna przemknął obok balkonu, spiesząc w kierunku baru. Zapominając o moim głupim dokumencie, obróciłam się i zobaczyłam, że zniknął w wąskim korytarzu.

– Do diabła. – Luc poderwał się z miejsca szybko niczym błyskawica. I, jejku, ależ on był wysoki. Gdybym wstała, z pewnością przewyższałby moją mierzącą metr sześćdziesiąt pięć sylwetkę. – No i znowu – powiedział znudzonym głosem i popatrzył na Graysona. – Wiesz, co robić. Wyprowadźich.

Grayson wsunął telefon do kieszeni i wstał. Odszedł, poruszając się tak szybko, że jego postać się rozmyła. Gdyby nosił dezaktywator, nie byłby w stanie tego zrobić.

– Idziesz ze mną – obwieścił Luc.

– Co? – pisnęłam. – Nigdzie z tobą nie pójdę. Nie poszłabym z tobą nawet na parkiet.

– To trochę chamskie, ale zostaliśmy zaatakowani i to nie w przyjemny sposób.

A można było zostać zaatakowanym i czerpać z tego przyjemność?

Złapał mnie za rękę. Ponownie przeskoczył między nami prąd, choć tym razem słabszy. Luc podciągnął mnie na nogi.

– I hej, jesteś niepełnoletnia. Nie wydaje mi się, byś chciała zostać tu złapana, co?

Miał rację, ale nie oznaczało to, że gdzieś się z nim wybierałam.

– Muszę znaleźć Heidi. Jest…

– Jest z Emery. – Pociągnął mnie, prowadząc wokół małego szklanego stołu. – Nic jej nie będzie.

– I powinnam ci zaufać?

Spojrzał na mnie przez ramię.

– Nie prosiłem, byś to zrobiła.

Było to równie uspokajające jak naładowana broń przytknięta do głowy, ale nagle otworzyły się drzwi przed nami i drony SWK – Siatkówkowe Wykrywacze Kosmitów – wleciały do klubu.

Przeszył mnie dreszcz.

Nie znosiłam tych maszyn.

Unosiły się jakieś półtora metra nad podłogą, były całe czarne i emanowały jasnym światłem. Drony SWK stworzono jakieś dwa lata temu. W oczach Luksjan było coś, dzięki czemu maszyny rozpoznawały nieludzkie źrenice. Mama próbowała mi kiedyś wyjaśnić schemat ich działania, ale wyłączyłam się, gdy zaczęła opowiadać o pręcikach i czopkach, które coś tam robiły ze światłem. Wiedziałam jedynie, że drony wykrywały DNA kosmitów.

A jeśli tu były, szukały niezarejestrowanych Luksjan – obcych takichjak Luc czy Grayson, którzy nie nosili dezaktywatorów.

I nie były tu same. Do środka, niczym grupa białych insektów, wpadł oddział Sił Anty-Kosmicznych – SAK – którego funkcjonariusze mieli zająć się ujawnionymi Luksjanami. Byli odziani cali na biało, a ich twarze chroniły lśniące hełmy. Dwaj z nich mieli normalne karabiny szturmowe. Kolejnych dwóch niosło większe, cięższe bronie – które musiały być elektronicznymi karabinami pulsacyjnymi. Jeden strzał z czegoś takiego i było po kosmicie.

Luc wciągnął mnie pomiędzy kanapę i fotel, prowadząc w stronę baru. Zaczęłam się wyrywać, bo wolałam zostać tu nakryta jako nieletnia niż przyłapana z potencjalnie niezarejestrowanym obcym.

To nie byłoby dobre.

Oznaczałoby natychmiastowe więzienie za krycie Luksjan i udzielanie im pomocy oraz mnóstwo innych wymyślnych prawniczych terminów. Próbowałam uwolnić rękę, gdy Luc zaczął mnie za nią ciągnąć.

– Puszczaj!

– Wszyscy na ziemię! – padł rozkaz od jednego z funkcjonariuszy.

Rozpętał się chaos.

Ludzie zaczęli biegać we wszystkie strony, rozpierzchając się jak karaluchy po zapaleniu światła. Ktoś na mnie wpadł. Krzyknęłam i poślizgnęłam się na mokrej posadzce. Straciłam równowagę. Strach uderzył we mnie niczym wystrzelony śrut, niosąc ze sobą panikę. Upadałam.

– O nie, nie. – Luc mocniej chwycił mnie za dłoń i pociągnął w górę. Straciłam najpierw jeden but, potem drugi, gdy wciągnął mnie za bar, przytrzymując przy sobie.

