Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją - Sven Lindqvist - ebook
Opis

 

„Terra nullius - ziemia niczyja. Ziemia, która do nikogo nie należy. W każdym razie do nikogo, z kim trzeba by się liczyć. Obszar, który wkrótce będzie niezamieszkany, bo zaludniają go niższe rasy, zgodnie z prawami natury skazane na wymarcie. Terra nullius. Termin przywoływany najczęściej jako argument w obronie brytyjskiej inwazji na Australię".

Sven Lindqvist, wielbiciel pustyni, przejechał dwanaście tysięcy kilometrów przez Australię, rzekomą ziemię niczyją, rejestrując rozmaite odcienie jej krajobrazu. Jednocześnie odbył podróż przez dwieście lat australijskiej historii idei. Jak doszło do tego, że Australijczycy porwali sto tysięcy dzieci czarnym matkom? Jak to możliwe, że dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku wykreślono Aborygenów z Księgi flory i fauny, uznając ich za ludzi - stworzenia posiadające wolną wolę, zdolność logicznego myślenia oraz wyższą świadomość? Odbierano dzieci ludziom, dla których największą kulturową wartością były więzi rodzinne. Odbierano ziemię ludziom, których niebem była właśnie ziemia. W Terra nullius Sven Lindqvist drąży głębiej temat podjęty w poprzedniej książce, Wytępić całe to bydło. Zbrodnie przeszłości mają wpływ na teraźniejszość. Jaką zająć wobec nich postawę? To jeden z najgorętszych tematów w dzisiejszej Australii - i nie tylko tam.

 

Prowokacyjna podróż przez mroczną historię powstawania „białej" Australii, ukazująca ludobójstwo dokonane na Aborygenach. Odwołując się do historii, literatury, antropologii oraz swoich podróży, Lindqvist przedstawia losy ziemi niczyjej, która stała się prowincją białego człowieka.

„The New Press"

 

Z recenzji poprzedniej książki:

 

W „Wytępić całe te bydło” Lindqvist proponuje nam bolesną konfrontację ze spuścizną kolonializmu: te pierwszorzędne teksty o okrutnym podboju Afryki przez Europejczyków są w istocie przypomnieniem, że Holocaust miał swoich zasłużonych prekursorów.

„Dziennik"

 

Lektura to nieprzyjemna, acz konieczna.

Marcin Sendecki, „Przekrój"

 

Taką książkę sam chciałbym napisać - tak mógłbym wyrazić swoje emocje wobec pierwszej tłumaczonej na polski książki szwedzkiego pisarza.

Max Cegielski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 236

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sven Lindqvist

TERRA NULLIUS

Podróż przez ziemię niczyją

przełożyła Irena Kowadło-Przedmojska

Wydano z pomocą finansową Svenska Institutet

Tytuł oryginału: Terra Nullius

Copyright © Sven Lindqvist, 2005

www.svenlindqvist.net

Published by arrangement with Agence litteraire Pierre Astier & Associés

ALL RIGHTS RESERVED

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I

Warszawa 2010

do Moorundie

11

Terra nullius. z łacinyterra, ziemia, teren, kraina, i nullius, niczyj.

A więc: ziemia niczyja, terytorium, które nie należy do nikogo. w każdym razie do nikogo, z kim trzeba by się liczyć.

Pierwotnie: terytorium, które nie wchodziło w skład cesarstwa rzymskiego. w średniowieczu: kraina nienależąca do żadnego z chrześcijańskich władców. Później: tereny, do których żaden europejski kraj nie rości sobie jeszcze pretensji. Tereny, które słusznie przypadną pierwszemu europejskiemu państwu, które je zajmie.

Pusty obszar. Obszar niezamieszkany. Obszar, który wkrótce będzie niezamieszkany, bo zaludniają go niższe rasy, skazane zgodnie z prawami natury na wymarcie. Terytorium, na którym liczba rdzennej ludności jest lub wkrótce będzie tak znikoma, że nie stanowi żadnego problemu.

Terra nullius. Termin prawny stosowany w XIX wieku dla usprawiedliwienia podboju przez Europę wielkich terytoriów. Przywoływany najczęściej jako argument na rzecz obrony brytyjskiej inwazji na Australię.

22

Moorundie? Moorundie? Nie, w Automobilklubie Królewskim w Adelajdzie nikt o czymś takim nie słyszał.

– Jak to? To przecież miejsce pierwszych walk między białymi i czarnymi w południowej Australii – zdziwiłem się. – Wymordowano wtedy cały lud: plemię Ngaiawon, żyjące tam od pięciu tysięcy lat. Musiał zostać po nich przynajmniej jakiś ślad.

Nic z tego; na mapach i trasach podróży Automobilklubu nie ma takiej nazwy. Skierowano mnie do Muzeum Australii Południowej. Tam też nic nie wiedzieli o Moorundie. Ekspozycja osadza rdzenną ludność w nieustannym czasie teraźniejszym, w wiecznym nieprzerwanym bezczasowym „teraz”, pozbawionym zarówno przyszłości, jak i historii. Żadnej wzmianki o tym, co się z nią stało po inwazji białych.

– Przecież to tam podróżnik Edward John Eyre zainicjował naukowe badania nad rdzenną ludnością Australii – powiedziałem. – Właśnie w Moorundie zebrał materiał do rozprawy naukowej Manners and Customs of the Aborigines of Australia, na której opiera się wszystko, co muzeum prezentuje na temat Aborygenów.

Bardzo nam przykro, ubolewali pracownicy muzeum, i skierowali mnie do informacji turystycznej, skąd zostałem odesłany do innej informacji turystycznej, w której też nic nie wiedzieli. Moorundie zapadło się pod ziemię.