Trafiłam nagimi stopami w płyn, o którym nawet nie chciałam myśleć. Przez kontuar przeskoczył jakiś człowiek, lądując w kuckach. Dołączył do niego kolejny, ślizgając się na rozlanych napojach. Upadł na podłogę, a za nim natychmiast jeszcze jedna osoba.

Wszystko działo się bardzo szybko.

Rozległy się strzały, a ponad nimi krzyki. Serce podeszło mi do gardła, gdy próbowałam zobaczyć scenę. Co się tam działo? Nie wiedziałam i nie miałam pojęcia, gdzie w tym zamieszaniu znajdowała się Heidi.

Luc pochylił się i przesunął pod barem, blokując innym dostęp. Ruszyłam za nim, gdy kilka butelek spadło ze ściany. Szkło się rozprysło, pociekł alkohol.

– Cholerny bajzel – mruknął Luc i zacisnął z niesmakiem usta.

Bałagan nie był tym, o co najbardziej się martwiłam, gdy nagle zaczęliśmy biec ciemnym korytarzem, mijając innych, którzy garnęli się do wyjścia. Skręciliśmy w prawo, gdzie Luc otworzył drzwi.

Powitała nas czarna pustka. Przeraziłam się, więc uniosłam wolną rękę.

– Nic… Nic nie widzę.

– Wszystko w porządku.

Luc parł naprzód w szybkim tempie, choć miałam problem, by za nim nadążyć. W pomieszczeniu czuć było charakterystyczny zapach detergentów do prania. Dotarliśmy do kolejnych drzwi i przeszliśmy przez nie, gdy te za nami eksplodowały.

– Stać! – krzyknął ktoś.

Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. Weszliśmy do słabo oświetlonego korytarza. Luc obrócił się nagle i chwycił mnie w talii. Pisnęłam, gdy mnie podniósł.

– Jesteś zbyt wolna – narzekał.

Zaczął poruszać się tak szybko, że widok rozmazał mi się przed oczami. Luc skręcił ostro w lewo, po czym zsunęłam się z niego. Zatoczyłam się do tyłu, gdy oparł dłoń na czymś, co wyglądało na ścianę. Chwilę później zobaczyłam uchylone drzwi.

– Co do…? – Wpatrywałam się zszokowana. Znajdowały się tu ukryte pomieszczenia? Takie były tylko w domach seryjnych morderców!

Luc mnie uciszył i pociągnął do przodu. Wpadłam do ciemnego pokoju. Puścił mnie, więc znów straciłam równowagę i uderzyłam w ścianę. Obróciłam się. To nie był pokój. Pomieszczenie miało wielkość szafy! Miejsca ledwie starczało dla jednej osoby, a ukryte drzwi przesuwały się, aż nikłe światło zupełnie zniknęło i spowiła nas ciemność.

O rety, rety…

Przycisnęłam się do ściany. Serce biło mi tak szybko, że krew szumiała w uszach jak ocean, gdy wysilałam się, aby dostrzec cokolwiek w tej niewielkiej przestrzeni. Nie było w niej nic, prócz mroku i Luca.

A on znajdował się praktycznie na mnie.

Miałam przed sobą jego plecy i żadne wciskanie się w ścianę nie pomogło w zwiększeniu dystansu między nami. Woń sosny, którą wcześniej wyczuwałam, definitywnie pochodziła od niego. Teraz czułam tylko ją. Jak, u licha, tu skończyłam? Jakie kiepskie życiowe decyzje podjęłam, że doprowadziły do tej chwili?

Mogłam być w domu, robić ładne zdjęcia telefonem lub oddzielać podkolanówki od stopek…

Coś trzasnęło w korytarzu. Wzdrygnęłam się i wpadłam na Luca. Wyciągnęłam ręce i oparłam je na jego plecach. Przesunął się nagle, przez co spiął się każdy mięsień w moim ciele. Moje dłonie znalazły się niespodziewanie na jego klatce piersiowej. A co to był za tors – mięśnie były tak twarde, jak ściana za mną.

Zaczęłam opuszczać ręce, ale nawet w całkowitej ciemności je złapał, przytrzymując na miejscu. Chciałam zaprotestować. Słowa zamarły mi jednak w gardle, gdy poczułam na czole ciepło jego oddechu.

Staliśmy blisko, zdecydowanie zbyt blisko.

– Muszą tu być – rozległ się na zewnątrz niezadowolony głos. Zatrzeszczało też radio. – Sprawdziłem inne pomieszczenia.

Dech ugrzązł mi w piersi. Co się stanie, jeśli tu wpadną? Najpierw będą strzelać, a dopiero później zadawać pytania?

Minęła chwila i poruszyły się włoski koło mojego ucha, gdy Luc szepnął:

– Mam nadzieję, że nie masz klaustrofobii.

Obróciłam głowę, sztywniejąc, gdy mój nos dotknął jego policzka.

– Trochę na to za późno.

– Prawda. – Ponownie się poruszył i poczułam, że otarł się o mnie nogą. Zadrżałam. – Musimy tu przez chwilę zostać i poczekać, aż sobie pójdą.

Chwilę? I tak przebywaliśmy tu już za długo, ale słyszałam kroki przemierzające korytarz tam i z powrotem.

– Często się to zdarza?

– Raz w tygodniu.

– Uroczo – mruknęłam i wydawało mi się, że zaśmiał się cicho. Zamierzałam przylać Heidi za to, że zaciągnęła mnie do klubu, do którego co tydzień wpadały służby specjalne. – Co tu robicie, że przeprowadzają takie naloty?

– A dlaczego uważasz, że coś tu robimy?

– Ponieważ przeprowadzają naloty – szepnęłam teatralnie.

Luc przesunął palce i dotknął kciukiem mojego, przez co znów zadrżałam.

– Naprawdę sądzisz, że potrzebują powodu, by tu wejść i przeszukiwać to miejsce? Aby robić ludziom krzywdę?

Bez pytania wiedziałam, o kim mówiliśmy. Oddział SAK odpowiadał przed naszym rządem.

– Jesteś zarejestrowany?

– Już ci mówiłem. – Jego oddech owionął teraz mój policzek. – Nie jestem Luksjaninem. – Umilkł na chwilę. – Pachniesz.

– Słucham?

– Pachniesz… brzoskwiniami.

– To balsam do ciała. – Zacisnęłam dłonie w pięści, gdy ogarnęło mnie rozdrażnienie zmieszane ze strachem i czymś… ciężkim. – Już nie chcę z tobą rozmawiać.

– Dobrze. – Przez chwilę stał w ciszy. – Potrafię wymyślić wiele ciekawych rzeczy do robienia w tej ciasnej, ciemnej przestrzeni, by zabić czas.

Zesztywniałam.

– Spróbuj czegoś, a pożałujesz.

Zachichotał cicho.

– Spokojnie.

– Nie mów mi, że mam się uspokoić – warknęłam tak wściekła, że miałam ochotę krzyczeć. – To nie mnie szukają ci mężczyźni. Nie mam powodu, by zachowywać ciszę.

– Och, masz. – Powiódł kciukiem po mojej ręce.

– Przestań to robić.

– Ale co? – Jego cichy głos ociekał niewinnością, gdy ponownie musnął palcem środek mojej dłoni.

– To. – Z mocno bijącym sercem próbowałam się od niego uwolnić. – A tak przy okazji, jak ty…

Uciszył mnie dzwonek telefonu.

Skąd dochodził ten dźwięk? O nie.

To moja komórka, która znajdowała się w torebce.

– Naprawdę paskudne wyczucie czasu. – Luc westchnął i zabrał ręce.

Odsunęłam się, aż udało mi się otworzyć torbę i wyjąć telefon. Pospiesznie go wyciszyłam, ale było za późno.

Krzyk z korytarza sprawił, że przeszył mnie strach i poczułam…

Luc złapał mnie nagle chłodną ręką za kark. Co do…?

Jego nos dotknął mojego, a kiedy chłopak się odezwał, czułam ciepłe powietrze na wargach.

– Kiedy otworzę drzwi, pobiegniesz w lewo. Jest tam łazienka. Znajdziesz w niej okno, na które zdołasz się wspiąć. Zrób to szybko.

W ukryty panel uderzyła pięść lub noga.

– Żartujesz? – zapytałam z niedowierzaniem. – Mogliśmy po prostu uciec przez tę łazienkę.

Zdjął dłoń z mojej szyi.

– Ale wtedy nie dzielilibyśmy tych cennych chwil na osobności.

Opadła mi szczęka.

– Jesteś…

Luc mnie pocałował.