3

W Adelajdzie odbywał się właśnie Dzień Pojednania. Na plakatach widniało słowo „Sorry”. „Wybaczcie” mówiło pięćdziesiąt tysięcy białych demonstrantów. Protestowali przeciwko swojemu rządowi, który nie zamierzał bić się w piersi za krzywdy, jakich doświadczyła i w dalszym ciągu doświadcza rdzenna ludność Australii. Pięćdziesiąt tysięcy białych wyrażało swoją solidarność z czarnymi, domagając się przeprosin ze strony rządu.

W ciągu kolejnych dni dziewięćset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców Adelajdy, które nie brało udziału w demonstracji, podjęło wyzwanie i zabrało głos w dyskusji w sieci i w listach do redakcji. „Sorry” nie jest wyłącznie grzecznościowym zwrotem, twierdzono. Jeżeli rząd poprosi rdzenną ludność o wybaczenie, to obecna generacja przejmie tym samym odpowiedzialność za przedawnione winy wcześniejszych pokoleń. Wystarczy, że rząd szepnie słówko „przepraszam”, a ruszy lawina żądań o odszkodowania od ludzi, których z ofiarami przeszłych zbrodni łączy jedynie kolor skóry.

„Za co mamy przepraszać?” – pytali inni. Obie strony konfliktu mają grzechy na sumieniu. To normalne, że cywilizacja stojąca na wyższym poziomie technicznym i wojskowym pokonała technicznie słabszą. To, co zdarzyło się w Australii, zdarzyło się również w Ameryce Północnej i Południowej, na Syberii i w Azji Środkowej. Znaczne obszary ziemi są dzisiaj zamieszkane przez europejskich przybyszów, którzy wyparli tubylczą ludność. Która z kolei wyparła jeszcze wcześniejszych mieszkańców tych terenów. Czy wszystkim należy zapłacić? Kto miałby to w takim razie zrobić? i za co?

4

Znalazłem w końcu Moorundie/Morrundie w komputerze ministerstwa środowiska, w dziale kartograficznym. Okazało się, że leży nad rzeką Murray, na południe od Blanchetown.

W chłodny, słoneczny czerwcowy poranek wyjeżdżam z Adelajdy. Zielenią się winnice, jesienna pszenica lśni na brązowo-czerwonych polach, stepowe krzewy usiane są niebieskimi gwiazdami. Tu i ówdzie białe żwirowe drogi, jak na Gotlandii, świadczą o wapiennym podłożu. Tu i ówdzie długie niezadrzewione wzgórza przywołują smak Szkocji.

Nie ma tu sosen, świerków, brzóz, lip, dębów ani wiązów. Są akacje i eukaliptusy, i na tym koniec. Ale oba gatunki drzew występują w Australii we wszystkich możliwych odmianach. Ponieważ są tylko dwa, różnorodność ich form dorównuje podzielonym na wiele gatunków drzewom na innych kontynentach.

Korony drzew suną po niebie jak chmury. Ich rozkołysana zieleń osiada leniwie w powietrznej pustce. Ni stąd, ni zowąd nad koronami wyrasta coś na kształt kępy kopru. a potem równie niespodziewanie pojawia się bukiet drzew ściśnięty w pięści skłębionych korzeni, na wpół zakopanych w ziemi.

Za Blanchetown rzeka biegnie powoli i jest mulista. Wilgotne brzegi toną w bujnej wegetacji. Nazwa Moorundie pochodzi od powstałej z naniesionego mułu wyspy pośrodku rzeki.

53

Tu przybył John Eyre 15 czerwca 1839 roku. Miał wrażenie, że znalazł się w raju. Zastał tu wszystko, co składa się na dobre życie: wodę, wysokie drzewa, urodzajną ziemię oraz tysiące ptaków i ryb – tak, to było wymarzone miejsce, aby się osiedlić. Szybko wrócił do Adelajdy i kupił 1411 akrów ziemi w Moorundie od nowo powstałego rządu kolonii. Stał się właścicielem ziemskim w raju.

Warunkiem zakupu było, że ziemia do nikogo nie należy, że jest to „terra nullius”, ziemia niczyja, ziemia niezamieszkana.

Istniało tylko jedno małe ale: Moorundie nie było niezamieszkane. Aborygeni mieszkali tam co najmniej od pięciu tysięcy lat i zamierzali tam pozostać. Za każdym razem, gdy pędzono przez kontynent stada bydła z dawnych kolonii karnych w Sydney i Melbourne na wschodzie do nowej kolonii w Adelajdzie, w Moorundie dochodziło do potyczek. Oto co pisał świadek ówczesnych wydarzeń: „Jak tylko biali mieli dostateczną przewagę, było pewne, że wymordują czarnych”.

Eyre zanotował w swoim dzienniku: „Ludzie myślą tylko o zemście – strzelają do każdego napotkanego tubylca”. Łatwiej było przejść, torując sobie drogę strzałami, ale kolejna trzoda napotykała te same przeszkody, które uniemożliwiały białym osadnictwo w dolinie.

Walki nasilały się z roku na rok, aż wreszcie w roku 1841 doszło do masakry, w której biali żołnierze wymordowali Aborygenów, nie bacząc na wiek i płeć. Według oficjalnych danych zginęło trzydziestu tubylców. w rzeczywistości ich liczba była znacznie wyższa.