W jednej chwili miałam ochotę puścić mu imponującą wiązankę przekleństw, w drugiej przywarł do moich ust. Przechylił nieznacznie głowę. Wciągnęłam płytki oddech, trzęsły mi się palce. Telefon wyślizgnął mi się z dłoni i upadł na podłogę. Koniuszek języka Luca dotknął mojego, przez co zadrżałam z przyjemności i panicznego strachu. Chłopak się odsunął.

– Nie pocałował cię Luksjanin, Evie. – Musnął moje wargi. – Ale też nie człowiek.

– Co? – rzuciłam bez tchu, z sercem w gardle.

Zabrał rękę, więc oparłam się o ścianę. Obrócił się.

– Przygotuj się.

Miałam chaos w głowie. O Boże, nie byłam gotowa.

– Ale…

Otworzył ukryte drzwi. Światło na zewnątrz było oślepiające, więc potrzebowałam chwili, by wzrok mógł przywyknąć. Pierwsze, co zobaczyłam, to jeden z karabinów impulsowych wycelowany prosto w Luca, który wysunął się naprzód i wyciągnął przed siebie dłoń.

Złapał funkcjonariusza za tors, zamykając palce na białym materiale. Podniósł mężczyznę i rzucił nim o ścianę, w której pojawiła się dziura. Stracił przytomność i upadł na podłogę.

– O kurde. – Wpatrywałam się w leżącego. Taka siła…

Znajdujące się na jego klatce piersiowej radio zatrzeszczało i poniósł się z niego głos. Nadciągało wsparcie.

– Idź – polecił Luc. Jego źrenice zwęziły się i pojawiło się w nich białe światło, co stanowiło znak, że Luksjanin miał przyjąć swoją prawdziwą postać. – Do zobaczenia później.

ROZDZIAŁ 4

Heidi opadła na plecy, rozciągając się na środku łóżka.

– Ale jazda. Musimy to powtórzyć.

Spojrzałam na nią, siadając na podłodze w jej pokoju.

– Nie. Nie musimy tego powtarzać. Nigdy. Przenigdy.

Roześmiała się i pokręciła głową, gdy przeciągnęłam palcami po świeżo wymytej twarzy. Wydostanie się przez okno w sukience i skok na asfalt nie pozostawiły mnie w stanie nienaruszonym. Pierwsze, co zrobiłam po powrocie do Heidi, to wzięłam prysznic i spłukałam brud ze stóp. Śmierdziałam, jakbym obrobiła monopolowy, po czym wytarzała się w całym tym skradzionym alkoholu.

To Heidi dzwoniła do mnie, gdy ukrywaliśmy się z Lukiem w naszym pokoiku pożądania. Przyjaciółce udało się jakoś uciec. Choć panikowała, była na tyle przytomna, by udać się prosto do auta, gdzie zastałam ją, kiedy na mnie czekała.

– Niemal nas złapano. Wyobrażasz sobie, co zrobiłaby moja mama? Padłaby trupem – stwierdziłam z rękami wciąż przy twarzy. – I nie tylko to. Martwiłam się, że zostałaś zadeptana na śmierć.

– Dziewczyno, ja też świrowałam. Nie miałam pojęcia, gdzie się podziałaś, aż Emery powiedziała, że byłaś z Lukiem.

Ech.

Umrę szczęśliwa, jeśli już nigdy nie usłyszę jego imienia. Nie tylko był niewiarygodnym palantem, lecz także pocałował mnie – naprawdę pocałował.

Nie pocałował cię Luksjanin, Evie. Ale też nie człowiek.

Co to niby miało znaczyć? Przecież istnieli tylko Luksjanie i ludzie. No, chyba że w swoim mniemaniu należał do odrębnej ligi, co nie byłoby zaskakujące. Po spędzonym z nim krótkim czasie wiedziałam już, że w całym wszechświecie było tylko kilka istot, które miały tak wielkie ego.

– Nie wierzę, że ukrywałaś się z nim w składziku czy czymś tam – ciągnęła Heidi. W drodze powrotnej do jej domu streściłam większość tego, co zaszło. – I że tego nie wykorzystałaś.

Skrzywiłam się za dłońmi. Nie powiedziałam jej, że Luc mnie pocałował. Zoe też prawdopodobnie tego nie zdradzę, ponieważ obie będą miały pytania, wiele pytań. Takich, na które nie będę w stanie odpowiedzieć, ponieważ gdy mnie pocałował… Nie wiem, co poczułam. Strach? Tak. Przyjemność? O Boże, tak, to również, co w ogóle nie miało sensu. Nie ciągnęło mnie do żadnego chłopaka, bez względu na gatunek, jeśli był kretynem, któremu wydawało się, że mógł tak po prostu całować, kogo chciał.