Po masakrze Eyre został mianowany szefem regionu Moorundie i miał za zadanie nawiązać kontakt z miejscową ludnością i doprowadzić do zakończenia walk. Trzy lata później, odchodząc ze stanowiska, podkreślał z dumą, że za jego kadencji nie było przypadku, aby jakiś Europejczyk doznał poważnego uszczerbku lub został zaatakowany przez miejscowych. Eyre’emu udało się także zapobiec najbardziej brutalnym przejawom nadużywania władzy przez białych. Zaprowadził paternalistyczne rządy, przyznając miesięczne racje mąki i cukru. Nie potrafił jednak powstrzymać rozpadu aborygeńskich społeczności, spowodowanego bezsilnością, poniżeniem i poczuciem hańby. Tubylcy chorowali na choroby przenoszone przez białych, a przeludnienie w osadach sprzyjało rozprzestrzenianiu się zarazków. z braku białych kobiet mężczyźni żyli z czarnymi kobietami i roznosili choroby weneryczne, które do 1841 roku nie były znane w Moorundie. Trzy lata później stały się przyczyną wielu zgonów.

64

Minęło kilka dziesięcioleci i całe plemię zginęło bez śladu. Nikt już nie znał jego języka. Nikt nie pielęgnował jego świętych miejsc. Nie ma nawet żadnego upamiętniającego je symbolu.

Czy było to ludobójstwo? Jeśli tak, to kiedy nastąpiło? Czy wtedy, gdy strzelano do każdego napotkanego Aborygena? Czy kiedy kupowano lub gwałcono kobiety, zarażając je syfilisem? Czy już wtedy, gdy z bronią w ręku odbierano im ziemię, a ceną za pokój był przydział mąki?

Pojęcie ludobójstwa jeszcze wtedy nie istniało, odpowiadają ci, którzy nie chcą prosić o wybaczenie. Minęło sto lat, zanim zaczęto go używać, i jeszcze więcej, nim nabrało mocy prawnej. Osądzanie ludzi z lat czterdziestych XIX wieku według dzisiejszych kryteriów prawnych i moralnych nie ma sensu. Nie mogli przewidzieć, że to, co czynią, będzie w przyszłości uznane za niesłuszne. Warunkiem ludobójstwa jest umyślne działanie. Ale osadnicy z Moorundie nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów. Nie wiedzieli, że tubylcy wymrą. Nie można ich winić za coś, czego nie byli w stanie przewidzieć.

W rzeczywistości los Aborygenów łatwo można było przewidzieć. w 1837 roku brytyjska komisja parlamentarna badała sytuację rdzennej ludności w całym imperium, od Nowej Fundlandii, gdzie ostatniego tubylca zastrzelono w 1823 roku, do Afryki Południowej i Australii, gdzie właśnie zanikały całe plemiona. Komisja stwierdziła, że Europejczycy bezprawnie zajęli terytoria tubylców, dziesiątkując ich i rujnując ich sposób życia. „Bezprawie i okrucieństwo” były główną przyczyną wymierania miejscowej ludności.

Po trzech latach spędzonych w Moorundie John Eyre doszedł do podobnych wniosków.

Jest faktem, że wszędzie, gdzie powstały europejskie kolonie w Australii, liczba żyjących w pobliżu tubylców znacznie spadła, do tego stopnia, że niektóre tereny, które oni wcześniej zamieszkiwali, całkowicie opustoszały. Nie da się ukryć, że jedynym powodem tej godnej pożałowania sytuacji jest obecność białego człowieka, który, jeżeli się go nie powstrzyma, zmiecie z powierzchni ziemi wszystkich australijskich Aborygenów.

Nie mamy żadnych racji, które uzasadniałyby tę agresję – nie usprawiedliwia nas nawet argument, że staraliśmy się wynagrodzić tych, którym zrobiliśmy krzywdę, lub złagodzić cierpienia spowodowane naszą obecnością.

I dlatego między domami Adelajdy do dziś rozlega się wołanie: „Proście o przebaczenie!”, „Oddajcie sprawiedliwość!”, „Odkupcie przeszłe krzywdy!”.

7

Jako młody człowiek płynąłem statkiem na Islandię. Po drodze zawinęliśmy do fiordu w Trondheim po ładunek śledzi.

Był rok 1951, piękny letni wieczór, czas sianokosów. w powietrzu unosił się upajający zapach świeżego siana. Kapitan został na statku, a sternik i islandzka załoga popłynęli łodzią na ląd. Zabrali mnie ze sobą. Islandczyków znano tu już z poprzednich wizyt i witano jak miłych gości, częstując kawą w kolejnych domach. Było gwarno i wesoło – aż ktoś zwrócił uwagę na mnie, siedzącego przy drzwiach z kawałkiem cukru w ustach i popijającego kawę ze spodeczka, jak to wówczas było w zwyczaju.

– A to kto?

– Pasażer – odparł Islandczyk. – Szwed.

„Szwed”. w pomieszczeniu zapadła całkowita cisza. Ustały rozmowy, zgasły uśmiechy. Wszyscy patrzyli na mnie. Cisza wydawała się trwać w nieskończoność. Wreszcie odezwała się starsza kobieta.

– Aha, Szwed. No, a ten tranzyt w 1942?

Co miałem powiedzieć? Tranzyt niemieckich wojsk z Niemiec do Norwegii przez terytorium Szwecji i z powrotem odbywał się w rzeczywistości przez wiele lat. Ale ona powiedziała tylko tyle: „No, a ten tranzyt w 1942?”. i wszyscy czekali na odpowiedź. Próbowałem obrócić to w żart:

– W 1942 roku miałem dziesięć lat. Nikt mnie nie pytał o zdanie.

– Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem – zauważyła gospodyni.

Cisza stawała się nieznośna. Podziękowałem za kawę i wymknąłem się, płonąc ze wstydu. Spotkała mnie straszliwa niesprawiedliwość. Dlaczego oskarżono akurat mnie o coś, w czym brali udział także wszyscy inni Szwedzi? Albo nie brali. Jakby to była moja wina. Jakbym to ja ponosił za to odpowiedzialność.