Poza tym nie odebrałam tego jak prawdziwego pocałunku, a już się tak całowałam. Z Brandonem. Często. To, co miało miejsce w tamtej tajemnej kryjówce, ledwie można było nazwać pocałunkiem…

Dlaczego w ogóle o tym myślałam? Istniało tak wiele innych rzeczy, na których powinnam się skupić, jak na przykład to, że obie mogłyśmy w tej chwili siedzieć w więzieniu.

– Luc to ciacho, Evie. – Najwyraźniej Heidi nie załapała, że należałoby już zmienić temat.

– Jest kosmitą – mruknęłam.

– No i? Z tego, co słyszałam, ich ciała działają tak samo. Nie żebym wiedziała to z własnego doświadczenia, ale tak mi się obiło o uszy.

– Cieszę się, że wszystko działa im jak należy. – Nie sądziłam, że kiedykolwiek wypowiem to zdanie. Nie chciałam myśleć o ciele Luca. – A tak przy okazji, kiedy ostatnio sprawdzałam, niczego nie wiedziałaś o żadnych ciałach.

Zachichotała.

– To, że wciąż biorę udział w paradzie czystości, nie oznacza, że nie przeprowadzałam badań, czy nie korzystałam z internetu do niecnych celów.

Uśmiechnęłam się i opuściłam ręce.

– Był palantem, Heidi. Gdyby rozmawiał z tobą tak jak ze mną, dałabyś mu w twarz.

– Był aż taki zły? – Wyrzuciła ręce w górę, prostując środkowe palce. – W skali od jednego – pomachała tym u lewej ręki – do dziesięciu środkowych palców, jak naprawdę był kiepski?

– Pięćdziesiąt. – Zamilkłam na chwilę. – Pięćdziesiąt milionów środkowych palców.

Roześmiała się i przewróciła na brzuch.

– Więc zapewne przywaliłabym mu w jaja.

– No właśnie.

– Szkoda. – Westchnęła. – Kiedy ktoś jest ładny fizycznie, do bani, gdy jego wnętrze jest brzydkie jak bezwłosy szczur.

Bezwłosy szczur? Fuj.

– To było dziwne. Był chamski. Wciąż pytał, dlaczego tam byłam, jakbym miała czelność pojawić się w jego głupim klubie. – Nakręcona, miałam ochotę w coś uderzyć. – Kim on jest? To znaczy, oczywiste, że jest kosmitą o imieniu Luc, ale…

Heidi usiadła, a odziane w piżamę nogi spuściła z łóżka. Włosy miała spięte w luźny kok, który zwisał jej teraz z jednej strony głowy.

– Ale co?

Zacisnęłam usta i pokręciłam głową. Było jeszcze coś, o czym jej nie opowiedziałam.

– Znał… znał moje imię, Heidi.

Wytrzeszczyła oczy.

– Co?

Pokiwałam głową.

– Jak to możliwe? Stwierdził, że wie, kim jestem, i że byłam tam po raz pierwszy. – Zaniepokojona, objęłam się rękami w talii. – To naprawdę dziwne, nie?

– Tak, dziwne. – Zeszła z łóżka i uklękła przede mną. – Nie wiem, czy nie powiedziałam czegoś Emery, gdy byłam tam wcześniej. Możliwe, że wspomniałam przy niej twoje imię. To znaczy, na pewno o tobie rozmawiałyśmy.

– To… byłoby logiczne. – Poczułam ulgę. Miało to sens, ale… dlaczego Emery miałaby rozmawiać o mnie z Lukiem?

– To musi być to. Nie ma innej możliwości. Nie chodzi do naszej szkoły. Jego przyjaciele też nie.

Odetchnęłam i znów pokiwałam głową. Nie chciałam już myśleć o Lucu.

– Obiecaj mi, że tam nie wrócisz.

Przeniosła wzrok gdzieś ponad moje ramię.

– Noo…

– Heidi! – Przysunęłam się i klepnęłam ją w rękę. – Ten klub jest obiektem nalotów w poszukiwaniu niezarejestrowanych kosmitów. Funkcjonariusze SAK mieli broń, która mogłaby zabić również ludzi. Tam nie jest bezpiecznie.

Przyjaciółka odetchnęła ciężko i głośno.

– To się nigdy wcześniej nie zdarzyło.