Zszedłem stromym zboczem doliny. Był jasny wieczór pełen oszałamiających woni. Łódź, którą przypłynęliśmy, oddaliła się od brzegu wraz z odpływem. Czekając na załogę statku, układałem w myślach wielką mowę na swoją obronę. „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”.

Chociaż to nie do końca prawda. Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. To, że żyłem lepiej niż mieszkaniec Konga lub Indonezji, nie było moją zasługą. Przyszedłem na świat jako spadkobierca nietkniętego wojną kraju i dobrze funkcjonującej gospodarki – mówiąc krótko, dobrze mi się powodziło, bo byłem Szwedem.

Czy mogłem więc, przyjmując dobre strony bycia Szwedem, odrzucić te złe? Dzięki dostawom rudy żelaza, zgodzie na tranzyt wojsk i inne rażące odstępstwa od polityki neutralności Szwecja zachowała dobre stosunki z Niemcami i uniknęła wojny. To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem chodzić spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziale łupu. a zatem powinienem ponieść odpowiedzialność.

tajemnica pustyni

85

Położony w pobliżu Moorundie Swann Reach Hotel jest nieprzyzwoicie drogi jak na to, co ma do zaoferowania. Zapadające się materace zaprojektowano chyba dla dromaderów. Po zimnej nocy spędzonej w ubraniu pod dwoma kocami z trudem przełykam śniadanie w hotelowym bufecie. Poranna mgła nad rzeką i przystanią promu ma szarą barwę cyny, tak samo sawanna.

Już po chwili wschodzi słońce i natychmiast wszystko się zmienia. Nagle każda rzecz staje się widzialna: Charon na małym samochodowym promie przepływającym rzekę, nieprzyzwoita nagość eukaliptusowych pni, wdzięczne drzewo pieprzowe, pod którym stoi samochód.

Jadę dalej na północ, mijam Gladstone, przecinając śródziemnomorski krajobraz, który w pobliżu wybrzeża przechodzi w malaryczne mokradła. Port Augusta leży nad laguną, tam gdzie zatoka najgłębiej wrzyna się w ląd.

Noc spędzam w hotelu Pastoral. Hotelowa recepcja znajduje się w salonie gier, elektronicznym piekle błyskających i jazgoczących automatów. w recepcji stoi Aborygenka i kupuje żetony. Gra w „Kwitnącą pustynię” i „Pięciolistną koniczynę”, gra w „Niebieską lagunę” i „Noc dingo”. Na ulicy przed salonem gier czeka na nią córka. Wygląda na może sześć lat.

Kobieta jest pierwszą Aborygenką, jaką spotykam w podróży. Nie patrzymy na siebie.

Od razu za miastem zaczyna się płaski, wymarły step. Na zachodzie rozciąga się Wielka Pustynia Wiktorii, na wschodzie pustynia Simpsona.

W 1862 roku geodecie McDouallowi Stuartowi udało się trafić przy trzeciej próbie na pas stepu i sawanny między dwiema pustyniami, szlak, który umożliwił przejście z południowego na północne wybrzeże Australii. Odkrywca zebrał wyrazy podziwu i uznania, otrzymał tytuł lorda, a cztery lata później zapił się na śmierć w Londynie, zapomniany przez świat. Lecz droga, którą odkrył, nazywa się do dziś Stuart Highway.

Czerwona droga wiedzie przez suchą, żółtą trawę. Nigdzie horyzont nie jest tak ważny jak na pustyni. Niebo od ziemi oddziela jedno cięcie mieczem. Potężniejszy od krajobrazu jest tylko nieboskłon.

96

Kilka kilometrów na wschód od głównej drogi leży Woomera, niewielkie symetryczne i w najmniejszym szczególe zaplanowane osiedle pawilonów mieszkalnych, wzniesione w 1947 roku. Brytyjczycy potrzebowali mieszkań, kiedy testowali międzykontynentalne rakiety. Potężny poligon rozciągał się od wyrzutni w Woomerze do zachodniego wybrzeża w pobliżu Port Hedland – obszar ziemi niczyjej o długości dwóch tysięcy czterystu kilometrów, a na nim zaledwie kilka farm.

Białych farm, rzecz jasna. o czarnych nikt nie myślał.

W sześciu posiadłościach przeniesiono główne budynki poza strefę zagrożenia. Ewakuowano kobiety i dzieci. Za każdym razem, gdy wystrzeliwano rakietę, telefonicznie ostrzegano mieszkańców, obiecano im też pełną rekompensatę za ewentualne straty.

Gdy w roku 1955 rozpoczęto próby z rakietami Black Knight, zbudowano schrony na sześciu głównych farmach i jedenastu pomniejszych, co kosztowało trzydzieści tysięcy funtów. Za kolejne osiem tysięcy rozbudowano sieć telefoniczną.

Czarni nie mieli ani farm, ani telefonów. Byli rozproszeni na terytorium wielkości zachodniej Europy, nikt dokładnie nie wiedział gdzie. Większość tego obszaru stanowiły utworzone dla Aborygenów „tereny ochronne”. w latach trzydziestych XX wieku przydzielono im ziemię „po wieczne czasy”. w latach czterdziestych rezerwat zlikwidowano i zamieniono na poligon wojskowy. Przyznana wcześniej bezużyteczna ziemia stanowiła rodzaj rekompensaty za wszystko inne, co odebrano tubylcom. Teraz, gdy stała się nagle potrzebna, przekształcono ją w „zakazaną strefę”.

Opiekę nad autochtonami powierzono policjantowi W.B. Macdougallowi. z Woomery, gdzie stacjonował, miał za zadanie pilnować, aby na obszarze obejmującym ponad milion kilometrów kwadratowych nikomu nie stała się krzywda.

W praktyce hałas i śmieci białych okazały się bardziej niebezpieczne niż rakiety. Wzdłuż dróg i w pobliżu punktów obserwacyjnych na poligonie rosły hałdy odpadów, które zaczęły przyciągać Aborygenów, gdy ruch na drogach wypłoszył dziką zwierzynę. Pustynni nomadzi osiadali jak mewy na śmietniskach usypanych przez białych.

107

Niektóre obszary Azji należą do najgęściej zaludnionych na świecie; Australia jest najmniej zaludnionym kontynentem na Ziemi. Można wręcz powiedzieć, że z chińskiego lub indonezyjskiego punktu widzenia Australia jest praktycznie niezamieszkana. Zgodnie z teorią „ziemi niczyjej”, na którą powoływali się Brytyjczycy, kiedy kolonizowali Australię, Azjaci mieliby prawo zająć jej terytorium.

Lecz biali Australijczycy chcieli za wszelką cenę uczynić z Australii biały kraj. Jednym z pierwszych aktów prawnych ustanowionych w australijskiej federacji był Immigration Restriction Act 1901.

W celu ograniczenia imigracji spoza Europy szczególnie przydatny okazał się paragraf dotyczący egzaminu w postaci dyktanda. Nie było w nim żadnej wzmianki na temat rasy czy religii kandydata na imigranta, po prostu odpadał ten, kto pod dyktando urzędnika nie potrafił napisać pięćdziesięciu słów w „jakimkolwiek europejskim języku”. w przypadku osoby, którą zamierzano przyjąć do kraju, oznaczało to, że ubiegający się może wybrać sobie język. Natomiast Azjatę z wyśmienitą znajomością angielskiego, niemieckiego czy francuskiego można było zawsze wyeliminować, dając mu dyktando z innego europejskiego języka, na przykład z węgierskiego.

Egzamin z dyktanda obowiązywał do 1958 roku. Wtedywprowadzono Migration Act, który pozwalał internować każdego cudzoziemca nieposiadającego wizy na czas rozpatrywania jego sprawy. i tu również nie ma wzmianki o rasie lub religii – jednak w praktyce przepis ten nie jest stosowany wobec około pięćdziesięciu tysięcy białych, którzy często od dziesięcioleci mieszkają w Australii nielegalnie, lecz przestrzega się go wyłącznie wobec azjatyckich uchodźców na łodziach.

W latach 1989–1994 uciekinierzy przypływali z Kambodży, w latach 1994–1997 z Chin, a po 1997 roku z Iraku i Afganistanu. w sumie w okresie 1989–1997 przybyło tą drogą niecałe trzy tysiące osób, z czego po okresie internowania wydalono dwa tysiące trzysta.

Internowani uchodzą za osoby, które nie wjechały do Australii, mimo że w niej przebywają, mają status „non entrants”, osób, które „nie wjechały”. Są przetrzymywani w sześciu obozach w odległych częściach kraju, między innymi w Woomerze.

Na miejscu opuszczonego miasta-poligonu powstał obóz dla internowanych uchodźców. Pierwsi więźniowie znaleźli się w nim w 1999 roku. Po ponad rocznym internowaniu, nie doczekawszy się decyzji w swojej sprawie, pięćset osób uciekło i zniknęło. Odpowiedzią władz były kolczaste druty, armatki wodne, uzbrojeni strażnicy i zakaz odwiedzin. Obozy internowania zamieniły się w obozy koncentracyjne.

Mężczyźni, kobiety i dzieci żyją w nich zamknięci latami, nie znając swoich praw, pozbawieni kontaktu z zewnętrznym światem, żyją w niepewności, poniżeniu i rozpaczy. Chodzi o to, aby jak najbardziej obrzydzić okres internowania i zniechęcić ewentualnych przyszłych uchodźców do występowania o azyl w Australii.

„Postępowanie Australii w kwestii internowania jest sprzeczne z prawem międzynarodowym, prawem cywilnym oraz z prawami politycznymi i prawami człowieka”, twierdzi Christofer Sidoti, członek Komisji ds. Praw Człowieka. „W żadnym innym zachodnioeuropejskim kraju nie wolno pozbawiać internowanych uchodźców kontaktu ze światem zewnętrznym”.

W styczniu 2002 roku w światowej prasie ukazała się lakoniczna notatka, że afgańscy więźniowie w Woomerze zaszyli sobie usta na znak protestu przeciwko izolacji. Przed ogrodzeniem z kolczastego drutu demonstrowali w zasadzie ci sami ludzie, którzy domagają się od rządu, aby przeprosił Aborygenów. Usłyszeli wtedy tę samą odpowiedź: Australia nie zaprzestanie internowania nielegalnych uchodźców i nie zamierza nikogo prosić o wybaczenie.

11

Według mojego dawnego nauczyciela religii w szkole skrucha jest centralnym pojęciem w każdym wyznaniu. Złe postępki przychodzą łatwo. Każdy może popełnić błąd, a nawet wykroczenie. Ważne jest, by umieć okazać skruchę. Dlatego zaczynał on każdą lekcję od tego samego pytania: „Jak wyrazić skruchę?”. Do dzisiaj potrafię wyrecytować odpowiedź, nawet przez sen:

• Rozumiem, że postąpiłem niewłaściwie.

• Żałuję

tego, co

czyniłem.

• Przyrzekam, że więcej

tak

nie postąpię.