– Luc mówił, że ma to miejsce przynajmniej raz w tygodniu – powiedziałam. – A nawet jeśli się wydurniał, jeden raz to i tak za dużo. Tak wiele rzeczy mogło się dziś stać.

Przygryzła wargę i usiadła.

– Wiem. Masz rację. – Popatrzyła na mnie spod rzęs. – Ale wiesz co?

– Co? – Nie byłam pewna, czy uwierzyłam, że już tam nie wróci.

Na jej twarzy odmalował się niewielki uśmiech.

– Mam numer telefonu Emery.

– Serio? – Widok ekscytacji na jej ładnej twarzy odwrócił moją uwagę od ostatnich wydarzeń. – Cóż, jeśli masz jej numer, nie ma powodu, byś po raz kolejny szła do tego klubu.

– No tak. – Uśmiechnęła się szerzej. – Cieszyła się na wieść, że cię dziś pozna. Było mi przykro, że się nie spotkałyście.

– Mnie też, ale jeśli masz jej numer, to może gdzieś się spotkacie i zostanę piątym kołem u wozu?

– Nie mogłoby być lepszego piątego koła niż ty.

Zmarszczyłam nos.

– Dzięki. Chyba.

Heidi wymknęła się na dół i zwędziła paczkę babeczek. Obżerałyśmy się czekoladowymi pychotami z polewą z masła orzechowego, gdy przyjaciółka opowiadała o Emery. Heidi szybko zasnęła, ale mnie wydawało się, że minęło wiele godzin, nim zdołałam rozluźnić się na tyle, by przestać się gapić na jaśniejące nad jej łóżkiem gwiazdki.

To był szalony, przerażający wieczór, który mógł zakończyć się bardzo źle. Trudno było otrząsnąć się po czymś takim. Heidi mogło się coś stać. Mnie również. Niebezpieczeństwo, któremu stawiliśmy czoła po inwazji, nie przeminęło w pełni. Po prostu zelżało.

Kiedy moje myśli zaczęły odpływać, znalazły sposób, by powrócić do Luca. Heidi pewnie miała rację. Musiała wspomnieć o mnie w jakiejś przypadkowej rozmowie z Emery, a Luc to wykorzystał.

Mimo to nie miałam pojęcia, dlaczego skłamał w temacie bycia Luksjaninem.

Było to jednak bez znaczenia, ponieważ miałam już nigdy nie wrócić do Foretoken i bez względu na to, co mi powiedział, nie chciałam go już nigdy widzieć.

Dzięki Bogu i małemu Jezusowi…

O rety.

Usiadłam na łóżku, wytrzeszczając oczy i klnąc. Mój telefon. Gdzie była moja komórka? Odkryłam się i wygramoliłam z łóżka. Torebkę znalazłam obok szkolnego plecaka. Wzięłam ją, otworzyłam i przeszukałam zawartość, choć już wiedziałam.

Zostawiłam telefon w tym przeklętym klubie.

***

Zaciskałam palce na kierownicy, wpatrując się w czerwone drzwi Foretoken. Częściowo spodziewałam się, że po wczorajszym nalocie zostaną obklejone taśmą policyjną.

Ale tak nie było.

– Nie musisz iść tam ze mną – oznajmiłam. Minęło jakieś pół godziny, odkąd wyszłam od Heidi, samochody jeździły w obie strony ulicą przy klubie. W świetle dnia nie wyglądał tak onieśmielająco. – Możesz zostać tutaj i jeśli nie wyjdę za jakieś dziesięć minut…

– Zadzwonić na policję? – James Davis roześmiał się, gdy na niego spojrzałam. – Nie zamierzam ich powiadamiać, że moja nieletnia przyjaciółka weszła do klubu, aby znaleźć zaginiony telefon, i jeszcze nie wróciła. Idę z tobą.

Od poczucia ulgi zakręciło mi się w głowie. Naprawdę nie chciałam wracać tam sama i, szczerze mówiąc, powinnam była wiedzieć, że James mi na to nie pozwoli.

Jak banalnie by to nie brzmiało, James był uosobieniem chłopaka z sąsiedztwa i dzięki temu wiele uchodziło mu płazem. Miał brązowe włosy i ciepłe oczy w tym samym kolorze i był duży jak miś, a jedyne, co musiał zrobić, to pokazać dołeczki w policzkach, a rodzice na całym świecie otwierali przed nim drzwi. Nawet moja mama. Nie miała problemu, gdy James znajdował się w moim pokoju przy zamkniętych drzwiach.