Dzisiaj uważam, że owe trzy kryteria szczerej skruchy są zanadto zwrócone do wewnątrz. „Rozumieć”, „żałować” i „przyrzekać” można w głębi ducha, w największej tajemnicy, w żaden sposób nie ujawniając zrozumienia ani obietnicy. Ten wewnętrzny proces skruchy jest marną pociechą dla pokrzywdzonego. Łatwo zresztą zapomnieć o obietnicy, jeżeli nikt o niej nie wie. Dlatego kryteria powinny koniecznie obejmować uzewnętrznienie procesu skruchy. Na przykład:

• Przyznaję otwarcie, że popełniłem nieprawość.

• Proszę o wybaczenie

tych, wobec których zawiniłem.

• Przyrzekam zrobić wszystko, co w mojej

mocy, aby naprawić wyrządzone im krzywdy.

Trzeci warunek jest nie tylko obietnicą, lecz również zapewnieniem, że w miarę możności dołożę starań, aby naprawić wyrządzone zło. Zadośćuczynienie będzie dla pokrzywdzonego najbardziej namacalnym dowodem mojej skruchy i miarą jej szczerości.

Czy można brać na siebie winę za cudze występki? Występki, których się osobiście nie popełniło, lecz pośrednio odniosło się z nich korzyści? Jak powinny brzmieć kryteria skruchy, by móc je zastosować w przypadku zbiorowej odpowiedzialności za historyczne przewinienia? Może tak:

• Przyznajemy otwarcie, że nasi przodkowie popełnili nieprawości, a my czerpiemy z nich

korzyści.

• Prosimy o wybaczenie

tych, którzy doznali krzywd, oraz ich potomków.

• Przyrzekamy w miarę możności wynagrodzić

pokrzywdzonych

za wciąż żywe następstwa popełnionych czynów.

Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem. Reprezentant owej zbiorowości przyzna się publicznie do wyrządzonych krzywd, poprosi o wybaczenie, zapłaci odpowiednie koszta i powoła komisję w celu „przeanalizowania dotychczasowego trybu postępowania”. Australii nie stać nawet na to.

128

Opal jest kamieniem szlachetnym powstałym trzydzieści milionów lat temu w szczelinach i zagłębieniach porowatego piaskowca poddawanego nieustannej erozji. Tam gromadził się kwas krzemowy z wody gruntowej, przetwarzał w galaretowatą masę i tworzył grona matowo świecących kamieni. Głównym światowym producentem opali jest Australia, a siedemdziesiąt procent produkcji pochodzi z Coober Pedy i pobliskich terenów położonych wzdłuż Stuart Highway, trzydzieści pięć mil na północ od Port Augusta. Nad kopalniami wznoszą się czerwone góry mesa, „góry stołowe”, wyrastające ponad poziom rozciągającej się wokół „stołu” równiny, chronione twardym, nasyconym krzemem z dużą zawartością żelaza „blatem”. Krajobraz jest zryty przez poszukiwaczy opali krecimi korytarzami. Wszędzie dziury – ćwierć miliona dziur. Wszędzie usypane kopce i ostrzeżenia przed stąpaniem po naruszonym gruncie.

Pierwszy opal znalazł w 1915 roku czternastoletni chłopiec. w roku 1919 wrócili z wojny zdemobilizowani żołnierze, którzy mieli wprawę w kopaniu okopów. w 1940 roku złoża uznano za wyczerpane, a w Coober Pedy pozostało tylko kilku emerytów. Lecz kiedy w 1956 roku zmechanizowano górnictwo, miasto ożyło. w 1961 roku powstała szkoła, w 1965 lecznica, a w 1982 szpital.

Dziś Coober Pedy jest zakurzonym, podupadłym, rozpitym miasteczkiem hazardu zamieszkanym przez trzy tysiące poszukiwaczy szczęścia z czterdziestu krajów, którzy przed letnim upałem i zimowym chłodem chronią się w czymś na kształt współczesnych katakumb.

Początkowo mieszkali w opuszczonych korytarzach kopalnianych lub w na wpół wkopanych w zbocza „ziemiankach”, które utrzymywały temperaturę lepiej niż cienkie ściany z desek i były tańsze niż prawdziwe domy z drewna. w dzisiejszym Coober Pedy można mieszkać w podziemnych hotelach, spowiadać się w podziemnych kościołach, kupować książki w podziemnej księgarni i surfować po sieci w podziemnych kawiarenkach internetowych.

Lecz prawdziwa twarz miasta to bary i sklepy monopolowe. Alkohol można kupić nawet na poczcie.

„Nie jest żadną tajemnicą, że znaczna część mieszkańców nadużywa alkoholu, który powoli niszczy ich samych i nasze miasto”, pisze „Coober Pedy Times”. Oto zapobiegawcze działania postulowane przez pięć powołanych przez miasto osób:

• Ośrodek dziennej opieki dla osób uzależnionych od alkoholu, oferujący skromny posiłek, prysznic, pranie, opiekę medyczną i jakieś zajęcie. • Lokal bez wyszynku, gdzie można się spotykać i przebywać

razem

bez pokusy spożywania alkoholu.

• Wprowadzenie ograniczeń w wydawaniu zezwoleń na sprzedaż alkoholu w barach i sklepach, w celu

ograniczenia jego podaży.

• Lotny patrol, który będzie niósł pomoc nietrzeźwym i zaopiekuje

się nimi, dopóki nie przyjdą do siebie.

„Ograniczenie wolności osobistej”, mówią ci, którzy zarabiają na alkoholu lub są od niego uzależnieni. i wszystko zostaje po staremu. w Coober Pedy odnosi się wrażenie, że nawet w wodach gruntowych płynie alkohol. Całe miasto zalatuje przepiciem.

139

W nocy pada orzeźwiający deszcz, po którym pustynia pyszni się żółtymi, czerwonymi i niebieskimi kwiatami. Pośród kałuż i bajorek z czerwoną wodą zieleni się step, a sawanna skropiona wiosną jesiennym deszczem przeobraziła się niemal w park.

Zarówno rośliny, jak i zwierzęta żyją w ciągłym oczekiwaniu na owe rzadkie, zbawienne chwile i wypracowały sobie różnorodne strategie przetrwania suszy, aby z nadejściem deszczu rozwinąć pełnię swoich możliwości.

Szczególnie przebiegły jest słonisz srebrzysty. Ma dwa rodzaje nasion, miękkie i twarde. Termity i inne owady chętnie jedzą smaczne i łatwo dostępne miękkie nasiona. Zostają więc te twarde. Miękkie są bardziej śmiałe i korzystają nawet z najmniejszej wilgoci. Twarde natomiast kryją się w łuskach o tak dużej zawartości soli, że kiełkują dopiero wtedy, kiedy łuska przeleży dostatecznie długo w odpowiedniej ilości wody i sól się wypłucze.

Dlatego twarde nasiono znajduje się w stanie uśpienia, dopóki nie spadnie obfity deszcz. Wtedy kiełkuje, a roślina wkrótce zapuszcza głęboko korzenie i jest w stanie przeżyć, nawet gdy wyschnie woda, która rozpuściła sól.

Duże ssaki, jak rudy kangur, są równie dobrze dostosowane do zmiennej ilości dostępnej wody. Po deszczu samica rodzi młode tuż po sobie. Jedno leży obok niej na ziemi, drugie w torbie, a trzecie w formie zarodka czeka już na swoją kolej wewnątrz ciała. Za każdym razem, gdy rodzi się kolejne młode, poprzednie ustępuje mu miejsca w torbie, lecz matka karmi je jeszcze przez cztery miesiące.

W tym czasie samica ma w jednej piersi mleko dla noworodka w torbie, a w drugiej inny rodzaj mleka, odpowiedni dla niemal dojrzałego już potomka. Dzięki temu, że samica potrafi produkować dwa rodzaje mleka jednocześnie, jest w stanie wykorzystać sprzyjający okres i urodzić więcej dzieci. Podczas suszy dojrzałość płciowa młodego zwierzęcia się opóźnia i zapłodnienie nie dochodzi do skutku. Kilka lat później ponowny deszcz powoduje kolejną burzę hormonów i kolejne liczne ciąże.

1410

Z perspektywy małego kangurka życie jest od samego początku skazaniem na totalną bezradność i uzależnienie.

Młody rodzi się ślepy, głuchy i jest wielkości małego palca. Matka odchyla się do tyłu, by mógł wspiąć się po jej brzuchu do torby i przyssać do sutka. Sutek pęcznieje i wypełnia jamę gębową młodego, brzegi jego warg się zaciskają i noworodek zawiesza się na sutku. Ponieważ nie potrafi sam ssać, samica wtryskuje mu mleko do jamy gębowej za pomocą specjalnego mięśnia znajdującego się tuż nad gruczołami mlekowymi. Jest tak zrośnięta z małym, że oboje krwawią, gdy usiłuje się ich rozdzielić.

W wierzeniach plemion pustynnych człowiek był na początku swojej historii równie niekompletny jak nowo narodzone kangury. Plemię Loritja wierzy, że pierwsi ludzie byli ze sobą zrośnięci. Mieli zrośnięte powieki i uszy, ramiona przyrośnięte do ciała i podkurczone nogi. Tych bezradnych istot doglądały ptaszki zwane kurbaru, które karmiły je ciasteczkami z nasion trawy.

Jako chłopiec zetknąłem się z plemieniem Loritja podczas lektury Gudstrons uppkomst [Narodziny wiary] Nathana Söderbloma (1914). Czytałem to jak zbiór bajek i jedyne, co pamiętam, to bajki o pierwotnej bezbronności człowieka.

Plemię Aranda również wierzyło, że ludzie początkowo byli ze sobą zrośnięci. Wyzwolił ich prastwór, zwany Łowcą Much, który porozcinał ich kamiennym nożem. Wyciął oczy, usta i nos w ich twarzach, otworzył uszy i rozdzielił palce. Nauczył ich rozpalać ogień i wyznaczył, kto z kim ma się żenić.

15

Małe „przydrożne zajazdy” wzdłuż Stuart Highway mieszczą jednocześnie sklepik, stację benzynową i kawiarnię. Rankiem przemarznięci młodzi ludzie grzeją dłonie na kubku z kawą. Starzy wymięci kowboje, po tutejszemu „stockmen”, siedzą w kapeluszach na głowie, jak nakazuje obyczaj, i chłepcą piwo.

Tego dnia opuszczam stan Australia Południowa i wjeżdżam na Terytorium Północne. Tu jeszcze nie padało. Droga biegnie wśród wielkich, czerwonych skalnych bloków, popękanych i osypujących się pod wpływem erozji.

Zatrzymuję się i przyglądam z bliska białawej roślinie, która zaczyna zwijać liście, aż w końcu przypominają strąki. Egzotyczne dmuchawce kroczą na decymetrowej długości pajęczych nogach. Roślina o wyglądzie sałaty o umięśnionych liściach w kolorze dojrzałego mięsa. Po paru krokach małe kolczaste owoce czepiają się skarpet i szybko wślizgują do butów. Można je oderwać za cenę pociętych palców.

To wszystko są detale składające się na ogólne wrażenie ogłuszającej pustki. Ciekaw jestem, jak aborygeńskie dzieci reagowałyby na lasy w Smalandii. Wiem, jak zachowały się dzieci z Wysp Owczych po przyjeździe do Norwegii. Na Wyspach Owczych było w tym czasie nie więcej niż trzydzieści drzew. Miliony drzew mijanych po drodze zrobiły na dzieciach przytłaczające wrażenie. Wybuchły płaczem. Tak samo kogoś, kto jest przyzwyczajony do bardziej urozmaiconych widoków, przygnębić może bezkres w głębi australijskiego kontynentu.

Lecz ja nie płaczę, gdyż pustkowie jest kojące. Widok miejskiej ulicy zmienia się z chwili na chwilę. Trwa ułamki sekundy. Nieprzerwany strumień wrażeń bombarduje świadomość. Na pustyni widać jedynie formacje geologiczne, które powstawały przez miliony lat i przeobrażają się z tysiąclecia na tysiąclecie.

Serce pustyni bije w innym rytmie niż nasze. Geologia nie musi się spieszyć. Kiedy wypełnia całe pole widzenia, z początku wywołuje zniecierpliwienie, potem przygnębia, a wreszcie przynosi spokój, jaki zapewnić może tylko pusta przestrzeń. Wewnętrzną harmonię, której udziela tylko absolut.

1611

Uluru jest przeciwieństwem Wielkiego Kanionu. Ten sam czerwony piaskowiec, ten sam ogrom. Lecz, w przeciwieństwie do Uluru, Wielki Kanion daje się od razu odczytać. Widać przyczynę, rzekę, i natychmiast staje się jasne, w jaki sposób powstał. Uluru jest wzrokową zagadką. Brak w nim widocznej przyczyny. Potężne czerwone cielsko żarzy się we wschodzącym i zachodzącym słońcu. Jego skala jest nieproporcjonalna w stosunku do otoczenia. Uluru wyrasta z ziemi niespodziewanie i na pozór bez powodu.

Tu i ówdzie geologiczny nóż wyciął plastry ze zbocza skały. Tu i ówdzie są dziurki od klucza, zagłębienia, może stemple, znaki lub identyfikatory, jakie mają byki. Wydaje się, że cały korpus lada chwila otrząśnie się ze skamieniałego snu i rzuci na przechodnia. Ale nie, leży nieruchomo i nawet nie strąca wspinających się ludzi, którzy jak mrówki ciągną szlakiem wzdłuż jego grzbietu.

Pod względem geologicznym Uluru zalicza się do tak zwanych gór wyspowych, jest wyspą w płaskim pustynnym oceanie. Wyspa składa się z piaskowca o dużej zawartości skaleni pochodzących z pokruszonych odłamków gnejsu lub granitu, naniesionych z południa około sześćset milionów lat temu. Australijski krajobraz jest płaski, bo został pogrzebany pod rumowiskiem własnego geologicznego rozpadu. Jak wyjaśnić, że ostała się ta „góra-świadek”, podczas gdy te same rodzaje skał naokoło zwietrzały i znalazły się pod powierzchnią ziemi? Uluru leżało prawdopodobnie na szczycie fałdy, której nie dosięgały wody gruntowe i chemiczna erozja.

Zewnętrzna pokrywa skalnego monolitu stwardniała pod wpływem erozji i sczerwieniała od związków żelaza zawartych w piaskowcu. w niektórych miejscach w grotach widać młodszą skałę, białawoszarą lub różową. Boczne ściany Uluru stopniowo się zapadają, skalne bloki odrywają się i spadają. Niszczeją również pod wpływem nieprzerwanego tłumu wspinających się na skałę bezwzględnych turystów.

Uluru została „zwrócona”, rzecz jasna, pierwotnym właścicielom, plemieniu Anangu, w 1985 roku. Jednak tylko pod warunkiem że oddadzą ją w dzierżawę jako park narodowy, dostępny dla turystów. Uluru stało się narodowym symbolem w coraz bardziej agresywnej promocji turystycznych walorów Australii.

Wielkie tablice przypominają, że Uluru jest świętym miejscem pierwotnych mieszkańców, i apelują do zwiedzających, aby nie wspinali się na skałę. Lecz ludzie, którym nie postałoby w głowie, aby w ciężkich butach wejść na główny ołtarz w Bazylice św. Piotra lub wspiąć się na święty kamień w Mekce – ci sami ludzie uważają, że wejść na Uluru i postawić bucior na karku byka jak na upolowanej zdobyczy to najnormalniejsza rzecz na świecie. Wydaje się im, że są zdobywcami, lecz z daleka bardziej przypominają kropki na aborygeńskim malowidle.

1712

Poszukiwacze szczęścia, którzy widzieli, jak skała żarzy się lub płonie, myśleli, że trafili na skałę ze złota, co stało się źródłem licznych podań i legend.

Książka The Secret of the Australian Desert (1896) Ernesta


Serce pustyni bije w innym rytmie niż nasze. Geologia nie musi się spieszyć. Kiedy wypełnia całe pole widzenia, z początku wywołuje zniecierpliwienie, potem przygnębia, a wreszcie przynosi spokój, jaki zapewnić może tylko pusta przestrzeń. Wewnętrzną harmonię, której udziela tylko absolut.

Leżę pod drzewem. Jego korona to pamięć ludu Arandów. Pień mózgu znika w olbrzymiej masie liści. Lecz liście zaczynają żółknąć i podczas jesiennej burzy myśli spadają nagle na ziemię. Zostaje tylko szkielet z czarnymi gałęziami. Ogarnia mnie lęk. Lecz opadło tylko to, co przypadkowe. w konarach i gałęziach mieszkają nowe myśli, tak, gałązki, jeśli się dobrze przyjrzeć, są już całe w pąkach.